ROZDZIAŁ PIERWSZY
Wieś kamedulska Czerwony Folwark
Drzewiej
Podobno wyślizgnąłem się z maci, gdy naprawiała sieć nad brzegiem jeziora i musiała wyłowić mnie z wody wiklinowym więcierzem. Może dlatego nauczyłem się pływać, zanim nauczyłem się chodzić. Nie pamiętałem matki, bo pomór ją położył, gdy miałem kilka lat. I tylko moja niezwykła umiejętność pływania sprawiła, że nie zasypano mnie w kurhanie razem z nią.
Nie brzmi to jak dzieciństwo cwanego szlachciury, prawda?
Bo nim nie było. Tytuł i nazwisko odzyskałem, czy może raczej ukradłem, nie wiem, jakie określenie jest w tym przypadku najodpowiedniejsze, wiele lat później.
Cmentarz znajdował się w optymalnej odległości od kilku okolicznych wsi, na wzgórzu, z którego widać było porośnięte mieszanym lasem brzegi jeziora i drewniany, solidny budynek klasztornego kościoła wraz z przyległościami, postawiony niedawno na wyspie Wingris. Mój dziad podobno pomagał usypywać groble i teraz kameduli rezydowali na półwyspie wżynającym się głęboko w jezioro.
Nigdy nie poznałem ani dziada, ani ojca. Pierwsze lata życia z matką również się zatarły, bo odkąd jej zabrakło, byłem tylko ganiany do odzyskiwania poplątanych sieci i karmiony nieregularnie czym popadło. Skupiłem się na przetrwaniu, a nie na pamiętaniu. W osadzie rybackiej nie było o czym pamiętać. Każdy dzień przypominał poprzedni, od świtu do zmierzchu należało być użytecznym, bo kto nie był użyteczny dla społeczności, ten stawał się tylko gębą do wykarmienia. A nie było za bardzo czym karmić, szczególnie w zimie. Ratowała nas tylko bliskość suto zarybionego jeziora i utrzymywanie przerębli w grubej lodowej pokrywie.
Syn właścicieli ziemskich, których kilka razy widziałem w osadzie, Zygmunt, był dobrze odkarmiony, a mimo to chorzał tak często, że matka przez cały czas obawiała się o jego życie. Państwo wyjechali z nim z folwarku, gdy miał jakieś pięć lat, i wieść się po wsi poniosła, że na stałe przenieśli się do miasta założonego całkiem niedawno przez przybyłych z dalekiego kraju kamedułów. Zakonnicy przejęli osadę rybacką i okoliczne wsie, wprowadzili w nich zwyczaje takie, jakie obowiązywały w zakonie: modlić się, nie odzywać i pracować. Ale ludzie zamieszkujący dzikie puszcze w krainie jezior modlić się nie lubili i nie umieli. Bardziej przypominali bestie skupione na przetrwaniu w trudnych warunkach. Mimo to zakonnicy cieszyli się estymą i bogacili rękami chłopów.
Ja przetrwałem kilka srogich zim, trwających tu na północy prawie pół roku. Nie wiedziałem, czym jest pora roku, rozpoznawałem ją tylko po temperaturze wody. Gdy ta chłodniała, a w końcu zamarzała, zagrzebywałem się w stogu w stodole i starałem nie pokazywać aż do roztopów. Byłem silnym i sprytnym dzieckiem. Tylko takie przeżywały. Truchła słabych i głupich zakopywano za osadą. Niewielka polana pokryta małymi pagórkami była cmentarzem, na którym wieśniacy woleli składać swoich umarłych. Nie ufali przybyłym nie wiadomo skąd zakonnikom, choć czuli przed nimi respekt i byli posłuszni ich woli. Zachowali jednak swoje obrzędy i zwyczaje, kultywując je w skrytości.
Matka nie przeżyła którejś zimy. Mojej piątej? Szóstej? Nie liczyłem. Jej ciało długo leżało w zaspie obłożonej świerkowymi gałęziami, bo ziemia tamtego roku zamarzła na niemożliwą do przekopania grudę i nie można było jej pochować. Nie wiem, czy zrobiono to wiosną na polanie za wsią, na cmentarzu na wzgórzu, wedle nowej, kościelnej modły, czy może wilcy ciało którejś nocy zawlekli do puszczy.
Po zniknięciu mojej matki, gdy mrozy zelżały, w osadzie pojawił się zakonnik w jasnym habicie przepasanym sznurem. Miał pozbawioną wyrazu twarz, ogoloną na czubku głowę i nic nie mówił. Ja też nic nie mówiłem, bo nikt mnie mówić dotychczas nie nauczył. Rozumiałem sporo, ale jako wiejska sierota nie miałem prawa głosu. Nie protestowałem, gdy mnich wsadził mnie na ciągniętą przez osła dwukółkę i odwiózł do klasztoru. Nauczyłem się już, że sprzeciw oznacza kopniaki i cięgi.
W refektarzu dostałem nowe, za duże ubranie i ciepły posiłek.
To był pierwszy ciepły posiłek, odkąd oderwałem się od matczynej piersi.
Płakałem, gdy o zmierzchu zakonnik kazał położyć mi się na sienniku w swoim eremie, a były to łzy szczęścia.
Nie wiedziałem wówczas, czym jest szczęście. Dotychczas znałem tylko głód, pracę i połajanki. Sytuacja, w której ktoś mnie przyodziewa, sadza na ławie, karmi, a potem kładzie spać, była nowa, nieznana i niepokojąca. Przez cały czas czekałem na moment, w którym zagoni się mnie do wody i każe płynąć po zaplątaną w kępie sitowia sieć.
Nic takiego się nie stało.
Pozwolono mi się wyspać, ale o świcie ocknąłem się i słyszałem, jak mój nowy opiekun szykuje się na jutrznię. Oczywiście nie miałem wtedy pojęcia, czym jest jutrznia i jak wygląda dzień zakonnika. We wsi nie mówiło się o takich sprawach, bo we wsi nikt się nie modlił. Zdarzało mi się słyszeć jakieś śpiewy, podglądać jakieś obrzędy nocy letniej, ale jako kilkulatek nic z tego wszystkiego nie rozumiałem. Ogień paliło się, by się ogrzać, nie znałem jego funkcji obrzędowej. Wiedziałem tylko, że gdy zgaśnie, będzie zimno.
Przy drewnianym ołtarzu w budynku kościoła palił się kaganek, który nigdy nie gasł.
Patrzenie na ten wieczny płomyczek było moim pierwszym kontaktem z magią.
Po porannej modlitwie zakonnik wrócił i zabrał mnie na śniadanie. Potem posadził mnie na swój wózek i przez cały dzień jeździliśmy po okolicznych osadach, w których rozmawiał z ludźmi w niezrozumiałym dla mnie języku i wymieniał się z nimi pakunkami. Wszystko ładował na dwukółkę obok mnie, a gdy zaczynało brakować miejsca, wracaliśmy do eremu. Wyjeżdżaliśmy tak trzy razy dziennie, po każdym posiłku. Wieczorem kładłem się na podłodze jak pies w jego pustelniczym domku i twardo zasypiałem. On również nie korzystał z wygód, w drewnianej chatynce znajdowała się tylko ława, klęcznik i posłanie. Rankiem przekonałem się, że takich pustelniczych domków jest na terenie klasztornym kilka.
Tak mijały nam tygodnie, potem miesiące i lata. Z każdym kolejnym wyjazdem rozumiałem i zapamiętywałem coraz więcej. Do jesieni wiedziałem już, że w eremie rezyduje czternastu braci zakonnych, z tego dwóch niezwiązanych ślubami milczenia. Od wiosny przybyły trzy nowe domki. Bracia ze sobą nie rozmawiali, a przynajmniej ja nie byłem nigdy świadkiem ich rozmów. Dwóch kolejnych braci świeckich oddelegowywano do kontroli klasztornych włości, pieców do wytapiania rudy, doglądania budowy huty szkła i stanic rybackich podobnych do tej, w której się urodziłem. Wyjeżdżali też na północno-wschodni szlak handlowy i do przygranicznych posterunków. Nie miałem pojęcia, czym są granice, państwa i włości. Miałem się tego nauczyć dopiero w kolejnych latach mieszkania wśród eremitów.
I właśnie w ciągu tych kolejnych lat zrozumiałem, że klasztor, który stał się moim domem, jest ważnym i bogatym ośrodkiem kultu i produkcji dóbr w prężnie rozwijającym się powiecie grodzieńskim, a milczący zakonnicy to także szczwani kupcy i handlarze utrzymujący dobre stosunki z Litwinami, starowierami i żydami, a także okolicznym ziemiaństwem. Tych ostatnich nie było wcale wielu, gdyż włości kamedułów rozciągały się aż po horyzont. Wsie, które kiedyś były prywatne, przeszły pod zarząd zakonników za sprawą królewskiego dekretu na długo przed moim urodzeniem.
Niektóre, tak jak folwark, w którym się urodziłem, jeszcze przez jakiś czas zachowały niezależność. Nie bardzo pamiętałem wczesne dzieciństwo, ale po latach opowiedziano mi, że wieś dołączyła do klasztornych włości zaraz po śmierci mojej matki. To właśnie wtedy zostałem zabrany do eremu. Nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo dopiero pod opieką zakonników zacząłem godnie żyć i przestałem przymierać głodem. To oni byli moją rodziną i całkowicie oddałem się pracy dla naszego wspólnego dobra.
Złożyłem pierwsze zobowiązania jako brat świecki, gdy przechodziłem z wieku dziecięcego w męski. Mogłem mieć wówczas szesnaście, może siedemnaście lat, choć do księgi parafialnej wpisano orientacyjną datę urodzenia, według której ślubowałem w wieku lat dziewiętnastu.
Tamtego lata, w dniu moich domniemanych urodzin, przybył do klasztoru syn dawnych właścicieli Czerwonego Folwarku, słabowity Zygmunt. Nie wiedziałem, jaki jest cel jego wizyty, gdyż nie zaproszono mnie na rozmowy ze znamienitym gościem. Rodzina Zygmunta dorobiła się już wówczas w nieodległym mieście Suwałki, które przed półwieczem składało się z kilku zaledwie domów. Nie byłem w nim dotychczas, bo moje obowiązki dotyczyły głównie gospodarki rybackiej i nie oddalałem się zbytnio od wód jeziora. Czułem z tym akwenem niezwykłą więź, więc może ta historyjka o urodzeniu się wprost do niego nie była jednak wyssana z palca.
Zygmunta dojrzałem przelotnie, gdy przekraczał klasztorną furtę i udawał się na spotkanie z przeorem do refektarza. Gdy nasze spojrzenia na moment się spotkały, poczułem się dziwnie, zakręciło mi się w głowie, a serce skurczyło się lękiem. Poczułem się bowiem tak, jakbym spojrzał na własne odbicie w spokojnej tafli jeziora. Zygmunt miał wprawdzie bujną czuprynę i zakręconego wąsa, ale poza tym łączyło nas niewytłumaczalne podobieństwo.
Pomyślałem, że Zygmunt wygląda jak moje wychudzone, zniekształcone odbicie, a ktoś taki nie może przecież stanowić zagrożenia dla zgranej społeczności zakonników.
Nie doceniłem jednak Zygmunta i zapłaciłem za to bardzo wysoką cenę.