Powinnam częściej dzwonić do matki. Ale zawsze wir spraw wciąga mnie i niesie w zupełnie inną stronę. Głupie usprawiedliwianie... Człowiek najwięcej wysiłku wkłada w wyjaśnianie swojej niedoskonałości... Jak to mówi dziadek Adam: No nie do końca udaliśmy się Panu Bogu. Najczęściej usprawiedliwiam się: mężem, córką, pracą w szpitalu, inną strefą czasową... Czasem po prostu trafia się zły dzień i nie mam ochoty na rozmowę z matką. A niekiedy kołacze się we mnie jakiś do niej żal o ojca, o to, że nic nie wiem, że kryje coś przede mną, że... nie mam nawet jego fotografii, nie znam imienia... że są dni, kiedy czuję się samotna, chociaż jest Grzegorz i dzieci... że zawsze brakowało mi wsparcia ojca, że nie słyszałam od niego: Córeczko, jesteś piękna, Magdaleno, jaka jesteś mądra..., że nie powiedział mi: Madziu, tak, masz rację, Grzegorz będzie wspaniałym mężem. A poza tym po pięćdziesiątce zrobiłam się bardziej bojowa i sentymentalna jednocześnie, czyli stanowię absolutnie paradoksalną mieszankę wybuchową i lepiej nie wylewać jej na starą matkę po drugiej stronie oceanu. Zresztą gonię jak szalona. Życie w Kalifornii jest darem niebios, ale i sprawdzianem szybkości działania. Kalifornia jest jak Eden, panują tu jednak inne reguły czasowe. Po pierwsze, czas płynie szybciej, po drugie, czas płynie szybciej, po trzecie wreszcie, czas płynie szybciej. Ale nie żałuję ani jednego dnia w Kalifornii, nawet cierpienie matki podczas pożegnania nie zabiło we mnie tej dzikiej radości życia właśnie tu i teraz. Kocham Polskę, kocham Francję, a teraz po prostu kocham Kalifornię. Wiem, poddaję się tej banalnej estetyce: uległam kiczowatemu błękitowi nieba - jak z reklamy, nie przeszkadzają mi latające samoloty, zupełnie bezkrytycznie wielbię zapach oceanu, sycę się świadomością bliskości gór, mijam pięknych, uśmiechniętych ludzi... plastruję się słoneczną słodyczą tego miejsca i pławię się w rajskim klimacie. Na przekór śmierci, cierpieniu i całej tej drugiej stronie życia, którą świetnie znam z pracy... Lubię, tak jak teraz, przyjechać do pracy pół godziny wcześniej i patrzeć na malowniczo położony Mills Memorial Hospital nad Zatoką San Francisco. Stąd roztacza się wspaniały widok na łuk mostu San Mateo Bridge i błękitnawą dal Livermore. Czasami, zanim założę biały kitel i wejdę do szpitala, gapię się po prostu przed siebie. Tu lubię sobie chwilę pomyśleć, o wszystkim i o niczym... Zadzwonię do niej dziś. Obiecuję. A teraz pędzę.
Ruch jak zawsze. Chorzy, zdrowi, personel - każdy dokądś biegnie, niesie swoją chorobę albo niemożność dania komuś skutecznej pomocy. Dzień jak co dzień: ktoś umarł, kogoś innego wypisali do domu, są też tu tacy, którzy nic jeszcze nie wiedzą, tylko czekają. Siedzą w poczekalni i w nieświadomości oglądają kolorowe pisma. Gonię na piętro. Zatrzymuje mnie Japonka - śmieszka Linda - fizjoterapeutka:
- Magdalena, a ty jak zawsze biegasz. No, ale gdybym ja miała takie dłuuugie nogi jak ty, to pewnie też pomykałabym z taką energią. A zamiast tego mam tylko japońskie krótkie nóżki.
- Gonię do pięćset dwanaście, do mojej Finki. Linda - cała jesteś piękna jak ta twoja Japonia wiosną. Gdybym miała takie stópki jak ty, to mój mąż całowałby mnie w stopy częściej niż w usta.
- Marzycielka. A myślisz, że mój mąż całuje mnie w stópki? Nigdzie mnie już nie całuje, a ja jak ta stara panna, co zawsze jest gotowa, ale nikomu niepotrzebna.
- Linda, potem cię przytulę i pocieszę, ty moja japońska mini, a teraz Irma. OK?
W sali numer pięćset dwanaście, na piątym piętrze, umiera młoda Finka Irma. Bardzo słabo mówi po angielsku. Tak jak ja ma jasne włosy. Umiera. Wiemy o tym obie, ale nigdy nie rozmawiamy o śmierci. Leży jak zawsze z głową zwróconą w stronę okna. Jej twarz nic już nie mówi. Kiedyś Irma walczyła, teraz tylko czeka. Jej błękitne oczy wpatrzone są w białe żagle wolno sunące po bezwietrznej zatoce. Jej marzenia kończą się tu... w sali pięćset dwanaście. Umiera w obcym kraju, w kalifornijskim Edenie - zupełnie sama.
- Piękny widok. Też lubię patrzeć na zatokę - mówię i bardziej odsłaniam zasłonę. - Zaraz rozmasuję ci nogę, poczujesz ulgę, Irmo.
- Nic już nie czuję. Najchętniej uciekłabym stąd. Chciałabym powyrywać te igły, rurki i... - odpowiada słabym angielskim Irma.
- Irma, to normalne. Jesteś zmęczona tym wszystkim.
Chociaż wiem, że Irma nie rozumie mnie najlepiej, i tak opowiadam jej o tym, co się dziś wydarzyło. Zawsze tak robię, gdy do niej przychodzę. Masuję jej fioletową nogę i gadam, zagaduję jej cierpienie, jej samotność, jej strach. Gdy wychodzę od Irmy, moje serce przypomina rozsypane puzzle.
Po siedemnastej wychodzę ze szpitala. Za plecami zostawiam swoich pacjentów, ich życie, choroby... Mam w głowie jakiś niewidzialny przycisk, włączam go i przestawiam się w kilka minut. Gdy tylko słyszę dzwony kościoła św. Mateusza, czuję wolność. Jadę do naszego pięknego domu na stokach San Bruno, jadę do swoich dzieci, do Pauliny, Mireli i Tomka, jadę do mojej wolności, do Grzegorza, który niezmiennie od lat mówi do mnie: Witaj, moja piękna.
I rzeczywiście czuję się piękna. Grzegorz szepcze to nocami mojemu ciału, a ja ufam jego słowom, jego dłoniom, jego ciepłemu oddechowi na moich plecach. W pracy dotykam cierpienia, masuję nieszczęście, głaszczę udrękę i czuję śmierć przemykającą korytarzami szpitala, w domu mam wytchnienie, spokój. A Grzegorz jest wszystkim tym, za czym tęskniłam jako mała dziewczynka. Długo szukałam kogoś, kto dałby mi poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie, kto odsłoniłby we mnie kobietę, a nie dziewczynę. Całe życie szukałam ojca. Wiem, że jest Rosjaninem. Tylko tyle. Nie wiem, czy żyje. Nic nie wiem. Matka milczy... Wierzyłam, że po prostu go spotkam, że przyjdzie na klatkę schodową i zapyta, czy nie wiem, gdzie mieszka Madzia. A spotkałam Grzegorza. Wyleczył mnie z wielu tęsknot. Ale nie ze wszystkich.
Wychowywałam się w domu kobiet. Mama Kaszmira - silna osobowość i tajemnicza natura, ciocia Maruszka, siostra mamy - subtelna, delikatna. Czasami myślałam, że bardziej pasuję do cioci, i zazdrościłam kuzynom: Olince i Markowi otwartości ich matki. Moja rodzina pochodzi z Kresów, z okolic Wilna. Zanim przyjechałam do Kalifornii, mieszkałam w Polsce. Pamiętam zupełnie inne życie niż to moje obecne - amerykańskie. Nie mogę powiedzieć, że żyłyśmy w biedzie, ale w każdym razie było nam bardzo ciężko. Kupowałyśmy z matką ziemniaki od chłopa i potem przez całą zimę i wiosnę jadłyśmy te ziemniaki okraszone tłuszczem, kapuśniak albo fasolówkę. Zazdrościłam Teresce, koleżance z klasy, zielonego płaszczyka ze złotymi guzikami i kolorowych landrynek w papierowej torebce. Wszystkiego zazdrościłam Teresce.
Na ganku, obok dziadka, stoi Mila - moja kochana suka. Zawsze wie, kiedy wracam. Mila jest najmądrzejszym psem na świecie. Wyczuwa czyjeś smutki i choroby. Gdyby była człowiekiem, tobyśmy razem pracowały w szpitalu. Byłaby genialnym diagnostykiem i najlepszą przyjaciółką. Rok temu zmuszała dziadka Adama do podnoszenia nogawki spodni i cierpliwie lizała jego kolano. Myślałam, że to jakiś rodzaj zabawy, ale gdy nieprzerwanie trwało to kilka tygodni, postanowiłam zrobić dziadkowi badania. Guz. Operacja. Rekonwalescencja. Mila uzyskała status uzdrowicielki i honorowe miejsce na skórzanym fotelu dziadka. Teraz co dzień opiekują się sobą.
- Widziałaś, Magduś, jaka ona mądra? Już od piętnastu minut siedzi na ganku i czeka na ciebie - mówi dziadek Adam.
- A dziadziuś jak zawsze z Milą na ganeczku. Jedliście coś?
- No, niestety, nic nie jedliśmy z Milunią. Dziś sushi. Tak zarządziła Paulinka.
- O wy biedaczki moje. Już pędzę robić kotlety.
Na dźwięk słowa kotlety Mila macha ogonem, a dziadek dziarsko rusza w stronę kuchni i zapomina o laseczce zawieszonej na poręczy tarasu. Już w przedpokoju słyszę słowa piosenki Susan Vegi: My name is Luca... I live on the second floor!
- Paulinka! Przycisz Susan! Zejdź do nas! - krzyczę.
- Mamuś, a pójdziesz ze mną popływać? - Paulina schodzi ze schodów.
- Pójdę, ale słyszałam, że głodzisz dziadka i Milę - mówię, rozstawiając w kuchni torby z zakupami.
- Mamuś, no co ty. Nikogo nie głodzę. Ale ja kocham sushi.
- Wiesz, że dziadek nie je ryb... - patrzę na nią z wyrzutem. Paulina wydyma usta. Irytuje się.
- Błagam, tylko bez opowieści o Syberii i o obozach pracy, i bez martyrologii Polaków... Bo jak się zaraz rozkręcisz, to opowiesz mi całą historię Polski, od Piastów po 1956 rok. Zrobisz się patetyczna i na koniec się popłaczesz. Idę na Coyote Point pływać - wypaliła bezczelnie na jednym oddechu moja córka.
- Zaraz, zaraz, moja panno - mówię do zbierającej się z kuchni młodej arogantki. Łapię ją za rękę i dodaję, patrząc jej w oczy:
- Nie lubię tego tonu. I bez ironii, proszę. Rozmawiałyśmy tyle razy, Paulinko...
Do kuchni wchodzi dziadek z Milą. Paulina delikatnie wymyka się do swojego pokoju. Patrzymy przez chwilę na siebie porozumiewawczo. Dziadek siada przy stole.
- To my z Milunią poczekamy tu na nasze kotlety. Madziu, a opowiadałem ci o tej zielonej żabce na Syberii? Jak my tam byliśmy głodni! Pamiętam. Rąbię syberyjską tajgę. Walimy drzewa prosto do rzeki. Sypie śnieg... Zaspy jak okiem sięgnąć. Nic tylko skostniały, beznadziejny krajobraz wiecznej zimy! Głód szarpie wnętrzności. Wydaje mi się, że nie wytrzymam. Patrzę, tuż nad wodą siedzi zielona żabka. Narzucam na nią czapkę. Chwytam w palce, patrzę, a żaba... sama skóra i kości, chuda jak ja! Spogląda na mnie wytrzeszczonymi ślepkami... Myślę sobie: Oj głodnaś ty, bidulo, nieszczęśnico syberyjska... I puszczam ją wolno!
Oczywiście, że znam tę historię. Dziadek opowiada ją kilkakrotnie w ciągu tygodnia. Zawsze słucham ze zdumieniem, kręcę głową, potakuję. Rozumiem, że to, co przeżył, gdzieś tam ciągle toczy się w nim. Dziś znowu znalazłam pod jego poduszką kromkę chleba. Pocałowałam ją i położyłam z powrotem. Moja mama zawsze całowała chleb, gdy upadł jej na podłogę. Muszę do niej zadzwonić. Zrobię to dziś. Na pewno. Podaję obiad dziadkowi i idę pływać.
Znowu nie zadzwoniłam do matki. Jestem zmęczona. Grzegorz już mnie woła do sypialni. Leży uśmiechnięty. Zdejmuje okulary. Odkłada książkę.
- Zapraszam, moja śliczna. Jeszcze moment, a twój mąż zaśnie jak niedźwiedź.
Zabiera mnie pod kołdrę. Zsuwa ramiączka koszuli. Całuje moje ramiona. Delikatnie odwraca mnie na bok. Wie, że za moment zapomnę o wszystkim, że pozwolę mu badać aksamitność moich pleców. Rysuje linię biodra i gładzi pośladki. Przywiera do mnie mocno. Czuję jego oddech na karku. Zamykam oczy. Jego szept miesza się z moim coraz szybszym oddechem i po chwili siedzę na jego brzuchu. Grzegorz obserwuje, jak unoszą się moje piersi. Moje włosy głaszczą jego twarz. Delikatnie odpycha mnie. Czeka, aż się wyprostuję, aż odrzucę do tyłu głowę. Trzyma mocno moje biodra, rytmicznie płynie razem ze mną. Delikatne mrowienie rozpoczyna się na udach, potem dziko ogarnia całe moje ciało. Unoszę się w rytm jego dłoni i bioder. Wiem, że jest blisko. Nie czekam. Poddaję się swoim falom. Sycę się tą gorącą energią, która rozpiera mnie od środka i pozwala mi uciec w jakąś nierealną krainę. Grzegorz podnosi się, siada. Oplatam go udami. Patrzę w jego oczy. Jest tu. Ja też. Spotykamy się w naszej wilgoci. Mokre plecy Grzegorza już krzyczą, gonię ten wrzask najpiękniejszy i zatrzymuję go na moment, chcę go zapamiętać i potem poddaję się. Grzegorz mocno nawija na rękę moje włosy, przytrzymuje je, ciągnie do tyłu. Wie, że za moment razem wejdziemy wysoko, do końca, do kresu...
- Wstawaj, kochana, spóźnisz się do pracy. Hej, hej... - budzi mnie szept Grzesia.
- A ja myślałam, że teraz to kawa do łóżka, rogalik i wazonik z różą... - mówię zaspana.
- Za dużo filmów oglądasz, kochanie. I jesteś o jeden romans Danielle Steel za daleko. Robotnicy już na mnie czekają. Jadę. Wstawaj... - klepie mnie czule w nagi pośladek i już go nie ma. W łazience jak zamroczona szoruję zęby. Dopiero teraz czuję zapach kawy... Filiżanka stoi na parapecie, a obok niej karteczka: Niezmiennie Cię uwielbiam, a najbardziej twój boski tyłek. Grześ ... Miałam szczęście, że trafiłam właśnie na ciebie... Tarcza zegarka nieubłaganie informuje, że moja klęska jest coraz bliżej. Szybko się ubieram. Maluję tylko rzęsy. I znowu gonię. Mijam w drzwiach szpitala starszą kobietę. Ukłucie w sercu. Nie zadzwoniłam. Ale w końcu matka też mogłaby do mnie zadzwonić. Ganię się za takie myślenie. Teraz moja kolej... Matka jak zawsze dumna i honorowa. Bierze mnie na krótką smycz. Zakładam kitel i biegnę do sali pięćset dwanaście, do Irmy. Sala jest pusta. Gładko zasłane łóżko. Straszy mnie śnieżnobiała kapa.
- Gdzie Irma? - pytam dyżurującą pielęgniarkę.
- W kostnicy... Wiem, że ci przykro, ale sama wiesz, jak to u nas jest...
Choć przeżywam to kolejny raz, znów jest mi smutno. Zawsze mi smutno, gdy odchodzą... Znam ich przecież inaczej, znam ich chore ciała, dotykam tych ciał, czuję je w palcach. Muszę zobaczyć Irmę... Dobrze się dogaduję z chłopakami z transportu, bez problemu dadzą mi klucze do kostnicy. Spotykam Boba koło sali operacyjnej.
- Dasz mi na piętnaście minut klucze? - pytam pewnym tonem.
- Pewnie. Tylko pamiętaj, piętnaście minut. Szef i tak kiedyś oberwie mi jaja. Może pójść z tobą?
- Dam radę, Bob. Nie jestem taka strachliwa. Dzięki. Masz u mnie dobrą kawę.
- Ale nie w naszym bufecie, tam o dobrej kawie zapomniano wiele lat temu. Uważaj na duchy.
- Ale jesteś głupi, Bob - żachnęłam się.
- Żartowałem - dodaje, śmiejąc się zadziornie, i już go nie ma.
Trzymam klucze. Po co ja to robię? Zupełnie nieprofesjonalne zachowanie. Ale chcę zobaczyć Irmę. Ze szpitalnej kapliczki, z wazonika przy św. Teresce od Dzieciątka Jezus biorę gałązkę frezji i zjeżdżam w dół, do naszego Hadesu. W ciemnym pokoju bez okien, pod ścianą, w chłodzonych szufladach leżą zmarli nocą pacjenci. Fatalne jarzeniowe światło i ten upiorny dźwięk uszkodzonej lampy. Mógłby ktoś to wreszcie naprawić, do cholery. Przypominają mi się wszystkie horrory, które oglądałam z dziećmi w kinie. Szukam Irmy... Jest. Otwieram jej szufladę. Irma cała zamotana w białą folię. Ktoś jej zawiązał pod brodą foliową kokardę. Pewnie Peter - bardzo ją lubił...... Irma wygląda teraz jak olbrzymi cukierek zawinięty w biały papier. Rozwiązuję kokardę... W głowie mi huczy...
- Irma... moja biedna Irma... Nie możesz mieć tej kretyńskiej kokardy... Jaka jesteś... maleńka... Nie wiem, co mam ci powiedzieć, nie wiem, czy teraz jest ci lżej... Może jesteś już na swoich fiordach... Poprawię ci włosy... Dlaczego nikt nie umył ci głowy...? To dranie... zawsze się spieszą... Śpij maleńka, śpij spokojnie...
- Magdalena...
W drzwiach stoi zdenerwowany Bob. W ogóle nie słyszałam jego kroków.
- Miałaś wracać za piętnaście minut - mówi z wyrzutem.
- Przepraszam, nie gniewaj się - staram się szybko przykryć Irmę, zostawiam gałązkę frezji koło jej głowy.
- Płakałaś? To ktoś z twojej rodziny? - zapytał zaskoczony.
- Trochę tak, ale wcale nie płakałam, to przez to światło. Oczy pieką jak cholera. Moglibyście naprawić te lampy. Ta na środku buczy jak rakieta kosmiczna, spokojnie mogłaby wskrzesić jakiegoś stwora doktora Frankensteina.
- Zamknij porządnie lodówkę i lecimy, umarł pan Sterstein z dwieście dziewięć.
- O mój Boże... A przecież czuł się lepiej, nie było nawrotów.
- Nawrotów nie było, ale ponoć to było samobójstwo... Dziewczyny tak mówią w kuchni - szepcze i zamyka ciężkie drzwi na klucz.
- No akurat kuchnia jest najlepszą komórką FBI - mówię z ironią.
- Możesz nie wierzyć, ale policja już tu była...
- Ale dlaczego? - pytam bezradnie.
- On jeszcze żył, a rodzina już szykowała pogrzeb i dzieliła łupy. Nawet nie poczekali na ostatnie wyniki. A pan Sterstein, jak na złość, wyzdrowiał. Ponoć do jego domu, tak mówiła Lili z chirurgii, już wprowadził się młody kochanek pani Sterstein, o trzydzieści lat młodszy... - Bob papla teatralnym szeptem, a ja mam mętlik w głowie.
Jakoś dotrwałam do końca dnia. Na ganku oczywiście czekają Mila i dziadek. Wchodzę ciężkim krokiem do domu.
- Magduś, widzę, że miałaś zły dzień. Oj, tak ty chodź do mnie na pogadanie. Zaparzymy sobie meliski i pogadamy. Ale ty teraz nie płacz, dzieci będą się martwiły. Okularki ty załóż, te na słońce. My już jedli. To tylko krzyknij, że jesteś, i idź na górę do mojego gabineciku. Oni i tak oglądają setny raz Gwiezdne wojny i jak się domyślasz, najbardziej zachwycony jest twój Grześ. Jedzą popcorn i chipsy i nawet informacja o ataku Marsjan by im nie przeszkodziła.
Dziadek przytula mnie serdecznie, Mila łasi się do mojego uda, zaczepia mnie silną łapą. Ale jak tu się powstrzymać. Robię tak, jak mi kazał, i już siedzę w jego starym chesterfieldzie z czerwonej skóry. Beczę jak dziecko...
- Tak ty płacz, kochana, a ja ci zaparzę meliski z rumiankiem - mówi dziadek i nalewa wody do czajniczka elektrycznego, który kupili mu chłopcy, żeby w nocy nie musiał schodzić do kuchni. - Ja wiem, Magduniu, wiem... Życie czasem albo przeraża, albo uwiera jak ziarenko piasku w oku...
- Niech dziadziuś tak nie mówi, bo ja w ogóle nie przestanę płakać, bardzo mi pasuje to ziarenko piasku. Właśnie tak się czuję... - zaszlochałam jak bohaterka serialu rodem z Wenezueli.
- Pij i płacz - mówi dziadziuś, a Mila liże moją stopę z takim namaszczeniem, jakby dorwała najlepszy smakołyk.
- Milunia, przestań, zostaw moją nogę. Gilgoczesz mnie, daj spokój - zaśmiałam się przez łzy.
- Liż, Milusia, liż Madziunię, bo już uśmiech wraca, liż, ty nasza lekareczko.
- Ależ wy tworzycie spółkę, zgraliście się jak skrzypce i kontrabas.
- Kontrabasem jestem ja, a Mila...
- Zmarła Irma... - przerywam dziadkowi.
- O, biedaczka... To ta od fioletowej nóżki?
- Tak. Ale nie mogę zrozumieć...
- Co tu rozumieć, kochana... Tu nic nie ma do rozumienia. Na Syberii ciągle oglądałem śmierć, teraz czekam na swoją kolej. Może już dziś na mnie przyjdzie czas. Tak to jest, wszyscy musimy kiedyś odejść. Tu nie ma żadnej filozofii. A jak nie masz wyboru, to przyjemnie jest wierzyć, że śmierć to jedynie zmiana miejsca zamieszkania. Zmieniasz adres, rozumiesz? Po prostu. Pij meliskę, pij.
Piję meliskę dziadka Adama. Dalej nic nie rozumiem. Ale uspokajam się w jego gabineciku pełnym starych fotografii, pamiątek rodzinnych... Zostają po nas tylko przedmioty... Mila patrzy na mnie mądrymi psimi oczami. Odstawiam kubek. Na dole już mnie wołają:
- Mamusiu, co robimy na kolację? Zejdźcie do nas. Jesteśmy głodniii!
- Idziemy, Magduniu, idziemy na kolację, zjedzmy coś dobrego. Może zrobimy jajka na bekonie? - pyta po szelmowsku dziadziuś i mruga okiem.
- Na noc?! Dziadku! A twój cholesterol?
- A co mi zostało? Dajmy poszaleć gadzinie w starych żyłach!
Grześ też miał ciężki dzień na budowie. Nie czekał na mnie. Śpi jak niedźwiedź. Nie mogę zasnąć. Wszystko kołuje mi w głowie. Irma, młody kochanek pani Sterstein, melisa dziadka, moja Milunia, pływanie z Paulinką na Coyote Point... Leżę na wodzie, widzę olbrzymie samoloty podchodzące do lądowania. Wydaje się, że za chwilę jakiś olbrzym muśnie kołami pomarszczoną wodę... Sen... Śpię... Dobrze...
- Córeczko... córeczko...
Zrywam się. Siadam na łóżku. Jest noc. Słyszę swoje tętnice. Grzegorz też się budzi.
- Co się stało, kochana? Co ci jest?
- Była tu moja mama.
- Daj spokój, to sen - próbuje mnie uspokoić.
- To nie był sen, Grzesiu. Dotknęła mnie. Czułam to wyraźnie. Zobacz, jak bije mi serce...
- Mama jest we Francji, kochanie. Uspokój się.
- Grzesiu, nie oszalałam przecież. Wołała mnie.
- To przez śmierć Irmy. Nie powinnaś się tak angażować w życie pacjentów. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Do mamy zadzwonisz rano.
Grzegorz przytula mnie, głaszcze po głowie.
Słyszę dzwonek. Zerkam zaspana na zegarek. Szósta rano. Grzegorz odbiera telefon.
- Madziu, do ciebie.
Mama umarła w nocy. Dzwoniła pani Dębowska, nasza dawna sąsiadka... Nie wiem, co do mnie mówiła... W uszach mam tylko jedno zdanie: Twoja mama nie żyje . Kaszmira zmarła kilka godzin temu. Moja mama nie żyje. Nie zdążyłam z niczym. Nie zadzwoniłam, nie dowiedziałam się nic o ojcu. Nic mi nie zdradziła i teraz już się nie dowiem. Moja dzielna matka nie żyje... W ogóle tego nie przewidziałam, w ogóle o tym nie myślałam. Dziadek Adam - tak, wiem, że może umrzeć w każdej chwili, ale nie mama. Nie posklejałyśmy naszych spraw, nie wyjaśniłyśmy sobie...
Siedzę w samolocie. Lecę do Francji. Przede mną organizacja pogrzebu, spotkanie z Olinką i Markiem, odczytanie testamentu matki. Na kolanach mam Dom dusz od Paulinki. Przez ostatnie dni żyłam w kompletnym chaosie! Trzeba było natychmiast kupić bilet, załatwić nowy paszport, bo stary leżał na dnie szuflady, od dawna przeterminowany, spakować walizkę, załatwić urlop w pracy... Całkowite urwanie głowy. Nawet nie miałam czasu pomyśleć o matce! Na lotnisko odprowadzili mnie wszyscy w komplecie, tylko Mila musiała zostać w domu. Ale Mila wszystko rozumie, taki to cudowny pies. Oj mamo, mamo... Tak mi się po cichu wymknęłaś. Lecę do ciebie... Zawsze robiłaś wszystko po swojemu... Chodziłaś swoimi drogami jak dziki kot.