Znów nastało lato - L. Sherman

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Henrik

Lipiec, rok wcześniej

W skle­pie wciąż pa­liło się świa­tło, mimo że był za­mknięty już od kilku go­dzin. Wła­śnie skoń­czy­łem pod­su­mo­wa­nie dnia i wy­bie­ra­łem się do Ska­gen na im­prezę. Po­sta­no­wi­łem, że naj­pierw spraw­dzę jed­nak, co sły­chać u są­sia­dów. Skrę­ci­łem za róg i sta­ną­łem w otwar­tych drzwiach po­mię­dzy moją re­stau­ra­cją a skle­pem Stara Mle­czar­nia. Przy jed­nym ze sto­li­ków uj­rza­łem Vin­nie z lap­to­pem. Wo­kół niej le­żały po­roz­rzu­cane ja­kieś pa­piery, a ona wpa­try­wała się ze zmarsz­czo­nymi brwiami w ekran, trzy­ma­jąc w dłoni duży kie­li­szek czer­wo­nego wina.

- Ja­kiś pro­blem? - Unio­słem brew, opie­ra­jąc się o fu­trynę.

- Je­stem chyba tro­chę zmę­czona i bra­kuje mi po­my­słów... a mu­szę za­pla­no­wać po­sty na naj­bliż­sze ty­go­dnie. Te­raz, kiedy w skle­pie pa­nuje taki duży ruch, w ciągu dnia po pro­stu ni­gdy nie mam na to czasu. - Vin­nie była dy­rek­torką do spraw ko­mu­ni­ka­cji i od­po­wia­dała za mar­ke­ting.

- Chciał­bym ci ja­koś po­móc, ale chyba nie po­tra­fię. Mogę się przy­siąść?

- Oczy­wi­ście. Na­pi­jesz się wina? - Ski­nęła, uno­sząc bu­telkę chianti.

- Może kie­li­szek. Za­raz ru­szam da­lej.

Wstała i się­gnęła za ladę. Wy­jęła dla mnie zwy­kłą szklankę. Nie opar­łem się po­ku­sie wo­dze­nia wzro­kiem po jej ko­bie­cych kształ­tach. Skar­ci­łem się w my­ślach, krę­cąc głową. Kiedy była w po­bliżu, na­prawdę tra­ci­łem kon­trolę nad emo­cjami i nie pa­no­wa­łem nad tym, jak bar­dzo mnie po­cią­gała.

- Za cu­downe lato! - Stuk­nę­li­śmy się szkłem.

Przy­sia­dłem na krze­śle. Na­gle po­czu­łem, że za­czyna mnie ogar­niać zmę­cze­nie. Prze­je­cha­łem ręką po wło­sach.

- Tak, za lato, ale po­wiedz mi... - Po­chy­liła się nad sto­łem, jakby za­mie­rzała mi zdra­dzić coś bar­dzo waż­nego. Jej nie­bie­skie oczy błysz­czały szel­mow­sko i cho­ciaż ry­su­jące się pod nimi cie­nie zdra­dzały, jak bar­dzo jest zmę­czona, wy­glą­dała pięk­nie. Ja­sne włosy upięła w prak­tyczną kitkę. Let­nia su­kienka w od­cie­niach nie­bie­skiego i fio­letu opi­nała jej piersi.

Reszty ubioru nie wi­dzia­łem, ale po­nie­waż spo­tka­łem ją wcze­śniej w skle­pie, przy­po­mnia­łem so­bie, że ma­te­riał su­kienki sięga tylko nieco po­ni­żej bio­der. Po­ru­szy­łem się w krze­śle, upi­łem spory łyk wina i cze­ka­łem, cie­kaw, co też Vin­nie chce mi po­wie­dzieć.

- Czy pro­wa­dze­nie re­stau­ra­cji i im­pre­zo­wa­nie co wie­czór... co noc nie jest dla cie­bie zbyt mę­czące? - Uśmiech­nęła się i znowu oparła na krze­śle.

- Ale... prze­cież nie otwie­ram re­stau­ra­cji tak wcze­śnie jak wy, a poza tym to Kri­stof­fer ogar­nia naj­więk­szy ruch w po­rze lun­chu.

- Jak mo­głam za­po­mnieć? - Ro­ze­śmiała się. - Masz prze­cież lu­dzi od ro­boty.

- Wy też ma­cie lu­dzi... Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, nie mu­sisz co­dzien­nie otwie­rać i za­my­kać sklepu sama. - Za­mru­ga­łem, opróż­ni­łem szklankę, na­la­łem so­bie ko­lejną i już wie­dzia­łem, że dzi­siej­szej nocy nie do­trę na im­prezę w Ska­gen. Nie za­le­żało mi na tym. Wła­ści­wie to na­wet wo­la­łem prze­sie­dzieć całą noc, roz­ma­wia­jąc z Vin­nie.

Za­kum­plo­wa­li­śmy się, kiedy nasi przy­ja­ciele, Phil­lip i Dicte, zwią­zali się ze sobą. Nie mo­głem za­prze­czyć, że Vin­nie po­cią­gała mnie już od pierw­szego dnia. Wtedy była jesz­cze mę­żatką i znaj­do­wała się cał­ko­wi­cie poza moim za­się­giem. Nie­dawno się roz­wio­dła, lecz wciąż po­szu­ki­wała swo­jego praw­dzi­wego "ja". Or­ga­ni­zo­wała ży­cie od nowa dla sie­bie i dwojga na­sto­let­nich dzieci. By­li­śmy pra­wie ró­wie­śni­kami. Vin­nie miała trzy­dzie­ści sie­dem lat, a ja zbli­ża­łem się do czter­dziestki, ale te­raz... czy może ra­czej w mo­men­cie, kiedy się po­zna­li­śmy, znaj­do­wa­li­śmy się w dwóch kom­plet­nie róż­nych miej­scach w ży­ciu. Przez wiele lat co­dzien­ność Vin­nie po­le­gała wy­łącz­nie na peł­nie­niu funk­cji matki i dba­niu o ro­dzinę. Na­to­miast ja ni­gdy się nie ustat­ko­wa­łem. Spę­dza­łem czas po­śród ce­le­bry­tów w swo­ich noc­nych klu­bach w Ko­pen­ha­dze. W pew­nym mo­men­cie po­czu­łem jed­nak, że moje ży­cie stało się zbyt mo­no­tonne, nudne i po­zba­wione sensu. Prze­ży­łem wcze­śniej kilka na­prawdę do­brych, wręcz fan­ta­stycz­nych lat, lecz te­raz po­ko­cha­łem ten nowy, o wiele spo­koj­niej­szy spo­sób funk­cjo­no­wa­nia na pół­nocy Ju­tlan­dii. Oczy­wi­ście tro­chę to trwało, za­nim miesz­kańcy przy­zwy­cza­ili się do mnie, a ja do nich.

- Nieee, pew­nie masz ra­cję. Po pro­stu lu­bię trzy­mać rękę na pul­sie, zwłasz­cza te­raz, kiedy Dicte nie może już spę­dzać tylu go­dzin w pracy.

Dicte była w ciąży i zre­zy­gno­wała z czę­ści obo­wiąz­ków, prze­ka­zu­jąc je Vin­nie. Te­raz to Vin­nie na­lała so­bie so­lidną por­cję wina i stuk­nęła się ze mną.

- Mam po­mysł! Może otwo­rzę bar i zro­bimy so­bie wła­sną im­prezkę, tylko dla nas dwojga? Nie po­jadę już dzi­siaj do Ska­gen. - Po­ru­szy­łem brwią, prze­je­cha­łem dło­nią po koł­nie­rzyku ko­szuli i roz­pią­łem górny gu­zik. Po­wi­nie­nem był to zro­bić już wiele go­dzin wcze­śniej, lecz w za­bie­ga­niu cią­gle o tym za­po­mi­na­łem.

Jesz­cze za­nim od­po­wie­działa, za­mknęła lap­top i po­zbie­rała do­ku­menty.

- Masz na mnie zły wpływ. - Pró­bo­wała, bez po­wo­dze­nia, przy­brać po­ważny wy­raz twa­rzy.

- Ju­tro rano po­mogę ci otwo­rzyć sklep, że­byś nie czuła się osa­mot­niona w swo­jej nie­doli. Bę­dziemy le­czyć zmę­czone głowy wa­szą pyszną kawą i two­imi wy­pie­kami... Oczy­wi­ście je­śli masz w pla­nach pie­cze­nie. - Wsta­łem i po­cze­ka­łem na nią w drzwiach do re­stau­ra­cji.

Sklep i re­stau­ra­cja były po­łą­czone wspól­nym przej­ściem. Rzadko za­my­ka­li­śmy drzwi na klucz. W go­dzi­nach pracy oka­zy­wało się to nie­zwy­kle prak­tyczne. Za­uwa­ży­li­śmy, że sprze­daż w obu miej­scach ro­śnie, je­żeli klienci i go­ście mogą się swo­bod­nie prze­miesz­czać mię­dzy re­stau­ra­cją a skle­pem.

- Nie mu­sisz tego ro­bić. Ale drinka nie od­mó­wię, zwłasz­cza je­śli ty go przy­go­tu­jesz. - Scho­wała do­ku­menty i kom­pu­ter do du­żej to­rebki.

Czyżby ze mną flir­to­wała? Cza­sami mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy wła­ści­wie in­ter­pre­tuję jej słowa. Vin­nie była osobą nie­zwy­kle otwartą i przy­ja­zną, lecz nie tylko wo­bec mnie. Dzi­siaj by­li­śmy tu jed­nak tylko we dwoje, co ozna­czało, że jej ko­kie­te­ria była prze­zna­czona dla mnie.

- Mu­zyka, po­trze­bu­jemy mu­zyki. - Nie włą­czy­łem oświe­tle­nia w ca­łym po­miesz­cze­niu. Za­pa­li­łem tylko przy­tulne świa­tło w stre­fie baru, a póź­niej uru­cho­mi­łem na­gło­śnie­nie. Na­sta­wi­łem play­li­stę z od­prę­ża­ją­cym jaz­zem. Moja ulu­biona mu­zyka do sprzą­ta­nia. Słu­cha­łem jej z przy­jem­no­ścią, prze­tra­wia­jąc ha­łas ca­łego dnia... Sam na sam ze sobą i swo­imi my­ślami. - Co po­dać?

- Za­skocz mnie. - Usia­dła na ba­ro­wym krze­śle i roz­pu­ściła włosy. Opa­dły ja­snymi lo­kami na ra­miona i spły­nęły w dół ple­ców. Jej twarz roz­świe­tliła au­re­ola w ko­lo­rze zło­ci­stego miodu.

"Zro­bił się ze mnie po­eta" - po­my­śla­łem, wyj­mu­jąc skład­niki do drinka Gin Hass. Zo­ba­czy­łem, że Vin­nie zwilża wargi. Nie mo­głem ode­rwać oczu od ró­żo­wych ust, o któ­rych ca­ło­wa­niu fan­ta­zjo­wa­łem od mie­sięcy. Trzy­ma­łem się jed­nak na dy­stans, da­jąc jej czas na od­na­le­zie­nie sie­bie. Za­sta­na­wia­łem się, co ja, do li­cha, wy­pra­wiam, wzdy­cha­jąc do roz­wódki z dwójką dzieci. Jak da­leko je­stem skłonny się po­su­nąć? A może py­ta­nie brzmi ra­czej: jak da­leko mogę się po­su­nąć? Je­żeli ona też bę­dzie tego chciała?

Przedmowa

Drogi Czy­tel­niku!

Na pół­noc­nym cy­plu Da­nii znów na­stało lato. Tak bar­dzo się cie­szę z na­szego po­wrotu do Aal­b?ku i Ska­gen. Słońce świeci już ja­śniej, a ja czuję się tak, jakby czas sta­nął w miej­scu. Ta opo­wieść to pły­nąca wprost z let­niej kra­iny piękna hi­sto­ria mi­ło­sna, która nie­sie rów­nież pewne prze­sła­nie. Mówi się, że "dla chcą­cego nic trud­nego", ale cza­sami na­sza droga bywa wy­bo­ista, a jej po­ko­na­nie wy­maga du­żego wy­siłku. Przede wszyst­kim jed­nak nie mo­żemy od­kła­dać ży­cia na póź­niej.

Od cza­sów mło­do­ści przy­jeż­dżam na wy­brzeże kli­fowe Bun­ken Klit­plan­tage, w oko­lice Aal­b?ku, po­ło­żo­nego na po­łu­dnie od Ska­gen. Mamy tu­taj do­mek let­ni­skowy. Spę­dzi­łam wiele czasu w por­cie w Aal­b?ku, na plaży, po­śród kli­fów, na wy­dmie R?bjerg Mile, a także w mia­stecz­kach Ska­gen i Gl. Ska­gen. Od­by­łam wiele wę­dró­wek, spa­ce­ru­jąc w sa­mot­no­ści lub w to­wa­rzy­stwie ro­dziny.

La­tem ściąga tu­taj cała Da­nia, a te­reny mię­dzy Aal­b?kiem a Ska­gen pul­sują ener­gią i tęt­nią ży­ciem, na­to­miast je­sie­nią, zimą i wio­sną oko­lica ulega cał­ko­wi­tej me­ta­mor­fo­zie. Tu­ry­stów jest nie­wielu i wszę­dzie pa­nuje at­mos­fera ab­so­lut­nego od­prę­że­nia. Bez względu na to, jak bar­dzo się spie­szysz, za­wsze znaj­dzie się czas na po­ga­wędkę.

Któ­re­goś lata, sie­dząc z ro­dziną na ta­ra­sie, za­czę­łam snuć fa­bułę se­rii, któ­rej pierw­sza część nosi ty­tuł Wy­brzeże mi­ło­ści. Znów na­stało lato to druga po­wieść z se­rii, a w pla­nach mam już także część trze­cią. Wszyst­kie hi­sto­rie są za­ko­rze­nione w Ju­tlan­dii Pół­noc­nej. Cen­tralny punkt mo­ich opo­wie­ści sta­no­wią miej­sco­wo­ści Aal­b?k i Ska­gen. Spo­ty­kamy tu grupę miesz­kań­ców, któ­rzy prze­ży­wają wzloty i upadki, a także znaj­dują praw­dziwą mi­łość - na do­bre i na złe.

Znów na­stało lato to hi­sto­ria Vin­nie i Hen­rika. Dają so­bie wszystko, czego do­tych­czas bra­ko­wało w ich ży­ciu, choć nie byli tego świa­domi.

Wi­tamy po­now­nie w Aal­b?ku i Ju­tlan­dii Pół­noc­nej.

L. Sher­man

Rozdział 1

Vinnie

Marzec

- Po­spiesz­cie się... Nie mo­żemy się cią­gle spóź­niać do taty. - Było piąt­kowe po­po­łu­dnie, czyli pora, kiedy za­mie­nia­li­śmy się opieką nad dziećmi. Mimo że utrzy­my­wa­łam bar­dzo do­bre re­la­cje z by­łym mę­żem, nie mo­głam się prze­cież spóź­niać za każ­dym ra­zem, kiedy od­wo­zi­łam do niego dzieci. Sama czu­ła­bym iry­ta­cję, gdyby on nie przy­wo­ził mi ich na czas. Spa­ko­wa­łam torbę z piąt­ko­wymi sło­dy­czami dla Sa­bine i Mal­thego. Nie mu­sia­łam tego ro­bić, nie mo­głam się jed­nak po­wstrzy­mać.

- Wi­dzia­łaś gdzieś moje białe dżinsy?

- Nie wi­szą cza­sem na sznurku w ła­zience? Wy­jeż­dżamy za pięć mi­nut. Je­śli nie bę­dzie­cie go­towi, mo­że­cie so­bie do­je­chać ro­we­rami.

- Oj, daj spo­kój. - Mal­the, mój trzy­na­sto­letni syn, rzu­cił się na ka­napę w na­szym nie­wiel­kim sa­lo­nie. Po roz­wo­dzie po­cząt­kowo za­miesz­ka­łam w prze­stron­nej ka­wa­lerce mo­jej przy­ja­ciółki Dicte. Oka­zało się jed­nak, że nie nada­wała się do ży­cia z dwójką na­sto­lat­ków, na­wet po po­dzie­le­niu prze­strzeni prze­gro­dami. Żadne z nas nie miało pry­wat­no­ści. Te­raz wy­naj­mo­wa­li­śmy mały żółty do­mek ry­backi w jed­nej z bocz­nych uli­czek pro­wa­dzą­cych nad mo­rze i plażę. Był to uro­czy bu­dy­nek w tra­dy­cyj­nym re­gio­nal­nym stylu. Już się cie­szy­łam na myśl o wio­śnie i le­cie, po­nie­waż przy domu był przy­tulny ogró­dek z mal­wami i klom­bem ob­sa­dzo­nym ro­śli­nami wie­lo­let­nimi.

- Mó­wię po­waż­nie. Nie mam siły co pią­tek dys­ku­to­wać z wa­szym tatą o na­szym spóź­nie­niu. - Była to lekka prze­sada, po­nie­waż nie dys­ku­to­wa­li­śmy z Clau­sem. Kiedy się spóź­nia­łam, po­sy­łał mi je­dy­nie pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie, lecz to w zu­peł­no­ści wy­star­czało. Wes­tchnę­łam i za­to­pi­łam się w gra­na­to­wej we­lu­ro­wej so­fie, którą prze­ję­łam ra­zem z do­mem. Sofę upięk­szono no­wymi wzo­rzy­stymi po­dusz­kami w pa­ste­lo­wych ko­lo­rach, lecz ona sama pa­mię­tała za­mierz­chłe czasy.

- Dla­czego tata musi miesz­kać aż w Bun­ken? Prze­cież to śro­dek lasu.

- To z pew­no­ścią tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, ale może na­prawdę po­wi­nie­neś za­brać ro­wer. Bę­dzie ci ła­twiej, gdy­byś chciał się wy­brać do mia­sta.

Mój były mąż Claus wy­na­jął dom let­ni­skowy. Po­cząt­kowo miał w nim za­miesz­kać tylko na ja­kiś czas, lecz na ra­zie nie kwa­pił się do zmiany ad­resu. Ro­zu­mia­łam obiek­cje dzieci, które były przy­zwy­cza­jone do bli­sko­ści ko­le­gów w na­szym ma­łym mia­steczku.

- Mo­żemy prze­wieźć ro­wer z tyłu sa­mo­chodu? - Mal­the wstał i za­rzu­cił so­bie na ra­mię torbę spor­tową.

- Ja­sne, że tak. Dasz radę za­mon­to­wać ba­gaż­nik czy mam ci po­móc? - Wsta­łam z sofy i po­de­szłam do scho­dów. Za­wo­ła­łam do Sa­bine, która była jesz­cze na gó­rze: - Wy­jeż­dżamy te­eeeraz!

- Spo­koj­nie. - Sa­bine po­ja­wiła się na pół­pię­trze. - Prze­cież nie mamy re­zer­wa­cji, która nam prze­pad­nie, je­śli się spóź­nimy, prawda?

- Umó­wi­łam się z wa­szym tatą, że będę was od­wo­zić naj­póź­niej o szó­stej. Po­tem wy­bie­ram się do Ska­gen na ko­la­cję z Dicte, Phil­li­pem i Hen­ri­kiem. Więc mi­gu­siem. - Za­wsze od­czu­wa­łam pustkę po od­wie­zie­niu dzieci. Dla­tego sta­ra­łam się wy­peł­nić wolny czas spo­tka­niami to­wa­rzy­skimi. Od czasu, kiedy mo­jej przy­ja­ciółce Dicte i jej mę­żowi Phil­li­powi uro­dziło się dziecko, nie byli już nie­stety tak ela­styczni jak kie­dyś. Oczy­wi­ście to zro­zu­miałe. Jed­nak dzi­siaj wie­czo­rem ich małą Ker­stin za­opie­kuje się bab­cia, a my za­re­zer­wo­wa­li­śmy sto­lik w re­stau­ra­cji ryb­nej w Ska­gen. Tylko dla na­szej czwórki. Re­stau­ra­cja była na­prawdę ka­me­ralna. Za­po­wia­dał się miły, in­tymny wie­czór.

- Mi­gu­siem, mi­gu­siem... - Szes­na­sto­let­nia Sa­bine prze­mknęła obok mnie, prze­wra­ca­jąc oczami. - Kto dzi­siaj mówi "mi­gu­siem"?

- Ja mó­wię "mi­gu­siem", więc ła­ska­wie się po­spiesz.

- Przy­ję­łam. - Sa­bine wsu­nęła stopy w sne­akersy, przy­dep­tu­jąc przy tym piętę.

- Co ty wy­pra­wiasz, nisz­czysz buty! - upo­mnia­łam ją ostrym to­nem. Kiedy tylko wy­po­wie­dzia­łam te słowa, zda­łam so­bie sprawę, jak mo­ra­li­za­tor­sko za­brzmiały. Oczy­wi­ście by­łam jej mamą, ale na­prawdę nie chcia­łam po­ga­niać ani stro­fo­wać dzieci. Nie­ustanne zmie­nia­nie miej­sca po­bytu i prze­miesz­cza­nie się mię­dzy Clau­sem a mną nie było prze­cież ni­czym przy­jem­nym także dla nich. - Prze­pra­szam, ko­cha­nie. To było nie fair.

- Dla­czego mu­simy cią­gle jeź­dzić tam i z po­wro­tem, jak­by­śmy byli ja­ki­miś ma­łymi dziećmi? - Sa­bine wło­żyła buty jak trzeba i spoj­rzała na mnie. - Nie mo­żemy sami de­cy­do­wać, gdzie chcemy spę­dzać czas?

- Po­roz­ma­wiam z tatą. - Po­no­wi­łam wcze­śniej­sze nie­do­trzy­mane obiet­nice.

Mimo że trak­to­wa­li­śmy się z Clau­sem ra­czej przy­zwo­icie, nie­ła­two było sta­nąć twa­rzą w twarz i dys­ku­to­wać o spra­wach więk­szej wagi. Wciąż bu­zo­wało w nas jesz­cze wiele emo­cji. Za­czę­li­śmy się spo­ty­kać, kiedy by­li­śmy jesz­cze bar­dzo mło­dzi, i szybko wzię­li­śmy ślub. Wspól­nie zbu­do­wa­li­śmy od pod­staw całe na­sze ży­cie, w któ­rym nie­mal zro­śli­śmy się w jedną osobę, za­po­mi­na­jąc przy tym o by­ciu parą.

Sa­bine na­rzu­ciła kurtkę i po­wie­siła na ra­mie­niu torbę, a ja za­mknę­łam za nami drzwi. Mie­li­śmy po­łowę marca i na dwo­rze było zimno jak w psiarni, choć nie było śniegu. Ciemne niebo za­snu­wały jed­nak cięż­kie chmury, co mo­gło sta­no­wić za­po­wiedź nad­cią­ga­ją­cych opa­dów.

- Wska­kuj i ru­szamy - po­wie­dzia­łam po­god­nie.

Mal­the za­mo­co­wał ro­wer z tyłu sa­mo­chodu i te­raz, ku nie­za­do­wo­le­niu Sa­bine, sie­dział już na przed­nim sie­dze­niu mo­jego ma­łego czer­wo­nego forda fie­sty. Dzi­siaj nie usły­sza­łam jed­nak żad­nego zrzę­dze­nia, że jest star­sza i to ona po­winna sie­dzieć obok mnie. Wy­je­cha­łam na główną drogę łą­czącą Aal­b?k ze Ska­gen.

- Co po­wie­cie na małe fe­rie wio­senne w Wiel­ka­noc? Mam w tym roku wolne w święta, a już dawno ni­g­dzie ra­zem nie wy­jeż­dża­li­śmy.

- Ta­aak, hu­uurrra. Je­steś naj­wspa­nial­szą mamą na świe­cie. - Sa­bine ob­jęła mnie od tyłu i au­tem za­rzu­ciło tro­chę na bok.

- Spo­koj­nie. - Ro­ze­śmia­łam się. - Ni­g­dzie nie po­je­dziemy, je­śli roz­bi­jemy sa­mo­chód. - Szybko wy­pro­sto­wa­łam kie­row­nicę. Na szczę­ście poza nami na dro­dze nie było żad­nych aut. O tej po­rze roku Ju­tlan­dia Pół­nocna sta­wała się bar­dzo wy­lud­niona.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu już sto lat ni­g­dzie nie by­li­śmy. Za­de­cy­du­jemy wspól­nie, do­kąd po­je­dziemy? - Sa­bine znowu roz­parła się na tyl­nym sie­dze­niu.

- Chcę do Los An­ge­les - po­wie­dział Mal­the.

- Ale w gra­ni­cach roz­sądku. Nie je­stem prze­cież mi­lio­nerką. - Nie by­łam mi­lio­nerką, to fakt, lecz uśmiech­nę­łam się pod no­sem, po­nie­waż ra­dzi­łam so­bie na­prawdę bar­dzo do­brze. Po roz­wo­dzie prze­ży­łam szok. Na­gle sta­łam się od­po­wie­dzialna za fi­nanse. Przez wiele lat nie pra­co­wa­łam za­rob­kowo i nie mu­sia­łam się mar­twić o pie­nią­dze dla ro­dziny. Na po­czątku by­łam sfru­stro­wana i zła na sie­bie, że obar­czy­łam tym wy­łącz­nie męża. Za­ra­bia­nie wła­snych pie­nię­dzy i go­spo­da­ro­wa­nie nimi w taki spo­sób, żeby wy­star­czyło nam na wszystko, oka­zało się trudne, lecz rów­no­cze­śnie wy­zwa­la­jące, a naj­cu­dow­niej­sze było to, że te­raz mo­głam sa­mo­dziel­nie po­dej­mo­wać wszel­kie de­cy­zje. - Za­osz­czę­dzi­łam tro­chę gro­sza. Wy­star­czy nam na po­dróż gdzieś w Eu­ro­pie. Mo­że­cie się nad tym za­sta­no­wić do czasu, kiedy znowu się zo­ba­czymy. - Moje au­tko pod­ska­ki­wało i tań­czyło na dziu­ra­wej ka­mie­ni­stej dro­dze pro­wa­dzą­cej na osie­dle dom­ków let­ni­sko­wych.

Claus wy­na­jął nowo zbu­do­wany dom let­ni­skowy. Więk­szy od na­szego sta­rego domu, który mu­sie­li­śmy sprze­dać. Mi­nę­łam bu­dy­nek, w któ­rym miesz­kał Hen­rik, wła­ści­ciel "ga­stro­pubu", są­sia­du­ją­cego z na­le­żącą do mnie i Dicte mle­czar­nią. Dla­tego wi­dy­wa­łam go co­dzien­nie... a na­wet kilka razy dzien­nie. Na­le­żał też do grona na­szych naj­bliż­szych zna­jo­mych i mu­szę przy­znać, że wpadł mi w oko. By­łam jed­nak prze­ko­nana, że trak­tuje mnie wy­łącz­nie jak przy­ja­ciółkę. Kiedy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy ubie­głego lata na im­pre­zie u Phil­lipa, był ze swoją dziew­czyną, in­flu­en­cerką. Od­nio­słam wtedy wra­że­nie, że in­te­re­sują go głów­nie luźne związki, młode ko­biety i że w ogóle nie szuka ni­kogo na stałe. Cza­sami czu­łam jed­nak, że zerka na mnie w szcze­gólny spo­sób.

Po­sy­łał mi to spoj­rze­nie, kiedy my­ślał, że tego nie wi­dzę.

Pod­czas roz­mowy czę­sto życz­li­wie do­ty­kał mo­jego ra­mie­nia lub dłoni.

Za­wsze mo­głam li­czyć na jego po­moc, szcze­gól­nie w skle­pie.

Cier­pli­wie i uważ­nie słu­chał mo­jej pa­pla­niny o wszyst­kim i o ni­czym, jak­bym była ja­kąś wy­rocz­nią del­ficką. No i jesz­cze ta sy­tu­acja z ze­szłego lata, którą chcia­łam te­raz wy­ma­zać z pa­mięci. Sama by­łam so­bie winna, że do ni­czego wtedy nie do­szło.

Zda­wa­łam so­bie sprawę, że je­stem spra­gniona bli­sko­ści. Spra­gniona męż­czy­zny, który mnie po­żąda, męż­czy­zny, który nie może się mną na­sy­cić. Spra­gniona tego, co Dicte od­na­la­zła w Phil­li­pie. Męż­czy­zny, który bę­dzie chciał dzie­lić ze mną wszystko. W mał­żeń­stwie od­czu­wa­łam głód. Obojgu bra­ko­wało nam cze­goś, czego nie po­tra­fi­li­śmy już so­bie dać. Przy­zna­nie się do tego za­jęło nam zde­cy­do­wa­nie za wiele lat. Po­win­nam była już dawno być go­towa na na­sze roz­sta­nie.

To tro­chę dziwne, że Hen­rik mieszka na tej sa­mej ulicy co mój były mąż. W ca­łym domu Hen­rika pa­liły się świa­tła. Na pewno szy­kuje się już na wie­czór. Na myśl o tym, że wkrótce go zo­ba­czę, po mo­ich ple­cach prze­biegł dreszcz ra­do­ści. Po­win­ni­śmy byli się umó­wić, że po­je­dziemy do Ska­gen ra­zem. Nie zdą­ży­łam mu tego za­pro­po­no­wać, a on też nic na ten te­mat nie wspo­mniał. Ale mie­li­śmy dzi­siaj nad­zwy­czaj dużo pracy jak na zwy­kłe piąt­kowe po­po­łu­dnie w marcu w Aal­b?k.

- Ko­niec po­dróży - oznaj­mi­łam.

Wje­cha­łam na wą­ski pod­jazd domu Clausa. Po obu stro­nach ro­sły wy­so­kie iglaki. Claus na­dal miał na ze­wnątrz lampki cho­in­kowe, cho­ciaż święta skoń­czyły się już dawno temu. Dzięki świa­teł­kom ciemny las wy­da­wał się tro­chę bar­dziej przy­tulny i mniej prze­ra­ża­jący. Z ko­mina uno­sił się dym. Ucie­szy­łam się ze względu na dzieci, po­nie­waż dom spra­wiał nie­zwy­kle przy­ja­zne i przy­tulne wra­że­nie. Od­pro­wa­dzi­łam Sa­bine i Mal­the do wej­ścia. Kiedy po­de­szli­śmy bli­żej, Claus otwo­rzył drzwi. Ski­nął głową, a ja uprzej­mie się z nim przy­wi­ta­łam. Ja­kie to dziwne, że za­cho­wuję się tak for­mal­nie wo­bec osoby, z którą przez tyle lat dzie­li­łam łoże. Mu­siał nie­dawno wyjść spod prysz­nica i miał jesz­cze mo­kre włosy. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że Claus jest atrak­cyj­nym fa­ce­tem. Oboje mie­li­śmy po trzy­dzie­ści sie­dem lat. Kiedy uro­dziły się dzieci, by­li­śmy jesz­cze mło­dzi, lecz wtedy wszystko wy­da­wało się ta­kie na­tu­ralne. Moje my­śli krą­żyły dzi­siaj wo­kół naj­róż­niej­szych te­ma­tów. Po­trzą­snę­łam głową i wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści.

- Do zo­ba­cze­nia w pią­tek. - Po­tar­mo­si­łam włosy Mal­thego i wy­ści­ska­łam oboje. - Pisz­cie albo dzwoń­cie, gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wali. - Mój uśmiech był prze­zna­czony nie tylko dla dzieci. Kie­ro­wa­łam go rów­nież do Clausa.

- Baw się do­brze, mamo. - Sa­bine mru­gnęła do mnie i po­ma­chała mi w drzwiach.

"Spró­buję się do­brze ba­wić", po­my­śla­łam.

- Dzię­kuję i wza­jem­nie. Spa­ko­wa­łam wam to­rebkę z piąt­ko­wymi sło­dy­czami. Jest w ze­wnętrz­nej kie­szeni two­jej torby, Mal­the.

- Ku­pi­łem sło­dy­cze - wy­ce­dził Claus przez za­ci­śnięte zęby.

- W ta­kim ra­zie bę­dzie­cie mieć wię­cej - od­po­wie­dzia­łam z uśmie­chem i szybko ru­szy­łam w stronę sa­mo­chodu. Ucie­ka­łam, żeby ukryć łzy, które już szczy­pały mnie w oczy. W po­wie­trzu uno­siły się po­je­dyn­cze płatki śniegu. Owi­nę­łam się cia­śniej roz­piętą zi­mową kurtką. Wciąż jesz­cze od­czu­wa­łam pustkę, kiedy zo­sta­wia­łam dzieci u taty. Te­raz już mniej­szą niż na po­czątku, ale i tak za­wsze czu­łam nad­cią­ga­jącą sa­mot­ność, w szcze­gól­no­ści kiedy to ja od nich od­jeż­dża­łam. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że czeka mnie bar­dzo dużo pracy, a na­stęp­nego dnia mu­szę otwo­rzyć sklep wcze­śnie rano i za­pla­no­wać ko­lejne kam­pa­nie mar­ke­tin­gowe dla na­szej mle­czarni, i tak za każ­dym ra­zem ty­go­dnie, które spę­dza­łam bez dzieci, ozna­czały dla mnie oswa­ja­nie się z sa­mot­no­ścią od nowa.

Uru­cho­mi­łam sa­mo­chód i od­cze­ka­łam chwilę przy pra­cu­ją­cym pełną parą wen­ty­la­to­rze, żeby od­pa­ro­wała przed­nia szyba. W głębi torby za­wi­bro­wał wy­ci­szony te­le­fon, sy­gna­li­zu­jąc przy­cho­dzące po­łą­cze­nie. Wy­grze­ba­łam go ze swo­jej wiel­kiej to­rebki, w któ­rej no­si­łam do­słow­nie wszystko. To on, Hen­rik.

- Cześć - ode­bra­łam z przy­spie­szo­nym bi­ciem serca. Au­to­ma­tycz­nie opu­ści­łam osłonę prze­ciw­sło­neczną i przej­rza­łam się w ma­łym lu­sterku. Roz­pusz­czone ja­sne włosy spły­wały mi po ra­mio­nach, a po­liczki za­czer­wie­niły się od mroź­nego po­wie­trza. Wy­ję­łam błysz­czyk ze schowka na rę­ka­wiczki i na­ło­ży­łam na usta świeżą war­stwę ró­żo­wego ko­sme­tyku. Co ja wy­pra­wiam, prze­cież i tak mnie nie wi­dzi! Po­czu­łam się jak głu­pia na­sto­latka szcze­bio­cząca z obiek­tem swo­ich wes­tchnień.

- To ty prze­jeż­dża­łaś przed chwilą obok mo­jego domu? - Głos Hen­rika był głę­boki. Nie wy­parłby się swo­jego ko­pen­ha­skiego dia­lektu. - Chyba jesz­cze nie je­cha­łaś z po­wro­tem, w każ­dym ra­zie tego nie wi­dzia­łem.

- Za mo­ment tam będę.

- Po­my­śla­łem, że mo­żemy po­je­chać do Ska­gen ra­zem, jed­nym sa­mo­cho­dem. Mogę pro­wa­dzić.

Do­brze, że je­cha­łam aku­rat po szu­tro­wej dro­dze. Za­re­ago­wa­łam tak, jakby szep­tał do mnie uwo­dzi­ciel­skie spro­śne słówka, a nie skła­dał mi roz­sądną pro­po­zy­cję lo­gi­styczną. Za­krę­ciło mi się w gło­wie. Będę mu­siała ja­koś za­pa­no­wać nad tym po­cią­giem albo zdła­wić go w so­bie raz na za­wsze.

- Mu­szę jesz­cze wró­cić do domu, żeby się prze­brać. Wiem, że je­stem tro­chę spóź­niona. Nie mu­simy je­chać ra­zem. Mogę do­je­chać sama. - Ner­wowo kle­pa­łam wszyst­kie zda­nia na jed­nym wy­de­chu.

- Nie­długo będę go­towy. Za­jadę po cie­bie do mia­sta. Uprze­dzę Phil­lipa, że tro­chę się spóź­nimy. - Hen­rik wy­da­wał się cał­ko­wi­cie wy­lu­zo­wany. - Nie spiesz się. To ma być prze­cież miły wie­czór w gro­nie przy­ja­ciół.

- Su­per, wiel­kie dzięki. Masz ra­cję. Po pro­stu nie je­stem sobą, kiedy zo­sta­wiam dzieci u ich ojca. - Nie wie­dzia­łam, dla­czego mu o tym mó­wię. Co go ob­cho­dzą moje pro­blemy?

- W ta­kim ra­zie do­brze się składa, że do­trzy­mamy ci dzi­siaj to­wa­rzy­stwa... No wiesz, żeby od­cią­gnąć twoje my­śli od dzieci. - Ro­ze­śmiał się głę­bo­kim, lekko chry­pli­wym śmie­chem, który wy­słał im­pulsy do wszyst­kich stref ero­gen­nych mo­jego ciała.

Uświa­do­mi­łam so­bie, że prze­pa­dłam z kre­te­sem. Cud, że do tej pory nie za­czę­łam pi­sać pa­mięt­nika o mo­jej wiel­kiej skry­tej mi­ło­ści. Cie­kawe, czy mam jesz­cze któ­ryś z tych sta­rych no­te­sów na kłódkę. Uśmiech­nę­łam się pod no­sem.

- Wła­śnie mi­jam twój dom - po­in­for­mo­wa­łam i po­ma­cha­łam dło­nią, mimo że nie mógł mnie prze­cież wi­dzieć. Na szczę­ście nie od­bie­rało mi mowy w jego obec­no­ści, co było du­żym plu­sem. Ina­czej już dawno bym się zdra­dziła. Przez te wszyst­kie mie­siące od tam­tego wie­czoru ubie­głego lata ro­bi­łam wszystko, co w mo­jej mocy, żeby spra­wiać wra­że­nie nie­wzru­szo­nej i od­gry­wać rolę "tylko przy­ja­ciółki". Czu­łam jed­nak, że staje się to co­raz trud­niej­sze. Po­ja­wiało się py­ta­nie, co z tym zro­bię.

- Wi­dzę cię. W ta­kim ra­zie dam ci pięt­na­ście mi­nut prze­wagi.

- Ide­al­nie. Zo­sta­wię otwarte drzwi, więc po pro­stu wejdź do środka. - Serce za­biło mi jesz­cze moc­niej, a w gło­wie za­czął się wy­klu­wać plan.

***

Poń­czo­chy sa­mo­no­śne, nowa czarna ko­ron­kowa bie­li­zna, naj­bar­dziej sek­sowna, jaką mia­łam. Mia­łam tylko na­dzieję, że czarny ko­lor nie prze­świ­tuje spod bia­łej dzia­ni­no­wej su­kienki. Wzię­łam głę­boki wdech i wy­pro­sto­wa­łam plecy. To się sta­nie dzi­siaj. Mu­szę mu po­wie­dzieć o swo­ich uczu­ciach. Wóz albo prze­wóz, tak to się chyba mówi?

Majtki były nowe, nie zdą­ży­łam na­wet od­ciąć metki ani ich wy­prać. Wbi­łam się w skąpe ko­ron­kowe stringi, wsta­łam i okrę­ci­łam przed lu­strem umiesz­czo­nym po we­wnętrz­nej stro­nie drzwi szafy. Moje piersi już dawno pod­dały się sile gra­wi­ta­cji, ale na­dal były kształtne, okrą­głe i ob­fite. Pięk­nie się ukła­dały w sta­niku. Lu­bi­łam swoje ciało. Nie mia­łam pła­skiego brzuszka, był lekko za­okrą­glony, ale ta­kie są prze­cież ko­biece kształty. Prze­wią­za­łam się zło­tym pa­skiem, żeby pod­kre­ślić ta­lię. Cie­kawe, jak po­strze­gałby mnie inny męż­czy­zna. Czas się prze­ko­nać, czy Hen­rik wi­dzi we mnie ko­goś wię­cej niż tylko przy­ja­ciółkę. Zda­wa­łam so­bie oczy­wi­ście sprawę z ry­zyka, że mogę zo­stać od­trą­cona.

- Cześć, już je­stem. - Usły­sza­łam głos Hen­rika z przed­sionka. Do­bie­ga­jące stam­tąd od­głosy wska­zy­wały na to, że otrze­py­wał śnieg z bu­tów.

- Daj mi dwie mi­nuty... Czyżby za­czął pa­dać śnieg? - krzyk­nę­łam do niego.

- Sy­pie jak sza­lony. - Głos do­bie­gał już z bliż­szej od­le­gło­ści, ale wciąż jesz­cze z pię­tra ni­żej. - Przez całą zimę pra­wie nie pa­dało, a te­raz, w marcu, po­goda nad­ra­bia za­le­gło­ści. - Jego śmiech był głę­boki i cie­pły.

Po­kry­łam usta świeżą war­stwą czer­wo­nej szminki i zdję­łam z ko­mody czarną ko­per­tówkę, do któ­rej wło­ży­łam wcze­śniej pie­nią­dze, te­le­fon i pre­zer­wa­tywy. Czy to sza­lona de­cy­zja? Nie, do cho­lery - skar­ci­łam się. - Prze­cież wzdy­chasz do niego od wie­ków. - Czu­łam się go­towa.

- Cześć... - Za­sko­czy­łam go, stał ple­cami do mnie.

Od­wró­cił się, trzy­ma­jąc w dłoni ilu­stro­wane cza­so­pi­smo.

- Nie­stety nie ma cię w tym nu­me­rze. - Ro­ze­śmia­łam się, wska­zu­jąc ru­chem głowy ma­ga­zyn w jego dłoni.

Spoj­rzał na mnie, a na jego usta wy­pły­nął sze­roki uśmiech.

- Już dawno mnie tam nie było i wcale za tym nie tę­sk­nię.

- Ju­tlan­dia Pół­nocna nie jest wy­star­cza­jąco modna. No, chyba że mó­wimy o wa­ka­cjach, a do­kład­niej o dwu­dzie­stym dzie­wią­tym ty­go­dniu - stwier­dzi­łam, przy­sia­da­jąc na krze­śle przy ku­chen­nym stole, żeby wło­żyć czarne skó­rzane ko­zaki do ko­lan. - Dzię­kuję, że chce ci się być dzi­siaj kie­rowcą. - Za­su­nę­łam za­mek w ko­zaku i spoj­rza­łam w górę.

Ode­rwał wzrok od dłoni na bu­cie i wę­dro­wał spoj­rze­niem w górę mo­jego ciała.

- Ża­den pro­blem. Bez sensu, że­by­śmy oboje pro­wa­dzili sa­mo­chód i żeby żadne z nas nie mo­gło wy­pić lampki wina. - Usiadł na nie­bie­skiej we­lu­ro­wej so­fie, na któ­rej go­dzinę temu sie­dzia­łam z Mal­them. W swoim ele­ganc­kim ubra­niu nie pa­so­wał do pod­nisz­czo­nej ka­napy w moim ma­łym sa­lo­niku. Miał na so­bie gran­tową ma­ry­narkę, a pod nią białą ko­szulę z roz­pię­tym pod szyją gu­zi­kiem.

Czu­ła­bym się te­raz onie­śmie­lona, gdy­bym nie wi­dy­wała go wcze­śniej w re­stau­ra­cji w zno­szo­nych dżin­sach i ko­szul­kach, kiedy pró­bo­wał maj­ster­ko­wać swo­imi dwiema le­wymi rę­kami. Ża­den był z niego fa­cho­wiec. Wy­ka­zy­wał się jed­nak upo­rem i dużo się już na­uczył.

- A ży­cie, które po­ka­zują tu­taj - po­ma­chał ko­lo­ro­wym ma­ga­zy­nem - jest prze­re­kla­mo­wane.

- Ja tam je ku­puję. - Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc, jak lekki ru­mie­niec wy­pływa mi na po­liczki. - Jest po pro­stu zu­peł­nie inne od na­szego ży­cia tu­taj, na wsi. Czer­wone usta, pre­miery i po­kazy mody... - Mi­mo­wol­nie wy­da­łam z sie­bie ci­che wes­tchnie­nie.

- Chcia­ła­byś zo­ba­czyć ten świat? - Hen­rik był przy­zwy­cza­jony do prze­by­wa­nia po­śród ce­le­bry­tów, mo­de­lek i ak­to­rów. W Ko­pen­ha­dze pro­wa­dził zu­peł­nie inne ży­cie. Miał kilka noc­nych klu­bów i znał duń­ską scenę mu­zyczną. Ubie­głego lata za­sko­czył wszyst­kich, ku­pu­jąc lo­kal obok na­szego sklepu. Wy­re­mon­to­wał go i otwo­rzył re­stau­ra­cję. Cza­sami wy­jeż­dżał do Ko­pen­hagi, żeby przy­pil­no­wać swo­ich in­te­re­sów, lecz więk­szość czasu spę­dzał tu, w Aal­b?ku. Przy­zwy­cza­iłam się już, że stał się czę­ścią mo­jego ży­cia... ży­cia nas wszyst­kich, przy­po­mnia­łam so­bie. Hen­rik nie był prze­cież tylko mój.

- A kto by nie chciał? - Po­sła­łam mu za­chwy­cone spoj­rze­nie. - Je­stem go­towa. Prze­pra­szam, że mu­sia­łeś cze­kać.

- Ża­den pro­blem. Phil­lip i Dicte zajmą sto­lik i po­cze­kają na nas przy lampce wina. Mó­wili, że­by­śmy się nie spie­szyli. - Wło­żył zi­mową kurtkę i po­mógł mi za­ło­żyć czarny weł­niany płaszcz. Ten gest wy­dał mi się bar­dzo in­tymny. Jak­by­śmy byli parą, która wy­cho­dzi ra­zem w piąt­kowy wie­czór, a nie tylko przy­ja­ciółmi.

- Je­żeli mia­ła­byś ochotę wy­brać się na ja­kąś pre­mierę, mogę to za­ła­twić. - Przy­trzy­mał mi drzwi.

Prze­mknę­łam pod jego ręką. Za­trzy­ma­łam się, żeby za­mknąć dom na klucz. Sto­jąc tak bli­sko, czu­łam za­pach jego wody po go­le­niu. Pach­niał świe­żo­ścią i cy­tru­sami z do­mieszką lekko ko­rzen­nego i cho­ler­nie uwo­dzi­ciel­skiego aro­matu. Mimo że do­brze zna­łam ten za­pach, prze­szył mnie dreszcz pod­nie­ce­nia. Nie była to zresztą żadna no­wość.

- Nie mu­sisz mnie od razu za­bie­rać na pre­mierę. Wy­star­czy, że opo­wiesz, jak to jest... żyć w ta­kim splen­do­rze.

Szar­mancko prze­pu­ścił mnie przo­dem do czar­nego sa­mo­chodu te­re­no­wego za­par­ko­wa­nego na pod­jeź­dzie.

- To na­prawdę ża­den pro­blem. Z przy­jem­no­ścią za­biorę cię ze sobą na ja­kąś galę, je­śli uda się nam wpa­so­wać ter­min w na­sze gra­fiki. Tak na­prawdę nie ma w tym żad­nego splen­doru. Jest po pro­stu ina­czej. - Przy­trzy­mał mi drzwi sa­mo­chodu. Na­sza re­la­cja była rów­nie nie­wy­mu­szona jak na­sza roz­mowa. - Za­zwy­czaj od­ma­wiam, ale tylko po­wiedz, gdy­byś chciała na coś...

- Czuję się za­pro­szona. - po­wie­dzia­łam z nutą flirtu w gło­sie. Ro­ze­śmiał się, za­trza­sku­jąc za mną drzwi.

Pierw­sze ki­lo­me­try upły­nęły nam w ci­szy. Sko­rzy­sta­łam z oka­zji, żeby przyj­rzeć się jego pro­fi­lowi. Ciemne, nie­mal czarne włosy były nieco dłuż­sze u góry i przy­cięte na szyi. Nie ogo­lił się. Jed­no­dniowy za­rost przy­da­wał mu jesz­cze bar­dziej sek­sow­nego wy­glądu i moje my­śli za­częły ga­lo­po­wać z pręd­ko­ścią se­tek ki­lo­me­trów na go­dzinę. Jak, do li­cha, mam go uwieść? Jak prze­kro­czyć gra­nicę po­mię­dzy przy­ja­ciel­ską po­ga­wędką a "Cześć, masz ochotę na dziki seks bez za­ha­mo­wań"? I czy w głębi du­szy cho­dziło mi o coś wię­cej niż seks? Za­częła mnie swę­dzieć i piec skóra. Za­pra­gnę­łam się­gnąć do jego dłoni, po­gła­skać ją i po­ło­żyć so­bie na udzie, wsu­nąć pod roz­cię­cie su­kienki, żeby po­czuł moje sa­mo­no­śne poń­czo­chy. Od­wró­ci­łam wzrok od jego twa­rzy i spoj­rza­łam za okno. Pa­dał śnieg i wy­cie­raczki pra­co­wały bez prze­rwy. Cienka war­stewka bia­łego pu­chu po­kry­wała już wrzo­so­wi­ska przy dro­dze do Ska­gen, lecz trasa wciąż była prze­jezdna, a Hen­rik pro­wa­dził ostroż­nie.

- Masz ja­kieś cie­kawe plany na dzia­łal­ność re­stau­ra­cji w tym roku?

W na­szym gro­nie czę­sto na­zy­wa­li­śmy jego re­stau­ra­cję czy też bar ga­stro­pu­bem. Mu­zyka na żywo w pu­bie przy­cią­gała klien­telę na­wet z naj­dal­szych za­kąt­ków Ju­tlan­dii Pół­noc­nej. W mar­ke­tingu in­ter­ne­to­wym po­ma­gał mu głów­nie ze­spół jego by­łej dziew­czyny Nikki. Hen­rik po­sze­rzył go o pro­fe­sjo­nal­nego me­ne­dżera do spraw me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, od­po­wie­dzial­nego za za­rzą­dza­nie wi­docz­no­ścią w sieci. Po­zna­łam Nikki ze­szłego lata, kiedy spę­dzali z Hen­ri­kiem urlop w Ska­gen. Po­dobno póź­niej kil­ka­krot­nie się roz­sta­wali i po­now­nie scho­dzili, ni­gdy jed­nak nie wy­py­ty­wa­łam o ich zwią­zek. Na­sza przy­jaźń nie obej­mo­wała bo­wiem tego ro­dzaju py­tań.

- Pra­cuję nad tym, żeby w dwu­dzie­stym dzie­wią­tym i trzy­dzie­stym ty­go­dniu ścią­gnąć do nas kilka cie­ka­wych osób z branży mu­zycz­nej. Mamy prze­cież silną kon­ku­ren­cję w Ska­gen. By­łoby su­per, gdyby udało się zro­bić wię­cej szumu me­dial­nego wo­kół Aal­b?ku.

- No tak, masz prze­cież roz­le­głe zna­jo­mo­ści dzięki swoim klu­bom - stwier­dzi­łam, prze­no­sząc spoj­rze­nie z jego pro­filu na rękę i dłoń spo­czy­wa­jącą na kie­row­nicy. Za­pewne pod­grze­wa­nej, po­nie­waż Hen­rik nie miał rę­ka­wi­czek. Po­my­śla­łam o mo­jej ma­łej nie­szczel­nej fie­ście.

- Nie zro­bisz kon­ku­ren­cji Vin­cen­towi?

Mój brat pro­wa­dził ho­tel w mia­steczku, w bu­dynku daw­nej go­spody. Ga­stro­pub Hen­rika kon­ku­ro­wał z go­spodą Vin­centa o re­stau­ra­cyj­nych go­ści. Mimo że pa­no­wie się za­przy­jaź­nili, cza­sami wy­czu­wa­łam w ich re­la­cji pe­wien chłód, szcze­gól­nie ze strony mo­jego brata. Hen­rik miał znacz­nie bar­dziej wy­lu­zo­wane po­dej­ście do róż­nych spraw, w tym do liczby go­ści w re­stau­ra­cji. Miał jed­nak rów­nież tę prze­wagę, że jego firma opie­rała się na kilku fi­la­rach.

- Chyba nie da się tego cał­ko­wi­cie unik­nąć, prawda? - Lekko od­wró­cił głowę, nie od­ry­wa­jąc wzroku od drogi i śnież­nej za­mieci na dwo­rze. Usta drgnęły w lek­kim uśmie­chu. - Ale mam po­mysł, jak ścią­gnąć więk­szą liczbę go­ści na noc­legi do go­spody Vin­centa.

- Do nad­mor­skiego ho­telu - po­pra­wi­łam go.

Trudno zmie­nić ludz­kie przy­zwy­cza­je­nia. Przez wiele lat była to przy­drożna go­spoda, w któ­rej w daw­nych cza­sach za­trzy­my­wali się po­dróżni zmie­rza­jący do Ska­gen, a w ostat­nich la­tach przy­jeż­dżali tu go­ście, któ­rzy chcieli spę­dzić urlop na wsi. Obec­nie Vin­cent i za­rząd jego firmy zmie­nili pro­fil dzia­łal­no­ści. Wy­re­mon­to­wali piękne bu­dynki i po­koje i dali im nowe ży­cie. Te­raz re­kla­mo­wali to miej­sce jako nad­mor­ski ho­tel. Je­śli po­szło się boczną drogą, z ho­telu było za­le­d­wie kil­ka­set me­trów do plaży.

- Jaki to po­mysł? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wiona, zwra­ca­jąc do niego twarz.

- Jesz­cze nie roz­ma­wia­łem z Vin­cen­tem, ale my­śla­łem o przy­go­to­wa­niu pa­kietu po­by­to­wego w Aal­b?ku, w ra­mach któ­rego go­ście będą prze­mie­rzać mia­steczko, ko­rzy­sta­jąc z jego wspa­nia­łych atrak­cji, mię­dzy in­nymi z ho­telu. - Wspo­mi­na­jąc o obiek­cie Vin­centa, za­ak­cen­to­wał tym ra­zem słowo "ho­tel". - Pa­kiet bę­dzie obej­mo­wał mój ga­stro­pub oraz oczy­wi­ście kawę i kar­da­mo­nowe droż­dżówki w wa­szej mle­czarni... Je­żeli uzna­cie, że to do­bry po­mysł. - W jego gło­sie po­brzmie­wało chyba lek­kie zde­ner­wo­wa­nie. To dziwne. Zmarsz­czy­łam czoło z za­sko­cze­niem. Nie zna­łam go z tej strony. Zwy­kle był pewny sie­bie, mó­wił rze­czy wprost i en­tu­zja­stycz­nie wcie­lał swoje po­my­sły w ży­cie, nie­ko­niecz­nie je wcze­śniej te­stu­jąc.

- To do­sko­nały po­mysł. Mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać o tym ju­tro z Vin­cen­tem. Ja w każ­dym ra­zie je­stem ju­tro w pracy. - Chcia­łam wy­ba­dać, czy Hen­rik bę­dzie w swoim pu­bie w go­dzi­nach otwar­cia na­szego sklepu.

- Su­per, ja też będę ju­tro w re­stau­ra­cji. Mu­simy jak naj­szyb­ciej roz­re­kla­mo­wać nasz po­mysł. - Zje­chał z głów­nej drogi, mi­ja­jąc oświe­tlony w wie­czor­nych ciem­no­ściach i spo­wity śnie­giem ko­ściół w Ska­gen. Ska­gen było piękne o każ­dej po­rze roku. Kiedy wiało i pa­no­wał chłód, tę­sk­ni­łam jed­nak za la­tem i słoń­cem, a na­wet za tu­ry­stami i na­tło­kiem obo­wiąz­ków. - Po­doba mi się, że o tej po­rze roku nie ma pro­blemu ze zna­le­zie­niem miej­sca do par­ko­wa­nia. - Hen­rik za­trzy­mał się pra­wie przy sa­mej re­stau­ra­cji w por­cie.

- A ja bar­dzo się cie­szę, że przy tej po­go­dzie mamy tylko kilka kro­ków do wej­ścia. - Za­drża­łam, mimo że sie­dzia­łam jesz­cze w sa­mo­cho­dzie. Czu­łam już jed­nak ten wiatr pod­wie­wa­jący mi su­kienkę, pod którą nie mia­łam prze­cież wiele. Prze­ga­da­li­śmy całą drogę i do­piero te­raz uświa­do­mi­łam so­bie, że nie po­świę­ci­łam ani jed­nej my­śli mo­jemu pla­nowi uwie­dze­nia Hen­rika.

- Mam na­dzieję, że nas nie za­sy­pie - stwier­dził Hen­rik, otwie­ra­jąc mi drzwi.

- My­ślisz, że bę­dzie aż tak źle? - Wy­sia­dłam i opa­tu­li­łam szyję koł­nie­rzem płasz­cza. Chod­nik był ob­lo­dzony i po­śli­zgnę­łam się w mo­ich nie­zbyt prak­tycz­nych ko­za­kach na skó­rza­nych po­de­szwach.

Hen­rik pod­szedł do mnie i szar­mancko po­dał mi ra­mię. Przy­ję­łam je z wdzięcz­no­ścią, a Hen­rik mocno mnie przy­trzy­mał. Ta bli­skość spra­wiła, że znowu po­czu­łam za­pach jego wody po go­le­niu. Miał na so­bie gra­na­towy ele­gancki weł­niany płaszcz i do­pa­so­wany ko­lo­ry­stycz­nie kasz­mi­rowy sza­lik. W jego stroju nie było ni­czego przy­pad­ko­wego. To jedna z rze­czy, które tak cho­ler­nie mnie w nim po­cią­gały. Przy­wią­zy­wał wagę do swo­jego wy­glądu i za­wsze ubie­rał się mod­nie. Uśmiech­nę­łam się lekko pod no­sem. Na szczę­ście nie za­uwa­żył i nie za­py­tał, o czym my­ślę. Wy­twor­ność Hen­rika była bar­dzo na­tu­ralna, co uwa­ża­łam za po­cią­ga­jące i sek­sowne.

- Za­pra­szamy... Cie­szymy się, że sta­wili pań­stwo czoła nie­po­go­dzie, żeby do nas wpaść.

Kiedy prze­kro­czy­li­śmy próg cie­płej sali re­stau­ra­cji ryb­nej, po­wi­tał nas per­so­nel. Roz­sy­pany na pod­ło­dze pia­sek przy­da­wał miej­scu ru­sty­kal­nej i let­niej at­mos­fery.

- Mamy re­zer­wa­cję, ale nasi zna­jomi... - do­strze­głam Dicte, ma­cha­jącą do mnie ener­gicz­nie ze sto­lika na ty­łach sali - już za­jęli sto­lik.

- Za­raz do pań­stwa po­dejdę. Pro­szę się roz­go­ścić. Mogą pań­stwo zo­sta­wić okry­cia tu­taj. - Wła­ści­cielka re­stau­ra­cji uśmiech­nęła się, wska­zu­jąc nam szat­nię.

Hen­rik wziął ode mnie płaszcz i po­wie­sił go na wie­szaku. Do­piero po­tem zdjął swój. Jest taki szar­mancki, po­my­śla­łam po raz ko­lejny.

Rozdział 2

Henrik

Marzec

Fa­talny ti­ming! Na­prawdę tra­giczny! Dla­czego aku­rat te­raz, po tak dłu­gim cza­sie? Oczy­wi­ście, je­żeli pra­wi­dłowo od­czy­ty­wa­łem jej dzi­siej­sze sy­gnały. Od­kąd ucie­kła po na­szym po­ca­łunku la­tem, utrzy­my­wa­li­śmy zna­jo­mość na ab­so­lut­nie pla­to­nicz­nej płasz­czyź­nie. Wciąż czu­łem jed­nak jej wargi na mo­ich ustach, smak sy­ropu o smaku mango z drinka, który piła tam­tego wie­czoru, i pa­lące po­żą­da­nie, które od­czu­wa­li­śmy oboje, za­nim nas nie po­wstrzy­mała... tak zde­cy­do­wa­nie. Zo­sta­łem jesz­cze chwilę w szatni, uda­jąc, że po­pra­wiam na­sze płasz­cze na wie­sza­kach, i do­piero po chwili do­łą­czy­łem do reszty to­wa­rzy­stwa. Vin­nie i Dicte rzu­ciły się so­bie na szyję, a Phil­lip wstał, żeby się ze mną przy­wi­tać. Moje my­śli od­pły­nęły jed­nak ku tam­temu wie­czo­rowi ze­szłego lata.

- Po­ca­łuj mnie. - Jej ci­chy szept nie­mal zgi­nął w otwar­tej prze­strzeni.

- Tu­taj?... Te­raz? - za­py­ta­łem za­sko­czony. Mu­sia­łem mieć przy tym bar­dzo głu­pią minę.

- Tak, tu i te­raz. Ni­kogo nie ma, je­ste­śmy sami. Pra­gnę po­ca­łunku. Chcę po­czuć, jak to jest.

- Pra­gniesz mo­jego po­ca­łunku czy po pro­stu po­ca­łunku? - za­py­ta­łem i puści­łem do niej oczko, na­chy­la­jąc się nad ladą baru.

- Two­jego po­ca­łunku... Ma­rzy­łam o nim. - Ona rów­nież wy­chy­liła się w moją stronę.

Wy­cią­gną­łem rękę i po­gła­dzi­łem pal­cem jej dolną wargę. Oboje wy­pi­li­śmy już po kilka drin­ków. Nie czu­łem się jed­nak pi­jany, ale ra­do­sny i pod­nie­cony... Tak pod­nie­cony, że po­czu­łem drgnię­cie pe­nisa w spodniach.

- Nie tylko ty o tym ma­rzy­łaś - od­po­wie­dzia­łem jesz­cze, za­nim moje wargi ostroż­nie ze­tknęły się z jej ustami. Mu­sia­łem się upew­nić, że ona na­prawdę tego chce. By­łem świa­domy, że po­ca­łu­nek de­fi­ni­tyw­nie zmieni na­szą przy­jaźń.

Z jej ust wy­do­było się lek­kie wes­tchnie­nie, a ja gło­śno jęk­ną­łem, za­nim mój ję­zyk po­gła­dził jej dolną wargę. Otwo­rzyła usta i za­pro­siła mnie do ich wnę­trza. Od­na­la­złem jej ję­zyk, który oka­zał się rów­nie nie­cier­pliwy jak mój. Szu­ka­li­śmy się i sma­ko­wa­li­śmy, wy­ko­nu­jąc ero­tyczny ta­niec, który z każ­dym mu­śnię­ciem sta­wał się co­raz głęb­szy i co­raz gwał­tow­niej­szy.

- Po­cze­kaj - po­pro­si­łem gło­sem, który z tru­dem roz­po­zna­łem. Pu­ści­łem jej wargi, a ona za­mru­gała oszo­ło­miona, jakby wró­ciła z bar­dzo da­le­kiej po­dróży. - Przyjdę do cie­bie.

Okrą­że­nie lady za­jęło mi za­le­d­wie kilka se­kund. Sta­ną­łem przed nią, a ona zro­biła mi miej­sce, roz­chy­la­jąc nogi. Zbli­ży­łem się. Sie­działa na krze­śle ba­ro­wym. Mu­sia­łem się po­chy­lić, by po­now­nie od­na­leźć jej usta. Nasz po­ca­łu­nek jesz­cze się nie skoń­czył, on się do­piero za­czął. Szu­ka­łem jej ust. Tym ra­zem nie by­li­śmy już tak ostrożni. Ogar­nęło nas sza­leń­stwo i po­żą­da­nie, które świad­czyło, że oboje od dawna o tym ma­rzy­li­śmy.

Nie mo­głem już dłu­żej od­wle­kać mo­mentu po­wi­ta­nia, więc szybko po­krę­ci­łem głową, żeby strzą­snąć z sie­bie wspo­mnie­nia na­mięt­nego po­ca­łunku, któ­rego nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć po­mimo jej na­le­gań, by­śmy oboje wy­rzu­cili go z pa­mięci. Phil­lip przy­wo­ły­wał mnie ru­chem dłoni. Ski­ną­łem głową i uśmiech­ną­łem się.

- Fuj, obrzy­dliwa po­goda! - Prze­je­cha­łem dło­nią po wil­got­nych od śniegu wło­sach i usia­dłem na krze­śle obok Vin­nie. Dicte i Phil­lip zaj­mo­wali ławkę na­prze­ciwko. Sie­dzieli cia­sno przy­tu­leni. Pod­świa­do­mie zer­k­ną­łem w dół. Nie mo­głem się po­wstrzy­mać. W sa­mo­cho­dzie, kiedy roz­cię­cie w su­kience Vin­nie lekko się roz­chy­liło, za­uwa­ży­łem, że wło­żyła czarne sa­mo­no­śne poń­czo­chy wy­koń­czone ko­ronką. Już wcze­śniej po­ziom mo­jej sa­mo­kon­troli w po­bliżu tej pięk­nej za­pra­co­wa­nej blon­dynki był nie­wia­ry­god­nie ni­ski. Oczy­wi­ście po­tra­fi­łem nad sobą pa­no­wać w jej obec­no­ści. Nie by­łem prze­cież ja­ski­niow­cem. Jed­nak za­wsze kiedy prze­by­wa­li­śmy w tym sa­mym po­miesz­cze­niu, coś przy­cią­gało mnie do niej jak ma­gnes. Re­ak­cja mo­jego ciała była na­tych­mia­stowa, za­le­wała je fala cie­pła. Tak, po­żą­da­łem jej. Jed­nak tam­tego wie­czoru ze­szłego lata dała mi wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia - mimo na­szego po­ca­łunku stu­le­cia - że nie chce się prze­ko­ny­wać, do czego mo­głoby mię­dzy nami dojść. Je­śli mam być ab­so­lut­nie fair, nie za­prze­czyła też, że ist­nieje mię­dzy nami che­mia. Przy­znała się do niej, ale po­wie­działa, że jesz­cze nie jest na to go­towa. Czy te­raz już jest?

Nie cho­dzi o to, że uzna­łem jej czarne poń­czo­chy za za­pro­sze­nie. Wy­czu­łem jed­nak, że dzi­siaj - po dłu­gim okre­sie utrzy­my­wa­nia wy­raź­nego dy­stansu - za­częła ze mną flir­to­wać. Tym ra­zem jed­nak to ja nie mo­głem re­ago­wać na ten ma­gne­tyzm, choć­bym nie wiem jak bar­dzo tego pra­gnął. Kilka mie­sięcy temu za­czą­łem znowu wi­dy­wać się z Nikki. Spo­ty­ka­li­śmy się parę razy w mie­siącu, kiedy by­łem w Ko­pen­ha­dze. Gdy­bym wie­dział, że mam ja­ką­kol­wiek szansę u Vin­nie, ni­gdy nie wró­cił­bym do Nikki.

Czy za­cho­wa­łem się nie w po­rządku? Może?

Taka jed­nak była prawda. Nie wy­ko­rzy­sty­wa­łem ko­biet, żeby roz­gry­wać ja­kieś gierki. Po pro­stu lu­bi­łem spę­dzać czas w ich to­wa­rzy­stwie i po­tra­fi­łem za­ak­cep­to­wać od­rzu­ce­nie, nie wzdy­cha­jąc mie­sią­cami do osoby, która mnie nie chciała.

- Co po­wie­cie na pa­terę owo­ców mo­rza? - za­py­tała Dicte, kiedy Phil­lip na­le­wał nam szam­pana.

- Mmm... Za­wsze! - zgo­dziła się Vin­nie.

- Ja też je­stem chętny. - Ode­rwa­łem wzrok od skrawka na­giej skóry wy­zie­ra­ją­cego spod roz­cię­cia su­kienki nad kra­wę­dzią poń­czo­chy.

- Hen­rik wpadł na po­mysł stwo­rze­nia pa­kietu atrak­cji w Aal­b?ku z po­by­tem w ho­telu, wi­zytą w re­stau­ra­cji i na­szą kawą. - Vin­nie wy­da­wała się za­chwy­cona moim po­my­słem.

- Nie roz­ma­wia­łem jesz­cze z Vin­cen­tem, ale pla­nu­jemy za­ła­twić to ju­tro. - Zwró­ci­łem głowę w stronę Vin­nie. Na­szła mnie ochota, żeby ująć jej dłoń, jak­by­śmy byli parą spi­skow­ców, uści­snąć ją i dać się po­rwać jej en­tu­zja­zmowi, który tak bar­dzo po­kry­wał się z moim.

- Bar­dzo cie­kawy po­mysł. By­łoby su­per, gdyby udało się przy­cią­gnąć wię­cej tu­ry­stów do Aal­b?ku. Ska­gen jest już prze­cież tak za­tło­czone, że nie można się tu ru­szyć. - Phil­lip ujął dłoń żony, uniósł ją czule i po­ca­ło­wał, a po­tem spoj­rzał na Dicte za­ko­cha­nym wzro­kiem.

Przed chwilą mia­łem ochotę zro­bić do­kład­nie to samo z Vin­nie.

Prze­łkną­łem klu­chę w gar­dle i się­gną­łem po kie­li­szek szam­pana.

- Mam jesz­cze je­den po­mysł. Bal z au­kcją cha­ry­ta­tywną. Ale po­woli, nie wszystko na­raz.

- Za­wsze by­łeś naj­bar­dziej przed­się­bior­czy i kre­atywny z ca­łej na­szej paczki. Te­raz przy­słu­żysz się Aal­b?kowi.

- Czuję, że po prze­pro­wadzce tu­taj od­zy­ska­łem kre­atyw­ność. - W Ko­pen­ha­dze to­wa­rzy­szyła mi mo­no­to­nia. Nocne kluby krę­ciły się same dzięki za­trud­nio­nym me­ne­dże­rom i za­czą­łem czuć się zbędny. Sta­łem się fi­gu­ran­tem, który je­dy­nie sza­lał no­cami ze zna­jo­mymi. - Tu jest tyle róż­nych moż­li­wo­ści - do­da­łem.

- Za zdro­wie, moż­li­wo­ści i przy­ja­ciół. Na­wet nie wiesz, jak się cie­szę, że się tu prze­pro­wa­dzi­łeś. - Miesz­ka­łem ma pół­nocy Ju­tlan­dii rów­nie długo jak Phil­lip, lecz do­my­śla­łem się, że przy­ja­ciel czuje się tu bar­dziej za­ko­rze­niony niż ja dzięki żo­nie i dziecku.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. - Roz­mowę prze­rwała nam uprzejma wła­ści­cielka, która wcze­śniej przy­wi­tała nas przy wej­ściu. - W ra­diu mó­wią, że od­ra­dzają jazdę sa­mo­cho­dem. Nie wiem, jak da­leko mają pań­stwo do domu, ale może się oka­zać, że bę­dzie trzeba po­szu­kać noc­legu. Pro­szę po­wie­dzieć, kiedy będą pań­stwo go­towi do zło­że­nia za­mó­wie­nia.

- Gl. Ska­gen.

- Aal­b?k - od­po­wie­dzie­li­śmy rów­no­cze­śnie.

- Trudno po­wie­dzieć, czy drogi będą prze­jezdne. Służby do­ra­dzają po­zo­sta­nie w do­mach. Zro­zu­miemy, gdyby zde­cy­do­wali się pań­stwo już wra­cać. - Go­spo­dyni ob­da­rzyła nas uprzej­mym uśmie­chem.

- My na pewno damy radę wró­cić, ale wy? - Phil­lip spoj­rzał za okno ze szpro­sami. - Rze­czy­wi­ście strasz­nie sy­pie. Co ro­bimy?

- Je­stem za tym, że­by­śmy zo­stali, a po­tem zo­ba­czymy. Śnie­życa może prze­cież ustać. - Spoj­rza­łem za okno. - Co o tym my­ślisz? - Od­wró­ci­łem głowę i na­po­tka­łem utkwione we mnie spoj­rze­nie Vin­nie.

Za­nim dała mi od­po­wiedź, za­mru­gała szybko.

- Zo­sta­jemy. Naj­wy­żej prze­cze­kamy w twoim au­cie do czasu, aż na dro­gach zrobi się bez­piecz­nie.

- Za­dzwo­nię do mamy. Uprze­dzę ją, że zo­sta­jemy na ko­la­cji i damy radę bez­piecz­nie wró­cić, ale może to po­trwać dłu­żej. Ma­leń­stwo jest prze­cież w naj­lep­szych rę­kach ba­buni, a w lo­dówce mają spory za­pas mleka. - Dicte pod­nio­sła się i wy­szła, żeby nie prze­szka­dzać roz­mową te­le­fo­niczną go­ściom w re­stau­ra­cji.

- Jesz­cze szam­pana? - za­py­ta­łem Phil­lipa i Vin­nie.

Dicte była dzi­siaj kie­rowcą. Na­dal kar­miła pier­sią i dla­tego wy­piła tylko lampkę. Ja też mu­sia­łem już po­dzię­ko­wać. Przy­je­cha­li­śmy ra­zem wła­śnie po to, żeby Vin­nie nie mu­siała się mar­twić jed­nym kie­lisz­kiem za dużo.

- Tak, po­pro­szę.

Na­la­łem im bą­bel­ków. Pa­so­wały do na­szego pysz­nego da­nia z owo­ców mo­rza. Stała przed nami wy­stawna pa­tera pełna ostryg, omuł­ków, szczy­piec kra­bów, ho­mar­ców i ho­ma­rów. Za oknem pa­dał śnieg, a my spę­dza­li­śmy czas na przy­jem­nych po­ga­dusz­kach.

- Jak było w Ko­pen­ha­dze? Mia­sto jesz­cze stoi? - Phil­lip otarł usta i upił łyka piwa becz­ko­wego. Prze­rzu­cił się już na piwo, na­to­miast Vin­nie zo­stała przy zło­ci­stych bą­bel­kach.

- Stoi. Dziwne, prawda? Nie wiem, jak to moż­liwe bez nas. - Unio­słem żar­to­bli­wie oczy do nieba i odło­ży­łem ser­wetkę na stół.

- Po co jeź­dzisz tak czę­sto do Ko­pen­hagi? My­śla­łam, że dzia­łal­no­ści klu­bów pil­nują twoi me­ne­dże­ro­wie. - Vin­nie od­su­nęła krze­sło od stołu i usta­wiła je lekko bo­kiem, że­by­śmy mo­gli się le­piej wi­dzieć.

- Pil­nują, ale i tak mu­szę do­glą­dać in­te­resu, a poza tym je­stem dy­rek­to­rem ze­społu za­rzą­dza­ją­cego wszyst­kimi klu­bami. Spo­ty­kamy się dwa razy w mie­siącu, żeby uło­żyć stra­te­gię i za­pla­no­wać im­prezy. W tym roku na przy­kład pla­nu­jemy za­go­spo­da­ro­wać ta­ras na da­chu jed­nego z klu­bów i zro­bić tam strefę lo­unge z ob­ro­to­wym ba­rem i me­blami do wy­po­czynku. Chcemy stwo­rzyć taki kli­mat, żeby go­ście czuli się jak w ba­rze gdzieś na po­łu­dniu Eu­ropy. Ekipy bu­dow­lane roz­poczną pracę, kiedy tylko po­goda po­zwoli. Ta­ras zo­sta­nie przy­kryty au­to­ma­tycz­nymi mar­ki­zami na wy­pa­dek gor­szej aury. Za­in­sta­lu­jemy też lampy grzew­cze.

- Wow, brzmi wspa­niale. Chcia­ła­bym to kie­dyś zo­ba­czyć. - Vin­nie znowu oczy się za­świe­ciły. Tak bar­dzo chciał­bym móc po­wie­dzieć: "Za­ła­twione. Po­jedźmy w któ­ryś week­end do Ko­pen­hagi. Opro­wa­dzę cię i będę cię roz­piesz­czał". Lecz te­raz wpa­ko­wa­łem się w ślepy za­ułek.

- Mo­żemy so­bie zro­bić week­en­dowy wy­pad do Ko­pen­hagi, je­śli uda się nam ob­sa­dzić dy­żury w mle­czarni. - Pro­po­zy­cja pa­dła z ust Dicte, która wła­śnie wró­ciła do sto­lika.

Wciąż jesz­cze się dzi­wi­łem, kiedy pro­po­no­wała, że zrobi so­bie wolne od pracy w mle­czarni. Jesz­cze do nie­dawna po­zwa­lała so­bie za­le­d­wie na kilka dni urlopu. Kiedy po­znała Phil­lipa, była tak za­an­ga­żo­wana w swój biz­nes, że pra­wie nie mieli czasu się wi­dy­wać.

- Pójdę do to­a­lety. - Po­trze­bo­wa­łem kilku mi­nut dla sie­bie, żeby za­pa­no­wać nad emo­cjami. Nie mogę zro­bić żad­nego nie­prze­my­śla­nego kroku. Ni­komu z nas nie wyj­dzie na do­bre, je­żeli za­cznę coś no­wego, nie koń­cząc naj­pierw związku z Nikki. Wie­dzia­łem, że nasz zwią­zek jest tylko na chwilę. Mie­li­śmy wy­godny i nie­zo­bo­wią­zu­jący układ, funk­cjo­nu­jący na ja­snych wa­run­kach: mamy się po pro­stu do­brze ba­wić, kiedy się wi­dzimy. W ten spo­sób upły­nęło już kilka mie­sięcy. Gdy­bym miał się zwią­zać z Vin­nie, wszystko mu­sia­łoby być do­brze prze­my­ślane i do­ro­słe. Wra­ca­jąc z ła­zienki, spraw­dzi­łem wa­runki po­go­dowe. Nie ba­łem się pro­wa­dzić w śnie­życę, ale nie wie­dzia­łem, czy drogi będą w ogóle prze­jezdne.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki