Rozdział I
Kroki brata Pascuala były szybkie i zamaszyste, ale dzień mknął ku zachodowi znacznie szybciej. Do wąwozów spływały błękitne jak woda cienie, wznosząc się wyżej i wyżej. Nagie wierzchołki łańcucha gór San Carlos1 zachodziły różowozłotą pożogą na tle meksykańskiego nieba. Jednak zakonnik nie zważał na otaczające go piękno. Tylko mocniej ścisnął trzymany w ręku kij, jedynego towarzysza podróży przez tę dziką głuszę. Zresztą, mógł patrzeć tylko na jedno oko. Drugie było zasłonięte płatem czarnej skóry. Na policzku z drugiej strony lśnił biały plaster naklejony na krzyż, a czoło zakrywał bandaż. By swobodniej maszerować, podciągnął długi szary habit2, w efekcie nad sznurem zwisała fałda, a jej brzeg obijał się o kolana. Jego opalone, włochate łydki pulsowały potężnymi mięśniami, proporcjonalnymi do potężnej budowy wędrowca. Jednakże całym zapasem żywności był woreczek mąki kukurydzianej. Cerę miał ciemną jak Indianin, a na jego szerokiej twarzy odmalowała się boleść i troska o wielkie sprawy.
Słońce wydęło policzki nad horyzontem i niebo rozjaśniła łuna kolorów. Najpierw w barwie zieleni i bursztynu, by następnie zmienić się w żółtozielony i niebieski. Seledynowy kolor zmieniał się gwałtownie w granatową noc, kiedy brat Pascual znalazł się u wąskiej gardzieli wąwozu, nad którą sterczały wzniosłe skalne zęby. Zza kamienia wyskoczył zając i uciekał z cichym szelestem. Zakonnik stanął i krzyknął w głąb skalnej czeluści:
- Hej! Hej! Jestem brat Pascual! Hej, tam! Słyszycie? Jestem brat Pascual!
Po chwili, zanim zamarły echa, jakiś głos zagadał niemal u jego boku:
- No i kto jest teraz głodny, braciszku? Z czyim głodem teraz przybywasz?
- Czy to ty, Luis? - spytał zakonnik.
- Luis udał się na zwiad za bydłem do Chihuahua3 o jeden raz za dużo i wpadł. Zabili go w rzeźni. Pewnie przerobili na kiełbasę, chociaż był zbyt łykowaty.
- A ty kto? Ty pewnie jesteś Carlos!
- Brat widział mnie tylko raz. Jest zbyt ciemno, byś mnie rozpoznał, chyba że widzisz jak kot. Skąd masz taką pamięć, bracie?
- Z miłosierdzia, chłopcze. Biedny Luis! Więc nie żyje? On też potrzebował miłosierdzia.
- Każdy kto służy Rubrizowi - odparł Carlos.
- Ja też. Jak wszyscy śmiertelnicy - powiedział pokornie brat Pascual. - Idę do herszta.
- Mają tam dzisiaj burdę. Wczoraj zgarnęliśmy partię mułów... - Zaczął tłumaczyć Carlos, lecz brat przerwał mu w pół słowa:
- Nie chcę tego słuchać. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, Carlosie. Ale ze złego dobro może wyniknąć. Tak, zło może zrodzić dobro. Święty Mikołaju4, nie opuszczaj mnie!
To mówiąc, wszedł do czarnej czeluści wąwozu. Gęstość szybko się rozszerzała. Gałęzie drzew zapychały przejście. Torując sobie drogę kijem, wędrowiec wydostał się na równą dolinę. Bliska smuga świateł w pobliżu kreśliła się w mętne zarysy domu.
Już z daleka doszły go śpiewy, krzyki i bieganina. Choć ślubował kochać dobro i nienawidzić zło, nie mógł powstrzymać drobnego uśmiechu. W gruncie rzeczy Pascual miał naturę rolnika i nawet taki bandido5 jak Mateo Rubriz mógł liczyć na jego pobłażliwość. Złodziej okrada wszystkich. Bandido prześladuje tylko bogatych, a w Meksyku6 panuje wśród ludu głęboka, wyrosła z samej ziemi wiara, że każdy bogacz jest łotrem.
Zbliżywszy się do domu, uderzył trzykrotnie w drzwi swoim kijem. I nie czekając aż mu otworzą, wszedł do oświetlonej sieni pełnej od dymu i krzyknął:
- Ja, brat Pascual, przybywam! To ja, brat Pascual!
Jego grzmiący głos zahuczał w całym domu. Na prawo otworzyły się drzwi, z których wydobyła się fala wrzawy.
- Dawać tu Pascuala! - Rozległ się znajomy, przeraźliwy głos Rubriza.
Sześciu młodych oprychów wpadło do sieni i pochwyciwszy krzepkiego braciszka, pchnęło go przed oblicze herszta. Izba służyła za kuchnię, jadalnię i pokój gościnny. Chór przyjaznych głosów powitał wędrowca razem ze smakowitym zapachem koźlęcej pieczeni, najpyszniejszej nad inne. Do jego nozdrzy wdarł się jeszcze zapach frijoles7 upichconej z pieprzem, mocnej kawy, lekkiego piwa i kwaśnego wina. Wszystkie zmieszane ze sobą zapachy drażniły jego nozdrza.
Część zbójów wciąż jadła, inni niedbale przyglądali się poczynaniom Rubriza, który odważał na małej wadze grudki błyszczącego białego metalu i kupki ciężkiego żółtego proszku.
Brat Pascual nie chciał nazwać tych rzeczy srebrem i złotem, gdyż pieniądze są źródłem wszelkiego zła, a on kochał tych ludzi wbrew sobie. Więc skupił swój wzrok na Rubrizie. Herszt miał na sobie zwyczajne, podwinięte do kolan, bawełniane spodnie i tanie huaraches8. Rękawy koszuli, obcięte blisko pach, pozwalały zobaczyć potężne muskuły. Powiadano, że w górach San Carlos, a nawet w całym Meksyku i może nawet na całym świecie, nie było drugiego takiego siłacza jak Mateo Rubriz.
W każdym razie tak uważał Pascual. Jakże zachwycała braciszka siła tego ziomka-rolnika w tych brudnych, poszarpanych łachmanach. Lubił także tę jego czerwoną jedwabną myckę9, którą bandzior uwielbiał nad wszystkie sombrera10, czy to z filcu, czy ze słomy. A długa biała blizna od bata, znacząca się ukośnie na zaczerwienionej twarzy Mateo, poruszała w Pascualu strunę współczucia. Powiadano, że jedno cięcie batem nie zostawiłoby tak szerokiej i głębokiej blizny, tylko sam Mateo Rubriz w szaleńczym przypływie wstydu i wściekłości natarł ranę solą, by ta dłużej piekła i gwałtowniej podsycała nienawiść w sercu. W każdym razie, ilekroć twarz herszta mieniła się czerwienią - co często się zdarzało - tylekroć blizna mieniła się na biało.
- Chodźże, mały, stary Pascualu! - ryknął Rubriz. - Coś ty sobie zrobił? A mówiłem, żebyś nie chodził na skróty przez góry, po klifach i zjeżdżał w dół, bo zlecisz w przepaść. Dobrze, żeś się tylko pokiereszował, a nie zabił. Dzięki Bogu! Chodź, zanurz ręce w tym worku - samo złoto - i nabierz w garście. Możesz naładować kieszenie i rozdać biedakom. Możesz kupić nowego muła dla swojego arriero11, nową krowę dla gosposi, nową strzelbę dla łowcy, nową pułapkę dla trapera. Możesz dostarczyć owiec owczarzowi i bydła biednemu charro12. Zanurz dłonie aż po nadgarstki i zgarnij, ile zdołasz. Chodź, Pascualu! Hej, chłopcy! Gdy brat Pascual się za nas pomodli, przybliżymy się do nieba o tysiąc mil.
Zakonnik stanął obok bandyty i spojrzał na skórzany worek ze skarbem. Kolory srebra i złota mieniły się w worku i rozsypane po stole. Nabrawszy powietrza w płuca, uniósł oczy ku belkom sufitu, czarnym od dymu.
- Ojcze, przebacz im! - westchnął z głębi serca, po czym zwrócił się do bandziora: - Nie, mój biedny Mateo. Daj mi coś zjeść, tylko się umyję. A kradzione pieniądze są szkodliwe nawet dla biednych.
Rubriz chwycił go za ręce i zmierzył go od stóp do głowy, na wpół wściekle, na wpół z czułością.
- Słuchaj, bracie! Reszta cicho. Mateo Rubriz gada. Słyszycie? Kiedyś zaniecham swego życia i udam się z tym poczciwcem na pustynię. Będę wygrzebywał korzonki gołymi rękami i żywił się nimi. Pić będę tylko źródlaną wodę - podaj który kubek wina! - i do końca życia będę się modlił i pokutował.
Pochwycił z rąk któregoś łotrzyków duży wysadzany klejnotami kubek, wypełniony kwaśnym czerwonym winem i jednym haustem wypił połowę.
- Żaden Meksykanin nigdy nie odprawiał pokuty, tak jak ja będę pokutował! - zaryczał. - A nie ma to jak Meksykanie!
Zamachnął ręką, w skutek czego część wina plusnęła na podłogę, oblewając jego gołe, owłosione łydki.
- Słyszysz, Pascualu? Na Boga! Zostanę tak wielkim świętym, że inni będą musieli stanąć w ścisku i bliżej zsunąć opromienione głowy, by zrobić miejsce dla Mateo Rubriza. Więcej wina. Nie upiłem nawet kropli przez miesiąc pustynnej suszy. Idź się umyć, Pascualu, i chodź jeść. Święty Janie Kapistranie13! Moja krew jest czerwieńsza niż to wino, a każda jej kropla śpiewa we mnie, gdy widzę takiego dobrego człowieka.
Brat Pascual poszedł do studni znajdującej się w patio. Zrzuciwszy habit, zmywał z siebie kurz i pot po podróży. Nawet tu słyszał głos Rubriza, jak wydzierał się na swą bandę:
- Wszyscy jesteście świnie! Potraficie jedynie pchać się do koryta. Jedyny prawy człowiek to brat Pascual!
Wróciwszy do izby, na mnicha czekała ogromna porcja koźlęcej pieczeni prosto z rożna i dużo frijoles. Cienkich, giętkich i wilgotnych tortilli14 użył zamiast łyżki i widelca. Nóż miał swój.
Jedząc, popijał umiarkowanie czerwone wino z ogromnego kufla. Na jego meksykański gust pulque15 byłaby lepsza. Łup podzielono i skarb zniknął ze stołu, choć tu i tam błyszczały jeszcze na szorstkich deskach plamy złotego proszku. Miesięczna płaca dziesięciu robotników marnowała się w tym bezmiarze zbójów. Mateo znów jadł, przechadzając się z drogocennym kubkiem wina w jednej ręce, a w drugiej tłustym udźcem, z którego odrywał potężnymi zębiskami wielkie kęsy.
- Teraz możesz mówić, Lucio - rozkazał Rubriz. - Siedzisz z ogniem w oczach i ukatrupiasz wzrokiem Joségo. Gadaj, o co chodzi.
Lucio wstał. Nie miał okrągłej napuchniętej twarzy rolnika, wręcz przeciwnie, jego rysy zasługiwały na miano arystokratycznych, a zapadnięte policzki i naciągnięte kąty ust nadawały mu szyderczego uśmiechu.
- José, wstań! - rzekł.
- Mogę stanąć tobie i każdemu! - warknął barczysty młodzik o krzywych nogach, prawdziwie rolniczy typ. Puszył się i stanął w zawadiackiej pozie.
- Podczas ucieczki padł mi koń - zaczął Lucio. - Pędziłem pieszo co sił w nogach. Usłyszałem tętent. Patrzę, a to mój przyjaciel José. Wyciągam rękę, by mnie podsadził na konia, a ten - na świętego Krzysztofa16! - tylko przeleciał jak wicher. Nawet udawał, że mnie nie widzi. Gdyby nie rozpadlina w skale, w której się schowałem jak jaszczurka, policjanci i żołnierze dorwaliby mnie. Bądź sprawiedliwy, wielki Rubrizie! Czy to koleżeństwo? Sfora lepiej traktuje kulawego psa!
Z gardeł obecnych wydobył się pomruk, nie głośny, ale piskliwy. Po tym brat poznał, że serca bandziorów zatliły się gniewem.
- A ty co powiesz, José? - zagrzmiał herszt.
- A to! - odrzekł głośno José. - Widziałem Lucia, rozumie się. I chciałem mu pomóc, ale miałem przytroczony do siodła worek złota. Mogłem narazić siebie i konia. Rurales17 na pewno by nas złapali, gdybym go wciągnął na konia. A ja musiałem ratować złoto, więc gnałem dalej. Powiedz, Lucio, jesteś wart trzydzieści funtów18 złota? No, mów!
Lucio milczał. Tylko po jego oczach widać było, że chętnie skoczyłby mu do gardła, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa.
W izbie zapanowała cisza. Banda wyciągnęła szyje, a ich ciekawe oczy, skierowane na spokojnie przechadzającego się tam i z powrotem przywódcę, świadczyły o ogólnym napięciu. Rubriz przystanął i wskazując ogryzioną kością na Joségo, rzekł:
- Srebro - dobra rzecz, złoto - jeszcze lepsza, ale ani srebro, ani złoto, ani szmaragdy, ani diamenty nie są warte jednej kropli ludzkiej krwi. Krew jest lepsza niż pieniądze. Mój José, za krótko ze mną jesteś. Nie wyrobiłeś się. Inaczej, na świętego Kapistrana! Własnoręcznie powiesiłbym cię na tej belce. Minąłeś kolegę, który został bez konia? Zostawiłeś go na pastwę policji? Ale że krótko tu jesteś, to ci tym razem daruję. Zapamiętasz, co powiedziałem?
- Zapamiętam! - zawstydzony, spuścił oczy.
- Jesteś zadowolony, Lucio? - spytał herszt.
- Nie.
- W takim razie bierzcie noże. Rozbierzecie się do pasa. Porżnijcie się albo zabijcie nawzajem. Takie jest prawo. Ale nie może być skrytej nienawiści pośród mojej bandy charros.
- Dobrze! - zgodził się José i zaczął zrywać z siebie kurtkę.
Lucio milczał, lecz jego wściekłe od żaru spojrzenie i wykrzywione szyderczo usta mówiły więcej niż słowa.
W tym momencie w sprawę wdał się brat Pascual. Wstał i podszedł do Lucia.
- Lucio - rzekł - gdy twój brat zachorował w górach, odszukałem go i przyniosłem na plecach do obozu.
- Jako zapłatę mogę podarować bratu prawą rękę.
- To dawaj - i potężny mnich chwycił zdziwionego zbója za prawą rękę i pociągnął go w stronę, gdzie stał José. - Daj mi swoją rękę, José.
- Moja ręka należy do mnie - bąknął nadąsany.
Olbrzymia łapa mnicha zamknęła się na kołnierzu zadziornego chłystka w kleszczowym uścisku i potrząsnęła nim ostro. W ręku zawadiaki błysnął nóż, zamierzył się na nieustraszonego brata, ale nie uderzył. Nóż sam wyleciał mu z ręki. Jednak nie sprawił tego srogi wrzask trwogi całej bandy, co dziwna bojaźń przed bratem Pascualem.
- Teraz daj mi rękę! - rozzłościł się mnich. - Inaczej wezmę i cię wywalę jak świnię w błoto. Nie takich jak ty wyrzucałem!
- Przebacz mi, bracie! - jęknął bezradnie José i podał prawą rękę. Brat momentalnie złączył ją z prawicą Lucia. Dwóch zawadiaków patrzyło na siebie z nienawiścią.
- José to głupiec, ale to młody głupiec i może się nauczyć mądrości - zagrzmiał mnich. - Lucio, uściśnij mu dłoń. Ja, brat Pascual, rozkazuję ci. José, wyznaj mu, że źle postąpiłeś. Urażony człowiek jest gorszy od rozłoszczonego psa, lecz spowiedź oczyszcza serce.
Zapadła cisza, pełna tak ostrego napięcia, że słychać było tylko oddechy ludzi i odgłosy ogryzanej przez herszta kości.
Nagle José poddał się:
- Zawiniłem, Lucio. Miałem do ciebie uraz o tę karą19 klacz. Zapomnisz mi to?
- Naprawdę? - zdumiał się Lucio. - Przyznajesz się przed wszystkimi? Więc jesteś mi bratem!
I nagle zarzucił mu ręce na szyję.
- Wstyd mi, ale... zawiniłem - szepnął José.
- Wstyd ci? - krzyknął Lucio. - Kto się uśmiechnie, zabiję.
Ale nikt nie myślał się uśmiechać. Jedynie Mateo cisnął w ogień ogryzioną kość, która po drodze brzęknęła o garnek i wpadając w popiół, wzbiła go do góry, tworząc białawą chmurę pyłu.
- Na rany boskie! - krzyknął. - Moi zbóje zmieniają się w baby. Ale niech tam! Bylem cię tu miał, bracie Pascualu, tak długo jak ich. Czy przyszedłeś tylko zażegnać spory moich biednych ludzi?
- Przyszedłem z tobą poważnie porozmawiać, Mateo - odparł spokojnie wielki mnich.
- Słyszeliście? - ryknął Rubriz do swej bandy. - Przyszedł ze mną porozmawiać. Czemu stoicie? Nażarliście się i macie forsę. Idźcie pić, aż się pośpicie. Wynocha!
1 San Carlos - pasmo górskie w północnej części Meksyku.
2 Habit - w większości Kościołów chrześcijańskich charakterystyczny strój członków zakonów i zgromadzeń zakonnych; w zależności od zakonu składa się z sukni, płaszcza, szkaplerza oraz pasa lub sznura.
3 Chihuahua - tu: miasto w północnym Meksyku, stolica i drugie pod względem zaludnienia miasto w stanie Chihuahua w Meksyku, położone u podnóża gór Sierra Madre Zachodnia.
4 San Nicolás de Bari (Mikołaj z Miry) - prawdopodobnie chodzi tu o tę postać; znany również jako Mikołaj z Bari, żył na przełomie III i IV wieku, wsławił się cudami oraz pomocą potrzebującym i biednym.
5 Bandido (hiszp.) - bandyta.
6 Meksyk - oficjalnie Meksykańskie Stany Zjednoczone; państwo w Ameryce Północnej.
7 Frijoles (frijoles refritos) - meksykańska smażona pasta fasolowa.
8 Huaraches - rodzaj taniego meksykańskiego obuwia - sandałów.
9 Mycka - mała okrągła czapeczka bez daszka, ściśle przylega do głowy.
10 Sombrero - wysoki kapelusz słomiany lub filcowy z miękkim szerokim rondem, popularny w Hiszpanii w XV i XVI wieku, stamtąd trafił do hiszpańskich kolonii w Ameryce Środkowej i Południowej; stanowi narodowe nakrycie głowy Meksykanów i Chilijczyków.
11 Arriero (hiszp.) - poganiacz mułów.
12 Charro (hiszp.) - wieśniak.
13 Święty Jan Kapistran (San Juan de Capistrano, 1386-1456) - właściwie Giovanni de Capestrano, franciszkanin, obserwant, kaznodzieja, założyciel klasztorów Braci Mniejszych Obserwantów, święty Kościoła katolickiego.
14 Tortilla - okrągły, cienki placek kukurydziany, popularny w Ameryce Łacińskiej.
15 Pulque - napój ze sfermentowanego soku agawy.
16 Cristóbal Magallanes Jara (1869-1927) - prawdopodobnie chodzi tu o tę postać, Święty Kościoła katolickiego, ksiądz, misjonarz ludowy, męczennik, ofiara prześladowań antykatolickich, które zapoczątkowano w okresie rewolucji meksykańskiej.
17 Rurales, Gwardia Rural - termin meksykański, używany do opisania sił rządowych; członków potocznie określano mianem "Rurales"; był to rodzaj konnej żandarmerii, mającej ścigać bandytów na meksykańskiej ziemi; Członków określało się także mianem policjantów; tu: terminy zamiennie z terminami policja i policjant.
18 Funt - pozaukładowa jednostka masy; obecnie w państwach anglosaskich jest przyjęty międzynarodowy funt równy 0,453 kg oraz skrót lb.
19 Maść kara - umaszczenie konia; barwa sierści pokrywającej ciało konia, wraz z barwą grzywy i ogona, uwarunkowana genetycznie; koń o takiej maści ma całkowicie czarną sierść.