WSTĘP
Zawsze byłam silna psychicznie, choć pewnie nikt nawet nie domyślał się, że miewałam chwile słabości. W ludzkich spojrzeniach, poza obszarem mojego miękkiego łóżka, byłam niczym skała, jakbym walczyła w ringu i nie mogła dać za wygraną. Uważałam, że jeśli położę się i nie postawię na swoim, to potem trudno mi będzie wstać. Nie ulegałam, nie poddawałam się, nie dawałam po sobie poznać, że nie mam siły. To uczucie przypomina szkło pod napięciem - cienkie, przeźroczyste, gładkie, z pozoru wygląda pewnie, lecz w środku drży. Jakby w klatce piersiowej rosło morze, ale każdą falę trzeba było zatrzymać tuż pod gardłem, by nie pozwolić mu się wylać. W środku słychać ciche pęknięcie rozchodzące się jak echo w pustym pokoju, bez świadków, bez odzewu, tylko z ciężarem, który nie ma łez, bo te nie dostały pozwolenia, by spaść.
Ta część mnie, która potrafiła się rozpłakać i wtulić w poduszkę, była nieznana innym nie dlatego, że nie miałam jej komu pokazać. Z moją mamą mogłam rozmawiać o wszystkim - i rozmawiałam. Choć pragnęłam mieć przyjaciółki, to ona zawsze była ostoją dla moich myśli i zwierzeń. Sama nie wiem, kto we mnie stworzył tę Klarę, która nie wybuchała płaczem przy innych, bo miała na tyle mocną psychikę, że nie pozwalała, by bliscy martwili się jej gorszym dniem. Łeba pozwalała mi zapomnieć o emocjach, gdy siadałam na brzegu i o niczym nie myślałam. Morze to moja druga ostoja, drugi dom, dzięki któremu byłam szczęśliwa, choć to szczęście miało różne oblicza.
Gdy szłam do liceum, wcale się nie stresowałam, pomimo że nie znałam tam ani jednej osoby. Wiedziałam, że nowa szkoła to po prostu nowy rozdział. Nowa ja - lekka jak pierwszy oddech lata, gdy wiatr muskający skórę niesie obietnicę czegoś pięknego. Pewna - jak ciepło piasku pod stopami, które koi i przypomina, że jestem na swoim miejscu. Dojrzewająca - niczym róża w chwili rozkwitu, gdy płatek po płatku odsłania swoją prawdę i nie wstydzi się własnego uroku. Spokojna - jak rytmiczny szept fal, które z czułością obejmują brzeg i uczą, że wszystko ma swój czas. Byłam gotowa, żeby zmienić coś w swoim życiu, dlatego wybrałam szkołę, na którą nikt inny nie stawiał. Z początku wydawało się, że dobrze zrobiłam i na dworcu kolejowym wsiadłam we właściwy pociąg, przynajmniej takie miałam przeczucie.
Bardzo szybko poznałam koleżanki, przy których, zdawałoby się, czułam się dobrze. Ta myśl, że mam z kim wychodzić i spędzać wolne chwile, zdała się oczywista. Przestałam spędzać większość czasu przed Netflixem w domu. Wszędzie było nas pełno; wypady, tripy, wieczorne wyjścia i ta innego rodzaju radość. Przestałam się czuć jak samotny liść na gołej gałęzi; zamiast huśtać się bez oparcia, miałam wrażenie, że coś pomaga mi się utrzymać - może własne korzenie, może cudze spojrzenia, może po prostu dojrzałość, która wspierała mnie cicho jak tlen. Nie byłam już liściem drżącym na granicy upadku, ale częścią drzewa; czułam, że żyję na nowo. Taka miękka, naturalna pewność, że mam własne drzewo, a wokół mnie są inne liście.
Dziewczyny znały się od przedszkola, a ja w zasadzie pojawiłam się znikąd, choć wcale tego nie odczuwałam. Na początku wszystkie wydawały mi się tak idealne i szczere, były jak porcelanowe filiżanki - złocone krawędzie, cukier w głosie, uśmiechy tak pozornie prawdziwe, słodkie jak łyk herbaty z miodem. Tylko że po każdym spotkaniu i na odosobnionych grupkach w mediach społecznościowych można było poczuć, jak przy coraz większych łykach zostawiały po sobie gorzki posmak metalu, jak gdyby w każdej rozmowie ktoś inny stawał się ofiarą rozpuszczoną w gorącej wodzie. Coraz bardziej wtapiałam się w ich otoczenie, omijałam dyskusje i tematy, na które nie chciałam rozmawiać, ale wciąż to przy nich czułam, że żyję. Za każdym razem, gdy spojrzał na mnie ktoś, kto był poza zasięgiem koleżanek, wiedziałam, że następną obgadywaną osobą będę ja. Sami wiecie, że przyjaźnie, choć niekiedy długie, po pewnym czasie blakną tak jak wiekowa kartka. Najpierw słowa dawnych chwil nikną literka po literce, później zaczynają tracić barwę, jakby słońce wypiło z nich sens, a potem kruszą się na brzegach wspomnień.
Los i przypadek rzucały mnie w różne miejsca. Czasem siały we mnie masę wątpliwości, jakbym raz została wysłana do zamiatania oceanu z piasku, a raz do pozbycia się okruszka z talerza. Z niektórymi osobami kontakt się urywał, poznawałam kolejne i tak w kółko. W tamtym okresie zdążyłam nawet znaleźć chłopaka, choć szczerze mówiąc, trudno to nazwać związkiem - więcej rozmawialiśmy przez telefon niż w cztery oczy. Byłam jeszcze dzieckiem, które poznawało smak młodzieńczych lat, musiałam po prostu rozwinąć skrzydła i dojrzeć do tego, że szczęściem jest odkrycie siebie, nie innych. Dopiero później zrozumiałam, że to była beztroska, a ja szybko rozpoczęłam kolejny etap życia... Dojrzałość była jak kamień w kieszeni - nie przyszła po to, bym utonęła, lecz by nałożyć na mnie ciężar, dzięki któremu poczuję, co naprawdę znaczy stać pewnie na ziemi.