CZARNE HISTORIE
IKSIĄDZ ANTONIO BANDERAS
Antoni poszedł od razu po maturze do seminarium. Wszyscy byli tym bardzo zdumieni. Nie zapowiadał się na księdza. A na pewno nie zanosiło się na to, że wytrzyma w seminarium. Wytrzymał. Wytrzymał sześć lat w "koszarach Kościoła", jak się czasami mówi o seminariach. Nie żeby tam było jakoś specjalnie ciężko. Jest raczej absurdalnie. Oficjalnie wszystko było jak od linijki, a każdy się uśmiechał. To był taki kościelny akademik dla studentów teologii. Ale bliżej temu miejscu było do więzienia. A zamiast doświadczenia duchowego seminarium fundowało potężną dawkę frustracji i zagubienia.
Nie lepiej było z wydziałem teologicznym, gdzie zaczął studia.
W broszurze reklamującej wydział była mowa, że ten szanowany uniwersytet pozwoli każdemu słuchaczowi poszerzyć życiowe horyzonty i lepiej zrozumieć świat. Studia teologiczne zaczynały się przecież od dwuletniego kursu filozofii. Później broszura obiecywała pogłębione studia nad Biblią, zapoznanie się z językami starożytnymi: greką, łaciną i językiem hebrajskim. Obiecywała też pogłębioną analizę wyznania wiary oraz historii Kościoła.
Broszura była świetna. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Antoni zauważył to już na pierwszym roku. Ale powiedział sobie, że z Chrystusem da radę. Przecież przyszedł tu, bo poczuł powołanie. Studiując, zobaczył, że wydział teologiczny to tak naprawdę zwykła przybudówka doklejona na siłę w latach dziewięćdziesiątych do uniwersytetu. Odkrył też bardzo szybko, dlaczego w całej Polsce wprowadzono gdzie się da wydziały teologiczne na uniwersytetach. Nie dla tradycji, nie dlatego, że przecież uniwersytety w średniowieczu powstawały przede wszystkim jako miejsca studiowania teologii. Miało to na celu tylko zrzucenie ciężaru ich finansowania na państwo.
Co dziwniejsze, chociaż państwo płaci rachunki, to ma bardzo mało do powiedzenia w sprawie zarządzania tymi wydziałami. Każdy wydział podlega w pierwszej kolejności biskupowi miejsca, a celem działalności wydziału nie jest refleksja nad zjawiskiem religijności albo pogłębione poznawanie teologii, ale produkowanie magistrów i doktorów, którzy potem będą mogli pracować w szkołach lub na innych uniwersytetach, katechizując za państwowe pieniądze.
A co do zgłębiania wiedzy, no cóż. Na jego wydziale królowała metoda lubelska. Jak się Antoni dowiedział, nazywało się tak tę metodę edukacyjną, ponieważ większość księży profesorów studiowała w Lublinie na KUL-u. I większość z nich po prostu czytała podczas zajęć swoje notatki młodszym klerykom. Obowiązkiem kleryków zaś było notowanie tych wykładów. Na egzaminach odpytywano uczniów z tego, co zanotowali. I na tym polegało zgłębianie teologii. Każdy student miał kiwać głową i notować. Niektórzy wykładowcy nawet na czwartym roku sprawdzali klerykom zeszyty z notatkami. Potem studenci mieli wszystko wykuć na blachę i zdać. Przełożeni zaś szybko wyjaśnili każdemu, kto przyszedł do seminarium i na wydział, że nie są tu po to, żeby studiować, ale żeby sprawdzić, czy nadają się na księdza. Przecież jedną z najważniejszych cnót kapłana jest posłuszeństwo, które zaczyna się od posłusznego notowania bez zadawania pytań.
Oprócz tego odkrył, że w seminarium i na wydziale przełożeni i wykładowcy nie znoszą i boją się kleryków o wnikliwym umyśle, inteligentnych czy asertywnych. Jakakolwiek nadprogramowa aktywność zwracała uwagę i była proszeniem się o kłopoty.
Wszyscy, którzy nie umieli się wpasować i nie zgadzali się na bycie bezbarwnym, ubranym na czarno chłopakiem, budzili zainteresowanie przełożonych. Ich potknięcia bardziej się rzucały w oczy na tle pozostałych kleryków i bywały częściej karane. Bardzo często nadmierny indywidualizm i nieumiejętność zachowania dla siebie swoich myśli prowadziły do wielu problemów, a czasami nawet do usunięcia z seminarium przez przełożonych. Nawet garnitur w niewłaściwym kolorze mógł spowodować kłopoty.
To z garniturem to nie żart. Kiedy Antoni wstąpił do seminarium, nie miał czarnego garnituru. Chodził w szarym, aż wezwał go jeden z przełożonych i poprosił, żeby w końcu kupił sobie czarny, taki jak mają wszyscy, bo szary tutaj nie pasuje... Antoni kiwnął wtedy głową. I kupił nowy garnitur. A właściwie babcia mu kupiła. Dla Chrystusa.
Antoni przetrwał seminarium. Nie dał się wyrzucić. Dużo notował, więc zdobył opinię solidnego studenta. Nigdy nie odzywał się niepytany. Uchodził więc za pokornego. Idealny kandydat. Ale było mu ciężko. Jego serce buntowało się przeciw tym zasadom. Zakaz posiadania telefonu komórkowego. Zakaz chodzenia w krótkich spodenkach po seminarium. Nakaz golenia się. Obowiązek gaszenia światła o dwudziestej drugiej. Obowiązkowe modlitwy. Nie pasowało mu to. Czuł, że nie tędy droga. Ale dał radę.
Jednak wzbierała w nim złość. Ledwo panował nad frustracją, którą przez całe sześć lat wyładowywał na seminaryjnej siłowni i podczas cichych rozmów z podobnie sfrustrowanymi kolegami. Założyli nawet na roku swoją grupę sfrustrowanych reformatorów. Inni przezywali ich "gorzko". Ze względu na cierpkie uwagi i komentarze. Kiedy w końcu skończył seminarium, kiedy pojechał już jako diakon na swoją pierwszą parafię, to oprócz kupienia sobie najnowszego iPhone'a jako rekompensaty za sześć lat bez komórki, zapuścił też brodę. Później nieraz się zastanawiał, czy naprawdę wszystkie jego problemy zaczęły się od tej nieszczęsnej brody.
Jego pierwszy konflikt z górą, z zasadami, ze wszystkim, co mu wbijali do głowy, zaczął się właśnie od kłótni o brodę. Ale najpierw była obrona pracy magisterskiej z teologii. Tego dnia na korytarzu ich wydziału teologicznego spotkali się wszyscy klerycy z roku Antoniego lub - jak już go wtedy wszyscy nazywali - Antonia. Spacerowali lekko podenerwowani w nowiusieńkich sutannach kupionych specjalnie na prymicje. Na długim, wąskim korytarzu zebrało się kilkunastu młodych mężczyzn, wszyscy w sutannach. Tego dnia była obrona pracy magisterskiej, symboliczne zakończenie ich formacji intelektualnej. Wielu z nich było bardzo przystojnymi mężczyznami, ale niektórzy zdołali przez ostatni rok, od święceń diakonatu, przytyć.
Przez ubiegłe trzy miesiące Antonio i cały jego rocznik przebywali na praktykach diakońskich, podczas których obserwowali wikarych i proboszczów w ich pracy duszpasterskiej. Teraz mieli zdać egzamin magisterski z teologii, a po nim czekały ich jeszcze tygodniowe rekolekcje i święcenia kapłańskie.
Tylko wytrawne oko obserwatora dostrzegłoby, że chociaż diakoni w tych czarnych sutannach są do siebie bardzo podobni, to jednak tworzą dwie niemieszające się grupy. I w tych dwóch grupach spędzali cały swój czas. W wyniku różnych, często niejasnych wydarzeń uformowały się na tym roku dwie główne grupy albo lepiej klany, jak to mówił Antoni, i oba klany miały swoje nazwy. Jedna z grup nazywała się "gorzko" ze względu na bardzo krytyczne podejście do rzeczywistości kościelnej, a druga nosiła nazwę "słodko", bo jej przedstawiciele koncentrowali się głównie na piciu kawy i spotkaniach.
Niekwestionowanym liderem "gorzko" był Antoni, który właściwie od pierwszych miesięcy w seminarium miał przydomek "Antonio Banderas". Nazwały go tak dziewczyny z wydziału teologicznego, które bardzo szybko zwróciły na niego uwagę i chętnie przekręcały jego imię, nazywając go "Antonio Banderas" lub "Banderas". Jego koledzy to podchwycili i bardzo chętnie też go tak nazywali. W seminarium zresztą prawie każdy nosił jakiś przydomek. Kiedy się o kimś mówiło, to zwykle nie używało się jego imienia, ale ksywki, przydomka. Podobnie podczas rozmów między przyjaciółmi zwykle nie używało się imion, ale ksywek.
Każdy kleryk zawdzięczał swój pseudonim jakiemuś zdarzeniu albo wyróżniającej go cesze. Na przykład na kogoś, kto nie miał przyjaciół, mówiło się "Buka", nawiązując do budzącego strach potwora z Muminków, który rozpaczliwie szukał przyjaciół. W seminarium było podobnie, bo im bardziej ktoś nie miał przyjaciół, tym bardziej starał się jakichkolwiek znaleźć, niczym Buka. Powód był bardzo prozaiczny. Przełożeni zwykle nie dopuszczali samotników do święceń.
Antoni, Słowianin z krwi i kości, zawdzięczał swój pseudonim latynoskiej urodzie. Miał lekko ciemniejszą karnację, do tego był dobrze zbudowany, miał piękny głos i genialnie grał na gitarze. Kobiety, kiedy go widziały w sutannie, patrzyły w niebo i pytały Boga: "Coś ty zrobił?". Na praktyce zapuścił brodę i wyglądał w niej obłędnie, jak prawdziwy Latynos.
Całe "gorzko" siedziało wtedy po jednej stronie korytarza, czekając na wezwanie do sali, gdzie odbywał się egzamin, a czekanie umilano sobie rozmową. Każdy chciał opowiedzieć, co przeżył przez ostatnie trzy miesiące. Prym w rozmowie wiódł Antonio. Po niewoli w seminarium wszyscy czuli się, jakby byli na lekkim rauszu. Królowie życia. Siedzieli na tym korytarzu i przekrzykiwali się nawzajem:
- Ludzie, dobrze, że praktyka już się skończyła.
- A co, nie podobała ci się?
- Ja na mojej placówce byłem diakonem do picia dla wikarego. Wypijaliśmy dwie duże butelki whisky w tygodniu. Piliśmy w każdy wtorek i czwartek, a czasem w niedzielę.
- Serio, każdy tydzień? - Wzmianka o służebnej roli diakona przy piciu alkoholu wzbudziła w grupie powszechną wesołość. Szczególnie po sześciu latach obowiązkowej abstynencji. Diakon miał usługiwać, to miał wpisane w swoje zadania kościelne, więc kolega wypełniał ten obowiązek, dotrzymując towarzystwa przy piciu alkoholu.
- Ta, po trzech miesiącach mam już kompletnie dość alkoholu. Jak zrobiliśmy sobie kapłański Wielki Czwartek, to potem naprawdę miałem swój Wielki Piątek.
- No, ja też to słyszałem. Ponoć wasz wikary dwa razy wychodził z konfesjonału wymiotować tego dnia.
- Skąd wiesz?
- Sam się tym chwalił.
Ta historia wywołała różne reakcje. Niektórzy byli trochę rozbawieni wielkotygodniowym pijaństwem, ale większość pamiętała jeszcze Wielki Tydzień z zeszłego roku, który spędzili w klasztorze. Tam nie było alkoholu ani papierosów. Była modlitwa, cisza i post. Ale w tym roku większość z nich odkryła, że święta na plebanii są, najłagodniej to ujmując, bardzo dziwne.
Po chwili ciszy odezwała się następna osoba:
- To chociaż tyle, ja byłem na plebanii, gdzie nikt z nikim za bardzo nie gadał. Każdy szedł wieczorem do swojego pokoju i tam siedział.
- A proboszcz?
- Z reguły go nie było. A jak raz poszedłem do wikarego na piwo, to oglądaliśmy mecz, wypiliśmy po trzy piwa, a on się nawet nie odezwał.
- Dziwne.
- Myślicie, że to nam też grozi?
Jakoś nikt się nie palił, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Podobnie jak po poprzedniej ni to wesołej, ni to smutnej historii zapanowała cisza. Ktoś zaczął szurać stopą po podłodze, ktoś zagwizdał. Na szczęście z drugiej strony korytarza całe "słodko" wybuchło śmiechem. Tam też opowiadali sobie różne rzeczy. I ten śmiech jakoś wygonił smutne myśli z tej strony korytarza.
Kiedy śmiech ucichł, kolejny diakon się odezwał i zaczął opowiadać swoją historię:
- Ja jeździłem co tydzień na saunę z wikarym.
- Serio? Gdzie?
Oczy całej grupy wbiły się w mówiącego.
- Jest sauna dla księży. Na parafii przerobili salki na saunę. I jeździliśmy tam.
- Ale chyba nie we wtorki?
- Nie, w środy. A czemu pytasz?
- Słyszałem o tej saunie, we wtorki jest tylko dla specjalnych gości.
- Czyli jakich?
- Mówią, że dla tych, co lubią się wypinać.
- Że niby dla "lawendowych"?
W seminarium temat homoseksualizmu był prawie tabu. Oficjalnie to zjawisko wśród kleryków nie występowało. Wszyscy byli oficjalnie stuprocentowymi heteroseksualistami, którzy zrezygnowali z założenia rodziny. Jednak każda wzmianka o homoseksualizmie czy homoseksualistach prawie zawsze budziła silne reakcje. Czasami wyzwiska, czasami dziwne uśmieszki albo uporczywe milczenie. Trochę w myśl przysłowia: uderz w stół, a nożyce się odezwą. Podobnie było teraz. Nawet w "gorzko" nigdy nikt z nikim nie rozmawiał o homoseksualizmie, a jednak niektórzy z członków tego klanu podejrzewali innych o to, że mogą być gejami. A ci podejrzewani robili wszystko, żeby te podejrzenia rozwiać.
Tak było i tym razem. Chłopak, który był w saunie, zaczął się nerwowo tłumaczyć.
- Ja tam bywałem w środy i było OK, zawsze było trochę wikarych i było bardzo fajnie - wyjaśnił zmieszany kolega Antoniego.
- Serio ten proboszcz przerobił salki parafialne na saunę?
Antoni aż sapnął. Nie lubił kościelnego blichtru i często się złościł na bogactwo Kościoła. Ta opowieść o saunie mocno go ubodła. I wcale nie przez tę wzmiankę o ciepłych wtorkach. Po prostu, ilu ludzi stać na prywatną saunę? Ta uwaga Antoniego zupełnie zmieniła rozmowę i zaraz ktoś zaczął opowiadać o tym, jakie audi ma proboszcz na parafii, gdzie miał przyjemność być na praktykach.
W końcu na egzamin wezwali też Antonia. Długo tam siedział. Wyszedł po dwudziestu minutach czerwony jak rak i głośno przeklinał.
- Dali mi tróję z egzaminu magisterskiego! Tróję! Co za kanalie!
- A powiedz, ile się uczyłeś - zapytał go ktoś.
- Nic, na parafii była kupa roboty: kancelaria, szkoła, pogrzeby, śluby, młodzież. Kiedy miałem się uczyć?
- OK, a co źle powiedziałeś?
- Pomyliłem pelagianizm z nestorianizmem.
Ktoś aż jęknął, ale po cichu, bo był to dość poważny błąd.
Ktoś wtrącił, recytując wkute na pamięć formułki:
- Przecież pelagianizm to przekonanie, które stało się bardzo popularne w Europie w V wieku. Pelagiusz zaprzeczał istnieniu grzechu pierworodnego i twierdził, że samo naśladowanie Chrystusa, a więc ludzki wysiłek, przezwycięża grzech. Nestorianizm zaś był poglądem głoszonym przez Nestoriusza, że Jezus narodził się z Maryi jako człowiek, a dopiero później zamieszkał w nim Bóg, jak w świątyni. Oznaczało to, że Maryja nie była jego zdaniem Matką Bożą, ale tylko matką Chrystusa.
- To było tysiąc sześćset lat temu. Można się chyba pomylić, co nie? - Antoni spojrzał rozżalony w sufit, jakby chciał usprawiedliwić pomyłkę przed swoim aniołem stróżem, i kontynuował: - A potem ten ciul rektor zapytał mnie, co chcę im pokazać przez to, że zapuściłem brodę. I że to bardzo niedojrzałe.
- Powiedziałeś mu coś? - zapytał ktoś.
- Nie, nic mu nie powiedziałem.
- Właściwie po co poszedłeś na ten egzamin z brodą? Wiesz, że oni się zawsze czepiają, jak ktoś się nie ogolił.
Antonio się zamyślił i powiedział po chwili:
- Chyba chciałem im pokazać, że mam ich w dupie i że teraz mogą mnie tam pocałować. Za tydzień będę księdzem i już mi nic nie będą mogli zrobić. I coś wam powiem, miałem zamiar się ogolić, ale tak się wnerwiłem na tego ciula rektora, że do święceń pójdę z brodą.
Faktycznie, poszedł do święceń z brodą. Było mu nawet do twarzy. Zresztą jemu było we wszystkim do twarzy, z całego rocznika on był zdecydowanie najprzystojniejszy. Jednak Antonio nie wziął pod uwagę pewnej rzeczy. Nie był przecież pierwszym sfrustrowanym i zawiedzionym przez seminarium księdzem. Przez wieki Kościół nauczył się z takimi doskonale sobie radzić. Są sprawdzone sposoby, żeby złamać takiego człowieka. No i jego też w końcu złamali.
Nikt nie wierzył, że Antoni na złość rektorowi przyjmie święcenia z brodą. Ale tak zrobił. Nie żeby to miało jakiś wpływ na cokolwiek, ale wywołało spore poruszenie. Neoprezbiter z brodą? Biskup tylko się do niego miło uśmiechał, nic nie powiedział i dał mu dekret na nową parafię.
Sława Antonia widać wyprzedziła jego samego, bo posłali go od razu na trudną placówkę. Jak się później dowiedział, biskup bez mrugnięcia podpisał dekret i skierował go do "Monarchy", zgadzając się z rektorem, że młody ksiądz jest taki bezczelny i silny, że powinien sobie poradzić u proboszcza, którego w całej diecezji nazywano "Monarchą". Kto wie, może obaj mieli nadzieję, że brodaty wikary da popalić temu proboszczowi? W każdym razie z trudnych do wyjaśnienia przyczyn, jeśli pominąć zwyczajną zawiść i zemstę, posłali tego pełnego ideałów człowieka do bardzo smutnego miejsca.
Parafia "Monarchy" nie była zła, bo mieszkali tam źli parafianie. Ludzie są wszędzie tacy sami - dobrzy i nie. Złe parafie to złe plebanie: kiedy proboszcz mieszka z kobietą, która próbuje traktować wikarych jak swoje dzieci, kiedy ktoś na plebanii pije, kiedy ktoś ma tam jakieś problemy psychiczne itd. Kombinacji jest wiele. Antonio dostał się na plebanię, gdzie proboszcz i gospodyni stworzyli układ dość podobny do małżeństwa. Samo w sobie nie jest to jakimś wielkim problemem, ale taka sytuacja generuje wiele napięć. Generują je niejasna pozycja pani gospodyni, która ma więcej do powiedzenia na plebanii niż wikariusze, a często decyduje nawet za proboszcza, dalej zazdrość, bo czemu proboszcz ma kobietę i nikt nic nie mówi, a wikary nie może? No i co może najważniejsze, konflikt ideałów z życiem. Młodzi księża są pełni ideałów i zażarcie walczą o nie ze światem. Dlatego nieraz spotkania ze starszymi kolegami, którzy już się w życiu ustawili, wywołują silne i negatywne emocje u młodszych.
Podobnie było na parafii "Monarchy". Starszy wikariusz był człowiekiem, który już zupełnie zgorzkniał i wpasował się w układ panujący na plebanii. Nie chciał mieć z nikim kontaktu i z niczym do czynienia. Odprawiał mszę i znikał.
Antoni, gdy dostał dekret, od razu wiedział, że będzie ciężko. Ale powiedział sobie wtedy: "Będę świętym księdzem. Z Chrystusem dam radę". I ciekawa rzecz, po prymicjach nie kupił sobie osobówki, tylko busa, chciał pracować z młodzieżą i zawsze gdzieś jeździć z ekipą ciekawych ludzi.
Po wakacjach zameldował się w nowej placówce. Już w pierwszym miesiącu Antonia spotkały od razu dwa ciosy. W samo serce jego młodzieńczych, kapłańskich ideałów.
Pierwszy wyglądał tak: pani Łucja, gospodyni i w pewnym sensie partnerka proboszcza, zwróciła się do Antonia z pytaniem:
- Czy ksiądz je dzisiaj z nami kolację? - Kobieta spytała go o to wtedy drugi raz. Antonio był dopiero dwa tygodnie na plebanii i nie rozumiał, o co chodzi kobiecie, którą znielubił od pierwszego dnia.
- Tak, czemu nie? Przecież też tu mieszkam - odparł lekko zły.
Pani Łucja się uśmiechnęła, chociaż młody wikary czasem zachowywał się chamsko i złośliwie. Chłopak był wyjątkowo przystojny. Nie wytłumaczyła mu, co to za kolacja. Poszła do kuchni ją szykować.
Kiedy Antonio skończył odprawiać mszę, pogadał chwilę z kościelnym i dziarskim krokiem pomaszerował na plebanię. Stało tam już sześć całkiem eleganckich aut. Passaty, jakiś wypasiony superb i tak dalej. Co się dzieje? - pomyślał. Kiedy wszedł do jadalni, zrozumiał, co się dzieje. Uroczysta kolacja, a przy wielkim stole w jadalni siedziało sześć par. Proboszczowie ze swoimi gospodyniami. Jednego czy dwóch znał. Jego proboszcz, lekko zażenowany, przedstawił go swoim kolegom i ich gospodyniom. Kolacja trwała w najlepsze, panie piły wino i głośno się śmiały. Pozwalały sobie na niewybredne żarty o swoich proboszczach.
Wtedy Antonio po raz pierwszy spotkał się z rzadkim już gatunkiem kobiet, jaki stanowią partnerki księży katolickich. Wpadł akurat na wieczór, podczas którego panie odreagowywały wszystkie upokorzenia, to całe ukrywanie się. Dzisiaj piły i mówiły ostre słowa. Nie musiały nic ukrywać.
- Mój nie umie sobie nawet skarpetek wyprać.
- Mój w tamtym tygodniu jeździł cały dzień na dziurawej oponie.
- Odkąd przyszliśmy na nową parafię dwa lata temu, ciągle remontujemy...
Antonio słuchał i nie wierzył. Na takie coś go w seminarium nie przygotowali. Zastanawiał się całą godzinę, czy po powrocie na plebanię oni będą uprawiać seks. Jednak czerwone policzki gospodyń, ich nerwowe żarty oraz pełne napięcia milczenie księży świadczyło, że to całkiem możliwe. Potem wiele razy opowiadał o tym spotkaniu każdemu, kto chciał tego słuchać. Raz, kiedy się bardzo upił, złapał jakiegoś księdza za koszulę, szarpał, patrzył mu w oczy i pytał głośno: "Co to było?".
Drugi szok Antonio przeżył, kiedy już trochę ochłonął i zorientował się, że chorych w parafii dzieli się na trzy grupy. Bogatych, klasę średnią i biednych. Ubogich oczywiście było najwięcej. Tych przydzielono najmłodszemu wikaremu. Klasa średnia to byli chorzy, których odwiedzał starszy wikary. Proboszcz przychodził tylko do bogatych. Antonio raz w miesiącu odwiedzał czterdziestu dziewięciu chorych. Odwiedziny zajmowały mu cały dzień i nie zarabiał prawie nic. Od kolegi wikariusza dowiedział się, że proboszcz dostawał za każdą wizytę u chorego przynajmniej sto złotych.
Chrystus każdego z tych ludzi zna po imieniu. Nie poddam się, myślał.
Ale fizycznie i psychicznie te odwiedziny chorych dawały mu strasznie w kość. Po całym tygodniu parafialnej orki przejeżdżona po miasteczku sobota dawała mu się naprawdę we znaki. Sam nawet się nie zorientował, jak po kilku miesiącach zaczął serdecznie tych sobót z odwiedzinami u chorych nie lubić. Byle szybko przelecieć, za wiele nie gadać i mieć wolne. Te comiesięczne wizyty wbrew szczytnym ideałom bardzo szybko zaczęły Antonia nużyć i frustrować. Być może było to też spowodowane tym, że po raz pierwszy spotkał się z takim ogromem ludzkiej biedy, na który nie umiał nic poradzić. Babcie pozamykane jak więźniowie na wyższych piętrach kamienic. Niewychodzące od lat na dwór, bo ledwo człapały po mieszkaniu. Ludzie utrzymujący się z nędznych rent czy emerytur. Opuszczeni, chorzy, samotni nie mieli nic, a on też nic nie mógł im dać. Bardzo go męczyły te spotkania.
W gimnazjum dali mu osiemnaście godzin w tygodniu, czyli cały etat. Oprócz tego miał obowiązki parafialne, pogrzeby w czasie okienek w szkole. Proboszcz dogadał się z dyrektorami i obaj wikarzy mieli okienka, "Banderas" codziennie między dziesiątą a dwunastą, a drugi wikary między dwunastą a czternastą. To były okienka na pogrzeby i rzadko się zdarzało, żeby co drugi dzień nie wypadł jakiś pogrzeb. Niby nic takiego, ale nie jest łatwo biec ze szkoły na mszę, na cmentarz, obserwować tam te wszystkie emocje, a potem wracać, by użerać się z uczniami.
Dzień zwykle wyglądał tak, że "Banderas" albo odprawiał mszę o szóstej trzydzieści, albo spowiadał, później szedł do szkoły, od poniedziałku do środy. Miał trzy razy po sześć lekcji z okienkiem na pogrzeb od dziesiątej do dwunastej. Średnio trafiały mu się dwa pogrzeby w tygodniu, parafia była niestety wymierająca. Po powrocie ze szkoły szybki obiad, na szczęście nie musiał go jeść z proboszczem, którego znielubił jeszcze przed przyjazdem, ani z drugim wikarym, który nie lubił "Banderasa". Najprawdopodobniej za jego młodzieńczy zapał.
W czwartki Antonio miał dzień wolny. Zwykle gdzieś jechał. Byle dalej od "Monarchy". W piątek miał dzień pogrzebowy, czyli tego dnia wszystkie pogrzeby były jego, bo jego starszy kolega swój dzień pogrzebowy miał we czwartki, połączony z dyżurem w domu starców, który co tydzień odwiedzał z Komunią Świętą. W piątki zawsze był jakiś pogrzeb. W soboty zwykle były zbiórki z ministrantami, śluby i oczywiście pogrzeby. No bo przecież ktoś musiał pochować tych dwustu pięćdziesięciu ludzi, którzy rocznie umierali w parafii Antonia. Proboszcz grzebał tylko bogatych. Reszta była dla "Banderasa" i jego kolegi wikarego. Jakby tego było mało, Antonio uwziął się i założył zespół a z młodymi muzykami spotykał się o wiele za często. Proboszcz nawet tego nie zauważył, ale kolega wikary skwitował pracę Antonia z młodzieżą słowami:
- To nie ma sensu.
Codziennie późnym wieczorem przemęczony walił się na łóżko. Ale codziennie dziękował Bogu, że jest księdzem. Kochał to, co robił, i ludzie też go pokochali. Na początku myśleli, że przysłano im jakiegoś misjonarza z Brazylii. W domach mówili: "W końcu mamy porządnego księdza". Zdobył też szacunek w szkole. Kiedyś wydarzyła się tam nietypowa sytuacja. Jakiś uczeń na lekcji religii wyciągnął z piórnika prezerwatywę. Odpakował, najpierw chwilę rozciągał, a później zaczął zakładać na głowę. W końcu udało mu się kondoma naciągnąć na twarz. W klasie zapanowała cisza. Wszyscy czekali na reakcję katechety.
Antonio wziął głęboki oddech, spojrzał na ucznia, pewnie pomyślał najpierw: gimnazjum to stan umysłu, i powiedział:
- Serio, nie wiesz, na co zakłada się prezerwatywę?
To pytanie wywołało spazmy śmiechu u gimnazjalistów, a katecheta od razu stał się najbardziej szanowanym nauczycielem.
Zapowiadał się naprawdę świetnie. "Ksiądz z powołania" - tak o nim mówili. Starsi zastanawiali się jednak, ile tak pociągnie. Na początku wydawało się, że długo.
Jednak Antonio był tylko człowiekiem. W końcu musiał pęknąć. Wytrzymał półtora roku. Tego dnia pojawiły się pierwsze poważne rysy na posągu, jakim dotąd zdawał się Antonio. On i jeszcze dwie pary siedzieli w przyjemnej knajpce w sąsiednim miasteczku. Była tam młoda nauczycielka ze szkoły, w której uczył, Asia, jej narzeczony i jeszcze jedna para zaprzyjaźniona z Antoniem. Spotkali się wtedy, żeby napić się alkoholu i spędzić miło czas. Antonio za kołnierz nie wylewał, a picie pozwalało mu rozładować napięcie i czuć się swobodnie w każdym towarzystwie.
Zwykle był w stanie wypić nawet dużą butelkę koniaku i następnego dnia normalnie funkcjonować. Kiedyś obudził się rano w swoim pokoju i nie pamiętał, jak wrócił na plebanię. Ku jego zdumieniu okazało się, że na kanapie śpi ktoś jeszcze. Ktoś, czyli ksiądz z parafii oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów. Obaj nie mieli pojęcia, co zaszło. Dopiero następnego dnia ich kierowca opowiedział, jak na kapłańskich urodzinach, gdzie obaj dobrze się bawili, Antonio przekonał swojego kolegę, żeby jechał do domu razem z nim, bo muszą się jeszcze w aucie rozprawić z butelką whisky.
Tamtego wieczoru podczas spotkania ze znajomymi pękł już po dwóch piwach. Rozkleił się. To była trzecia sobota stycznia. Ostatnia sobota kolędy. Pierwsze dwa piwa brylował, kpił. Wszyscy bardzo lubili jego poczucie humoru. Być może dzięki tym kpinom, śmiechowi i radości wciąż znajdował zdrowy dystans do świata i zatrutej atmosfery na plebanii.
Zaczęło się wesoło. Antonio przez cały czas opowiadał różne zabawne historyjki z odwiedzin kolędowych. A to, że jakiś ministrant wpadł do kałuży, wspomniał o zacięciu się w windzie albo jak w jednym domu poczęstowali go papieroskiem, a on zdjął komżę i sutannę i od razu wypalił dwa, bo dla jednego by się nie opłaciło. Pod koniec drugiego piwa Antonio opowiedział jeszcze historię z tamtego dnia. Uważał, że to jest absolutny hit tegorocznej kolędy.
- No wiecie, "Monarcha" nie lubi kolędy. Czasami w ogóle nie idzie i daje nam więcej kart albo bierze sobie te lżejsze. No i dzisiaj przegiął pałę. Dostałem siedemdziesiąt osiem kartotek. Przejrzałem, rok temu przyjęć było w tym rejonie pięćdziesiąt jeden. Do tego miałem jeszcze wieczorną mszę z kazaniem i umówiłem się z wami. To sobie myślę, no nie, mam średnio pięć minut na wejście. Dzisiaj się nie cackam. No i wpadałem do mieszkania, modlitwa, co słychać, co słychać i gonię dalej. Ale teraz najlepsze. Tutaj zaczął się śmiać. - W jednym mieszkaniu, gdy wchodzę, stoi jakaś babcia. Ona nic nie mówi. Tylko pokazuje na swoje usta, chyba że nie może mówić. I czegoś szuka. Myślę sobie, czego ona szuka. O co jej chodzi. I tak mija minuta, potem druga, w końcu zerkam na zegarek. Cztery minuty. Pora iść. Pomachałem jej, a ona wtedy znalazła to, czego szukała. Wiecie, przyłożyła sobie do szyi taki magnesik czy coś i nagle jak jakiś robot powiedziała: "Koperta!", i pokazała na stół. A ja myślałem, że tam zjadę. - Wszyscy z zapartym tchem słuchali tej historii, lubili jego poczucie humoru.
Po tej anegdocie zakończonej wybuchem śmiechu narzeczony Asi wyszedł do toalety, a druga zaprzyjaźniona parka poszła zapalić. I kiedy zostali sami, Asia go zapytała:
- Jak myślisz, ile było w tej kopercie?
- Co? - Wtedy zauważył, że ona jakoś tak dziwnie na niego patrzy, z troską? I wcale nie wydawała się rozbawiona tą historią.
- No ile ci dała?
- Nie wiem, wrzuciłem do torby, a potem dałem koperty staremu. - Antonio uśmiechnął się do niej głupio, jakby chciał przegonić tę jej widoczną troskę.
Asia tylko kiwnęła głową i patrząc mu prosto w oczy, powiedziała:
- To nie była zabawna historia, ale smutna. Serio. Nie gniewaj się, ale jak dla mnie nie ma w tym nic zabawnego.
W tym momencie Antonio się stropił, spojrzał Asi w oczy i chyba po raz pierwszy w życiu się odsłonił. Powiedział cicho:
- Nawet nie wiesz, jak smutne jest moje życie. - Na chwilę zamknął oczy i po policzku spłynęła mu łza.
Nie widział więc, jak na chwilę oczy Asi zrobiły się jak dwa spodki, a dziewczyna aż otworzyła usta z wrażenia.
Więcej już nic nie mówili, a po chwili Antonio doszedł do siebie. Po powrocie jej narzeczonego i tej drugiej pary rozmowa się nie kleiła. Dokończyli piwo i Asia, jako że była kierowcą, po kolei ich odwoziła.
Najpierw swojego narzeczonego, bo mieszkał na miejscu, w miasteczku, później tę parę, a na koniec Antonia. Mieli jakieś dziesięć minut na rozmowę. On zaczął:
- Asiu, nie myślałem, że tak będzie, ja już nie daję rady.
- Wiem, od jakiegoś czasu czułam, że tylko udajesz szczęśliwego.
- Tak, udaję, jestem nieszczęśliwy i nie widzę w tym wszystkim sensu.
- Wiem, przykro mi. Bardzo jesteś nieszczęśliwy?
Chwilę milczał i w końcu powiedział cicho:
- Bardzo.
Nic więcej nie powiedział, wyszedł z samochodu, a ona patrzyła, jak Antonio przygarbiony i smutny człapie w kierunku plebanii. W końcu zniknął w ciemnym, masywnym budynku. Była tym wstrząśnięta.
Wydawałoby się, że ta rozmowa nic nie zmieniła. W ciągu następnego roku tak jakoś samo wyszło, że Antonio miał prawie codziennie chwilę, żeby pogadać z Aśką. Przecież przez trzy dni w tygodniu bywał w szkole, gdzie Aśka właśnie zaczęła staż nauczycielski. Okazji do rozmów mieli aż nadto. Oprócz tego to, czego nie mogli sobie powiedzieć w szkole podczas przerwy albo okienka, przenieśli do sieci. Zaczęli dużo do siebie pisać, a nawet czasami dzwonić. Kiedy Asi trzy miesiące później zmarł ojciec, to właśnie do Antonia zadzwoniła jako pierwszego.
Aż pewnego dnia, mniej więcej sześć miesięcy przed ślubem Asi, Antonio uświadomił sobie, że się w niej zakochał. Na amen. Obudził się ze snu i zrozumiał, że ją kocha. Kocha z całego serca. Przeraził się siły tego uczucia. Poradził się kogoś niezbyt mądrego, a ten mu wspomniał o klauzuli miłości, która obowiązuje w niektórych zakonach. Jeśli siostra zakonna się w kimś bardzo zakocha, szczególnie jeśli jest to ktoś, z kim musi często przebywać, to może iść do przełożonej, powiedzieć, że się zakochała, a ta powinna ją przenieść. Najlepiej gdzieś daleko. Ten pomysł omówiony przy wódce wydał się dobry i Antonio postanowił następnego dnia, że wyjedzie. Dodał do tego chrześcijańską motywację i postanowił zrobić coś iście rycerskiego. Poświęci się dla Asi i Kościoła równocześnie, zrezygnuje z pracy i życia w Polsce i wyjedzie na misję. Miał w sobie na tyle samozaparcia, że przepchnął to. Jak w filmie, niczym jakiś święty. Przez tego samego kolegę załatwił sobie zaproszenie do jakiejś diecezji na krańcu świata, do samego środka Czarnego Lądu, gdzie - jak miał nadzieję - łatwiej będzie być księdzem. W kurii nawet się ucieszyli, że niepokorny ksiądz, ten od brody, chce już wyjechać z Polski. Stąd i biskup się szybko zgodził.
Pobawił się jeszcze na jej weselu. Chociaż czuł się na nim raczej jak na pogrzebie, swoim własnym. A ona tak dziwnie na niego patrzyła...
Kiedyś na misje chętnych księży wysyłało się z marszu. Jednak z czasem wysoka śmiertelność białych w Trzecim Świecie zmusiła przełożonych do przemyślenia takiej praktyki. Obecnie większość księży, zakonników i zakonnic, jeśli chce wyjechać na misję, musi przejść przynajmniej roczny kurs przygotowawczy w Warszawie. Ten kurs to głównie nauka języka kraju, do którego ktoś się wybiera, i kulturoznawstwo.
Normalnie procedura rekrutacji trwa przynajmniej rok albo i dwa lata, w czasie których kandydaci na misjonarzy mogą się zapoznać ze szkołą misyjną i panującymi w niej zasadami oraz odbywają pielgrzymki do kurii, żeby tam nieraz wielokrotnie prosić biskupa o zgodę na wyjazd na misję. Jeśli proszą o to księża o nieposzlakowanej opinii, ten wstępny etap może trwać latami. Żaden biskup nie chce puścić za granicę dobrze pracującego księdza. Za to im bardziej problematyczny jest duchowny, tym łatwiej o wyjazd. Konieczny był oczywiście jeszcze pewien zbieg okoliczności. Antoni miał szczęście, jakiś biskup z Afryki już dawno prosił ordynariusza Antonia o białego księdza, więc można powiedzieć, że po prostu zgłosił się do rozpisanej już rekrutacji. Polski biskup ku zdziwieniu Antonia łatwo się zgodził.
Jak tylko "Banderas" znalazł się w Warszawie, a pojechał tam już w sierpniu, przestał do Asi pisać, a ona również milczała. Zajął się pilnie przygotowaniami do wyjazdu. Poszedł na ten kurs z mocnym postanowieniem dalszego służenia Chrystusowi. Myślał, że już nic go nie zdziwi ani nie zgorszy, nie po tym wszystkim, co widział przez cztery lata na swojej plebanii.
Tymczasem zdziwił się już w pierwszym tygodniu. Kiedy zobaczył listę abonentów. Okazało się, że warszawskie parafie mają abonament na misjonarzy. W Warszawie księży ubywa lawinowo. I nie dlatego, że umierają, wcale nie, po prostu odchodzą z kapłaństwa. I jest całkiem spora lista parafii w stolicy, które mają niepisaną umowę, że szkoła misjonarzy podsyła im kogoś na każdy weekend. Niektóre parafie są jakby wyspecjalizowane w tym, że biorą tylko księży z określonych diecezji, innym proboszczom jest to obojętne. Byle ktoś przyjechał i cokolwiek pomógł.
Antonio dowiedział się tego od kolegów, którzy byli zorientowani w temacie. Trafił od razu do francuskiego stołu, przy którym siedziało trzech innych księży, którzy - podobnie jak on - szykowali się do wylotu do francuskojęzycznej części Afryki.
Ci koledzy szybko i brutalnie uświadomili mu obowiązujące tu reguły i zasady. Dokładnie też wyjaśnili, że od teraz jest odpowiedzialny sam za siebie. Uzasadniali to tym, że naiwność może kosztować życie oraz że ten rok trzeba wykorzystać nie tylko na naukę języka, ale też na zebranie jak największej ilości pieniędzy. Już podczas pierwszego śniadania trafił w sam środek rozmowy, która go bardzo zabolała:
- Na Bemowie dają sto pięćdziesiąt złotych za godzinę spowiadania i intencje są zawsze za stówę.
- Ta, ale ten ich stary chce, żebyś tam był w każdy weekend. To kiedy masz żyć?
- Ja wolę Ursynów. Tam zawsze jest koniak w sobotę wieczorem. I na kolędę cię zapraszają, posyłają. Co uzbierasz, to twoje.
- Stary, ale najlepiej i tak mają ci z tarnowskiej. Tomek przywiózł sto intencji ze swojej poprzedniej parafii. I odprawia teraz po trzy dziennie. A na weekendy jeździ pomagać do centrum.
- No, on to jest niezły kasiarz. Ponoć ludzie robią zbiórkę na auto dla niego w jego rodzinnej miejscowości.
- To on im nie powiedział, że dostanie auto od fundacji, nową toyotę?
- Chyba nie. - I wszyscy zaczęli się śmiać.
- O co właściwie chodzi z tą fundacją? - zapytał Antonio.
- O auto. To taka fundacja. Nie wiem skąd, ale oni kupują auta misjonarzom.
- A wracając do Tarnowa, Tarnów to nie diecezja, to stan umysłu. - Gdyby oni mogli, to nawet do żabki chodziliby w ornacie.
I znowu wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Antonio był mistrzem wchodzenia w słowo. Kiedy śmiech zaczął cichnąć, jakoś tak sam z siebie się odzywał i dalej kierował rozmową:
- Cholera, miałem nadzieję, że się w końcu wyzwolę z tego kasowania na misjach.
Wtedy jeden z przyszłych misjonarzy się uśmiechnął i powiedział:
- Kolego, teraz jest jedna zasadnicza różnica, wcześniej zbierałeś dla starego, a teraz dla siebie.
Zapanowała chwila ciszy, po czym odezwał się kolejny z księży:
- Spójrz na to inaczej. Od swojego biskupa dostaniesz tylko bilet na samolot i pomogą ci załatwić wizę. Fundacja kupi ci auto, żebyś mógł jeździć po parafii. I koniec. Reszta jest w twoich rękach.
- No przecież ludzie mi tam pomogą, jak będę czegoś potrzebował, przecież jadę tam dla nich.
- Stary, gdzie ty żyjesz. Nikt ci nie pomoże. Biskupi dają białym z reguły najbiedniejsze parafie, na których nie użyje żaden miejscowy ksiądz. Musisz sobie kupić odpowiednie ciuchy, musisz mieć na leki, na kogoś, kto ci będzie wokół plebanii i u ciebie sprzątał. No i na remonty. Albo nawet na zbudowanie plebanii. Żaden biały długo w tych ich lepiankach nie wytrzyma. No i koniecznie klimatyzacja i elektronika. Laptop, telefon, rzutnik, aparat. Do domu trzeba dzwonić, zdjęcia wysyłać. Tam się jest całkiem samemu.
- No, nie jest już tak źle jak kiedyś, że miało się trzydzieści dni urlopu co trzy lata. Albo że się nie mogło na pogrzeb matki polecieć. Teraz chętnie białych puszczają.
- Bo zawsze wracają z torbą pełną dolarów.
- A wspólnota? - wtrącił Antonio.
- Jaka wspólnota? Mój znajomy misjonarz powiedział, że dzisiaj tam, w Trzecim Świecie, nie chcą białym ufać. Myślą, że mamy kupę kasy i koniec, kropka.
- A jak się rozchorujesz i nie będziesz miał pieniędzy, to z tobą koniec. Wykitujesz na malarię albo inny syf i nikt nawet nie zapłacze.
- Właśnie, trzeba mieć przynajmniej dziesięć tysięcy dolarów na start. Żeby jakoś przeżyć do pierwszego żebrania na urlopie.
- Właśnie, to jak, jedziesz ze mną na Bemowo?
- OK, jedno pytanie, to skoro tam jest tak ciężko, czemu chcecie tam jechać? - spytał w końcu Antonio.
Wtedy cała trójka zamilkła.
Wreszcie jeden z nich zapytał Antonia:
- A ty czemu chcesz uciec z Polski?
I wszyscy się roześmieli.
Podczas kursu Antonio dowiedział się wielu ciekawych rzeczy, na przykład jak po kilku latach w Trzecim Świecie wylądować w USA albo w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej. Że najlepiej na misje jechać do dawnych kolonii francuskich (katolicka część Kanady mówi po francusku) albo angielskich (później można się dostać do USA i Australii, a tam mają najlepsze papierosy i najlepszy internet na świecie), a najgorzej do krajów byłego ZSRR. Dlaczego trzeba mieć dobry aparat, że zawsze należy część pieniędzy rozdać ludziom, wtedy ich nie razi, jeżeli mieszkasz w najładniejszym domu w okolicy. I tak dalej. Najczęściej powracającym tematem były oczywiście zastępstwa w USA; kto się zwiąże z jakąś parafią w Nebrasce, Chicago albo Teksasie, może misjonować do końca życia. Jeżeli tylko możesz i znasz tam kogoś, rób wizę do USA - tak mówili wszyscy. I jeszcze jedna nowa rzecz mocno go uderzyła. Ukrywane motywacje większości przyszłych misjonarzy.
Swój pozna swego. Antonio domyślał się, że większość z nich ma podobny jak on powód do wyjazdu. Ładnie to ubierali w słowa, że Chrystus, że powołanie, że misja, ale prawda była inna. Ktoś chciał się wyrwać z diecezji, gdzie pracowało tylu księży, że bez protekcji nie było szans na probostwo, ktoś uciekał przed kobietą, ktoś miał złamane serce po nieudanym romansie, niektórzy coś poważnego przeskrobali, ale ani myśleli o tym mówić. No i byli jeszcze zakonnicy i zakonnice, którzy pragnęli wyrwać się gdziekolwiek ze swoich chorych, toksycznych wspólnot i robić cokolwiek z tych rzeczy, o których marzyli, wstępując do zakonu.
Pewnego dnia, kiedy tak stał na mszy z całą wspólnotą, rozejrzał się po tych aspirantach do zostania misjonarzami i pomyślał: Jezu, czy ci ludzie tak samo jak ja uciekają przed sobą samym? Gdy zapytał o to swojego spowiednika, ten po prostu zmienił temat.
Tymczasem Antonio wpadł w wir przygotowań do wyjazdu do Trzeciego Świata. O tym, jak poważna to decyzja i jak ryzykowna, jemu i jego znajomym przypominała ściana chwały. Były tam zdjęcia i imiona absolwentów szkoły misyjnej, którzy ponieśli śmierć podczas swoich wyjazdów. Ktoś zginął jako męczennik, ktoś w wypadku samochodowym albo jakimś nieszczęściu czy podczas napadu, ktoś umarł z chorób. Okazało się jednak, że większość z tych ludzi zginęła w banalny sposób. Najczęściej w wypadkach. Ot, w kogoś wjechała ciężarówka, ktoś spadł ze zbocza, ktoś zginął w wypadku awionetki albo utonął podczas powodzi. Antonio zadał sobie trud, żeby dojść przyczyn śmierci większości tych misjonarzy. Nie były to z reguły bohaterskie historie. Raczej pechowe. Sporo też słuchał o warunkach panujących na misjach. Po kilku miesiącach zaczął mieć poważne wątpliwości, czy wyjazd to na pewno mądry pomysł. Czy Chrystus naprawdę tego od niego chce? Na pewno reakcja jego rodziców miała tutaj duże znaczenie. Matka, zawsze gdy dzwoniła, prosiła go, żeby został w Polsce. Mówiła, że już się pogodziła z tym, że nie będzie babcią, ale z tym, że on chce jechać tak daleko, pogodzić się nie umie. Ojciec w ogóle nic nie mówił.
Antonio urodziny obchodził w lutym. Minęło już prawie pół roku w szkole misyjnej. Twardo się trzymał swojego postanowienia i nie pisał do Aśki. Nie wysłał jej nawet życzeń na Boże Narodzenie. Ona też milczała, chociaż tylko Bóg wie, z jakim żalem Antonio czasami zasypiał, wyczekując powiadomienia, że przyszła od niej wiadomość...
W marcu Aśka wysłała mu życzenia urodzinowe i zapytała, jak się czuje. Chyba się domyślała, dlaczego tak się wycofał z jej życia. Wiadomość od niej bardzo go poruszyła, tym bardziej że okazało się, że rodzice nie mogą przyjechać na jego urodziny do Warszawy. Antonio podziękował za życzenia i zapytał o jej małżeństwo. Odpisała po trzech godzinach:
"Chyba się pomyliłam co do mojego męża...".
Odpisał: "Ja chyba też się pomyliłem, co do wszystkiego...".
Spotkali się trzy dni później. Okazało się, że dawne gimnazjum Antonia organizuje wycieczkę do Warszawy, że Aśka też jedzie i chętnie się urwie ze zwiedzania Muzeum Powstania Warszawskiego.
W lipcu Antonio miał już wizę i bilet na samolot, fundacja wysłała kontenerowcem dżipa. Biskup przydzielił mu tam parafię. Jednak samolot odleciał bez Antonia. Zanim niedoszły misjonarz spakował swoje rzeczy, wyłączył telefon, usunął konto na Facebooku i zniknął gdzieś z Asią. Odwiedził jeszcze swoich rodziców.
To było dwa tygodnie przed wylotem do Afryki. Przyjechał niezapowiedziany. Wszedł do mieszkania, ojciec oglądał telewizję. Matka zaproponowała coś do picia. Przez chwilę było tylko słychać głos lektora.
Kiedy matka zrobiła kawę i herbatę, usiadła obok męża i oboje spojrzeli na swojego syna. Kiedyś byli dumni z tego, że poszedł do seminarium. Ale z biegiem lat nabierali coraz więcej dystansu do jego pracy i powołania. A kiedy Antonio ogłosił, że jedzie na misję, przestali chodzić do kościoła.
W końcu matka odezwała się pierwsza:
- Synu, nie jedź tam. Proszę. Mamy tylko ciebie. Przestań się w końcu oskarżać o śmierć brata. Nic nie mogłeś zrobić. Nikt nic nie mógł zrobić.
- Dziecko - zaczął cicho ojciec - przed czym uciekasz do Afryki?
- Ja właśnie w tej sprawie przyjechałem. Chciałem z wami porozmawiać. Mam już wizę i bilet. Wczoraj dzwonił do mnie biskup z Afryki. Powiedziałem mu, że nie przyjadę.
Matka otwarła szeroko oczy, a ojciec z uwagą zaczął się w niego wpatrywać i zdołał tylko wydukać:
- Co, zostajesz w Polsce?
- Chyba tak, znaczy - nie wiem. Trochę mi się wszystko skomplikowało.
- Co się skomplikowało?
- Mamo, tato - Antonio zaczął - ja... powiem prosto z mostu. Zakochałem się w mężatce i nie chcę już być księdzem.
Antonio spodziewał się wszystkiego. Spodziewał się, że matka zacznie rozpaczać. Spodziewał się, że ojciec powie mu, że jego noga już więcej tu nie postanie. Albo czegoś równie dramatycznego. Zapanowała jednak cisza, którą w końcu przerwał ojciec:
- Pozostają w sumie tylko dwa pytania.
- Jakie? - zapytał nerwowo Antoni.
- Czy masz już jakąś nową pracę? I kiedy ją poznamy?
- Nie jesteście źli? Przecież odchodzę z kapłaństwa. Będzie wstyd na całą parafię. Co ludzie powiedzą?
- Boisz się, że będą mówić, że wtedy umarł nie ten brat? Że twój brat byłby lepszym księdzem, bo ładnie w kościele czytał i na oazy jeździł? Boisz się, że źle o nas będą mówić? Że tak cię wychowaliśmy, że się związałeś z mężatką?
- Tak.
Wtedy matka westchnęła i powiedziała cicho, patrząc mu w oczy:
- Kiedy straci się jedno dziecko, potem rodzice boją się już tylko jednego. Że stracą kolejne. Reszta nie ma znaczenia.
- Nie dbamy o to, co powiedzą inni. Kiedy umarł twój brat, zostałeś z tym sam. My się załamaliśmy. Pocieszałeś nas, zacząłeś chodzić do kościoła, modlić się. My nic nie umieliśmy zrobić, potem poszedłeś do tego seminarium i zostałeś księdzem.
- Ja już sam nie wiem, czemu zostałem księdzem - powiedział cicho Antoni.
Przypomniał sobie te straszne chwile, kiedy czternaście lat temu latem jego brat zginął w wypadku samochodowym. Powoli czuł, jak ogarnia go coraz większy smutek. Czy jego brat czternaście lat temu nie złożył papierów do seminarium duchownego i nie przebąkiwał, że marzy mu się wyjazd na misje? Czy on później nie zaczął w jego zastępstwie służyć do mszy, nie zaczął chodzić na jego grupę oazową? Jakby w zastępstwie, za zmarłego brata?
- Mamo, tato, powiem wam, że za Krzyśka zostałem tym księdzem. Sam nie wiem czemu. Czemu tak zrobiłem.
Za moment rodzice siedzieli już przy nim, przytulali go, płakali razem. A kiedy się wypłakali, ojciec powiedział:
- Kiedy ją nam przedstawisz? Jak ma na imię? I nie bój się, pomożemy ci z pracą. Jesteś naszym synem. Kochamy cię tak samo jak Krzyśka.
Potem było bardzo ciężko. Głównie ze względu na palący wstyd. Antoni przez długi czas myślał o sobie bardzo ostro. W środowisku księży nazywano go podwójnym zdrajcą. Jego dawni koledzy księża mówili, że nie dość, że odszedł z kapłaństwa, to jeszcze rozbił małżeństwo. Niektórzy pewnie, gdyby mogli, toby go ukamienowali.
Z czasem jednak Antoni zrozumiał, że nie jest żadnym Judaszem. Przecież Bóg nie po to dał człowiekowi życie, żeby ten ciągle uciekał przed swoim sercem. I doszedł do wniosku, że słowa: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię", Chrystus kieruje też do niego i jego żony.
[...]