Rozdział 1
Vinnie
Marzec
- Pospieszcie się... Nie możemy się ciągle spóźniać do taty. - Było piątkowe popołudnie, czyli pora, kiedy zamienialiśmy się opieką nad dziećmi. Mimo że utrzymywałam bardzo dobre relacje z byłym mężem, nie mogłam się przecież spóźniać za każdym razem, kiedy odwoziłam do niego dzieci. Sama czułabym irytację, gdyby on nie przywoził mi ich na czas. Spakowałam torbę z piątkowymi słodyczami dla Sabine i Malthego. Nie musiałam tego robić, nie mogłam się jednak powstrzymać.
- Widziałaś gdzieś moje białe dżinsy?
- Nie wiszą czasem na sznurku w łazience? Wyjeżdżamy za pięć minut. Jeśli nie będziecie gotowi, możecie sobie dojechać rowerami.
- Oj, daj spokój. - Malthe, mój trzynastoletni syn, rzucił się na kanapę w naszym niewielkim salonie. Po rozwodzie początkowo zamieszkałam w przestronnej kawalerce mojej przyjaciółki Dicte. Okazało się jednak, że nie nadawała się do życia z dwójką nastolatków, nawet po podzieleniu przestrzeni przegrodami. Żadne z nas nie miało prywatności. Teraz wynajmowaliśmy mały żółty domek rybacki w jednej z bocznych uliczek prowadzących nad morze i plażę. Był to uroczy budynek w tradycyjnym regionalnym stylu. Już się cieszyłam na myśl o wiośnie i lecie, ponieważ przy domu był przytulny ogródek z malwami i klombem obsadzonym roślinami wieloletnimi.
- Mówię poważnie. Nie mam siły co piątek dyskutować z waszym tatą o naszym spóźnieniu. - Była to lekka przesada, ponieważ nie dyskutowaliśmy z Clausem. Kiedy się spóźniałam, posyłał mi jedynie pełne dezaprobaty spojrzenie, lecz to w zupełności wystarczało. Westchnęłam i zatopiłam się w granatowej welurowej sofie, którą przejęłam razem z domem. Sofę upiększono nowymi wzorzystymi poduszkami w pastelowych kolorach, lecz ona sama pamiętała zamierzchłe czasy.
- Dlaczego tata musi mieszkać aż w Bunken? Przecież to środek lasu.
- To z pewnością tylko tymczasowe rozwiązanie, ale może naprawdę powinieneś zabrać rower. Będzie ci łatwiej, gdybyś chciał się wybrać do miasta.
Mój były mąż Claus wynajął dom letniskowy. Początkowo miał w nim zamieszkać tylko na jakiś czas, lecz na razie nie kwapił się do zmiany adresu. Rozumiałam obiekcje dzieci, które były przyzwyczajone do bliskości kolegów w naszym małym miasteczku.
- Możemy przewieźć rower z tyłu samochodu? - Malthe wstał i zarzucił sobie na ramię torbę sportową.
- Jasne, że tak. Dasz radę zamontować bagażnik czy mam ci pomóc? - Wstałam z sofy i podeszłam do schodów. Zawołałam do Sabine, która była jeszcze na górze: - Wyjeżdżamy teeeeraz!
- Spokojnie. - Sabine pojawiła się na półpiętrze. - Przecież nie mamy rezerwacji, która nam przepadnie, jeśli się spóźnimy, prawda?
- Umówiłam się z waszym tatą, że będę was odwozić najpóźniej o szóstej. Potem wybieram się do Skagen na kolację z Dicte, Phillipem i Henrikiem. Więc migusiem. - Zawsze odczuwałam pustkę po odwiezieniu dzieci. Dlatego starałam się wypełnić wolny czas spotkaniami towarzyskimi. Od czasu, kiedy mojej przyjaciółce Dicte i jej mężowi Phillipowi urodziło się dziecko, nie byli już niestety tak elastyczni jak kiedyś. Oczywiście to zrozumiałe. Jednak dzisiaj wieczorem ich małą Kerstin zaopiekuje się babcia, a my zarezerwowaliśmy stolik w restauracji rybnej w Skagen. Tylko dla naszej czwórki. Restauracja była naprawdę kameralna. Zapowiadał się miły, intymny wieczór.
- Migusiem, migusiem... - Szesnastoletnia Sabine przemknęła obok mnie, przewracając oczami. - Kto dzisiaj mówi "migusiem"?
- Ja mówię "migusiem", więc łaskawie się pospiesz.
- Przyjęłam. - Sabine wsunęła stopy w sneakersy, przydeptując przy tym piętę.
- Co ty wyprawiasz, niszczysz buty! - upomniałam ją ostrym tonem. Kiedy tylko wypowiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę, jak moralizatorsko zabrzmiały. Oczywiście byłam jej mamą, ale naprawdę nie chciałam poganiać ani strofować dzieci. Nieustanne zmienianie miejsca pobytu i przemieszczanie się między Clausem a mną nie było przecież niczym przyjemnym także dla nich. - Przepraszam, kochanie. To było nie fair.
- Dlaczego musimy ciągle jeździć tam i z powrotem, jakbyśmy byli jakimiś małymi dziećmi? - Sabine włożyła buty jak trzeba i spojrzała na mnie. - Nie możemy sami decydować, gdzie chcemy spędzać czas?
- Porozmawiam z tatą. - Ponowiłam wcześniejsze niedotrzymane obietnice.
Mimo że traktowaliśmy się z Clausem raczej przyzwoicie, niełatwo było stanąć twarzą w twarz i dyskutować o sprawach większej wagi. Wciąż buzowało w nas jeszcze wiele emocji. Zaczęliśmy się spotykać, kiedy byliśmy jeszcze bardzo młodzi, i szybko wzięliśmy ślub. Wspólnie zbudowaliśmy od podstaw całe nasze życie, w którym niemal zrośliśmy się w jedną osobę, zapominając przy tym o byciu parą.
Sabine narzuciła kurtkę i powiesiła na ramieniu torbę, a ja zamknęłam za nami drzwi. Mieliśmy połowę marca i na dworze było zimno jak w psiarni, choć nie było śniegu. Ciemne niebo zasnuwały jednak ciężkie chmury, co mogło stanowić zapowiedź nadciągających opadów.
- Wskakuj i ruszamy - powiedziałam pogodnie.
Malthe zamocował rower z tyłu samochodu i teraz, ku niezadowoleniu Sabine, siedział już na przednim siedzeniu mojego małego czerwonego forda fiesty. Dzisiaj nie usłyszałam jednak żadnego zrzędzenia, że jest starsza i to ona powinna siedzieć obok mnie. Wyjechałam na główną drogę łączącą Aalb?k ze Skagen.
- Co powiecie na małe ferie wiosenne w Wielkanoc? Mam w tym roku wolne w święta, a już dawno nigdzie razem nie wyjeżdżaliśmy.
- Taaak, huuurrra. Jesteś najwspanialszą mamą na świecie. - Sabine objęła mnie od tyłu i autem zarzuciło trochę na bok.
- Spokojnie. - Roześmiałam się. - Nigdzie nie pojedziemy, jeśli rozbijemy samochód. - Szybko wyprostowałam kierownicę. Na szczęście poza nami na drodze nie było żadnych aut. O tej porze roku Jutlandia Północna stawała się bardzo wyludniona.
- Przepraszam. Po prostu już sto lat nigdzie nie byliśmy. Zadecydujemy wspólnie, dokąd pojedziemy? - Sabine znowu rozparła się na tylnym siedzeniu.
- Chcę do Los Angeles - powiedział Malthe.
- Ale w granicach rozsądku. Nie jestem przecież milionerką. - Nie byłam milionerką, to fakt, lecz uśmiechnęłam się pod nosem, ponieważ radziłam sobie naprawdę bardzo dobrze. Po rozwodzie przeżyłam szok. Nagle stałam się odpowiedzialna za finanse. Przez wiele lat nie pracowałam zarobkowo i nie musiałam się martwić o pieniądze dla rodziny. Na początku byłam sfrustrowana i zła na siebie, że obarczyłam tym wyłącznie męża. Zarabianie własnych pieniędzy i gospodarowanie nimi w taki sposób, żeby wystarczyło nam na wszystko, okazało się trudne, lecz równocześnie wyzwalające, a najcudowniejsze było to, że teraz mogłam samodzielnie podejmować wszelkie decyzje. - Zaoszczędziłam trochę grosza. Wystarczy nam na podróż gdzieś w Europie. Możecie się nad tym zastanowić do czasu, kiedy znowu się zobaczymy. - Moje autko podskakiwało i tańczyło na dziurawej kamienistej drodze prowadzącej na osiedle domków letniskowych.
Claus wynajął nowo zbudowany dom letniskowy. Większy od naszego starego domu, który musieliśmy sprzedać. Minęłam budynek, w którym mieszkał Henrik, właściciel "gastropubu", sąsiadującego z należącą do mnie i Dicte mleczarnią. Dlatego widywałam go codziennie... a nawet kilka razy dziennie. Należał też do grona naszych najbliższych znajomych i muszę przyznać, że wpadł mi w oko. Byłam jednak przekonana, że traktuje mnie wyłącznie jak przyjaciółkę. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy ubiegłego lata na imprezie u Phillipa, był ze swoją dziewczyną, influencerką. Odniosłam wtedy wrażenie, że interesują go głównie luźne związki, młode kobiety i że w ogóle nie szuka nikogo na stałe. Czasami czułam jednak, że zerka na mnie w szczególny sposób.
Posyłał mi to spojrzenie, kiedy myślał, że tego nie widzę.
Podczas rozmowy często życzliwie dotykał mojego ramienia lub dłoni.
Zawsze mogłam liczyć na jego pomoc, szczególnie w sklepie.
Cierpliwie i uważnie słuchał mojej paplaniny o wszystkim i o niczym, jakbym była jakąś wyrocznią delficką. No i jeszcze ta sytuacja z zeszłego lata, którą chciałam teraz wymazać z pamięci. Sama byłam sobie winna, że do niczego wtedy nie doszło.
Zdawałam sobie sprawę, że jestem spragniona bliskości. Spragniona mężczyzny, który mnie pożąda, mężczyzny, który nie może się mną nasycić. Spragniona tego, co Dicte odnalazła w Phillipie. Mężczyzny, który będzie chciał dzielić ze mną wszystko. W małżeństwie odczuwałam głód. Obojgu brakowało nam czegoś, czego nie potrafiliśmy już sobie dać. Przyznanie się do tego zajęło nam zdecydowanie za wiele lat. Powinnam była już dawno być gotowa na nasze rozstanie.
To trochę dziwne, że Henrik mieszka na tej samej ulicy co mój były mąż. W całym domu Henrika paliły się światła. Na pewno szykuje się już na wieczór. Na myśl o tym, że wkrótce go zobaczę, po moich plecach przebiegł dreszcz radości. Powinniśmy byli się umówić, że pojedziemy do Skagen razem. Nie zdążyłam mu tego zaproponować, a on też nic na ten temat nie wspomniał. Ale mieliśmy dzisiaj nadzwyczaj dużo pracy jak na zwykłe piątkowe popołudnie w marcu w Aalb?k.
- Koniec podróży - oznajmiłam.
Wjechałam na wąski podjazd domu Clausa. Po obu stronach rosły wysokie iglaki. Claus nadal miał na zewnątrz lampki choinkowe, chociaż święta skończyły się już dawno temu. Dzięki światełkom ciemny las wydawał się trochę bardziej przytulny i mniej przerażający. Z komina unosił się dym. Ucieszyłam się ze względu na dzieci, ponieważ dom sprawiał niezwykle przyjazne i przytulne wrażenie. Odprowadziłam Sabine i Malthe do wejścia. Kiedy podeszliśmy bliżej, Claus otworzył drzwi. Skinął głową, a ja uprzejmie się z nim przywitałam. Jakie to dziwne, że zachowuję się tak formalnie wobec osoby, z którą przez tyle lat dzieliłam łoże. Musiał niedawno wyjść spod prysznica i miał jeszcze mokre włosy. Nie ulega wątpliwości, że Claus jest atrakcyjnym facetem. Oboje mieliśmy po trzydzieści siedem lat. Kiedy urodziły się dzieci, byliśmy jeszcze młodzi, lecz wtedy wszystko wydawało się takie naturalne. Moje myśli krążyły dzisiaj wokół najróżniejszych tematów. Potrząsnęłam głową i wróciłam do rzeczywistości.
- Do zobaczenia w piątek. - Potarmosiłam włosy Malthego i wyściskałam oboje. - Piszcie albo dzwońcie, gdybyście czegoś potrzebowali. - Mój uśmiech był przeznaczony nie tylko dla dzieci. Kierowałam go również do Clausa.
- Baw się dobrze, mamo. - Sabine mrugnęła do mnie i pomachała mi w drzwiach.
"Spróbuję się dobrze bawić", pomyślałam.
- Dziękuję i wzajemnie. Spakowałam wam torebkę z piątkowymi słodyczami. Jest w zewnętrznej kieszeni twojej torby, Malthe.
- Kupiłem słodycze - wycedził Claus przez zaciśnięte zęby.
- W takim razie będziecie mieć więcej - odpowiedziałam z uśmiechem i szybko ruszyłam w stronę samochodu. Uciekałam, żeby ukryć łzy, które już szczypały mnie w oczy. W powietrzu unosiły się pojedyncze płatki śniegu. Owinęłam się ciaśniej rozpiętą zimową kurtką. Wciąż jeszcze odczuwałam pustkę, kiedy zostawiałam dzieci u taty. Teraz już mniejszą niż na początku, ale i tak zawsze czułam nadciągającą samotność, w szczególności kiedy to ja od nich odjeżdżałam. Chociaż wiedziałam, że czeka mnie bardzo dużo pracy, a następnego dnia muszę otworzyć sklep wcześnie rano i zaplanować kolejne kampanie marketingowe dla naszej mleczarni, i tak za każdym razem tygodnie, które spędzałam bez dzieci, oznaczały dla mnie oswajanie się z samotnością od nowa.
Uruchomiłam samochód i odczekałam chwilę przy pracującym pełną parą wentylatorze, żeby odparowała przednia szyba. W głębi torby zawibrował wyciszony telefon, sygnalizując przychodzące połączenie. Wygrzebałam go ze swojej wielkiej torebki, w której nosiłam dosłownie wszystko. To on, Henrik.
- Cześć - odebrałam z przyspieszonym biciem serca. Automatycznie opuściłam osłonę przeciwsłoneczną i przejrzałam się w małym lusterku. Rozpuszczone jasne włosy spływały mi po ramionach, a policzki zaczerwieniły się od mroźnego powietrza. Wyjęłam błyszczyk ze schowka na rękawiczki i nałożyłam na usta świeżą warstwę różowego kosmetyku. Co ja wyprawiam, przecież i tak mnie nie widzi! Poczułam się jak głupia nastolatka szczebiocząca z obiektem swoich westchnień.
- To ty przejeżdżałaś przed chwilą obok mojego domu? - Głos Henrika był głęboki. Nie wyparłby się swojego kopenhaskiego dialektu. - Chyba jeszcze nie jechałaś z powrotem, w każdym razie tego nie widziałem.
- Za moment tam będę.
- Pomyślałem, że możemy pojechać do Skagen razem, jednym samochodem. Mogę prowadzić.
Dobrze, że jechałam akurat po szutrowej drodze. Zareagowałam tak, jakby szeptał do mnie uwodzicielskie sprośne słówka, a nie składał mi rozsądną propozycję logistyczną. Zakręciło mi się w głowie. Będę musiała jakoś zapanować nad tym pociągiem albo zdławić go w sobie raz na zawsze.
- Muszę jeszcze wrócić do domu, żeby się przebrać. Wiem, że jestem trochę spóźniona. Nie musimy jechać razem. Mogę dojechać sama. - Nerwowo klepałam wszystkie zdania na jednym wydechu.
- Niedługo będę gotowy. Zajadę po ciebie do miasta. Uprzedzę Phillipa, że trochę się spóźnimy. - Henrik wydawał się całkowicie wyluzowany. - Nie spiesz się. To ma być przecież miły wieczór w gronie przyjaciół.
- Super, wielkie dzięki. Masz rację. Po prostu nie jestem sobą, kiedy zostawiam dzieci u ich ojca. - Nie wiedziałam, dlaczego mu o tym mówię. Co go obchodzą moje problemy?
- W takim razie dobrze się składa, że dotrzymamy ci dzisiaj towarzystwa... No wiesz, żeby odciągnąć twoje myśli od dzieci. - Roześmiał się głębokim, lekko chrypliwym śmiechem, który wysłał impulsy do wszystkich stref erogennych mojego ciała.
Uświadomiłam sobie, że przepadłam z kretesem. Cud, że do tej pory nie zaczęłam pisać pamiętnika o mojej wielkiej skrytej miłości. Ciekawe, czy mam jeszcze któryś z tych starych notesów na kłódkę. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Właśnie mijam twój dom - poinformowałam i pomachałam dłonią, mimo że nie mógł mnie przecież widzieć. Na szczęście nie odbierało mi mowy w jego obecności, co było dużym plusem. Inaczej już dawno bym się zdradziła. Przez te wszystkie miesiące od tamtego wieczoru ubiegłego lata robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby sprawiać wrażenie niewzruszonej i odgrywać rolę "tylko przyjaciółki". Czułam jednak, że staje się to coraz trudniejsze. Pojawiało się pytanie, co z tym zrobię.
- Widzę cię. W takim razie dam ci piętnaście minut przewagi.
- Idealnie. Zostawię otwarte drzwi, więc po prostu wejdź do środka. - Serce zabiło mi jeszcze mocniej, a w głowie zaczął się wykluwać plan.
***
Pończochy samonośne, nowa czarna koronkowa bielizna, najbardziej seksowna, jaką miałam. Miałam tylko nadzieję, że czarny kolor nie prześwituje spod białej dzianinowej sukienki. Wzięłam głęboki wdech i wyprostowałam plecy. To się stanie dzisiaj. Muszę mu powiedzieć o swoich uczuciach. Wóz albo przewóz, tak to się chyba mówi?
Majtki były nowe, nie zdążyłam nawet odciąć metki ani ich wyprać. Wbiłam się w skąpe koronkowe stringi, wstałam i okręciłam przed lustrem umieszczonym po wewnętrznej stronie drzwi szafy. Moje piersi już dawno poddały się sile grawitacji, ale nadal były kształtne, okrągłe i obfite. Pięknie się układały w staniku. Lubiłam swoje ciało. Nie miałam płaskiego brzuszka, był lekko zaokrąglony, ale takie są przecież kobiece kształty. Przewiązałam się złotym paskiem, żeby podkreślić talię. Ciekawe, jak postrzegałby mnie inny mężczyzna. Czas się przekonać, czy Henrik widzi we mnie kogoś więcej niż tylko przyjaciółkę. Zdawałam sobie oczywiście sprawę z ryzyka, że mogę zostać odtrącona.
- Cześć, już jestem. - Usłyszałam głos Henrika z przedsionka. Dobiegające stamtąd odgłosy wskazywały na to, że otrzepywał śnieg z butów.
- Daj mi dwie minuty... Czyżby zaczął padać śnieg? - krzyknęłam do niego.
- Sypie jak szalony. - Głos dobiegał już z bliższej odległości, ale wciąż jeszcze z piętra niżej. - Przez całą zimę prawie nie padało, a teraz, w marcu, pogoda nadrabia zaległości. - Jego śmiech był głęboki i ciepły.
Pokryłam usta świeżą warstwą czerwonej szminki i zdjęłam z komody czarną kopertówkę, do której włożyłam wcześniej pieniądze, telefon i prezerwatywy. Czy to szalona decyzja? Nie, do cholery - skarciłam się. - Przecież wzdychasz do niego od wieków. - Czułam się gotowa.
- Cześć... - Zaskoczyłam go, stał plecami do mnie.
Odwrócił się, trzymając w dłoni ilustrowane czasopismo.
- Niestety nie ma cię w tym numerze. - Roześmiałam się, wskazując ruchem głowy magazyn w jego dłoni.
Spojrzał na mnie, a na jego usta wypłynął szeroki uśmiech.
- Już dawno mnie tam nie było i wcale za tym nie tęsknię.
- Jutlandia Północna nie jest wystarczająco modna. No, chyba że mówimy o wakacjach, a dokładniej o dwudziestym dziewiątym tygodniu - stwierdziłam, przysiadając na krześle przy kuchennym stole, żeby włożyć czarne skórzane kozaki do kolan. - Dziękuję, że chce ci się być dzisiaj kierowcą. - Zasunęłam zamek w kozaku i spojrzałam w górę.
Oderwał wzrok od dłoni na bucie i wędrował spojrzeniem w górę mojego ciała.
- Żaden problem. Bez sensu, żebyśmy oboje prowadzili samochód i żeby żadne z nas nie mogło wypić lampki wina. - Usiadł na niebieskiej welurowej sofie, na której godzinę temu siedziałam z Malthem. W swoim eleganckim ubraniu nie pasował do podniszczonej kanapy w moim małym saloniku. Miał na sobie grantową marynarkę, a pod nią białą koszulę z rozpiętym pod szyją guzikiem.
Czułabym się teraz onieśmielona, gdybym nie widywała go wcześniej w restauracji w znoszonych dżinsach i koszulkach, kiedy próbował majsterkować swoimi dwiema lewymi rękami. Żaden był z niego fachowiec. Wykazywał się jednak uporem i dużo się już nauczył.
- A życie, które pokazują tutaj - pomachał kolorowym magazynem - jest przereklamowane.
- Ja tam je kupuję. - Uśmiechnęłam się, czując, jak lekki rumieniec wypływa mi na policzki. - Jest po prostu zupełnie inne od naszego życia tutaj, na wsi. Czerwone usta, premiery i pokazy mody... - Mimowolnie wydałam z siebie ciche westchnienie.
- Chciałabyś zobaczyć ten świat? - Henrik był przyzwyczajony do przebywania pośród celebrytów, modelek i aktorów. W Kopenhadze prowadził zupełnie inne życie. Miał kilka nocnych klubów i znał duńską scenę muzyczną. Ubiegłego lata zaskoczył wszystkich, kupując lokal obok naszego sklepu. Wyremontował go i otworzył restaurację. Czasami wyjeżdżał do Kopenhagi, żeby przypilnować swoich interesów, lecz większość czasu spędzał tu, w Aalb?ku. Przyzwyczaiłam się już, że stał się częścią mojego życia... życia nas wszystkich, przypomniałam sobie. Henrik nie był przecież tylko mój.
- A kto by nie chciał? - Posłałam mu zachwycone spojrzenie. - Jestem gotowa. Przepraszam, że musiałeś czekać.
- Żaden problem. Phillip i Dicte zajmą stolik i poczekają na nas przy lampce wina. Mówili, żebyśmy się nie spieszyli. - Włożył zimową kurtkę i pomógł mi założyć czarny wełniany płaszcz. Ten gest wydał mi się bardzo intymny. Jakbyśmy byli parą, która wychodzi razem w piątkowy wieczór, a nie tylko przyjaciółmi.
- Jeżeli miałabyś ochotę wybrać się na jakąś premierę, mogę to załatwić. - Przytrzymał mi drzwi.
Przemknęłam pod jego ręką. Zatrzymałam się, żeby zamknąć dom na klucz. Stojąc tak blisko, czułam zapach jego wody po goleniu. Pachniał świeżością i cytrusami z domieszką lekko korzennego i cholernie uwodzicielskiego aromatu. Mimo że dobrze znałam ten zapach, przeszył mnie dreszcz podniecenia. Nie była to zresztą żadna nowość.
- Nie musisz mnie od razu zabierać na premierę. Wystarczy, że opowiesz, jak to jest... żyć w takim splendorze.
Szarmancko przepuścił mnie przodem do czarnego samochodu terenowego zaparkowanego na podjeździe.
- To naprawdę żaden problem. Z przyjemnością zabiorę cię ze sobą na jakąś galę, jeśli uda się nam wpasować termin w nasze grafiki. Tak naprawdę nie ma w tym żadnego splendoru. Jest po prostu inaczej. - Przytrzymał mi drzwi samochodu. Nasza relacja była równie niewymuszona jak nasza rozmowa. - Zazwyczaj odmawiam, ale tylko powiedz, gdybyś chciała na coś...
- Czuję się zaproszona. - powiedziałam z nutą flirtu w głosie. Roześmiał się, zatrzaskując za mną drzwi.
Pierwsze kilometry upłynęły nam w ciszy. Skorzystałam z okazji, żeby przyjrzeć się jego profilowi. Ciemne, niemal czarne włosy były nieco dłuższe u góry i przycięte na szyi. Nie ogolił się. Jednodniowy zarost przydawał mu jeszcze bardziej seksownego wyglądu i moje myśli zaczęły galopować z prędkością setek kilometrów na godzinę. Jak, do licha, mam go uwieść? Jak przekroczyć granicę pomiędzy przyjacielską pogawędką a "Cześć, masz ochotę na dziki seks bez zahamowań"? I czy w głębi duszy chodziło mi o coś więcej niż seks? Zaczęła mnie swędzieć i piec skóra. Zapragnęłam sięgnąć do jego dłoni, pogłaskać ją i położyć sobie na udzie, wsunąć pod rozcięcie sukienki, żeby poczuł moje samonośne pończochy. Odwróciłam wzrok od jego twarzy i spojrzałam za okno. Padał śnieg i wycieraczki pracowały bez przerwy. Cienka warstewka białego puchu pokrywała już wrzosowiska przy drodze do Skagen, lecz trasa wciąż była przejezdna, a Henrik prowadził ostrożnie.
- Masz jakieś ciekawe plany na działalność restauracji w tym roku?
W naszym gronie często nazywaliśmy jego restaurację czy też bar gastropubem. Muzyka na żywo w pubie przyciągała klientelę nawet z najdalszych zakątków Jutlandii Północnej. W marketingu internetowym pomagał mu głównie zespół jego byłej dziewczyny Nikki. Henrik poszerzył go o profesjonalnego menedżera do spraw mediów społecznościowych, odpowiedzialnego za zarządzanie widocznością w sieci. Poznałam Nikki zeszłego lata, kiedy spędzali z Henrikiem urlop w Skagen. Podobno później kilkakrotnie się rozstawali i ponownie schodzili, nigdy jednak nie wypytywałam o ich związek. Nasza przyjaźń nie obejmowała bowiem tego rodzaju pytań.
- Pracuję nad tym, żeby w dwudziestym dziewiątym i trzydziestym tygodniu ściągnąć do nas kilka ciekawych osób z branży muzycznej. Mamy przecież silną konkurencję w Skagen. Byłoby super, gdyby udało się zrobić więcej szumu medialnego wokół Aalb?ku.
- No tak, masz przecież rozległe znajomości dzięki swoim klubom - stwierdziłam, przenosząc spojrzenie z jego profilu na rękę i dłoń spoczywającą na kierownicy. Zapewne podgrzewanej, ponieważ Henrik nie miał rękawiczek. Pomyślałam o mojej małej nieszczelnej fieście.
- Nie zrobisz konkurencji Vincentowi?
Mój brat prowadził hotel w miasteczku, w budynku dawnej gospody. Gastropub Henrika konkurował z gospodą Vincenta o restauracyjnych gości. Mimo że panowie się zaprzyjaźnili, czasami wyczuwałam w ich relacji pewien chłód, szczególnie ze strony mojego brata. Henrik miał znacznie bardziej wyluzowane podejście do różnych spraw, w tym do liczby gości w restauracji. Miał jednak również tę przewagę, że jego firma opierała się na kilku filarach.
- Chyba nie da się tego całkowicie uniknąć, prawda? - Lekko odwrócił głowę, nie odrywając wzroku od drogi i śnieżnej zamieci na dworze. Usta drgnęły w lekkim uśmiechu. - Ale mam pomysł, jak ściągnąć większą liczbę gości na noclegi do gospody Vincenta.
- Do nadmorskiego hotelu - poprawiłam go.
Trudno zmienić ludzkie przyzwyczajenia. Przez wiele lat była to przydrożna gospoda, w której w dawnych czasach zatrzymywali się podróżni zmierzający do Skagen, a w ostatnich latach przyjeżdżali tu goście, którzy chcieli spędzić urlop na wsi. Obecnie Vincent i zarząd jego firmy zmienili profil działalności. Wyremontowali piękne budynki i pokoje i dali im nowe życie. Teraz reklamowali to miejsce jako nadmorski hotel. Jeśli poszło się boczną drogą, z hotelu było zaledwie kilkaset metrów do plaży.
- Jaki to pomysł? - zapytałam zaciekawiona, zwracając do niego twarz.
- Jeszcze nie rozmawiałem z Vincentem, ale myślałem o przygotowaniu pakietu pobytowego w Aalb?ku, w ramach którego goście będą przemierzać miasteczko, korzystając z jego wspaniałych atrakcji, między innymi z hotelu. - Wspominając o obiekcie Vincenta, zaakcentował tym razem słowo "hotel". - Pakiet będzie obejmował mój gastropub oraz oczywiście kawę i kardamonowe drożdżówki w waszej mleczarni... Jeżeli uznacie, że to dobry pomysł. - W jego głosie pobrzmiewało chyba lekkie zdenerwowanie. To dziwne. Zmarszczyłam czoło z zaskoczeniem. Nie znałam go z tej strony. Zwykle był pewny siebie, mówił rzeczy wprost i entuzjastycznie wcielał swoje pomysły w życie, niekoniecznie je wcześniej testując.
- To doskonały pomysł. Moglibyśmy porozmawiać o tym jutro z Vincentem. Ja w każdym razie jestem jutro w pracy. - Chciałam wybadać, czy Henrik będzie w swoim pubie w godzinach otwarcia naszego sklepu.
- Super, ja też będę jutro w restauracji. Musimy jak najszybciej rozreklamować nasz pomysł. - Zjechał z głównej drogi, mijając oświetlony w wieczornych ciemnościach i spowity śniegiem kościół w Skagen. Skagen było piękne o każdej porze roku. Kiedy wiało i panował chłód, tęskniłam jednak za latem i słońcem, a nawet za turystami i natłokiem obowiązków. - Podoba mi się, że o tej porze roku nie ma problemu ze znalezieniem miejsca do parkowania. - Henrik zatrzymał się prawie przy samej restauracji w porcie.
- A ja bardzo się cieszę, że przy tej pogodzie mamy tylko kilka kroków do wejścia. - Zadrżałam, mimo że siedziałam jeszcze w samochodzie. Czułam już jednak ten wiatr podwiewający mi sukienkę, pod którą nie miałam przecież wiele. Przegadaliśmy całą drogę i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nie poświęciłam ani jednej myśli mojemu planowi uwiedzenia Henrika.
- Mam nadzieję, że nas nie zasypie - stwierdził Henrik, otwierając mi drzwi.
- Myślisz, że będzie aż tak źle? - Wysiadłam i opatuliłam szyję kołnierzem płaszcza. Chodnik był oblodzony i poślizgnęłam się w moich niezbyt praktycznych kozakach na skórzanych podeszwach.
Henrik podszedł do mnie i szarmancko podał mi ramię. Przyjęłam je z wdzięcznością, a Henrik mocno mnie przytrzymał. Ta bliskość sprawiła, że znowu poczułam zapach jego wody po goleniu. Miał na sobie granatowy elegancki wełniany płaszcz i dopasowany kolorystycznie kaszmirowy szalik. W jego stroju nie było niczego przypadkowego. To jedna z rzeczy, które tak cholernie mnie w nim pociągały. Przywiązywał wagę do swojego wyglądu i zawsze ubierał się modnie. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Na szczęście nie zauważył i nie zapytał, o czym myślę. Wytworność Henrika była bardzo naturalna, co uważałam za pociągające i seksowne.
- Zapraszamy... Cieszymy się, że stawili państwo czoła niepogodzie, żeby do nas wpaść.
Kiedy przekroczyliśmy próg ciepłej sali restauracji rybnej, powitał nas personel. Rozsypany na podłodze piasek przydawał miejscu rustykalnej i letniej atmosfery.
- Mamy rezerwację, ale nasi znajomi... - dostrzegłam Dicte, machającą do mnie energicznie ze stolika na tyłach sali - już zajęli stolik.
- Zaraz do państwa podejdę. Proszę się rozgościć. Mogą państwo zostawić okrycia tutaj. - Właścicielka restauracji uśmiechnęła się, wskazując nam szatnię.
Henrik wziął ode mnie płaszcz i powiesił go na wieszaku. Dopiero potem zdjął swój. Jest taki szarmancki, pomyślałam po raz kolejny.