Dlaczego?
- Dlaczego? - zapytał, przeżuwając marnej jakości placek z sosem pomidorowym, szynką i ananasem. - Dlaczego wróciłeś?
- Nie wiem - odpowiedziałem - naprawdę, kurwa, nie wiem. A co innego miałem zrobić?
- Nie wiem.
I zapadła cisza.
Bardzo lubiłem ciszę, ciągle ją lubię, ale kiedy sięgam pamięcią, wydaje mi się, że kiedyś była lepsza, taka wyjątkowa. Wyznawałem ciszę bardziej niż Boga, bo po co mówić?
- Wiesz, jeśli chcesz, to możesz się u mnie zatrzymać - kiedy to mówił, kawałek hawajskiej wypadł mu ust i wylądował tuż obok mojego talerza. - Może nie mam wielkiego mieszkania, ale się pomieścimy.
- No na sto procent - odparłem z lekkim sarkazmem.
- Znasz mój adres i numer telefonu, zadzwoń, jak już załatwisz to, co musisz.
Wytarł usta chusteczką, dopił fantę ze szklanki i odszedł.
Zrobiło mi się trochę dziwnie i smutno, bo mój dobytek leżał tuż obok mnie - miałem jedynie starą torbę z logiem skaczącego kota, w kieszeni portfel, telefon i fajki. Z Marcinem znamy się jeszcze z czasów studiów. Gdyby wszystko się udało, tak jak planowałem, to teraz bym biegał po polach czy placach budowy z teodolitem - tym takim śmiesznym wichajstrem, który wygląda jak aparat. Kiedyś na praktykach grupa przedszkolaków ustawiała się do zdjęcia, obiecałem, że jak wywołam, to im wyślę do przedszkola. Ciekawe, czy dalej czekają na przesyłkę. Prawdopodobnie gdyby udało mi się dociągnąć do końca studiów, moje życie wyglądałoby teraz jak życie Marcina. Od zawsze byłem podatny na używki - przynajmniej tak to sobie tłumaczę. To całkiem normalne, zrzucenie winy na coś, cokolwiek, byle oddalić podejrzenie od siebie. Ale to prawda, ojca pamiętam z butelką, matkę z miską, szmatą i limem pod okiem. Chciałem, by umarł, i za którymś razem się to spełniło. Najpierw matka próbowała mnie bronić przed tym złem, później wychowywać za dwoje, zrozumiałem to dopiero po kilku latach. Kiedy dorastałem, nie chciałem z nią rozmawiać, wstydziłem się jej, tak jak całego domu, w którym przecieka dach, zimą śnieg wpada przez szczeliny w oknach, a podłogi zmieniają się w fale pod wpływem wilgoci. Teraz to ja chciałbym do ciebie mówić, móc się wyżalić, wygadać, oprzeć na ramieniu i liczyć, że dłoń, którą kiedyś przygotowywałaś mi posiłki, położysz na moich plecach, wykonasz koliste ruchy, a mój oddech i tętno się uspokoją.
Nawet nie zauważyłem, kiedy kelnerka na stoliku obok mnie położyła małe pudełeczko z rachunkiem. Wrzuciłem banknot, wyszedłem i odpaliłem papierosa. Tyle razy wmawiałem sobie, że to rzucę, ale dym chyba zagościł w moich płucach na stałe. Delikatnie sunie razem z wdechem - usta, gardło, krtań, dalej do oskrzeli i w oskrzelikach rondo, bo zorientował się, że jednak czas wracać. Prawie jak kobieta, która zapomniała torebki z domu przed wyjściem. Albo kluczy. Telefonu. Chusteczek. Śrubokręta. Maszyny do cięcia glazury. Kombajnu zbożowego Bizon. I pudru.
Nie było mnie tu trochę i spodziewałem się, że to miasto się chociaż odrobinę zmieni. Ale nie - te same ulice, osiedla, sklepy, nawet pan żul pod sklepem jest ten sam.
- Uszanowanko - krzyknąłem z przekąsem. To właśnie on kupował mi kiedyś browary, w czasach gdy nie miałem jeszcze dowodu.
Nie odpowiedział. Nie poznał? A może po tylu latach picia najtańszego alkoholu w dużych ilościach nie jest w stanie zapamiętać więcej niż to, jak się oddycha i że przed rozpoczęciem incydentu fekalnego warto zdjąć spodnie. Totalnie nic się nie zmieniło, ten sam tłok w autobusie, ten sam kanar w środku. Kanar w środku... o kurwa!
- Bilet do kontroli.
- Pan Tadeusz! Dzień dobry panu, jak życie, kawał czasu się nie widzieliśmy, jak zdrówko? Co słychać u żony? - Zacząłem pokaz krindżu, licząc, że może mnie rozpozna, może przymknie oko, może akurat tego dnia uderzy meteoryt i odwróci jego uwagę.
- U żony? A bardzo dobrze, nie żyje - odparł z uśmiechem i dumą, jakby wybawienie sprawiło, że brzemię, które dźwiga, spadło na podłogę i w końcu mógł się wyprostować. - Nie zagaduj mnie pan, dokumenty poproszę, napiszemy liścik - dodał. Czas na plan B. W charakterystyczny sposób zacząłem się obmacywać po kieszeniach w spodniach, później po bluzie, by na końcu w porywach aktorstwa udać, że bardzo mi przykro, ale nie posiadam przy sobie akurat żadnego świstka, że ja to ja i nikt inny.
- Że wy też nie macie co robić w życiu, dobra, wysiadamy, dzwonimy po policję i oni się już panem zajmą.
Nie miałem na to riposty, serio. Zrezygnowany wyciągnąłem posłusznie portfel z kieszeni i po chwili grzebania w środku podałem kontrolerowi kawałek plastiku. Wysiedliśmy i dopełniliśmy wszelakich możliwych formalności. Prawda jest taka, że i tak nigdy nie ureguluję tej kary, więc co za różnica?
Totalnie żadna.
Wiele rzeczy nie ma żadnego sensu, więc po co miałbym zajmować sobie nimi głowę. Czasem popadam w wir myśli - napędzam się aż do momentu, kiedy wykolejam się tym pociągiem spierdolenia. Doprowadzam się tak do płaczu, niczym niepopartego żalu i ataku paniki.
Czy znam sto czterdzieści pięć metod, jak z tym walczyć lub to powstrzymać? Owszem.
Czy są skuteczne? Zapewne tak.
Finałowe i najważniejsze pytanie - czy działają na mnie? Ani trochę.
Znajoma okolica - pomyślałem, chociaż nowy sklep z gadem w logo pojawił się chyba całkiem niedawno. Wnioskuję to po świeżej elewacji, niezaplutym chodniku i nieobecności butelek po smerfowych napojach. Mmm, narobiłem sobie smaka na samą myśl.
Wracasz na start
W zasadzie to muszę się do czegoś przyznać - to nie pierwszy raz.
Nie pierwszy raz śpię gdzieś na budowie i w zasadzie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że nie pierwszy raz nie pamiętam, jak zakończył się poprzedni dzień. Za to jestem przekonany, że musiała mi zaszkodzić ta bułka, którą kupiłem do ognistej wody. Przed wyjazdem chodziłem na terapię. Nie to, że z własnej woli, bo wierzę, że przecież bez tego też bym sobie poradził. To nie jest tak, że to mnie usidliło, to raczej ja chwytałem to w swoje łapki, by móc się zresetować i móc kolejnego dnia wstać w pełni sił i optymizmu, by przepracować w mleczarni kolejne godziny, dni, miesiące, lata. Na spotkaniach słuchałem, jak to psuje relacje w rodzinie, że podobno zaniedbuję dom, a jako mężczyzna powinienem stać na straży porządku miru domowego i zapewnić jego mieszkańcom wszystko, czego potrzebują. Oczywiście że musiałem, bo królewna zasiedmiopetogrodu nie chciała pracować, tłumacząc się chorobą i odwracając uwagę, że dzięki niej po powrocie do domu mam ciepły obiad i uprane ubrania. Było wychodzić częściej do ludzi, może pobiegać czy coś, to by jej przeszło. Utrzymywaliśmy się z mojej pensji i chyba starczało na wszystko, tak mi się wydawało - wakacje przecież są zbędnym wydatkiem. Często się kłóciliśmy, a ja po prosto miałem tego dość. Mamusia - zanim umarła - mówiła mi "Krystianku, ty to wrażliwy chłopiec jesteś".
No oczywiście, że jestem.
Nie pierwszy raz też śpię na ulicy - to też nauczony doświadczeniem potrafiłem wykonać poranną toaletę przy użyciu butelki wody. W torbie miałem nawet czyste ubrania i perfumy, co momentalnie podniosło mój chwilowy status społeczny. Niby dalej jestem bezdomny, ale jakoś tak ładniej ubrany.
Źle spałem tej nocy, trochę obawiałem się tego, co mnie spotka na miejscu, jak zareaguje, kiedy mnie zobaczy? Może się ucieszy? Tak, jestem tego pewien, dawno się nie widzieliśmy, później sam zniknąłem. Całą drogę na jej osiedle szedłem właśnie z tymi myślami. Walczyłem, projektując przed sobą wszelakie możliwe scenariusze. Wszystkie były pozytywne. Może da mi trochę kasy albo pozwoli przekimać kilka dni. Osiedle Żmijowiec nie zmieni się nigdy, zawsze ten sam syf, brud i mała bieda biegająca za piłką. Denerwowałem się coraz bardziej z każdy pokonanym schodkiem. Z jednej strony - czego tu się bać? Z drugiej - na chuj ja się tu pcham? Wiem dlaczego, to moja ostatnia deska ratunku.
Puk-puk.
Drzwi delikatnie się otwierają, a w szczelinie między nimi a futryną widzę właśnie ją. Po raz pierwszy od tylu lat. Ciągle taką samą.
- O nie, nie, nie! Wypierdalaj, nie chcę cię widzieć - krzyknęła, zatrzaskując drzwi.
- No przestań, wpuść mnie, chcę z tobą tylko porozmawiać! - Odpowiedziałem, blokując drzwi nogą.
- Nie ma takiej opcji, ty przecież nie żyjesz!
- TA DAM! - krzyknąłem niczym cyrkowiec podczas przedstawienia - proszę cię, daj mi chwilę, ja naprawdę nic nie mam.
- Oczywiście, że nie masz, bo powinieneś leżeć pod ziemią!
- Daria, proszę cię, nie róbmy scen na klatce, zobacz, ta gruba baba już wygląda przez wizjer - wskazałem ostentacyjnie na drzwi sąsiadki, której obecność raka płuc dało się słyszeć przez ścianę. To sprawiło, że napór na moją stopę trzymającą drzwi się zmniejszył, a one same się uchyliły.
- Masz 5 minut, by powiedzieć, co musisz, a potem grzecznie wychodzisz, jasne? - spytała groźnie.
Ja tylko cicho przytaknąłem, jak pokorny piesek merdając ogonkiem, i bez kozery udałem się do salonu, gdzie zawsze siedzieliśmy, oglądając seriale, kłócąc się czy robiąc inne brzydkie rzeczy, na przykład przemoc ciszą.
- Żeby było jasne - zaczęła, zanim zdążyłem otworzyć usta - doskonale wiem, jak będzie wyglądała ta rozmowa. Wiem wszystko od Marcina, nie obchodzi mnie inna wersja, którą wymyślisz na poczekaniu, ani żadna słuszna idea, która cię popchnęła do takiego kroku. Powiedz mi, dlaczego akurat do mnie wiecznie wracasz.
- Po prostu ostatnio za dużo myślę o sobie. O tym, jak się brzydzę siebie, patrząc w lustro. To jest głupie i chore. Zaprzyjaźniłem się z jakimś wytworem i stwierdziłem, że mi tutaj dobrze, że ten stan rzeczy jest okej, mimo że wcale nie jest. Nie poznaję nowych ludzi, nie buduję żadnych relacji. Wpadłem w wir siedzenia w swojej strefie komfortu, jaskini wygody mentalnej, pustych czterech ścian. Matka nie żyje, nie wiem, co się dzieje z ojcem. Żyję sobie przeszłością, jakimiś ochłapami miłych i fajnych wspomnień, bo kurwa nie potrafię budować teraźniejszości. Tak bardzo się staram, tak bardzo próbuję, i zawsze kończy się tak samo. Czuję się totalnie pusty, czuję, że to, co robię, nie ma żadnego pożytku, żadnego sensu, ale w wielu kwestiach jestem za mało asertywny. Że coś zgasło, się wyłączyło, poszło sobie i w pustej skorupie zaczynają zalegać kurz i pajęczyny. I jestem bezsilny. Tak bardzo nieporadny. Gdyby powiedział mi to ktoś inny, znalazłbym pewnie milion rozwiązań, sypałbym pomysłami z rękawa i co chwilę odnajdywał nowe wyjścia, a teraz patrzę w lustro i nie widzę nic. Najlepsze jest to, że to chyba nawet nie jest nawrót tej sławnej depresji. Mimo że rok temu w tym okresie faszerowałem się moimi ulubionymi dropsami. Nie czuję smutku takiego jak wtedy, nie ma takiej złości jak wtedy. Nie ryczę w poduszkę, nie zawalam obowiązków. Nie jest tak jak wtedy, jest tylko pustka w świadomości.
- Co ty pierdolisz, gościu? - wyszeptała po chwili ciszy, jakby nie mogła zrozumieć tego, co właśnie usłyszała.
- Przepraszam, może nie powinienem... - zacząłem się jąkać, dukając tę kwestię - plotki podobno znasz, to powiedziałem ci, co u mnie.
- Krystian, nie o to mi chodzi. Ja wiedziałam, że mi walniesz wiązankę, którą układałeś pewnie już od trzech dni w głowie tak, by dobrać odpowiednia słowa, które mnie poruszą, ale już dawno nic mnie nie rusza, wiesz?
- To nie tak... - zacząłem.
- Nie przerywaj mi, jak mówię - warknęła na mnie, pokazując dominację - ja nie wiem, co jest z tobą nie tak, dlaczego ktoś taki jak ty, chłop - wydawać by się mogło - niegłupi, ciągle musi być w jakimś centrum uwagi, ciągle musi pokazywać swoją wyjątkowość w taki, a nie inny sposób. Jak jesteś taki wrażliwy, to może zacznij książki pisać czy coś, ja już nawet sobie wyobrażam, jakby to mogło wyglądać. Jestem pewna, że to by była książka pełna przygód o tym, jaki to królewicz jest smutny i niezrozumiany przez nikogo, że wiecznie coś źle i nie tak. Taka - wiesz - krótka i smutna książka o niczym, jak twoje życie.
- Za co jesteś zła? - spytałem.
- Ty się jeszcze pytasz, durniu, za co mogę być zła? Kpisz sobie ze mnie? Może za pomnik, który sprzątam na cmentarzu? A może za to, że gdy się dowiedziałam, że nie żyjesz, to poroniłam.
- Przepraszam - wyszeptałem prawie bezgłośnie. Nie miałem żadnej siły w sobie, by powiedzieć to chociaż odrobinę głośniej. Zdawałem sobie z tego sprawę, jednak nigdy się nie pogodziłem z własną decyzją i jej konsekwencjami.
- I myślisz, że tyle wystarcza? Że przyjedziesz i jak gdyby nigdy nic wejdziesz do salonu, opowiesz mi historyjkę, a ja rzucę ci się na szyję, a może nawet zaoferuję nocleg? Jeśli tego oczekujesz, to nawet nie proś.
- Ja nie chciałem, by tak wyszło, chciałem dla ciebie i naszego maleństwa jak najlepiej, po to tam wyjechałem - zacząłem się nerwowo tłumaczyć, skubiąc skórki przy paznokciach u dłoni - po prostu znalazłem się w złym miejscu i w kurewsko nieodpowiednim czasie.
- Jesteś mistrzem manipulacji, nawet swoją matkę byś tak omotał i tak zagadał, że nie dość, że by ci uwierzyła, to jeszcze by się ucieszyła i była dumna z synka, ale ja już dokładnie widzę i wiem, jakim jesteś człowiekiem. Marnym i zdesperowanym. Idź już, naprawdę, i zacznij myśleć, że mnie już nie ma w twoim życiu, tak jak ty umarłeś z naszego. To, że masz brodę i schudłeś, nie znaczy, że ludzie nie pamiętają, kim jesteś, żyjemy w małym miasteczku, tutaj takie rzeczy zostają na długo, a może nawet na zawsze.
Miała rację. Tak bardzo to od siebie odsuwałem, że nie zauważyłem, że mimo upływu czasu pewna mentalność zostaje. Czasem nawet pulsuje jak serce i płynie w żyłach jak krew. Wyszedłem. Bo co mi zostało?
Nie zmienię niczego.
Bo w teorii czasu się nie da cofnąć, to jest rzecz, która jest, wydarza się i znika. Kiedyś to było, były czasy, byliśmy wyjątkowi i niepowtarzalni. Chciałbym jak kiedyś móc patrzeć w twoje oczy i napełniać się pięknem. Jak kiedyś mógłbym kilogramami jeść gofry z bitą śmietaną i kupować ci twoje ulubione lody włoskie z małej budki na rogu ulic, gdzie się spotkaliśmy na pierwszą randkę.
Poszedłem do celu po trupach.
Gdybym był biznesmenem, toby mogło mieć jakiś sens, oczywiście nie pochwalam takiego zachowania. Jak przystępowałem do pierwszej komunii świętej, a było to w czasach, gdy robiło się to jeszcze, wierząc w sakrament, a nie w rower, zegarek czy inne podarunki, ksiądz powiedział, że nie wykiełkujemy szczęścia na truchłach innych osób. Zakładałem, że nie była to porada ogrodnicza i oby nikt nigdy nie próbował uprawiać marchewki w padlinie zwierzęcej. To była jedna z tych myśli, na tyle uniwersalna, że możesz ją dopasować do danego problemu w losowym momencie na linii czasu twojego życia i będzie pasować, chyba na tym polegają mądrości z ambony.
Z linii mojego życia właściwie jedną decyzją wykreśliłem dwie bliskie postacie, z którymi wiązałem przyszłość.
Gdyby życie było grą w monopol i wylosowałbym kartę powrotu na start, to - poza lekką irytacją - nie poczułbym nic więcej. Po kolejnych ruchach i rzutach kostką w końcu zrobiłbym pełne okrążenie planszy, pobrał gotówkę i zastanowił się, gdzie wybudować hotel.
Prawdą jest to, że granie w życie jest odrobinę trudniejsze niż reguły planszówki. Trudno znaleźć instrukcję, toteż nikt nie potrafi jasno określić zasad, kto może, ten nagina reguły, a niektórzy w złości wywracają stolik, na którym leży plansza, i obrażeni wychodzą do innego pokoju.
Dziś znów spadł deszcz. Zimny i niespodziewany.
Podążałem pustą ulicą w bliżej nieznanym sobie kierunku, wierząc, że jeśli dotrę do celu, to będę wiedział, że właśnie tam dążyłem. Lubię deszcz, podobnie jak pod prysznicem, nie widać, gdy się płacze. Nie można też palić w trakcie deszczu, znaczy można, ale trzeba się schować. Można się też rozchorować, i to zamyka pulę negatywów i pozytywów tego zjawiska atmosferycznego.
Byłem przeszczęśliwy, że mnie takiego pokochałaś.
O tym, jak stary kundel lizał swoje rany
Kolejne dni minęły dość twardo i szybko. Zaszyłem się w opuszczonej altance działkowej, w dzień chowałem się przed wzrokiem sąsiadów, w nocy wyruszałem na poszukiwanie pożywienia i najważniejszych środków do życia. Wyobrażałem sobie siebie jako groźną zwierzynę drapieżną, która - wykorzystując swoje zmysły i zdolności - tropiła ofiarę, a następnie ją zabijała, patroszyła i wybierała najlepsze fragmenty mięsa, by resztki zostawić innym padlinożercom. Niczym wilk warczałem, wbijałem przeszywający wzrok i zabijałem bez skrupułów.
Tak wyglądałem w swojej wyobraźni. W rzeczywistości byłem jak szop pracz czy inny myszojeleń żerujący w śmietnikach i odpadkach. Miałem jakieś pieniądze, ale nie miałem perspektywy na przyszłość. Równie dobrze mogłem tutaj spędzić dzień, dwa albo miesiąc. Wiedziałem, że jeśli teraz wynajmę pokój w hostelu, to za dwa tygodnie nie będę miał czym zapchać żołądka, więc stwierdziłem, że to jedyny sposób na pozbieranie się w sobie. Mówiłem już, że trochę przywykłem do takiego życia? Anglia mnie do tego zmusiła. Pierwsze dwie noce spędziłem tam, śpiąc na paletach przy śmietniku, przykrywając się kartonem od telewizora plazmowego. To, co było ustalone tutaj, w Polsce, wcale nie było takie tam, na miejscu. Później w zasadzie też było nie lepiej, trafiłem do rolnika, którzy potrzebował taniej siły roboczej na swojej plantacji, przez telefon gwarantował nocleg i wyżywienie, ale nie wspomniał, że na ośmiu metrach kwadratowych będzie jeszcze pięciu innych robotników. O posiłkach powiem tylko tyle, że w ciągu miesiąca chudłem po kilka kilo. To ironiczne, bo w liceum uczyłem się o nazistowskich obozach, wierząc, że to przeszłość.
Każdy z moich współlokatorów był z innej parafii. Włoch, Litwin, Ukrainiec, Rumun i Meksykanin. Jeśli zastanawiacie się, skąd tutaj człowiek z Ameryki Południowej - odpowiadam, nie wiem. Tak naprawdę tylko z Włochem dało się porozumiewać płynnie. Reszta ograniczała znajomość do podstawowych zwrotów i nazw warzyw, które akurat zbierali. Ernesto był mężczyzną w sile wieku, piękna karnacja i czarny włos wyróżniały go na tle innych mężczyzn. Z tego, co się dowiedziałem, w swoim kraju podpadł największej z możliwych mafii, czyli rodzinie swojej żony, brzuchacąc córkę sąsiada. Ot, taki kaprys losu. Stwierdził, że tutaj podoba mu się do tego stopnia, że nigdy tam nie wróci, bo go znajdą. Z Ukraińcem Dimą rozmawiałem trochę na migi. Kali jeść, Kali pić w wersji dla upośledzonych. On po prostu przyjechał za pieniędzmi, bo w funtach lepiej niż w złotówkach. Meksykanin Carlo był zagadką dla nas wszystkich, nie rozmawiał z nikim, nawet z gospodarzem. Gdybym miał wejść w jakiś zakład, to jestem pewien, że był jakimś szpiegiem mającym udowodnić niechlujstwa podczas zbioru ogórka na polu tuż za drogą. Wieczorami potrafił wyjść z naszego chowu klatkowego, siadać przy drzewie, które rosło niedaleko płotu, i cichutko śpiewać. Musiała to być zdecydowanie smutna pieśń, ponieważ za każdym razem w ostatniej zwrotce łamał mu się głos, a niekontrolowane łzy obmywały jego policzki.