Zniewolona. Bez prawa do miłości - Olga Krzeczewska, Tala Pristajecka, Walentina Szewiachowa

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszyKwiecień 1856 roku

Zamożna posiadłość Czerwinskich, położona w okolicy Nieżyna, budziła się rano do życia. Liczna służba popędzana przez Jakowa pośpiesznie zabierała się do pracy. Zresztą również gospodarz tych włości, Piotr Iwanowicz Czerwinski, człowiek przedsiębiorczy, nie lubił się wylegiwać.

Przez okna jednego z pokoi już od dawna wlewały się strumienie światła słonecznego, kiedy czarująca młoda dziewczyna przeciągnęła się w swoim łóżku i otworzyła oczy. Miała na imię Katierina i była chrześniaczką pani domu, Anny Lwowny. Po twarzy dziewczyny wciąż jeszcze błąkał się uśmiech wywołany przez sen. Szybko się jednak ocknęła i skarciła za późną pobudkę - być może matka chrzestna już dawno o nią pytała. Katierina zerwała się z łóżka, zgrabna i lekka, w cienkiej, niemal przezroczystej w promieniach słonecznych koszuli.

W tej samej chwili na dworze świsnął bat i rozległ się kobiecy krzyk.

Katierina rzuciła się do okna i ujrzała, jak rządca Jakow zamaszyście i z satysfakcją smaga batem dworskiego chłopca. Dookoła nich, nie wiedząc, jak się zbliżyć, miotała się matka, zawodząc, błagając i krzycząc:

- Mnie bij, jego nie ruszaj, ty kacie!

Matko kochana! I to z samego rana! - przeżegnała się Katierina. Po każdym uderzeniu chłopiec cały się kurczył, wił, krzycząc wniebogłosy. Ale już po piątym bacie zalał się krwią, koszulinę miał całą w strzępach. I oto padł nieprzytomny.

Matka chłopca, zachłystując się płaczem, padła na kolana przed Jakowem, objęła go za nogi.

- Poszła won! - Jakow kopnął ją kolanem w twarz. - Na ciebie też przyjdzie kolej!

Kobieta padła na wznak, lecz po chwili w szalonym porywie ruszyła naprzód, aby swoim ciałem osłonić syna.

Teraz Jakow świstał batem już nad obojgiem, bijąc na oślep. Wreszcie się zmęczył. Z wysiłkiem się wyprostował, trzymając się za krzyż, i wtedy zauważył w oknie bladą Katierinę. Grymas wściekłości przemknął przez jego oblicze z taką naturalnością, jakby to nie było chwilowe uczucie, tylko jego zwykły wyraz twarzy.

Nienawiść w spojrzeniu Jakowa była tak duża, tak namacalna, że Katierinę dosłownie odrzuciło od okna. Przyciskając ręką krzyżyk na szyi, dziewczyna padła na kolana przed ikoną.

- Matko Boga mego - szeptała, kierując spojrzenie jasnych, dużych oczu ku wiecznej nadziei cierpiących. - Tyś jedyna jest w mocy zmiękczyć serca wszystkich złych ludzi. Daj siły i cierpliwość wszystkim nieszczęśliwym, w niewoli będącym. Miej w swej obronie mnie, sierotę, bez matki i ojca. Chroń przed nienawiścią i złością ludzką, która świat ten przepełnia. Powierzam siebie twej łaskawej opatrzności. Amen.

Trzykrotnie się przeżegnawszy, Katierina zasłoniła twarz rękoma. Wciąż miała przed oczami skulone, zakrwawione ciało chłopca.

Pani domu, Anna Lwowna Czerwinska, dama leciwa i tęga, ale nadal z dostrzegalnymi śladami dawnego piękna, zwłaszcza elegancji, obudziła się tego dnia z niedobrym przeczuciem. Nawet herbaty odmówiła, ku zdumieniu kucharki Pawliny, która nie mogła pojąć, jak można było wzgardzić "śniadankiem", skoro podano je z marmoladą.

Ale nic nie można było zrobić, musiała Pawlina odwrócić się na pięcie z pełną tacą i udać się z powrotem do kuchni. Tam, wzdychając boleściwie, zaczęła rozstawiać na miejsca nietknięte przysmaki oraz naczynia i omal nie wypuściła z rąk filiżanki, gdy dostrzegła nagle Katierinę, która przyszła do kuchni wciąż jeszcze przytłoczona porannym widowiskiem.

- Tfu na ciebie, świerzbipięto! - wymknęło się kucharce.

- To grzech, Pawłusieńko, kląć z samego rana! - niemal machinalnie powiedziała Katierina, która wcale się nie wystraszyła tej udawanej surowości.

- A po obiedzie to już nie grzech? - bąknęła pod nosem Pawlina, odstawiając feralną filiżankę na miejsce. - A ty co taka, jakbyś się octu napiła? - zapytała wreszcie Katierinę.

- Jakow znów się wścieka... - dziewczyna westchnęła ciężko i cień przemknął przez jej wysokie, jasne czoło, a wąskie usta wykrzywiły się w napięciu.

- A to zwierz dziki! Diabli by go wzięli! - od serca rugnęła Pawlina. Jako osoba wolna, która przemieszkała w domu Czerwinskich kilka dziesięcioleci, nie wstydziła się mieć swojego zdania i przy sposobności je wyrazić.

- Pawłusia! Nie mów tak. - Katierina ponownie westchnęła. Ruganiem nic się nie wskóra. A zresztą, czym tu można coś wskórać? Jakow wykonuje wolę pana, Piotra Iwanowicza, a ten jest bardzo surowy wobec pańszczyźnianych. I myśli Katieriny pomknęły ku kolejnej jej trosce:

- Jak tam matka chrzestna?

- Lepiej nie pytaj. - Kucharka wskazała tylko na nietkniętą marmoladę.

Katierina wszystko zrozumiała i pośpiesznie udała się do pokoju gościnnego. Dziewczyna uważała Annę Lwownę, która wychowała ją, sierotę, od niemowlęctwa, za swoją drugą matkę i wszelkie troski swej dobrodziejki brała sobie do serca jak własne.

Anna Lwowna stała przy oknie, nieruchoma jak posąg.

- Matko chrzestna... - zawołała ją Katierina. - Wydaje się, że myślami jest pani gdzieś bardzo daleko.

Anna obejrzała się, a jej spojrzenie stało się cieplejsze.

- Siedem lat minęło, jak Griszeńka wyjechał do stolicy. Dopóki był w Petersburgu, pisał często. A odkąd poszedł na wojnę, to coraz rzadziej i rzadziej... Aż całkiem przestał.

- On wróci! - zaczęła żarliwie przekonywać ją Katierina.

- A co, jeśli nie? - zapytała spokojnie Anna Lwowna, a jej niestara jeszcze twarz cała pokryła się zmarszczkami. - Wojna się skończyła. Pułk Czernihowski już wrócił, a od Griszy nie ma żadnych wieści... - Ponownie odwróciła się w stronę okna. - Miałam dziś zły sen.

- Jaki sen?

- Czarny kruk przyleciał do naszego dworu. Próbowałam go przegonić, lecz on siedział i patrzył na mnie, nie mrugając. Okropnie patrzył... Katiu! - Anna Lwowna przyłożyła do ust chusteczkę, jakby bała się tych słów, które gotowe są z nich sfrunąć. - A co, jeśli Grisza... Panie uchowaj...

- Pomodlimy się za niego - gorąco przyrzekła Katierina. To jedyne, co mogła zaoferować.

- Modlę się cały czas. Za swego jedynego, ukochanego syna - wyszeptała Anna Lwowna słabnącym głosem.

Nie wiedząc, czym pocieszyć ukochaną matkę chrzestną, której smutek znalazł odzew w jej sercu, Katierina przypomniała sobie o ostatniej desce ratunku:

- Matko chrzestna, a może... Może wam poczytam?

- Nie jestem w nastroju, Katiuszo, do mowy wiązanej. Chociaż... poczytaj, proszę, zanim Piotr Iwanowicz wróci - po chwili namysłu zgodziła się Anna Lwowna.

Usiadły na sofie i Katierina z przyzwyczajenia otworzyła Rusłana i Ludmiłę:

- "Mknął na południe nieprzerwanie Ratmir na koniu swoim rączym...".

Majątek Aleksandra Wasiljewicza Doroszenki był jednym z najokazalszych w okolicy. Uchodził za całkiem dochodowe gospodarstwo, porównywalne z tym, jakie posiadał Piotr Czerwinski. Jednak w odróżnieniu od swojego przyjaciela i sąsiada Aleksander Wasiljewicz nie miał szczególnej smykałki do interesów, a w stosunku do chłopów zdaniem wielu był nazbyt liberalny. Ale taką już miał naturę, delikatną, nie tyle z dobroci, ile raczej z powodu swego rodzaju braku woli. Z wyglądu zaś przypominał świętego Mikołaja, jakim malują go na starych ikonach, może tylko był bardziej dorodny i ubierał się wyszukanie, "miastowo".

Jeśli zaś chodzi o Piotra Iwanowicza, był chudy, żylasty i bardziej przypominał wyżła. Dziś, jak to się często zdarzało, wpadł do sąsiada w odwiedziny. Jak zwykle rozgościli się na świeżym powietrzu i popijając kawę, omawiali najnowsze wiadomości.

- Żal mi tego biedaka Tierentjewa - delikatnie, niemal z prawdziwym smutkiem powiedział Aleksander Wasiljewicz. - W jakieś trzy lata majątek przehulał. A przecież miał szansę się odegrać!

- Nam to jest tylko na rękę - rzucił Czerwinski. - Chłopi w jego majątku są silni, robotni. Kobitki ma ładne...

Doroszenko upił łyk kawy i smutno pokręcił głową.

- Mówi się, że teraz wszystkich za półdarmo wystawią, ledwie po sto rubli, byle wierzycieli spłacić.

Piotr Iwanowicz skrzywił się, jakby się kawą poparzył.

- Ach, przyjacielu... Przecież za byle chłopa sto rubli to godziwa cena.

- A jeśli, dajmy na to, taki chłop manier jest nauczony? - spierał się Aleksander Wasiljewicz, choć bez szczególnego przekonania. - Umie przy stole służyć?

- Och! - westchnął Piotr Iwanowicz, zniechęcony tym, że musi tłumaczyć oczywistości. - Chłop jest chłopem, czy w liberii, czy bez niej. Jest dziki, brudny, leniwy... Rozumie tylko bat.

- Mówią, że w stolicy za kamerdynera nawet półtora tysiąca płacą. - Doroszenko pokręcił głową, pozwalając sobie nie zgodzić się z gościem.

- Ile? - Piotr Iwanowicz zakrztusił się i zakasłał. - Toż ja za niego półtora tysiaka wyłożę, a ten mi za miesiąc się pochoruje i w ogóle zdechnie! A pieniążki moje poszłyyy!

- Cóż, różnie bywa, oczywiście... - przytaknął Aleksander Wasiljewicz.

- Nie - stanowczo rzekł Czerwinski. - Za takie pieniądze ja już lepiej całą wioskę kupię niż jednego kamerdynera - dodał.

- No to jedźmy jutro razem do Tierentjewa - sprytnie wymanewrował ze sporu Doroszenko. - Tam sobie coś upatrzymy. Pan - wioskę, a ja skromniej, raptem jedną służącą dla córki. Tylko jechać trzeba będzie raniutko, bo zostaną przebierki.

Czerwinski zaczął rozmyślać nad tą propozycją. Zapanowała cisza. Ale nie zdążył odpowiedzieć, gdy musiał się zerwać i uprzejmie powitać córkę gospodarza, która wybrała tę właśnie chwilę, by do nich dołączyć. Natalie Doroszenko była nadzwyczaj urodziwą panną o nienagannych manierach i ojciec nie przestawał jej rozpieszczać.

- Mówiłaś, Natalie, że potrzebujesz pokojówki? - zaczął Doroszenko, uśmiechając się na myśl o tym, jaki prezent sprawi córce.

- Och, potrzebuję, tatusiu. - Dziewczyna skinęła głową, a jej lśniące kasztanowe loki delikatnie zafalowały. - Marfa lada chwila urodzi, gdzie jej tam teraz do służby.

- Ech, spróbuj zadowolić kobietę - zaczął z uśmiechem pokpiwać z niej Czerwinski. - Przyprowadzi człowiek służącą, a córka mu: "Nie podoba mi się taka, tatusiu! Inną chcę!".

- Ma pan rację, Piotrze Iwanowiczu - parsknął śmiechem Doroszenko. - To co, Natalie, pojedziesz ze mną wybierać sobie służkę?

- Wybierać?

- Którą sobie wypatrzysz, tę weźmiemy. Mnie tam nie żal dla ukochanej córki tysiąca rubli.

Ale ta propozycja wcale nie ucieszyła Natalie.

- Nie, tatusiu, jedź beze mnie - powiedziała stanowczo. - Nie wytrzymam tego. Z żywymi ludźmi jak z bydłem...

- Ale jeśli człowiek nie będzie wybierał - wzruszył ramionami Czerwinski - podsuną jakiegoś kuśtyka czy gruźlika.

- Natalie ma rację, to nie jest miejsce dla niej - nachmurzył się gospodarz. - Jednak tam jest i chamstwo, i wszystko może się zdarzyć...

- Przecież planowaliśmy jutro, tatusiu, pojeździć konno - przypomniała córka.

- Przebacz, zapomniałem. - Skruszony Doroszenko spuścił wzrok. - A teraz to już i Piotrowi Iwanowiczowi obiecałem... Nie zanudzisz się tu beze mnie?

Piotr Iwanowicz klasnął ręką w kolano - wpadł mu nagle do głowy znakomity pomysł:

- A może zechciałaby pani przyjść do nas na obiad? Przecież odkąd wróciła pani z pensjonatu, ani razu nas pani nie odwiedziła.

- Jeśli Anna Lwowna nie będzie miała nic przeciwko, to z miłą chęcią - Natalie spojrzała na niego swoimi wielkimi piwnymi oczami.

- Ustalone! - zawołał Czerwinski, rad z tego, że wywołał jej wspaniały, promienny uśmiech. - Czekamy jutro na pani wizytę.

Anna Lwowna bynajmniej nie była zachwycona, gdy mąż uraczył ją tą wiadomością po powrocie do domu:

- Jutro na obiad? Ależ ja kompletnie nie jestem przygotowana.

- A co tu jest do przygotowania? - wzruszył ramionami Piotr Iwanowicz. - Przecież nie będziecie urządzały salonu.

- Mam myśli czym innym zaprzątnięte. A poza tym żyję jak mniszka, kompletnie odwykłam od towarzystwa...

- To tym bardziej przyda się takie małe przyjęcie.

- Piotrze Iwanowiczu, dopóki nie dowiem się, co z Griszą, nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.

- Czemu się tak pani rozgderała? - Im bardziej małżonka obstawała przy swoim, tym mocniej denerwował się Czerwinski. - Griszeńka, Griszeńka...

- Bo przecież już tyle czasu nie ma od niego wieści...

W tym momencie Piotr Iwanowicz uniósł się na dobre, zirytowany z powodu kobiecych słabości:

- Najważniejsze, aby mój syn wrócił z wojny jako bohater! A czy z tarczą, czy na tarczy...

- Niech pan tak nie mówi! - przerwała mu Anna Lwowna, jakby ją piorun raził. Cała zmartwiała, jakby miała za chwilę zemdleć, i to nieco otrzeźwiło jej męża. Z wysiłkiem tłamsząc rozdrażnienie, wziął żonę za rękę, żeby ją uspokoić.

- Postaram się dowiedzieć, co z nim. A pani niech tu nie wymyśla koszmarów... i szykuje się do wizyty.

Wyszedł z pokoju, zostawiając małżonkę bez pocieszenia.

Idąc do powozu wraz z ojcem, który miał ją zawieźć do Czerwinskich, Natalie wkładała rękawiczki z zamyślonym, nieobecnym spojrzeniem. Wystrojona na wizytę była tak piękna, że Aleksander Wasiljewicz mimowolnie zapatrzył się na nią, nie dostrzegając jej wewnętrznego niepokoju.

- Tatusiu... - odważyła się wreszcie odezwać Natalie - a czy Piotr Iwanowicz to dobry człowiek?

- Cóż za dziwne pytanie, Natalie - zdumiał się jej ojciec. - Oczywiście, że dobry!

- A jego żona, Anna Lwowna?

- Ta to już w ogóle jest święta. Ale czemu pytasz?

- Piotr Iwanowicz tak szorstko mówił o chłopach - zaczęła tłumaczyć i stało się jasne, że z wczorajszej rozmowy dwóch mężczyzn zdołała wiele wychwycić, zanim zdecydowała się zdradzić ze swoją obecnością. - Jakby to wcale nie byli ludzie, tylko przedmioty.

- A jak inaczej? - ze zdziwieniem odparł jej ojciec. - Przecież nam służą. Jak stół, krzesło, piec...

- Ale to są przecież ludzie! - zawołała Natalie. - Tacy sami jak my. Mają duszę, dwie ręce, dwie nogi...

- Jakież bzdury, Natalie! Jak możesz ich porównywać...

- Jego Wysokość zabronił wystawiać chłopów na aukcji - z coraz większym przejęciem mówiła dziewczyna i oczy jej jasno zapłonęły. - A aukcje dalej są przeprowadzane! Dlaczego, tatusiu?

- Dlatego, że to jest nasz majątek. - Aleksander Wasiljewicz wzruszył ramionami. - I jeśli człowiek chce lepiej sprzedać, musi się targować.

- Ale jakie tam się okropieństwa dzieją! - Natalie spuściła wzrok. - Rodziny są rozdzielane. Nikt nie patrzy na to, komu się trafi mąż, komu żona, komu osesek. Wycie, krzyki, płacz...

- Ale gdzie ty się tego nasłuchałaś? - nachmurzył się Doroszenko. - Znów się gazet naczytałaś?

Ze spojrzenia Natalie można było wywnioskować, że rzeczywiście czytała.

- Wyrzuć z głowy wszystkie te europejskie bzdury! - nakazał ojciec córce. - Nic z tego nie rozumiesz. A zresztą, rozumieć nie musisz.

Dotknięta surowym tonem ojca, do którego nie nawykła, Natalie odwróciła się i bez jego pomocy wsiadła do powozu.

- Jeśli nie chcesz jechać do Czerwinskich - natychmiast złagodniał Aleksander Wasiljewicz - znajdę pretekst, by odmówić. Ale będzie mi przed nimi wstyd.

Natalie uważnie spojrzała na ojca i dostrzegła na jego twarzy cień urazy. Natychmiast ruszyło ją sumienie i, żałując swej porywczości, wyciągnęła ku niemu obie ręce na pojednanie.

- Nie, nie, nie chcę cię zasmucać. Pojadę.

- Dobrze, moja miła. - Aleksander Wasiljewicz przytulił córkę i kazał woźnicy ruszać.

Katierina widziała gościa przez okno jedynie przez krótką chwilę, kiedy panienka wysiadała z powozu. Dostrzegła jej subtelną urodę, jednak nie miała czasu nad tym rozmyślać. Powierzywszy Annie Lwownie zabawianie Natalie rozmową, sama krzątała się w kuchni, a następnie zabrała się do nakrywania stołu.

- Idziesz tu. - Jakow wepchnął do kuchni wystraszoną około dwudziestoletnią dziewczynę. - To - powiedział, nie patrząc na Katierinę - nowa służka, ze wsi wzięli, trzeba przyuczyć.

Rządca natychmiast wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

- Nie bój się, wchodź - uśmiechnęła się do niej ciepło Katierina. - Jak masz na imię?

- Jestem Wasilinka, panienko - wykrztusiła zapytana, oblewając się pąsem.

- Nie mów tak do mnie, żadna tam ze mnie panienka. Mam na imię Katia. Patrz, Wasilinko, widelec trzeba kłaść po lewej stronie talerza, nóż po prawej. Nie ma tu nic skomplikowanego, szybko się nauczysz - powiedziała, usiłując dodać dziewczynie otuchy.

- To wszystko trzeba panom wykładać do jednego obiadu?! - Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. - A to coś to gdzie się kładzie? To do czego jest?

- A to jest specjalny nóż do ryby - wytłumaczyła z uśmiechem Katierina. - Powinien leżeć tutaj...

Przygotowania dobiegły wreszcie końca i Katia ruszyła do salonu prosić Annę Lwownę z Natalie na obiad. Mężczyźni podówczas pojechali już do majątku Tierentjewa. Natalie siedziała przy fortepianie i kartkowała nuty.

- Och, od roku już marzę, by nauczyć się tego utworu! - powiedziała Natalie akurat wtedy, gdy Katia stanęła w progu. - Tyle że ją się powinno grać na cztery ręce, a tatuś słuchem nie grzeszy.

- Cóż, Katierina może pani towarzyszyć. - Anna Lwowna postanowiła zapoznać dziewczyny. - Katia gra znakomicie.

- Co też matka chrzestna opowiada - zmieszała się Katia.

- Proszę, proszę! - nalegała Natalie. - Tak o tym marzę! Przecież będzie wesoło!

- Ale przecież czas siąść do stołu... - próbowała wymówić się Katierina, lecz Anna Lwowna nie pozwoliła jej się wycofać.

- Kompletnie nie jesteśmy głodne.

Niecierpliwa Natalie zaczęła już brać nuty swojej partii.

- Ach, jakie to jest piękne! Och, co za melodia! Kitti, niechże pani tu przyjdzie!

- Idź, kochana. - Leciutko popchnęła ją Anna Lwowna. - Nie każ się prosić...

Zmieszana Katia, która nie miała odwagi się przeciwstawić, przycupnęła obok i początkowo jedynie podgrywała Natalie, ale po chwili odzyskała pewność siebie i oto dwie dziewczyny zaczęły grać radośnie i z natchnieniem. Natalie z zachwytem zerkała na Katię, ta zaś, skupiona na grze, zaczęła się do niej uśmiechać. Anna Lwowna zasłuchała się, zapominając na chwilę o swoich troskach.

- Znakomicie! - zawołała Natalie, kiedy utwór dobiegł końca. - Gra pani jak anioł, Kitti!

- Dziękuję. - Katierina spuściła wzrok.

- Koniecznie musimy grać z panią w duecie! - Natalie zaczęła już snuć plany. - Jestem taka szczęśliwa, Anno Lwowna, że ojciec wymyślił dla mnie ten wyjazd.

- Pani jest zawsze u nas mile widziana - powiedziała gospodyni, naówczas już kompletnie oczarowana dziewczyną.

- Ja zaś zapraszam panią wraz z Kitti do nas. - Oczy pięknej Natalie płonęły jak gwiazdy.

- Dziękuję, ale obawiam się, że to będzie nie na miejscu... - zaczęła Katierina, kompletnie zmieszana i gorączkowo szukająca pretekstu, by odejść. - Ja... ja muszę zobaczyć, czy placek nie wystygł. Proszę mi wybaczyć!

Katierina wymknęła się z salonu, a Natalie z niepokojem spojrzała na Annę Lwownę.

- Niestety, nie wytłumaczyłam pani tego wcześniej... - zaczęła, dostrzegając w spojrzeniu gościa nieme pytanie. - Kitti nie opuszcza majątku.

- Ale dlaczego? Przecież ma talent, powinna bywać w towarzystwie...

- Też bym tego chciała, ale, niestety, to nie jest możliwe. Zresztą nawet się cieszę, że pani sama się nie domyśliła.

- O czym pani mówi?

- Chodzi o to, że Kitti... jest naszą chłopką.

- Chłopką? - Nie sposób wyobrazić sobie większego zdumienia niż to, z jakim Natalie wypowiedziała te słowa.

Katierina zaś niemal ze łzami w oczach pośpiesznie wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza. W drzwiach zderzyła się z Wasilinką, która o mały włos nie wylała na nią zawartości dużej miski.

- Och, panienka wybaczy, ja niechcący! - pośpiesznie przeprosiła. - Tylko niech panienka nie krzyczy.

- Żadna ze mnie panienka! - gwałtownie krzyknęła Katia i wyskoczyła na dwór.

Tam zaś kipiała praca: mężczyźni dźwigali worki, dziewczęta prały i wieszały bieliznę, służba dworska krzątała się w stodole. Katierina zerknęła na swój cień - na zgrabną, smukłą sylwetkę. Spojrzała na swoje dłonie - szczupłe i białe, na swoje czyściutkie, "pańskie" ubranie, sprezentowane przez Annę Lwownę, i jak nigdy dotąd mocno odczuła swoją samotność. Tu była tak samo obca jak w salonie, wśród państwa.

Targi, na które tak chcieli trafić dziedzice Czerwinski i Doroszenko, odbywały się na samym środku podwórza w majątku Tierentjewa. Chłopów pańszczyźnianych przeznaczonych na sprzedaż ustawiono w kilku szeregach. Piotr Iwanowicz z Aleksandrem Wasiljewiczem powoli przechadzali się wzdłuż tych nierównych szeregów, szacując towar, od czasu do czasu zadając niedbale kilka pytań.

- Cieśla jestem, panie - odpowiedział Czerwinskiemu wąsaty, ponury chłop.

- Wszyscy tacy byle jacy! - Piotr Iwanowicz splunął rozczarowany, ale zaraz oczy zapłonęły mu ciekawością, dojrzał bowiem dobrze zbudowaną, śniadą, około trzydziestoletnią chłopkę. Wymieniwszy z Doroszenką znaczące spojrzenie, ruszył w jej kierunku.

- Co potrafisz? - zapytał Piotr Iwanowicz.

- Mistrzynią jestem!

Czerwinski wyszczerzył się i trącił Doroszenkę.

- Taka by się nawet nadała. A pan co sądzi, Aleksandrze Wasiljewiczu? Znać nieomylnie, że w wielu sprawach jest to mistrzyni.

- Niebrzydka - skinął głową tamten. Ale po chwili namysłu dodał: - Nie! Śniadych lepiej nie brać, kto wie, czy to nie Cyganka. Chodźmy jeszcze popatrzeć.

- Ta też niczego sobie - zwrócił uwagę towarzysza Piotr Iwanowicz, kiedy podeszli do dziewczyny o powierzchowności dość topornej, ale wyrazistej, jak to się mówi: krew z mlekiem.

- Co potrafisz robić? - zapytał ją Doroszenko, ale dziewczyna tak się speszyła, że nie mogła wydobyć słowa.

- Odpowiadaj, gdy pan pyta! - szturchnął ją laską Czerwinski.

- Wszystko mogę - odpowiedziała, patrząc zaszczutym spojrzeniem na panów. - Piorę, prasuję, srebra czyszczę, podłogi myję...

- No proszę! - zwrócił się Czerwinski do swojego towarzysza. - Wszystko może. Niech pan bierze. Nie straci pan.

- Ech, Piotrze Iwanowiczu - zaczął zbywać go żartem Doroszenko. - Przecież nie sobie biorę dziewkę, tylko córce służącą. - I skinął na dziewczynę: - Chodź ze mną.

- Podziękuj panu, durna! - ponownie szturchnął ją laską Czerwinski. - W dobrym domu będziesz służyć!

Dziewczyna błądziła wzrokiem z niepokojem, ale nagle jej przaśną twarz opromieniła nadzieja:

- Panie, a może pan kowala potrzebuje? Wszystko potrafi, złote ma ręce! - I pokazała na dobrze zbudowanego chłopaka, stojącego nieopodal.

Jednak Aleksander Wasiljewicz, gdy już załatwił to, co zaplanował, stracił zainteresowanie targiem.

- Kowala mi nie potrzeba. No, chyba że...

- Za to mi w Czerwince bardzo się przyda - przerwał mu Piotr Iwanowicz. - Otwórz usta! - rozkazał chłopakowi i z zadowoleniem powiedział po oględzinach: - No, choć jeden bez zgniłych zębów. Mówisz, że to złota rączka... Ile lat w kuźni robisz?

- A, całe życie - raźno odpowiedział kowal. - Świętej pamięci Iwan Nikiforowicz miał dużą kuźnię. A jak się zastrzelił, wszystko przeszło w spadku do pana Tierentjewa.

- Dobrze, chodź za mną! - przerwał mu w pół słowa Czerwinski. - No, Aleksandrze Wasiljewiczu - zaczął podsumowywać - myślałem, że wioskę kupię. A tu jeden chłop się trafił i tyle tych profitów.

- Co też pan, Piotrze Iwanowiczu - uspokajał go Doroszenko - zdolny kowal za pół ceny to nie najgorszy wynik jak dla mnie...

W ślad za nimi podążali dopiero co kupieni chłopi pańszczyźniani. Dziewczyna nie spuszczała pełnych łez oczu z kowala, głaskała go po ręce, dopóki ten, uśmiechając się smutno, nie uwolnił dłoni.

- Żegnaj, Orysiu! Może się jeszcze zobaczymy...

- Żegnaj, Nazarku... ukochany...

Po powrocie od Czerwinskich rozemocjonowana Natalie opowiadała ojcu o Katierinie:

- Jakże mogłam wątpić, że Czerwinscy to porządni ludzie! Wychowali chłopkę pańszczyźnianą jak rodzoną córkę.

- Rzeczywiście, to dziwne. - Aleksander Wasiljewicz ze zdumieniem wydął usta. - Piotr Iwanowicz nigdy mi o tym nie wspominał.

- Mówisz, że to wszystko bzdura, co w gazetach piszą? A właśnie, że nie! Kitti i po francusku mówi, i tak wspaniale gra na fortepianie...

- Pewnie zrobili to pod wpływem stołecznej mody... - próbował znaleźć wytłumaczenie ojciec. - Tam z chłopów pańszczyźnianych nawet grupę baletową zrobili.

- Ojczulku, jeśli człowiek nie wie, że to chłopka pańszczyźniana, za nic nie odróżni jej od państwa! Wyszukane maniery...

- Czyżby bardziej wyszukane niż twoje? - ironizował ojciec.

- Może nawet bardziej! - Natalie żarliwie wzięła w obronę nową znajomą. - Jednego nie mogę pojąć. Jeśli ją tak wychowali, to czemu nie dadzą jej wolności?

Aleksander Wasiljewicz jedynie rozłożył ręce.

- To są ich sprawy, nie będziemy się wtrącać. - Gdy zauważył, jak zgasły oczy córki, natychmiast zmienił temat na przyjemniejszy: - Tak więc nie wiem, co mam robić: czy dać ci prezent teraz, czy podrażnić się z tobą, poczekać?

- Prezent, tatusiu? - ożywiła się córka.

- Musiałem jednak zanurkować do portfela - narzekał dziedzic majątku, wołając Orysię. - Piotr Iwanowicz nazwał mnie marnotrawcą. Ja jednak uważam, że trzysta rubli za taką mistrzynię to nic.

Po przybyciu do majątku Czerwinskich, Nazar został zaprowadzony do kuchni na obiad. Tam bez pośpiechu zaczął nabierać łyżką polewkę, nie zwracając uwagi na służbę, która co rusz zabiegała do kuchni, by na niego popatrzeć. Szczególnie starała się Galina, dziewka ładna i bezpośrednia, która wykonywała w domu całą czarną robotę. A to łokciem go szturchnęła, a to zapytała o coś. Ale wszystkie jej wysiłki na nic się zdały i twarz Nazara tylko raz utraciła niewzruszony wyraz - kiedy do kuchni na chwilę wpadła Katierina.

I kiedy położył się na ławce w izbie czeladnej, myślał wcale nie o Gali, i nawet nie o Orysi, tylko o tej zadziwiającej panience, która - jak mu powiedziano - wcale panienką nie jest...

Wasilinką zaś mocno zainteresował się pan domu.

- Co to za dziewka bystrooka się u nas pojawiła? - zapytał Piotr Iwanowicz, zakładając turecki szlafrok podany przez Jakowa.

- Toż pan sam osobiście kazał "kanarka" świeżego i rumianego znaleźć. Żem utrafił? - Jakow przymilnie zajrzał w oczy swego dobrodzieja, podając mu fajkę.

- Zobaczymy - odpowiedział wymijająco Czerwinski, siadając w fotelu.

Ledwie zdążył zapalić fajkę od podanej przez Jakowa zapałki, gdy ktoś zapukał do drzwi. W progu stanęła Anna Lwowna.

Piotr odesłał Jakowa i wstał, pykając fajkę.

- Proszę usiąść, Anno Lwowna. Jakaś bladziutka jest pani dzisiaj - gość się naprzykrzył?

- Za gościa dziękuję - powiedziała małżonka, siadając na sofie. - Wprawdzie na krótko, ale rozproszył moje ciężkie myśli. - Spojrzała z trwogą na Piotra Iwanowicza. - Udało się panu dowiedzieć czegoś o Griszeńce? Gdzie jest, co z nim?!

- W Klubie Angielskim rozmawiałem z pułkownikiem Kaliberdą - skłamał z irytacją Piotr Iwanowicz. - Kazał nie wychodzić przed szereg - sztabowi mają co robić po walkach.

- Dwie córki pochowaliśmy z panem, tylko Griszeńka nam został - przypomniała, pochlipując, Anna Lwowna. - Jeśli jeszcze jego Pan Bóg zabierze...

- Niechaj się pani... - Czerwinski ledwie się hamował, żeby nie krzyczeć - niechaj się pani jakąś pracą zajmie czy co. Ze mnie proszę brać przykład! Zaraz jak siądę do pracy, to do późna nie skończę! - Usiadł przy stole i zaczął wertować papiery. - Grecy na ten przykład, skurczybyki, zdzierają niemiłosiernie za ładowanie zboża, a nasi rządcy widać są z nimi w zmowie. To nic, ja im...

- Ma pan rację. O obowiązkach nie wolno zapominać. - Anna Lwowna wstała, żeby odejść i nie dać po sobie poznać, że czuje się upokorzona.

Jakow złapał Wasilinkę za rękę, gdy ta udawała się do izby na spoczynek.

- No, wreszcie! Gdzie cię nosi?! Po całym domu cię szukam!

- Czego pan chce? Coś nie tak zrobiłam?

- Jak ci, dziewko, w pańskim domu? Pewno lepiej, niż na wsi ogony krowom kręcić, co?

- Sowiciej - skinęła głową i naiwnie spojrzała na niego. - I praca nie jest ciężka.

- Mnie podziękuj! - Jakow już podprowadził ją pod drzwi pańskiego gabinetu. - To ja doradziłem panu, by cię do domu wziął.

- Dziękuję.

- A panu podziękować szczególnie nie zapomnij. - Jakow wysunął pouczająco swój guzłowaty palec wskazujący. - Z jego łaski teraz żyć będziesz po ludzku!

- A pewnie! - Wasilinka kiwnęła ponownie. - Przy okazji nisko się panu pokłonię za jego dobroć!

Jakow popatrzył jej w oczy długo i przerażająco. Otworzył drzwi i wepchnął dziewczynę do środka.

Nie minęła godzina, jak Wasilinka znowu stanęła w progu: zapłakana, potargana, w podartej sukienczynie. Zatrzymała się, jakby nie wiedziała, dokąd ma się teraz udać, ściskając w pięści wetkniętą jej przez pana złotą monetę, kiedy usłyszała okrzyk:

- I żebyś milczała! Jasne? Poszła stąd!

Następnego dnia, jakby w odpowiedzi na wszystkie modły, przyszła długo oczekiwana wiadomość od Grigorija. Oszalała ze szczęścia Anna Lwowna czytała po raz nie wiadomo który ten list, a następnie pośpieszyła z radosną wieścią do męża.

Jednak Piotr Iwanowicz, biorąc z jej rąk to drogocenne posłanie, wydusił jedynie:

- Cóż, zobaczymy, co on tam zwojował.

- Ale przecież najważniejsze, że wraca żywy! - krzyknęła z urazą Anna Lwowna.

- Wam, babom, tylko jedno w głowie... Nawet jeśli w krzakach przesiedział.

- Niech pan tak nie mówi, Grisza jest inny!

- Jak to inny?! Ile pieniędzy przehulał w Petersburgu, kiedy wrócił z Niemiec?

- A inni ile wydają w jego wieku? - Anna Lwowna wzięła syna w obronę.

- Zdarza się, że inni nawet majątki pomnażają. Ale nasz do tego nie ma talentu. Dlatego poszedł na wojnę. By bohaterem zostać. Tyle że charakter ma nie ten!

- Ależ pan się myli, Piotrze Iwanowiczu, Grisza to dobry i szlachetny chłopiec...

- Liczę tylko na jedno - nie słuchając jej, burknął Czerwinski - że wojna uczyniła zeń mężczyznę.

- Oczywiście, a jakże inaczej? - potakiwała matka.

Nieco się uspokoiwszy, Piotr przystanął i spojrzał na żonę.

- Chcę jeszcze o jednym pomówić z panią, Anno Lwowna.

Z jego groźnego i świdrującego spojrzenia Anna Lwowna wywnioskowała, że rozmowa będzie poważna.

W złą godzinę przyszło Katierinie wchodzić po schodach na piętro, mijać gabinet Piotra Iwanowicza. Korytarz rozbrzmiewał wściekłymi wrzaskami pana na włościach, z rzadka przetykanymi replikami Anny Lwowny, która usiłowała choć słówko wtrącić, ale na próżno.

- Dość dziewce pańszczyźnianej przechadzać się po domu, jakby była panią! Wyhodowali tu sobie księżniczkę!

- Ale ja wychowałam Kitti jak córkę. I ona ma prawo... - głos chrzestnej drżał ze strachu i oburzenia.

- Co za Kitti? Jaka Kitti? Kat'ka! Chłopka pańszczyźniana, córka chłopki! Żeby ani się ważyła ta Kitti pojawiać przy stole! Jej miejsce jest w czeladnej.

Słysząc to, Katia zamarła. Zakłopotana rozglądała się jedynie i przyciskała ręce do piersi. Spętał ją strach, nie tyle o siebie, ile o chrzestną, oraz wstyd, że stała się powodem do zmartwień Anny Lwowny, ściągnęła na nią gniew męża.

- Ale to, o co mnie pan prosi...

- Ja o nic nie proszę. Ja rozkazuję!

- Czy to jest ostatnie pańskie słowo?

- Zwykłem mówić tylko raz.

Gorące łzy popłynęły z oczu dziewczyny i jakby stopiły paraliżujący jej ruchy lód przerażenia. Katierina prędko zbiegła po schodach do salonu, na podwórze i dalej - gdzie nogi poniosą.

Dopiero później znalazła ją Pawlina w kurniku, gdy przyszła zebrać jajka na obiad. Kury jak zwykle wszczęły harmider, kucharka siarczyście je sklęła, a jednak zdołała w tym hałasie usłyszeć ciche pochlipywanie.

- A co tu się dzieje?! - Odwróciła się gwałtownie do Katieriny, która kuliła się w kącie. - Ty czego tu się mażesz?! Kto cię znowu skrzywdził, mów mi szybko!

Ale Katia nie mogła słowa z siebie wydusić.

- Katierina - Pawlina z udawaną surowością pogroziła jej palcem - nie każ mi brać grzechu na duszę! Przecież i tak się dowiem wszystkiego. Mów szybko!

- Czemu Piotr Iwanowicz mnie nie lubi? - drżącym głosem zapytała dziewczyna.

- Co?

- Spojrzenie ma takie, jakby chciał mnie spopielić. Za co mnie tak nie lubi?

- A mnie? - zezłościła się Pawlina - mnie lubi? Zresztą kogo on w ogóle lubi?

- Ale ja przecież nie o tym...

- On nawet słowa takiego nie zna.

- Ale jeśli tak, to czemu pozwolił chrzestnej zabrać mnie do domu, wychować?

- No - rozłożyła ręce Pawlina - musi też pani, Anna Lwowna, mieć jakąś pociechę.

- Nie, nie, za tym się kryje jakaś tajemnica - pokręciła głową Katierina. - Oni coś przede mną ukrywają...

- Naczytałaś się swoich książek i wymyślasz. - Kucharka spojrzała na nią spode łba. - Jakimiś głupotami masz głowę nabitą.

- Pawlina - zaczęła ze łzami błagać dziewczyna - przecież byłaś w domu, jeszcze zanim się urodziłam. Znałaś moją matulę, tatkę... Kim oni byli?

Kucharka wzruszyła ramionami.

- Matka w sieni służyła, ojciec był strzemiennym. Ile razy ci można powtarzać...

- Ale czemu wtedy chrzestna postanowiła zabrać mnie do domu? Czemu właśnie mnie?

- Nic nie wiem - wyburczała Pawlina. - Nie wymyślaj już, na Boga! Lepiej biegnij szybko do domu, zaraz będą goście, a ty się tutaj mażesz... - Pawlina złapała miskę z jajkami i z zatroskaną miną wyszła z kurnika.

Choć bolało ją serce na myśl o Katierinie, nie miała najmniejszej ochoty ciągnąć tej rozmowy.

Aleksander Doroszenko nasłuchał się zachwytów córki nad zadziwiającą chłopką sąsiadów i sam zapragnął zobaczyć to dziwo, które w jego rozumieniu było czymś w rodzaju tresowanego pieska. I kiedy wraz z Natalie ponownie przybyli do Czerwinskich, w pierwszej kolejności zażyczyli sobie, by przyprowadzono do nich Katierinę.

Lokaj Tichon odnalazł ją w kuchni, gdzie czekała po tym, jak Anna Lwowna, starannie dobierając słowa, wytłumaczyła dziewczynie, że jej pozycja w domu uległa zmianie. Teraz nie mogła wejść do pańskiej części, bojąc się, że ściągnie na chrzestną nowe kłopoty. Ale skoro sama gospodyni kazała wyjść do gości, nie miała wyboru - musiała pójść.

Natomiast Pawlina jedynie z troską pokręciła głową, patrząc w ślad za nią.

- Ech, żeby to wiejską dziewkę chować jak szlachetną panienkę. Przecież to do niczego niepodobne!

Denerwowała się, wszystko jej leciało z rąk. Musiała znaleźć sobie zajęcie nieopodal salonu, z którego dobiegały już dźwięki fortepianu. I proszę, przy drzwiach natknęła się na Wasilinkę, która skradając się, odważyła się łypnąć okiem do środka. Pawlina zachmurzyła się, ale Wasilinka tylko westchnęła głęboko:

- Oj, ciotko Pawło! Jak ja bym chciała tak samo w pięknej sukni siedzieć i żeby państwo tak na mnie patrzyli...

- Głupia, nie masz czego zazdrościć! - Kucharka lekko klepnęła ją po potylicy. - Zapamiętaj to sobie! Piękne suknie, cera delikatna... i po francusku potrafi, i na fortepianach - i co z tego? Tak czy siak, to baba niewolna. Pan takiej za żonę nie weźmie. Za dworaka sama nie pójdzie. Wszędzie trędowata. Takiej pisane jest być samotną.

W salonie nie wszyscy jednak zachwycali się grą Katieriny: Piotr Iwanowicz z niesmakiem się krzywił, podczas gdy jego goście z zachwytem słuchali muzykowania chłopki.

- To jest znakomite! Brawo! - krzyknął Aleksander Wasiljewicz, gdy wybrzmiały ostatnie nuty.

- Przecież mówiłam tatusiowi! To jest anioł! - triumfowała Natalie.

- A przecież żeby tak grać, trzeba było ćwiczyć od maleńkości - zwrócił się Doroszenko do Anny Lwowny.

- Tak właśnie było - z uśmiechem odpowiedziała gospodyni. - Ona gra od piątego roku życia, znalazłam dla niej najlepszych nauczycieli. Żeby pan słyszał, jak ją wychwalali! Wróżyli jej wielki sukces na dużej scenie! Monsieur Charon, jestem pewna, że pan go zna, nazwał Kitti odkryciem.

- Cóż, Anno Lwowna, zdaje się, że czas, byśmy z gośćmi zasiedli do kolacji - nie wytrzymał Czerwinski, któremu pochwały spadające na chłopkę były wybitnie nie w smak. - A ty, Katierino, marsz do kuchni!

Grigorij Czerwinski, syn i dziedzic, wrócił do majątku rodzinnego dokładnie w tym dniu, na który zapowiadał się w liście. Anna Lwowna, która ostatnimi czasy nie odstępowała od okna, pierwsza zauważyła zbliżający się powóz.

- Jedzie, jedzie! - krzyknęła. I zaczęła zwoływać służbę: - Chodźcie tu czym prędzej!

Pod jej dyrygenturą wszyscy dworacy i pozostali mieszkańcy domu pośpiesznie ustawili się na ganku. Nawet Piotr Iwanowicz, choć był poirytowany wszczętym rwetesem, poddał się rozkazom małżonki, zrzędząc przy tym:

- Doprawdy, co też pani, Anno Lwowna, za defiladę na jego cześć urządza? Jeszcze tylko fanfar brakuje!

Byle się nie popłakać - zaklinała siebie Anna Lwowna. - Griszeńka speszy się, będzie mu niezręcznie...

Nadjechał powóz i zatrzymał się przy ganku. Wysiadł z niego około dwudziestopięcioletni mężczyzna, postawny i elegancki, w mundurze oficerskim, z odznakami na piersi. Wyglądał bardzo dumnie i męsko.

- Griszeńka! - Anna rzuciła się ku niemu i skryła twarz w jego piersi. - Griszeńka, szczęście moje! Ty żyjesz!

- Mateczko... - uśmiechnął się Grigorij, poddając się uściskom matki.

Piotr Iwanowicz trzymał się z boku, ale zdaje się, również był wzruszony, choć starał się tego nie pokazywać. Katierina obserwowała to spotkanie przez okno, z całego serca ciesząc się ze szczęścia chrzestnej i zachwycając się urodą Grigorija, którego po raz ostatni widziała jeszcze w dzieciństwie i właściwie go nie pamiętała.

Otoczony przez bliskich Grigorij wszedł do salonu, z uśmiechem przypominając sobie przytulne domostwo, w którym dorastał. Piotr Iwanowicz z ukrywaną dumą zerkał na syna, na jego odznaki, aż wreszcie nie wytrzymał i objął go ramieniem.

- No, bohaterze. Pani zobaczy, Anno Lwowna, ten order. No, synu, zmężniałeś! - Poklepał Grigorija po piersi.

- Czy to takie dziwne? - Grigorij uśmiechnął się pod wąsem, zerkając na ojca.

- Co tu prawdę kryć - martwiłem się! - przyznał ojciec. - Bałem się, że jak to się zdarzało onegdaj, znów coś nawywijasz, skompromitujesz nazwisko Czerwinskich. - Pomilczał chwilę i dodał urywanym głosem: - Aleś nie zawiódł ojca. - Opadł na kanapę, jakby zrzucił z ramion ciężkie brzemię.

- Czemu nie pisałeś, Griszeńka? - dopytywała Anna Lwowna.

Grisza, zanim odpowiedział, nagle skrzywił się ledwie zauważalnie i zwrócił do starszego lokaja:

- Gdzie jest moja laska, Frole?

Ten natychmiast ją podał i Grigorij z wysiłkiem wsparł się na niej. Anna Lwowna jęknęła i klasnęła w dłonie.

- Jesteś... ranny?

- Takie tam zadrapanie - zbył matkę Grigorij. - Byłem w lazarecie. Dlatego nie pisałem. Inaczej, obawiam się, serce by wam, mateczko, nie wytrzymało.

- Kozacka sprawka. - Piotr Iwanowicz z satysfakcją zmrużył oczy, a na skroniach wystąpiły mu żyły.

Grigorij usiadł na kanapie obok ojca, Anna Lwowna zaś usadowiła się obok niego, nie przestając się zamartwiać.

- Gdzie cię zraniło, Griszeńko? W nogę?

- Ależ niech mateczka już o tym zapomni. Jak ja się cieszę z powrotu do domu! - Ponownie rozejrzał się wokół.

Tak przy rozmowie doczekali obiadu, który w tym dniu był szczególnie wystawny, i przenieśli się do jadalni. Dania zmieniały się jak w kalejdoskopie, Grigorij żywo interesował się sprawami majątku. Następnie Anna Lwowna ponownie zaczęła mówić o wojnie:

- Zadręczaliśmy się tu, Griszeńka! Pisali, że Turcy naszym żołnierzom głowy ścinają. Bałam się gazety czytać, a jak ty...

- Tu jestem, mateczko - przerwał jej Grigorij, ponownie lekko się krzywiąc. - Po co wspominać najgorsze? - I z przesadnym entuzjazmem rzekł: - Ach, jaki wyborny jest ten wasz łosoś!

- Posmakował ci, synku? To każę zaraz Pawlinie, by jeszcze przyniosła - zerwała się Anna Lwowna.

- Niech się mateczka nie trudzi. - Grigorij jakby się ucieszył, że ma okazję pójść do kuchni. - Doskonale pamiętam drogę.

Katierina starannie rozkładała przekąski na półmiskach, kiedy do kuchni nieoczekiwanie wszedł Grigorij. Zaskoczył ją, sam też był bardzo zdziwiony.

- Co pani tu robi, miła panno? Kim pani jest?

Zdawałoby się, że nie ma prostszego pytania, lecz Katierinie właśnie ono stwarzało największą trudność. Nie umiejąc odpowiedzieć na nie, speszyła się i spuściła wzrok.

- Jestem...

- O matko! - Pawlina wpadła do swego królestwa, tym samym przychodząc Katierinie z odsieczą. - Zapomniał pan czegoś, Grigoriju Piotrowiczu?

- Nic takiego - powiedział Grigorij, nie mogąc oderwać zaczarowanego wzroku od Katieriny. - Łososia bym jeszcze zjadł. Przynieś.

Nie miał już żadnego powodu, by zostawać w kuchni, więc niechętnie udał się z powrotem do salonu, nie słysząc już, jak Pawlina wzdycha, mówiąc do Katii: "Zaklinam cię, trzymaj się z daleka od tego diabła!". A po twarzy Katieriny przemknął cień.

Przerwana rozmowa przy stole potoczyła się teraz w zupełnie innym kierunku. Jak tylko Grigorij wrócił, Anna Lwowna zwróciła się do niego:

- Griszeńka, synku, pamiętasz Aleksandra Wasiljewicza Doroszenkę? Ostatnio przyjeżdżał do nas ze swoją córką Natalie. Muszę ci powiedzieć, że wróciła z pensjonatu jako bardzo miła młoda panna.

- A ja właśnie przed chwilą również spotkałem w kuchni przemiłą pannę - odparł Grigorij, wciąż jeszcze pod wrażeniem tego, co ujrzał. Inne panny, zdaje się, nie mogły teraz zaprzątnąć jego umysłu. - Kto to jest?

- To Kitti, Griszeńko. Moja wychowanka - wytłumaczyła Anna Lwowna, zmieniając się na twarzy i zerkając ukradkiem na męża.

- Wychowanka... - mruknął ten. - Tfu! Kat'ka, dziewka pańszczyźniana. Rozpuściła ją niemożebnie, wymyśliła, by diabli wiedzą kogo dopuścić do pańskiego stołu...

- Ach tak - powiedział do siebie Grigorij. - Katierina... Wszystko jasne.

Późnym wieczorem ustał rozgwar w majątku Czerwinskich i Katia, już w koszuli nocnej, czesała włosy, szykując się do snu. Anna Lwowna nawet nie wspomniała o niej dzisiaj, ale Katierina nie miała jej tego za złe: cieszyła się, że jej chrzestna jest wreszcie szczęśliwa. O przestrogach Pawliny starała się nie myśleć.

I wtedy nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Grigorij, w niedbale rozpiętym mundurze, spod którego wystawała biała koszula. Oczy mu błyszczały w podnieceniu.

- Można?

Uważnie i przewrotnie patrzył na Katierinę. Ta kiwnęła speszona, a ręka ze szczotką zatrzymała się w pół drogi.

Grigorij przymknął drzwi i delikatnie stąpając, przybliżył się do niej.

- Nie zaprosisz, bym usiadł? - zapytał z udawanym wyrzutem.

- Proszę - ledwie wyszeptała Katierina i speszona wskazała jedyny fotel.

Grigorij usiadł, bez zażenowania przyglądając się zarysom jej sylwetki w cieniutkiej koszuli. Katierina mimowolnie skuliła się w sobie, przyciskając ręce do piersi. Chcąc przerwać krępującą i jakoś dwuznaczną ciszę, powiedziała prędko:

- Anna Lwowna jest taka szczęśliwa, że pan wreszcie wrócił. W dzień i w nocy modliła się o pański powrót.

- A ty? - uśmiechnął się dziedzic. - Ty się modliłaś?

- Oczywiście, że się modliłam! - Katierina dotknęła krzyżyka na szyi.

Nagle Grigorij osunął się przed nią na jedno kolano. Wziął jej rękę i pocałował.

- Dziękuję miłej panience. Pani modlitwy pomogły mi przeżyć.

- Na Boga, Grigoriju Piotrowiczu! Czy to tylko moje? - Katierina czym prędzej wyszarpnęła rękę.

Nie pozwalając jej ukryć oczu, Grigorij powoli wstał i znalazł się tak blisko, że dziewczynie kompletnie zabrakło tchu, cała zesztywniała.

- Wiesz, Katiu, czego najbardziej brakuje na wojnie? - ledwo słyszalnie, z urywanym oddechem zapytał Grigorij.

- Nie wiem.

- Miłości. Miłosierdzia i miłości.

Katierina skinęła, odwracając się i czekając, kiedy on wreszcie odejdzie i zostawi ją w spokoju.

- Czy mogłabyś obdarzyć mnie swoją miłością?

Szeroko otwartymi oczami Katierina spojrzała z niemym przerażeniem na Grigorija. I jak gdyby biorąc to za odpowiedź, Grigorij wpił się w jej usta drapieżnym pocałunkiem.

Rozdział drugi

- Grigoriju Piotrowiczu! Grig... Piotr... - Katierina z całych sił wyrywała się z uścisku Grigorija, lecz to go tylko podniecało.

- Ależ ty jesteś! Istny źrebak nieujeżdżony! No chodź... Chodź tutaj...

Nagle ktoś szarpnął za klamkę i zagrzmiał głos Pawliny:

- Katria! Co to za wymysły z tym zamykaniem! Otwieraj prędko, wodę do mycia przyniosłam.

- Do diabła! - Twarz Grigorija wykrzywił grymas rozczarowania, mężczyzna ruszył do wyjścia.

Katia odsunęła się od niego, cofnęła, zauważyła na stole nożyczki i szybko je chwyciła.

Tuż przy drzwiach Grigorij obejrzał się i uśmiechnął.

- Dobra. Nie jestem przecież jakimś złodziejem. Oczekiwanie na deser czyni go jeszcze słodszym.

- Katria! Usnęłaś tam? - ponownie odezwała się Pawlina.

- Czego tak lamentujesz, chcesz cały dom poderwać na nogi? - Grigorij wreszcie otworzył drzwi. - Przesuń się.

Pawlina, kompletnie nie spodziewając się tu dziedzica, o mały włos nie wylała na niego wody z dzbana.

- Pan?! Oj, Boziuniu... A... co... - wystraszyła się kucharka.

Nie zaszczyciwszy jej słówkiem, Grigorij nieśpiesznie odszedł, a oszołomiona Pawlina weszła do pokoju, w którym Katierina wciąż jeszcze ściskała w dłoni nożyczki. Dopiero gdy ujrzała Pawlinę, z ulgą je odrzuciła i padła swej wybawicielce w objęcia.

- Czego tu po nocy szukał Grigorij Piotrowicz? - zachmurzyła się Pawlina.

- Zajrzał po prostu... życzyć dobrej nocy - zagryzając wargi, odpowiedziała Katia, która nie była w stanie powiedzieć prawdy.

- Ptaszynko moja - westchnęła Pawlina - ja już mam swoje lata. Czy to ja nie wiem, jak panicze przychodzą życzyć dobrej nocy? Ręce mu latały? - Zauważywszy czerwony ślad na nadgarstku Katieriny, szybko złapała ją za rękę, nie pozwalając schować jej za plecami.

- Och, ty kacie jeden! - jęknęła. - Ty żmijo! Wszystko opowiem pani! Teraz już jest nocka, nie będę niepokoić, ale jutro z samego rana...

- Nie, nie! Mamusiu Pawłusiu, nie trzeba! To moja wina: może dałam mu jakiś pretekst? Może wieczorem uśmiechałam się za dużo? Może dekolt miałam za duży? A jeszcze sama go wpuściłam... Tak, to moja wina. Ach, jak matka chrzestna się dowie, co to będzie za wstyd! Nie, nie! Na przyszłość będę ostrożniejsza. A na noc będę zamykać drzwi na spust! - powiedziała Katierina już niemal wesoło, ciesząc się, że znalazła takie znakomite wyjście. - Lepiej mi polej, proszę.

Uwolniwszy się delikatnie, odwróciła się w stronę miski, jakby wieczorna rutyna miała pomóc jej zapomnieć o tym, co się stało, zmienić to w nic nieznaczące wydarzenie, o którym, rzecz jasna, chrzestna wiedzieć nie powinna.

- Aleś ty jeszcze dziecko... - Pawlina ze smutkiem pokręciła głową, polewając jej z dzbana ręce. - Przecież i jego, i jego ojczulka znam aż nadto. Takie to są psy na baby, że ech! Oni nawet pretekstów nie potrzebują. Jedyny pretekst to świerzb między nogami.

Katierina ukryła twarz w ręczniku, a podając go Pawlinie, zmusiła się do uśmiechu.

- Wszystko będzie dobrze, Pawłusiu, uspokój się. Nie jestem takim znowu słabeuszem, potrafię się obronić. Natomiast chrzestna ma słabe serce, sama wiesz. Obiecaj - żartobliwie tupnęła nogą - obiecaj, że nic jej nie powiesz.

Ale Pawlina żadnych obietnic nie składała, odeszła w milczeniu. Katierina zamknęła za nią drzwi i uśmiech natychmiast zszedł z jej twarzy.

Rano Katierina w pierwszej kolejności rozłożyła swoje sukienki na łóżku, nie mogąc zdecydować, która z nich jest najskromniejsza i najmniej będzie przyciągała męskie spojrzenia. Wszystkie wydawały jej się teraz za bardzo jaskrawe i wyzywające, jakby w nich wystawiała siebie na pokaz. Przygryzając wargę, przebierała w nich, nie mogąc dokonać wyboru, kiedy do pokoju weszła Wasilinka.

Nie sposób było ją poznać w nowiutkim stroju pokojówki, z miotełką do kurzu w ręce. Wytwornie, choć jeszcze niezgrabnie z powodu niedługiego stażu, dygnęła przed Katieriną jak przed panią.

- Dzień dobry, panieneczko. Pani pozwoli się ubrać.

- Ach - uśmiechnęła się Katierina - ależ ile mam ci powtarzać, że żadna ze mnie pani.

Wasilinka jak gdyby nie dosłyszała jej słów, a może zwyczajnie nie uwierzyła. Co to, czyż ona nie potrafi odróżnić pani od dziewki? Miotełka zaczęła tańczyć w jej ręce, a Katierina nagle doznała olśnienia:

- Słuchaj, Wasilinko, a tobie która moja sukienka najbardziej się podoba? - A kiedy ta, nic nie pojmując, odwróciła się, zapytała: - Zamienisz się ze mną na którąś?

- Jak to? - zdziwiła się Wasilinka.

- A tak: wybieraj, co ci się podoba, każdą możesz wziąć! - I "panienka" wskazała ręką na łóżko.

- A gdzie mi do tego? - Wasilinka patrzyła ze zdumieniem na sukienki Katieriny. Jeszcze wczoraj marzyła o wytwornej sukni, ale żeby naprawdę założyć ją na siebie... To się wręcz w głowie nie mieściło. - Dam pani swoją tak po prostu.

- Tak po prostu to nie wezmę - pokręciła głową Katierina. Chwyciła jedną z sukienek i podtykając ją Wasilince, powiedziała: - Trzymaj! Może się kiedyś przyda. Przyniesiesz mi swoją?

Dopiero wtedy pokojówka uwierzyła, że nikt z niej nie pokpiwa, radośnie przytaknęła i mocno przycisnęła sukienkę do piersi, jakby się bała, że za chwilę zostanie jej odebrana, i pobiegła z nią w te pędy, dopóki Katierina się nie rozmyśliła.

Śniadanie w domu Czerwinskich dobiegało końca, lokaje już sprzątali ze stołów, zmieniali serwis na herbaciany. Lokaj z malutkimi chińskimi dzbaneczkami obchodził stół, nalewając każdemu wedle woli.

- Czym chcesz się zająć, kochany? - zapytała Anna Lwowna syna.

- Tu? - szczerze zdziwił się Grigorij. - Maman, nie sądzę, bym się tutaj zasiedział. Odpocznę, pobędę z wami, a potem... ruszam za granicę! Tylko tam jest prawdziwe życie!

Matka nie zdążyła mu odpowiedzieć, gdy do jadalni wszedł Piotr Iwanowicz, rześki i zadowolony, ponieważ nie dosłyszał ostatnich słów syna. Czerwinski senior zdążył już uwierzyć, że wojna zmieniła naturę jego spadkobiercy, że Grigorij wreszcie porzuci próżniaczy tryb życia i entuzjastycznie zabierze się do gospodarowania.

- Dzień dobry! Rad jestem widzieć, że już nie śpisz! - powiedział do syna, siadając przy stole. - Myślałem, że trzeba będzie cię budzić. Chodź, zjemy śniadanie i pojedziemy na objazd. Spraw w gospodarstwie jest mnóstwo - wiosna! Na pole trzeba...

- Proszę mi wybaczyć, ojcze, ale nie pojadę "na pole". Nie znam się na tym nic a nic, więc po co?

Piotr Iwanowicz gwałtownie rozparł się na krześle, a twarz pociemniała mu z rozgoryczenia. Teraz już miał wrażenie, że niczego innego nie spodziewał się po synu.

- A poza tym jestem zaproszony do Szeferów. Muszę się przygotować - kontynuował Grigorij.

- Jakie znowu przygotowania? - gwałtownie i szorstko przerwał mu Piotr Iwanowicz, wpadając w irytację. - Nie jesteś przecież panienką, loków kręcić nie będziesz.

- Nie uchodzi też pokazywać się w świecie jak wieśniak zahukany - obstawał przy swoim młodszy Czerwinski.

Piotr zaczął się unosić, ale powstrzymał się, kiedy Anna Lwowna położyła rękę na jego dłoni. Na długo nie starczyłoby mu cierpliwości, lecz nowemu wybuchowi na pewien czas zapobiegł starszy lokaj, przynosząc pocztę: starszemu Czerwinskiemu świeżą gazetę, a Grigorijowi - pilny list do rąk własnych.

Grigorij zerknął na kopertę i nieco się zachmurzył, jednak otworzył list.

Anna Lwowna wciąż jeszcze próbowała rozładować atmosferę.

- Nie ulega wątpliwości, że u Lidoczki Szefer spotykają się najzacniejsi ludzie w naszym mieście - zauważyła dyplomatycznie, po czym dodała figlarnie: - Oraz ich córki.

- Droga mateczko, darujmy sobie - niedbale rzucił Grigorij, czytając pobieżnie nierówne linijki listu. - Zamierza mnie mamusia ożenić? Próżny trud... Tutejsze ślicznotki mało mnie interesują...

I nagle się zaciął, twarz mu skamieniała, a matka, która nie spuszczała z niego oczu, natychmiast się zaniepokoiła.

- Griszeńko, co ci jest? Coś się stało?

- Nie. A właściwie tak. Matka kolegi z frontu zmarła, kiedy ten był na wojnie. - Grigorij szybko schował list do kieszeni, jakby chciał zmienić trudny temat: - Ach, niemal zapomniałem. Ojcze, potrzebuję pewnej... hm... kwoty.

- Po co? - Piotr Iwanowicz spojrzał na niego ponuro i wreszcie dał upust swej złości: - Co, postanowiłeś zostać żebrakiem? Myślisz, że tym z orderami będą więcej rzucać? Pomyliłeś adres - jałmużna nie leży w mojej gestii.

Purpurowiejąc, Grigorij odsunął od siebie talerz. Anna Lwowna odwróciła się do okna, ale nie odważyła się skarcić małżonka, zaś Piotr Iwanowicz kontynuował śniadanie, jak gdyby nigdy nic. Grigorij wstał, szurając krzesłem. Kiedy wyszedł na korytarz, przy stole nadal panowało milczenie.

Szedł zły i rozgoryczony, a przed oczami miał słowa z otrzymanego przed chwilą listu: "...Za dochowanie pańskiej tajemnicy wiele nie proszę - trzysta rubli wystarczy".

Gdy po śniadaniu Katierinie powiedziano, że wzywa ją do siebie Anna Lwowna, dziewczyna pośpiesznie udała się do salonu, rada, że jest potrzebna chrzestnej. Zastygła, widząc, że obok Anny Lwowny siedzi w fotelu Grigorij, trzymając ją za ręce i cicho mówiąc:

- A więc, mateczko, gdyby nie wasze modlitwy...

Wyglądał przy tym tak szczerze i czule, że Katierina na chwilę zwątpiła: czy to ten człowiek zaatakował ją wczoraj w sypialni? Należało jednak zdradzić swoją obecność, aby nikt nie pomyślał, że podsłuchuje pańskie rozmowy. Katierina dygnęła znacznie wytworniej niż przed chwilą Wasilinka w jej pokoju i powiedziała:

- Jestem do usług... - na chwilę się zawahała - pani.

- Kitti, tyle razy ci mówiłam, żebyś nie nazywała mnie panią - zbyła ją Anna Lwowna.

- Tak, matko chrzestna. - Katierina ponownie dygnęła, jak przystało w obecności państwa.

- I jaką to suknię masz na sobie? - surowo zapytała Anna Lwowna, gdy zobaczyła na niej ubranie Wasilinki. Zupełnie nie w porę u jej chrześniaczki ujawniły się jakieś dziwactwa!

- Natychmiast jedź do Doroszenków. Natalia Aleksandrowna potrzebuje akompaniamentu do ćwiczeń, błaga, by przysłać ciebie. Niezwłocznie przebierz się i jedź, już kazałam szykować dla ciebie powóz.

Grigorij wyglądał na obojętnego i nieobecnego, ale jego ukradkowe spojrzenia paliły ją, aż kuliła się z zakłopotania.

- Dobrze, matko chrzestna - odpowiedziała Katierina i zapytała z nadzieją: - Może będę jeszcze chrzestnej dziś potrzebna? O której mam wrócić?

- Nie, Kitti, nie będziesz mi potrzebna. - Anna Lwowna zwróciła się w stronę Grigorija: - Chcę calutki dzień spędzić z synem. Możesz więc być u Natalie tak długo, ile będzie cię potrzebowała. Idź już.

Nastrój Katii kompletnie się zepsuł, gdy opuszczała salon, jakby ni z tego, ni z owego została odrzucona. Jej plecy parzyło spojrzenie młodego dziedzica, które czuła na sobie niemal fizycznie.

I jakby mało jej było trosk, kiedy tylko Katierina usiadła w powozie, zauważyła, jak obok wleczono zakrwawione, niemal pozbawione tchu ciało.

- Co się stało? - zapytała Katia z przerażeniem.

- Jakow Juchimowicz nowemu kowalowi batów dał - leniwie odpowiedział koniuszy Gnat.

Katierina przypomniała sobie tego chłopaka, Nazara, który jadł polewkę u Pawliny w kuchni. Wówczas był poważny i stateczny i co tu dużo mówić - całkiem interesujący, a teraz nie szło go poznać. Nazar z wysiłkiem uniósł głowę i na krótką chwilę spotkał się wzrokiem z Katieriną, po czym jego głowa ponownie opadła na pierś.

- O Boże! Poczekajcie! - krzyknęła dziewczyna, wyskakując z powozu. Przykucnęła przy kowalu. - Za co?

- A czy Jaszka potrzebował kiedyś za co? - cicho, żeby nikt nie usłyszał, powiedział dworak Nikita. - Mucha pod ogonem go ugryzła i tyle!

- Pić... - cicho wyjęczał Nazar.

Katierina zawołała dziewczynę z koromysłem, pomogła skatowanemu się napić i zaczęła się zastanawiać, jak jeszcze może mu pomóc, ale Gnat powiedział:

- Katierina, idź sobie. Bo bieda nam wszystkim...

Osłabionego i zakrwawionego Nazara powlekli dalej, w stronę piwnicy. Ten z jękiem opadł na podłogę, drzwi piwnicy się zatrzasnęły i został w kompletnych ciemnościach.

Aleksiej Kosacz pochodził z rodziny niezamożnej, ale znanej i z tradycjami, a teraz pośpiesznie zmierzał do swojego niewielkiego majątku pod Nieżynem. Koń pod nim był piękny i gorącej krwi, podobnie jak jeździec - Aleksiej wyróżniał się ognistym usposobieniem i był niebywale przystojny. Ciemne loki opadały mu na wysokie, jasne czoło. Długie jak u dziewczyny rzęsy rzucały cień na płonące oczy. A twarz jaśniała mu radością na myśl o spotkaniu z bliskimi, tym bardziej że wracał z wojny krymskiej jako bohater.

Chłopów nie trzeba było spędzać na ganek w celu powitania gospodarza - ledwie wjechał na podwórze, a zbiegli się ku niemu z każdego miejsca w majątku.

- Witamy, panie! - słychać było ze wszystkich stron.

- Zdrówka życzymy!

- Witamy z powrotem, panie!

Leciwa kucharka Horpyna, która była kiedyś mamką Aleksieja, przytuliła go.

- Aleksieju Fiodorowiczu, mój kochany! No nareszcie! Żyje pan!

- Żyję, żyję. Dzięki twoim modlitwom, nianiu.

- Och, jak ja się modliłam do Matki Najświętszej! Jak ja się modliłam! Wysłuchała mnie jednak. Ależ pan wypiękniał! Wysoki, zmężniały, a włosy jak smoła. Biada dziewkom!

Na te słowa młodziutka pokojówka matki Aleksieja, która nie spuszczała oczu z młodego pana, speszyła się, odsunęła na bok i wtedy właśnie omal jej nie przewrócili brat i siostra Aleksieja, którzy wyskoczyli z domu. Chociaż Marianna skończyła już czternaście lat, a Wasilij dziesięć, to z całkowicie dziecinną radością zawiśli na śmiejącym się Aleksieju, krzycząc na wyprzódki:

- Alosza! Alosza przyjechał! Braciszek! Alosza!

Wreszcie z domu wyszła również matka, Sofia Stanisławowna.

- Matulu... - zdążył krzyknąć Aleksiej.

Dzieci i chłopi rozstąpili się, przepuszczając Sofię Stanisławownę ku synowi. Aleksiej przywarł do niej w mocnym uścisku, ta zaś w milczeniu ukryła twarz w jego ramieniu, tłumiąc łzy. Marianna patrzyła na nich z szerokim uśmiechem, a Wasia skakał wokół, nie posiadając się z radości. Wreszcie matka odchyliła do tyłu głowę i zaczęła wpatrywać się w Aloszę, jakby chciała wchłonąć każdą rysę ukochanej twarzy.

- No, chodźmy, chodźmy do domu! - powiedziała, orientując się, że trzyma w progu zdrożonego syna.

Na jego przyjazd nakryto do stołu, dość skromnie, wedle zasobności, za to od serca. Jednak szybko się okazało, że Aleksiej ma zupełnie inne plany.

- Podziękuję za jedzenie, mateczko - powiedział, wchodząc do salonu. - W pierwszej kolejności chciałbym odwiedzić Natalię Aleksandrownę.

- Natalie? - Twarz Sofii Stanisławowny zmieniła się.

- Tak - zaśmiał się Aleksiej. - Płonne były nadzieje mamusi: przez te lata nic się nie zmieniło, wciąż ją kocham.

- Ale... dziś wieczorem Liddi Szefer urządza przyjęcie na cześć bohaterów, którzy wrócili z wojny.

Spojrzenie Aleksieja, wciąż pełne czułości, było stanowcze i stało się jasne, że zamierza jechać do Doroszenków, nie na bal.

- Jestem pewna, że Natalie również tam będzie - nie odpuszczała Sofia Stanisławowna. Biorąc syna za rękę, zaczęła go przekonywać, jak robiła to od maleńkości, raz emocjami, raz argumentami studząc jego porywy. - Tymczasem zostań z nami w domu, tak się stęskniliśmy! A poza tym przyznaj, to niegrzecznie ot tak zajeżdżać do obcego domu, zwłaszcza w czasie nieprzeznaczonym na wizyty.

- Tak, chyba ma mamusia rację - zgodził się Aleksiej po chwili namysłu. - Pojadę wieczorem do Szeferów.

Natalie, która czekała na wieczór u Szeferów ze znacznie większą niecierpliwością, postanowiła poćwiczyć przed balem piosenkę Ja wciąż go kocham do szaleństwa1, dlatego właśnie zawezwała do siebie Katię. Chciała się również podzielić swoimi wątpliwościami na temat tej modnej nowinki.

- Melodia jest wspaniała - mówiła Natalie. - Ale tekst... Kompletnie nie rozumiem, jak mężczyzna może nie odpowiedzieć na uczucia damy?

Przez moment przemknęła jej myśl, że nie wypada prowadzić takich rozmów z dziewczyną pokroju Katieriny, ponieważ jednak niedawno wróciła z pensjonatu, nie zdążyła jeszcze znaleźć sobie przyjaciółek, a przy całej swej miłości do ojca uznała, że w tej materii on jednak nie jest odpowiednim dla niej rozmówcą.

Katierina kompletnie nie wiedziała, co odpowiedzieć. Była zupełnie niedoświadczona w sprawach sercowych.

- Pewnie i tak bywa...

Natalie machnęła ręką; teraz wystarczyło, że ktoś jej słucha.

- Bywa tak: wystarczy uśmiechnąć się nieco uprzejmiej, a on już się zakochał! Listy pisze, kwiaty wysyła... Wiersze układa... Potem nie chcesz już takiej uwagi, a ten mimo wszystko chodzi, wzdycha...

Natalie nie zauważyła, że Katia staje się coraz bardziej niespokojna.

- Panią pewnie wszyscy kochają, pani jest taka piękna, Natalio Aleksandrowna - śpiesznie powiedziała Katierina, wstając. Czuła się niezręcznie w obecności panienki. Nie wiedziała, jak się zachować, chciała czym prędzej wracać do domu. - Jeśli już skończyłyśmy, pora, bym się pożegnała.

- Tak szybko? - zasmuciła się Natalie, która nawet nie podejrzewała, jak bardzo jej brakuje towarzystwa rówieśnic. - Kitti, zanudziłam cię?

- Ależ nie... - Katierina starannie dobierała słowa. - Po prostu... po prostu boję się jechać po zmroku obok starego młyna. Wie pani, co ludzie mówią?

- Ach, to wszystko są bzdury! Wymysły! Średniowiecze. Nie wierzę ani w przekleństwa, ani w zjawy. - Ale Katierina patrzyła na nią tak błagalnie, że Natalie powiedziała, choć tym samym, pouczającym tonem: - Dobrze. Obiecuję, że puszczę cię za dnia. Ale przecież do zmierzchu jest jeszcze tyle czasu! Pobądź ze mną jeszcze trochę.

- Panienko - oświadczyła Orysia, zaglądając do salonu. - Krawcowa przyniosła nową suknię panienki. Będzie panienka mierzyć raz jeszcze?

- Oczywiście, że będę! I jeszcze dla Kitti coś wybierzemy! - Oczy Natalie zapłonęły. Czytanie gazet i muzykowanie - to wszystko nie zaszkodzi, ale bez sukien panienka nie przeżyje. Złapała Katierinę za rękę. - Chodź ze mną! Zaraz zrobię z ciebie carównę!

I niemal siłą wyciągnęła Katierinę z pokoju, z przyzwyczajania nie pytając chłopki, czy chce zmienić się w carównę.

W związku z tym, że wizyta u Doroszenków została odłożona na później, Sofii Stanisławownie udało się usadowić syna przy stole i z przyjemnością raczyła go domowymi przetworami, opowiadając, jak im się żyje.

- Zatem, Aloszeńko, ciężko nam tu bez ciebie - podsumowała. - Krzątam się w dzień i w nocy, a i tak... pieniędzy nie ma. Ciężki jest wdowi los. A z małymi dziećmi podwójnie ciężko. Gdyby nie Lidia Iwanowna, zginęlibyśmy marnie.

- Czyżby? - uśmiechnął się Aleksiej.

- Nie śmiej się. Byłam gotowa zastawić majątek. Lidia pomagała i słowem, i czynem, i... pieniędzmi. Kiedy nasz oszust ekonom uciekł, znalazła nowego, godnego zaufania. Sama mu płaci pensję. To wspaniała kobieta, wrażliwa, wyrozumiała... - znacząco powiedziała Sofia Stanisławowna.

- Matulu, jestem bardzo wdzięczny Lidii Iwanownie. Jeszcze dziś wieczorem podziękuję jej osobiście za zaangażowanie w wasze sprawy - powiedział sucho Aleksiej. - A wszystkie pieniądze, ma się rozumieć, zwrócę.

- Aloszeńka, nie o to chodzi. Nie o to... - Widząc, że syn nie zrozumiał aluzji, Sofia Stanisławowna zdobyła się na całkowitą szczerość. - Przecież Lidoczka nadal jest w tobie zakochana! Nie zwracałeś uwagi na jej uczucia albo udawałeś, że nie zwracasz, a potem wyjechałeś. Więc ona całą swoją miłość na nas przelała! To wielkie, szlachetne serce. Wspaniała osoba! Tak do siebie pasujecie...

Aleksiej westchnął zirytowany i stało się jasne, że już wcześniej doskonale zrozumiał, do czego zmierza matka, i celowo nie chciał w to brnąć.

- Mateczko, zakończmy tę rozmowę - w jego tonie wyraźnie zabrzmiało ostrzeżenie.

- Uważam, że nie znajdziesz lepszej partii - nalegała matka. - Ona jest piękna, bogata. A co najważniejsze - kocha ciebie!

Aleksiej odsunął talerz i wstał.

- Mamo - powiedział wyraźnie wzburzony - nie sądziłem, że postanowi mama tak jawnie mieszać się do mojego życia osobistego. Nigdy nie ożenię się z mademoiselle Szefer! Moje serce należy do Natalie Aleksandrowny. I mama doskonale o tym wie!

- Aloszeńko, coś ty, proszę, nie zrozum mnie źle! - zaczęła wycofywać się Sofia Stanisławowna, wiedząc, że przesadziła.

- Maman, zrozumiałem mamę doskonale! Chce mama mną zapłacić za długi! - wymknęło się Aleksiejowi i żeby nie powiedzieć za dużo, podszedł do okna.

- Aleksis! - z oburzeniem krzyknęła matka. - Jak możesz? Nigdy, słyszysz, nigdy nawet nie śmiałabym w ten sposób pomyśleć!

- Mateczko, miła moja, mama wybaczy moją wybuchowość. - Aleksiej wrócił do matki i ją przytulił.

- Aloszeńko, synku, życzę ci tylko dobra. Lepszy jest wróbel w garści niż...

- O swoim losie będę decydował sam! - nie zdzierżył Aleksiej. - A temu "wróblowi" zapłacę za długi z nawiązką, jak tylko poprawię naszą sytuację!

I wypadł jak poparzony z pokoju stołowego, a rozgoryczona Sofia Stanisławowna mogła jedynie odprowadzić go wzrokiem.

Piotr Iwanowicz wrócił do majątku w podłym humorze, co nikomu nie wróżyło nic dobrego. Wszystkie odcienie nastroju swego pana dworacy nauczyli się czytać już dawno z gestów i mimiki, dlatego koniuszy Gnat rzucił się panu do stóp, starając się mu usłużyć.

- Dzień dobry, Piotrze Iwanowiczu! Pan pozwoli... - Koniuszy chwycił konia za uzdę i pomógł panu zeskoczyć z wierzchowca.

- Jaki, do diabła, dobry! - zaczął krzyczeć Czerwinski. - Krętacz Syrowarow spod samego nosa sprzątnął mi łąki Tierentjewa!

Żaden myślący człowiek nie chciałby w tej chwili trafić mu pod rękę, ale Grigorij śmiało wyszedł z domu i skierował się ku niemu:

- Ojcze...

- W cerkwi możesz ojcować - ponuro przerwał mu Piotr Iwanowicz.

- Ojcze, chciałbym pomówić na osobności. - Grigorij jakby nie zauważał jego grubiaństwa.

Piotr Iwanowicz zasępił się, skinął na Gnata, więc ten odszedł, zabierając konia do stajni.

- Jeśli znowu zamierzasz prosić o pieniądze, to lepiej sobie daruj! Nie dam - ostrzegł starszy Czerwinski.

- Nie, nie będę.

- To o co chodzi? - zapytał Piotr Iwanowicz już spokojniej.

- Ojcze, dziś rano się myliłem. Wybacz mi - powiedział Grigorij, z którego twarzy nie można było wyczytać nic oprócz synowskiego szacunku.

- Pan Bóg ci wybaczy - burknął pan na włościach.

- Ojcze, chciałbym od dzisiaj we wszystkim ojcu pomagać...

- Skąd nagle taka zmiana? - Piotr Iwanowicz podejrzliwie uniósł brwi.

- To nie jest zmiana, ojcze. Przecież jestem synem swego ojca. Chce tego ojciec czy nie, ale jestem taki sam: gorący i uparty... - Grigorij patrzył na niego szczerze i głęboko. - Ale ojciec mnie otrzeźwił. Zrozumiałem: ojciec, mateczka, ta oto ziemia, majątek - to wszystko, co mam. Moje korzenie... To takie bliskie. Tylko to jest prawdziwe. To jest to, co naprawdę kocham. Ojciec mi wybaczy - powiedział rozemocjonowany.

Już w połowie jego przemówienia zmarszczki na czole Piotra Iwanowicza zaczęły się wygładzać i oto, zdawało się, zapomniał nawet o łąkach Tierentjewa.

- No, dobrze już, dobrze... - Z ulgą objął syna. - Wybaczam. Czy i ja nie byłem młody?

- Moim obowiązkiem i szczerym życzeniem jest we wszystkim pomagać ojcu - wciąż tym samym, równym tonem kontynuował Grigorij. - Chciałbym zagłębić się we wszystkie sprawy, wszystkiego nauczyć.

- I to już nie są słowa chłopca, tylko mężczyzny! - krzyknął Piotr, nie kryjąc radości.

Przymiarki w pokoju Natalie trwały w najlepsze: Katierina w samej koszuli stała przed olbrzymim lustrem, pokazującym sylwetkę od stóp do głów, a Orysia, przykładając do niej jedną z sukienek Natalie, zerkała na swoją panią. Obie dziewczyny były spięte i skupione, jakby wykonywały ciężką pracę, natomiast Natalie - przeciwnie, dokazywała, jakby bawiła się lalką, strojąc ją i obracając w każdą stronę. Teraz również nieco się zachmurzyła, przyglądając się odbiciu Katieriny.

- Co pani powie, Kitti? - zapytała wreszcie.

- Wspaniale - z wyuczoną grzecznością odpowiedziała Katierina.

- Hm - Natalie wydęła usta - a ja widzę, że pani się nie podoba.

- Ależ skąd! Suknia jest piękna!

- Bzdura! - oświadczyła Natalie, zadzierając podbródek. - Mnie również ona się nie podoba. I ten kolor nie pasuje do pani. Do mnie zresztą też. W ogóle nie wiem, czy komuś by to pasowało. To jest ślepe podążanie za modą, nic więcej. Orysia, bierz na szmaty! Zobaczymy tę.

Orysia przyłożyła do Katieriny drugą sukienkę, która sprawiła, że Natalie z satysfakcją powiedziała:

- A to już jest pani kolor.

Katierina z pomocą Orysi musiała założyć tę suknię, a kiedy męczyły się z niezliczonymi guzikami, Natalie otrzymała kartkę w kopercie. Po otwarciu i szybkim przejrzeniu zawartości natychmiast rozpłynęła się w ironicznym uśmiechu.

- To a propos nieszczęśliwej miłości. "Miła, droga, niezapomniana Natalie! - nieco naigrywając się, przeczytała na głos. - Wojna dobiegła końca. Wróciłem do domu, w rodzime strony, do ojczystego Nieżyna. Ale te tak drogie memu sercu od maleńkości miejsca będą dla mnie szare i ponure, dopóki nie zobaczę pani, pani jasnych oczu. Dopóki pani uśmiech nie przywróci memu sercu pokoju i szczęścia. Liczę, że wkrótce ujrzę panią na przyjęciu u mademoiselle Szefer. Na wieki pani, Aleksiej Kosacz".

- Ile namiętności! Cieszę się pani szczęściem - z tą samą wyuczoną grzecznością uśmiechnęła się Katierina.

- Gorset można jeszcze mocniej zasznurować... - zaproponowała Orysia.

Natalie natychmiast straciła zainteresowanie listem, rzuciła go na stolik i zaczęła zastanawiać się nad propozycją pokojówki, przyglądając się Katierinie.

- Nie - zdecydowała po dłuższym namyśle - chyba nie warto. A jednak co to za suknia! - Nie mogąc powstrzymać zachwytu, Natalie porwała gościa do tańca. - Coś wspaniałego! Ależ ci w niej do twarzy! Zobacz, jak tańczą falbanki!

Zmierzchało już, kiedy Natalie puściła Katierinę, wymusiwszy na niej, aby koniecznie wracała do domu w nowej, sprezentowanej jej sukni. Usadowić się w powozie z ogromną krynoliną nie było łatwo, więc z pomocą musiała przyjść Orysia. Wiedząc, że Katierina mieszka u Czerwinskich, pokojówka skorzystała z okazji, by zapytać o to, co zajmowało ją najbardziej na świecie.

- Panienko... - zaczęła niepewnie, ale Katierina jej przerwała:

- Mów mi lepiej Katria.

Ośmielona Orysia zapytała wreszcie:

- Katriu, powiedz prawdę, jak tam Nazar?

Katierina nie miała dla niej dobrych wieści.

- Bardzo rozsierdził naszego rządcę Jakowa - westchnęła. - Batożył Nazara własnoręcznie.

- Bili go... ale żyje? - Orysia zamarła, spodziewając się najgorszego.

- Żyje, ale jest bardzo pobity.

- Wiedziałam! - Orysia machnęła ręką. - Taki to charakterek! Panienko... oj, Katriu, proszę cię, przekaż mu to. - Orysia wydobyła z kieszeni mały węzełek i podała go Katierinie. - To maść na rany. Goi, zdejmuje ból. I jeszcze przekaż, że... będę się modlić za niego.

Katierina wzięła węzełek i uśmiechnęła się.

- Przekażę. Bywaj, Orysiu.

- Żegnajcie. Bywaj, Katriu!

Anna Lwowna przez cały dzień źle się czuła. Męczyła ją jakaś nieokreślona słabość, a pod wieczór już zupełnie słaniała się na nogach. Pewnie odezwało się napięcie w związku z przybyciem syna, a jednak nie mogła napatrzeć się na niego, nie mogła przestać z nim rozmawiać. Mimo to poczuła, że musi na chwilę się położyć. Idąc na górę, mijała akurat gabinet Piotra Iwanowicza, kiedy zza drzwi doleciał nagle jakiś hałas. Anna Lwowna przystanęła, przyłożyła rękę do niespokojnego serca i cień napłynął na jej twarz. Wiedziała już, co się dzieje za drzwiami, choć jeszcze nie chciała w to wierzyć. Nie minęła minuta, jak z gabinetu wyskoczyła Wasilinka - cała potargana i czerwona, w rozchełstanym ubraniu, gorączkowo zapinając guziki.

Cofając się o krok, Anna Lwowna z wolna uniosła głowę i zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów. Jej palce, spoczywające na sercu, mimowolnie zwarły się w pięść. Jak mogła się spodziewać, że to kiedykolwiek się skończy? Ale nie odezwała się słowem, nawet nie drgnęła, jakby skamieniała. Pokonując zażenowanie, Wasilinka szybko czmychnęła, kryjąc się w mroku korytarza.

Kątem oka dostrzegając jakiś ruch na górze, Anna Lwowna zobaczyła, że na schodach stoi Grigorij, ponuro patrząc za Wasilinką. Czerwinska postanowiła więc wziąć się w garść i nie zdradzić z zalewającym ją bólem, o którym sama nie wiedziała, czy jest fizyczny, czy psychiczny.

- Griszeńko... aleś ty piękny! - zawołała, widząc, że syn ma na sobie mundur galowy ze wszystkimi odznakami. - Chodźmy, chciałam cię wypytać o wasz objazd z ojcem.

- Przykro mi, mateczko, ale muszę jechać. - Grigorij również udawał, że nic się nie stało. Rzucił jedynie jeszcze jedno, pełne złości spojrzenie w mrok korytarza, w którym skryła się Wasilinka.

- Ale jak to... przecież do przyjęcia jest jeszcze tyle czasu, przecież mieliśmy pobyć we dwoje, porozmawiać...

- Mam małą, ale niecierpiącą zwłoki sprawę. Akurat zdążę - z szacunkiem, ale stanowczo odpowiedział Grigorij.

- Jaką znowu sprawę? - zaniepokoiła się natychmiast Anna Lwowna.

- Mama się tak nie martwi - uśmiechnął się Grigorij. - To drobiazg, niewart trosk mamusi. A gdzie jest Kitti? - natychmiast zmienił temat. - Wróciła już? Nie chciałbym zostawiać znudzonej mamy samej.

- Jedź, nie martw się o mnie. Kitti zapewne zaraz będzie. Byleby zdążyła przed burzą...

Więc Grigorij poszedł, ucałowawszy rękę matki na pożegnanie.

Sprawę Grigorij miał w redakcji nieżyńskiej gazety.

- Pilnie sprzedam młodą, mocną dziewkę do pomocy domowej, wzrostu średniego, robotna. Piękna. Nauczona służby domowej - dyktował ogłoszenie.

- To wszystko? - na wszelki wypadek dopytał redaktor.

Grigorij przytaknął, a redaktor przeliczył słowa.

- W najbliższym numerze, słyszy mnie pan? - przypomniał Grigorij najważniejszy warunek.

- Będzie zrobione, pan raczy się nie martwić - zapewnił redaktor. - Jutro w porannym wydaniu. Może chce pan w ramce? Bardziej się rzuca w oczy.

- Dobrze - zgodził się Grigorij.

- Płaci pan pięćdziesiąt kopiejek.

Katierina śpieszyła do domu, popędzając konia. Zaczynało kropić, w oddali słychać było grzmoty, więc dziewczyna martwiła się, że deszcz rozmyje drogę, i z niepokojem zerkała na niebo, a od czasu do czasu ze strachem na widniejący opodal młyn. Kiedy była maleńka, Pawlina opowiedziała jej legendę o tym miejscu, której Katierina w żaden sposób nie mogła zapomnieć.

Dawno, dawno temu mieszkał tam młynarz, a był tak piękny, że nie mógł się opędzić od dziewczyn. Zakochała się w nim również dzika leśna rusałka - Majka. Obiecała mu różności za jego miłość, ale młynarz nie śpieszył z odpowiedzią - jego serce należało do innej, do ślicznej Oksany. Pragnienie zemsty zamroczyło Majkę. Utrafiła moment, gdy dziewczyna była sama, i utopiła nieszczęsną. Na młynarza zaś rzuciła okropne przekleństwo: do końca świata ma być przy swoim młynie, żywy, ale niemy. Po tym jak Majka go przeklęła, sama rzuciła się na koło młyńskie, aby na wieki pozostać z tym, którego tak namiętnie kochała i nienawidziła. I tak teraz błąka się co noc aż do pierwszych kurów ani żywy, ani martwy, piękny młynarz...

Katierina ciągle zerkała to na porzucony młyn, to na drogę. Nagle zupełnie niedaleko przemknęła błyskawica i rozległ się grzmot. Wystraszony koń skręcił z ubitej drogi i Katierina z wielkim trudem zdołała go utrzymać. Jednak koła utknęły w błocie i choć dziewczyna popędzała konia, wszystko na marne - powóz utknął na dobre. Wówczas Katierina zeskoczyła na ziemię. Próbowała wyciągnąć konia za wędzidło, ale ten się zaparł. Przemknęła kolejna błyskawica, koń stanął dęba, niemal przewracając Katierinę. Została jej jedynie modlitwa i nadzieja na boską opatrzność...

Gdyby uniosła wzrok, ujrzałaby zapewne na tle szarego, ołowianego nieba i szalejącej ulewy sylwetkę skaczącego w jej kierunku jeźdźca, który jakby przecinał płachtę deszczu, niepodatny żywiołom. Ale nie widziała go, wciąż usiłując uspokoić konia. I nagle silna, męska ręka chwyciła za lejce. Podskakując ze strachu, dziewczyna obejrzała się i... jej oczy otworzyły się szeroko, a z piersi wydobył się krzyk przerażenia.

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji ebooka.