NAD ZATOKĄ
Nie marzyła o podróży do Vieste, nie w marcu, nie po ośnieżonych niemieckich i austriackich autostradach. To ostatni pomysł, który mógłby przyjść jej do głowy. Jechała przez Stuttgart, Zurych, Bolonię, ponad tysiąc siedemset kilometrów.
Jak na złość zima tego roku nie odpuszczała. Północna i środkowa Europa wciąż były skute lodem. Jechała wolno, ostrożnie, ale konsekwentnie do przodu, byle tylko bez niespodzianek. Na to nie mogła sobie pozwolić. Nie dość, że była marnym kierowcą, to jeszcze jechała starym gratem, który już dawno powinien trafić na złom. Nie trafił z wielu powodów, teraz żałowała, że przez sympatię do marki i koloru, a może z oszczędności, musiała aż tak ryzykować. Mroźne poranki na drogach były jak szkoła przetrwania. W południe, gdy pojawiało się słońce, drogi tajały, lecz wraz ze zmierzchem ponownie pokrywał je lód. O tej porze roku zmierzch wciąż zaskakiwał jak nieproszony gość.
Tego dnia, dwunastego marca dwa tysiące trzeciego roku, nad zatoką, w niewielkim miasteczku na południu Włoch, tak daleko od domu, że aż trudno było to sobie uzmysłowić, stawiała czoło prawdziwym kłopotom. Patrzyła na spowitą mrokiem okolicę, czuła strach i wiedziała, że ta podróż to czyste szaleństwo.
Wyjechała z domu o świcie. Podróż zajęła jej dwa dni i kawałek nocy. Jakimś cudem dotarła do celu, zdziwiona, że żyje. Jechała w lekkim amoku, przekonana, że droga nigdy się nie skończy. Tysiąc siedemset kilometrów do pokonania, to było nie lada wyzwanie. Dwa razy nocowała w przydrożnym motelu. Potem znowu jechała, tak szybko, jak to było możliwe, mając nadzieję, że nie będzie się śniła po nocach kierowcom podróżującym tą samą trasą, co ona. Do Vieste dotarła o świcie. Hotel miała zarezerwowany dopiero od dwunastej, więc samochód zostawiła na parkingu przed wejściem. Auto wyglądało upiornie, zabłocone, poobijane, bo jednak miała po drodze małe kolizje z rowerem i słupkiem na parkingu. Rowerzysta uszedł na szczęście z życiem, a słupek wyrósł spod ziemi, gdy próbowała zaparkować. Wobec upiorności całej podróży ten incydent postanowiła jednak w końcu wymazać z pamięci.
Wstawał świt. Niebo nad zatoką miało szary kolor, a woda była czarna i oleista jak nafta. Czy taka brudna, czy tylko noc zabarwiła ją na kolor grafitu? Za kilka godzin niebo i woda z pewnością nabiorą innych kolorów, ucichnie porywisty wiatr i pojawi się słońce. Próbowała pocieszać się faktem, że ma już za sobą podróż, której tak bardzo się bała, i na szczęście nie zżarł jej stres; że okazała się dzielna i wbrew obawom dość zaradna, a mimo to drżenie kolan i natrętne szczękanie zębami jakoś nie ustawało. Tłumaczyła to zimnem i tym, że miała na sobie nieodpowiednie ubranie. Powinna była włożyć zimową kurtkę, spodnie i solidne buty. Co z tego, że to południe Włoch, skoro wcześniej mijała zaśnieżone Alpy. A gdyby tak miała awarię, wypadek albo postój na trasie?
We Włoszech każdy spodziewa się ładnej pogody. Nawet w marcu ma się oczekiwania, że włoski lazur nie może zawieść, że zimą i latem słońce grzeje tak samo. Południe Włoch, wakacyjne marzenia, słońce i plaża. Przemknęło jej przez myśl, że gdyby nie misja, mogłaby zatrzymać się tutaj na dłużej. Zostać i odespać niełatwy czas, który miała za sobą, a potem zgubić się w wąskich uliczkach miasteczka, iść nimi przed siebie bez pośpiechu, bez celu. Byłoby miło uciec od codziennych spraw, z bezkresną pustką w głowie i sporą ilością czasu dla siebie. Może pewnego dnia zafunduje sobie urlop od życia i odwiedzi jakieś wybrzeże, słoneczne i ciche, choćby i włoskie.
Teraz jednak przybyła z powodu, który ani trochę nie kojarzył się z urlopem i wakacyjną sielanką. Stała, wypatrując na horyzoncie śladu niemieckiego jachtu o nazwie "Hilde". Z tego jachtu miała odebrać syna, zbuntowanego wiecznego studenta, który nie chciał dorosnąć i miał własny pomysł na życie.
Jej ukochany syn zapowiadał się tak wybornie, obiecywał dorosłość, zanim jeszcze wyrósł z sandałków. Dzielny, mądry, odpowiedzialny, miał wziąć życie w swoje ręce i wspierać na starość rodziców. Przypomniała sobie szkolną lekturę. Tam też był taki syn marnotrawny, miał na imię Tomaszek. "Tomaszek, Tomaszek", powtarzała w myślach za główną bohaterką Nocy i dni. Czasy są inne, lecz problemy z dziećmi takie same, pomyślała.
Filip, jej dorosły syn, kierował swoim życiem, używając argumentów podobnych do tych, na jakie młodzi powołują się od wieków: chciał poznać nowych ludzi i inne kultury, sprawdzić się w trudnych warunkach, odnaleźć sens życia, własne miejsce na ziemi, dotknąć piekła, ale i nieba, docenić, co już ma, zrozumieć, czego mu jeszcze brakuje - i tak dalej, i tak dalej. Dla rodziców zawsze ta sama śpiewka, a w podtekście - przedłużyć młodość i edukację, zaciągając kolejne pożyczki rodzicielskiego zaufania i naiwności.
Powinna słuchać męża, gdy ten konsekwentnie odmawiał finansowania synowskich wyskoków i radził jej zrobić to samo.
- Jego limit na wykształcenie dawno się wyczerpał, a koszty przerosły sponsora - powtarzał za każdym razem, gdy ona robiła kolejny przelew. - Chce poznać świat, jego sprawa, ale sam na to musi zarobić. Masz zamiar do końca życia fundować mu wakacje?
Wiedziała, że mąż ma rację, ale Filip był nietypowym dzieckiem, wrażliwym i niezwykłym, i jak to matka, doszukiwała się dobrych cech dokładnie tam, gdzie inni dostrzegali wady. Próbowała zrozumieć tę jego inność, te dziwactwa i nietypowe potrzeby. I cały czas czuwała. Zawsze gotowa, jak panna z lampką oliwną. I gdzie by nie był, i skąd by nie zawołał, pojechałaby, rzuciwszy wszystko - w otchłań, w piekło dosłowne i symboliczne.
Kiedy po raz kolejny zmieniał kierunek studiów, sekundowała mu z nadzieją, że może to już docelowy wybór. Zmieniał nie tylko kierunki, odkrywał nowe pasje i przyprowadzał kolejnych przyjaciół, zazwyczaj dość oryginalnych - wszystko wytrzymała. Gdy wyjeżdżał w niebezpieczne miejsca, odprawiała modły, powierzając jego życie woli najrozmaitszych bogów. Jak tylko mogła, śledziła z mapą ścieżki kolejnych wędrówek, obliczając czas do powrotu, niespokojna i udręczona. Kiedy jednak kilka dni temu znowu zadzwonił z prośbą o pomoc, najpierw zaniemówiła. To, o co prosił, przerastało jej możliwości. Pieniądze, moralne wsparcie, telefon do znajomych, żeby znaleźć dla niego nocleg - na to była w stanie się zdobyć. Ale on wymagał więcej. Najpierw szalała ze szczęścia, że w końcu się odnalazł, a potem rozpaczała, że wpędza ją w kolejne kłopoty.
Nad zatokę przyszła o wiele za wcześnie. Miała przed sobą jeszcze wiele godzin czekania, ale chciała zrobić rekonesans, zlokalizować miejsce, gdzie mieli się spotkać. Kiedy zmarzła, postanowiła wrócić do samochodu albo pójść gdzieś, gdzie będzie ciut cieplej. Namacała między portfelem a paczką chusteczek telefon komórkowy. Teraz ciążył jej w torebce, którą kurczowo trzymała przy sobie ze strachu, żeby jej nie zgubić. Musiała mieć przecież jakiś kontakt z synem, skoro on był teraz na wodzie, a ona na lądzie.
Patrzenie na morze i włoskie niebo w końcu zaczęło ją nudzić. Owinęła się szalem, lecz tkanina o lekkiej strukturze nie osłaniała przed wiatrem. Wstawał włoski dzień. Czy przyniesie dobre wieści? Coraz wyraźniej wyłaniał się z porannej mgły już nie ciemny, lecz szmaragdowy odcień wody. Nie tylko niebo miało taki kolor. Spojrzała z zachwytem na różowe skały zamykające wąską zatokę i długi rząd motorówek przycumowanych przy brzegu. Widok jak z pocztówki.
W końcu przed siódmą, zamiast wrócić do samochodu, weszła do portowej knajpki. Przez zachlapane szyby widziała skrawek ulicy. To cud, że o tej porze znalazła otwarty bar. Okazało się, że to miejsce odwiedzane przez wypływających w morze rybaków.
Piła już drugą kawę, gorącą, mocną i mdląco słodką. Poprosiła o kanapkę z mięsem i zjadła z apetytem.
Gorąca kawa, zamiast obudzić, raczej ją uśpiła. Drzemała więc przy stoliku pod ścianą, sprawdzając co jakiś czas, czy ma przy sobie torebkę. Gdyby ją zgubiła albo, nie daj Boże, ktoś by ją ukradł, zostałaby z niczym. Nie mogła jednak opanować senności. W barze panował półmrok, śmierdziało spalenizną, w kuchni smażył się boczek z cebulą i coraz trudniej było oddychać, mimo to nie opuszczała jej zniewalająca chęć spania. Cały poprzedni dzień i noc w drodze dały jej się mocno we znaki.
Ocknęła się, gdy ktoś obok zaszurał krzesłem. Było głośno, ekspres kotłował się konwulsyjnie, żeby nadążyć z wydawaniem kolejnych porcji kawy. Dzbanek z mlekiem krążył z rąk do rąk, podobnie jak talerze z grzankami. Wielkie pajdy chleba, obłożone wysmażonym mięsem, może szynką, wynoszone przez kelnera na tacach, znikały w kilka minut. Powietrze było ciężkie. Miała wrażenie, że za chwilę się udusi. W końcu zrezygnowała z ciepłego kąta, zapłaciła rachunek i wyszła.
Na dworze pojaśniało. W porcie załogi kutrów przygotowywały się niespiesznie do drogi. Jedne wypłynęły jeszcze nocą, pozostały po nich puste miejsca, inne mocowały sieci i nawoływały członków załogi.
Stojąc tak, wsłuchiwała się w pospieszne kroki dudniące na drewnianych pomostach, w odgłos przerzucanych skrzyń, łańcuchów, w ostre komendy ruszających w morze. W górze pokrzykiwały mewy. One też wybierały się na połów.
Postanowiła się przejść i rozejrzeć po miasteczku. Nieśmiałe słońce przenikało pomiędzy domami, wciskając się bezsilnie w szpary zamkniętych okiennic, lizało płaskie dachy i muskało wąskie uliczki biegnące ku górze.
Szła przed siebie z nadzieją, że nie zgubi się w plątaninie wąskich zaułków. W porcie budziło się życie, a przed nią tkwiły w bezruchu uśpione domy. Na malutkich balkonach, wzdłuż okiennic, na dachach pojawiały się delikatne smugi świtu i grzęzły gdzieś w dole. Pozorna cisza w rzeczywistości była przesycona szumem morza, nieustannym krzykiem ptaków, łączyła się z narastającymi odgłosami miasta.
Od zatoki nadciągnęła mgła i przysiadła nieśmiało w dole miasteczka. Z mgły wyłonił się obsadzony palmami Piazza Segro, jak przeczytała na metalowej tabliczce. Szła stromo w górę krętą Via Mafrolla, żeby po chwili skręcić w lewo, w inną, jeszcze węższą, na której końcu zobaczyła kamienny kościółek - poznała miejsce, niedaleko przy nim zaparkowała samochód. Chciała sprawdzić, czy wszystko w porządku. W bagażniku miała jeszcze swoje rzeczy, klucz do pokoju odbierze dopiero w południe.
Obok, nieco wyżej, roztaczał się widok na usytuowany na tarasach cmentarz. Minęła go i poszła w górę, zaglądając ludziom w uchylone bramy, w otwarte gdzieniegdzie okna, na włoskie kamienne podwórka.
Wzdłuż ulic tłoczyły się knajpki, sklepy z pamiątkami, zakłady miejscowych artystów, zamknięte i ślepe, schowane za okiennicami. O ich istnieniu świadczyły jedynie szyldy. Turystyczna miejscowość, latem pewnie gwarna, żyjąca dwadzieścia cztery godziny na dobę, teraz świeciła pustkami, ale nawet w zimowej szacie biel murów, matowa zieleń roślin i cisza robiły na niej wrażenie. Od czasu do czasu słychać było warkot skutera lub samochodu. Gdyby nie niepokój o syna i nerwowe sprawdzanie komórki, ta podróż byłaby dla niej sympatyczną przygodą, mogłaby się nawet poczuć szczęśliwa. Ale nie była. Jeszcze miała w uszach zrozpaczony głos, gdy zadzwonił do niej do pracy.
- Mamo! - wołał, jakby się bał, że odłoży słuchawkę. - Słyszysz mnie? Poznajesz?
- Słyszę, oczywiście, że poznaję. Gdzie jesteś?! - krzyknęła szczęśliwa, że wreszcie się odnalazł. Chciała wiedzieć, gdzie jest, gdzie ma go szukać, gdyby nagle przerwało połączenie.
- Byłem na Gawdos, mamo, na Gawdos.
- Gawdos, o matko, a gdzie to jest? - spytała, bo nie miała pojęcia, o czym on mówi. Przecież miał być w Chorwacji.
- To taka wyspa - zdążył odpowiedzieć. - Na Morzu Śródziemnym.
- A dokładniej?
- W pobliżu Krety.
- Jak to Krety?
- Jakoś tak wyszło - powiedział krótko. - Wszystko ci opowiem w domu.
- Tak długo nie dawałeś znaku życia. - Nie mogła odmówić sobie tej odrobiny pretensji. Trzymał ich w niepewności przez kilka miesięcy. - To jakaś bezludna wyspa? - Zdobyła się też na złośliwość. Tyle nerwów, tyle nieprzespanych nocy.
- Można tak powiedzieć - próbował się jakoś bronić.
- Kiedy wracasz? - zapytała. Musiała być ostrożna. Syn miał trudny charakter, tylko z nią potrafił się jakoś dogadać, nie mogła go teraz spłoszyć. Łatwo się obrażał, zazwyczaj na długo i z byle powodu. Najchętniej zarzuciłaby go setką pytań, nagadała mu z powodu lekceważenia jej zdrowia i nerwów, z powodu beztroski i niedojrzałości, ale to oznaczałoby natychmiastowe przerwanie rozmowy, a właśnie tego się bała.
- Za kilka dni - odpowiedział spokojnie. - Ale jest pewien problem.
- To znaczy? - zamarła.
- Z wyspy odpływamy jutro. Mamy krótki postój w Dubrowniku.
- My? - dopytywała pełna niepokoju. Pojechał sam, słowo "my" mogło oznaczać kłopoty.
- Bez obaw, to tylko żeglarz, który mnie przygarnął. Pomaga mi w podróży i używam jego telefonu - dodał po chwili. - Mogłabyś zanotować ten numer? Na wszelki wypadek. Wprawdzie trudno tu o zasięg, prawdziwy cud, że udało mi się zadzwonić, ale z drogi, mam nadzieję, będzie dużo łatwiej.
- Tak, jasne, już zapisuję - odpowiedziała, spoglądając na leżący w pobliżu notes. Otworzyła na przypadkowej stronie i wzięła do ręki długopis. Notowała w poprzek kartki, żeby starczyło miejsca.
- Zapisałaś, czy powtórzyć?
- Powtórz, na wszelki wypadek.
Powtórzył dwa razy, żeby nie było pomyłki.
- Co to za człowiek?
- Poznałem go na Gawdos. To Niemiec. Zgodził się doholować mnie na Gargano. Czy moglibyście mnie stamtąd odebrać? - Głos miał jak nigdy cichy i pełen pokory. Ani cienia zwykłej hardości, ani śladu zaczepki. - Jestem bez pieniędzy - oświadczył. - Zgubiłem dokumenty, komórkę, mam tylko dokument tymczasowy, a Niemiec kończy swój rejs we Włoszech.
- Jak to zgubiłeś? - była przerażona.
- Właściwie ktoś mi ukradł. Spałem w takim pensjonacie, no wiesz. W nocy ktoś wszedł, spałem jak zabity. Kiedy się obudziłem, nie miałem już ani plecaka, ani swojej torby - tłumaczył.
Aż ją zemdliło. Tyle miesięcy trzymał ich w niepewności, mimo że prosili o częsty kontakt. Gdy obrażony wyruszał w drogę, nie słuchał przestróg, zarzucał im, że traktują go jak niedorajdę. Młodzi marzyciele mają w nosie rady dorosłych. Ach, dlaczego dorastanie trwa tak długo? Czy w młodości była taka sama, czy raczej jak syn grała rodzicom na nerwach? Próbowała odnaleźć w sobie wspomnienia z dawnych lat. Ale nie, nie kojarzy, nie miała takich skłonności, wydawała się zawsze bardzo zwykła, jakaś nad wiek poważna, może nawet przedwcześnie postarzała. A może po prostu inaczej to wtedy widziała, raczej czubek własnego nosa niż udrękę matki. Młodzi podpalacze, żeby gasić, muszą się zestarzeć, stwierdziła po raz kolejny.
- Mój Boże, to straszne - wróciła do rozmowy, ale czuła, że to, czego od niej oczekuje, to zbyt wiele. - Ale kto ma po ciebie jechać? Jestem sama, ojciec jest w Poznaniu - oświadczyła. - Wróci za kilka dni.
- Mamo, przyjedź, proszę, nawet wolałbym spotkać się najpierw z tobą. Znasz ojca, wiesz, jaki jest. - Filip miał podłamany głos.
- Może poprosisz kogoś z przyjaciół? Opłacę podróż, zwrócę za paliwo i pokryję wszelkie koszty. Sama jechać nie mogę. Znasz mnie, wiesz, jaki ze mnie kierowca. - Pomyślała z przestrachem o samotnej podróży starym samochodem.
- Już próbowałem, zresztą nie mam nikogo, kto by się mógł podjąć takiej misji. Tylko ten żeglarz się nade mną zlitował - mówił błagalnym głosem.
- I myślisz, że ja mogę?
- Jestem bez pieniędzy - powtarzał w kółko. - I na łasce obcego faceta. Bardzo chciałbym wrócić do domu. Jesteś moją ostatnią deską ratunku. Proszę, mamo!
Była w szoku i nie mogła pozbierać myśli. Tym razem wymagał od niej zbyt wiele. Nie była przygotowana ani na taką rozmowę, ani na podróż na południe Europy.
- Jest jeszcze jedna możliwość. Podasz mi konto tego człowieka, z którym podróżujesz. - Oświeciło ją nagle. - Zrobię przelew na potrzebną kwotę. W ten sposób będziesz miał pieniądze na powrót do domu pociągiem lub autobusem. Podróżowanie masz przecież we krwi - przytoczyła mu zwrot, którego często używał. - Jacht zawinie do portu, wykupisz bilet i sam dojedziesz do Essen.
Zapadła cisza, jakby coś przerwało rozmowę. Czekała cierpliwie.
- Dasz radę, mamo - usłyszała w odpowiedzi. - Tylko w jedną stronę, z powrotem ja poprowadzę - zapewniał gorączkowo. - Muszę koniecznie wrócić do domu, sam sobie nie poradzę - błagał.
- Jest aż tak źle? - pytała z niedowierzaniem.
W słuchawce znowu cisza. Tylko jakieś odległe dźwięki, których nie mogła zidentyfikować.
- Tragicznie - usłyszała.
Nigdy nie łajała go za dziwaczne pomysły, może to błąd i właściwie mąż miał w tej sprawie rację, ale znała Filipa, wiedziała, że to niczego by nie zmieniło. Był trudnym, a jednocześnie nieprzeciętnym dzieckiem. Nauka szła mu jak z płatka, właściwie wcale się nie uczył, wszystko w nim już było. Cała wiedza dziwnym sposobem objawiała się w potrzebnym momencie. Na świadectwie miał najlepsze oceny, mimo że w domu nie raczył otworzyć książki. Nie prowadził zeszytów i nie odrabiał lekcji. Znajomi zazdrościli im syna, lecz ona i Andrzej wiedzieli, że nic nie trwa wiecznie i w końcu nadejdzie kres tych sukcesów. Życie ich nauczyło, że limit kiedyś się wyczerpuje.
Był naprawdę dobry i w zasadzie mógłby studiować na każdym kierunku, wszystko wydawało mu się ciekawe i kuszące. Więc najpierw prawo, dwa lata. Zaliczył wszystkie semestry, zdał egzaminy - i zmiana, postanowił, że będzie lekarzem. Na medycynie wytrzymał rok. Stwierdził, że to studia nie dla niego. Zaczął zatem muzykologię, ale zaliczył tylko dwa semestry, zapał minął i przyszło zniechęcenie. Kolejne plany i kolejne studia, pasje, w których się spalał, na które tracił czas i pieniądze.
Walczyć z nim nie było sensu, dlatego próbowali zrozumieć. Później pojawił się strach, że to się może źle skończyć. Chcieli się poradzić psychologa, kogoś, kto zna podobne przypadki i znalazłby jakieś wyjście. Przestrzegali, żeby się zdyscyplinował i ustalił pewne ramy. Wtedy zaczęły się szalone wyjazdy, kolejne podróże. Część oni finansowali, zagubieni w tych jego szaleńczych pomysłach, później dołączał do innych wypraw, na które jakimś cudem sam zdobywał pieniądze.
Wyjazdy na Bałkany tuż po wojnie stały się jego obsesją. Znikał na wiele miesięcy. Z czasem zaczęli się przyzwyczajać, bo w końcu wracał cały i zdrowy. Tym razem było inaczej, a sytuacja, w którą ją uwikłał, stała się ukoronowaniem jednej z najdłuższych wypraw i jak widać, najmniej udanych. Czy wyciągnie z tego wnioski, czy może za miesiąc znowu się spakuje?
Tego nikt nie wiedział. Nie doszła, niestety, jaki był powód emocjonalnej niedojrzałości syna. Czego wyrazem były podejmowane i po chwili zarzucane pomysły. Co się stało, że nie potrafił odnaleźć miejsca, gdzie mógłby osiągnąć wewnętrzny spokój.
- W zasadzie mogłabym przyjechać. - Zaskoczyła samą siebie. Dobrze wiedziała, ile ją ta podróż będzie kosztować. - Jesteś w stanie podać mi termin? - spytała. - Żebym na tym Gargano nie czekała na ciebie bez końca?
- Myślę, że tak. - Ożywił się. - Niemiec chce wypłynąć jutro, jeśli będą odpowiednie warunki - mówił podniecony. - Godziny nie mogę gwarantować, tutaj jest specyficzna pogoda. Czasami nie da się odbić od wyspy z powodu złych wiatrów. Ale prognozy są dobre, powinno się udać. Na Gargano będziemy za cztery dni - dokończył z ulgą i z głębokim westchnieniem.
- Matko, dziecko, za cztery dni - była przerażona.
- Zdążysz, tylko musiałabyś wyjechać jutro.
- Jutro! Ja nawet nie pamiętam, gdzie ojciec trzyma paszporty. - Była w szoku, ale nie tylko z powodów organizacyjnych. Coś jeszcze było nie tak. Zazwyczaj w rozmowach syn bywał buńczuczny. Tym razem wyczuła w jego głosie niepodobną do niego pokorę. Była pewna, że ma dla niej coś jeszcze w zanadrzu.
- Miałem żółtaczkę - wymamrotał w końcu.
Struchlała. A jednak. Nie myliła jej matczyna intuicja.
- Żółtaczkę? - spytała, próbując zachować spokój.
- Tak, ale nie martw się - uprzedził, czując, że matka jest w lekkim szoku. - Tylko tę zwykłą, pokarmową. Jadłem byle co, pewnie gdzieś złapałem. Jestem już zdrowy - pospieszył z wyjaśnieniem. - To było jakiś czas temu. Ten Niemiec mi pomógł, opłacił całe leczenie i zabrał mnie ze sobą. Jestem już zdrowy, nie martw się - powtórzył. - Tylko słaby. Sam nie dam rady przyjechać i do tego nie mam już za co. Nie chcę, żeby on dalej za mnie płacił.
Zacisnęła powieki, czuła, że się rozpłacze.
- Więc dobrze, skoro tak, to chyba nie mam wyjścia - powiedziała całkiem spokojnie. - Uzgodnijmy szczegóły. Dokładne miejsce i dzień. Muszę to sobie dobrze zaplanować.
*
Nad miasteczkiem na dobre wstawał dzień. Ludzie otwierali sklepy, włączali radia, z okien sączyły się włoskie melodie. Uliczki wiły się, przechodząc w wąskie, strome schody, prowadzące na małe placyki wykładane kamieniem. Bramy, z zewnątrz niechlujne i stare, skrywały urocze podwórka obrośnięte bluszczem, rzeźby przy starych studniach, fontanny. W donicach rosły małe drzewka, kwitnące nawet o tej porze roku. Przyglądała się wejściu do jednego z domów. Drzwi obramowano kiedyś kamieniem, a zdobiące go subtelne płaskorzeźby przedstawiały splecione ze sobą ciała kobiet. Powyżej sterczały zniszczone ściany dawnego pałacu, resztki świetności rodu, którego godło było wyryte na ścianie: twarz o rysach drapieżnego ptaka, wypukłe oczy w oprawie grubych brwi i lekko cofnięty podbródek. Nad głową tarcza i miecz. Strzępy murów porastały wypłowiałe trawy i bluszcz.
Niektóre wejścia prowadziły prosto do klatek schodowych wyłożonych płytkami z piaskowca, czasem z alabastru. W klatkach motory, skutery.
Zatrzymała się pod starym kościołem, nieco mniejszym od tego na rynku. Do wnętrza prowadziło kilkanaście kamiennych stopni. Wszystkie wygładzone, z wyraźnym wgłębieniem, wydeptywanym zapewne latami przez wiernych. Postanowiła zajrzeć do środka. Drewniane, okute drzwi na kilka sekund wpuściły trochę światła. Weszła pomiędzy rzędy ławek i poczuła się jak na innej planecie. Usiadła skulona, bo cisza i mrok wyzwoliły w niej lęk. Oparła plecy, a wtedy przeszył ją ból. Nie żeby nosiła na plecach kilogramy zmartwień, to było raczej poczucie przygnębienia, jakby miała serce zamknięte w ciasnej klatce. Zaczęła dygotać. Myśl o tym, co się jeszcze zdarzy, przerażała, bo już samo tu i teraz było straszne. Myślała, że tego, co mogłoby przynieść radość i ulgę, chyba już nie doczeka.
Przejechała wiele kilometrów i mimo że dotarła na czas i w zasadzie nie było się już czym martwić, czuła narastające napięcie. W miejsce poprzednich obaw pojawiały się następne. Wykluwały się w głowie jak na zawołanie, jedna gorsza od drugiej. Miała nadzieję, że to koniec problemów, że najgorsze ma już za sobą, a jak będzie, czas pokaże. Wprawdzie ustąpił strach, że nawali, że zgubi drogę, rozbije samochód, zaśnie za kierownicą, lecz w zamian przepełniała ją troska o syna. Co będzie, w jakim stanie go odbierze, czy jest bardzo chory, wychudły, wystraszony. A może ukrywa przed nią kolejne niespodzianki. Co przygotował przerażonej matce u kresu tej podróży.
Jak trudno odgonić zmory, wspomnienia przeżytych wcześniej rozczarowań związanych z synem. Rozkleiła się po raz setny i korzystając z samotności, pozwoliła sobie na łzy, a nawet na głośne chlipanie. Płacz zazwyczaj pomagał. Stary, dobry sposób, wentyl, który zawsze przynosił ulgę. Chusteczkę miała w pogotowiu. Często się przydawała, więc i tym razem mogła spokojnie się w nią wysmarkać.
Kiedy wyszła na zewnątrz, słońce zalewało już ulice. Ten krótki przystanek w kościelnym zaciszu miał chyba jakiś sens, chociaż wcale się nie modliła. Nie umiała się modlić, ale może samo otoczenie było jak modlitwa, jak przejście w inny wymiar. Odetchnęła głęboko, było dobrze, rozejrzała się, bo nagle straciła poczucie kierunku. Nie poznawała miejsca. To jej się często zdarzało. Szła przed siebie, nie pamiętając drogi. Kiedy myśli goniły jedna za drugą, traciła orientację.
Niespodziewanie znalazła się na skraju skalistego zbocza, w miejscu, którego wcześniej nie zauważyła. Poniżej było zejście schodami w kierunku plaży. Dotykała wilgotnych kamieni ułożonych w nieregularny murek i patrzyła na bezkres Adriatyku, z którego jak morska piana wyłaniały się wapienne skały półwyspu z jednej strony i mury miasta z drugiej.
Widok był wspaniały. Patrzyła na wyrastające z wody zbocza, fasady domów w kolorze jasnego różu i rozbielonej ochry. Zza kolejnej skały, którą minęła, wyłoniła się, jak maszt okrętu, latarnia morska. W gruncie rzeczy nic specjalnego, po prostu smukły domek z oknem na szczycie, ze wszystkich stron otoczony wodą. Miejsce i wyjątkowa pora tworzyły jednak klimat. Do skały, na której stała, była przycumowana łódka, prawdopodobnie środek lokomocji latarnika. Ciekawe, jak czuje się człowiek zawieszony w kamiennej wieży otoczonej ze wszystkich stron wodą.
Do molo prowadził chodnik wzdłuż metalowych barierek, w dole szalało morze. Idąc tam, miała nadzieję, że nikogo na miejscu nie zastanie. W pewnym sensie było to odludzie, w każdym razie o tej porze roku, a tym bardziej wczesnym rankiem. Latem z pewnością kręciły się tam tłumy, latarnia morska była w końcu miejscową atrakcją.
A jednak zobaczyła samotnego mężczyznę. Scenariusz jak z melodramatu. W pierwszej chwili chciała się cofnąć. Mogła to jeszcze zrobić. Nie miała ochoty na włoskie buongiorno. Wycofa się, póki czas, trudno było jednak iść bezszelestnie. Drgnął na dźwięk jej kroków, lecz nie odwrócił głowy. Stał tyłem, z lewą rękę wspartą na barierce, pochylony w kierunku wody.
Poczuła chłód, miała przemoczone buty. Nie zwróciła na to uwagi, a przecież morska bryza moczyła nie tylko kamienie. Dochodziła dziewiąta. Zostały jeszcze trzy godziny. Zerknęła ostrożnie na stojącego obok mężczyznę. Wpasował się w krajobraz - nieruchomy, pochylony, milczący. Ciekawe, na co patrzył i czego szukał w srebrnoszarej dali. Jest stąd? Wraca z nocnej zmiany czy idzie do biura? A może jest dentystą albo listonoszem, kierowcą i została mu jeszcze chwila, zanim wyruszy w trasę. Ona to co innego, była tu przybyszem, poniekąd turystą. Miała czas na odpoczynek i na chwilę zadumy, choć okoliczności nie miały w sobie nic z beztroski, jaka towarzyszy ludziom na urlopie, kiedy myśli się tylko o tym, w jaki sposób wypełnić czas i uprzyjemnić pobyt.
Zmarzła, i te buty... Nie było sensu tak stać. Zaciągnęła pod szyję zamek kusego płaszcza i podniosła kołnierz. Paskudny wiatr targał włosy i usiłował porwać jej szalik. Ruszyła przed siebie, licząc na to, że pośród domów będzie cieplej. Wróciła tą samą drogą. Gdy szła po schodach w górę, ku miastu, czuła na plecach spojrzenie, aż bała się spojrzeć za siebie. Kto się ogląda, zmienia się w kamień, wiadomo.
Wszystkie uliczki wydawały się takie podobne. Wybrała pierwszą z brzegu i ruszyła przed siebie, wypatrując wieżyczki kościoła. Urok włoskiego miasteczka wynagradzał trudy podróży. Podziwiała majaczące w oddali mury budowli przypominającej stary zamek, a może dawną warownię. Zagłębiała się w ciasne uliczki przechodzące w wąskie przesmyki między budynkami. W jednym z zaułków natknęła się na kamień. Z ustawionych obok tabliczek dowiedziała się, że to "gorzki kamień", leżący tutaj od dawna ku czci ofiar najazdów tatarskich w szesnastym wieku. W końcu zauważyła, że chodzi w kółko. Od czasu do czasu wracała w to samo miejsce, patrzyła na te same wystawy. Piekarnie były już czynne i tam kręciło się najwięcej osób. Wchodziła śmiało do pustych butików, porównując towary. Ubrania, na które zwracała uwagę, przypominały te, które widywała w niemieckich sklepach, a jednak coś je różniło. Były lżejsze, półprzezroczyste, jakby mimo zimy utkane dla gorących włoskich kobiet, a nie zdecydowanych i głośnych Niemek. Mniej wisiało mundurków i plisowanych spódnic, więcej marszczeń, barw i kwiatów. Zachwycił ją fioletowy szalik. Leżał na wystawie, minęła go, idąc ulicą. Był naprawdę piękny i zapewne ciepły, właściwie powinna go kupić, dobrze byłoby wtulić się w coś miłego. Fiolet, symbol władzy i wielkoduszności, a przede wszystkim siły - dobrze jej było w tym kolorze. Cofnęła się i weszła do środka. Pokazała szalik ekspedientce. Pasował do płaszcza, poza tym ożywiał smutny odcień cery. Stanęła przed lustrem, podobała się sobie w tym fiolecie. Niestety, cena szybko ostudziła zapały. Szalik był za drogi, nie przygotowała się na większe wydatki oprócz niezbędnych, związanych z noclegiem i powrotem do domu. Miała przy sobie trochę pieniędzy, ale niewiele. Nie chciała używać karty bankomatowej, Włosi zresztą i tak podobno wolą gotówkę.
Sklep był niewielki, kilka metrów kwadratowych powierzchni i duże okno z wystawą. Spojrzała przez szybę na zewnątrz. Zobaczyła mężczyznę, którego spotkała na molo. Stał i patrzył prosto na nią. Oddzielała ich zaledwie tafla szkła. Poznała go po sylwetce. Teraz mogła spojrzeć mu w twarz.
W pierwszej chwili poczuła strach. Wychodząc ze sklepu, spuściła wzrok i mocniej chwyciła torebkę. Na karcie, którą zabrała z domu, miała sporo pieniędzy. Tyle słyszała o złodziejach czyhających na naiwne, nieuważne kobiety. Gdyby straciła torebkę, w której miała pieniądze i dokumenty, nie mówiąc o kluczykach do samochodu i telefonie, zostałaby z niczym. Przyspieszyła kroku. Czuła, że panikuje, że daje się ponieść wyobraźni. Złodzieje wybierają raczej inne pory dnia i rano leżą jeszcze w łóżkach, no ale była tu przecież sama. Można ją było zaciągnąć w jakiś zaułek i nikt by się nie zorientował.
Właśnie mijała kolejną piekarnię. Postanowiła, że zajdzie. W środku będzie bezpieczna. Kupiła słodką bułkę i mały rogalik. Spojrzała ukradkiem na chodnik. Przed sklepem nie było nikogo. Ani obok, ani po drugiej stronie ulicy. Wpadam w paranoję, stwierdziła.
Bułka rozpływała się w ustach, rogalik przyjemnie chrupał. Zjadła łapczywie, chętnie oblizałaby palce. Rozejrzała się, czy nikt nie patrzy.
Ulica była pusta. Szła już tędy wcześniej, poznała to miejsce, schody też były znajome. Donice z pelargoniami, rower, który wrósł w krzaki przy starej studni, widok na skwer, znów schody, w oddali rynek z kościołem i kawiarnia. Pomyślała, że drogę jej wędrówki wyznaczały zapachy. Przełknęła z żalem ostatni kęs rogala i postanowiła odpocząć. Buty wciąż były lekko wilgotne. Wyschną w cieple. Musi się trochę ogarnąć i przede wszystkim umyć ręce, lepiące się teraz od cukru.
W środku sami mężczyźni, trudno się było oswoić z takim widokiem. Tam, gdzie mieszkała, o tej porze w kawiarniach spotykało się zazwyczaj kobiety.
Toaletę znalazła w piwnicy. Parę schodków w dół, a potem kilka kroków ciemnym korytarzem. I znów prowadził ją zapach. Nie było zbyt czysto.
Na szczęście w środku znalazły się umywalka, mydło i ciepła woda. Wyjęła grzebień i szybko uporała się z włosami, sterczały na wszystkie strony. Ręce musiała wytrzeć własnymi chusteczkami. Papieru nie było. Najszybciej, jak mogła, wróciła na górę. Zapach kawy był zdecydowanie przyjemniejszy.
- Podwójne espresso - powiedziała do człowieka za ladą. Akurat na nią spojrzał. Uniosła w górę dwa palce, na szczęście zrozumiał. Zrobił zgrabny półobrót i zdjął z półeczki wąską filiżankę. Ekspres sapnął, nabierając pary, po czym ciężko wypluł z siebie czarny płyn.
- C'e un tavolo. - Mężczyzna wskazał jedyny wolny stolik.
Posłusznie zajęła miejsce przy oknie. Wzięła głęboki wdech, po czym dla równowagi zrobiła mocny wydech. Powtórzyła to kilkakrotnie. Zwątpienie wyciekało z niej cienką strużką. Będzie dobrze, musi być dobrze. Bardzo chciała zatrzymać chwilę tej nieusprawiedliwionej pewności. Kawa postawi ją na nogi.
Zwiotczała ze zmęczenia, czuła na twarzy wypieki, pewnie to wina wiatru. Pozorny spokój okupiła wewnętrznym drżeniem. Trochę nią telepało, czuła też miękkość w kolanach. Tak, to dla niej typowe: bohaterka na pokaz, a w środku strzępek nerwów. Kolejna kawa podniesie ciśnienie, a może powinna wypić coś z procentami? Przypomniała sobie herbatę z prądem. Pijało się taką w niedogrzanym akademiku w czasie studiów. Uśmiechnęła się, przymykając oczy. Siedziała, a serce jeszcze przez chwilę wystukiwało rytm kroków, potem powoli zwolniło tempo. Obok krzątał się sprzedawca, słyszała dźwięk łyżeczki uderzającej o spodek i czuła zapach, który skojarzył jej się nagle z domem, a może bardziej ze sklepem, w którym pracowała. Miała w nim dobry ekspres, który został w spadku po dawnej właścicielce.
Podziękowała mężczyźnie po polsku. Zrozumiał, uśmiechnął się w odpowiedzi. Chwilę potem spojrzała przez okno. Coś się poruszyło, postać, która już po raz trzeci tego dnia pojawiła się w zasięgu jej wzroku. Drugą stroną ulicy szedł mężczyzna, którego spotkała przed chwilą przed sklepem, a wcześniej na molo. Przeszedł na przeciwległy chodnik i szybkim krokiem zmierzał w kierunku kawiarni. Tym razem miała przewagę. Mogła się dokładnie przyjrzeć zza szyby swemu prześladowcy. Mimo zimna szedł w samej koszuli, z kurtką przerzuconą przez ramię i z plecakiem na drugim. Widać Vieste to naprawdę małe miasteczko. Trudno było nie deptać sobie po piętach. Pierwotny strach minął. Mężczyzna wyglądał zwyczajnie, żaden tam złodziej, jak jej się poprzednio zdawało. Po prostu przechodzień albo podróżny, który, jak ona, chciał się napić kawy.
Nie wyglądał na tutejszego. Cień, jaki rzucał, rozlał się na kamiennym podeście. Wtedy na nią spojrzał. Może wyczuł jej wzrok, może kątem oka dostrzegł plamę jej twarzy po drugiej stronie szyby. Odsunęła się odruchowo.
Zanim wszedł do środka, z jakimś dziwnym natręctwem długo obstukiwał buty. Uliczki Vieste były wyłożone białym kamieniem, buty po wizycie na molo mogły być więc co najwyżej mokre. Ludzie mają różne fobie, pomyślała, patrząc, jak próbuje oczyścić obuwie z niewidzialnego błota. Czy to mogło coś znaczyć? Jej mąż pewnie by wiedział. Był psychologiem, lubił oceniać innych po zachowaniu, a później komentować. To ją w nim drażniło. Z czasem przywykła, a nawet przejęła od niego ten zwyczaj, w myśl przysłowia "Z kim przystajesz, takim się stajesz". Próbowała z tym walczyć, jednak ocenianie weszło jej w krew, poza tym z wykształcenia też była psychologiem i choć od lat nie pracowała w zawodzie, to i ona potrafiła na podstawie zachowania, czasem wyrazu twarzy rozszyfrować człowieka.
W nieznajomym dostrzegła coś swojskiego, jakiś rys, spojrzenie, gest, jakie spotyka się pod tą samą szerokością geograficzną. Kiedy była mała, lubiła machać przez okno pociągu do ludzi stojących na peronach. Jeździło się wtedy pociągami, niewielu dysponowało własnym samochodem. Mogłaby teraz do niego pomachać jak do kogoś, kogo widzi się na peronie lub w pociągu.
Mężczyzna nie wyróżniał się niczym szczególnym, po prostu zwykły przechodzień, a jednak nie pasował do tej włoskiej kawiarni i pozostałych siedzących przy stolikach mężczyzn. Odprowadziła go wzrokiem do samego baru i dalej analizowała szczegóły, gest, uśmiech. Znów spojrzała na buty, nazbyt sportowe w stosunku do reszty, ale w sam raz do plecaka, do tego rozpięta koszula, a na szyi bandanka w esy-floresy. Włosy miał przyprószone siwizną, więc może w środku ukrywało się wiecznie młode ego? Luzak lub elegancik, który udaje luzaka. Obserwowała, jak zamawiał, a potem, jak płacił. Mówił do barmana przyciszonym głosem, ale po włosku. Ten fakt ją rozczarował. Przywiązała się już do myśli, że może być Polakiem. Barman pokazywał coś w karcie, kiwał przecząco głową, potem przytaknął. Obserwowanie było frapujące. Nie dało się jednak podsłuchać, o czym rozmawiają, w lokalu panował hałas.
Mężczyzna wyjął z kieszeni portfel, odliczył banknoty, a potem odwrócił się w stronę sali i przebiegł wzrokiem po najbliższych stolikach. Spuściła wzrok, kiedy zatrzymał spojrzenie na wolnym krześle, które stało obok niej pod oknem. Zastygł w dziwnej pozie, trzymając w jednej ręce filiżankę z parującą kawą, w drugiej talerz z kanapką. Kurtka i plecak wisiały na przedramieniu. Spojrzenie miał natrętne, przykleiło się do niej jak papierek po lepkiej landrynce.
- Zdaje się, że obok jest wolne miejsce? - zapytał po polsku i zrobił krok w stronę stolika, przy którym siedziała.
Nie była zaskoczona, miała przeczucie, w sumie była pewna, że ją zaczepi.
- Miejsce jest wolne, ale stolik zajęty - powiedziała stanowczo. To że Polak, nie znaczy, że przyjaciel, pomyślała. Rzuciła mu jedno ze swoich mrocznych spojrzeń. Nie potrafiła teraz myśleć o niczym poza sytuacją, w związku z którą przyjechała. Zajmować się konwersacją, uprzejmościami? Tylko nie to. Rozmowa mogłaby przecież zagłuszyć dźwięk dzwonka telefonu, odciągnąć jej uwagę od misji.
- Czy mimo to mogę się dosiąść? Nie sprawię kłopotu. Wypiję kawę, zjem kanapkę i już mnie nie ma. - Mówił spokojnie i patrzył z rozbawieniem, jak niepotrzebnie się ciska. - To nie jest podryw - powiedział spokojnie i pojednawczo. Stał i ani myślał ustąpić. - Po prostu miło mi będzie posiedzieć przy stole z rodaczką. Nie mylę się, prawda? - zapytał łagodnie.
- Bawi się pan w jasnowidza czy może mam polskość wypisaną na twarzy? - zapytała, przełykając ślinę. Chciała być grzeczna, przynajmniej próbowała, coś jednak zmieniało jej słowa w niechętne i wrogie.
- Jasnowidzem nie, ale widziałem panią przed chwilą w sklepie, a wcześniej na molo. - Patrzył jej w oczy bez cienia skrępowania. Gdzieś zniknął wyraz łagodności, który wcześniej dostrzegła. Teraz miał oczy przenikliwe i bezczelne. Byłoby lepiej, gdyby zostawił ją w spokoju. Nie znosiła tego typu mężczyzn, pewnych siebie, aroganckich, a zaraz potem wylewnie przyjaznych. Z takimi trzeba ostrożnie. Co prawda Polak na obczyźnie zawsze może się przydać, taki jednak, który szuka zbłąkanej owieczki, to jednak ryzyko.
- Na płaszczu ma pani logo Mody Polskiej - zauważył. - Moja żona ma podobny na kurtce - nadmienił. - Miło jest spotkać rodaczkę tak daleko od domu, a tym bardziej wypić z nią kawę. Więc mogę? - powtórzył pytanie i zanim otrzymał odpowiedź, stawiał już na stoliku talerzyk.
- Tak, proszę - tym razem wyraziła zgodę. Zaskoczył ją, nie wiedziała, jak się zachować. Ciuchy z Mody Polskiej rzucały się w oczy, były jednymi z niewielu dowodów na to, że również w Polsce można od czasu do czasu kupić coś ładnego i w dobrym gatunku. Płaszcz zdobyła kilka lat wcześniej, ale ciągle nosiła. Wtedy kupowało się bez przymierzania, kto pierwszy, ten lepszy, a potem, jeśli ubranie nie było idealnie dopasowane, przerabiało się je trochę. Z jej płaszczem było podobnie. Weszła do sklepu z samego rana, zaraz po otwarciu. Płaszcz jakby na nią czekał. Mały rozmiar - zawsze była drobna - komuś nie pasował i został. Jedynie rękawy musiała wydłużyć, były niepraktyczne, takie trzy czwarte, ni to, ni owo. Została jej gabardyna z kostiumu, który szyła na absolutorium córki, pasowała jak ulał. Krawcowa doszyła tylko mankiety.
- Markowe ubrania bywają niezniszczalne - kontynuował, odsuwając krzesło, przez które wcześniej przewiesił kurtkę. Plecak postawił obok, na ziemi.
- Płaszcz ma swoje lata, lubię go i ciągle noszę - stwierdziła. - Kupiłam go, kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce - powiedziała i natychmiast ugryzła się w język, nie miała zamiaru zwierzać się nieznajomemu.
- O, to szkoda, myślałem, że mi pani trochę opowie o kraju. Ja też już dawno wyemigrowałem. Tak mi się ułożyło - powiedział i zamilkł na chwilę, jakby czekał na jej reakcję.
Popijał kawę i połykał łapczywie kanapkę. Ona tymczasem patrzyła w okno i milczała. Przypomniała sobie rodzinny dom w Polsce, ulicę, na której stał ich blok. Przypomniała sobie miasto. Zatęskniła do tych bloków, do śmiesznych pawilonów Społem, pedeciaków, chodników wyłożonych trylinką i popękanych asfaltów. No ale to nie jego sprawa. Nie zamierzała opowiadać o tęsknocie za krajem. Wcale nie miała ochoty na rozmowę.
- Przepraszam, że tak zaczepiam - kontynuował. - Po prostu przez chwilę miałem wrażenie, że chyba skądś się znamy. Na molo już pani sylwetka wydała mi się znajoma. Teraz widzę, że chyba się myliłem, ale być może spotkaliśmy się gdzieś przelotnie, w dawnych czasach oczywiście. Jesteśmy chyba w podobnym wieku, tak mi się przynajmniej wydaje. Więc może kiedyś, w szkole albo na studiach, mijaliśmy się na korytarzach. Czasem zapamięta się twarz i wystarczy - nie dawał za wygraną.
Joanna czuła, że jej nie odpuści.
- Wyjechałam trzynaście lat temu, więc to raczej niemożliwe. Od tego czasu mieszkam w Niemczech - odezwała się w końcu. Powiedziała to bardziej z grzeczności niż z potrzeby. Myślała sobie, że sytuacja jest dosyć sztuczna, konwersacja na siłę, a te narodowe wyznania żałosne i niepotrzebne. Otworzyła torebkę, udawała, że czegoś szuka. Przekładała z miejsca na miejsce a to portfel, a to telefon, w końcu wyjęła paczkę chusteczek i zaczęła się szarpać z przylepcem, który jak na złość nie chciał się oderwać od sztywnej folii. - Trochę się nas rozjechało po świecie - dodała.
- Rzeczywiście wielu wtedy wyemigrowało. Ja uciekałem przez Węgry, zanim ogłoszono stan wojenny. A pani?
- Mąż dostał etat na uniwersytecie w Essen, miał takie możliwości. Dzięki niemu mogliśmy wyjechać legalnie - wyjaśniła trochę z wyższością. Zataiła, że na ich korzyść zadziałały jakieś rodzinne koneksje i powiązania z krajem nad Renem. Zauważyła, że mężczyzna się uśmiecha, i nagle poczuła się głupio. - Ale wielu z naszych znajomych wybrało drogę przez obozy dla uchodźców w Austrii i w Niemczech - poprawiła się.
- Później w Budapeszcie przyłączyłem się do grupy węgierskich geologów i wyjechałem z nimi do Austrii - wyznał bez pytania.
- Kiedyś do Austrii jechało się na przymusowe roboty - stwierdziła trochę bez sensu.
- Ano, nie pierwszy i nie ostatni raz ludy wędrują w poszukiwaniu lepszego życia.
- W Polsce sporo się zmieniło na lepsze.
- Żałuje pani? Tęskni pani za Polską? - zapytał jakoś tak miękko, z nutą melancholii.
- Czasami - przyznała. Stwierdziła, że dotąd nie analizowała swojej sytuacji pod kątem tęsknoty. Raczej czuje, że jest szczęściarą. Może w Polsce idzie ku lepszemu, ale daleko jeszcze do dobrobytu. - Spotkało się dwoje Polaków, żadne z nich nie mieszka jednak w Polsce. Smutna statystyka - stwierdziła pojednawczo, wracając do przerwanej rozmowy.
- No właśnie - przytaknął. - Wielka szkoda, chętnie posłuchałbym wieści z pierwszej ręki.
Ryzykował, zwierzając się obcej kobiecie, a może tylko zmyślał. To było spontaniczne czy zaplanowane? Mimo że stan wojenny odszedł już do historii i trochę w zapomnienie, to o wielu rzeczach po prostu się nie mówi. Nauczyła się tego i nie bez powodu bała się mówić szczerze. Od dziecka życie uczyło ją konspiracji, a strach wciąż krążył w krwiobiegu. Jeszcze teraz czuje cierpki oddech agentów bezpieki. Nawet w Niemczech i tutaj, na włoskiej ziemi, w kraju, w którym ludzie od wielu lat żyją w poczuciu wolności, ogląda się za siebie.
Siedząc na wprost obcego mężczyzny, zastanawiała się, o co mu właściwie chodzi. W głowie miała dwie wersje, lepsza była taka, że chciał porozmawiać z rodaczką, druga, mniej optymistyczna, że ma w stosunku do niej niecne zamiary. Jak się powinna zachować? Może po prostu wstać i wyjść. Powie, że musi wracać, a krótkie "do widzenia" załatwi sprawę. To takie proste.
- Zastanawiam się, czy powinnam z panem rozmawiać. Nie znamy się, pan mnie wypytuje, ja odpowiadam, chociaż nie mam na to ochoty - powiedziała, postanowiwszy, że nie będzie owijać w bawełnę i silić się na grzeczność.
- To znaczy, że powinienem poszukać sobie innego stolika? O, właśnie jeden się zwolnił. - Wskazał stolik przy barze.
- Tak to można ująć - odcięła się. Odkryła nagle, że w mężczyźnie było to coś, czego nie dało się zdefiniować, coś bezczelnego, a jednocześnie sympatycznego, z niebezpieczną mocą przyciągania. Pewien rodzaj ludzi ma taką moc, a raczej talent, zdolność manipulacji, i jest w stanie nabrać każdego.
Uśmiechnęła się do swoich myśli. Nie ze mną te numery. W jej dość skomplikowanym życiu nie ma miejsca na ryzyko.
Chwilę pili w milczeniu. To nie był odpowiedni czas na zawieranie znajomości, a tym bardziej takich o sporej dawce ryzyka. Kiedyś, gdy była młodsza, imponowało jej, gdy jakiś mężczyzna próbował ją podrywać, od czasu jednak, gdy opuściła Polskę, przestało jej na tym zależeć. Próżność zdominowały w niej problemy egzystencjalne. Troska o dzieci, pracę. Dom, nim zaczął jakoś funkcjonować, kosztował ją wiele trudu. Zdobywanie szacunku w kraju, którego wcześniej nigdy nie lubiła - to wszystko odebrało jej cały seksapil. Nie tylko to zresztą. Niemcy to nie jest kraj dla romantycznych kobiet. Tu, we Włoszech, nawet zimą mogłaby znowu poczuć się sobą, z jednej strony zamierzała więc zakończyć tę głupią rozmowę, z drugiej coś ją jednak od tego powstrzymywało. Zrugała się za te myśli. Miała przecież jeszcze trochę czasu. A co było lepsze: chodzenie bez celu po obcym mieście czy dość dziwacznie zachowujący się adorator rodem z ojczyzny?
Zerkała na niego ukradkiem. To było dziwne spotkanie, miejsce dość egzotyczne i nie najlepszy czas. Przy okazji zauważyła, że Polak Polaka wypatrzy na końcu świata. Pamiętała, jak w latach dziewięćdziesiątych wypatrywała znajomych twarzy na ulicach Essen. Ileż to razy obcy człowiek wydawał jej się kimś, kogo znała z Polski. Szukała polskich rysów w twarzach mieszkańców całkiem obcego miasta. Wyławiała polskie słowa w sklepach i na ulicy. Polaków spotykało się wtedy bardzo często, uciekinierów od polskiej biedy, emigrantów szukających nowych możliwości i lepszego startu.
Odpłynęła myślami daleko, jakby znów była w podobnej sytuacji, obca w obcym miejscu, przestraszona i zagubiona. Dopiero po chwili zauważyła, że towarzysz, z którym siedzi przy stoliku, coś do niej mówi. Mówił, lecz warkot ekspresu mielącego bez przerwy kawę zagłuszał jego słowa. Usłyszała tylko końcówkę zdania, a może jego początek, który bardzo ją zdziwił.
- Urodziłem się w Lublinie...
Zaskoczył ją tym wyznaniem. Czy opowiadał jej o swoim życiu? Niemożliwe, to byłoby raczej śmieszne. Co innego zaczepka, przypadkowa rozmowa, ale żeby podawać swoje miejsce urodzenia? Zirytował ją i przez to unicestwił ten okruch sympatii i zaufania, który się w niej narodził.
- Przepraszam - przerwała mu w pół zdania. - Spowiedź i wymiana adresów nie wchodzi w rachubę.
- Spowiedź... broń Boże.
Rozśmieszyła go.
- Nie jestem wcale ciekawa.
- Trzeba mnie było nie zapraszać do stolika - zażartował.
- Zapytał pan, czy wolne. Było wolne, ale nie było zaproszenia, a już na pewno wymiany wizytówek w planie. - Podniosła filiżankę i szybko dopiła kawę. - W sumie to już skończyłam. Czas na mnie. - Chwyciła torebkę i odsunęła krzesło. Zrobiła to głośno, zbyt głośno. Poczuła się niekomfortowo, widząc, jak ludzie na nią patrzą. - Przepraszam. - Zreflektowała się w jednej chwili i szybko usiadła. Chwilę patrzyła na swoje ręce i trochę brudne paznokcie. - Załóżmy, że autentycznie chciał pan po prostu pogadać, a ja nie miałam ochoty. Razi mnie ta bezpośredniość, to nie w moim stylu. Więc zostanę tu jeszcze chwilę, żeby nie robić sensacji, a potem wstanę i bardzo spokojnie wyjdę. - Powiedziała stanowczo i nieco głośniej, niż wymagała tego sytuacja.
- Bardzo pani zasadnicza. - Znów się uśmiechnął, wyglądał na takiego, po kim wszystko spływa jak woda po kaczce. - Przecież to tylko rozmowa. Nie mam prawa opowiadać o sobie? Ludzie czasami chętnie zwierzają się obcym.
- A potem ja coś o sobie, a jeszcze później kilka bliższych danych, i tak dalej, i tak dalej.
- No nie, czyżbym wyglądał na oszusta matrymonialnego? Bo zdaje się, że właśnie to pani sugeruje.
- Zaraz tam matrymonialnego. - Zawstydziła się. - Jest pan po prostu irytujący i tyle.
- O mój Boże! Aż tak ze mną źle? W życiu bym nie przypuszczał. Zawsze myślałem, że mam dość sympatyczny wyraz twarzy i raczej przyjazne usposobienie.
Zacisnęła wargi. Gdyby tylko potrafiła znaleźć odpowiednie słowo, jakąś szybką ripostę.
- Jestem innego zdania - zdołała tylko z siebie wydusić.
- Straszenie i irytowanie nie jest moim sposobem zawierania znajomości.
- Kto wie, tego nie da się sprawdzić w pięć minut. - Zmierzyła go wzrokiem. Czuła, że spojrzenie ma zimne jak lód. - Wychodzę - wyjaśniła krótko.
- Szkoda, zamówiłem dla nas orzeszki - kpił w żywe oczy.
Miała naprawdę dość tej szczeniackiej rozmowy. Chciała zapłacić. Wyjęła z portfela kartę i nagle mocno zacisnęła ją w dłoni. Zauważył ten gest i roześmiał się ubawiony.
- No nie, to już chyba przesada. - Parsknął śmiechem.
Odsunęła się odruchowo. Sytuacja wydawała się irracjonalna. Czy tak zachowują się dorośli ludzie? Po prostu żenada. Zapłaci, wyjdzie i wróci do samochodu. A później odjedzie, żeby zaparkować gdzieś bliżej portu, byle dalej od tego miejsca.
- Za orzeszki bardzo dziękuję - powiedziała stanowczo. - Będzie pan musiał zjeść je beze mnie. Jestem umówiona, wychodzę. - Zerknęła na zegarek. Wtedy mężczyzna zrobił dziwny gest, jakby chciał ją zatrzymać, i powiedział coś, co ją zaskoczyło.
- Naprawdę nie poznajesz mnie czy tylko się zgrywasz? - Zmienił ton głosu, który teraz brzmiał jakoś ostrzej. Zaraz po tym wypowiedział jej imię.
- Nie rozumiem - stwierdziła zaskoczona.
Nigdy wcześniej nie spotkała tego człowieka, była pewna, więc cóż to za gra? Jeszcze chwila i wyrwie jej torebkę z ręki. Przełożyła ją szybko przez głowę i zawiesiła na lewym ramieniu. Wydawała się przerażona, miała ochotę wezwać pomoc. Boże, dlaczego wdała się w tę rozmowę. Mój Boże, spojrzała w niebo, czemuś mnie nie ostrzegł i poprowadził na to przeklęte molo. Już była pewna, że zawali to, w związku z czym przyjechała, że jak zacznie krzyczeć, to przyjedzie policja, zamkną ich, a w tym czasie Filip dopłynie i nie znajdzie jej na przystani. Andrzej miał rację. Po co się pcha z tą swoją pomocą, dlaczego tak łatwo daje się dzieciom owijać wokół palca.
Kątem oka dostrzegła, że ktoś z sali zbliża się w ich stronę. To ją otrzeźwiło. Nie chciała awantury. Chwila, chwila, szeptała w myślach. Histeria w tej sytuacji jest najmniej potrzebna. Musiała uspokoić masywnego młodzieńca, który przyszedł jej z pomocą. Nie zdążyła, natręt zrobił to pierwszy. Powiedział kilka słów po włosku i mężczyzna wrócił na miejsce. Rany, co jest grane? A może to plan filmowy i właśnie kręcą thriller? Rozejrzała się w miarę dyskretnie. Wszystko trwało kilkanaście sekund. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa i znowu usiadła, trzymając kurczowo ręce na torebce, jakby to miało w czymś pomóc. Wtedy zobaczyła, że i on siada i coś do niej szepcze.
- Kurczę, Joanna, nie poznajesz mnie? - Chwycił ją za rękaw. - Nie rób awantury, bo nas tu jeszcze zapuszkują.
Teraz był już poważny i wyraźnie zakłopotany. Nie zdawał sobie sprawy, że aż tak ją przestraszył. Chciał tylko pożartować. Jak mogła go nie poznać? On poznałby ją wszędzie. Przez jedną chwilę zwątpił. Czyżby się mylił? Minęło sporo czasu, od kiedy się widzieli. Nie, niemożliwe, te oczy poznałby wszędzie. Była odbiciem rzeczywistości, którą już dawno wykreślił z pamięci, ale jakże w tej chwili świeżym i żywym. Wszystko wróciło, a ona, tamta dziewczyna, wcale się nie zmieniła, może trochę przytyła - wtedy była chuda, chuda do przesady. I włosy miała inne, krótkie, z grzywką, a teraz dłuższe i dużo jaśniejsze.
- Masz na imię Joanna, tak? - stwierdził bardziej, niż zapytał. Zrezygnował z żartów, które kiedyś tak lubiła i którymi dawno temu ją uwiódł. Wtedy chwytała je w lot. Cóż, od tamtej pory minęło sporo lat. Ale teraz już nie, teraz była inna, zmienili się oboje.
- To jakaś pomyłka - powiedziała stanowczo. Na dźwięk swojego imienia poczuła nagły przypływ odwagi.
- Ciekawe, to skąd znałbym twoje imię. - Odbił piłeczkę, choć czuł, że wystarczy, że nie powinien już grać w tę niemądrą grę.
- Z mojej karty płatniczej - wystrzeliła, olśniona własną błyskotliwością. - Przeczytał pan moje imię i nazwisko, gdy wyjmowałam kartę z portfela.
- Ale na karcie z pewnością widnieje inne imię.
Zdębiała. Fakt, Joanna to było imię, którym się posługiwała. Formalnie miała na imię Jadwiga. Nie chciała, żeby w szkole wołali na nią Jadzia. Mało kto o tym wiedział. Nawet w dzienniku jakimś cudem, a może przez roztargnienie, wychowawczyni zapisała ją jako Joannę. Sprostowała przy wydawaniu świadectw, ale wówczas już wszyscy oswoili się z Joasią i tak pozostało do końca.
- Zgadza się - przyznała. - Inne, ale to nie zmienia faktu.
- Może nie zmienia, ale świadczy na moją korzyść. - Uśmiechnął się z przekąsem. - Może jednak spróbujemy się dogadać - zaproponował.
Zawahała się. Imię się zgadzało, ale czy to nie jest właśnie tak zaplanowane? Tacy jak on to wirtuozi w swoim fachu. Pomyślała, że właśnie w ten sposób zaczynają się horrory. Nie znosiła horrorów. Ofiara przeczuwa, że coś jest nie tak, a mimo to daje się zwabić oprawcy, chociaż wszystko w niej krzyczy, żeby tego nie robić. Skoro więc jest taka przewidująca, to dlaczego teraz nie odejdzie? To takie proste. Gubiła się w domysłach. Raz tak, a raz inaczej. Może jednak coś jest na rzeczy. Może jednak powinna go znać. Matko, skąd może wiedzieć, od lat nie była w kraju, tamte twarze dawno odeszły i prawie wszystkie już zapomniała. Ale jeśli to ktoś z przeszłości, a ona tak się szarpie? Głupia sprawa, bo rzeczywiście pojawił się jakiś nagły przebłysk pamięci. Musi zachować spokój, nie prowokować, ale nie ulegać, dopóki nie będzie miała pewności.
Zanim podjęła decyzję, nieznajomy mówił dalej.
- Pochodzę z Lublina, ale w Lublinie mieszkałem krótko. Kiedy odszedł mój tata, razem z mamą i starszą siostrą przenieśliśmy się do Poznania. Zamieszkaliśmy u dziadków, na Jeżycach. Mieli duży dom, więc...
- Mój Boże! - Jakby grom w nią trafił. Złapała się za głowę i zamarła z wrażenia. Zasłoniła oczy i aż bała się spojrzeć. Liceum, Poznań, Jeżyce... Marek. Jak mogła zapomnieć o Marku, pierwszej szkolnej miłości. O koledze i sympatii. No, może przesada z tą miłością, to za dużo powiedziane, raczej coś w rodzaju przyjaźni z odrobiną nadziei na coś więcej.
Marek - czy to możliwe? Zanim się poznali, mieszkał z mamą w Lublinie. Mój Boże, tyle się nasłuchała o kąpielach w zimnej Bystrzycy, o spływach kajakowych i ładnym domu z rzeźbioną werandą, o psie, którego kochał nad życie. Cztery lata, dzień w dzień, pokonywali tę samą drogę do szkoły. To wstyd, powinna była go rozpoznać ze względu na długie godziny spędzone na rozmowach o naprawianiu świata, narzekaniu na ciężki los ucznia i problemach z rodzicami. Takich rzeczy nie wolno zapominać. Próbowała przywołać obraz tamtego chłopaka. Spojrzała uważniej, szukała podobieństw - tak, to trochę Marek, a trochę nie. Teraz rozpoznała też głos. Ale wzrost, budowa ciała? Szpakowata czupryna? Pamiętała, że nie był zbyt wysoki, raczej przygarbiony, zawsze w dresach i z torbą, w której trzymał buty z kolcami. Każdego dnia chodził po południu kopać piłkę, a potem czekał na Joannę pod szkołą; brała wtedy dodatkowe lekcje z angielskiego.
Teraz był kimś innym. Nabrał ciała i stracił ten łuk na plecach. Miała przed sobą dobrze zbudowanego faceta o przyzwoitym wzroście. Pewnie dalej uprawiał jakiś sport, bo zauważyła pod koszulą umięśnione i mocne ramiona. Ten sam, a jakby całkiem inny. Mimo świetnego wyglądu twarz miał zmęczoną, postarzał się. Mój Boże, był kiedyś taki młody. To okropne, skrzywiła się odruchowo. No cóż, trzyma się dobrze, pewnie prowadzi aktywny styl życia, inaczej by tak nie wyglądał. Był o rok starszy, ich klasy sąsiadowały ze sobą przez ścianę. Raz kiblował i ostatnią klasę kończyli w tym samym czasie. No właśnie, przypomniała sobie, że ten kibel był zaskoczeniem. Mówiło się, że specjalnie zawalił chemię i naraził się dyrektorowi po jednej ze szkolnych akademii. Niektórzy uważali, że nie chciał wracać z matką do Lublina, koleżanki twierdziły jednak, że to ze względu na Joannę, żeby razem z nią zdawać maturę. Na zawsze pozostało tajemnicą, ile w tym było prawdy, a ile młodzieńczych domysłów. Nigdy tego nie sprawdziła, uznała, że to wymysły. Teraz spojrzała na niego skruszona.
- Długo to trwało. - Rozpromienił się, widząc reakcję. - Bałem się, że mnie pogonisz. Aż tak się zmieniłem?
- Bardzo - prawie krzyknęła. Czuła ulgę. Co tam ulgę! Czuła niemal radość. Ulgę, radość i zdziwienie, że się ten horror wreszcie skończył i wszystko się wyjaśniło. Od chwili, gdy wsiadła do samochodu w Essen, miała złe przeczucia, tymczasem nie sprawdził się ani jeden ze złych scenariuszy. Na autostradzie nie pomyliła się ani razu, zaliczyła bezbłędnie wszystkie zjazdy. Tylko raz się zgubiła, ale niegroźnie. Była przekonana, że drogi wyprowadzą ją gdzieś, skąd nie będzie umiała wrócić. Chyba przesadziła z tym brakiem wiary w siebie. Dojechała, można powiedzieć, bez problemów. Ale ta wpadka z Markiem, cyrk, który przed chwilą zrobiła, nie był nikomu potrzebny. Żeby do tego stopnia się pomylić i starego, dobrego kolegę potraktować jak przestępcę... Nie poznać go...
- Trochę przesadziłem z wygłupami - przyznał skruszony. - Nie chciałem cię przestraszyć. - Widział, że Joanna próbuje się pozbierać.
- Rzeczywiście to było głupie - stwierdziła, patrząc z niedowierzaniem na człowieka, który powinien być jej bliski, a przecież nie był. Nie potrafiła, nie umiała wykrzesać z siebie radości, ale naprawdę jej ulżyło. Powinna okazać szczere emocje z powodu spotkania. Nic z tego. Uśmiechała się z wysiłkiem, nadrabiała miną, skrępowana i rozbita.
- To tylko przedstawienie, taka zabawa. Myślałem, że moje wygłupy podziałają na ciebie jak dawniej, że to będzie taki znak rozpoznawczy. W życiu bym nie przypuszczał, że mnie nie poznasz.
Patrzyli na siebie z zaciekawieniem, jakby do końca nie byli pewni, że to naprawdę oni.
- Niesamowite. Niesamowite, że cię spotkałem - wyznał nagle wyraźnie wzruszony. - Przez pierwsze lata po maturze, kiedy nasze drogi tak nagle się rozeszły, ciągle o tobie myślałem. Szkoda, że nic nie wyszło z tej naszej znajomości. Rozjechaliśmy się w różne strony. Myślałem, że tylko na chwilę. Napisałem do ciebie.
- Tak, pamiętam - przyznała. - List przyszedł w wakacje, byłam w tym czasie na praktykach robotniczych. Potem zaczęły się studia, a wiadomo, jak czuje się przejęty student pierwszego roku.
- I nie odpisałaś. - Uśmiechnął się. Nie było w jego głosie pretensji. - A ja cały czas czekałem i myślałem o tobie.
- Ja też o tobie myślałam, przez pewien czas. Potem jakoś tak wyszło, że myślałam głównie o sobie. - Starała się mówić szczerze. Nie pamiętała nawet tego, gdzie chciał złożyć papiery. Wtedy tyle się działo, szybko zapomniała o miłym i wesołym chłopaku z Lublina.
- Jasne, rozumiem, sam byłem przejęty - mówił z zakłopotaniem. - To co? Zjesz ze mną zamówione orzeszki?
- Nie żartowałeś? - zapytała.
- Ani trochę.
- Niech będzie. - Przemogła się.
Kelner stukał filiżankami i od czasu do czasu spoglądał w ich kierunku. Dziwna para, obserwował ich od dłuższej chwili. Najpierw w konflikcie, a teraz pełna zgoda, nawet euforia. Zamówili u niego drugą kawę, orzeszki i kilka sztuk amaretti. Rozpoznawał język, osłuchał się, latem całe Vieste pełne było Polaków.
- Wybacz, jestem w szoku. - Joanna ciągle tłumaczyła się z wcześniejszego zachowania. - Takie nietypowe to nasze spotkanie, kto by przypuszczał.
- No widzisz, a ja poznałem ciebie natychmiast. Już twój chód wydał mi się znajomy, a jak zobaczyłem tę naszywkę na płaszczu, wiedziałem już, że jesteś z Polski i że nie może być pomyłki. Upewniłem się później w sklepie. Pamiętam, że miałaś kiedyś, jeszcze w szkole, fioletowy płaszcz, taki śmieszny, w kratkę, wyglądał jak uszyty z koca, twierdziłaś, że to szczyt mody. Widziałem, jak przymierzałaś szalik, taki fioletowy, i skojarzyłem. Twarz, płaszcz i fiolet.
- Rzeczywiście - przyznała mu rację. - Miałam taki płaszcz i był szczytem mody. Krawiec uszył go z pledu w szkocką kratkę. Nie był fioletowy, raczej granatowy, fioletowy był tylko kołnierzyk.
- Może i granatowy, mało znałem się na kolorach, do dziś mam z tym kłopot.
Słuchała zaskoczona. Było jej głupio, lecz dzielnie nadrabiała miną. W sumie sam był sobie winien. Gdyby od razu się przedstawił, zagadał jak człowiek, bez tego cyrku, który wcześniej odstawił, nie byłoby tej żenującej wymiany zdań.
- Minęło trzydzieści lat, a nawet trzydzieści dwa - sprecyzowała. - Aż trudno uwierzyć, że można mnie było poznać. Ty nie wyglądasz jak tamten chłopak. Przepraszam, jeśli cię uraziłam. Po prostu bardzo się zmieniłeś.
- Ale na lepsze czy na gorsze? - dopytywał Marek.
- Zdecydowanie na lepsze - uspokajała zmieszana. - Tylko ciągle, no wiesz, jakoś nie mogę ochłonąć.
- Rozumiem, w końcu to niezwykłe spotkanie. I uważam - dorzucił - że trzeba je jakoś uczcić. - Klepnął się w kolano wyraźnie zadowolony.
- Chyba oranżadą - zażartowała. - Jestem samochodem, ty pewnie też, więc odpadają toasty z procentami. Poza tym mam trochę mało czasu. - Zrobiła zmartwioną minę.
- A, no właśnie, mówiłaś, że się śpieszysz. - Spoważniał. Przypomniał sobie, że jeszcze niedawno sprawdzała godzinę.
- Mam jeszcze chwilę. - Próbowała to jakoś odkręcić. - Do południa zostały mi dwie godziny, ale powinnam wyjść nieco wcześniej.
Postanowiła trzymać się planu. Chciała czekać na syna w porcie, żeby nie przegapić momentu, gdy jacht przybije do brzegu. Martwiła się trochę, liczyła na to, że Filip zadzwoni z drogi, powie, że wszystko przebiega planowo, że się niedługo zobaczą, on tymczasem nie dawał znaku życia.
- Jeśli wszystko przebiegnie bezproblemowo, to około dwunastej przypływa tutaj mój syn - dodała. Powiedziała to zbyt patetycznie, jakby wracał co najmniej z rejsu dookoła świata. - Czekam, żeby go odebrać, a potem zabrać do domu - stwierdziła. Zauważyła, że te słowa zrobiły na nim wrażenie. Rzeczywiście brzmiały dziwnie i nielogicznie. Uniósł brwi i spojrzał pytającym wzrokiem. Czuła, że będzie drążył.
- Odebrać? - zapytał niemal natychmiast.
- Tak, odebrać.
- Skąd płynie, można wiedzieć? Oczywiście, jeśli nie jest to tajemnica - zastrzegł na wszelki wypadek.
- Z Dubrownika.
- Ach, tak, to wspaniale. Zazdroszczę. Niestety, nie jestem żeglarzem, choć bardzo lubię pływać.
- O, mój syn też nie jest żeglarzem. Płynie ze znajomym, jeśli tak można powiedzieć. Wraca z jednej ze swoich wypraw - powiedziała z lekkim przekąsem.
- Rozumiem, a ty mu podstawiasz samochód, żeby mógł wrócić do domu? Wyruszacie jeszcze dzisiaj?
- Nie, dzisiaj nie. - Nie wyczuła złośliwych tonów. - Jechałam tu wiele godzin i jestem potwornie zmęczona. Prześpimy się w hotelu. Potem zobaczę. Chciałabym zaraz wracać, ale syn jest trochę chory. - Potarła nerwowo czoło. - Właściwie to nawet nie wiem, w jakim jest stanie. Kiedy dzwonił, twierdził, że już w całkiem niezłym, ale wiesz, one, to znaczy dzieci, zazwyczaj nie mówią prawdy, więc jestem niespokojna. Może jutro wrócimy, byłoby świetnie szybko znaleźć się w domu, jeśli jednak dzień albo dwa zechce zostać w Vieste, będę musiała się dostosować.
- Rozumiem, oczywiście. Też mam dzieci i wiem, że z nimi nic nie jest jeden do jednego.
- No tak, jasne, prawie wszyscy przez to przechodzimy. Dorastanie jest chyba najtrudniejsze. Najpierw pieluchy, ospy i anginy, myślisz, że gorzej już być nie może, a to tylko przygrywka. A ty daleko masz do domu? - Próbowała odwrócić uwagę od swoich problemów.
- Daleko - przyznał. - Czekam tu na autobus do Ankony. Muszę się dostać do Splitu. W Splicie na lotnisko, dojadę tam autobusem, kursują co godzinę. A potem dalej, z przesiadką w Londynie, prosto na Islandię.
- Z Ankony do Splitu. To kawał drogi, po drugiej stronie Adriatyku.
- Wieczorem z Ankony odpływa prom. Promem to jakieś trzysta kilometrów z hakiem. Lądem przeszło tysiąc. Ale czasowo nie ma różnicy, tym i tym podróż trwa około dziesięciu godzin.
- Wolisz jednak promem.
- Prześpię noc w kajucie. Samochodem to mordęga.
- O tak, potwierdzam. - Uśmiechnęła się na wspomnienie przebytej podróży. - Jesteś biznesmenem? Podróżnikiem? - Ciekawiło ją, czym się zajmuje.
- Jestem geologiem - wyjaśnił. - Ale i podróżnikiem. W moim przypadku to się nie wyklucza. Przemieszczam się od czasu do czasu, i to na spore odległości. Jadę tam, gdzie mnie potrzebują - dodał z uśmiechem.
Mówił dość swobodnie. Już nie czuła w jego głosie poprzedniej sztuczności. Może gdyby od początku zachowywał się tak naturalnie, rozpoznałaby ten uśmiech.
- Lubisz to? Mam na myśli to przemieszczanie się.
- Nawet bardzo.
- Dogadałbyś się z moim synem. - Przewróciła oczami. - Trudno utrzymać go w domu.
- Niektórzy faceci tak mają. Rozumiem go. Ale tobie współczuję. Niełatwo być matką obieżyświata. Do tego jesteś jeszcze jego kierowcą, jak widzę.
- Niestety. Mieszkam w Essen - powiedziała, wzdychając. - Szmat drogi przede mną.
- Rzeczywiście daleko. Nie pośpisz jak ja, na promie. Syn też mieszka w Essen?
- Tak, ale nie z nami, wynajmuje mieszkanie. Tym razem wraca z podróży po Chorwacji. Nie wiem, jakim cudem wylądował na Gawdos. Ktoś go stamtąd podrzuci do Vieste. Przypłynie prywatnym jachtem - powtórzyła.
- Gawdos. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? - zdziwił się. - Gawdos leży w pobliżu Krety.
- Nie mam pojęcia, jak to się stało. Nawet mnie nie pytaj - mówiła błagalnym tonem. - Nie chcę się zastanawiać, to mnie okropnie stresuje.
- Bez przesady. Ludzie podróżują od wieków. Ile ma lat?
- Już dawno skończył dwadzieścia.
- To już raczej mężczyzna - zauważył. - Dziwne, że jeszcze korzysta z pomocy mamusi.
- To trudny przypadek - próbowała żartować.
- Masz tylko syna? - zapytał.
- Mam jeszcze dwie córki - wyjaśniła. - Są już dorosłe, co nie znaczy, że brakuje mi problemów. Jeśli chodzi o dzieci, zawsze jest coś, co stawia mnie do pionu.
- Doskonale rozumiem, co czujesz.
- Córki są starsze od niego, samodzielne. Być może i on kiedyś się ustatkuje albo przynajmniej odetnie pępowinę. Córki mieszkają w Polsce, o ich życiu wiem tyle, ile chcą mi powiedzieć, a ja na wszelki wypadek próbuję się nie domyślać. - Zerknęła na niego. Wydawał się zamyślony. Ciekawe, czy po jej słowach konfrontował własne doświadczenia z tym, co od niej usłyszał, czy raczej jest kimś, kto pyta, ale nie bardzo jest ciekaw odpowiedzi. Znała takie osoby.
Siedzieli tak chwilę - dwie, trzy minuty - w milczeniu i im dłużej trwała ta cisza, tym bardziej ona chciała zapełnić ją słowami. Spoglądała na Marka, jak obraca filiżankę z resztkami kawy, jakby wróżył z niewidzialnych fusów. Ciekawe, jak sobie ułożył życie, czy jest szczęśliwy. Ale cóż to miało za znaczenie, skoro spędzą ze sobą najwyżej godzinę.
- My z Moniką też mamy troje dzieci - odezwał się pierwszy. - Ale u nas jest odwrotnie: dwóch synów i córka. Cała trójka mieszka jeszcze z nami. Dobrze im pod skrzydłami mamusi.
- A pod skrzydłami tatusia źle? - zapytała.
- Tatuś jest w domu gościem. Jak już mówiłem, ciągle jestem w podróży. Po powrocie do domu szybko mają mnie dość. Niby się cieszą, malują powitalne plakaty, żona piecze ciasto i gotuje ulubione potrawy, ale po kilku dniach już dopytują, kiedy znów wyjadę. Podobno to typowy objaw, identyczny jak w rodzinach marynarzy.
- Mam znajomą, jej mąż pływa w Niemczech na statkach handlowych. Odbywa długie rejsy, zazwyczaj między Europą a Azją. Pływa głównie do Chin. Od lat żyją na przemian w dwóch stanach: w stanie tęsknoty do siebie, kiedy on długo nie wraca, i w stanie irytacji, gdy za długo przebywa w domu. Z wami pewnie jest podobnie - zdecydowała się na porównanie.
- Zgadza się. U nas dochodzi jeszcze bunt nastolatków, psa, który podczas mojej nieobecności śpi na moim fotelu, i kota, który mnie po prostu nie toleruje.
Ośmielił ją tymi zwierzeniami i zanim się spostrzegła, zaczęła opowiadać o sobie, o tym, jak potoczyły się losy dziewczyny z ulicy Jackowskiego.
Przeskok od lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, od czasów, kiedy się znali, do nowego stulecia, zrobiła gładko, jakby te lata wcale nie istniały, jakby dopiero co rozstali się pod blokiem i rozchodzili do domów. Wszystko nagle stanęło jej przed oczami. Ona mieszkała na Jackowskiego, on przecznicę dalej. Byli młodzi, pełni planów i marzeń, nieświadomi tego, co przyniesie los. Tacy beztroscy. Mój Boże...
Rozluźniła się, poczuła nagłą potrzebę mówienia, bo przecież mają tak mało czasu. Ta rozmowa wydawała się ważna, tak jakby miała jej pomóc rozwiać wątpliwości. Za godzinę, najdalej półtorej, rozstaną się i pewnie już nigdy się nie zobaczą. Była tego pewna - on miał przed sobą podróż do Splitu, a ona wypatrywała jachtu z Filipem, który powinien wkrótce przypłynąć. Powiedzą sobie adieu - i tyle. Ale dobrze się rozmawiało, zupełnie jak przed laty. Wciąż nie mogła pojąć, dlaczego go nie rozpoznała. W tej chwili wydawało się to nieprawdopodobne.
Ich drogi, jej i Marka, rozeszły się dawno temu. Koledzy w liceum traktowali ich jak nierozłączną parę, która wszystko przetrwa. Mylili się, bo w końcu nic z tego nie wyszło. Matura, planowane studia, nie wiedzieli jeszcze, jak się potoczą ich losy. On wyjechał po zdaniu matury, ona dostała się na psychologię i już na pierwszym roku poznała Andrzeja.
- Ze studiów niewiele już pamiętam, głównie to, że bardzo się nimi przejmowałam. - Zmieniła temat, sprowokowana wspomnieniami. - Wiesz, jak wtedy trudno było dostać się na psychologię. Jak już się człowiek dostał, to zakuwał, żeby nie zawalić roku. Pod koniec drugiego semestru poznałam męża, no a potem, wiadomo, wszystko nabrało rozpędu. - Czuła, że się tłumaczy. - U ciebie pewnie było podobnie?
- Tak, tyle że ja studiowałem w Lublinie. Mój kierunek nie był aż tak oblegany i nie byłem gorliwym studentem. - Dwa razy miałem dziekankę, dwa razy zawaliłem rok. W tym czasie odbyłem ciekawe podróże. Magisterkę robiłem z dużym opóźnieniem. Wcześniej, zanim się ożeniłem, zakochiwałem się, ale na krótko - zaznaczył z uśmiechem. - Chyba mocno przeżyłem nasze rozstanie - dodał. - Długo czekałem, liczyłem na to, że może odnajdziesz mnie w tym Lublinie.
Zrobiło jej się głupio. Pamiętała tylko, że rozstanie przeszła łagodnie. Niezbyt długo rozpamiętywała nieobecność Marka. Pochłonęło ją nowe życie, studia, większa niż dotychczas samodzielność i nowe wyzwania. Szybko wymazała z pamięci licealnego adoratora, tym bardziej że krążyła po szkole plotka, że na jednej z zakrapianych imprez przespał się z jej koleżanką. Nie spytała, on się nie zwierzał, stwierdziła więc, że nie warto trwać w niepewnym związku.
- Gdybyś został w Poznaniu, pewnie byśmy się spotykali i dogadali. Lublin był za daleko, niestety. - Próbowała się jakoś tłumaczyć. - Świat się wtedy tak szybko zmieniał, z resztą kolegów też straciłam kontakt. Poza tym, wierz mi, nie jestem kobietą dla ciebie. - Teraz ona chciała obrócić wszystko w żart. - Byłbyś mną rozczarowany. Jestem domatorką i nie lubię podróży, nie byłabym dla ciebie odpowiednią partnerką.
- Moja żona też nie jest typem obieżyświata. Ale jej to nie przeszkadzało, szybko zrobiła ze mną porządek i ostudziła mój zapał do dalekich podróży, przynajmniej na początku. Potem się zbuntowałem. Na szczęście mam taką pracę, że pod pretekstem wyjazdów służbowych dalej zmieniam kontynenty, więc nie odczułem różnicy, może nawet podobała mi się pewna doza dyscypliny, bo się już za bardzo w życiu rozbestwiłem.
Joanna od razu pomyślała o synu. Z nim było przecież podobnie, też długo dojrzewał. A więc może takie życiowe rozedrganie to częste zjawisko. Pewnie i on za jakiś czas osiądzie w jednym miejscu i może nawet założy rodzinę. Marzyła o tym.
- Podejrzewam, że twoja mama nie miała lekko - powiedziała, myśląc cały czas o sobie i o problemach z Filipem.
- Nie miała - przyznał Marek. - Twierdziła, że chcę ją wpędzić do grobu. Moi koledzy, prawie wszyscy znajomi, dawno skończyli studia, zaczęli pracę i pozakładali rodziny, a ja, wieczny student, ciągle szukałem przygód - przyznał ze skruchą.
Rozmowa toczyła się gładko, nie przypominała ani trochę szarpaniny sprzed chwili. Zniknął dystans i rozmawiali już całkiem normalnie.
- Twój mąż jest zapewne bardziej przewidywalny?
- O tak, wszystko sobie zaplanował. Wiedział dokładnie, czego chce, ułożył plan i po kolei go realizował. Cały Andrzej. - Ożywiła się. - Praca na uczelni, jest psychologiem, była priorytetem, dopiero potem rodzina. Tak postanowił i tak zrobił. Konsekwentnie i bezdyskusyjnie. Ja byłam częścią planu - zażartowała. - Może nie wszystko w nim było mi na rękę i nie wszystkiemu potrafiłam sprostać, ale się starałam. Cóż, każdy ma jakieś ograniczenia.
Poznali się z Andrzejem na studiach, spotykali się od czasu do czasu. Później przyszła kolej na wizyty w domach, w końcu na deklaracje z obu stron, ale ostrożne, z dystansem, z możliwością bezbolesnego odwrotu. On miał to wszystko przemyślane, ona płynęła z prądem, dała się ponieść, pewna, że wybrała bezbłędnie. Wtedy była przekonana, że prąd porywa ją we właściwym kierunku. Nie zdawała sobie sprawy, że dotarła do punktu, w którym życie będzie wymagało od niej poważnych decyzji, i że wybory w zasadzie będą ostateczne. Przekonała się o tym później, w momencie gdy możliwość zmian była już ograniczona i wiązała się z dużym ryzykiem. Popłynęła więc dalej z prądem, licząc na szczęście.
Jako dziecko nie była rewolucjonistką, raczej pupilką rodziców. Nie zdawała sobie sprawy, że wygoda kiedyś się skończy, a gdy dorośnie i zostanie odstawiona od rodzicielskiej piersi, już nikt nigdy nie będzie wobec niej tak życzliwy jak oni. Dopiero po ślubie zrozumiała, że czas dorastania pod kloszem to przeszłość, bo od tego momentu traci poczucie wolności. Pierwsze symptomy pojawiły się krótko po ślubie. Zrozumiała, że nie jest w tym związku najważniejsza. Zrozumiała, że plany i marzenia legną na ołtarzu tradycji i konwenansów. Jednocześnie poczuła, jak bardzo pociąga ją życie na granicy, jak lubi ryzyko. Kusiły ją nowe obszary, chciała poznawać i doświadczać, tymczasem wpadła w sidła szarej egzystencji i codziennej rutyny.
O tym, że wyjadą z kraju, dowiedziała się z dnia na dzień. Mogła zostać, mogła się zbuntować. Tylko co może kobieta obarczona trójką dzieci? Andrzej tłumaczył, że to dla nich jedyne wyjście, że propozycja pracy w Niemczech jest dla nich szansą na lepsze życie i nierozsądnie byłoby ją odrzucić.
- Po studiach opuściłem Polskę - kontynuował Marek. - Na szczęście mam jeszcze siostrę. Obiecała, że zajmie się mamą. To mi pasowało. Ale co tam, było jak było, nie będziemy się z tego powodu smucić - podsumował i zamilkł.
Kelner krzątał się w pustej sali, szykując nakrycia. Powoli zbliżał się czas obiadu. Zapach pieczonej pizzy, którą można tu było zamówić także na wynos, narobił im apetytu.
- Może coś zjemy. - Marek sprawdził czas na zegarze wiszącym nad barem. - Coś szybkiego, bo pizza to raczej nie zdąży się upiec w ciągu pół godziny. Zjadłbym coś przed wyjazdem - dodał i powtórnie spojrzał na zegarek. - Jeszcze tylko gdzieś zadzwonię. - Uśmiechnął się przepraszająco.
Z plecaka, który leżał na krześle, wyjął telefon. Wstał i zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia. Rozmawiał półgłosem. Nie słyszała słów, widziała tylko, że jest poruszony.
- Nie wiem, czy cokolwiek przełknę - stwierdziła, gdy po chwili wrócił do stolika.
- Zamówimy zwykłe kanapki. Zjemy, wypijemy sok, to nam dobrze zrobi. - Powiedział i zanim zdążyła zaprotestować, rozmawiał już z kelnerem. - Jesteśmy na południu Włoch, hej, dziewczyno, nie bądź taka serio - powiedział na widok jej zasępionej miny. - Pomidory, bazylia, oliwa z oliwek, aromatyczne zioła, do tego ser. To podbije serce każdej zagubionej duszy.
- Preferuję ryby - stwierdziła przekornie.
- Ryby? To północne Włochy. Ryby i risotto. Daj spokój rybom. Nieco dalej jada się kapary, bakłażany i pizzę, pizza o każdej porze dnia. Na Gargano, Joanno droga, zajada się natomiast spaghetti.
- O nie, na makaron nie dam się namówić - protestowała. - Kanapka w ostateczności.
Zjedli swoje kanapki i zanim kelner doniósł im sok, talerzyki były już puste. Wreszcie opuścili przytulną knajpkę i udali się do portu. Wyszli na placyk przed barem, próbując ustalić właściwy kierunek.
- Mój autobus odjeżdża o trzynastej. Jeszcze zdążymy porozmawiać. Będzie ci raźniej czekać.
To było miłe z jego strony, bo przecież nie musiał składać tej propozycji.
Szli noga za nogą. Z góry widać było rozległy horyzont z zarysami skał okalających zatokę. Wiatr ustał, zrobiło się ciepło. Rozmawiali o dawnych znajomych, wypytywał ją o losy kolegów i koleżanek z klasy, ale ona niewiele wiedziała.
- Po maturze straciłam kontakt ze szkołą, klasa rozjechała się w różne strony. Mam tylko kontakt z Zosią. Odwiedzamy się od czasu do czasu.
- No tak, ze mną było podobnie. Wróciłem na stare śmieci. Poznań był już przeszłością. Wciągnęło mnie i na nowo pokochałem Lublin. To przyjazne miasto, rodzinne, nie byliśmy więc sami.
Poruszali głównie tematy związane z przeszłością. Próbowali przywrócić w pamięci ścieżki z młodości i miejsca, w których razem bywali. Zrobiło się miło. Zniknęło wcześniejsze napięcie, Joanna poczuła się swojsko. Minęło wiele lat, zapomniała o chłopaku ze sportowymi butami w torbie, a teraz miała wrażenie, jakby się rozstali wczoraj.
- Wreszcie się uśmiechasz - zauważył.
- Coś mi się przypomniało.
- Kiedyś potrafiłaś śmiać się pełną piersią.
- Pełną piersią? Nie wierzę. Nigdy głośno się nie śmieję. - Zaczęła powątpiewać w szczerość tego, co mówił. W delikatnie opalonej twarzy zobaczyła jego roześmiane oczy. Niepotrzebnie pozwoliła wyobraźni przywołać w myślach dawny czas i tamtego chłopaka. Ten nie miał już rozwianych włosów, tylko krótko przycięte i lekko szpakowate.
- Zmieniamy się, niestety. - Czytał w jej myślach. - Żarty nie wychodzą mi już tak jak dawniej. Dziś miałaś tego dowód.
- Mnie też nie jest do śmiechu, staję się jędzowata. Już dawno przestałam chichotać, raczej zgorzkniałam - tłumaczyła, gasząc tym jego promienny uśmiech. - Chociaż w sumie nie mam specjalnego powodu - zastrzegła na wszelki wypadek.
- Wszyscy mamy powody.
Szli skąpani we włoskim słońcu i zatopieni w rozmowie.
- Szkoda, że czas nam się kończy.
- O tym w tej chwili myślałem - odpowiedział. - Głupio się będzie rozstać. Ja jeszcze mógłbym opóźnić wyjazd, ale powrotu twojego syna nie da się przesunąć.
- Nie daj Bóg - westchnęła. - Tego mi nie życz. Nie wyobrażam sobie, żeby nie przypłynął o czasie. Nawet nie wiesz, ile mnie ta podróż kosztowała. Poza tym masz autobus do Ankony. Teraz, kiedy się spotkaliśmy, znajdzie się sposób na utrzymanie kontaktu. Są przecież telefony.
- No właśnie. Koniecznie wymieńmy się numerami. Zadzwonię, jak tylko będę na miejscu. Chciałbym wiedzieć, czy dotarliście bezpiecznie do domu - powiedział z troską i trochę nazbyt pośpiesznie.
Wzruszył ją i nawet jeżeli była to tylko kurtuazja, to podziałała. Speszyła się. Dziwny dzień, pomyślała. Ktoś się o nią zatroszczył w momencie, kiedy tej troski bardzo potrzebowała, a przecież ostatnio potrzebowała jej niemal nieustannie.
Zaraz potem poczuła wylewający się z niej nieprzerwany strumień tkliwości i tęsknoty za przeszłością. Co by było, gdyby wybrała inaczej? Czy byłaby szczęśliwsza? Jaka szkoda, że życia nie można oddać do poprawki, jak tekstu w komputerze. Przeszłość, dzieciństwo, tamta muzyka, koledzy, beztroska - smutek wymieszany z czułością. Przed oczami zaczęły jej się przewijać obrazy, miejsca i twarze, bliskie i obce, zamazane przez upływ czasu.
Zbliżali się wolno do celu. Widać było migoczące w słońcu fale, wciąż ciemne, niemal granatowe. Jeszcze chwila i trzeba się będzie rozstać. Marek odruchowo sprawdził godzinę, co nie uszło uwagi Joanny. Poczuł się dziwnie rozbity. Zauważył, że ona też sprawdziła czas. Zrobili to jednocześnie.
- Nie zapomnijmy wymienić się numerami - przypomniała mu, wyjmując telefon. - To mój pierwszy, jeszcze nie umiem się z nim obchodzić. Boję się, że jak coś pokręcę, to nie będę umiała odebrać telefonu od syna.
- To dosyć proste urządzenie. Kilka tych samych czynności, łatwo je opanować, ale musisz go częściej używać.
- Podam ci też telefon do domu i do pracy, tak na wszelki wypadek. Tego mogę nie odebrać, w zasadzie nie noszę go przy sobie i często zostawiam w domu.
- Wystarczy numer komórki. Będę próbował do skutku. Ja zawsze używam komórki. Mam służbową, ale mogę dzwonić prywatnie, takie udogodnienie. Zaczynam się uzależniać, to bardzo wygodne. Czasami się zastanawiam, jak mogłem wcześniej egzystować. Najczęściej dzwonię z podróży, jeśli w danym miejscu jest taka możliwość. Na Gawdos byłoby trudno. Tam się nie dodzwonisz. Paskudna wyspa. - Skrzywił się. - Oczywiście jest wielu zapaleńców, którzy ją nazywają rajem. Mnie się ta wyspa nie podoba, ani trochę. Latem jest tam bardzo gorąco, zimą wieją silne wiatry. Stałych mieszkańców tyle, co kot napłakał, głównie skały, kilka lichych hoteli, czynnych tylko latem, pola namiotowe bez wygód, plaże oczywiście, ale trudno dostępne - tłumaczył Joannie. - Odwiedziłem ją i bardzo źle to wspominam. Czasami, gdy wieją niekorzystne wiatry, to nie można się stamtąd wydostać. Nie da się po prostu wypłynąć w morze, wiatr rzuca łajbami o skały. Wody między Kretą a Gawdos są głębokie i często bywają wzburzone.
- Błagam, nie kracz - prosiła. - Jeśli coś się skomplikuje, to nie wiem, jak sobie poradzę.
- Więc dlaczego przyjechałaś sama? Nie miał kto za ciebie odbyć tej podróży?
- Masz na myśli mojego męża?
- No właśnie.
- Andrzeja nie było w domu. Wyjechał do Polski. Wymknęłam się pod jego nieobecność i mam zamiar wrócić, zanim o wszystkim się dowie. To skomplikowane - zaznaczyła. - Powroty Filipa zawsze kończą się awanturą. Bardzo je przeżywam. Najbardziej to się odbija na mnie.
Schodzili uliczkami do portu. Dzień rozkwitał. Morze nabrało słońca, pojaśniało. W oddali, na spokojnej wodzie, widać było delikatne odbicia światła. Refleksy pojawiały się raz tu, raz tam, jak zajączki na ścianie. Milczeli, zapatrzeni w rozciągający się przed nimi widok. Szli nieśpiesznie wąskim zaułkiem, który ciągnął się półkolem i kończył się na dole wielkim placem obsadzonym palmami. Palmy o tej porze roku poszarzały, wydawały się suche. Weszli na bulwar ciągnący się wzdłuż brzegu. Pewnie latem było tam pełno kwiatów, straganów, handlarzy i turystów. W tej chwili tylko przy brzegu, na kilku ławkach, siedziały pojedyncze osoby, najczęściej starcy, jak to we Włoszech. W oddali majaczyła marina z gołymi masztami jachtów zacumowanych przy kejach. Na lewo stał oblepiony plakatami półokrągły budynek biura podróży Adriatico, wewnątrz znajdowały się kasy biletowe z informacją turystyczną o kursujących statkach.
Idąc, Joanna mówiła naturalnie i szczerze. Już nie odczuwała strachu, wręcz przeciwnie. On opowiadał o swojej pracy. Dobrze im się rozmawiało. Konieczność wypełniania życiowych ról nieubłaganie odmierzała ostatnie minuty spotkania. Rozmawiali jak starzy znajomi i obojgu było żal, że za chwilę każde pójdzie w swoją stronę. Głupio po prostu powiedzieć "do widzenia" po tak niespodziewanym spotkaniu.
- Pójdę, zorientuję się, gdzie dokładnie cumują jachty - zaproponował. - Przy okazji sprawdzę, co z moim autobusem. We Włoszech zdarza się, że w ostatniej chwili odwołują kursy i wtedy trzeba sobie radzić inaczej. Poczekaj, za chwilę wrócę.
- Z tego, co wiem, jachty dopływają do tej małej zatoczki. - Joanna wskazała miejsce, przy którym była już z samego rana.
- Lepiej się upewnić, będziesz spokojniejsza. Zadziwiające, że podjęłaś się tak trudnej misji. Monika, moja żona - wtrącił - trudne sprawy zawsze zostawia dla mnie. Czeka, aż wrócę, i od drzwi dopomina się interwencji, zanim jeszcze zdążę zdjąć buty. Zrzuca na mnie lawinę spraw, z którymi jako odpowiedzialny mąż i ojciec muszę sobie poradzić. Trochę pewnie za karę, że to ona musi się ze wszystkim użerać pod moją nieobecność. Bywało, że ściągała mnie z dalekiej misji, z końca świata, bo zachorował pies i trzeba było jechać do weterynarza. Albo córka zawaliła semestr i była w konflikcie ze szkołą, no i, rzecz jasna, z matką. Najpierw setki telefonów, żeby wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia, potem żądanie powrotu. W życiu nie zgodziłaby się sama jechać po syna przez pół Europy. Prędzej zarządziłaby kosztowną eskapadę z lekarzem i pielęgniarką. - Próbował ją rozśmieszyć, po czym spojrzał na zegarek i dodał: - Poczekaj tu, za chwilę wracam.
Wszedł do budynku, a ona została na zewnątrz. Oparła się plecami o chropowatą ścianę, tak jak miała w zwyczaju w swoim niemieckim domu, gdzie lubiła stawać na tarasie i grzać się w promieniach słońca. Szkoda, że była aż tak daleko. Dałaby wiele za siedmiomilowe buty.
Teraz miała przed sobą otwarte morze i czyste jak kryształ niebo. Na horyzoncie nie było widać żadnego żagla. Zbliżała się trzynasta, wygląda na to, że jacht ma opóźnienie. Telefon milczał, próbowała sama dzwonić, ale bez skutku. Mimo to dzielnie się trzymała. Spotkanie z Markiem zajęło ją na tyle, że strach o syna jakby nieco zmalał. Obawa, że może zdarzyć się coś złego, zmieniła się w nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zaświtała w niej pozytywna myśl i postanowiła się jej trzymać.
Czas mijał, a jachtu nadal nie było. Marek też nie wracał. Od momentu, gdy wszedł do budynku, minęło pół godziny. Joannę ogarnął niepokój, a właściwie zdziwienie. Może tak jak Alicji w Krainie Czarów wszystko jej się przyśniło? W każdym razie Biały Królik zniknął bez śladu, została sama i nie wiedziała, co dalej. Jeszcze przed dwiema godzinami za wszelką cenę szukała samotności, a teraz odczuwała żal z jej odzyskania.
Na moment zapomniała o synu. Filip nagle zszedł na drugi plan i przestała myśleć o jachcie. Zamiast na wodę zerkała na drzwi. Czy to możliwe, że Marek już nie wróci? Czy miał jakiś powód, by przed nią uciec? Czy to całe zawracanie głowy ze wspólną kawą, rozmową, to ich zwierzanie się nie miało sensu? W końcu do niczego go nie zmuszała, sam się zdeklarował. Dlaczego zatem zniknął bez słowa, podczas gdy ona naprawdę znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Kogo teraz pytać, gdzie dzwonić, jak się zachować? Zatrzymała się w pół kroku, poczuła gniew. Gdyby trwała w gotowości, nie zawracałaby sobie głowy facetem, miałaby teraz alternatywny plan. Kolejny raz przekonała się, że może liczyć tylko na siebie.
Nagle kątem oka dostrzegła na tafli wody, daleko, białą plamkę, bezkształtny zarys kontrastujący z błękitem nieba i ciemnym granatem wody. Poczekała cierpliwie, nie liczyła na szczęście, ale czemu nie, w końcu nie wszystko jeszcze stracone.
Kształt na wodzie powiększał się z każdą chwilą. Było już widać zarysy żagli i maszt. Z tej odległości jacht wydawał się malutki, za mały jak na wyobrażenia Joanny. Spodziewała się czegoś większego i aż ją przeszył lęk, że można czymś takim pokonywać długie trasy. Z minuty na minutę łódź jednak rosła w oczach i ona była już pewna, że jej modły zostały wysłuchane.
Odległość od brzegu malała, Joanna próbowała bez skutku dostrzec kolory flagi powiewającej na wietrze. Na razie nie było mowy o odczytaniu nazwy. Patrząc w kierunku morza, nie przestawała raz za razem zerkać na drzwi, za którymi zniknął Marek. Może i on się pojawi, choć było to wątpliwe. Już dawno minął czas odjazdu autobusu, na który miał wykupiony bilet. Po prostu już odjechał. Może zadzwoni z trasy albo napisze esemesa.
Jacht dobijał dziobem do brzegu i nazwa ciągle nie była widoczna. Poczuła lęk, silny, bezgraniczny. Niecierpliwie szukała na pokładzie znajomej sylwetki. Na szczęście od wody oddzielała ją barierka, o którą mogła się bezpiecznie oprzeć. Przy sterach dostrzegła jedynie mężczyznę w jaskrawożółtej kurtce, który na pewno nie był jej synem. Jacht, przybijając, obrócił się bokiem i wreszcie ujrzała napis. "Hilde", odczytała, litery wyraźnie odcinały się od szarej burty. Mieszały się w niej radość i strach, aż bała się marzyć.
Chwilę potem do nabrzeża podjechał samochód z przyczepką, z metalowymi stelażami do mocowania łodzi motorowych. Z samochodu wysiadł mężczyzna i zaczął odpinać plandekę.
Joanna żałowała, że nie ma przy sobie lornetki. Jeśli Filip jest na jachcie, to pewnie siedzi pod pokładem, pocieszała się, jak tylko mogła.
- Joasiu - usłyszała znajomy głos. - Jego tam nie ma.
*
Otrząsnęła się z szoku dopiero po chwili. Potwierdziły się najgorsze przeczucia - jej syna nie było na jachcie. Tego, że Filip nie dotarł do Vieste, Marek dowiedział się kilka minut wcześniej w kapitanacie portu. Zanim łódź dobiła do brzegu, udało się nawiązać z nią łączność. Właściciel powiedział, że młody mężczyzna poczuł się gorzej, gorączkował, miał bóle brzucha. Był w kiepskim stanie, więc odwiózł go do szpitala w Dubrowniku. Tam się nim zajęli. Nie mógł go zabrać na jacht. Bał się kłopotów. Na szczęście pamiętał nazwę szpitala, zapisał sobie też adres. Marek podziękował za opiekę nad Filipem, powiedział, że czeka tu na niego matka i jeśli są jakieś sprawy finansowe do uregulowania, to ona jest gotowa spotkać się osobiście. Niemiec był miły, cieszył się, że mógł pomóc. Życzył powodzenia. I to była jedyna dobra wiadomość.
Gdy Joanna poznała szczegóły, wpadła w rozpacz.
- Przeczuwałam, że tak się stanie. Byłoby za pięknie, gdyby wszystko poszło jak z płatka. Gdyby choć raz dotrzymał słowa - powtarzała bez końca.
- Tym razem nie on zawinił - uspokajał Marek. - Choroba nie pyta o czas i miejsce. Pretensje możesz mieć tylko do tego człowieka, powinien był zadzwonić, uprzedzić cię wcześniej. Zobowiązał się do opieki nad twoim synem i ten jeden telefon chybaby go nie zbawił. Sprawa jest poważna, skoro było z nim tak źle, że nie chciał go wziąć na pokład. Wypadało jednak zawiadomić matkę.
- Nie każdy jest taki domyślny, być może nie znał numeru mojego telefonu. Albo uważał, że i tak dużo dla niego zrobił. Niemiecka solidność kazała mu udzielić potrzebującemu pomocy i zrobił to, co trzeba było. Ludzie są różni - stwierdziła szybko, żeby nie drążyć dalej tematu.
Marek przestępował z nogi na nogę. Czas naglił, tymczasem sytuacja zaczynała się komplikować. Przyjemne spotkanie, z którego tak się ucieszył, nagle pokrzyżowało mu plany. Był w kropce. Nie wiedział, jak się zachować. Autobus odjechał bez niego. Jakoś nie miał sumienia zostawić kobiety w potrzebie.
- A co będzie z tobą, straciłeś połączenie. Nie zdążysz na prom. - Joanna nagle się ocknęła.
- Jakoś sobie poradzę, już nie pierwszy raz zostałem bez transportu, przecież mówiłem, że lubię podróżować.
- W domu będą zaniepokojeni.
- Mam mały zapas. Uporałem się wcześniej ze swoją misją, poza tym zawsze mogę ponarzekać na marne połączenia. A ty lepiej od razu zadzwoń do męża - poradził. - Powinien wiedzieć, co się dzieje z synem. Niech tu przyjedzie, bez niego nie dasz sobie rady.
- Ale po co? - obruszyła się. - Żeby się pokłócić? To tylko pogorszy sytuację. Skoro dotarłam aż do tego miejsca, muszę konsekwentnie radzić sobie dalej. Teraz żałuję, że posłuchałam syna. Trzeba było od razu jechać do Chorwacji. Obyłoby się bez szpitala. Zabrałabym go do domu. Nie przemyślałam tego - stwierdziła. - Powinnam była dobrze wszystko zaplanować, nie działać tak pochopnie.
- Daj spokój. Teraz musisz dostać się promem na drugą stronę albo zrobić objazd lądem. Ja bym się raczej na to zdecydował.
- Promem to rzut beretem, a lądem kawał drogi - powiedziała i natychmiast się spociła. Wiedziała, że przed nią kolejne wyzwanie, któremu nie wie, jak sprostać. To jednak były jej problemy, nie może nimi obarczać Marka. Tylko od czego powinna zacząć? Nie miała pojęcia.
- Lądem co najmniej tysiąc kilometrów, ale masz przecież samochód - stwierdził. - I nie ma na co czekać. Musisz się pospieszyć. Pewnie zechcesz zabrać go do Essen, jeśli będzie się nadawał do podróży, a jeśli nie, to tym bardziej powinnaś być przy nim. Możesz też popłynąć promem z Bari, tyle że do Bari to kawałek drogi, jakieś dwieście kilometrów autostradą na południe.
- Jazda autobusem to bez sensu, nie uważasz? - zwątpiła.
- No właśnie, bez sensu - powiedział. - Chyba że pojedziesz swoim samochodem, przeprawisz się razem z autem. Trochę za to zapłacisz, ale będziesz niezależna. Zapewni ci to swobodę w Chorwacji.
Joanna zbladła. Łatwo mówić: przeprawisz się samochodem - ale jak to się robi? Znowu poczuła mdłości. Perspektywa, jaką roztaczał przed nią Marek, wydawała się przerażająca.
- Droga do Bari jest prosta - uspokajał ją, widząc, że się zmartwiła. - Ciągnie się wzdłuż wybrzeża. Dojazd do portu jest dobrze oznakowany, w razie czego kogoś zapytasz. Jak u ciebie z angielskim, mówisz trochę?
- Znam angielski.
- Po niemiecku też się dogadasz - tłumaczył cierpliwie.
Westchnęła i wyobraziła sobie dalszy ciąg podróży. Do Bari jakoś dojedzie, ale jak znajdzie port? A poza tym, czy trafi później na właściwy prom; nie wiedziała nawet, jak i gdzie kupić bilet. Boże, w co ona się wpakowała? Strach o syna przybladł w obliczu własnych problemów.
- Nie wiem, czy dam sobie radę. Wolę zostawić samochód i jechać autobusem. Samochód będzie balastem. Chyba w Bari są jakieś taksówki - stwierdziła. - Taksówkarz zawiezie mnie tam, gdzie poproszę.
- Zapłacisz majątek za parkowanie. Kto wie, jak długo zabawisz w Dubrowniku, a co potem? Wyślesz syna do Essen, a sama wrócisz na Gargano, żeby zabrać samochód?
- To głupie - potwierdziła.
- Jest jeszcze jedna sprawa - zawiesił głos. - Nie znamy rozkładu jazdy promów. Może się przecież okazać, że nie od razu odpłyniesz do Dubrownika.
- Jak to? - przestraszyła się.
- Zimą promy kursują o wiele rzadziej. Trzeba to będzie sprawdzić. Myślę, że w hotelu, w którym się zatrzymałaś, jakoś nam pomogą. Ale przede wszystkim musisz zadzwonić do męża. Może się okazać, że on będzie miał lepszy plan niż my. Nie ma sensu rozpaczać na zapas - pocieszał.
*
Kilka przecznic pokonali dosłownie w pięć minut. Personel hotelu był uprzejmy, młoda kobieta z recepcji mówiła łamaną polszczyzną. Marek z Joanną próbowali na zmianę wyjaśnić, na czym polega ich problem, i zdobyć niezbędne informacje oraz numery telefonów do Dubrownika i do Bari. Na szczęście z hotelu można się było dodzwonić do szpitala. Przydały się informacje od właściciela jachtu.
Zanim odebrała klucz i wniosła bagaż, najpierw chciała sprawdzić, co się dzieje z synem. Najgorsza wiadomość była lepsza niż żadna. Teraz chciała już tylko wiedzieć, z jakiego powodu trafił do szpitala. To zdecyduje o kolejnych krokach, które będzie musiała przedsięwziąć. Później zadzwoni do męża. Marek miał rację. Sytuacja była zbyt poważna, żeby stroić fochy.
Markowi udało się porozmawiać z lekarzem z oddziału, na którym leżał Filip.
- Z młodym nie jest tak źle - zdawał sprawozdanie. - Przyjęli go z wysoką gorączką i sprawdzają przyczynę. Wiedzą, że przeszedł żółtaczkę. Miał ze sobą kartę pobytu w greckim szpitalu. Temperaturę już opanowali, jutro będą go diagnozować dalej. Niestety, nie ma ze sobą dokumentów, a więc i ubezpieczenia. Uprzedzili, że obciążą go kosztami leczenia. Prosili o szybki kontakt z rodziną. Powiedziałem, że jestem tylko znajomym.
Joanna westchnęła. A więc na szczęście nie jest tak źle, jak się obawiała. Wyobraźnia podsuwała jej bardziej dramatyczne okoliczności, że leży w ciężkim stanie, może nieprzytomny, albo że będą go operować.
- Cokolwiek to jest, trzeba do niego jechać - powiedział kategorycznie, jakby ona o tym nie wiedziała. Jasne, że trzeba, ale ile jeszcze może wytrzymać jej serce?
Przez chwilę siedzieli w holu. Skomplikował im się ten wyjazd. Zerkała na niego ukradkiem. Wiedziała, że Marek lada chwila odjedzie, bo przecież ma swoje życie. Naiwne myśli kobiety w potrzasku. Cóż mógł go obchodzić czyjś syn i jego kłopoty. Miał własne, własną rodzinę i na pewno nie mniej spraw, które na niego czekały. Bała się pytać, o której ma kolejny autobus. Pewnie przepadł też bilet do Ankony.
- Nie wiem, jak ci dziękować - zwróciła się do niego ze skruchą. - Sama bym się pogubiła. Jadąc tu, miałam wiele obaw, ale nawet w najczarniejszych snach nie przewidziałam, że sprawy aż tak się skomplikują. Tobie też pokrzyżowałam plany. I ten autobus odjechał - powiedziała z troską. Nie mogła go przecież prosić, by został z nią w Vieste. Wpakował się w kłopoty i pewnie się zastanawia, jak z nich wybrnąć. Zauważyła, jak zerka na zegarek. Ciekawe, czy był zły, czy tylko zamyślony? Kto by przypuszczał, że trzy godziny wcześniej nie pamiętała o jego istnieniu.
Niewielki hotelowy hol miał dziwną akustykę. Mówiła cicho, ale głos odbijał się od ścian wyłożonych jasnym kamieniem i miała wrażenie, że słychać ją w całym pomieszczeniu. Recepcjonistki nasłuchiwały, a ta, która znała polski, spoglądała ukradkiem.
- Nie martw się autobusem - odezwał się w końcu. - Mogę sobie pozwolić na niewielkie spóźnienie. Zadzwonię do domu i uprzedzę, żeby się nie martwili, a później popytam o prom z Bari - wyjaśnił bez pośpiechu.
- Nie powinieneś zmieniać planów. Już i tak wpędziłeś się w kłopoty - krygowała się nieśmiało.
- Jeden dzień nie zrobi różnicy. Nie ma mowy, nie zostawię cię samej. Trzeba opracować mądrą strategię podróży. Mamy czas do jutra. Odpoczniemy, a potem powinniśmy zrobić rozeznanie i zaplanować coś sensownego.
Zgodziła się bez słowa.
- To ja zaraz zadzwonię do męża, lepiej tego nie odkładać.
*
Wniosła ze sobą tylko podręczną torbę. Miała w niej zaledwie kilka kosmetyków, szczoteczkę i pastę do zębów. Była też piżama i czyste ubranie dla syna - bielizna, spodnie i ciepły sweter. Zapomniała o kurtce i bardzo ją to martwiło. Na północy jest jeszcze zima, temperatura w okolicach zera. Nie planowała wprawdzie dłuższego pobytu, ale żeby zapomnieć o ciepłym okryciu... Musiała być nieprzytomna w dniu wyjazdu. Sama źle się ubrała, mogła być jednak rozsądniejsza. Teraz będzie musiała jakoś wszystko zorganizować.
Wzięła prysznic, bo to było jej najbardziej potrzebne. Potem owinęła się ręcznikiem i wskoczyła na chwilę do łóżka. Miała pół godziny. Tak się umówili z Markiem. Zanim się z nim spotka, musi zadzwonić do męża.
Jak było do przewidzenia, numer nie odpowiadał, wysłała mu więc esemesa, żeby oddzwonił.
Punktualnie o piętnastej trzydzieści usłyszała pukanie do drzwi. Zdążyła się już ubrać i przeczesać włosy. Wyglądała beznadziejnie, ale było jej wszystko jedno. Wygląd nie był teraz ważny. O sobie pomyśli, jak wróci do domu. Teraz są istotniejsze sprawy.
- Tak jak myślałem, dzisiaj już nie złapałbym połączenia ze Splitem - powiedział Marek, wchodząc do pokoju. - Do Ankony dojechałbym, jest autobus, ale nie zdążę na prom. Muszę przenocować i jechać z samego rana.
- Przykro mi, że pomieszałam ci szyki. Wszystko się skomplikowało, pech chciał, żeśmy się spotkali w takiej głupiej chwili.
Machnął ręką i usiadł na krześle pod oknem. Miał przy sobie plecak. Widocznie nie zdążył jeszcze załatwić pokoju. Niedbałym ruchem rzucił go na ziemię. Wyczuła w tym ruchu złość. Nic dziwnego. Ale odezwał się z anielskim spokojem, jakby nigdy nic.
- Gorzej bywało. W końcu dotrzemy do swoich portów - żartował. - Nie dręcz się. Będzie dobrze - pocieszał.
Wydawało się, że mówi od serca i szczerze, że jest w porządku, chce pomóc koleżance.
- Gdyby nie ja, jechałbyś teraz spokojnie do domu. - Po raz kolejny próbowała się tłumaczyć.
- Dom nie ucieknie. Dzwoniłem już do żony.
- Będzie na mnie zła, kiedy się dowie, że to z mojego powodu.
- Bez obaw - zażartował. - Wszystkiego jej nie powiem. Nie wracajmy do tego, jest jak jest. Przynajmniej nie jesteś sama.
- Tak, to jedyna jasna strona. Ale co dalej, jak sobie teraz poradzisz?
- Rano mam autobus, a dalej według planu. A teraz załatwię sobie pokój, przecież muszę gdzieś spać. Zostawię tylko plecak i pójdziemy na jakiś obiad. Źle się myśli z pustym żołądkiem. Dzwoniłaś do męża?
- Dzwoniłam, ale nie odbiera. Zadzwonię później.
- Szkoda, mógłby nam coś podpowiedzieć.
- Marek - odezwała się nagle. - Przemyślałam wszystko na spokojnie. Teraz widzę to jakoś inaczej - powiedziała ściszonym głosem. - Filipowi w tej chwili nie jestem w stanie pomóc. W szpitalu ma opiekę, a ja jestem po drugiej stronie Adriatyku. Bez sensu, żebym się tam pchała nieprzygotowana - mówiła rzeczowo. - Skoro nie jest z nim aż tak źle, jak się początkowo obawiałam, to może lepiej, żebym po prostu wróciła do domu. Potrzebne będą dokumenty potwierdzające jego tożsamość i ubezpieczenie. Nie załatwię tego ani tutaj, ani w Dubrowniku. Jak najszybciej skontaktuję się z mężem i razem coś zaradzimy. - Powiedziała dokładnie to, co sugerował jej Marek.
- Też tak uważam - przyznał z ulgą. - Rzeczywiście nasza reakcja była zbyt pochopna, a wystarczyło ochłonąć. - Podrapał się po głowie. - Czyli zmiana planów?
- Na to wygląda - oświadczyła z ulgą.
- Wyruszasz od razu? - zaskoczył ją.
- Nie, no coś ty - zaprotestowała. - Padam na twarz. W tym stanie daleko bym nie dojechała. Pojadę rano.
- Jak będziesz wracać?
- Tak jak przyjechałam. Cały czas autostradą A14. Znam już drogę, wezmę to na dwa razy. Chciałabym jeszcze rano zadzwonić do syna, może uda się z nim jakoś porozmawiać. Myślisz, że to możliwe?
- Jasne, możemy spróbować - potwierdził. - W takim razie ja rezygnuję z autobusu. Zabiorę się z tobą do Ankony, leży dokładnie na twojej trasie. Rano spróbujemy zadzwonić do szpitala, może się czegoś dowiemy. Po śniadaniu w drogę. Do Ankony pojedziemy trasą bliżej wybrzeża. Jest piękna i równie dobra, po drodze łatwiej nam będzie zatrzymać się na obiad. Ja poprowadzę, żeby cię odciążyć. Odwieziesz mnie do portu i dalej pojedziesz sama.
- Ale trasą, o której mówisz, będzie się jechało dłużej, sprawdziłam, jadąc tu z Essen.
- Dłużej w letnim sezonie, ruch jest wtedy większy. Teraz powinno być luźno na drodze i nie będziesz musiała płacić za autostradę.
- W takim razie to dobry pomysł - stwierdziła i spojrzała na zegarek. - No to teraz musimy coś zjeść - zaproponowała. - Te kanapki do wieczora nam nie wystarczą. Stawiam obiad, kolację, wszystko jedno co.
- Uważam, że to świetny pomysł - rozpogodził się. - Daj mi godzinkę, nie mam jeszcze pokoju. Czegoś dopiero szukają, podobno w drugiej części hotelu jest remont i brakuje pokoi. Mnie wystarczy nawet taki z drabiną pośrodku, byle było łóżko. Nie wiem, ile to zajmie czasu. Myślę, że godzina wystarczy.
W sumie spotkali się koło siedemnastej i ostatecznie z obiadu zrobiła się kolacja. Kolacja we Włoszech nie mogła obejść się bez wina, a wino zazwyczaj sprzyja konwersacji. Tematów starczyło na cały wieczór. Joanna wypytała Marka o szczegóły, chciała wiedzieć, jak to się stało, że zamieszkał na Islandii.
- Tak się złożyło - powiedział po chwili. Wyczuła, że się waha. - Od dziecka fascynowały mnie wulkany - ciągnął. - Kiedy składałem papiery na studia, nie wiedziałem na ten temat zbyt wiele. Pamiętasz, jak wyglądały w naszych czasach lekcje geografii... Źródłem informacji były najczęściej zagraniczne pocztówki. Jako dziecko zobaczyłem zdjęcie wybuchającego wulkanu w jakimś kolorowym czasopiśmie. Zacząłem się interesować. Mama zaprenumerowała "Poznaj Świat", specjalnie dla mnie. Po maturze sporo myślałem o tym, co chciałbym robić. Przypomniała mi się wtedy dziecięca fascynacja. Stwierdziłem, że to dobry trop. Poszedłem nim i skończyłem geologię.
- Udało się zrealizować marzenia?
- Nie od razu. Trochę to trwało i częściowo było dziełem przypadku. W końcu geologia to nie tylko wulkany. Najpierw pracowałem w przedsiębiorstwie, które zajmowało się poszukiwaniem ropy. Nie chciałem być teoretykiem, nie interesowała mnie hydrologia ani ochrona środowiska. Nie miałem zamiaru mieszkać miesiącami na platformach wiertniczych i chodzić w upapranym kombinezonie. Inne możliwości, jak praca za biurkiem, odpadały. Z wulkanami zacząłem od zera, ale się udało. Przez wiele lat wykonywałem najgorszą robotę - zajmowałem się badaniem kraterów. To była naprawdę harówka, brudna i ciężka praca, ale dzięki niej jeździłem w różne niezwykłe miejsca. Mówiąc szczerze, wulkany otworzyły mi okno na świat. W tym czasie założyłem rodzinę. Potrzebowałem stabilizacji, stałego miejsca najpierw dla żony, a potem dla dzieci. Przez kilka lat mieszkaliśmy w Irlandii - to były trudne lata, końcówka walk pomiędzy katolikami i anglikanami. Niby już wszystko wracało do normy, ale wciąż było niespokojnie. Próbowaliśmy się przenieść do Anglii, lecz dzieci nie chciały. Irlandzkie szkoły zaszczepiły w nich niechęć do Anglików. Traktowały ich jak wrogów. Traf chciał, że znajomy znalazł mi pracę i wylądowaliśmy w końcu na Islandii, na wulkanicznej wyspie. Mieszkamy tam od czterech lat. Teraz mamy dom, dzieci zapuściły korzenie, jest nam dobrze, więc chyba tam zostaniemy.
- Islandia, niewiele wiem o Islandii - przyznała Joanna. - Niby nie jest aż tak daleko, ale kto by tam chciał mieszkać? - zażartowała. W latach, kiedy i oni opuścili Polskę, ludzie różnie trafiali, nie znała jednak nikogo, kto wyemigrowałby do Islandii.
- Rzeczywiście to dziwne miejsce. Trzeba się było trochę przyzwyczaić. - Roześmiał się szczerze. - Wyspa cały czas drży. Mamy tam trzydzieści czynnych wulkanów, a wszystkich razem sto trzydzieści, coś koło tego.
- Nie boicie się?
- Nie, nie ma obaw, system ostrzegania jest doskonale zorganizowany, poza tym miasta leżą w dużej odległości od wulkanów, które mogłyby być zagrożeniem. Jedynym minusem jest chłodny klimat, dlatego urlopy spędzamy na południu Europy, żeby nacieszyć się słońcem. Myślę, że Monika wolałaby mieszkać gdzie indziej, ale jak dotąd nie protestuje. Tylko czasem narzeka na zimno.
- A ty ciągle badasz wulkany?
- Trochę zmieniłem profesję.
- Przestało ci się podobać?
- Nie, nie o to chodzi. Wulkanolodzy pracują w trudnych warunkach, muszą być silni, zdrowi i wytrzymali psychicznie. Z wiekiem stałem się mniej sprawny. Nie chciałem narażać młodszych kolegów. Stanie nad szczeliną wulkanu, który przygotowuje się do erupcji, wymaga dużej sprawności i odwagi. Teraz zajmuję się nowymi technologiami, kupuję sprzęt dla ekip badawczych. Oceniam jego jakość, jeżdżę po Europie, bywam w Nowej Zelandii, często we Włoszech. Tutaj jest kilka firm, z którymi współpracuję, stąd te częste podróże. Jedno i drugie sprawia mi radość i daje satysfakcję. Jak już mówiłem, podróże to moja pasja.
- Zazdroszczę. - Joanna słuchała z zainteresowaniem. - Wspaniale jest móc pracować w wymarzonym zawodzie. Rzadko komu na emigracji udało się zrealizować wcześniejsze plany. Brało się to, co było. Ewentualnie później, jeśli się miało silną motywację i odpowiednie warunki, można było spróbować. Mnie się nie udało. Finansowo jest nie najgorzej, ale to wszystko.
- Powiedziałaś, że jesteś psychologiem, zawsze o tym marzyłaś.
- Tak, skończyłam psychologię, ale w Niemczech nie wróciłam do zawodu. Mieliśmy małe dzieci, małe pieniądze i małe mieszkanie, poza tym Niemcy chcieli własnych, niemieckich psychologów, a ja wychowałam się w innym kraju, w innej kulturze, która nijak się miała do mentalności i problemów tamtejszego społeczeństwa. W Niemczech ten zawód był dla mnie niedostępny także ze względu na język. Znałam niemiecki, ale nie na tyle, żeby popisywać się znajomością zagadnień z psychologii, choć w kraju byłam nauczycielem akademickim.
- Mówiłaś wcześniej, że masz małą firmę. To chyba sukces?
- Od strony finansowej tak. Sukces, czy ja wiem? Jeśli kogoś, kto zaczynał od pracy ze studentami, satysfakcjonuje prowadzenie kwiaciarni, to owszem, można to nazwać sukcesem. Zgodziłam się na wyjazd do Niemiec, zdając sobie sprawę z konsekwencji. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, więc nie narzekam. Do Essen wyjechaliśmy, bo była okazja, żeby się wyrwać do lepszego świata.
Andrzej łatwo znalazł pracę, właściwie jechał na gotowe. Powstał nowy projekt badawczy, do którego został zaproszony. Przez kilka lat miał obiecane dochody na względnie wysokim poziomie, tymczasem okazało się, że nie jest łatwo zaczynać od zera w kraju, który nie był i ciągle nie jest przychylny Polakom. Borykaliśmy się z problemami lokalowymi i finansowymi. Andrzej dostał służbowe mieszkanie na czas trwania projektu. Miało być przestronne i komfortowe. Na miejscu okazało się, że jest ciasne i w całości wymaga remontu. Z Polski wyjechaliśmy pod koniec roku. Mieliśmy pecha, bo zima była długa i mroźna. Kiedy wspomnę okna, które wypadały z futryn, i stare, przerdzewiałe grzejniki, jeszcze dziś dostaję gęsiej skórki. Po roku zaczął trochę lepiej zarabiać, mogliśmy sobie pozwolić na wprowadzenie zmian i likwidację największych niedogodności i usterek, typu kabina prysznicowa zamiast starej wanny, nowe płytki, kuchenka elektryczna i wygodny tapczan. Stary był w opłakanym stanie. Mieliśmy opory, żeby spać na cudzej kanapie. Inwestycje były niezbędne. Przez kilka następnych lat wymieniliśmy prawie wszystko - wspominała trudne lata w Essen. - Same rozczarowania i braki finansowe, nie wspominając o tęsknocie za krajem.
- W Polsce zrobiłaś doktorat. Przydał się na coś?
- Były jakieś obietnice, głównie jednak zależało im na Andrzeju. Na początek miałam pracować jako psycholog w przedszkolu, ale tylko na kilka miesięcy - wtedy jeszcze słabo znałam język. Chodziłam na lekcje finansowane przez urząd do spraw emigrantów. Po egzaminie obiecali mi etat w poradni, skończyło się jednak na obietnicach, a że nasze dzieci jak na złość często wtedy chorowały, postanowiłam, że na jakiś czas zajmę się domem. Kiedy podrosły, zaczęłam pracować w kwiaciarni, która mieściła się w sąsiednim budynku. Dzięki temu miałam trochę swoich pieniędzy i jakieś zajęcie.
- Wyobrażam sobie, jakie to było przykre nie móc robić tego, co się lubi.
- No właśnie. Byłam sfrustrowana, a nawet zrozpaczona. Straciłam kontakt ze wszystkim, czego się nauczyłam, i jak w każdym zawodzie wypadłam z obiegu. Poza tym nie jestem dobrym materiałem na gospodynię domową. Męczyła mnie ta rola. Byłam zdesperowana, wzięłabym każdą pracę, byle wyjść do ludzi. Tak się akurat złożyło, że w kwiaciarni szukali sprzedawcy, a że było blisko, postanowiłam spróbować - opowiadała. - Właścicielka otwierała kwiaciarnię o dziesiątej. Mogłam odwieźć dzieci do szkoły na ósmą, potem pracowałam do osiemnastej, z przerwą na obiad. Lepiej już być nie mogło - dom funkcjonował, a ja dorzucałam się do domowego budżetu.
Początkowo było fajnie, z czasem taki tryb życia zaczął mi jednak ciążyć. Cały tydzień w pracy, a w weekendy, gdy trzeba było robić weselne dekoracje, często wracałam po nocach. Czułam się nadmiernie wykorzystywana, zarabiałam niewiele. Wtedy postanowiłam, że zrezygnuję z pracy w kwiaciarni i poszukam czegoś zgodnego z wykształceniem. Niemiecki nie był już problemem, tak samo jak niemiecka mentalność. Ale stało się inaczej.
- Nie zrezygnowałaś z kwiatów?
- No nie - przyznała z uśmiechem. - Nie zdążyłam odejść. Niespodziewanie zmarła właścicielka. Jej syn chciał, żebym przejęła kwiaciarnię po matce. Lokal mieścił się w ich rodzinnym domu, a on, chyba ze względów sentymentalnych, chciał zachować ten sklep. Założył go jeszcze dziadek.
- I w ten sposób zostałaś kwiaciarką - zażartował Marek.
- Szczerze mówiąc, nie miałam ochoty. Marzył mi się powrót do zawodu - podkreśliła. - Tak trudno było dostać się na studia. Doktorat też nie był łatwy, wiele nieprzespanych nocy, wiadomo.
- Doskonale cię rozumiem - przytaknął Marek. - Ale w sumie to chyba miła praca, kobiety kochają kwiaty - próbował żartować.
- Sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Dałam się w końcu skusić. Dostałam coś niemal na tacy. Poza tym zachodziły obawy, że jeśli niczego nie znajdę, to znaczy innej pracy, to zostanę bez dochodów, a na to nie mogłam sobie pozwolić.
- W końcu, jak rozumiem, przejęłaś tę kwiaciarnię?
- No tak, w końcu ją przejęłam. Dał mi kilka dni na podjęcie decyzji. Zobowiązał się, że przepisze firmę na mnie, on będzie tylko w nazwie. Zależało mu na tym. Co do lokalu, obiecał korzystne warunki dzierżawy i musiałabym zobowiązać się na piśmie, że nie zmienię adresu. Kwiaciarnia miała działać w jego rodzinnym domu. Najpierw mnie przestraszył, myślałam, że facet kombinuje, że może to jakiś podstęp; że kwiaciarnia jest zadłużona i chce się pozbyć kłopotu, a ja przecież nie miałam pieniędzy. Sprzedaż kwiatów szła bardzo dobrze, to wiedziałam, ale jak było z kondycją sklepu od strony finansowej, nie miałam pojęcia. Propozycja była kusząca.
Andrzej był przeciwny, bał się ryzykować, odradzał. Uważał, że już moja dotychczasowa praca w kwiaciarni była poniżająca - psycholog z tytułem naukowym sprzedaje kwiaty, a tu miałam być właścicielką kwiaciarni mieszczącej się w piwnicy u Niemca.
- Dziwne podejście - skwitował Marek.
- Myślę, że wolał mnie w domu. Cieszył się, gdy postanowiłam zrezygnować z pracy, więc gdy powiedziałam o tej propozycji, był wściekły. Tymczasem syn właścicielki nie dawał mi spokoju. Przyszedł z prawnikiem i gotową umową. Przedstawili warunki zapisu i wydawało się, że nie ma w tym haczyka. Musiałam jednak wykupić towar, który pozostał w sklepie, i opłacić formalności związane z działalnością, przejść cały skomplikowany proces rejestracyjny. Musiałam też sprzedać samochód. Pozbyłam się go bez żalu, bo nabrałam ochoty na własną kwiaciarnię. Pal licho doktorat, pomyślałam w końcu.
- Postawiłaś na swoim i syn właścicielki ubił z tobą interes.
- Oboje ubiliśmy. On, bo dotrzymałam słowa i kwiaciarnia została na swoim miejscu, a ja, ponieważ mogłam zarządzać własną firmą. Udało mi się zatrudnić dwie osoby, nie chciałam znowu stawać za ladą. Niestety, przeliczyłam się. Kiedy klienci dowiedzieli się o śmierci właścicielki, nabrali dystansu. Musiałam zwolnić nowych pracowników i zakasać rękawy. Na szczęście dzieci w tym czasie zaczęły studiować. Filip w Berlinie, a kilka lat wcześniej do Polski wyjechały Marta i Ewa. To znaczy, nie żebym cieszyła się z wyjazdu córek, jednak dzięki temu mogłam lepiej zająć się biznesem, co szybko się opłaciło. Jak się już przebrnie przez najtrudniejsze, to potem jest tylko lepiej, pod warunkiem że nie spocznie się na laurach, nie zrezygnuje, nie da się pokonać przez biurokrację, a czasem przez ludzką zawiść, a ja miałam do czynienia i z jednym, i z drugim. I cóż, w pewnym sensie odniosłam sukces, ale powiem ci szczerze, że przez te szesnaście lat nie udało mi się polubić kraju, miasta ani ludzi, wśród których mieszkam. Bez cienia żalu wrócę do Polski.
- Uważasz, że to stracone lata? W końcu ustawiłaś się, a mąż mógł realizować karierę zawodową. Jest pewnie sporo plusów w związku z pobytem w Niemczech.
Joanna obracała w palcach kieliszek z resztką wina. Zastanawiała się, co ma odpowiedzieć.
- To nie były dla mnie dobre lata, mimo tego, o czym przed chwilą wspomniałeś - odpowiedziała, nie wdając się w szczegóły.
Marek milczał, licząc na to, że Joanna jeszcze coś doda. Nie naciskał, po prostu czekał.
Skończyli jeść i dopili wino. Na koniec zamówili kawę. Joanna wahała się, czy jednak nie wybrać herbaty.
- Nie chcę już mówić o sobie. Zanudzam cały dzień na smutną nutę. Może zamienimy się rolami - zaproponowała.
- A co cię jeszcze ciekawi? - zapytał z uśmiechem. - Ja już wszystko powiedziałem.
- Jak to co? A choćby to, co porabiasz we Włoszech. Wiem już, że przyjechałeś do Vieste, bo chciałeś coś załatwić.
Marek trochę się zmieszał. Przez chwilę patrzył w sufit. Zmarszczył brwi. Wyglądało to tak, jakby ważył w myślach wielką tajemnicę. Miała wrażenie, że zaraz się wykręci. Ku jej zdziwieniu i po krótkim namyśle zaczął swoją opowieść.
- Nie jestem tu służbowo - powiedział i jednocześnie sięgnął do kieszeni. Wydawało się, że po coś istotnego, związanego z pytaniem, tymczasem po prostu wyjął chusteczkę i wydmuchał nos. - To raczej historia rodzinna. Dotyczyła przede wszystkim mojej mamy, ale skoro mama nie żyje, to wszystko spadło na mnie, i to dość niespodziewanie.
- Domyślam się, że to jakieś sprawy z przeszłości.
Marek pokiwał głową. Patrzył gdzieś w dal i znowu się wahał. Coś go wyraźnie gnębiło.
- Tak, dawne dzieje - potwierdził. - Ale nie aż tak, jak by się mogło wydawać.
- Marek, jeśli to problem... Wiesz, w końcu tak tylko spytałam. Pogadajmy o jutrzejszej podróży. Możemy też pomilczeć. Dość było emocji jak na jeden dzień.
- Nie, spokojnie, po prostu myślę, od czego zacząć, bo widzisz, sam jeszcze muszę ogarnąć sprawę. Ale w sumie - zdecydował - opowiem od początku.
Joanna uniosła brwi. Spojrzała zaciekawiona, cieszyło ją, że już nie będzie musiała opowiadać o sobie.
- Może zacznę od tego, że, ale ty to przecież wiesz, wychowywałem się w zasadzie bez ojca.
- Jasne, pamiętam, mieszkałeś w Poznaniu u dziadków.
- Przez kilka lat mieszkały u dziadków również moja mama i siostra. Później mama wróciła do Lublina i zabrała siostrę ze sobą. Ja zostałem aż do matury.
- Tak, tę część twojego życiorysu znam dość dokładnie - zauważyła.
- Teraz muszę cofnąć się do wczesnego dzieciństwa - zniżył głos. - Mój ojciec, pamiętam go jak przez mgłę, bardziej ze zdjęć niż z rzeczywistych wspomnień, pracował kiedyś w FSC w Lublinie. To Fabryka Samochodów Ciężarowych. Był jednym z inżynierów, którzy w roku pięćdziesiątym dziewiątym skonstruowali i wyprodukowali pierwszy, w całości polski samochód. Mam na myśli żuka. Ojciec pracował w przyzakładowym biurze konstrukcyjnym. Żuk to był, jak na tamte czasy i polskie realia, dość dobry i w miarę nowoczesny samochód transportowy.
- Żuk, mój Boże, któż choć raz w życiu nie podróżował żukiem. - Joanna uśmiechnęła się do wspomnień. - Żukiem wozili nas na zakładowe kolonie. Świat spod plandeki był wyjątkowo piękny, choć często zakurzony.
- Polski folklor na drogach, żuki i syrenki. Krążowniki szos.
- Teraz weterani. Łezka się w oku kręci.
W tym czasie na stoliku pojawiły się filiżanki z kawą. Marek zamówił lody. Chyba smaczne, bo przez chwilę w ciszy je pałaszował.
- W sześćdziesiątym piątym roku - opowiadał dalej - fabryka zaczęła szukać zewnętrznych rynków. Próbowano zainteresować Włochów, były też próby eksportu do Egiptu. W każdym razie trwały negocjacje. Ojciec jako jeden z pierwszych inżynierów wyjechał służbowo do Włoch. Na miesiąc, ale, niestety, już do nas nie wrócił. Początkowo nic tego nie zapowiadało - pisał regularnie, obiecywał włoskie wakacje, mamie przysłał prezent, nam klocki Lego. Z czasem zaczął coś napomykać, że ma mniej czasu, że dużo pracuje i wraca po nocach na stancję, którą wynajmował. Potem, gdy jego powrót do domu mocno się przeciągał, pisał coraz rzadziej. W końcu pewnego dnia mama została wezwana do fabryki. Czekał tam na nią dyrektor i jakiś typ spod ciemnej gwiazdy, który okazał się tajniakiem. Oskarżyli ojca o szpiegostwo na rzecz kapitalistycznego kraju. Przez miesiąc obserwowali nasz dom i sprawdzali całą przychodzącą korespondencję. Nękali znajomych i dalszą rodzinę. Potem odpuścili. Okazało się, że ojciec zniknął zaraz po przyjeździe i nawet nie skontaktował się z włoską firmą, do której został wysłany.
Po czterech miesiącach odezwał się po raz ostatni. Napisał do nas, ale list wysłał do swojej siostry, potem ona odesłała go mamie. Poinformował, że już nie wróci do Polski, i obiecywał, że nas do siebie sprowadzi. Niestety, nigdy do tego nie doszło. Przez jakiś czas przysyłał pieniądze. To nie były regularne przesyłki. Raczej takie okazjonalne, a więc na święta, czasem na wakacje, od czasu do czasu z okazji naszych urodzin. Potem nawet i to się skończyło. Przestaliśmy dla niego istnieć, a on przestał istnieć dla nas. Mama go nie wspominała, pewnie ze względu na mnie i na siostrę, bo nie wierzę, że w samotności nie myślała o tacie.
- Smutne, wyobrażam sobie, że nie było jej łatwo. Rozumiem, że w końcu się do niej odezwał, skoro temat wrócił.
- Dwa tygodnie temu dostałem list - kontynuował Marek. - Dotarł okrężną drogą i ze sporym opóźnieniem. Okazało się, że mam we Włoszech przyrodniego brata. To on do mnie napisał, poinformował jednocześnie o śmierci taty. Napisał również, że w związku z tym musimy się spotkać. Wyznaczył datę i miejsce. Niestety, list krążył kilka tygodni, zanim go dostałem. Nie zdążyłem dojechać na czas.
- Boże, cóż za historia.
- Wyobraź sobie, jaki byłem zdziwiony i zły, bo nie mogłem wyjechać od razu, a w gruncie rzeczy trochę się bałem, nie miałem pojęcia, o co może chodzić temu bratu. Dopiero w miniony piątek zebrałem się na odwagę.
- No i? Umieram z ciekawości.
- No i byłem tam. Okazało się, że ojciec zostawił nam, mnie i siostrze, spadek.
- Niesamowite. Historia jak z filmu.
- I tak się właśnie czuję. Po prostu Hollywood - stwierdził.
- Dosłownie. - Joanna się roześmiała. Była bardzo ciekawa, co to jest za spadek, ale nie miała odwagi spytać.
Rozmawiali jeszcze o tej niezwykłej podróży. Opisywał spotkanie z bratem i z jego rodziną. Usłyszał od nich wiele dobrego o ojcu, przy czym on, niestety, nie mógł się zrewanżować podobnymi historiami. Powiedział Joannie, że nie nosi w sobie żalu. Każdy byłby wstrząśnięty takim przebiegiem zdarzeń, a fakt, że ojciec na koniec jednak o nich pamiętał, był mimo wszystko wzruszający.
Długo rozmawiali, popijając wino. Żal się było rozstawać, rozsądek jednak podpowiadał, że powinni wypocząć.
Koło dwudziestej drugiej byli już w swoich pokojach. Joanna próbowała bez skutku skontaktować się z mężem. Wiedziała, że to będzie trudna rozmowa, ale teraz nie miała wyjścia.
Oddzwonił w nocy. Była zaspana i zdenerwowana, więc dogadywali się z trudem. Próbowała naświetlić sytuację i powstałe problemy. Znała go, wiedziała, że jest na nią zły za ukrywanie prawdy i po powrocie do domu będzie jej suszył głowę. Rozmawiali krótko i konkretnie. Był wkurzony, ale do wytrzymania. Nie ciskał gromów jak zwykle w podobnych sytuacjach. Chyba przejął się zdrowiem syna. Obiecał następnego dnia zamknąć sprawy w Polsce i wrócić do Essen. Był oczywiście zły na Filipa, jednak wiadomość o tym, że syn przeszedł żółtaczkę, wyraźnie nim wstrząsnęła, chciał nawet lecieć po niego samolotem prosto z Polski, stwierdził jednak, że najpierw wróci do domu. Na wszelki wypadek podała mu telefon kontaktowy do szpitala, ten, na który dzwonili z Markiem, nazwę szpitala i adres. Pomyślała, że pewnie będzie chciał dowiedzieć się czegoś więcej. Obiecała, że zadzwoni z drogi i będzie mu o wszystkim meldować. Nie wspomniała tylko o Marku. Stwierdziła, że teraz to nie jest najważniejsze.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI