Znów nadejdzie świt - Anna J. Szepielak

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
A.D. 1867, Galicja Zachodnia
Ciemne chmury na horyzoncie zwiastowały zbliżającą się nawałnicę. Wiatr przybierał na sile, szarpał koronami drzew i niemal do ziemi przyginał łany niedojrzałych zbóż.
Gniady koń zaprzężony do roboczej linijki[1] niechętnie wjechał w półmrok lasu. Choć złowrogi szum drzew wyraźnie go denerwował, powożąca kobieta nie pozwoliła mu się zatrzymać. Spieszyła się. Drewniane koła powozu, mimo żelaznych obręczy, aż trzeszczały, podskakując na nierównościach leśnego traktu pełnego wystających korzeni.
- Prrr! Stój! - krzyknęła, zatrzymując konia tuż obok kapliczki ustawionej na rozwidleniu dróg.
Zeskoczyła z obitej skórą ławeczki i rozejrzała się. Wśród leśnej gęstwiny świst wiatru nieco przycichł, lecz zamiast tego wokół rozbrzmiewało niepokojące skrzypienie drzew uparcie stawiających opór silnym podmuchom.
- Jesteś tu? - spytała głośno. - Panienko!
Odpowiedział jej tylko szum listowia. Wyraźnie zdenerwowana ruszyła w kierunku niewielkiej polany. Gdy jej trzewiki zapadły się w miękkim zielonym mchu, odruchowo uniosła brzeg szarej sukni i przystanęła zirytowana.
- Panno Heleno! Proszę natychmiast wyjść! Dość już tego szaleństwa!
Zza grubego pnia dębu wyłoniła się młodziutka dziewczyna. Patrzyła na kobietę z kpiącym uśmiechem.
- Nie na Ludwikową tu czekam - oznajmiła stanowczo, przytrzymując ozdobny kapelusz, który, mimo przytwierdzenia kilkoma szpilkami[2], chybotał mocno pod naporem wiatru.
- To bez znaczenia! - W głosie Ludwikowej zabrzmiała twarda nuta.
Rysy jej twarzy zdradzały, że nie miała więcej niż trzydzieści lat, lecz ziemista cera i prosta suknia, ozdobiona jedynie żelaznym krzyżykiem zawieszonym na czarnej tasiemce, wyraźnie ją postarzały. Zniecierpliwionym gestem odgarnęła z twarzy brązowe kosmyki włosów, które wiatr powyciągał ze schludnego koka i wpychał jej do oczu.
- Nie zapytam, co panna Helena tu robi, bo to bez znaczenia. Pora wracać, dopóki we dworze nie zauważyli tego zniknięcia.
- Ależ niech Ludwikowa pyta. Ja chętnie objaśnię, dla kogo tu przyjechałam.
- Późno już. Wkrótce przybędą goście. Jeśli nie zdążymy wrócić na czas, czeka nas surowa reprymenda. - Kobieta udała, że nie słyszy lekceważącego tonu. - Jaśnie pan jest dzisiaj w wyjątkowo złym nastroju, zatem rozdrażniać go byłoby nad wyraz nierozsądne. Chodźmy.
- To Ludwikowa nie uniknie reprymendy! - Młode usta wydęły się pogardliwie. - To pani obowiązkiem jest mieć nade mną pieczę. Mnie papa[3] wszystko wybaczy.
- Czyżby? Koniec końców nawet cierpliwość jaśnie pana się wyczerpie. I tak mi się zdaje, że nastąpi to rychlej, niż panienka sądzi. Proszę skończyć tę komedię i niezwłocznie jechać ze mną do dworu.
- Ani myślę! - odparła stanowczo Helena. - Nie jestem już dzieckiem, które musi słuchać nakazów bony[4]. Niech Ludwikowa natychmiast stąd odjedzie i zostawi mnie samą.
Dziewczyna przyjęła postawę dumnej księżniczki wydającej służce dyspozycje, lecz jej niespokojny wzrok zdradzał, że chętnie posłuchałaby prośby i wróciła czym prędzej do bezpiecznego, ciepłego domu. Jednakże determinacja, by upokorzyć opiekunkę, kazała jej trwać na miejscu i nie zwracać uwagi na zimny wiatr, bezlitośnie szarpiący kosztownym materiałem jej sukni.
Słysząc taką odpowiedź, Ludwikowa gniewnie zacisnęła wąskie usta.
- Albo panienka wraca ze mną do dworu, albo już dłużej nie będę tych wybryków ukrywać przed jaśnie państwem! - zagroziła, usiłując przekrzyczeć hałas zbliżającej się nawałnicy, a jednocześnie zachować resztkę godności w obliczu hardej wychowanki.
- Czy ja o to proszę? Niech pani wyjawi prawdę mojemu papie. Niech rodzice się dowiedzą, że spotykam się w lesie sam na sam z mężczyzną, bo mnie pani upilnować nie zdołała. I to nie pierwszy już raz. - W młodym głosie znów zabrzmiała drwina. - Ciekawe, czy się im to spodoba? W końcu za coś pani płacą.
Pierwsze ciężkie krople deszczu zaczęły uderzać o liście, ale żadna z kobiet nie zwróciła na to uwagi.
- Po co to robisz, dziecko? - spytała Ludwikowa, marszcząc brwi. - Czy nie dość o ciebie dbałam? Czy to moja reputacja legnie w gruzach, gdy plotki o tym wszystkim dotrą do ludzi? Wszak dziś przyjeżdża twój narzeczony z oficjalną wizytą - dodała z naciskiem.
- I cóż stąd? Ludwikowej nic moja reputacja nie obchodzi. Doskonale wiem, w czym rzecz.
- A w czym niby?
Oczy dziewczyny zwęziły się w dwie ciemne szparki. Popychana wiatrem podeszła do niej.
- W tym, żeś zazdrosna i dlatego chcesz mnie stąd czym prędzej zabrać! - syknęła jej prosto w twarz. - Bo mężczyzna, na którego tu czekam, przyjdzie do mnie. Tak jak przychodził już wcześniej.
- Doprawdy?
- Tak! Wielbi mnie od dawna i jest gotów rzucić dla mnie wszystko! Wszystko i wszystkich, rozumiesz?
Jej słowa zginęły nagle wśród groźnych pomruków burzy. Przez chwilę stały obie bez ruchu, mierząc się gniewnymi spojrzeniami, jakby różnica ich wieku i pozycji społecznych straciła jakiekolwiek znaczenie. Wreszcie starsza z kobiet cofnęła się o krok i zaśmiała się lekceważąco.
- Gotów jest rzucić wszystko? Dla ciebie? - zadrwiła, rezygnując z oficjalnego tonu. - A co taka młódka wychowana w puchach może wiedzieć o prawdziwym życiu i prawdziwej miłości?
Niemile zaskoczona Helena straciła pewność siebie tylko na ułamek sekundy.
- O miłości wiem wystarczająco dużo! - stwierdziła, unosząc dumnie podbródek.
- Cóż za fantasmagorie roją się w tej rozpieszczonej główce! - Ironiczny śmiech Ludwikowej znów przebił się przez świst wiatru. - Myślisz, że łamanie serc naiwnych paniczyków to jest miłowanie, moja panno? Mylisz się! To po prostu głupia zabawa. Zupełnie tak jak śpiewanie powstańczych pieśni przy suto zastawionym stole to nie jest patriotyzm! Choć chwalisz się tym z wypiekami na twarzy przy każdej okazji.
- Jak śmiesz?! Jakim prawem?! - oburzyła się dziewczyna, lecz rozzłoszczona Ludwikowa nie pozwoliła sobie przerwać.
- Skoro sądzisz, żeś lepsza od innych i stoisz ponad ludzką oceną, to powiem ci prawdę! Myślisz, że nie wiem, kogo tu wypatrujesz? Wiem dobrze! Ale próżne twoje czekanie.
- Czyżby?
- Nie inaczej! On jest teraz w karczmie i zostanie tam do późnej nocy. Jak zwykle o tej porze upija się z chłopami - stwierdziła, krzywiąc się złośliwie. - Znacznie bardziej go to pociąga niż amory z chimeryczną pensjonarką!
- Nie mam pojęcia, o kim pani mówi. - Wytrącona z równowagi panna zmieniła nagle taktykę.
- Ach tak? Zatem dowiedz się, że oboje z mężem zaśmiewaliśmy się do rozpuku z tych twoich perfumowanych liścików, w których błagałaś go o schadzkę.
Oczy zaskoczonej dziewczyny rozszerzyły się nagle z oburzenia.
- Tak, tak! - potwierdziła bezlitośnie Ludwikowa, a na jej twarzy zagościł pełen satysfakcji uśmiech. - Sam mi je pokazał. Śmiał się z tego, jak nieudolnie próbowałaś go kokietować. Przyznaję, że mój małżonek romansową ma naturę, ale na szczęście nie gustuje w sentymentalnych panienkach, które ledwie kilka tygodni temu wprowadzono do towarzystwa[5]. Doprawdy sądziłaś, że dorosła suknia i kapelusze uczynią z ciebie kobietę?
- Jak śmiesz!?
- A śmiem, moja panno, bo twoje postępowanie przynosi wstyd jaśnie państwu! To godni ludzie i na taki dyshonor nie zasłużyli. Twoja świętej pamięci babka przewraca się w grobie, widząc te bezeceństwa. Wnuczka takiej damy jest trzpiotką i o cześć swoją nie ma żadnego starania. Nazwisko rodowe na pohańbienie wystawia! - Ludwikowa smagała wychowankę kolejnymi zdaniami z taką samą intensywnością, z jaką wiatr chłostał je obie lodowatym deszczem.
Trzęsąca się z zimna i oburzenia dziewczyna nie była w stanie przerwać tej tyrady. Słuchała w osłupieniu, patrząc na opiekunkę wielkimi błękitnymi oczyma.
- Wierzyłam, że się zmienisz, kryłam twoje postępki. Ale teraz basta! Te pensjonarskie rojenia muszą się wreszcie skończyć! Czas wydorośleć, moja panno, i przyjąć na siebie ciężar obowiązków rodzinnych. A poza wszystkim... - Ludwikowa nie mogła się powstrzymać od kolejnej złośliwości. - Jesteś doprawdy naiwną gąską, jeśli sądziłaś, że poróżnisz mnie z mężem, z ojcem mojego dziecka. Myślałaś, że trzepotanie rzęsami i zalotne spojrzenia wystarczą, by odciągnąć go ode mnie? Nie takie jak ty próbowały, jeszcze w Królestwie[6], i też się im nie udało.
Ciałem upokorzonej dziewczyny wstrząsnął dreszcz. Nawet nie zwróciła uwagi na odległe uderzenie pioruna, widziała tylko palące ją jak ogień szyderstwo w oczach Ludwikowej. Gdy po chwili zobaczyła w nich także litość, spuściła wzrok, by ukryć łzy wściekłości.
Zaciskając zęby, sztywno jak lalka ruszyła bez słowa w stronę powozu. Nie usiadła jednak na ławeczce, tylko stanęła obok, jakby zabrakło jej sił, aby wejść na stopień. Zbielałymi dłońmi ściskała z całej siły złożoną koronkową parasolkę. Przemoknięte falbany, pióra, jedwabie i wstążki jej stroju żałośnie obwisły, podobnie jak loczki jasnych włosów, po których spływał deszcz.
Ludwikowa podążyła za nią. Czuła, że zwyciężyła bitwę, którą przewidywała już od kilku tygodni. W tej chwili nie myślała jednak o sobie, tylko o przemokniętej do cna dziewczynie - chciała jak najszybciej znaleźć się z podopieczną we dworze. Widząc rozdrażnienie konia, na którego spadały liście i połamane gałązki lecące z drzew, chwyciła za uzdę i uspokajającym gestem pogładziła go po łbie.
- Cicho, cicho! Nie bój się - mówiła łagodnie do końskiego ucha. - Jeszcze chwila i będziemy w domu. Trzeba szybko rozgrzać tę zmokłą kurę, bo nie daj Boże dostanie zapalenia płuc i z zaręczyn nici. Spokojnie...
- Nienawidzę cię! - Usłyszała nagle zduszony krzyk dobiegający z tyłu.
Odwróciła się zdumiona.
- Na moje nieszczęście los was przywiódł do naszego dworu. Przybłędy! To przez ciebie papa wysłał mnie na tę okropną pensję! Przez ciebie rozdzielił mnie z Henrykiem i znalazł mi tego starca na męża! Nie chcę być hrabiną w obcym, zimnym pałacu! - krzyczała histerycznie dziewczyna. - Miałam nadzieję, że i ty poczujesz, co to znaczy stracić swój dom i miłość mężczyzny! Ale jeszcze się zemszczę!
Potężny grzmot przetoczył się nad ich głowami, zagłuszając wyrzekania.
- Stracić miłość? - Zaskoczona jej wybuchem Ludwikowa z całych sił trzymała za uzdę wyrywającego się konia. - Jaką miłość, naiwna dziewczyno?! Miałaś zaledwie czternaście lat, kiedy ten człowiek próbował cię uwieść. Byłaś rozpieszczonym ponad miarę dzieckiem, dlatego tak łatwo pozwoliłaś się omotać sprytnemu guwernerowi[7]. Na szczęści w porę zareagowałam.
- Henryk mnie kochał!
- Kochał?! Chciał cię tylko publicznie skompromitować i zmusić do małżeństwa, bo liczył na pieniądze twojego ojca! Jak mogłaś dopuścić do takiej poufałości z nauczycielem swojego brata? Gdyby nie moja interwencja, ten bezwstydnik wywołałby skandal, a ty okryłabyś hańbą całą rodzinę! - rzuciła Ludwikowa ostro, tracąc cierpliwość. - Wystarczy już tych bzdur, moja panno! Musisz wreszcie spoważnieć! Wsiadaj i jedziemy.
- Nienawidzę cię, słyszysz?! Nienawidzę! Nienawidzę!
Rozwścieczona dziewczyna zamachnęła się parasolką i jak batem uderzyła nią w koński zad. Przerażone zwierzę poderwało kopyta. W tej samej chwili oślepiająca błyskawica wydobyła z mroku przydrożnej kapliczki rzeźbioną twarz zatroskanej Matki Bożej.
Huk pioruna, rżenie konia i przeraźliwy kobiecy krzyk poniosły się echem w głąb polany.
* * *
- Jaśnie panienko. - Pokojówka zatrzymała się na progu buduaru. - Przyprowadziłam dziewczynkę, tak jak pani prosiła.
Głos służącej był cichy i łagodny, jakby mówiła do osoby chorej. Z troską patrzyła na postać skuloną na szezlongu.
- Słucham?... A tak... dobrze. - Panna spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem. - Wprowadź ją. Albo nie! - Zerwała się.
Puchaty kaszmirowy szal, którym szczelnie się otulała, miękko opadł na dywan.
- Niech poczeka w saloniku. Już idę - rzuciła, podbiegając do rzeźbionego sekretarzyka.
W niedbałym porannym stroju i z rozpuszczonymi włosami nerwowo szperała po szufladach. Gdy w jej dłoni znalazł się różaniec i oprawiony w ciemną skórę modlitewnik, zastygła na chwilę, przerażonym wzrokiem wpatrując się w te skromne przedmioty.
Ponieważ zza przymkniętych drzwi dobiegł ją cichy głos pokojówki, oprzytomniała. Pchnięta jakąś myślą, jakby wbrew sobie, sięgnęła po pióro, otworzyła modlitewnik na przypadkowej stronie i drżącą ręką wpisała na marginesie dwa nieco koślawe zdania.
- Boże miłosierny, zmiłuj się nade mną, bo wyznaję Tobie swoje winy. Wybacz mi - szepnęła słabym głosem.
Pióro wysunęło się łagodnie z jej szczupłej białej dłoni. Chwiejnym krokiem weszła do saloniku, gdzie ujrzała przed sobą dygającą sześcioletnią dziewczynkę.
Żałobną, czarną sukienkę uszyto dla niej w wyraźnym pośpiechu, bez wzięcia odpowiedniej miary, gdyż strój smętnie zwisał na drobnej sylwetce dziecka. Kasztanowe włosy spleciono w warkocz tak ściśle, że wydawał się ściskać drobną bladą twarzyczkę jak obręczą. Czarna wstążka na końcu warkocza i żelazny krzyżyk na piersi dopełniały całości jej wyglądu, dodając dziecku nienaturalnej powagi i podkreślając smutek w zaczerwienionych oczach.
Pokojówka układająca kwiaty w wazonie pod oknem z niepokojem zerkała na swoją młodą panią. Spełniła jej prośbę, przyprowadzając do salonu to dziecko, ale uczyniła to niechętnie.
Od chwili tragicznego wypadku, gdy Ludwikową znaleziono martwą w lesie, stratowaną przez konia, niemal cała opieka nad panną Heleną spadła na barki pokojówki. Sam dziedzic powierzył jej pieczę nad córką, ale zadanie to okazało się trudniejsze, niż bywało do tej pory. Ku zdumieniu wszystkich panna Helena zadziwiająco głęboko przeżyła śmierć swojej dawnej bony.
Gdy zobaczyła zakrwawione ciało Ludwikowej wnoszone przez parobków na dziedziniec, zemdlała i przez całą noc majaczyła w gorączce. Wezwany z miasteczka doktor zrzucił to na karb nerwów i młodzieńczej wrażliwości, ponieważ nikt mu nie wyjawił, że Helena tego samego dnia wróciła z samotnego spaceru przemoczona do nitki z powodu burzy. Dzięki zapobiegliwości ochmistrzyni oraz swojej wiernej pokojówki Helenie udało się jednak ukryć ten niechlubny fakt przed rodzicami oraz resztą służby. Wszyscy we dworze dziwili się zatem, że panna Helena czuła się tak mocno związana z opiekunką, że aż popadła w chorobę z powodu jej śmierci. Wcześniej nie sprawiała bowiem wrażenia, że lubi Ludwikową, a nawet wręcz przeciwnie.
Chcąc oszczędzić jej nadwrażliwe nerwy, starano się później ukryć przed Heleną tragiczne wydarzenia kilku następnych dni. Bez skutku. O śmierci męża Ludwikowej mówili bowiem wszyscy - i we dworze, i na wsi. Niektórzy po cichu podejrzewali go nawet o popełnienie samobójstwa, lecz litościwy proboszcz za namową dziedzica surowo uciął te plotki i głośno oświadczył, że to także był nieszczęśliwy wypadek. Cała okolica wzdychała zatem nad tą tragedią, gdy w tak krótkim czasie umarła najpierw Ludwikowa, a potem jej mąż, osierocając jedyne dziecko - córeczkę Karolinę.
Po ich pogrzebie życie we dworze wróciło jednak na dawne tory, tylko panna Helena nadal zachowywała się dziwnie, co lojalna pokojówka starała się ukrywać przed wszystkimi, jak tylko umiała. Nie miała wyjścia. Dziedzic wyraził się jasno: - nie życzył sobie, by jakiekolwiek pogłoski o złym stanie zdrowia jego córki dotarły do pana hrabiego, narzeczonego Heleny.
Dlatego właśnie pokojówce nie podobało się to, na co teraz patrzyła: panna Helena stała przed małą dziewczynką z wyrazem przerażenia na twarzy i wyglądała tak, jakby w każdej chwili mogła zemdleć.
- Po co to spotkanie? - mruknęła służąca. - Panienka jest zbyt delikatna i wszystko tak bierze sobie do serca. Powinna pani wypoczywać. Może poprosić doktora?
Zdenerwowana Helena oprzytomniała.
- Doktora? Nie trzeba mi żadnego doktora! - warknęła. - Karolino... - Jej głos zabrzmiał zimno i oficjalnie, co zupełnie nie pasowało do rozmowy z osieroconym dzieckiem. - Wezwałam cię, bo... chciałam tylko... Proszę. - Helena z trudem opanowała drżenie wyciągniętej ręki, w której trzymała modlitewnik i różaniec. - Twoja matka zostawiła to przez zapomnienie w moim pokoju. Zawsze przed snem modliłyśmy się razem o spokojną noc - wyrwało się jej.
- Wiem, panienko - stwierdziło cicho dziecko. - My też modliłyśmy się wspólnie każdego wieczora. Za jaśnie państwa, za ojczyznę i za tatkę. - Małe usta zadrżały, ale w podkrążonych oczach nie było już łez.
Przez moment drobna rączka dziecka i biała dłoń panny Heleny spotkały się na ciemnej okładce modlitewnika, lecz długie palce kobiety natychmiast się cofnęły, jakby dotknięcie dziecka ją sparzyło.
- Idź już - poleciła zduszonym głosem. - Nie! Poczekaj!
Pokojówka, która chciała otworzyć dziewczynce drzwi, przystanęła zaskoczona tym nerwowym okrzykiem.
- Czy ty Karolino... czy matka nauczyła cię czytać? - spytała Helena z nagłym przestrachem, przyciskając dłoń do piersi. - Ona znała przecież wiele języków... - Cichy szept z trudem dotarł do uszu dziecka.
- Tak, panienko - zasmucona dziewczynka skinęła głową. - Ale tylko po polsku i z drukowanego. Matka często powiadała, że wprzód każdemu godzi się nauczyć modlitwy i cnoty, a dopiero później wszystkiego innego. Obiecywała, że kiedyś nauczy mnie, co dobrze wychowana panienka...
Trupia bladość na twarzy młodej kobiety ustąpiła nagle miejsca czerwieni, która zalała jej policzki brzydkimi plamami.
- Odejdź! Wyprowadź ją! - poleciła służącej ostrym tonem, po czym szybko zniknęła w buduarze.
Pokojówka zajrzała tam dopiero po dłuższej chwili, bo sądziła, że znów zastanie swoją panią we łzach. Pomyliła się. Panna Helena stała w otwartym oknie, chłodząc twarz w łagodnym powiewie wiatru.
- Jesteś? - Helena bardziej stwierdziła, niż spytała, słysząc skrzypnięcie drzwi.
- Tak, panienko. Czy mogę teraz podać kawę i rogaliki? Doskonałe rogaliki wyszły dzisiaj kucharce. A panienka nic nie jadła od tylu dni.
- Owszem, podaj. - Beznamiętna odpowiedź wywołała szczerą radość służącej. - Zaczekaj. Co się stanie z tym dzieckiem?
- Z Karoliną? Ona nie ma już nikogo.
- To nie jest odpowiedź. Wiesz, o co pytam.
- Jaśnie pan chce się zająć losem sieroty - stwierdziła pokojówka niepewnie. - Ponieważ starsza jaśnie pani dziedziczka, świeć Panie nad jej duszą, przygarnęła rodziców Karoliny po tamtych wydarzeniach w Królestwie[8]... no, wie panienka, o czym mówię...
- Wyduś to wreszcie z siebie!
- Jaśnie pan zdecydował, że przez pamięć swojej matki zatroszczy się o Karolinę, dlatego powierzył ją opiece pani ochmistrzyni. Dziewczynka ma zostać przy dworze i pomagać w kuchni. A jeśli będzie zręczna, może się w przyszłości wykształcić nawet na garderobianą. Tak mówił w kuchni lokaj jaśnie pana.
Helena przygryzła wargę.
- Zostanie przy dworze... Będzie tu każdego dnia. - Mruknęła niespokojnie, a jej drobna pierś unosiła się w szybkim oddechu. - Boże... Jest czas wyznania winy i czas pokuty - szeptała do siebie jak w gorączce, marszcząc białe czoło. - Ale ja sama wybiorę, jak odpokutować. To moje życie i mój grzech.
- Panienko?
- Wola mego ojca musi być respektowana, niestety - powiedziała głośno, bez emocji. - Póki jednak pozostanę we dworze, nie chcę widzieć tego dziecka na oczy. Zapamiętaj!
- Tak, panienko - bąknęła zaskoczona służąca.
- Pójdziesz teraz po kawę, ale po drodze przekażesz ochmistrzyni moje dyspozycje.
- Tak?
- Po pierwsze, należy dopilnować, aby nikt nie ośmielił się uczyć tej dziewczynki niczego ponad jej stan. Nieważne, kim była tutaj jej matka. Karolina ma zostać służącą, a służąca, która potrafi czytać po polsku, to aż nadto. Zrozumiałaś?
- Tak, panienko.
- Po drugie, każesz rozpocząć przygotowania do mojego wyjazdu. Zgodnie z życzeniem rodziców.
- Do wyjazdu?
- Jedziemy do Paryża. Nie sądzisz chyba, że narzeczona hrabiego będzie kupować wyprawę ślubną w tym nędznym kraju?
- Tak, panienko. Do Paryża - bąknęła zaskoczona pokojówka.
[1] linijka - rodzaj niewielkiego zaprzęgowego powozu - myśliwskiego lub do prac polowych
[2] szpilka do kapelusza - długi, ostry, ozdobnie zakończony pręcik do przytrzymywania kapelusza na ufryzowanych włosach
[3] papa - (z fr.) ojciec
[4] bona - wychowaczyni młodszych dzieci we dworze
[5] wprowadzić pannę do towarzystwa - po raz pierwszy zaprezentować młodą dziewczynę na oficjalnym przyjęciu; symbol dorosłości
[6] Królestwo Polskie/Królestwo Kongresowe - część dawnych ziem polskich znajdujących się pod zaborem rosyjskim; państwo utworzone na mocy decyzji kongresu wiedeńskiego
[7] guwerner - dawniej: nauczyciel chłopców
[8] wydarzenia w Królestwie - wspomnienie powstania styczniowego
ROZDZIAŁ I
A.D. 1884, wieś w Galicji Zachodniej
Pochyliwszy głowę w niskich drzwiach, wynurzyła się z ciemnej sieni i stanęła na podwórku tuż za progiem chałupy. Rzuciła przelotne spojrzenie wpierw na koguta, który cienkim i skrzekliwym pianiem obwieszczał wschód słońca, a potem na czarnego kundla drapiącego się pod brudną ścianą obory. Z lubością odetchnęła chłodnym, mokrym od rosy powietrzem.
Odwróciwszy się w stronę odległej wieży kościelnej, przeżegnała się wolno, z szacunkiem. Przez dłuższą chwilę jej kształtne, czerwone usta poruszały się, szepcząc słowa modlitwy, zagłuszanej momentami przeciągłym ryczeniem krowy dochodzącym z obory. Choć niesforny kosmyk włosów, przybierający w słońcu kasztanowy odcień, wysunął się jej spod byle jak zarzuconej na głowę chustki, dopiero gdy skończyła poranne pacierze, starannie schowała go pod perkalowy materiał, po czym wolno ruszyła przez podwórko.
Popchnęła skrzypiące drzwi do obory, otwierając je szeroko, lecz nie zdążyła wejść do środka, bo w tym momencie pies rzucił się do płotu z głośnym ujadaniem. Po nierównej pylistej drodze, podskakując na wybojach, toczyła się bryczka zaprzężona w parę dworskich koni.
Widok doktora z miasteczka za wzgórzem, jadącego przez wieś tuż po wschodzie słońca, zdziwił ją. Zaskoczenie jednak wzrosło, gdy raptem doktor poklepał furmana po plecach, a na ten znak bryczka stanęła tuż za płotem. Dziedzicowy stangret najwyraźniej był także zdumiony żądaniem pasażera. Ściągnął cugle i obejrzał się na doktora, który przez kilka chwil przyglądał się rosłej, młodej chłopce stojącej na podwórku swojej skromnej zagrody.
Kobieta wyglądała całkiem zwyczajnie: ubrana w skromny, codzienny przyodziewek nie wyróżniała się jakąś szczególną urodą. U jej bosych stóp kręciło się spokojnie kilka kur i gęsi.
Woźnica nie dostrzegł w niej nic nadzwyczajnego, jednak ubrany po miejsku doktor zauważył nie tylko osobliwie łagodny wyraz miodowych oczu. Jego uwagę przyciągnął prosty gest: pełen czułości, opiekuńczy ruch kobiecej dłoni gładzącej wypukłość brzucha ukrytą pod marszczoną spódnicą. Doktor obrzucił jeszcze szybkim spojrzeniem starą chałupę, a potem krzyknął coś do woźnicy. Stangret zaciął konie. Bryczka, ciągnąc za sobą chmurę pyłu, zniknęła za zakrętem.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - usłyszała młoda kobieta, gdy pies przestał szczekać.
- Na wieki wieków - odparła, widząc za płotem starszą sąsiadkę z koromysłem[9] na ramionach.
- Cosik mi się widzi, Karolka, że do kopania[10] to już w tym roku nie zdążysz wyjść. Dzieciaka ino patrzeć na tym świecie.
- Może i tak być. - Młoda kobieta uśmiechnęła się ciepło. - Pierwszy to mój dzieciak, więc i zgadnąć mi nie tak łatwo, kiedy na niego pora przyjdzie. Choć roboty w polu niemało i trzeba by mężowi pomóc.
- Chłopak by się wam zdał, co?
- Kogo Bóg da, chować się będzie. Zawsze to na pociechę i wyrękę.
- Przyjdą i następne dzieciska, przyjdą. Jeszcze będą wam ciosać kołki na głowie na starość, zobaczysz, Karolka.
Stara kobieta zdjęła z ramion koromysło i postawiła puste wiadra na ziemi. Podeszła bliżej do krzywego płotu porośniętego od strony drogi wysoką trawą.
- A widziałaś, jak to się pańska bryka po drogach tłucze z samego rana? We dworze pono jakasik choroba, bo doktór już trzeci raz jeździ.
- Widziałam - odparła ostrożnie.
- Nie słyszał twój chłop czego, kiedy szedł do roboty na folwark?
Karolina wzruszyła obojętnie ramionami.
- Ja tam dworskiego życia nie ciekawa. Dość się napatrzyłam za młodu. Mnie wystarczy, że mąż uczciwy grosz za robotę przynosi. Z naszych trzech morgów[11] ciężko wyżyć.
- Pewnie, pewnie. Alem słyszała, że do dziedzica jakasik krewna zjechała. Może wiesz, Karolka, która to? Ponoć z daleka, aż z samej Warszawy.
- I cóż stąd, że przyjechała?
- Niby nic. Ino żyd w karczmie gadał, że nocą ją w zakrytym powozie przywieźli, a potem w osobnych pokojach zamknęli, że i ludzkie oko jej nawet nie ogląda. Bogata ponoć, że hej! Powiadają, że woźniców na powozie aż dwóch siedziało. Do tego starszą kobitę za opiekunkę ma i pokojówkę własną, co ino po zagranicznemu gada. A ile kufrów! - emocjonowała się sąsiadka.
- Nie nasza to rzecz w pańskie kufry zaglądać - mruknęła Karolina z niechęcią.
- Ale to, że doktór z miasteczka cięgiem tam jeździ, to już nasza sprawa.
- Czemu?
- Bo może ona chora na co? Jeszcze jaką cholerę albo tyfus nam tu przywlecze! Mało to narodu poginęło marnie od zarazy? Bogatego stać na doktorów, a biedny niech zdycha pod płotem!
- Dajcie spokój, Pietrowa. Ludzie pletą byle co, zamiast się do roboty wziąć. Cudzy gość, nie nasza sprawa - stwierdziła stanowczo młoda gospodyni. - Darujcie, ale żywiną czas się zająć - rzuciła spokojnie i ruszyła do obory.
Sąsiadka skrzywiła się, pozostawiona sama przy płocie w środku, jak sądziła, interesujących ploteczek.
- Już ja tam swoje wiem - mruknęła pod nosem. - Cosik jeszcze z tego będzie. I pewnie nic dobrego.
Podniosła wiadra i bardzo niezadowolona z efektu rozmowy podreptała w kierunku źródełka.
* * *
Zasuszona wiązanka słodko pachniała i przyjemnie szeleściła w dłoniach Karoliny. Dziurawiec, mięta, krwawnik, macierzanka i inne zioła, poświęcone w sierpniu po żniwach, grubą warstwą otaczały wbite na patyk jabłko o pomarszczonej skórce, marchewkę sterczącą ostrym czerwonym nosem do góry, grzechoczące strąki grochu, rozkwitły słonecznik i gałązkę lnu. Między ziele wetknięto także jasne kłosy żyta, pszenicy, jęczmienia i owsa. Zboża pokornie schylały ciężkie od ziaren głowy nad wonnym bukietem strzegącym chałupę przed złem a ludzi i zwierzęta przed chorobami.
Karolina z szacunkiem rozdzielała wysuszone rośliny, podając mężowi wyłącznie kłosy. On przyjmował każdy z nich osobno i zgrubiałymi od pracy palcami przeczesywał go, delikatnie wyłuskując ziarno, które sypało się złotymi drobinkami wprost na czystą lnianą płachtę rozłożoną na stole. Gdy ziarenka zostały już oddzielone, zwracał żonie puste słomiane główki zbóż, a ona na powrót wiązała je z bukietem. Na koniec ostrożnie powiesiła zasuszoną wiązankę obok świętego obrazu nad łóżkiem i pomogła mężowi zebrać ze stołu lniany materiał tak, by nie uronić ani jednego ziarenka.
Wtedy zbliżył się do nich młody jasnowłosy chłopak. Ze stęknięciem postawił na środku ławy beczułkę wypełnioną ziarnem na siew. Wszyscy troje z powagą uczynili znak krzyża, a następnie mężczyzna wsypał zebrane z bukietu ziarna do beczułki, zamieszał ręką i przykrył całość płótnem.
- Teraz, żono, wynieś nam wieczerzę - powiedział zadowolony. - A nie żałuj omasty przy święcie. Niech Matka Boska Siewna widzi naszą radość, a ziarno niech rodzi plony. Trza się nam się z Józkiem od jutra brać za oziminy[12]. W imię Pańskie.
Karolina zakrzątnęła się przy piecu. Po chwili wyniosła przed chałupę kaszę ze skwarkami, ziemniaki i groch. Jedli w milczeniu, spokojnie, przyglądając się, jak pomarańczowe słońce wolno chowa się za oborą i ostatnim ciepłym blaskiem rozświetla drobne migoczące na wietrze liście brzozy.
- Będziesz musiał Józek sam jutro z pola zejść, bo mnie trza jeszcze przed wieczorem do dworu zajrzeć - odezwał się mężczyzna między jednym kęsem a drugim.
Karolina się zdziwiła.
- Do dworu? Mówiłeś, Jędruś, żeś pracę tam skończył. Pole czeka, ziemniaki, kapusta - wyliczała. - Masz to jeszcze czas na folwark biegać?
- Mieć nie mam. Ale ksiądz dzisiaj po mszy mnie zatrzymał i mówił, że jakaś ważna sprawa jest u dziedzica. Trza mi pójść.
- Ksiądz? - Tym razem zdziwił się nastolatek.
- Jedz, kiedy masz na misie i w rozmowę dorosłych się nie wtrącaj - pouczył go.
- Dlaczego ciebie wzywają, Jędruś? - spytała zaniepokojona Karolina. - Jaka to ważna sprawa u dziedzica?
Nie chciała sprawiać mężowi przykrości i mówić, że takich jak oni biednych zagrodników[13] jaśnie panowie nie wzywają do ważnych spraw.
- Nie frasuj się, Karolciu. Może jaką większą robotę mają dla mnie? Dowiem się, czego chcą i wrócę.
Kobieta odłożyła drewnianą łyżkę i zamyślonym gestem pogładziła się po dużym brzuchu. Nie rzekła nic, ale zmarszczka na czole świadczyła o tym, że trudno jej będzie spełnić prośbę męża. Polubiła swoje nowe życie i do szczęścia brakowało jej tylko tego dziecka, które tak uparcie od kilku dni ją kopało. Nie chciała, by ktokolwiek odbierał jej spokój i radość - czekała na nie zbyt długo. Miała jednak nieprzyjemne przeczucie, że ze strony dworu nic dobrego jej nie spotka.
* * *
- Nie pojmujesz, Karolciu? To dla nas istne dobrodziejstwo! - tłumaczył rozemocjonowany Jędrzej. - Dziecko to przecie dar od Boga. Pięć lat my tej łaski wypatrywali, a teraz takie szczęście może nas spotkać.
Młoda kobieta siedziała na brzegu łóżka w samej koszuli. Przekrzywiając głowę, rozczesywała włosy drewnianym grzebieniem. Na stole paliła się tylko łojówka[14], która, sycząc i dymiąc, oświetlała twarz mężczyzny. Sylwetka Karoliny ginęła w półmroku, jedynie chwilami żywszy błysk świecy odbijał się na żelaznym krzyżyku wiszącym na jej szyi.
- Ile to dobra przysporzy naszej rodzinie! - mówił Jędrzej z zapałem. - Ziemi bym dokupił. Bratu jaką chałupinę wystawił, bo przecie już mu się wąs sypie i za dziewuchami latać zaczął. Siostrę bym do końca spłacił - wyliczał. - Dla nas wszystkich mogą nadejść lepsze czasy.
Spojrzał pytająco na żonę.
- Ja wiem, żeś ty na bogactwo nie łasa i nic wspólnego ze dworem mieć nie chcesz. Ale o dzieciskach trza nam myśleć. I o Józku - przekonywał. - Jak my we dwóch z bratem na tym spłachetku ziemi będziemy gospodarzyć? Powiedzże co, Karolciu - ponaglał. - Przecie to godna rzecz pomóc bliźniemu w potrzebie. A i zasługa w niebie dla nas będzie za uczynek miłosierny.
Karolina bez słowa odłożyła grzebień. Odwrócona tyłem do męża, zaczęła strząsać cienkie poduszki i poprawiać pierzynę, szykując łóżko do spania. Nie była zadowolona.
Mężczyzna westchnął.
- Popatrz na mnie, żono - poprosił łagodnie, biorąc ją za ręce. - Powiedz mi, żem źle uczynił, obiecując pomoc, a jutro skoro świt pójdę i wymówię się, choćby ksiądz dobrodziej znów nastawał na mnie razem z dziedzicem i doktorem.
Miodowe oczy Karoliny przesłoniły się długimi rzęsami. Wolno położyła na swoim brzuchu spracowaną dłoń męża, tak że przez chwilę czuł to, co ona: kopanie dziecka wiercącego się w jej łonie.
- Ja wiem Jędruś, że dzieci są niewinne i na zmarnowanie między głupich ludzi wydawać ich nie wolno, bo to dopiero byłby grzech - odezwała się w końcu. - Ale... Ty nie pojmujesz, o co mnie prosisz.
- Przecie żeś przy dworze od małego się chowała, więc nie z obcymi to sprawa, a ze swojakami.
- Ze swojakami? Tak im do nas jak do tego księżyca! - obruszyła się. - Komornicom[15] we wsi lepiej było niż mnie na ich salonach. Psy na pańskich pokojach więcej troski zaznały niż ja. Za kawałek chleba wymawianego poniewierali mną tyle lat i szargali pamięć moich rodziców! Nawet dobrego słowa nigdy na pociechę nie dali. - Zaskoczony mąż usłyszał w jej głosie rozżalenie, o które nigdy jej nie podejrzewał. - Gdybyś się nie zjawił i mnie stamtąd nie zabrał, pewnie uciekłabym gdzieś we świat, na tułaczkę. Byle dalej od... - urwała, jakby przestraszona swoim wybuchem.
- Nigdyś mi o tym nie mówiła - powiedział zmartwiony. - Niejedna dziewka we wsi chciałaby przy dziedziczce służyć tak jak ty. Myślałem, żeś tam z własnej woli pracowała. - Otoczył ją ramieniem. - Że krzywda ci się nie działa.
- A cóż mnie, sierocie, było robić ze sobą? - stwierdziła ponuro. - Ani domu nie miałam, ani opiekuna, ani nikogo, kto by się za moją krzywdą ujął... Ale to dawne dzieje - uspokoiła się szybko. - Nie można być niewdzięcznym. Za próg mnie nie wyrzucili i nawet jakieś wiano dali, kiedym za ciebie szła - dodała po namyśle.
Mężczyzna czekał w milczeniu. Nie sądził, że będzie mu łatwo przekonać żonę, bo sam się wahał, jednak wyznanie Karoliny nieprzyjemnie go zaskoczyło. Poczuł, że teraz wszystko musi zależeć od niej, od matki. Jeśli ona powie: nie, on do niczego nakłaniać jej nie będzie, choć żal mu się zrobiło obiecanego majątku.
- Młoda hrabianka... Córka panny Heleny. Kto by pomyślał? - mruknęła Karolina do siebie. - Ale dlaczego my?
- Nie wiem - odparł szczerze. - Znają mnie, żem uczciwy. Znają ciebie. A i los rozporządził za nas. - Wskazał ręką na duży brzuch żony. - Może tak miało być?
Karolina nie wyglądała na przekonaną.
- Widzisz Jędruś, ja pojmuję, że o nasze dobro ci chodzi. Przyjęliście mnie do rodziny z otwartymi rękoma i teraz winnam zrobić coś dla was, ale... Tu odnalazłam spokój, dom, którego nie miałam, i szacunek u ludzi. Nie chcę tego stracić. A przy takich sprawkach wszystko stać się może - mówiła cicho, po raz kolejny zaskakując męża, tym razem brakiem ludowego akcentu.
Wiedział, co to oznaczało: była bardziej poruszona, niż sądził. W takich chwilach zapominała się i mówiła jak dawniej, gdy poznał ją jako służącą we dworze.
Doceniał, że po ślubie starała się upodobnić do ludzi, wśród których upływało im życie. Tego właśnie oczekiwała od nich obojga cała wieś. Wziął sobie żonę z obcych, ale mądrą - Karolina dobrze wiedziała, jak się do miejscowych obyczajów nagiąć i złych języków nie rozdrażniać.
Tylko czasami, gdy przypominała się jej przeszłość, o której nie chciała z nim mówić, zamiast troskliwej, czułej żony widział przed sobą znowu tę piękną, milczącą i smutną dziewczynę z dworskiej kuchni.
Długo musiał czekać i wiele włożyć wysiłku, aby ją poznać. Wtedy go onieśmielała i nawet nie marzył, że zostanie jego żoną. Teraz, gdy wiedział, jak ciepłą i dobrą jest kobietą, cieszył się, że znalazł w sobie odwagę, by się o nią starać. Wbrew radom wielu starszych ze wsi.
- Będzie, jak zechcesz. Tyś jest gospodynią i matką - rzekł, próbując ją uspokoić.
- Matką... - Zachmurzyła się i odruchowo dotknęła krzyżyka na piersi. - Nie wiem, czy umiem być matką - szepnęła w ciemność. - Nikt mnie tego nie nauczył.
- Co też ci przychodzi do głowy? - obruszył się. - A kto się zajął moim Józkiem jak synem? Kto naszego dzieciaka pod sercem nosi? Nie ty? Tu nie ma co roztrząsać.
- Naprawdę tak uważasz, Jędruś? - spytała z nadzieją.
- Naprawdę.
- Tylko że ja... ja nie mogę... boję się.
- Czego, Karolciu?
Westchnęła. Nie wypuszczała z ręki krzyżyka, gładząc żelazną zimną powierzchnię długimi palcami.
- Nie zrozumiesz - powiedziała cicho, jakby ze wstydem. - A ja nie mogę ci tego wytłumaczyć.
Zrezygnowany Jędrzej usiadł na brzegu skrzypiącego łóżka. Spuścił głowę.
- Skoro nie chcesz... Ino myślałem, że z tych dutków[16] jeszcze jeden pożytek bym zrobił.
- Jaki?
- Józek podrasta. Trza by go od wojska wyratować, a cysorskie urzędniki chciwe są. Wiele dutków na to potrza. Skąd na to wziąć?
- O tym nie pomyślałam - mruknęła zasępiona. - Co robić?... Wiesz Jędruś, może bym się zgodziła, ale...
- Cóż?
- Serce chciałoby pomóc, ale jak żyć w grzechu całe życie? - spytała, jakby dopiero w tej chwili uprzytomniła sobie najważniejszą kwestię.
- W grzechu?
- Kłamstwo to grzech.
Mężczyzna w lot pojął słowa żony. Ucieszył się.
- Przeciem już z dobrodziejem o tym gadał.
- I co rzekł?
- Że żadnego oszukaństwa tu nie ma. Powiedział: kto karmi dziecko swoim mlekiem, dogląda w chorobie i kocha, matką jest. A kto dziecko przyodziewa, daje dom, uczy pracy i modlitwy - ojcem. Lepszych rodziców od skromnych uczciwych ludzi dziecku nie potrza. Dla wszystkich na dobre się to obróci.
- Tak powiedział? - Spojrzała na męża z nadzieją.
- Tak właśnie.
- Zawsze chciałam mieć gromadkę dzieci - stwierdziła cicho. - Żeby któreś nie musiało zostać samo na świecie, gdybym ja... gdybyśmy...
- W imię Ojca i Syna! Karolciu, co też ci się roi? - mruknął z przyganą.
Zapadła cisza. Wisząca w powietrzu decyzja cieszyła ich i przerażała jednocześnie, więc żadne nie chciało się odezwać pierwsze.
W tym momencie drzwi do izby uchyliły się nieśmiało. W słabym świetle migoczącej łojówki zobaczyli Józka.
- A, jesteś nareszcie, braciszku. Gdzie to się włóczysz po nocach? - spytał Jędrzej, z ulgą przybierając zwykły ton.
- Z chłopakami tu i tam my gadali.
- Cyganisz pieronie, aż się kurzy! - zaśmiał się. - Obejściem byś się lepiej zajął, a nie do dziewuch suszył zęby po opłotkach. Jak mi tu która z brzuchem przez ciebie przyleci, to bronić cię nie będę i jeszcze sam cię prasnę, że popamiętasz.
- Przeze mnie? - Zaczerwienił się.
- A co? Przeze mnie?
- E tam, bojcory pletą po wsi trzy po trzy, a ty słuchasz. Żołędzi z lasu żem przyniósł na kawę - tłumaczył się zmieszany. - I trochę leszczyny.
- Dziękuję Józiu - wtrąciła łagodnie Karolina.
- Obejście sprawdziłem. Kury w sieni, drzwi zawarte - zameldował już raźniej.
Jędrzej kiwnął mu głową, ale chłopak nadal tkwił w progu.
- Spać mi się chce - mruknął wreszcie, bo cisza się przedłużała.
- To idźże, kiedyś pozamykał. Jutro do dnia trza ci wstać w pole, bo ja pewnie znowu na folwark pojadę. Robotę mam.
- Ino...
- No co tam?
- Zimno już po mojej stronie. Wrzesień. A tu w izbie piec jeszcze ciepły - mruczał Józek trochę niewyraźnie.
- Patrzcie go, jesień dopiero na dwóch nogach idzie, a ten już by na przypiecku siedział! - Jędrzej zaśmiał się rubasznie. - Staruch ty czy co? Może jeszcze pierzyny ci się zachce?
Chłopak się skrzywił, ale Jędrzej złapał uśmiechnięte spojrzenie żony i machnął ręką.
- No niech tam, przyjdź za dwa pacierze. My jeszcze z Karolcią o twojej przyszłości pogadać musimy.
Uradowany chłopak bez słowa zniknął w ciemnej sieni. Kobieta patrzyła za nim przez chwilę, jakby coś rozważała. Wreszcie westchnęła ciężko.
- Masz rację, Jędruś, nie wolno mi myśleć tylko o sobie. To grzech.
- Ja cię nie przymuszam, żono.
- Wiem, ja sama. Ale pojmujesz, że jeśli jutro pojadę z tobą do dworu, cofnąć się już tego nie da? I wszystko się zmieni. Dla nas obojga. Na zawsze.
- Pojmuję. - Skinął głową i przeżegnał się z powagą. - Bóg da, że na lepsze się odmieni.
Karolina powtórzyła ten gest za mężem.
- A nie boisz się Jędruś? - spytała jeszcze cicho.
- Czego?
- Ludzkiego gadania. I zawiści. Od tego wielkie zło się w życiu dzieje.
Wzruszył ramionami.
- O to najmniej. Powydziwiają trochę i tyle. Płochym ludziom gąb niczym nie zatkasz, choćbyś najpoczciwiej żyła. Pamiętasz, jak wygadywali, kiedym cię za żonę brał? Nie frasuj się. Kto inny będzie nas sądził, gdy przyjdzie pora.
- Dobrze. Jeśli tego chcesz, pojadę z tobą. Ale oni muszą przysiąc przed krzyżem, że dochowają tajemnicy aż do śmierci, wszyscy! - dodała stanowczo.
- Przyzwalasz więc? - Jędrzej z trudem ukrył radość.
- Nie dla pieniędzy przecież, ale dla dobrego uczynku. Niech będzie, co ma być.
- Amen.
* * *
Pracowity dzień miał się ku końcowi. Łagodne i dające mało ciepła słońce niespiesznie schodziło z nieba zasnutego gdzieniegdzie dymami ognisk, które rozpalały się powoli na rozgrzebanych kartofliskach. Dzieci kręcące się przy ogniu łakomie zerkały na góry żółtych powalanych ziemią bulw. Przeganiały z pól kraczące głośno wrony i czekały na zakończenie wykopków, kiedy gospodarze pozwolą im wybrać trochę ziemniaków i wrzucić w popiół na tradycyjną ucztę.
Kobiety pracujące motyczkami w bruzdach coraz częściej prostowały bolące plecy, ocierały czoła brudnymi rękoma i niecierpliwie sprawdzały, jak daleko jeszcze do granicy ich pól. Tam, gdzie wykopki były na ukończeniu, zmęczone robotnice spoglądały na ogniska i ukradkiem sprawdzały, czy gospodarze przywieźli już odpowiednią popitkę do pieczonych ziemniaków. W żołądkach od dłuższego czasu narastało burczenie i pora była najwyższa coś zjeść, odetchnąć po ciężkiej pracy i zabawić się trochę przy ogniu.
Gospodarze, zwożący ziemniaki albo kończący orkę pod oziminę, pokrzykiwali na konie i już nawet nie gonili do roboty, bo im także udzielał się nastrój wieczornego rozleniwienia, ogarniający całą przyrodę. Pogoda w tym roku dopisała i większość prac polowych była już na ukończeniu, co napełniało ludzi zadowoleniem i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Kobiety, wysypując z koszyków na kupy albo od razu do furmanek przebrane ziemniaki, coraz częściej przystawały we dwie lub trzy, ociągając się z powrotem na pola. Na wszystkich kartofliskach robota szła coraz wolniej, za to plotki, śmiechy i obmawiania krążyły coraz chętniej.
- A to nie słyszałyście? Jędrychowa[17] już piąty dzień we dworze pomaga, zamiast o swoją zagrodę dbać. Wczasuje się, kiej jaka pani z miasta!
- Przecie we dworze chowana, to i rączki do pola jeszcze nie nawykły.
- Dajcie spokój, kobity. Porządna z niej gospodyni i od roboty przecie nie stroni.
- Prawda. I za Jędrycha ze szczerego serca poszła, a nosa nigdy nie zadzierała, choć przecie nawet pisać i czytać umie.
- To jedno przyznać jej trza: za takiego biedaka to ino z głupoty albo przez miłowanie wyjść można. Bo ile oni mają? Trzy morgi ziemi i krowi ogon[18]? A do tego brat na karku.
- Ale na swoim są! U obcych nie muszą wyrabiać na polu jak niektóre.
- Na polu nie. Ale jakby jej chłop stolarki nie wyuczył się w młodości i na robotę do dworu nie biegał, to mieliby głód na przednówku jak i drugie.
- Zależy do jakich garnków kto jest uzwyczajony. - Zaśmiała się jedna z kobiet.
- E tam, gadanie! Stara kowalicha mówiła, że Karolki termin na dzieciaka już lada dzień, to nie dziwota, że w pole wychodzić nie chce.
- Racja. Niby z nami żyje, ale to ze dworu dziewka, na białym chlebie chowana. Takie zawsze inne są niż my.
- A po co ją dziedziczka kazała wołać?
- Gadały baby przy źródle, że do pomocy w kuchni. Przetwory na gwałt kazała robić, a tam przecie ino kucharka i jedna dziewka do posług na stałe. Same nie poradzą, a panny pokojowej do kuchni nie wezmą.
- Pewnie. Tyle sadu i warzywnika, co dziedzic ma, to nikt w okolicy.
- Cudowanie takie! Ziemia zboże ma rodzić i ziemniaki. A owocu tyle, co sam się posieje tu i ówdzie na uciechę dla człowieka. Jabłko, śliwka czy borówki z lasu, ot i wszystko.
- E tam! Mało to dziedzic gruntu ma po ojcach? Siostra mu się przed laty za granicę wydała, to i na całości majątku on siedzi. Bogacz taki!
- A źreć słodkie to on ponoć lubi. Spokojniejszy wtedy jest, to nie dziwota, że mu żonka dogadza. Do wyrka jej nie ciągnie.
Kobiety roześmiały się szyderczo.
- Mówił żyd z karczmy, że cukier do dworu woził, bo się dziedziczce suchych konfiturów zachciało.
- O laboga! Toż przecie roboty przy tym huk.
- A ty niby taka znająca się?
- A tak, znająca!
- Uspokójcie się, kobity. Za pańskimi gustami nie utrafi - łagodziła najstarsza.
- To i nie dziwota, że Jędrychową do kuchni zawołali. Ta Kaśka od Walczaków, co ostatnio do pomocy biegała, za mąż poszła latem na drugą wieś, za miasteczkiem. A Jędrychowa przecie przyuczona do pańskiej kuchni.
- Też bym do takiej roboty poleciała w te pędy. Rączek ziemią nie powala, a jeszcze gotowy grosz przed zimą się trafi.
- Nie ma sprawiedliwości na tym świecie!
- A może te specjały to dla krewniaczki, co we dworze już trzecią niedzielę siedzi? Wielka pani ponoć, choć młódka. Karetą przyjechała. Mój widział na własne oczy, jak się po nocy drogą tłukli.
Cztery głowy w przybrudzonych chustkach pochyliły się ku sobie z jeszcze większą ciekawością, a głosy zniżyły prawie do szeptu.
- Nie gadajcie! Karetą?
- To nie słyszałyście? Wszyscy już wiedzą. Pokojówkę ponoć ma własną i kilka kufrów obleczenia. Nastka, ta co do prania tam chodzi, gadała, że wszystko odzienie takie delikutaśne, co i zamoczyć we wodzie strach. Same jedwabie i koronki.
- Pietrowa ma rację, ja słyszałam. W karczmie gadali, że to ponoć rodzona siestrzenica naszego dziedzica. Zaraz po żniwach zjechała, ale nosa ze dworu nie wyściubia.
- Siestrzenica? Córka tej panny Heleny, co to przed laty za obcego hrabiego poszła?
- Od tej samej. Widać przyjechała wreszcie wuja rodzonego odwiedzić.
- A co by tu taka wielka pani robiła?
- Musi przejazdem jest. Może kaj daleko jej droga wypadła, ale że zaraz się pochorowała, to i siedzi we dworze.
- Ciekawość, jak ona wygląda? Nigdym prawdziwej hrabianki na oczy nie widziała.
- Może na mszę w którą niedzielę przyjadą?
- Jędrychową by trza spytać. Przecie coś widzieć na pewno widziała. Chałupę macie po sąsiedzku, wywiedzcie się czego, Pietrowa.
- A jak spytać? Karolka na noc ze dworu nie wraca. Widać tyle roboty, że i przy kuchni już śpi.
- Bójcie się Boga! A co jej chłop na to? Sam z bratem przy obrządku[19] i w polu został?
Głowy kobiet jak na komendę obróciły się w kierunku pochylonego nad bruzdami mężczyzny, który na małym polu pod lasem wykopywał ziemniaki w towarzystwie niedorosłej siostrzenicy i brata Józka.
Choć od grupki rozmawiających kobiet dzielił go kawał cudzego gruntu, niemal natychmiast wyczuł, że znowu o nim plotkują. Od rana różni popatrywali na niego z uśmieszkami i drwiną, że zamiast do orki się wziąć, za babską robotę[20] musiał się złapać. Ale że charakter miał mrukowaty i ludzkim gadaniem się nie przejmował, pochylał się tylko coraz niżej i energicznie grzebał motyką w ziemi.
Tym razem jednak, może z powodu wieczornego rozluźnienia, stara Pietrowa, która na polu swojego kuzyna odrabiała wykopki, pozwoliła sobie na jawną złośliwość. Podeszła do miedzy i na całe gardło, że aż echo między wzgórzami się poniosło, zawołała skrzekliwym tonem:
- A jakże tam, Jędrychu, robota? Widzi mi się, że przyzwyczajenia do tego nie macie, bo nietęgo idzie. Na świętego Michała nawet nie zdążycie, a jak deszcz przyjdzie, ziemniaki w polu pogniją. I czym zapchacie gęby rodzinie na przednówku?
Mężczyzna rzucił jej najpierw niechętne spojrzenie spod łba, ale zaraz potem wyprostował się z uprzejmym uśmiechem.
- Bóg zapłać za troskę. Od jutra siostra będzie nam pomagać, bo już u siebie dzisiaj pokończą. To zdążę przed deszczami.
- A co to, wasza Karolka już całkiem zległa, że do roboty nie wychodzi? Dzieciak to przecie nie choroba - zadrwiła, chcąc wyciągnąć z mężczyzny jakieś wieści.
Jędrzej pokręcił głową, westchnął i odparł:
- Przecie Pietrowa wie, że moja do pani do dworu poszła w kuchni pomagać.
- Tak? Coś mi się o uszy obiło, ale pewności nie miałam.
- To już Pietrowa ma - burknął, po czym dodał głośniej: - Godziwy pieniądz dziedziczka obiecała, to i grzech byłoby nie skorzystać. Jak dzieciak na świat przyjdzie, trza będzie i księdzu za chrzest dać, i gości przyjąć, to gotowizna się przyda.
Ten argument najwidoczniej przemówił do starej kobiety. Pokiwała głową.
- Macie rację, Jędrychu. - Odwróciła się na pięcie.
Nie zdążyła jednak wrócić do grupki kobiet, gdy raptem ludzkie głowy pochylone nad bruzdami jedna po drugiej zaczęły się oglądać za konnym jeźdźcem, który wyłonił się zza lasu. Tętent kopyt niósł się echem po polach do chwili, gdy podrośnięty chłopak stajenny zatrzymał dworską klacz tuż przy kartoflisku Jędrzeja.
- Gospodarzu, dziedziczka kazała dać znać, żebyście jeszcze dzisiaj do dworu przyjechali.
Jędrzej wyprostował się z osobliwym spokojem.
- A co tam? - spytał z nadzieją.
- Tak całkiem, to ja nie wiem, ale Tereska, co na pokojach służy, mówiła, że Florczakowa pomagać już w kuchni nie może. Jaśnie pani kazała, żebyście żonę i dzieci do domu zabrali jeszcze dziś.
- Stało się - szepnął do siebie Jędrzej tak cicho, że nikt go nie posłyszał.
- Dzieci? - zdziwiła się stara Pietrowa. - Jak to: dzieci?
[9] koromysło - drewniany przyrząd w kształcie pałąka do noszenia ciężarów, najczęściej wiader z wodą
[10] kopanie ziemniaków
[11] morga - historyczna jednostka powierzchni, używana w rolnictwie
[12] rośliny ozime - uprawiane przez człowieka rośliny jednoroczne, które do przejścia całego cyklu rozwojowego potrzebują okresu niskich temperatur, dlatego wysiewa się je jesienią
[13] zagrodnik - chłop posiadający własną zagrodę/chałupę, czasem kawałek pola - zagrodnicy w odróżnieniu od kmieci nie byli w stanie wyżywić całej rodziny z ziemi, dlatego często najmowali się do pracy u innych.
[14] łojówka - świeczka zrobiona z łoju
[15] komornica - żona komornika, chłopa nieposiadającego ziemi ani domu, którzy mieszkali najczęściej u innych chłopów, utrzymując się z pracy najemnej
[16] dutki - (gwar.) pieniądze
[17] Jędrychowa - potoczne określenie na żonę, od imienia męża: żona Jędrycha; na wsiach często używane zamiast nazwiska kobiety
[18] krowi ogon - potocznie: jedna krowa
[19] obrządek - tu: codzienne prace gospodarskie związane z hodowlą zwierząt, należące zwykle do obowiązków kobiety
[20] Kopanie ziemniaków w odróżnieniu od orki postrzegano jako pracę kobiecą.
SPIS TREŚCI
Okładka
Karta tytułowa
Cytat
Dedykacja
PROLOG
CZĘŚĆ I. OWOCE JESIENI
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
ROZDZIAŁ III
ROZDZIAŁ IV
ROZDZIAŁ V
ROZDZIAŁ VI
ROZDZIAŁ VII
CZĘŚĆ II. ZIMOWE DRAMATY
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
ROZDZIAŁ III
ROZDZIAŁ IV
ROZDZIAŁ V
ROZDZIAŁ VI
ROZDZIAŁ VII
ROZDZIAŁ VIII
ROZDZIAŁ IX
CZĘŚĆ III. WIOSENNE ROZTERKI
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
ROZDZIAŁ III
ROZDZIAŁ IV
ROZDZIAŁ V
ROZDZIAŁ VI
ROZDZIAŁ VII
CZĘŚĆ IV. POŻEGNANIA Z LATEM
ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II
ROZDZIAŁ III
ROZDZIAŁ IV
ROZDZIAŁ V
ROZDZIAŁ VI
EPILOG
Rodowód Elwiry
Reklama
Karta redakcyjna