Zobowiązana - Patrycja Strzałkowska

Kup ebooka

34.50 zł
29.07 zł (28,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

SONIK

Kolejny raz stało się ze mną to samo. "Boże... Czy to powtórka z roz­rywki, czy coś znacz­nie gor­szego?" - pomy­śla­łam. Leża­łam na nie­mi­ło­sier­nie twar­dym pod­łożu, a moim umy­słem wła­dał prze­ra­ża­jący chaos kar­miący się stra­chem. Przez moją obo­lałą głowę prze­pły­wały roz­ma­zane wspo­mnie­nia i nega­tywne myśli. Ich źró­dłem była prze­szłość, bo niby z jakiego innego powodu mia­ła­bym stra­cić kon­trolę nad emo­cjami. Nie wiem, ile czasu odrę­twiała, spa­ra­li­żo­wana, nie mogąc ruszyć rękami i nogami, zata­pia­łam się w retro­spek­cjach. A jed­nak żadna z nawie­dza­ją­cych mnie myśli nie napro­wa­dziła mnie na wyja­śnie­nie, gdzie jestem i co wła­ści­wie się ze mną dzieje. Obrazy tego, co zda­rzyło się cał­kiem nie­dawno, zwy­czaj­nie wypa­ro­wały. Na domiar złego powieki mia­łam tak cięż­kie, że zda­wało mi się, jakby moje gałki oczne były oble­pione obrzy­dliwą mazią przy­po­mi­na­jącą ropę. Spra­wiało mi to ogromny ból, ale jesz­cze gor­sze było poczu­cie bez­sil­no­ści. Mia­łam wiot­kie mię­śnie, a tem­pe­ra­tura mojego ciała była zna­cząco pod­wyż­szona. Działo się ze mną coś złego. Czy byłam pod wypły­wem nar­ko­ty­ków? Czy może mózg pła­tał mi figle?

Nie­spo­dzie­wa­nie usły­sza­łam zna­jomy cie­pły głos:

- Agata?

Nie musia­łam zbyt długo się zasta­na­wiać, do kogo nale­żał. Choć prze­cież to nie mogło być realne. A jed­nak było... Sły­sza­łam ją! To ona! Po chwili nie­mal poczu­łam dotyk sio­stry. W odpo­wie­dzi kiw­nę­łam jedy­nie głową, nie mogąc w żaden spo­sób zmu­sić się do innej reak­cji. Chcia­łam otwo­rzyć oczy, bo jej widok mógł ukoić moje trze­po­czące z nie­do­wie­rza­nia serce. Ten ruch jed­nak prze­kra­czał moje moż­li­wo­ści.

Majka zła­pała moją rękę i ści­skała ją tak mocno, aż zabo­lały mnie palce. Sekunda kon­taktu trwała dla mnie wiecz­ność.

- Jestem przy tobie. - Ponow­nie usły­sza­łam przy­ja­zny głos zmar­łej sio­stry.

Po krót­kiej chwili zasnę­łam, a może zemdla­łam. Nie wiem, nie­wiele pamię­tam. Wiem tylko, że znów wszystko zga­sło. Ciem­ność pochło­nęła mnie w upo­rczy­wie nie­przy­jemną otchłań, pozo­sta­wia­jąc bez żad­nych odpo­wie­dzi.

Ze snu wybu­dził mnie migo­czący punkt, który roz­świe­tlał czerń - jedyne, co można było dostrzec za szybą brud­nego okna. Gdy otwo­rzy­łam oczy, natych­miast zorien­to­wa­łam się, że czuję się o niebo lepiej niż przed momen­tem. Ale zaraz... Ile czasu minęło? Może godzina? Albo cała doba? Stra­ci­łam poczu­cie czasu, nie wie­dzia­łam też, gdzie się znaj­duję. Pod­nio­słam się na łok­ciach, odsu­nę­łam przy­kry­wa­jący mnie koc i rozej­rza­łam uważ­nie po pomiesz­cze­niu. W nie­wiel­kim pokoju, w któ­rym się znaj­do­wa­łam, pano­wał nie­przy­jemny chłód. W chwili gdy udało mi się wypro­sto­wać nogi, a mój wzrok nabrał ostro­ści, kolejny raz zamar­łam ze stra­chu. Tuż obok okrą­głego stołu pokry­tego błysz­czącą farbą leżało nie­ru­chome kobiece ciało. W pierw­szym odru­chu zro­bi­łam krok do tyłu i ude­rzy­łam udem o coś ostrego. W pomiesz­cze­niu roz­legł się huk, a mnie prze­szył dreszcz. Dźwięki nocą brzmią zde­cy­do­wa­nie upior­nie, zwłasz­cza te nie­wia­do­mego pocho­dze­nia. Po krót­kiej chwili zorien­to­wa­łam się, że przy­pad­kowo strą­ci­łam nogą leżącą na para­pe­cie książkę w twar­dej skó­rza­nej opra­wie.

- Święta Ewan­ge­lia - prze­czy­ta­łam na głos tytuł.

Nagle dziew­czyna leżąca na pod­ło­dze poru­szyła się. Kamień spadł mi z serca. Ona żyła! Przy­po­mnia­łam sobie głos mojej sio­stry. Czy to wła­śnie była Majka? Jezu! Serce pra­wie pod­sko­czyło mi do gar­dła. Pod­bie­głam do niej czym prę­dzej, odgar­nę­łam włosy z jej twa­rzy i dotknę­łam zim­nego ramie­nia.

- Maja, czy to naprawdę ty? Jak to moż­liwe? - zapy­tam pełna nadziei.

- O czym ty mówisz?

Naj­pierw do moich uszu doszedł ledwo sły­szalny dźwięk słów, dopiero potem ich sens. To nie była moja sio­stra... Oczy­wi­ście, że nie. A jed­nak kar­mi­łam się nadzieją, że jakimś cudem ujrzę ją żywą.

- Kim jest Maja? - docie­kała nie­zna­joma, ścią­ga­jąc brwi.

W jej gło­sie nie wyczu­łam niczego poza nie­zro­zu­mie­niem.

- Maja była moją sio­strą... - odpar­łam.

- Była? - Młoda dziew­czyna wpa­try­wała się we mnie błysz­czą­cymi oczami.

- Nie­ważne... I tak nie zro­zu­miesz. Gdzie ona jest? Co z nią zro­bi­łaś? - Mówi­łam coraz gło­śniej, głowa pękała mi od nad­miaru wra­żeń. - Była tu! Pamię­tam. Ści­snęła mnie za rękę! Sły­sza­łam ją!

- Uspo­kój się! To byłam ja!

- Nie wie­rzę w ani jedno twoje słowo! - krzyk­nę­łam prze­peł­niona zło­ścią. Patrzy­łam wzbu­rzona na jej fał­szywą minę, zaci­ska­jąc na pier­siach skrzy­żo­wane ręce.

- Dziew­czyno, jaki mia­ła­bym cel w oszu­ki­wa­niu cie­bie? Śmier­tel­nie się prze­stra­szy­łam, gdy oka­zało się, że to, co się dzieje, nie jest sen­nym kosz­ma­rem. Jestem rów­nie prze­ra­żona jak ty. Kiedy zauwa­ży­łam, że nie jestem w tym zasra­nym pokoju sama, natych­miast chcia­łam cię wybu­dzić. Ale nie było z tobą kon­taktu. Agata, widzę, że mi nie wie­rzysz. Mówię prawdę. - Na jej twa­rzy ryso­wało się roz­cza­ro­wa­nie.

- Łżesz! Ty kłam­liwa suko! - cisnę­łam w nią obraź­li­wym sło­wem, pod­no­sząc głos.

- Uspo­kój się, kre­tynko! Ile razy mam ci powta­rzać, że mówię prawdę!

Nie­spo­dzie­wa­nie dziew­czyna par­sk­nęła ner­wo­wym śmie­chem, co wpra­wiło mnie w osłu­pie­nie.

- Co tu się, do cho­lery, dzieje?

- Po pierw­sze, masz zwidy. Po dru­gie, jeste­śmy uwię­zione. W zeszły pią­tek syn pre­miera obcho­dził szes­na­ste uro­dziny. Zdaje się, że ty rów­nież zosta­łaś zapro­szona na imprezę z tej oka­zji. Ktoś ewi­dent­nie podał nam śro­dek odu­rza­jący, który wywo­łał zabu­rze­nia neu­ro­lo­giczne, halu­cy­na­cje, a może nawet uro­je­nia. Pew­nie dla­tego wyda­wało ci się, że byłam Mają...

- To zna­czy, że zosta­ły­śmy... - Zawa­ha­łam się, snu­jąc domy­sły.

- Porwali nas. - Dziew­czyna dokoń­czyła za mnie wypo­wiedź. - Naprawdę nic nie pamię­tasz? - Rzu­ciła mi pełne poli­to­wa­nia spoj­rze­nie i na chwilę zamil­kła. Potem wybu­chła: - Jaki jest klucz do wydo­by­cia z cie­bie wspo­mnień? Mam cię ude­rzyć? Mam krzy­czeć? Co mam zro­bić? Nie zosta­wiaj mnie z tym samej... Nie pora­dzę sobie!

- Po pro­stu zamknij się i pozwól mi pomy­śleć!

Lament w jej gło­sie był nie do znie­sie­nia. Przy­mknę­łam oczy, sta­ra­jąc się uspo­koić, wyci­szyć i ukie­run­ko­wać per­cep­cję tak, by przy­wo­łać bieg wyda­rzeń, które jakimś cudem ulot­niły się z mojej pamięci. Chwilę to trwało. Czu­łam lek­kie zawroty głowy, aż wresz­cie wszystko do mnie wró­ciło.

Spoj­rza­łam na zalaną łzami twarz roz­mów­czyni i przy­po­mnia­łam sobie, z kim mam do czy­nie­nia.

- Zaraz, zaraz... To ty... - Wró­ciło do mnie wszystko. Dobra, pra­wie wszystko... Wie­dzia­łam, że zosta­ły­śmy porwane przez Emi­liana Mro­zowa. Wie­dzia­łam, kim była moja towa­rzyszka, ale dalej nie mia­łam poję­cia, gdzie się znaj­do­wa­ły­śmy. - Jesteś córką pre­zy­denta.

- Tak się składa, że córka pre­zy­denta też ma imię.

- Wybacz, Ewo. Jestem Agata - odpo­wie­dzia­łam i wycią­gnę­łam do niej dłoń.

- Znam twoje imię...

- No tak - mruk­nę­łam cicho.

- A jak masz na nazwi­sko? - drą­żyła Ewa.

- Czy to takie ważne?

- Skoro mamy razem umrzeć, to chcia­ła­bym wie­dzieć, kto mi będzie towa­rzy­szył.

- Prze­stań! Nie zamie­rzam umie­rać. Nazy­wam się Agata Sonik.

- Sonik... Hm... Coś mi to mówi.

- Być może zna­łaś kogoś, kto też się tak nazy­wał. Moje nazwi­sko jest bar­dzo popu­larne - odpar­łam, sta­ra­jąc się zmie­nić temat.

- Nie. Cho­dzi o coś innego.

- Nie wiem, co masz na myśli.

- Przy­po­mnę sobie i dam ci znać.

- Okej.

- Wra­ca­jąc do two­jego imie­nia, to sły­sza­łam je jak przez mgłę gdzieś pomię­dzy tym, jak pory­wa­cze wsa­dzali nas do auta, a momen­tem, gdy zna­la­zły­śmy się w tym wiel­kim domu.

- Wiesz, gdzie jeste­śmy?

- Nie­stety nie... Tak naprawdę to nie­wiele udało mi się zare­je­stro­wać. Co my tu wła­ści­wie robimy? - Ewa wstała, po czym naj­ci­szej jak potra­fiła, pode­szła do drzwi. Chwy­ciła ener­gicz­nie za klamkę. Ta poru­szyła się pod naci­skiem jej dłoni, drzwi jed­nak nie drgnęły. - Kurwa, zamknięte!

- Nie wie­dzia­łam, że takiej szlach­ciance wolno szpet­nie kląć.

- Ciesz się, że nie mam zbyt dużo śliny w ustach, bo zaraz by ci się obe­rwało za takie tek­sty. Daruj sobie. Sie­dzimy w tej samej czar­nej dupie.

Roze­śmia­łam się, sły­sząc jej ponury żart. Cóż innego mi pozo­stało?

- Chyba jed­nak nie jesteś wcale tak głu­pia, jak mówią.

- Ludzie to podłe świ­nie pozba­wione poczu­cia wła­snej war­to­ści, tylko sobie dają przy­zwo­le­nie na cham­stwo i pro­stac­kie dow­cipy.

- Wiesz, ponoć w każ­dej plotce jest odro­bina prawdy... - Uśmiech­nę­łam się do niej zawa­diacko, bawił mnie jej sar­ka­styczny ton.

- Mam nadzieję, że mój sza­nowny ojciec wresz­cie zain­te­re­suje się moim losem i przy­śle kogoś na ratu­nek. Oby tylko zdą­żył... Chyba nas nie zabiją? Jak myślisz? - Pyta­nia padały jedno za dru­gim, istna lawina. Dziew­czyna cała drżała.

Widzia­łam, jak bar­dzo się bała. Patrzy­łam, jak z minuty na minutę wpa­dała w coraz to więk­szą panikę, aż wresz­cie zaczęła mieć trud­no­ści z oddy­cha­niem. Zna­łam ten stan dosko­nale.

- Prze­stań się nakrę­cać, bo dosta­niesz ataku hiper­wen­ty­la­cji. Zapa­nuj nad tym! Sta­raj się oddy­chać wol­niej. Mówię poważ­nie! Ina­czej zaraz mi tu zej­dziesz na zawał!

- To nie jest takie łatwe.

- Pora­dzisz sobie. Skoro ja daję radę, to i ty temu podo­łasz - odrze­kłam. Po chwili zapy­ta­łam: - Nie masz z nim dobrego kon­taktu, co?

- Z kim?

- Z ojcem.

- Prawdę powie­dziaw­szy, to nie mam z nim żad­nego kon­taktu. Nie sły­sza­łaś, że z rodziną naj­le­piej wycho­dzi się na zdję­ciach? To pie­przony pozer cią­gnący nas na każde medial­nie ważne wyda­rze­nie tylko po to, by poka­zać Pola­kom, jakim jest wspa­nia­łym i cie­płym męż­czy­zną. - Nagle wyraź­nie posmut­niała. Prze­su­nęła ręką po wło­sach, popra­wia­jąc nie­chlujny kucyk.

Słu­cha­łam jej uważ­nie, mając nadzieję, że może w przy­szło­ści będę mogła wyko­rzy­stać jej słowa w roz­mo­wie z Czer­wiń­skim.

- Zapew­niam cię, że twoje pro­blemy są niczym w porów­na­niu z tym, co ja prze­ży­łam.

- Chcesz się licy­to­wać? Pro­szę... Prze­bij mnie, skoro jesteś taka cwana. Co może być gor­sze od takiego upo­ko­rze­nia, jakim raczył obda­rzyć mnie ojciec, dla któ­rego liczy się tylko czu­bek jego wła­snego nosa?

- Prze­bij? Naprawdę myślisz, że życie to zabawa? Zapew­niam cię, że histo­ria, którą bym ci przed­sta­wiła, nie byłaby tą, którą chcia­ła­byś usły­szeć. Zresztą nie chcę o tym mówić. Nie cho­dziło mi o żadne słowne prze­py­chanki. Źle mnie zro­zu­mia­łaś - odpo­wie­dzia­łam i zwie­si­łam głowę, wpa­trzona w ciemną pod­łogę.

Prawda o moim życiu była na tyle prze­ra­ża­jąca, że nawet mnie prze­cho­dził dreszcz, gdy przy­po­mnia­łam sobie poszcze­gólne fakty... Nie chcia­łam niczego wspo­mi­nać, a już na pewno nie mia­łam ani ochoty, ani obo­wiązku przy­zna­wać się obcej babie do tego, że latami gwał­cił mnie wła­sny ojciec, matka upo­ka­rzała, wma­wia­jąc mi, że to wszystko moja wina, a przy­rod­nia sio­stra ole­wała, gdy usi­ło­wa­łam wyznać jej prawdę. To ostat­nie w zasa­dzie bolało mnie naj­bar­dziej i wła­śnie dla­tego ją zabi­łam.

- Mów!

- Słu­cham?

- Chcę wie­dzieć, co uczy­niło cię taką zimną i obo­jętną. Dla­czego jesteś tak nie­sym­pa­tyczna?

- Nie­sym­pa­tyczna?! Kurwa, Ewka... Nic o mnie nie wiesz. Lepiej rozej­rzyj się dookoła! To, że sie­dzimy tu uwię­zione, to tylko przed­smak tego, co nas czeka. Nie­sym­pa­tyczny to zdaje się jest twój pie­przony chło­pak, a nie ja. To przez niego tu jeste­śmy! Na tym skoń­czy­ły­śmy wła­śnie naszą roz­mowę. Nie mam ci nic wię­cej do powie­dze­nia! - Wyrzu­ciw­szy z sie­bie ostat­nie słowo, zro­bi­łam parę kro­ków do przodu, by podejść do okna. To, podob­nie jak drzwi, ani drgnęło. Następ­nie obe­szłam pokój, doty­ka­jąc dło­nią napo­tka­nych przed­mio­tów, chcąc oce­nić swoje moż­li­wo­ści prze­ży­cia. Szu­ka­łam cze­goś ostrego, cze­goś, czym będę mogła zaata­ko­wać Emi­liana i resztę pory­wa­czy.

- Coś ty powie­działa? - Z ust Ewy wydo­było się prze­siąk­nięte nie­na­wi­ścią i nie­do­wie­rza­niem pyta­nie.

Jakim cudem ja widzia­łam Emi­liana, a ona nie? W jaki spo­sób oma­mił Ewkę, że nie zdo­łała się zorien­to­wać, iż to on stoi za porwa­niem? Przez chwilę się nad tym zasta­na­wia­łam, potem doszłam do wnio­sku, że moje domy­sły i tak do niczego sen­sow­nego mnie nie dopro­wa­dzą. Mro­zow był wyszko­lo­nym szpie­giem, któ­remu inte­li­gen­cją i spry­tem nie dora­sta­łam do pięt. Jedyne pola, na któ­rych z nim wygry­wa­łam, to kobiece wdzięki i wiek. I to by było na tyle, jeśli porów­nać nasze atuty. Tro­chę słabo...

- Jeśli cho­dzi o miłość i związki, to chyba nie jesteś zbyt bystra - skwi­to­wa­łam jej bez­myśl­ność. - Jeśli naprawdę chcesz wie­dzieć, dla­czego jestem taka, a nie inna, to powiem ci, bar­dzo pro­szę.

- Chęt­nie wysłu­cham.

- Dała­bym wiele, aby uro­dzić się w rodzi­nie, w któ­rej wszy­scy są trak­to­wani tak samo, każdy słu­cha dru­giego, cie­szy się sza­cun­kiem i jest ważny.

- Nie jesteś jedyna...

- Daj mi dokoń­czyć. Nie­ła­two prze­cho­dzi mi to przez gar­dło.

- Prze­pra­szam. Mów.

- Od dziecka byłam gwał­cona przez wła­snego ojca.

- Co? Boże... Chyba żar­tu­jesz... To zna­czy... Prze­pra­szam. Źle to sfor­mu­ło­wa­łam. To nie miało... A zresztą... Strasz­nie ci współ­czuję. - Ewka była wyraź­nie zszo­ko­wana moim wyzna­niem.

- Nie musisz mi współ­czuć. To nie do cie­bie należy ten obo­wią­zek. Nikt z rodziny mi nie pomógł, ani matka, ani sio­stra. Nikt. Na szczę­ście to już jest prze­szłość. Mam to za sobą. Nauczy­łam się żyć sama.

- Pew­nie byłaś zawie­dziona postę­po­wa­niem matki i sio­stry. To strasz­nie przy­kre.

- Ludzie zawsze zawo­dzą. Zapa­mię­taj to sobie.

- Zwy­kłam z reguły ufać ludziom...

- Wła­śnie dla­tego, że taka jesteś, dziś się tutaj znaj­du­jemy. Trzeba zawsze mieć oczy sze­roko otwarte. Jeśli pozwo­lisz innym decy­do­wać o two­jej war­to­ści, będziesz stra­cona.

- Naprawdę mi przy­kro, że spo­tkała się taka tra­ge­dia. Prze­pra­szam, jeśli czu­jesz się ura­żona tym, że zmu­si­łam cię w jakiś spo­sób do wyja­wie­nia two­jej tajem­nicy. Nie sądzi­łam, że będzie cho­dzić o coś takiego. Głu­pio się z tym czuję. Nie­po­trzebne roz­dra­pa­łam twoje rany - odparła Ewka.

Wtem obie sta­nę­ły­śmy na bacz­ność, bo usły­sza­ły­śmy, jak tuż pod naszymi drzwiami ktoś prze­szedł. Rap­tow­nie odwró­ci­łam głowę w kie­runku roz­ju­szo­nej Ewki, ze zde­ner­wo­wa­nia krew aż dud­niła mi w uszach. Po chwili tuż za drzwiami roz­legł się led­wie sły­szalny szept - dwóch męż­czyzn roz­ma­wiało w obcym języku. Moje serce łomo­tało coraz moc­niej, aż wresz­cie nie mogłam zapa­no­wać nad goni­twą myśli. Słowa Czer­wiń­skiego wiły się w mojej gło­wie jak syczące węże. Z każ­dym nabra­nym w płuca wde­chem, przy­po­mi­na­łam sobie pole­ce­nie, że mam zabić Mro­zowa... O ile on nie zabije naj­pierw mnie... Nas? Boże... Tego było zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele jak na moją, skąd­inąd silną psy­chikę.

- Czy ten głos nie należy do Emi­liana? Roz­po­zna­jesz go? Wiesz, o czym mówią? - wyszep­ta­łam cicho do Ewy. Głos mi drżał.

- Prze­stań. To nie może być on... - odparła ści­szo­nym tonem i posłała mi zło­wiesz­cze spoj­rze­nie.

- Nie musisz mi wie­rzyć. Cho­lera, chcę tylko prze­żyć. Wiem swoje i nie zamie­rzam ci zdra­dzać szcze­gó­łów. - Kiw­nę­łam głową.

- Niby skąd? Kła­miesz! Kurwa, kła­miesz! Mnie oskar­żasz o kłam­stwa, a sama nie jesteś lep­sza. Pie­przona hipo­krytka!

Jej oskar­ży­ciel­skie słowa prze­szyły mnie na wskroś. Poczu­łam się tak, jakby Ewa oskar­żyła mnie nie­mal o zabi­cie matki, a prze­cież jedyne, co znisz­czy­łam, to jej wiarę w uczciwe inten­cje part­nera.

Dziew­czyna wbiła we mnie wście­kły wzrok i zaci­snęła szczękę, cze­ka­jąc, aż przy­znam się do błędu.

- Wybacz, ale nie mam obo­wiązku dzie­lić się z tobą każ­dym aspek­tem mojego życia. Po pierw­sze, to moja sprawa, a po dru­gie, uwierz mi, że robię to dla two­jego bez­pie­czeń­stwa. - Prze­łknę­łam ner­wowo ślinę, pró­bu­jąc ze wszyst­kich sił grać aser­tywną i pewną sie­bie kobietę.

- Chyba sobie żar­tu­jesz? - W odpo­wie­dzi Ewa par­sk­nęła śmie­chem.

- Hej, spójrz na mnie! Naprawdę uwa­żasz, że w zaist­nia­łej sytu­acji mia­ła­bym odwagę cię okła­my­wać? Emi­lian przez cały czas cię zwo­dził i oszu­ki­wał. Jedyne, na czym mu tak naprawdę zale­żało, to mieć cię w gar­ści, bo jesteś córką pre­zy­denta. Wierz lub nie, ale dla niego jesteś zwy­kłą kartą prze­tar­gową w poli­tycz­nych roz­gryw­kach...

- Jak śmiesz tak mówić o męż­czyź­nie, któ­remu odda­łam serce! Żyłam u jego boku przez ostat­nie trzy lata!

- Bar­dzo ci współ­czuję, ale nie zmie­nia to faktu, że nie zamie­rzam ci nic wię­cej tłu­ma­czyć. To moja sprawa.

- W żad­nym wypadku! Ta sytu­acja doty­czy rów­nież mnie! Gdy­byś zapo­mniała, sie­dzimy w tym obie. - Ewa unio­sła osten­ta­cyj­nie rękę i zaczęła nią wyma­chi­wać wokoło.

- Ewka, zbudź się wresz­cie z tego kosz­maru! Rusz dupę i zacznij coś robić, jeśli chcesz ujść z tego cało! Skoro uwa­żasz, że ja kła­mię, to sama go zapy­taj. Może wresz­cie twój książę na bia­łym koniu zdej­mie maskę - powie­dzia­łam w zło­ści, nie zasta­na­wia­jąc się nad ewen­tu­al­nymi kon­se­kwen­cjami.

Skąd mogłam wie­dzieć, że moje słowa spra­wią, że z płuc dziew­czyny wydo­bę­dzie się tak prze­raź­li­wie gło­śny ryk?

Nie­ocze­ki­wa­nie drobna, prze­ra­żona Ewka sta­nęła na wprost zamknię­tych na cztery spu­sty drew­nia­nych drzwi i wrza­snęła:

- Emi­lian!!! - Zwi­nię­tymi w pię­ści dłońmi zaczęła walić w drzwi z całych sił, jakby nagle ktoś pozba­wił ją poczu­cia stra­chu. W sekundę z tru­chle­ją­cej dziew­czyny, boją­cej się zbyt gło­śno wcią­gnąć powie­trze, stała się odważną modliszką, gotową pożreć part­nera żyw­cem.

Zamu­ro­wało mnie. Patrzy­łam, jak wyłażą z niej naj­głę­biej zako­rze­nione emo­cje - złość połą­czona z żalem i nie­na­wi­ścią. Zoba­czy­łam w niej sie­bie. Męż­czyźni naprawdę nie doce­niają kobiet... Nawet ci, który powinni nas kochać. Wtedy ją wresz­cie polu­bi­łam i naprawdę poczu­łam, że gramy w jed­nej dru­ży­nie. Oszu­kał ją męż­czy­zna, w któ­rym pokła­dała nadzieję na zbu­do­wa­nie odro­binę lep­szej rela­cji niż ta, którą znała z wła­snego, na swój spo­sób powa­lo­nego domu. Naprawdę nie­trudno było mi ją zro­zu­mieć.

Wtem coś się wyda­rzyło. Drzwi dzie­lące nas od wol­no­ści zaczęły się powoli uchy­lać. Moje serce rap­tow­nie sta­nęło, zamar­łam, czu­jąc w kościach, że za moment wyda­rzy się coś, na co nie byłam gotowa. Za moment mia­łam zoba­czyć czło­wieka, który nie­jed­no­krot­nie sta­wał się dla mnie nocną marą, towa­rzy­sząc mi w naj­gor­szych kosz­ma­rach. Nie byłam ani fizycz­nie, ani psy­chicz­nie gotowa na to, by spo­tkać się twa­rzą w twarz z Emi­lia­nem Mro­zo­wem. Był prze­cież kimś, kogo kolejny raz będę musiała pró­bo­wać zabić. Nie wiem, ile czasu minęło, zanim poka­zał się ten, kto stał po dru­giej stro­nie drzwi, acz­kol­wiek nie był to ani Emi­lian, ani nikt, kogo zna­łam. W peł­nym sku­pie­niu, z roz­sze­rzo­nymi do gra­nic źre­ni­cami patrzy­łam naj­pierw na Ewkę, a póź­niej na trzech męż­czyzn, któ­rzy wpa­ro­wali do ciem­nego pokoju.

- Jezu! - zdą­ży­łam zawo­łać zasko­czona, a następ­nie poczu­łam obcy dotyk na swoim prze­mar­z­nię­tym ciele.

Jeden z rosłych męż­czyzn zła­pał mnie obu­rącz i popchnął w stronę chłod­nej ściany, przy­ci­ska­jąc do niej moją głowę. Mój pierw­szy odruch był bez­wa­run­kowy. Zaczę­łam się wić i wyry­wać, czu­jąc, jak z minuty na minutę ciało coraz bar­dziej sztyw­niało mi z ner­wów. Następ­nie drugi wysoki i silny męż­czyzna zła­pał mnie z jesz­cze więk­szą siłą. Jego pię­ści zaci­snęły się na moich bar­kach, unie­moż­li­wia­jąc mi jaki­kol­wiek manewr. Nie mia­łam z nim szans. Nie mogłam się ruszyć nawet na mili­metr, a moje kości aż trzesz­czały z bólu. Nie mogłam zro­bić zupeł­nie nic, by pomóc Ewce. Fru­stru­jące poczu­cie bez­rad­no­ści roz­szar­py­wało mnie od środka. Pełna wście­kło­ści zaczę­łam krzy­czeć, lecz słowa prze­kleństw, które jak pio­runy padały z moich ust, zda­wały się dla mojego prze­ciw­nika nie­zro­zu­miałe. Cóż, nie ma co się dzi­wić. Męż­czy­zna zapewne nie był Pola­kiem. Tak samo jak dwaj pozo­stali, któ­rzy zajęli się Ewą. Ta nie ruszyła się z miej­sca. Stała przy drzwiach z unie­sio­nymi rękoma i jak opę­tana przez cały czas nawo­ły­wała Emi­liana.

Wpierw usły­sza­łam sko­wyt Ewki, a potem zorien­to­wa­łam się, co się wyda­rzyło. Ewa sta­wiała opór, bo nie wie­działa, co oprawcy chcą z nią zro­bić. Wtedy jeden z męż­czyzn ude­rzył ją pię­ścią w brzuch. Dziew­czyna zgięła się wpół i objęła rękoma miej­sce, w które chwilę wcze­śniej dostała gołą pię­ścią.

- Czego wy od nas chce­cie? - zapy­tała.

Zanim zdą­żyła ponow­nie dopy­tać o Emi­liana, dostała kolejny cios, tym razem znacz­nie moc­niej­szy. Wtedy prze­stała się opie­rać i zamil­kła. Pory­wa­cze nie musieli wymie­rzać jej zbyt wielu cio­sów, by bez­wład­nie runęła na zie­mię.

Krzyk­nę­łam z prze­ra­że­nia, myśląc, że ucho­dzi z niej życie.

- Zostaw­cie ją! Zostaw­cie ją! - powta­rza­łam, pró­bu­jąc wyrwać się z moc­nego uści­sku trzy­ma­ją­cego mnie kur­czowo męż­czy­zny, ale nic to nie dawało.

Patrzy­łam, jak kopią jej nie­ru­chome ciało, jakby bicie było sen­sem ich ist­nie­nia. Na ich ponu­rych twa­rzach poja­wiły się uśmie­chy. Dopiero po dłuż­szej chwili męż­czyźni opu­ścili pokój, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi.

Gdy wresz­cie odzy­ska­łam pano­wa­nie nad sobą, natych­miast pod­bie­głam do leżą­cej na pod­ło­dze Ewki. Dotknę­łam pal­cami jej szyi, sta­ra­jąc się wyczuć puls.

- Obudź się! Obudź się, pro­szę! - szep­ta­łam, a do oczu napły­wały mi łzy.

Ewa nie drgnęła. Na szczę­ście wyczu­łam pal­cami słabe, ale ryt­miczne ude­rze­nia jej pulsu. Wes­tchnę­łam z ulgą, uświa­da­mia­jąc sobie, że tylko stra­ciła przy­tom­ność, lecz to uspo­ko­iło mnie tylko na uła­mek sekundy. Potem zaczę­łam potrzą­sać jej cia­łem, chcąc ją wybu­dzić. Nie­stety... nic to nie dawało. Łzy z moich oczu lały się stru­mie­niami. Pła­ka­łam naprawdę gło­śno, bo uzmy­sło­wi­łam sobie, w jak pato­wej sytu­acji się zna­la­złam. Byłam w punk­cie bez wyj­ścia, bez nawet naj­mniej­szej moż­li­wo­ści ucieczki. Mimo moich usil­nych prób Ewa nie odzy­ski­wała przy­tom­no­ści. Z jej zala­nych krwią ust nie wydo­było się nawet naj­cich­sze słowo...

Byłam naprawdę prze­ra­żona. Opar­łam się ple­cami o kre­dens i pozwo­li­łam sobie na chwilę total­nej sła­bo­ści. Szlo­cha­łam przez dobrą godzinę, a może i dwie... Nie wie­dzia­łam, ile czasu zajęło mi uża­la­nie się nad wła­snym losem. W pokoju bra­ko­wało zegarka, nie mówiąc już o wodzie do picia. Byłam bar­dzo spra­gniona. Suchość w gar­dle była naprawdę upo­rczywa. Przez całą noc nie zasnę­łam nawet na minutę. Zamiast tego wpa­try­wa­łam się w zamknięte w drzwi, nasłu­chu­jąc w ciszy obcych odgło­sów. Żołą­dek zaci­skał mi się w cia­sny supeł. Intu­icja pod­po­wia­dała mi, że kim­kol­wiek naprawdę był Emi­lian Mro­zow, nie­ła­two będzie mi wyko­nać zada­nie zle­cone przez Czer­wiń­skiego. Prawda była taka, że prę­dzej on by zabił mnie, niż ja jego. Nie mia­łam z nim żad­nych szans...

Gdy gorącz­kowo usi­ło­wa­łam łapać oddech, sta­ra­jąc się osią­gnąć choćby namiastkę spo­koju, coraz bar­dziej tylko nakrę­ca­łam swój strach. Dałam się pochło­nąć ciem­no­ści, cze­ka­jąc, aż ktoś poru­szy klamką, otwo­rzy te pie­przone drzwi i przyj­dzie tu po to, bym podzie­liła maka­bryczny los nie­przy­tom­nej, potur­bo­wa­nej Ewy.

Roz­dział 2

Sie­dze­nie z kimś w ciszy przy pustym kuchen­nym stole ni­gdy nie zwia­stuje niczego dobrego. Zawsze zapo­wiada kłót­nię albo jakiś pie­przony kry­zys. Nie da się sie­dzieć i mil­czeć bez powodu. Ludzie z natury są gada­tliwi i towa­rzy­scy. Przy­naj­mniej w więk­szo­ści, o ile nad ich gło­wami nie wisi fatum, goniąc ich w parze ze śmier­cią.

Iwona Kwie­cień spoj­rzała na melan­cho­lij­nie zachmu­rzo­nego Wój­cika, a potem prze­nio­sła wzrok na coś, co nagle przy­kuło jej uwagę. Za oknem, na sta­lo­wym para­pe­cie zewnętrz­nym, sie­dział jasno­szary gołąb, który ener­gicz­nie krę­cił łeb­kiem w różne strony. Wyglą­dał zupeł­nie tak, jakby z zacie­ka­wie­niem moni­to­ro­wał osie­dle, podob­nie jak te wszyst­kie znu­dzone, wścib­skie sta­ruszki wtrą­ca­jące się nie­ustan­nie w życie sąsia­dów. Te bab­cie z osie­dla zawsze wie­dzą, co sły­chać u sąsiada spod dwójki, skąd wziął pie­nią­dze na samo­chód, a nawet o co tym razem pokłó­cił się z żoną. Każde sza­nu­jące się osie­dle ma takie sta­ruszki sie­dzące w oknie. To wręcz nie­odzowny ele­ment pol­skiej kul­tury podwór­ko­wej. Polacy tacy już są. Przy­glą­dają się wszyst­kim i wszyst­kiemu. Taka obser­wa­cja jest wpi­sana w kodeks norm zwy­cza­jo­wych naszego narodu.

Mar­twą ciszę wypeł­nia­jącą kuchenną prze­strzeń w miesz­ka­niu Wój­cika prze­ciął cichy głos Iwony.

- Szy­kują się zmiany...

- Możesz powtó­rzyć? - popro­sił Krzysz­tof i zama­chał ręką w powie­trzu, chcąc w ten spo­sób poka­zać gestem, że nie dosły­szał, co powie­działa.

- Popatrz w stronę okna.

- Że niby co? Znowu będzie lało?

- Och, nie o to cho­dzi. Sie­dzący na para­pe­cie gołąb jest jak omen o wielu twa­rzach. Mówi się, że gdy zoba­czysz gołę­bia we wła­snym oknie, to jest to znak, że w twoim życiu szy­kują się rychłe zmiany.

- Mhm... - mruk­nął z dez­apro­batą męż­czy­zna, po czym śmie­jąc się pod nosem, szybko dodał: - A to dobrze czy źle? Nie wiem, na co się szy­ko­wać.

- Mówię poważ­nie. Ni­gdy nie wia­domo, co gotuje nam los... Moż­liwe, że nie­ko­niecz­nie będą to dobre zmiany.

- Doprawdy... Inte­re­su­jące...

- Ponoć naj­gor­szy zwia­stun jest wtedy, gdy lecący ptak ude­rzy w okno, spad­nie na zie­mię, po czym umrze. To zapo­wiada śmierć kogoś bli­skiego.

- Chcesz mi powie­dzieć, że ty w to wszystko wie­rzysz? Nie sądzi­łem, że tak rezo­lutna i inte­li­gentna kobieta będzie w sta­nie opo­wia­dać takie bred­nie.

- Nie powie­dzia­łam, że w to wie­rzę. Tak brzmi prze­sąd. Jego zna­cze­nie, a także praw­dzi­wość pozo­sta­wiam two­jej inter­pre­ta­cji.

- Jasne... - W gło­sie Krzysz­tofa wybrzmie­wał śmiech. Jakby Wój­cik chciał dać do zro­zu­mie­nia, że przed chwilą usły­szał prze­za­bawną histo­rię pełną total­nych bzdur.

- Dobra, skończmy ten temat... Chcia­łam tylko o czymś poga­dać. O czym­kol­wiek, byle unik­nąć nie­zręcz­nej ciszy. Nie­na­wi­dzę takiej pustki...

- W takim razie może poroz­ma­wiamy o kon­kre­tach zamiast o sra­ją­cych po para­pe­tach pta­kach... Co ty na to?

- To zde­cy­do­wa­nie lep­szy pomysł.

- Zatem powiedz mi, pro­szę, jesz­cze raz dokład­nie, co usta­li­łaś w spra­wie sióstr Sonik. Nie daje mi to spo­koju.

- Nie tobie jed­nemu.

- Dla­tego przy­szłaś z tym do mnie. Umówmy się, że od teraz ważne decy­zje będziemy podej­mo­wać wspól­nie, tak samo jak kroki, które w jaki­kol­wiek spo­sób pomogą nam roz­wi­kłać zagadkę. Okej?

- Tu nie ma czego roz­wi­kły­wać, sprawa jest oczy­wi­sta. Po pro­stu musisz mi pomóc jakoś to udo­wod­nić.

- To zna­czy? Przy­po­mnij mi, pro­szę, do jakich doszłaś wnio­sków. Musimy podejść do tego poważ­nie. Zacznijmy od początku.

- Oba­wiam się, że to nic nie zmieni. Ile razy można wał­ko­wać ten temat? Krzy­siek, bła­gam cię. Prawda jest taka, że bez naszej ini­cja­tywy sprawa Sonik raz-dwa zosta­nie zamknięta, o ile już się tak nie stało... Komen­dan­towi z jakichś przy­czyn bar­dzo zależy na tym, by nie posa­dzić Agaty Sonik. Zresztą ma już twarde dowody świad­czące o tym, że zbrod­nię popeł­nił Alek­san­der Gra­bosz, do czego przy­znał się w liście poże­gnal­nym.

- Oboje dobrze wiemy, że to jeden wielki szwin­del.

- Oczy­wi­ście, że tak. Jestem tego wię­cej niż pewna. Tak samo jak tego, że za zabój­stwem Sonik stoi jej sio­stra. Tak jak mówi­łam, DNA nie kła­mie. Gdy­bym się myliła, komen­dant Wrzeszcz przy­znałby mi rację. Ech, nie ma o czym mówić. Sam wiesz, jak wyglą­dał finał tej akcji. Byłam jedyną osobą, która śmiała pod­wa­żyć ide­al­nie spre­pa­ro­waną teo­rię Wrzesz­cza.

- Sukin­syn...

- Kurwa, naprawdę nie wiem, co teraz... Krzy­siek, boję się o wła­sne życie. Nie chcę podzie­lić losu nie­wy­god­nych świad­ków...

- Na razie żyjesz. Nie zamar­twiaj się na zapas. To nic nie da. Takim postę­po­wa­niem sama się nakrę­casz.

- Na zapas? Nie mar­twię się na zapas, tylko myślę o przy­szło­ści, która jest bar­dzo realna. O czym ty w ogóle do mnie mówisz?

- O tym, że trzeba myśleć pozy­tyw­nie. - Komi­sarz posłał swo­jej roz­mów­czyni namiastkę uśmie­chu.

- A ja wolę myśleć real­nie. Prawda jest taka, że gdyby nie moje nasta­wie­nie, siła i deter­mi­na­cja, z jaką wal­czy­łam, już dawno byś skła­dał wieńce na moim gro­bie, a moja córka z mężem byliby pogrą­żeni w głę­bo­kiej depre­sji - odburk­nęła, patrząc na niego tak, jakby go obwi­niała o wszystko.

- Prze­pra­szam, Iwona... Nie wyobra­żam sobie nawet, co musisz teraz czuć. To nie miało tak zabrzmieć. Nie chcia­łem cię ura­zić.

- Nie ura­zi­łeś. Nic nie jest w sta­nie mnie ura­zić. Prze­szłam ostrą szkołę życia i od tam­tego momentu nie przej­muję się już niczym, co nie jest zwią­zane z życiem i zdro­wiem mojej rodziny. Możesz mnie obra­żać, ubli­żać mi do woli, nawet po mnie ska­kać.

- Och... rozu­miem. To naprawdę ciężki czas dla nas wszyst­kich. Cho­dziło mi o to, że na ten moment jesteś względ­nie bez­pieczna i zro­bię wszystko, by tak pozo­stało. Obie­cuję, że nie pozwolę cię wię­cej skrzyw­dzić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki