Marysieńka
Marysieńka
Kobiety są rajem dla oczu, czyśćcem dla sakiewki i piekłem dla duszy
hiszpańskie przysłowie
Trudne początki
Trudne początki
Dobiegające z dołu donośne odgłosy chrapania na przemian z mokrym
mlaskaniem wiecznie spragnionego smakosza nie pozwalały Marysieńce
zmrużyć oka do białego rana. Przewracała się więc z boku na bok coraz
bardziej wściekła, zakrywała uszy poduszką, próbowała nie myśleć o tym,
w co się wplątała, ale nic to nie dawało. Przez cały czas przed oczami
przewijały jej się sceny z poprzedniego wieczoru, a ona nie mogła
uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.
Koszmar, którego doświadczała w tym momencie, był jej nocą poślubną.
Wczoraj, czyli 3 marca Roku Pańskiego 1658, wyszła za mąż za starszego
od siebie o czternaście lat mężczyznę. Teraz obok łoża, na podłodze,
jedynie na podścielonym krótkim dywaniku, spał pijany jak bela jej
właśnie poślubiony mąż Jan Zamoyski zwany przez szlachtę Sobiepanem, bo
- jak sam o sobie lubił mówić - sam był sobie panem i niczego od innych
nie potrzebował.
- A zapowiadało się tak pięknie! - westchnęła, wspominając ten moment,
gdy się dowiedziała, że zainteresował się nią najbogatszy kawaler w Polsce. Człowiek, do którego majątku wzdychały najpiękniejsze panny w kraju. Marzenie wszystkich rodziców panien na wydaniu, o dochodach tak
wielkich i koneksjach tak wspaniałych, że mógłby myśleć o księżniczkach
z pierwszych rodów Europy.
- Ale nie pomyślał! - uśmiechnęła się w ciemności. - Pomyślał o mnie
i mnie zapragnął!
Na chwilę zapomniała o udręce nocy poślubnej i nawet nie słyszała
hałasów wydobywających się z gardzieli wybranka.
- Ależ dziewczyny pozieleniały z zazdrości! - aż mimowolnie pisnęła
cichutko na wspomnienie pierwszego klejnotu, jaki otrzymała w prezencie
od swojego adoratora. Mimo trwającej wojny ze Szwecją i trudnej sytuacji
finansowej wszystkich zwolenników króla Jana Kazimierza, a do tego kręgu
zaliczał się jej wielbiciel, otrzymała od niego krzyż złożony z pięciu
wielkich diamentów, którego wartość szacowano na dwanaście tysięcy
franków. Cudnej urody drobiazg miał wartość większą niż zarobki całego
życia przeciętnej rodziny w kraju. A on podarował go jej ot tak, by
zwrócić na siebie uwagę.
I zwrócił!
Na wieść o tym geście jęk zawodu nieprzeliczonych zastępów pretendentek
do wydania się za tego "księcia na Zamościu", jak go zwano, rozległ się
od morza do morza. Ona zaś promieniała szczęściem. Jeszcze go nie
widziała, niewiele o nim słyszała, ale sam fakt, iż najbogatszy kawaler
w kraju przesłał jej rzecz tak cenną, że zamilkły wszystkie dwórki
królowej, sprawił, iż poczuła się na ten krótki moment najszczęśliwszą
dziewczyną na świecie.
Ale akurat ona była skazana na sukces!
*
Wydawałoby się, że o Marysieńce Sobieskiej wiemy już wiele, jeśli nie
wszystko. Jest to jedna z najbardziej znanych postaci historycznych, o której każdy słyszał, a niejeden czytał. Popularność jej biografii w minionych dekadach osiągała poziomy sławy dzisiejszych gwiazd sportu i kina. Każdy Polak i każda Polka wiedzą, że to jest ta zła kobieta, która
rządziła naszym sławnym królem Janem III Sobieskim, pogromcą Turków spod
Wiednia. Słyszeliśmy o listach pisanych do niej przez małżonka, o miłości, jaką ją darzył, o erotycznych perełkach, jakie sobie przemycali
w korespondencji.
Ale czy ktoś czytał te listy? Czy widział jej korespondencję pisaną do
niego i do innych osób z tych czasów? Czy oprócz listów króla Jana znamy
inne źródła z tej epoki?
Kiedy się chwilę zastanowimy, dojdziemy do wniosku, że niby wszystko
wiemy, a tak naprawdę nic nie wiemy! Nawet podstawowe fakty z jej życia
wymagają weryfikacji, zaś prawdziwe intencje - głębokiego przemyślenia.
Do niedawna jeszcze trwał spór o datę narodzin polskiej królowej.
Znacznych problemów przysparzało badaczom ustalenie w sposób
jednoznaczny i niebudzący wątpliwości nie tylko dnia czy miesiąca, lecz
także roku urodzenia Marysieńki. Co prawda nie urodziła się ona w chłopskiej chacie ani nawet w skromnym domku handlarza, tylko w dworku
szlacheckim, więc teoretycznie lepiej sytuowani rodzice powinni zadbać o utrwalenie wydarzenia, jakim były narodziny dziecka. Jednak najwyraźniej
nikt nie pomyślał, iż ta mała dziewczynka może odegrać aż tak wielką
rolę w historii świata.
Przez wieki podejrzewano, iż sama Maria Kazimiera, podobnie jak
pozostałe bohaterki tej książki, odmładzała się stale, podając
późniejszy rok urodzenia, zaś jej biografowie nie mogli zdecydować,
którą datę wybrać.
A było w czym wybierać!
Wśród możliwych dat mieliśmy w kolekcji rok 1634, 1635, 1638 lub 1641.
Oczywiście te późniejsze pojawiały się głównie za sprawą samej
zainteresowanej, w powszechnej opinii odejmującej sobie lat w dojrzałym
wieku. Jednoznacznie wykluczyć żadnej ze wskazanych dat się nie dało,
jednak za najbardziej prawdopodobną do niedawna uznawano rok
16351. Teraz wiemy, iż zarzuty o odmładzaniu się naszej bohaterki
były bezpodstawne i jednoznacznie potwierdziła się data 28 czerwca 1641
roku2.
Urodziła się w Nevers, a jej rodzicami byli margrabia Henryk Albert de
la Grange d'Arquien, wówczas kapitan gwardii w regimencie młodszego
brata ówczesnego króla Francji Ludwika XIII, i Franciszka de la Châtre,
ochmistrzyni księżniczki Marii Ludwiki Gonzagi, należącej do francuskiej
arystokracji przyszłej żony polskich królów Władysława IV i Jana
Kazimierza. W tym związku przyszło na świat siedmioro dzieci. Maria była
prawdopodobnie trzecia w kolejności. Przed nią urodziły się dwie
siostry: Joanna i Franciszka, które z braku innych perspektyw zostały
umieszczone w klasztorze.
Rodzina naszej bohaterki, liczna i zajmująca poślednie miejsce w ówczesnej strukturze władzy, nie dawała dostatecznego oparcia w drodze
na szczyty. Podobnie jak majątek nadmiernie rozdrobniony, przez co zbyt
mały, by zapewnić społeczny awans przynajmniej niektórym z przedstawicieli rodu.
Na szczęście dzięki matce Marysieńki, służącej od lat rodzinie Gonzagów,
udało się uprosić księżniczkę Marię Ludwikę, by zechciała zostać matką
chrzestną naszej bohaterki, potem umieścić ją w swoim otoczeniu, a następnie zabrać ze sobą w daleką i niebezpieczną podróż do Polski,
dokąd wyruszyła, by zostać kolejną królową kraju nad Wisłą.
*
Zanim jednak do tego doszło, protektorka Marysieńki, Maria Ludwika zwana
u nas Ludwiką Marią, musiała bardzo długo czekać, by rozpocząć
realizację swych królewskich ambicji. Urodzona w 1611 roku w rodzinie
szczycącej się pokrewieństwem z rodami monarszymi ówczesnej Europy, z ojcem będącym prawnukiem ostatniego cesarza bizantyjskiego i chrzestnymi
w osobach króla Francji Ludwika XIII i jego matki Marii Medycejskiej,
nie mogła sama decydować o swoim małżeństwie. Związek z taką osobą był
kuszący dla wielu i mógł dla kandydatów do jej ręki mieć znaczenie
strategiczne, dlatego o jej zamążpójściu nie decydowała ona ani nawet
jej rodzina, ale sam król Francji.
Już gdy miała szesnaście lat, pojawiły się plany wydania jej za mąż za
młodszego brata króla Francji Gastona Orleańskiego, ale władca, widząc w tym zagrożenie dla swojej pozycji, odmówił zgody na związek3.
Kiedy zaś pojawiły się pogłoski, iż do małżeństwa może dojść mimo
sprzeciwu monarchy, kandydatka na bratową Ludwika XIII została uwięziona
i pozostawała pod strażą w twierdzy Vincennes, a potem w klasztorze
przez trzy długie lata.
Ten przykry incydent nie ograniczył jej ambicji i mimo zesłania na
prowincję, bo tak należy traktować rozkaz króla, by po wypuszczeniu jej
z klasztornego zamknięcia udała się do rodzinnego Nevers, Marysieńka
starała się utrzymywać kontakty z wielkim światem. Doniesienia z tego
okresu jednoznacznie wskazują, iż zbudowała wokół siebie dwór, na którym
obowiązywała etykieta będąca kopią zasad funkcjonowania dworu
królewskiego. W miarę swoich skromnych możliwości, mimo niełaski dworu,
rozwijała siatkę powiązań, w której nie brakowało przeciwników kardynała
Richelieu - ówczesnego pierwszego ministra na dworze Ludwika
XIII4.
Również po to, by pozbyć się kłopotliwej i bardzo ambitnej osóbki,
powstał plan wysłania jej z kraju i wydania za mąż za ówczesnego króla
polskiego Władysława IV pochodzącego ze szwedzkiej dynastii Wazów.
Władysław - cieszący się również, przynajmniej formalnie, tytułami króla
Szwecji i cara Rosji - nie spieszył się jednak do żeniaczki. W chwili,
gdy we Francji rodziły się plany matrymonialne z udziałem jego osoby,
czyli w 1634 roku, miał lat trzydzieści dziewięć i skutecznie bronił się
przed ślubnym kobiercem. Ostatecznie, przymuszony przez swe otoczenie,
wybrał na żonę (ale dopiero trzy lata później) córkę cesarza Ferdynanda
II Cecylię Renatę.
Po raz drugi więc plany matrymonialne wobec dwudziestotrzyletniej już
Marii Ludwiki spaliły na panewce. Po raz pierwszy z powodu sprzeciwu
dworu francuskiego, po raz drugi przez brak woli kandydata do żeniaczki,
jednak trzecie podejście rokowało znacznie lepiej, gdyż zarówno kardynał
Richelieu, jak i kandydat do ręki księżniczki wydawali się
zdeterminowani, by tym razem doprowadzić do ożenku.
Był rok 1640. Księżniczka miała niemal trzydzieści lat i powoli
przyzwyczajano się do myśli, że pozostanie w stanie niezamężnym już na
zawsze. Wtedy w jej otoczeniu pojawił się młodszy brat polskiego króla
Jan Kazimierz, który dość niefortunnie rozpoczął swą podróż po Europie,
trafiając do francuskiego więzienia. Tuż po przybyciu do Francji został
oskarżony przez kardynała Richelieu o szpiegostwo na rzecz Hiszpanii i wtrącony na niemal dwa lata do lochu. Dopiero po interwencji Władysława
IV i groźbie wrogich kroków wobec Francji został uwolniony i niemal
prosto z twierdzy trafił w objęcia Ludwiki Marii. O ich romansie huczał
cały Paryż, a świetnie poinformowany Richelieu knuł, by z tej mąki upiec
chleb dla swego pana, zamieniając niefortunny incydent z uwięzieniem na
małżeństwo łączące dwa kraje silnym węzłem o podłożu również
politycznym.
Niestety, w Polsce ten pomysł nie znalazł uznania, Jan Kazimierz został
pilnie wezwany do kraju, a jego niedoszła małżonka zabijała czas,
prowadząc salon literacki, przez który przewinęło się wielu miłośników
pióra. W międzyczasie romansowała, wybierając na swych kochanków osoby
niemile widziane na dworze. Jeden z tych związków skończył się
tragicznie, gdyż jej kochanek, markiz de Cinq-Mars, został oskarżony o spisek przeciw królowi i ścięty we wrześniu 1642 roku. Ludwika Maria zaś
po raz kolejny zaznała goryczy wygnania na prowincję.
Wkrótce jednak kardynał Richelieu zmarł, a jego następca w fotelu
pierwszego ministra, kardynał Mazarini, pozwolił spiskowcom wrócić do
łask. Wkrótce też do Paryża dotarły wieści o śmierci Cecylii Renaty,
czyli żony Władysława IV, co ożywiło plany połączenia francuskiej
księżniczki z monarchą znad Wisły. Tym razem nic już nie stanęło na
przeszkodzie i latem 1645 roku francuski poseł w Warszawie podpisał
wstępne porozumienie umożliwiające związek pięćdziesięcioletniego
koronowanego wdowca z trzydziestoczteroletnią panną. Potem był ślub w Paryżu zawarty przez pełnomocnika królewskiego z księżniczką i długa
podróż do Polski, w którą wraz z orszakiem panny młodej wyruszyła
również nasza bohaterka Marysieńka.
*
Początki były bardzo trudne dla wszystkich.
Francuzi, przybywając do Polski, obawiali się życia w tym odległym i zupełnie im nieznanym kraju. Nikt się nie łudził, iż zawarty związek ma
inne podłoże niż polityczne z zabarwieniem ekonomicznym. Król chciał
realizować swój wielki plan wojny z Turcją, ale nie miał pieniędzy i nie
mógł przekonać szlachty, niechętnej kolejnej awanturze, do swojej wizji
aktywności na arenie międzynarodowej. Dlatego bogactwo żony, wnoszącej w posagu ogromną sumę siedmiuset tysięcy skudów i dysponującej jeszcze
większą kwotą ze sprzedaży swych dóbr we Francji, czyniło ją atrakcją w jego oczach bez względu na jej wiek, urodę i reputację. Liczył, iż za te
pieniądze wyposaży armię do swoich celów.
Ona zaś, ambitna i zniechęcona długim oczekiwaniem na właściwego
kandydata do jej ręki, pragnęła władzy i splendorów związanych z pozycją
królowej dużego europejskiego państwa5. Dlatego układ -
pieniądze za koronę - został zawarty dość szybko, zaś zawartość kufrów
płynących do Polski okazała się ważniejsza od urody panny młodej i atrakcyjności pana młodego.
Pierwsze spotkanie małżonków miało miejsce wiosną 1646 roku, kiedy to
powtórzono uroczystości ślubne w obecności obojga oblubieńców i zaczął
się dwuletni okres pożycia, który stał się poligonem doświadczalnym dla
samej królowej i jej dworu.
Marysieńka zza pleców swej pani pilnie obserwowała bystrymi oczętami,
jak trudno jest rządzić krajem, w którym władza króla jest tak bardzo
ograniczona przywilejami jego poddanych. Jak monarcha nie może sam
decydować ani o polityce zagranicznej, ani o ustroju wewnętrznym, ani
nawet o własnej osobie, gdyż władca jest tyleż panującym, ile sługą
kraju, na którego tronie zasiada. Przybysze z obcych stron nie rozumieli
istoty systemu ustrojowego państwa, w którym przyszło im żyć, dlatego ze
zdumieniem obserwowali poufałe relacje poddanych z królem i zakulisowe
działania monarchy pragnącego realizować swą wolę
polityczną6.
Nasza bohaterka mimo młodego wieku przeszła również szybki kurs
panowania nad sypialnią, do której nie raczył zaglądać pan mąż. Cały dwór
w napięciu oczekiwał wizyty króla w łożu królowej, gdyż przez szereg
tygodni nie kwapił się on, by się pofatygować, skonsumować małżeństwo i dopełnić swych obowiązków małżeńskich z korzyścią dla kraju i dynastii.
Co prawda monarcha miał już dziedzica, urodzonego w 1640 roku ze związku
z Cecylią Zygmunta Kazimierza, ale w tamtych czasach nawet na królewskim
dworze śmiertelność dzieci była bardzo duża i szansę na przetrwanie
dynastii dawało tylko liczne potomstwo7.
W końcu dygnitarze dworscy poczuli się w obowiązku, by poprzez
ambasadora francuskiego nakłaniać królową do większej aktywności na tym
polu i do nęcenia małżonka słowem, gestem i czynem, by ten zechciał
łaskawie spłodzić z nią potomstwo. Wojewoda poznański Krzysztof
Opaliński wystosował nawet w tej intencji stosowne pismo do tegoż
dyplomaty, w którym czytamy: A najpierw, żeby nie była tak nieśmiałą
względem króla i wchodziła rezolutnie do jego pokoju, jak to królowa
nieboszczka zwykła była czynić bez żadnego natręctwa z jej strony; Król
Jegomość bowiem bierze przeciwne zachowanie się za dowód
niedostatecznego dlań afektu Jej Kr. Mości. Prócz tego należy jej być
cokolwiek śmiałą w pieszczeniu go i udzielaniu miłosnych satysfakcji...
ponieważ król nasz miłościwy jest cokolwiek lubieżnym w tej materii
miłosnej, co Waszmość Pani zrozumiesz dobrze, aczkolwiek nie umiem użyć
należytych do wytłumaczenia się terminów, lepiej się znając na praktyce
w tych rzeczach niż na rozprawianiu o nich8.
Zadanie postawione przed oblubienicą nie było łatwe, gdyż wypadało, aby
ona - dotychczas panna i z definicji osoba niedoświadczona w łóżkowych
zmaganiach - oczekiwała na inicjatywę ze strony znającego się na rzeczy
wdowca. Istniała jednak obawa, że nigdy się nie doczeka, a ostrzegano,
że młodsi już nie będą. Do tego władca, ponaglany w tych kwestiach,
często zasłaniał się chorobą, choć nie zawsze wymówka ta opierała się na
faktach. Istotnie był już wówczas schorowany i cierpiał na liczne
dolegliwości, ale każdą chwilę lepszego samopoczucia trawił w ramionach
kobiet zapewniających mu większą podnietę. Małżonka bowiem od pierwszego
wejrzenia nie przypadła mu do gustu i długo nie mógł się przemóc, by
spróbować z nią małżeńskich rozkoszy. W końcu jednak liczne interwencje
poddanych przyniosły skutek - naciskani z obu stron nowożeńcy spotkali
się w łożu, jednak o efektach tych schadzek historia milczy.
*
Wiemy, że w tych trudnych miesiącach Marysieńka była bardzo blisko
królowej, w jej bezpośrednim otoczeniu, wszystko obserwowała i uczyła
się od niej niełatwej sztuki bycia żoną władcy. A było to zaiste
wyzwanie niemałe i zapewne nieraz pojawiły się wątpliwości, czy za taką
cenę warto było tak wiele poświęcić. Król Władysław, jak wspomniano,
niechętnie korzystał z wdzięków żony, za to bardziej niż ochoczo sięgał
do jej szkatuły, dążąc do realizacji swoich ambitnych planów w polityce
międzynarodowej. Nie mając zgody sejmu na ściąganie podatków i uzbrajanie wojsk przeciwko Turcji, starzejący się monarcha próbował
przechytrzyć opornych poddanych i dyskretnie prowadził zaciąg żołnierzy
z prywatnych środków. Jednak konsekwentna odmowa szlachty w sprawie
nowej wojny prowadziła do mnożenia wzajemnych pretensji i utraty
pieniędzy na rzecz wojsk, których nie można było użyć do działań
zbrojnych. Próby wywołania konfliktu z Turcją przy pomocy podburzanych
Kozaków prowadziły z kolei do wzrostu napięcia na południowo-wschodnich
rubieżach Rzeczypospolitej.
W konsekwencji wiosna 1648 roku zastała dwór w niezwykle trudnej
sytuacji - król wydał już na swoje mrzonki całą sumę, jaką Ludwika Maria
wniosła mu w posagu, pożyczył od niej drugie tyle i wszystko stracił,
nie osiągnąwszy żadnego z zakładanych celów. Dodatkowo z kresów zaczęły
dochodzić wieści o buncie Kozaków, którzy pod wodzą Bohdana
Chmielnickiego, zamiast na wrogów, ruszyli zbrojnie na swoich panów.
Kiedy z tej strony napłynęły informacje o pierwszych klęskach wojsk
polskich, król niespodziewanie zachorował i zmarł w wieku pięćdziesięciu
trzech lat.
W stojącym na krawędzi przepaści kraju grupa przybyszów z Francji
znalazła się w szczególnie skomplikowanym położeniu. Królowa wdowa
straciła cały kapitał przywieziony ze sobą i poza tytułem, który w tym
momencie nie miał wielkiej wartości, nie uzyskała niczego w zamian. Jej
próby zabezpieczenia na mężowskich majątkach ziemskich przekazywanych na
potrzeby króla sum spotykały się z niechęcią szlachty, która zazdrośnie
strzegła, by każda złotówka płynąca z krajowych plonów trafiała do jej
sakiewek. Podobnie było z urzędami, których część królowa próbowała
obsadzić swoimi ludźmi. To też nie wzbudzało entuzjazmu szlachty
pragnącej monopolu na wszystkie stanowiska.
W takiej chwili Ludwika Maria musiała podjąć decyzję co do swojej
przyszłości - zostać i walczyć o swoje czy wyjechać i pogodzić się z utratą pozycji oraz majątku. Już pobieżna znajomość jej osobowości nie
pozostawia wątpliwości co do tego, że nie była osobą łatwo rezygnującą
ze swoich ambicji.
Postanowiła walczyć.
Dokonała przeglądu swoich zasobów i przygotowała plan działania. W pierwszej kolejności musiała odzyskać sympatię szlachty i skłonić ją do
uznania jej praw do majątku, jaki zainwestowała w mrzonki zmarłego
króla. Już wiedziała, że z Polakami najlepiej postępować po dobroci i brać ich na litość. Postanowiła, że będzie się prezentować jako samotna,
opuszczona przez wszystkich, zrozpaczona i bezradna wdowa, którą należy
otoczyć opieką. Dlatego należało na jakiś czas zredukować jej francuski
personel, by usunąć z oczu przeciwników zarzewie konfliktu. To
oznaczało, że część dworu będzie musiała wyjechać z Polski, i ten los
spotkał również Marysieńkę9.
Możemy sobie wyobrazić, jak trudne było to rozstanie dla nich obu. Te
dwa lata spędzone na obczyźnie zbliżyły je do siebie, łącząc więzami
mocniejszymi niż pokrewieństwo. Jednak aby osiągnąć cel, należało się
poświęcić. Wyjazd nastąpił w 1648 roku, w jakim miesiącu - tego
dokładnie nie wiemy. Dziewczynka wróciła do rodzinnego miasta, gdzie
przez kilka lat pobierała nauki w klasztornej szkole sióstr urszulanek.
Edukację formalną uzupełniała w tym czasie o naukę dworskich manier,
którą jej zapewniła hrabina de Maligny - stryjenka zamieszkująca w pobliskim majątku w Prye.
W tym czasie jej protektorka umacniała swoją pozycję w Polsce, gdzie
przy niemałym wpływie Ludwiki Marii na króla obrano przyrodniego brata
jej zmarłego męża, Jana Kazimierza. Jak pamiętamy, znała go z jego
wizyty we Francji przed laty, kiedy to miał ich połączyć, jak
plotkowano, płomienny romans. Nie może więc dziwić, iż to jego
kandydatura była jej bliższa niż drugiego konkurenta do tronu -
kolejnego brata nieboszczyka - księcia Karola. Tym bardziej iż zaraz po
śmierci Władysława IV w głowach szlachty narodził się plan, by
kandydatowi do korony zaoferować w pakiecie rękę królowej wdowy, co
byłoby dla budżetu państwa niezwykle korzystne ze względu na
zobowiązania kraju wobec niej. Wymyślono, że - aby nie wypłacać jej
należnych funduszy i nie zapewniać godnej oprawy - Maria Ludwika mogłaby
poślubić nowego władcę.
Królowa nie protestowała, pod warunkiem że będzie miała wpływ na
kandydata do jej ręki. Tym sposobem zawarto nieformalną umowę, dzięki
której Jan Kazimierz uzyskał poparcie szlachty, został wybrany na nowego
monarchę i rozpoczął starania o rękę swej bratowej. W maju 1649 roku,
rok po śmierci pierwszego męża, Ludwika Maria stanęła na ślubnym
kobiercu po raz drugi.
Mimo uzyskanej dzięki nowemu małżeństwu stabilizacji jeszcze nie czas
było myśleć o sprowadzeniu do Polski odesłanych dworzan, więc i Marysieńka musiała poczekać na wezwanie. W wielkiej polityce bowiem
ważyły się losy ich nowej ojczyzny. Wciąż trwało powstanie
Chmielnickiego i cała uwaga dworu skupiała się na zażegnaniu tego
niebezpieczeństwa. Dopiero w 1652 roku sygnał o zgodzie na przyjazd
dotarł do Nevers. Jesienią tego roku Marysieńka przybyła do Warszawy
wraz z zakonnicami - siostrami miłosierdzia zwanymi szarytkami, których
pierwszy klasztor właśnie ufundowała Ludwika Maria, chcąc mieć pod swoim
bokiem zakon opiekujący się ubogimi i chorymi.
Powitanie po wielu latach rozłąki było radosne. Maria trafiła ponownie
do najbliższego kręgu dwórek królowej. Mając lat jedenaście, nadal
uczyła się, uzupełniając wykształcenie nabyte w ojczyźnie. Już podczas
pierwszego pobytu opanowała dość dobrze podstawy języka polskiego, teraz
zaś doskonaliła swoje umiejętności, obserwując swoją patronkę również w politycznym działaniu.
A było na co patrzeć!
O ile bowiem przy pierwszym mężu Ludwika Maria nie miała zbyt wielu
okazji, by wywrzeć wpływ na bieg spraw państwowych ze względu na poglądy
Władysława IV na miejsce kobiet w polityce, o tyle teraz sytuacja
odmieniła się radykalnie. Jan Kazimierz chętnie słuchał rad żony i niejednokrotnie, znużony sprawami, do których nie miał głowy, pozwalał
jej decydować o obsadzie urzędów, o awansach, a nawet o kierunkach
polityki międzynarodowej. W powszechnej opinii nowy król był słaby i zmienny w swych nastrojach, zaś osobą od trudnych decyzji, więc
stanowczą i zdecydowaną, pozostawała jego małżonka.
Oprócz bezpośredniego wpływu na władcę miała też królowa inne metody
oddziaływania na rzeczywistość. Należy bowiem pamiętać, iż polski
monarcha był silnie ograniczony w swoich prerogatywach i niejednokrotnie
jego poddani potrafili narzucać swoją wolę królowi w najważniejszych
kwestiach i w najmniej oczekiwanym momencie, czego najlepszym przykładem
była sprawa wojny z Turcją, bezskutecznie forsowana przez Władysława IV.
Ludwika Maria z bliska obserwowała tę przegraną walkę pierwszego męża i doszła do wniosku, że sterowanie władcą to za mało, by osiągać naprawdę
ambitne cele polityczne. Potrzeba jeszcze skutecznego narzędzia wpływu
na przywódców szlacheckich, którzy będą w stanie kształtować opinię
publiczną w kierunku przez nią pożądanym. Oczywiście zawsze w takich
sytuacjach sprawdzały się pieniądze i stanowiska, ale tych, po pierwsze,
miała za mało, a po drugie, sojusze oparte na tej podstawie bywały
zawodne i nietrwałe. Każdy obiecywał wszystko, dopóki nie otrzymał
upragnionej funkcji lub nabitej sakiewki. Później zaś, jako że znakomita
większość urzędów w Polsce była dożywotnia, a pieniądze szybko się
kończyły, tak pozyskany stronnik chciał więcej. Odebrać mu raz
przekazanego urzędu się nie dało, podobnie z gotówką, więc niejeden
niewdzięcznik zaraz gdzie indziej szukał dawcy nowych profitów.
Dlatego jednym z narzędzi swojej polityki królowa postanowiła uczynić
młode i śliczne dwórki sprowadzane z Francji, gdzie ze względu na brak
perspektyw niejedna skończyłaby w klasztorze lub jako żona ubogiego
prowincjusza. U boku władczyni zaś otwierały się przed nimi świetne
perspektywy niedostępne w ich ojczyźnie. Doskonale znana i szeroko
opisana już w literaturze polityka królowej polegała na kojarzeniu
małżeństw polskich możnowładców z dwórkami królowej.
Pomysł, mimo powszechnej krytyki ze strony oburzonych świętoszków,
okazał się niezwykle skuteczny w kooptowaniu stronników. Niejedna dwórka
bez posagu pochodząca ze skromnego domu dzięki protekcji królowej
została panią w magnackim pałacu, by stamtąd wspierać dozgonnie swoją
protektorkę. Marysieńka była wówczas jeszcze za młoda, by mogła dołączyć
do legionu żołnierek walczących za sprawę swej monarchini. Uczyła się
więc i rozwijała posiadane umiejętności, dbając jednocześnie o rozrywkę
królewskiej pary. Zachowały się z tego okresu wzmianki o jej udziale w przedstawieniach teatralnych, w których uczestniczyła chętnie i ze
znacznym powodzeniem.
Okres beztroskiej zabawy był jednak krótki, gdyż Polska toczyła w tym
czasie kolejne wojny z sąsiadami i uwagę królewskich małżonków
zaprzątały sprawy tak ważkie, iż na rozrywki pozostawało coraz mniej
czasu. Przyznać trzeba, iż cały dwudziestoletni okres panowania króla
Jana Kazimierza można określić mianem wojennego, gdyż był on
napiętnowany powstaniami, buntami i konfliktami zbrojnymi z sąsiadami10.
Najtragiczniejsze skutki miała wojna ze Szwecją toczona w latach
1655-1660, zwana u nas potopem szwedzkim. W literaturze zwraca się
uwagę, iż do jej wybuchu przyczynił się w znacznym stopniu sam król,
który - mimo iż nie miał wielkich szans na odzyskanie szwedzkiego
tronu, którego mienił się po swych przodkach spadkobiercą - nie chciał
zrezygnować z pustego tytułu, powodując zadrażnienia w relacjach z sąsiadem. Jednocześnie jego skłonność do flirtów i romansów z każdą
kobietą w pobliżu, bez względu na jej stan małżeński, prowadziła do
gorszących scen, w tym do konfliktu z wpływowym awanturnikiem z jego
otoczenia, Hieronimem Radziejowskim.
Cały ciąg niefortunnych działań w relacjach z tym człowiekiem sprawił,
iż z dotychczasowego królewskiego powiernika stał się on wrogiem,
skazańcem, banitą i zdrajcą, który przeszedł na żołd króla Szwecji
Karola Gustawa.
Zaczęło się od małżeństwa trzydziestoośmioletniego, podwójnego już
wdowca o ogromnych ambicjach i dokonaniach politycznych Hieronima
Radziejowskiego z trzydziestoletnią wdową Elżbietą ze Słuszków
Kazanowską. On, cieszący się poparciem pary królewskiej gwałtownik,
obrotny, zaradny i majętny polityk, w którego życiorysie były skargi o gwałty na kobietach, więzienie żon, bicie i znęcanie się nad nimi. Ona,
młoda jeszcze, bajecznie bogata po zmarłym mężu, bardzo piękna i na
dodatek niezależna.
To nie mogło się udać!
Radziejowski próbował, na wzór swoich poprzednich związków,
podporządkować sobie żonę, odebrać jej kontrolę nad majątkami,
odizolować od otoczenia i w samotności cieszyć się jej wdziękami,
których mu zazdroszczono jak kraj długi i szeroki. Żona jednak nie
zamierzała ulegać. Mimo bicia i szykanowania nie poddała się i nie dała
się zamknąć w domu. Miała przy tym wsparcie samego króla, który cenił
sobie jej towarzystwo. Zazdrosny Radziejowski oskarżył króla o romans ze
swoją żoną, wysyłając list do będącej wówczas w ciąży Ludwiki Marii.
Elżbieta odpowiedziała pozwem o unieważnienie małżeństwa. By się
zabezpieczyć przed przemocą, schroniła się w klasztorze i wezwała swego
brata na pomoc. Próba zbrojnego zdobycia klasztoru, walki na ulicach z królewską strażą i krwawe starcia wojsk przeciwników wywołały zgorszenie
szlachty i pociągnęły za sobą oskarżenie o obrazę majestatu
królewskiego. Nikt bowiem, pod groźbą utraty głowy, nie mógł w Polsce
dobywać broni pod bokiem monarchy. Dlatego nie może dziwić szybki wyrok
śmierci na warchoła i jego ucieczka przed karzącą ręką wymiaru
sprawiedliwości.
Zaczęła się długa epopeja wędrującego po Europie banity, który - ufny
w swą nietykalność - odwiedzał kolejne państwa, knując przeciwko
swojemu władcy. Rozsiewał przy tym szkodliwe plotki, oczerniał
kochliwego króla i szukał pomocy w usunięciu go z tronu. Nikt oczywiście
nie zamierzał mu pomóc. Z rozbawieniem słuchano o jego nieszczęściach z frywolną żoną, ale poza werbalnym wsparciem nie uzyskał niczego.
W końcu trafił do Szwecji.
Tam dopiero jego apele o interwencję trafiły na żyzną glebę. Po
zakończeniu wojny trzydziestoletniej w Szwecji przebywała ogromna liczba
weteranów wojennych, dla których poza wojskiem nie było zajęcia. Do tego
kraj był zbyt mały i zbyt biedny, by utrzymywać armię, jaką stworzył
marzący o podbojach na miarę Aleksandra Macedońskiego młody król Karol
Gustaw. I tu zeszły się drogi mściwego zdrajcy z ambitnym wodzem.
Radziejowski swoimi knowaniami przyczynił się znacząco do decyzji
Szwedów o tragicznym w skutkach najeździe na Polskę. To on przekonał
Karola Gustawa o słabości państwa polskiego. W długie zimowe wieczory
snuł opowieści o szlachcie nienawidzącej swojego władcy, o brakach w uzbrojeniu, kruchości murów, ale, co najważniejsze, o bajecznych
bogactwach czekających tylko, by po nie sięgnąć.
Latem 1655 roku dwie potężne armie szwedzkie runęły na bezbronną Polskę.
Szybkość działania i znajomość miejscowych realiów sprawiły, iż obrona
nie popisała się skutecznością. Niewątpliwie, gdyby nie pomoc zdrajcy,
Szwedzi nie osiągnęliby tak spektakularnych sukcesów w tak krótkim
czasie. Dotkliwe porażki szły w parze z powszechną zdradą króla przez
ówczesne elity. W ciągu kilku tygodni praktycznie wszyscy dowódcy
wojskowi poddali się najeźdźcy, zaś kolejni panowie składali przysięgę
na wierność Karolowi Gustawowi, wypowiadając posłuszeństwo Janowi
Kazimierzowi.
Sam król ułatwił swoim poddanym decyzję, gdyż - widząc powszechną
klęskę - uciekł z kraju i w przypływie rozpaczy rozmyślał o abdykacji.
Gdyby nie garstka wiernych dworzan na czele z królową, która nie chciała
słyszeć o rezygnacji z tronu, inwazja mogłaby się skończyć pełnym
sukcesem Szwedów. Spośród wielkich nazwisk tego czasu wierności królowi
dotrzymali jedynie: marszałek wielki koronny Jerzy Lubomirski, wojewoda
witebski Paweł Sapieha oraz starosta kałuski Jan Zamoyski. Spośród
wszystkich twierdz ówczesnej Rzeczypospolitej nie poddały się jedynie:
Gdańsk, Jasna Góra i Zamość.
Natomiast na stronę wroga przeszli wszyscy pozostali, łącznie z hetmanami, również mało wówczas jeszcze znaczący, ale ważny dla naszej
historii Jan Sobieski.
Historia zapamiętała ten czas jako miesiące wielkiej hańby polskiej i litewskiej szlachty, załamania psychicznego króla Jana Kazimierza i heroicznej postawy jego małżonki, która swoją niezwykłą energią, wiarą i pewnością zwycięstwa natchnęła wątpiącego monarchę. Była wówczas
wszędzie, nawet, czego wcześniej nie praktykowano, na polu bitwy, i działała z niezwykłym poświęceniem, prowadząc rozmowy z każdym, kto
tylko mógłby w najmniejszym stopniu przyczynić się do pokonania Szwedów.
Dzięki tym zabiegom, ale i przez błędy samych agresorów, którzy zrazili
do siebie dotychczasowych sojuszników łupiestwem, chciwością, brakiem
poszanowania uczuć religijnych i patriotycznych, karta powoli zaczęła
się odwracać od zwycięzców. Wiosną 1656 roku wojska polskie stopniowo
porzucały Szwedów, wracając na służbę do prawowitego władcy. Pod koniec
marca tego roku uczynił to też Sobieski. Jednak musiało jeszcze upłynąć
wiele wody w Wiśle, by sprowadzonego wroga pozbyć się raz na zawsze z naszych ziem.
Zanim do tego doszło, czekało jeszcze naszych bohaterów wiele cierpień i wyrzeczeń. Nigdy dotąd Polska nie została tak gruntownie złupiona przez
żadnego wroga. Ówczesne straty porównuje się do tych, które ponieśliśmy
w czasie dwóch wojen światowych w XX wieku. Szwedzi byli niezwykle
metodyczni w swojej grabieży, mieli dość czasu i możliwości, by ograbić
kraj z wszelkich kosztowności. Wywieziono zbiory większości bibliotek,
okradziono kościoły, klasztory, prywatne domy i dwory. Wszystko, co dało
się zdemontować, zabierano ze sobą, nie oszczędzano drzwi i okien, rzeźb
ani obrazów. Z sufitów i ścian skuwano freski i płaskorzeźby, a z pozłacanych ścian zeskrobywano złocenia. A wszystko, czego nie udało się
zagrabić, niszczono. Najazdy Hunów, Wizygotów i Wandalów łącznie nie
uczyniły w Rzymie takich zniszczeń jak najazd Szwedów na Polskę. Według
ówczesnych relacji nie darowano nawet starym spódnicom służby
królewskiej, które Karol Gustaw kazał pieczołowicie spakować i odesłać
do kraju.
W cieniu tych dramatycznych wydarzeń próbowano żyć i odtwarzać
przynajmniej pozory normalnego życia. Królowa nie osiągnęłaby swoich
sukcesów w tych trudnych latach bez dotychczasowego doświadczenia oraz
znajomości polskich realiów. Doskonale wiedziała, że musi wynagrodzić
wierność sojusznikom i przynajmniej, odstępując od kar, skłonić zdrajców
do powrotu pod panowanie prawowitego władcy. Dlatego to za jej przyczyną
król obsypał łaskami i awansami nawet tych, którzy nie dochowali mu
wierności, co było gorzkim doświadczeniem kłócącym się z naszym
poczuciem sprawiedliwości, ale niewątpliwie przyspieszającym moment
uspokojenia nastrojów.
Jedynie najwierniejszy z wiernych Jan Zamoyski skutecznie umykał przed
awansami i nagrodami. Przyczyna tego była dla współczesnych
niezrozumiała, acz bardzo prosta - mianowicie miał on swoją dewizę, w myśl której postępował, a która utrwaliła jego przydomek - Sobiepan,
jak kazał się zwać, by podkreślić swoją autonomię. Uważał, że sam dla
siebie jest panem, to, co ma, w zupełności mu wystarcza i niczego więcej
nie potrzebuje. Dlatego nie pożądał stanowisk i unikał nadań. Co
ciekawe, dochował on wierności królowi, mimo iż w chwili elekcji
popierał jego kontrkandydata księcia Karola Ferdynanda. Kiedy ten jednak
przegrał wybór, nie miał oporów, by uznać wolę większości
szlachty11.
Nie mogąc go nagrodzić tak jak innych, a pragnąc na zawsze związać z sobą, królowa postanowiła sięgnąć do sprawdzonych metod i oddać mu za
żonę swoją ulubioną dwórkę Marysieńkę. Ta osiągnęła już wiek, w którym
jej rówieśniczki wydawano za mąż, i choć z kandydatem do jej ręki
dzieliło ją czternaście lat, nie widziano w tym nic zdrożnego. W literaturze trwa spór, czy to królowa wyszła z inicjatywą, zanim młodzi
się spotkali, czy sam Sobiepan zauważył dziewczynę i okazał
zainteresowanie, a Ludwika Maria skrzętnie wykorzystała nadarzającą się
okazję, by umiejętnie zarzucić sieć na zatwardziałego kawalera.
Królowa zapewne wiedziała na temat Zamoyskiego wszystko, gdyż nie
ukrywał on swoich zainteresowań. To, co u innych mogłoby uchodzić za
wady, on prezentował jako swoje atuty - od najmłodszych lat był hulaką i utracjuszem, miłośnikiem kobiet wątpliwej konduity, a od kilku lat
szczycił się posiadaniem niewielkiego prywatnego przybytku zwanego przez
pełną podziwu szlachtę haremem. Trzymał w nim grupkę młodych i ładnych
dziewczyn, które przyuczono, by zapewniały rozrywkę swemu panu.
Jednocześnie był najbogatszym poddanym ich królewskich mości zwanym
księciem zamojskim. Jego prywatna twierdza Zamość uchodziła za
niezdobytą i w odpowiednich rękach mogła przechylić szalę każdej wojny
na korzyść tego, po czyjej stronie stał jej właściciel. Ogromny majątek
pozwalał mu na utrzymywanie ze swojej szkatuły licznych formacji
wojskowych, które w tym trudnym momencie oddał do dyspozycji Jana
Kazimierza.
W trudnych chwilach klęski, kiedy król utracił znakomitą większość swych
wojsk i niemal całe uzbrojenie, to zamojskie działa przyczyniły się do
sukcesu podczas szturmu Warszawy. Jednocześnie był też Sobiepan prawie
trzydziestoletnim kawalerem i pod względem majątkowym niewątpliwie
najlepszą partią, na którą czyhały wszystkie wolne kobiety w tej części
Europy, mimo dość nieatrakcyjnego wyglądu, charakteru i manier mogących
razić dobry smak wielu nawet mniej wymagających kobiet. Ten wnuk
wielkiego Jana Zamoyskiego był bardzo miernego wzrostu, określano go
niekiedy wręcz mianem karła, charakteryzowały go też gruba sylwetka,
brzydka twarz i wiecznie zataczający się z powodu opilstwa chód. Jeśli
do tego dodamy fakt, iż z jednej ze swych zagranicznych podróży
przywiózł chorobę weneryczną, co trudno było ukryć, towarzyszącą mu do
końca życia, to trzeba uznać, iż tylko góra złota mogła dodać blasku
jego wiecznie przepitym oczom.
Ona zaś wyrosła na śliczną pannę średniego wzrostu o pięknych czarnych
włosach i małym, lekko zadartym nosku. Ani chuda, ani pulchna, zgrabna i zaokrąglona w tych miejscach, w których powinna być zdrowo i atrakcyjnie
wyglądająca kobieta. Jej urodą zachwycali się dworscy poeci, zaś czarne,
błyszczące inteligencją oczy niejednego już przywiodły do szybszego
bicia serca. Był wśród nich i późniejszy król Jan Sobieski, który -
ujrzawszy najpiękniejszą dwórkę królowej - już o niej nie zapomniał,
choć nie miał szans, by starać się o jej rękę. W porównaniu z Sobiepanem
nie był jeszcze nikim znaczącym ani politycznie, ani tym bardziej
majątkowo. A co nie mniej istotne, jego apodyktyczna matka rządząca
rodziną twardą ręką i konsekwentnie budująca potęgę rodu, prędzej
zabiłaby syna, niż pozwoliła, by ożenił się z ubogą cudzoziemką.
Ostateczna decyzja o połączeniu tych dwojga zapadła w lipcu 1656 roku we
właśnie odzyskanej z rąk szwedzkich Warszawie. Została poprzedzona
licznymi zabiegami i, jeśli wierzyć rewelacjom pewnego francuskiego
podróżnika, również tajną rywalizacją króla i królowej. Otóż w chwili
swojego największego upadku po utracie królestwa, podczas wygnania,
jakiego doświadczał na przełomie lat 1655 i 1656, Jan Kazimierz
postanowił poszukać pocieszenia w ramionach jednej z dwórek swej
małżonki, panny Schönfeld. Ta osiemnastoletnia wówczas Austriaczka
uchodziła za wyjątkową piękność budzącą zainteresowanie wszystkich
mężczyzn. Podobno nie oparła się zalotom króla i postanowiła ukradkiem
pocieszać go w ciężkich chwilach. O zdradzie męża dowiedziała się
wkrótce królowa, utrzymująca swój fraucymer w surowych karbach moralnej
dyscypliny. Postanowiła więc odesłać do rodziców zdradliwą pannicę,
która nie potrafiła docenić zaszczytu służenia polskiej władczyni.
Król w konfrontacji z małżonką, jak czynił to za każdym razem, wyparł
się romansu z dziewczyną. Aby zapobiec wydaleniu jej z dworu, niepomny
wcześniejszych doświadczeń z podobnymi pomysłami, umyślił zastosować po
raz kolejny ten sam manewr i dla niepoznaki wydać kochankę za mąż, by
nadal korzystać z jej wdzięków. Jego wybór padł na Sobiepana. Jan
Kazimierz liczył, że ten libertyn, sam podchodzący niezwykle swobodnie
do kwestii wierności małżeńskiej i śmiało korzystający z wdzięków panien
i mężatek, nie będzie miał nic przeciwko temu, iż tym razem to król
będzie dorabiał rogi jemu.
Ruszyły przygotowania, by skłonić kandydata do ożenku.
Mimo dramatycznej sytuacji wojennej król znalazł czas, by zająć się
zabezpieczeniem swojej zdobyczy - co najmniej dwukrotnie wysłał posłów z listami do Zamościa, prezentując ordynatowi zalety przyszłej małżonki.
Jednak królowa szybko się zorientowała w szytej grubymi nićmi intrydze i zaproponowała Sobiepanowi rękę pięknej Marysieńki. Ten niewątpliwie
poczuł się mile połechtany - oto król i królowa, niezależnie od siebie,
zaproponowali mu związek z dwiema najpiękniejszymi dwórkami. Podobno
doszło nawet do prezentacji obu kandydatek, a ordynat miał bywać na
zmianę raz u jednej, raz u drugiej, by osobiście poznać ich zalety.
Oczywiście nie było w tym nic zdrożnego, ot, kurtuazyjne wizyty w obecności innych osób.
Jak relacjonowano, obie panny, dotychczas zaprzyjaźnione, opanował duch
rywalizacji, a w konsekwencji zazdrość i wzajemna niechęć, która
przetrwała do końca ich życia mimo zamążpójścia obu kobiet. Ostatecznie,
jak zawsze, wygrała królowa. Była bardziej zdecydowana, pomysłowa i przebojowa w swoich poczynaniach. Młodej Austriaczce z polecenia
królowej obrzydzono polskiego magnata. Przy pomocy jej rodaka dyplomaty
perswadowano, iż niechęć, jaką Polacy darzą Austriaków, będzie dla niej
brzemieniem, z którym sobie nie poradzi, radząc, by zainteresowała się
raczej kimś bliższym sobie mentalnie i kulturowo.
Jednocześnie wywierano presję na ordynata - argumentowano przewagę
Marysieńki również tym, że jest młodsza od rywalki o trzy lata.
Wszystkich środków nacisku nigdy już nie poznamy, ale niebagatelne
znaczenie miała narodowość Marysieńki - Sobiepan już wcześniej - nie
wiemy, na ile szczerze - deklarował, iż chciałby poślubić Francuzkę.
Uznawał wyższość kobiet tej nacji nad innymi przedstawicielkami płci
pięknej. Nie można również wykluczyć życzliwych podszeptów o romansie
króla z jedną z konkurentek, co niewątpliwie zraziło dumnego magnata do
roli parawanu w miłosnych igraszkach władcy. Wszystkie te czynniki
połączone ze sobą doprowadziły do tego, iż Zamoyski zgodził się na
propozycję królowej12.
Ogłoszenie planowanego związku z piękną Marysieńką spowodowało z kolei
kontrakcję krewnych i bliskich Sobiepana. Zachowały się ślady tego typu
działań w postaci korespondencji marszałka wielkiego koronnego Jerzego
Lubomirskiego z nuncjuszem papieskim, który został zobowiązany do
przeciwdziałania ujawnionym zamierzeniom matrymonialnym. Sekretarz tegoż
marszałka pisał z polecenia swego pana do nuncjusza w sierpniu 1656
roku:
Wasza Przewielebność
Z polecenia jaśnie wielmożnego jmp. marszałka, mojego pana, mam
uwiadomić Waszą Przewielebność o sprawie, do której jmp. marszałek
przywiązuje wielką wagę. Jmp. marszałek dowiedział się, że ułożone
zostało małżeństwo między jmp. Zamoyskim, jego kuzynem, a jmć panną
d'Arquien i że małżeństwo to ma być wkrótce zawarte. Ponieważ nie tylko
najbliżsi krewni jmp. Zamoyskiego, ale wszyscy najprzedniejsi panowie z niechęcią patrzą na związek takiego pana jak on z cudzoziemką i nie
pochwalają tego, że królowa stara się swoje panny powydawać za
najpierwszych panów królestwa - przeto dla uniknięcia przykrości, jakich
jmć panna d'Arquien mogłaby doznać od wszystkich krewnych jmp.
Zamoyskiego, a po pewnym czasie i od niego samego, jak również ze
względu na tysiąc innych zgubnych następstw jmp. marszałek polecił mi
prosić w jego imieniu Waszą Przewielebność, ażeby Wasza Przewielebność
raczył wpłynąć na królową, iżby to małżeństwo zerwała. W imieniu jmp.
marszałka proszę Waszą Przewielebność o zachowanie tajemnicy w tej
sprawie13.
Nie wiemy, czy nuncjusz podjął starania w przedmiotowej sprawie. W zachowanych źródłach brak informacji na ten temat.
Co do najbliższych krewnych i ich reakcji na planowany związek, to warto
podkreślić, iż Sobiepan nie miał już w tym momencie rodziców - ojciec
Tomasz zmarł, gdy ten miał jedenaście lat, matka Katarzyna z domu
Ostrogska zaś osierociła go w wieku piętnastu lat. Nie żyła już również
jego starsza o trzy lata siostra Joanna po mężu Koniecpolska. Natomiast
najstarsza z rodzeństwa - starsza od Jana o cztery lata Gryzelda
Wiśniowiecka, wówczas już wdowa po słynnym pogromcy Kozaków Jeremim
Wiśniowieckim - żyła i mieszkała w Zamościu.
Sobiepan w swoich listach do Marysieńki z okresu narzeczeństwa informuje
o trosce Gryzeldy o zdrowie narzeczonej, sugerując życzliwość i przyjazne zainteresowanie. Marysieńka odwzajemnia się równie grzecznymi
zwrotami: Proszę, podziękuj Wć ode mnie Księżnej JMci
[Wiśniowieckiej], że raczy o mnie pamiętać i zapewnij ją Wć, że jestem
jej oddana do usług. I w kolejnym: Proszę, złóż Wć moje uniżone
podziękowanie Księżnej JMci [Wiśniowieckiej] i zapewnij ją Wć, że
jestem jej oddana do usług14. Jednak sądząc na podstawie
późniejszych relacji obu pań oraz poglądów Wiśniowieckiej na kwestie
urodzenia i pochodzenia bratowej, nie należy przywiązywać większej wagi
do tych czysto kurtuazyjnych zwrotów.
Natomiast reakcje bliskich narzeczonej na planowany związek były
pozytywne. Królowa, w której ręce oddano los dziewczyny, odpowiednio
zarekomendowała rodzicom Marysieńki kandydata do jej ręki. Ze względu na
wojenne okoliczności oraz znaczną odległość nie wybierali się oni w podróż do Polski, by uczestniczyć w uroczystościach, ale w przesłanym
liście udzielili swojego błogosławieństwa.
Trwający niemal dwa lata okres narzeczeństwa wypełniła wojna. Młodzi
widywali się rzadko, natomiast byli informowani o sobie na bieżąco
poprzez listy własne, pisemne relacje bliskich oraz ustne przekazy
krążących między miejscami ich pobytu posłańców. Zachowały się dwa listy
Marysieńki do Sobiepana z najwcześniejszego okresu ich narzeczeństwa,
obydwa z maja 1657 roku, kiedy to istniało realne zagrożenie powtórnego
oblężenia Zamościa. Tym razem sprzymierzony ze Szwedami książę
siedmiogrodzki Rakoczy po wkroczeniu w granice Rzeczypospolitej wzywał
Zamoyskiego do wydania w jego ręce niezdobytej twierdzy, zaś otoczenie
Jana Kazimierza podtrzymywało magnata w woli oporu. Pisała do niego
własnoręcznie królowa, wyrażając przekonanie, iż powinien osobiście
dowodzić załogą, gdyż wcześniejsze doświadczenie wykazało, że tylko w takiej sytuacji obrona twierdzy będzie skuteczna.
To przekonanie umacniała narzeczona, pisząc pełen pochlebstw list,
niewątpliwie z inspiracji swojej protektorki, w którym podtrzymywała w odwadze i komplementowała Sobiepana: ...doszły mnie listy Wci, dwa przez
jmp. Przeczkowskiego, a jeden w dzień później przez kozaka, w którym mi
Wć piszesz, że z godziny na godzinę oczekujesz Wć nieprzyjaciół. Życzę
Wci, żeby ich spotkał taki sam afront, jak za pierwszym razem.
Przypuszczam, że niełatwo teraz będzie o nowiny od Wci; nie wątpię
jednak, że Wć zostaniesz oswobodzony od nieprzyjaciół, skoro tylko król
pośle Wci potężną odsiecz. ... Nie potrzebuję napominać Wci, żebyś Wć
pozostał wierny królowi, gdyż niebo Wci udzieliło daru wierności; proszę
więc tylko, żebyś Wć uważał na siebie...15 Drugi zaś już po
otrzymaniu wieści, iż wróg odstąpił od swojego zamiaru oblegania
zamojskiej twierdzy.
Sylwetki narzeczonych przewijają się też w korespondencji królowej,
która nie bez satysfakcji pisze do swojej przyjaciółki o zamojskim panu:
Zdaje się być zakochany w małej d'Arquien; jeżeli kiedy pokój nastąpi w Polsce, to będzie miał siedemset tysięcy liwrów rocznego dochodu i najpiękniejsze domy na świecie, cudownie umeblowane. Jakiś czas później
zaś: Książę Zamoyski jest tak bardzo zakochany, że swojej wybrance
ofiarowuje milion talarów w podarunku, dwanaście tysięcy rocznie na
drobne wydatki, a nadto cztery tysiące rocznie z dochodów ze starostwa;
jeżeli się będzie dobrze prowadziła, gdy zostanie jego żoną, i będzie go
kochała, przyrzeka jej wiele innych korzyści. Skoro tylko umowa zostanie
podpisana, poślę ją do jej matki, a książę napisze do obojga
rodziców16.
I jakże tu nie kochać takiego konkurenta?!
W miarę upływu czasu ochota do ożenku u obojga wzrastała. Sobiepan był
umiejętnie podgrzewany w swoich uczuciach zapewnieniami o stałej miłości
narzeczonej oraz o licznych konkurentach do jej ręki, nieustających w staraniach o jej życzliwe spojrzenie - najwyraźniej żyłka rywalizacji
została rozbudzona. Kiedy było tylu chętnych do jej ręki, tym bardziej
zależało mu, by prześcignąć innych i zwyciężyć w tych szrankach.
Marysieńka zaś słyszała zewsząd, jaką to jest szczęściarą i jak wiele
panien bez chwili zastanowienia mogłoby ją zastąpić na ślubnym kobiercu.
Podtrzymywaniu uczucia sprzyjały też niezwykle hojne prezenty. Sobiepan,
jak zawsze, nie liczył się z kosztami i przy każdej okazji obsypywał
oblubienicę cennymi klejnotami. To zaś wzbudzało zazdrość innych pań z fraucymeru i upewniało Marysieńkę, iż lepiej trafić nie mogła.
Na marginesie głównego nurtu wydarzeń tej historii zmierzających w stronę ołtarza dwojga młodych ludzi działy się rzeczy związane z wielką
polityką, które mogły mieć ogromny wpływ na dalsze losy naszych
bohaterów. Otóż królowa, szczęśliwa, iż intrygi matrymonialne toczą się
zgodnie z jej wolą i zachwycona kandydatem do ręki swojej ulubionej
dwórki, pomyślała, że można z nim zrealizować również inny, bardziej
dalekosiężny plan. Ludwika Maria, obserwująca problemy słabości władzy
królewskiej, chciała wzmocnienia pozycji władcy. Z tej chęci narodził
się plan wyboru nowego króla jeszcze za życia obecnego (tak zwana
elekcja vivente rege), co niewątpliwie umocniłoby tron, ale kosztem
szlachty, której niezakłócona swoboda wyboru monarchy zostałaby tym
sposobem uszczuplona.
Pierwotnie wśród potencjalnych pretendentów do następstwa tronu
upatrywano członka rodziny cesarskiej, jednak na tym etapie skłaniano
się ku rodzimemu kandydatowi. I tu pojawiło się nazwisko Zamoyskiego. W kilku pismach z tej epoki wspomniano - jako o możliwym następcy -
właśnie o Sobiepanie. Jednak sam ordynat nie wyrażał woli ubiegania się
o tak zaszczytną funkcję, a i jego zdolność do zabiegania o nią oceniono
wkrótce jako znikomą.
W końcu zapadła decyzja o sformalizowaniu związku. Co ciekawe, datę i miejsce ślubu wyznaczyła sama królowa, jak się wydaje, bez konsultacji z narzeczonymi. Pierwotnie donoszono, iż ordynat został wezwany do
Warszawy na 17 lutego 1658 roku, by w tym dniu stanąć na ślubnym
kobiercu. Jednak nie robił on nadziei, by miał zdążyć z przybyciem w tym
terminie. W chwili podejmowania decyzji dwór monarszy wraz z królową i samą Marysieńką przebywał w Poznaniu. Zamierzano wyjechać stamtąd 28
stycznia i stanąć w Warszawie 10 lutego. Marysieńka z pewnym niepokojem
pisała do narzeczonego 4 lutego, skarżąc się przy okazji na ból zęba,
iż: Spodziewamy się zastać Wć w Warszawie, ale ja myślę, że Wć
przyjedziesz dopiero w dwa tygodnie po nas17.
Ale i dwa tygodnie to za mało, by poczynić stosowne przygotowania, i to
dla obu stron. Tymczasem królowa posłała do Zamościa, by jej stamtąd
przywieziono opis weselnych uroczystości pierwszego ordynata na
Zamościu, czyli dziadka Sobiepana, aby z tego źródła zaczerpnąć
inspirację dla przygotowywanych uroczystości. Złośliwcy co prawda
komentowali, że na tamtym weselu w orszaku szedł słoń, więc chcąc
nawiązać do wydarzeń sprzed lat, trzeba by i teraz sprowadzić podobne
zwierzę aż z Indii, co zajmie nieco czasu, ale przygotowania posuwały
się naprzód.
W Zamościu Sobiepan, zanim wyruszył w drogę do Warszawy, nadzorował
ostatnie poprawki, instruował służbę na okoliczność wjazdu młodej pary
do miasta i nie bez żalu żegnał się ze swoim haremem. W literaturze co
prawda zachował się obraz Marysieńki w gniewie rozpędzającej sławny
przybytek męża w dniu wjazdu do Zamościa, ale prawdopodobnie sam ordynat
zadbał o to, by przed przyjazdem żony pozbyć się wszelkich dowodów
swojej rozpusty. Inna sprawa, to jak długo miało trwać to wygnanie
haremu. Na stałe czy tylko tymczasem, do chwili, aż będzie można
niepostrzeżenie znowu ściągnąć go w pobliże?
Na okoliczność tego głośnego w kraju exodusu zamojskich pań do
specjalnych poruczeń Jan Andrzej Morsztyn ułożył wiersz:
Paszport kurwom z Zamościa
Zośka z Zamościa, Baśka z Turobina,
Jewka ze Zwierzyńca, z Krzeszowa Maryna,
Te cztery kurwy, z piątą panią starą,
Pod dobrą idą na wędrówkę wiarą.
Służyły wiernie, póki pański długi
Kuś potrzebował ich pilnej posługi;
Teraz, że z ślubną związki zwarte żoną,
Precz ich zapewne od dworu wyżoną.
Powracają się (niech wie każdy, komu
Wiedzieć należy) z odprawą do domu,
Przetoż niech im nikt drogi nie kazi,
Lecz darmo, jako luźne kurwy, łazi.18
Sobiepan wyruszył z Zamościa 22 lutego 1658 roku, a więc pięć dni po
wskazanym przez królową terminie ślubu, i niespiesznie ruszył w stronę
Warszawy. Dzień później wymaszerował z Turobina regiment piechoty w barwach ordynata, który miał uświetnić ceremonię. Narzeczony, mimo
ponagleń, wyraźnie się nie spieszył, trasę o długości około dwustu
sześćdziesięciu kilometrów, którą mógł przebyć w ciągu trzech-czterech
dni, pokonywał przez dziewięć. Narzeczona próbowała go ponaglić, pisząc:
Wydaje mi się, że jeżeli Wć nie przyjedziesz najpóźniej we czwartek, to
nie uda się już odbyć wszystkich ceremonii towarzyszących zazwyczaj
okazjom takim jak ta, która nas czeka. Oczekując zaszczytu ujrzenia Wci,
pozostaję Wci oddana do usług.
Jednak wysłany do Warszawy w celu nadzorowania przygotowań człowiek
Sobiepana, Żaboklicki, zalecał swemu panu, by odpoczywał po drodze, bo
przed nim w najbliższych dniach moc atrakcji i trzeba, by był wypoczęty:
Bardzo się dobrze stało, żeś WMPan wcześnie stanął w Warce i żeś
przebył Wisłę, tam żebyś WMPan odpoczął przez czwartek. Znał on bowiem
zwyczaje ordynata i wiedział, że wszędzie po drodze towarzyszyły jego
podróży spotkania ze szlachtą, picie do rana, toasty, powinszowania i uczty. Sugerował, by wjazd do Warszawy odbyć w sobotę w południe i nie
odkładać za długo, wyjechać wcześnie z rana, bo potem ciężko będzie
zdążyć, przebijając się przez tłumy winszującej szlachty ...bo wszystka
szlachta cum applausu zajeżdżać będzie WMPanu Dobrodziejowi; ale ja to
poprzedzę wszystko i rano w piątek w Piasecznie będę...19
Żaboklicki nie rozwija swojej myśli, ale możemy się domyślać, że znając
panujące zwyczaje, doskonale wiedział, iż bez ciężkiej pijatyki nie
byłoby łatwo się przebić przez te spragnione rzesze. W tej sytuacji to
on zaoferował się nieco osłonić swego pana i w jego imieniu częstować,
przepijać do szlachty i dziękować za powinszowania, tak by pan młody
mógł się zaprezentować na własnym ślubie w dość przyzwoitym stanie.
Plan w pełni się powiódł. Co prawda nie obeszło się bez kilku kielichów,
ale w tej sytuacji traktowano je jako lekarstwo na wrodzoną nieśmiałość
ordynata, co podkreślono przy okazji wjazdu do stolicy: W jego postawie
i zachowaniu nie było ani śladu zakłopotania, którego dawniej nie
potrafił nigdy ukryć... Przybycie pana młodego do Warszawy w otoczeniu
pięknie okrytych formacji mundurowych oraz tłumów ciągnącej na wesele
szlachty odnotowywano z podziwem: Zamoyski przybył na dwór z tak
licznym i wspaniałym orszakiem, że piękniejszego nie widziano i o znakomitszym nie słyszano od dawna20.
Przygotowany drobiazgowo scenariusz przewidywał, iż uroczystościom
weselnym będzie towarzyszyć bogata oprawa, zaś wszystkie elementy
ceremoniału zajmą wiele dni, aż do wypełnienia wszystkich zaplanowanych
punktów programu. Tuż po przybyciu na dwór nastąpiło podpisanie tekstu
negocjowanego wcześniej kontraktu ślubnego. Sobiepan zapisał w nim
swojej przyszłej małżonce nieco mniejsze kwoty, niż się wcześniej
spodziewano. Być może w tym tkwiła przyczyna opóźnienia daty zawarcia
małżeństwa, że otoczenie Zamoyskiego dążyło do ograniczenia nazbyt
hojnych donacji i negocjowano rozsądniejszy, niż pierwotnie zakładano,
kontrakt. Ostatecznie do dokumentu wpisano oprawę dla Marysieńki w kwocie sześciuset tysięcy złotych zabezpieczonych na posiadłościach
niewchodzących w skład dóbr ordynackich, bo tych zgodnie z prawem nie
można było obciążać. Ponadto Sobiepan zobowiązał się wypłacać jej
corocznie dwanaście tysięcy złotych na osobiste wydatki.
Po tych nużących formalnościach można było przystąpić do kolejnych, nie
mniej uciążliwych pozycji scenariusza. Jeszcze w tym samym dniu, czyli w sobotę, 2 marca, odbyły się oficjalne zaręczyny. Sobiepana w przewidzianych zwyczajem ceremoniach reprezentowało dwóch drużbów,
Stefan Czarniecki i Michał Radziwiłł, oraz marszałek jego dworu, zwany z powodu pełnionej funkcji hrabią, Mikołaj Podlodowski. To temu ostatniemu
przypadł zaszczyt przemawiania w imieniu swojego pana do królewskich
małżonków występujących pod nieobecność rodziców w roli opiekunów panny
młodej. W swojej mowie sławił zalety kandydata do ręki dwórki, wywodził
starożytność jego rodu i ukazywał zasługi dla króla i Rzeczypospolitej.
Po tej przydługiej nieco mowie ordynat, ubrany w lśniące brylantami
szaty, ofiarował narzeczonej pierścień ogromnej wartości, który ona z wdzięcznością przyjęła. Następnie przekazano królowej diamentowy diadem,
by to ona osobiście włożyła go na skronie promieniejącej szczęściem
Marysieńki. Teraz głos zabrał kanclerz królowej, biskup Jan Wydżga,
późniejszy prymas Polski i kanclerz wielki koronny. On z kolei w imieniu
rodziny narzeczonej sławił zalety panny młodej, podkreślając zaszczyt,
jaki spotyka ordynata poprzez spowinowacenie z tak znakomitym rodem.
Tę część uroczystości uświetnił bal na Zamku Królewskim, w którym nie
uczestniczyła główna aktorka, gdyż dla niej przygotowano dodatkowe
atrakcje, określane niekiedy w literaturze mianem wieczoru panieńskiego,
choć wówczas jeszcze nie znano i nie praktykowano tego typu zabaw. W ramach tej rozrywki z polecenia królowej przygotowano kąpiel dla
Marysieńki i jej przyjaciółek w perfumowanych wodach królewskiej łaźni.
Wejście do i wyjście z kąpieli celebrowano na wzór antycznych ceremonii,
by podkreślić niezwykłość wydarzeń, w których uczestniczył wąski krąg
zaufanych dwórek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki