Znaki serca - Joanne Greenberg

-
Proszę czekać

Wstęp

Uwa­żam, że kul­turę głu­chych należy chro­nić. Ame­ry­kań­ska spo­łecz­ność głu­chych to róż­no­rodna, dyna­miczna sub­kul­tura o wła­snej boga­tej histo­rii, języku i wspól­nych war­to­ściach. Jeste­śmy nie­wiel­kim, zży­tym śro­do­wi­skiem, cał­ko­wi­cie zmar­gi­na­li­zo­wa­nym przez ota­cza­jące nas spo­łe­czeń­stwo ludzi sły­szą­cych, co spra­wia, że wolimy trzy­mać się w cie­niu. Ser­cem kul­tury głu­chych jest ame­ry­kań­ski język migowy (Ame­ri­can Sign Lan­gu­age, ASL), różny od angiel­skiego nie tylko pod wzglę­dem form wyrazu emo­cji, lecz rów­nież słow­nic­twa, gra­ma­tyki, składni i pojęć wyż­szego rzędu. Z powodu tej bariery języ­ko­wej więk­szość ludzi sły­szą­cych nie jest w sta­nie prze­kro­czyć gra­nicy mię­dzy naszymi świa­tami. W rezul­ta­cie głusi boha­te­ro­wie są rzad­ko­ścią w lite­ra­tu­rze, a gdy się poja­wiają, są czę­sto kiep­sko opi­sani. W powie­ściach i fil­mach to zwy­kle żało­sne posta­cie, osa­mot­nione, pro­sto­duszne, cza­sem wręcz infan­tylne. Te wady wyobraźni sły­szą­cych -?nie­zdol­ność zro­zu­mie­nia, że głusi prze­ży­wają pełną gamę ludz­kich uczuć, mają bogate życie wewnętrzne, mogą odno­sić suk­cesy -?są nie­ustan­nie widoczne.

Z tego powodu można kwe­stio­no­wać dzieła sztuki o kul­tu­rze głu­chych stwo­rzone przez sły­szą­cych. Nie jest to naj­lep­sza stra­te­gia, ale w tym zakre­sie rzadko popeł­nia się pomyłki. Ame­ry­kań­scy pisa­rze od stu­leci mylą głu­chotę jako zja­wi­sko fizjo­lo­giczne z pozio­mem inte­li­gen­cji albo zdol­no­ścią odczu­wa­nia. Jed­nak osoba nie­sły­sząca lub mówiąca nie­wy­raź­nie nie powinna być trak­to­wana ste­reo­ty­powo. Mamy dużo do powie­dze­nia ludziom, któ­rzy poświęcą czas na słu­cha­nie.

W tym momen­cie poja­wia się Joanne Gre­en­berg. Uro­dzona w 1932 roku w Bro­okly­nie w Nowym Jorku, jest naj­bar­dziej znana jako autorka swo­jej dru­giej powie­ści, Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż. Książka, opu­bli­ko­wana w 1964 roku, ma czę­ściowo auto­bio­gra­ficzny cha­rak­ter i opo­wiada o poby­cie kobiety w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, gdzie leczono ją na schi­zo­fre­nię. Opis cho­roby psy­chicz­nej stwo­rzony przez Gre­en­berg jest pozba­wiony roman­ty­zmu i odbiega od innych rela­cji, zwłasz­cza powie­ści Szklany klosz Sylvii Plath, opu­bli­ko­wa­nej rok wcze­śniej. Gre­en­berg powie­działa w wywia­dzie dla Natio­nal Asso­cia­tion for Rights Pro­tec­tion and Advo­cacy (NARPA), że był to jeden z jej celów:

Stwo­rzy­łam [Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam ci ogrodu peł­nego róż], by opi­sać cho­robę psy­chiczną bez nada­wa­nia jej cech roman­tycz­nych, jak to robiono w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych [...]. W tam­tych cza­sach ludzie czę­sto mylili kre­atyw­ność z sza­leń­stwem. Nie ma kre­atyw­no­ści w sza­leń­stwie; jest ono prze­ci­wień­stwem kre­atyw­no­ści, choć ludzie mogą być kre­atywni mimo cho­roby psy­chicz­nej.

Gre­en­berg nie oba­wiała się ana­li­zo­wa­nia skom­pli­ko­wa­nych pro­ble­mów z wła­snej per­spek­tywy i nie ule­gała tren­dom. Wyobra­żam sobie, że wła­sne doświad­cze­nia cho­roby psy­chicz­nej spra­wiły, że znała poczu­cie obco­ści w spo­łe­czeń­stwie tak bar­dzo cenią­cym "nor­mal­ność". Wydaje się zro­zu­miałe, że zain­te­re­so­wała się spo­łecz­no­ścią głu­chych, z którą pra­co­wał w latach sześć­dzie­sią­tych jej mąż, zaj­mu­jący się reha­bi­li­ta­cją zawo­dową. Gre­en­berg poznała jego klien­tów i sto­jące przed nimi bariery sys­te­mowe, stu­dio­wała ame­ry­kań­ski język migowy i sta­rała się two­rzyć pro­gramy ochrony zdro­wia psy­chicz­nego dostępne dla głu­chych.

Wie­dzia­łam o tym wszyst­kim, ale kiedy się­gnę­łam po Znaki serca, nie­po­ko­iłam się, jak sto­sun­kowo stara książka przed­stawi głu­chotę. Jed­nak mój nie­po­kój szybko minął -?od pierw­szych stro­nic jest jasne, że Gre­en­berg wni­kli­wie przed­stawia niu­anse kul­tury głu­chych.

Powieść, opu­bli­ko­wana w 1970 roku, opi­suje życie głu­chego mał­żeń­stwa, Abla i Janice Ryde­rów, od cza­sów szkol­nych do chwili, gdy ich naj­star­szy wnuk stu­diuje w col­lege'u. Fabuła zaczyna się w latach dwu­dzie­stych i koń­czy w sześć­dzie­sią­tych. Abel wycho­wał się na wsi i cho­dził do szkoły, co spra­wiło, że jego kom­pe­ten­cje języ­kowe ule­gły ogra­ni­cze­niu -?zna­lazł się w izo­la­cji, która utrud­niła mu kon­takt z ludźmi, a osta­tecz­nie dopro­wa­dziła do osła­bie­nia funk­cji poznaw­czych. Więk­szość dzie­cię­cych lęków Abla kry­sta­li­zuje się wokół nie­po­ko­ją­cych scen, gdy matka wie­lo­krot­nie woła do niego "oooooo!", po czym wysyła go samego do mia­sta, gdzie chło­piec spę­dza cały dzień w nie­zna­nej sali. Dopiero wiele lat póź­niej, kiedy Abel poznaje język migowy i ma wła­sne dzieci, rozu­mie, że matka musiała wyma­wiać słowo "szkoła".

W chwili publi­ka­cji książki ame­ry­kań­ski migowy uzna­wano za język dopiero od dekady. Wcze­śniej przyj­mo­wano, że to "gesty" albo znie­kształ­cona wer­sja języka angiel­skiego prze­ka­zy­wana rękami. W owym cza­sie ame­ry­kań­ska edu­ka­cja głu­chych dopiero zaczęła się wyzwa­lać spod domi­nu­ją­cego wpływu ide­olo­gii ora­li­zmu, która pano­wała w niej nie­po­dziel­nie od dzie­więt­na­stego wieku. Zwo­len­nicy ora­li­zmu w czy­stej postaci uwa­żali, że głu­chych należy nauczyć mówić i czy­tać z ruchu warg, a język migowy powi­nien zostać zli­kwi­do­wany. Dzieci przy­ła­pane na "macha­niu rękami" były karane -?przy­wią­zy­wano ich dło­nie do ławek, przy­trza­ski­wano je szu­fla­dami, bito linij­kami.

W końcu Abel uwal­nia się z izo­la­cji, gdy jako nasto­la­tek tra­fia do szkoły dla głu­chych i zaczyna się uczyć języka migo­wego. Jed­nak sama szkoła opiera się na mowie, co było typowe dla lat dwu­dzie­stych, i więk­szość edu­ka­cji uczniów nie odbywa się w kla­sie.

Codzien­nie przez dwie godziny uda­wali, że zdmu­chują świece, by nauczyć się wyma­wia­nia gło­ski P, poru­szali ustami, patrząc na litery i obrazki na tablicy, na języki, zęby i usta -?sok, rok, bok, lok -?lecz praw­dziwe słowa cho­wały się za wychod­kiem, w szyb­kich roz­mo­wach nad ogro­dze­niem: zaka­zane Znaki, które wzbo­ga­cały tych, któ­rzy ich uży­wali.

Choć podej­ście ora­li­styczne unie­moż­li­wiało wielu głu­chym dzie­ciom reali­za­cję poten­cjału aka­de­mic­kiego, gro­ma­dze­nie głu­chych na kam­pu­sach pozwa­lało mło­dym ludziom do pew­nego stop­nia wyzwo­lić się z ogra­ni­czeń języ­ko­wych:

[Abel] zaczął, bar­dzo powoli, zasta­na­wiać się nad sło­wami i myślami. Może ozna­czały rze­czy nie­wi­dzialne, nie­moż­liwe do dotknię­cia [...]. Im wię­cej słów pozna­wał Abel, tym wię­cej rze­czy nabie­rało sensu, tym wię­cej zapa­mię­ty­wał.

Nowa miłość Abla do języka jed­no­cze­śnie zmie­nia się w podziw dla kole­żanki, Janice. Wycho­wała się w szkole dla głu­chych z inter­na­tem, więc znała znaki, co go w niej pocią­gało:

Była żywa i mądra, miała plany i ide­ały, przy­ja­ciół. Zło­ściła się i toczyła nie­wiel­kie wojny z wro­gami. Dla Abla, który nie znał Zna­ków i żył w wiecz­nej ciszy na far­mie i szkole dla Sły­szą­cych, te plany i spory wyda­wały się magiczne, nie­wia­ry­godne, wyjąt­kowe.

Tym­cza­sem Janice, która jest lepiej wykształ­cona od Abla, ale rzadko opusz­czała szkołę, jest zafa­scy­no­wana per­spek­tywą pozna­nia Sze­ro­kiego Świata, który sym­bo­li­zuje Abel:

Marzyła o podró­żach, kochała ruch, zmiany, a Abel, wycho­wany w Sze­ro­kim Świe­cie, który bez trudu podró­żo­wał z farmy do mia­sta, wyda­wał się jej i innym dzie­ciom ze szkoły księ­ciem z bajki.

Jak wielu mło­dych ludzi Janice i Abel zako­chują się w sobie, czu­jąc, że druga osoba może wypeł­nić lukę w ich życiu. Szybko rodzi się mię­dzy nimi więź i pla­nują wspólną przy­szłość. Abel cie­szy się nową umie­jęt­no­ścią rozu­mie­nia świata dzięki języ­kowi, ale szkoła nie przy­go­to­wała ani jego, ani Janice do poru­sza­nia się po świe­cie ludzi sły­szą­cych, który pra­gnie zepchnąć ich na mar­gi­nes i w końcu znisz­czyć.

U pod­staw czy­stej ide­olo­gii ora­li­stycz­nej -?pod­kre­ślam, że cho­dzi o jej formę czy­stą -?nie leżało dąże­nie do sku­tecz­nego naucza­nia, tylko kse­no­fo­bia. Poja­wie­nie się ora­li­zmu na prze­ło­mie dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku zbie­gło się z rosnącą popu­lar­no­ścią ruchów naty­wi­stycz­nych i euge­nicz­nych, które dążyły do przy­mu­so­wej asy­mi­la­cji imi­gran­tów przy­by­wa­ją­cych do Ame­ryki, a także do likwi­da­cji języka i kul­tury głu­chych, z pozoru rów­nie obcych jak cudzo­ziemcy. Głusi i nie­peł­no­sprawni prze­by­wa­jący w wię­zie­niach fede­ral­nych czę­sto pod­da­wani byli przy­mu­so­wej ste­ry­li­za­cji. Wobec spo­łecz­no­ści imi­gran­tów i głu­chych wysu­wano jedno żąda­nie: "Po pro­stu mów­cie po angiel­sku".

W owym cza­sie szkocki imi­grant Ale­xan­der Gra­ham Bell wyko­rzy­stał swoją rosnącą sławę jako wyna­lazca, by stać się wpły­wo­wym rzecz­ni­kiem naty­wi­zmu i euge­niki. W 1913 roku napi­sał w liście do przy­ja­ciela: "Uwa­żam, że w anglo­ję­zycz­nym kraju takim jak Stany Zjed­no­czone środ­kiem komu­ni­ka­cji i języ­kiem naucza­nia powi­nien być wyłącz­nie angiel­ski".

Bell, syn spe­cja­li­sty w zakre­sie fone­tyki, szybko stał się auto­ry­te­tem w kwe­stiach naucza­nia za pomocą mowy. Jedna z jego naj­bar­dziej nie­sław­nych opi­nii na temat głu­chych pocho­dzi z prze­mó­wie­nia wygło­szo­nego w 1883 roku w Natio­nal Aca­demy of Scien­ces, zaty­tu­ło­wa­nego Uwagi na temat powsta­nia głu­chej odmiany rasy ludz­kiej:

Ci, któ­rzy uwa­żają, podob­nie jak ja, że powsta­nie upo­śle­dzo­nej odmiany rasy ludz­kiej byłoby wiel­kim nie­szczę­ściem dla świata, muszą sta­ran­nie badać przy­czyny mał­żeństw zawie­ra­nych przez głu­chych -?w celu zasto­so­wa­nia środ­ków zarad­czych.

Bell ni­gdy wprost nie zale­cał ste­ry­li­za­cji głu­chych. "Środki zarad­cze" miały przy­brać postać inge­ren­cji w kul­turę: znisz­cze­nia języka migo­wego. Bez niego głusi nie będą w sta­nie łatwo się ze sobą poro­zu­mie­wać i zostaną zmu­szeni do asy­mi­la­cji. Idea pole­gała na tym, że im mniej głu­chych mał­żeństw, tym mniej głu­chych dzieci, choć jest to teza fał­szywa, ponie­waż głu­chota nie musi być wywo­łana przez czyn­niki gene­tyczne, a gen głu­choty wro­dzo­nej ma cha­rak­ter rece­sywny, więc rodzice głu­chego dziecka nie muszą być głusi. W efek­cie nade­szła mroczna epoka dla głu­chych dzieci. Głusi nauczy­ciele, nie­zdolni do nauki mówio­nego angiel­skiego, zostali usu­nięci z zawodu, co spra­wiło, że głu­che dzieci nie mogły się komu­ni­ko­wać i zdo­być wykształ­ce­nia.

Powieść Gre­en­berg, wydana po bli­sko stu latach domi­na­cji czy­stego ora­li­zmu, przed­sta­wia osoby głu­che w spo­sób dużo bar­dziej zniu­an­so­wany niż typowe opisy z tam­tego okresu. To godne podziwu, że Gre­en­berg znacz­nie wyprze­dziła jej współ­cze­snych; gło­śniej­sze posta­cie lite­rac­kie zarówno przed publi­ka­cją Zna­ków serca, jak i póź­niej są wręcz gro­te­skowo dwu­wy­mia­rowe w porów­na­niu z Ablem i Janice. Nawet uta­len­to­wani pisa­rze nie wyda­wali się zain­te­re­so­wani dekon­struk­cją ste­reo­ty­po­wych wyobra­żeń na temat głu­chych bądź trak­to­wali ich pro­tek­cjo­nal­nie i opi­sy­wali w spo­sób pro­ble­ma­tyczny. John Sin­ger w powie­ści Car­son McCul­lers Serce to samotny myśliwy to rodzaj świę­tego, który gro­ma­dzi sekrety i uczu­cia sły­szą­cych; kiedy wypeł­nia się po brzegi, autorka się go pozbywa. Spi­ros, głu­chy przy­ja­ciel Sin­gera, rów­nież ginie przed koń­cem książki. Osiem lat po Zna­kach serca w powie­ści Ste­phena Kinga Bastion wystę­puje "głu­cho­niemy włó­częga" Nick Andros, budzący liczne wąt­pli­wo­ści. Autor nie­do­kład­nie rozu­mie fizjo­lo­giczne ele­menty głu­choty i mowy, a póź­niej Andros składa w ofie­rze swoje życie za sły­szą­cych towa­rzy­szy, po czym poja­wia się w ich snach, gdzie zawsze może sły­szeć i mówić (wła­ści­wie w czy­ich snach?).

Janice i Abel postę­pują ina­czej -?wyko­rzy­stują ste­reo­typy na temat głu­chych, by wpły­wać na oto­cze­nie i osią­gać swoje cele. Gre­en­berg pisze o ich spo­so­bach utrzy­my­wa­nia kon­taktu w szkole:

Przede wszyst­kim wyko­rzy­sty­wali swoją głu­chotę. Byli niemi, niczego nie rozu­mieli i zawsze mówili "tak". Kiwali gło­wami, uśmie­chali się i na wszystko się zga­dzali. Obie­cy­wali nauczy­cie­lom i nauczy­ciel­kom, że się popra­wią, a potem robili, co chcieli.

W póź­niej­szej czę­ści powie­ści Abel wyko­rzy­stuje prze­ko­na­nie gospo­dyni, że jest nie­peł­no­sprawny inte­lek­tu­al­nie, by uzy­skać zgodę na tygo­dniowy pobyt w miesz­ka­niu, gdy szuka z Janice nowego lokum. Mał­żon­ko­wie znaj­dują siłę w mil­cze­niu.

Gre­en­berg rów­nież to wyko­rzy­stuje: w ciszy obec­nej w powie­ści tkwi siła. Znaki serca, czę­ściowo stu­dium psy­cho­lo­giczne, czę­ściowo saga rodzinna, sku­piają się na codzien­nym życiu, biorą pod lupę zwią­zek Abla i Janice, ich rela­cje z dziećmi, wnu­kami, pra­co­daw­cami, para­fia­nami z kościoła dla głu­chych i teściami. Nie ozna­cza to, że w książce nie ma napię­cia. W trak­cie lek­tury moją uwagę przy­ku­wały banalne inte­rak­cje mię­dzy­ludz­kie -?tar­cia mię­dzy Janice a jej kole­żan­kami z fabryki wyni­ka­jące ze zna­ko­mi­tej jako­ści jej pracy, spo­tka­nie Janice i Abla z przy­szłym zię­ciem -?i mia­łam wra­że­nie, że czy­tam thril­ler.

Spę­dzi­łam tro­chę czasu, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, jak Gre­en­berg osią­gnęła ten efekt. W jaki spo­sób potra­fiła nadać szcze­gó­łom codzien­nego życia tak dra­ma­tyczną formę? W końcu zro­zu­mia­łam, że dzięki odważ­nej, w pełni auten­tycz­nej obser­wa­cji wykre­owała inten­sywną empa­tię wobec Abla i Janice, co ozna­cza, że nie była to jedy­nie sztuczka pisar­ska.

Myślę, że jed­nym z naj­więk­szych atu­tów tej książki jest jej wyci­sze­nie, bo zmu­sza ono czy­tel­ni­ków do zro­zu­mie­nia zło­żo­no­ści głu­chych jako ludzi, nie tylko w chwi­lach waż­nych wyda­rzeń, lecz także na co dzień. Cięż­kie doświad­cze­nia życiowe Abla i Janice nie wyni­kają z tego, że są głusi; są po pro­stu ludźmi i muszą zma­gać się z prze­ciw­no­ściami, gdy dora­stają i wycho­wują dzieci w szybko zmie­nia­ją­cym się spo­łe­czeń­stwie.

Te cięż­kie doświad­cze­nia stają się cza­sami trud­niej­sze wsku­tek nie­do­stęp­no­ści świata sły­szą­cych: nie­po­ro­zu­mie­nie w trak­cie roz­mowy Abla ze sprze­dawcą samo­cho­dów na początku powie­ści dopro­wa­dza do zaję­cia czę­ści pobo­rów, co obciąża rodzinę finan­sowo w okre­sie gwał­tow­nych per­tur­ba­cji eko­no­micz­nych Wiel­kiego Kry­zysu. Ból po utra­cie dziecka jest ostrzej­szy i bar­dziej upo­ka­rza­jący wsku­tek trud­no­ści w poro­zu­mie­niu ze sprze­dawcą tru­mien. Z tego powodu nie­któ­rzy czy­tel­nicy kry­ty­ko­wali "igno­ran­cję" Abla i wybu­chy gniewu Janice; uwa­żali, że te sceny sta­wiają głu­chych w nega­tyw­nym świe­tle. Była to prawda -?zwłasz­cza w chwili pierw­szej publi­ka­cji, gdy ist­niało nie­wiele lite­rac­kich por­tre­tów głu­chych. Nie­które osoby mogły uznać zma­ga­nia i klę­ski boha­te­rów za imma­nentne cechy głu­choty, jed­nak w moim prze­ko­na­niu Gre­en­berg cho­dziło o coś innego.

Głu­chota może mieć wiele postaci, więc trudno ocze­ki­wać, by jaki­kol­wiek autor opi­sał wszyst­kie jej formy. Gre­en­berg dokład­nie przed­sta­wiła trud­no­ści języ­kowe Janice i Abla i nie­po­wo­dze­nia edu­ka­cji opar­tej na nauce mowy; jest oczy­wi­ste, że nie­uf­ność boha­te­rów do świata ludzi sły­szą­cych oraz ich dez­orien­ta­cja nie były skut­kiem oso­bi­stych nie­do­stat­ków, lecz błęd­nego sys­temu pró­bu­ją­cego ich znisz­czyć. Dzi­siejsi czy­tel­nicy, spo­ty­ka­jący Abla i Janice wśród boga­tej lite­ra­tury poświę­co­nej głu­chym, nie­kiedy two­rzo­nej przez samych głu­chych, mają lep­szą moż­li­wość zro­zu­mie­nia zło­żo­nych pro­ble­mów psy­cho­lo­gicz­nych, war­to­ści ludz­kich i brzy­doty opi­sa­nych w Zna­kach serca.

Patrzymy na Abla i Janice oczami ich sły­szą­cej córki Mar­ga­ret i widzimy, że nie­kiedy sami narzu­cają sobie ogra­ni­cze­nia. Abel kupuje apa­rat słu­chowy (któ­rego nie lubi), uwa­ża­jąc, że sprawi tym przy­jem­ność córce, choć tak naprawdę marzy ona o radiu. Janice czuje się zakło­po­tana zarówno w świe­cie sły­szą­cych, jak i głu­chych. Mar­twi się, że ktoś zauważy, że posłu­guje się Zna­kami w fabryce, i uważa, że rodzina nie powinna cho­dzić do kościoła dla głu­chych w "nie­wła­ści­wych stro­jach". Te cechy boha­te­rów są ważne, ponie­waż wyni­kają z ich oso­bo­wo­ści, a nie z głu­choty. W świe­cie lite­ra­tury jest wielu pisa­rzy two­rzą­cych lukro­wane opisy, więc doce­niam to, że Abel i Janice nie­kiedy wydają się nie­zbyt atrak­cyjni. Gre­en­berg sza­nuje swo­ich boha­te­rów dosta­tecz­nie głę­boko, by nie ukry­wać ich wad.

Trudno zaprze­czyć, że życie Abla i Janice nie zawsze jest piękne. Czę­sto zma­gają się z prze­ciw­no­ściami, czują strach i nie­po­kój. Cier­pie­nia i afronty dozna­wane przez nich ze strony sły­szą­cych mogą wytrą­cać z rów­no­wagi w trak­cie lek­tury, ale pro­szę czy­tel­ni­ków, by uzna­wali te nie­spra­wie­dli­wo­ści za wezwa­nie do dzia­ła­nia -?by nie­stru­dze­nie pro­mo­wali model szkol­nic­twa, który zamiast dawać głu­chym dzie­ciom pozory inklu­zyw­nej edu­ka­cji, prze­każe im auten­tyczne kom­pe­ten­cje języ­kowe i aka­de­mic­kie pozwa­la­jące odnieść suk­ces i czuć się bez­piecz­nie. To wezwa­nie do soli­dar­no­ści ze spo­łecz­no­ścią głu­chych, któ­rej prawo do samo­sta­no­wie­nia pozo­staje zagro­żone. Czy­sty ora­lizm, prze­mia­no­wany na "podej­ście oparte na słu­cha­niu języka mówio­nego" (ang. Liste­ning Spo­ken Lan­gu­age Appro­ach, LSL), w dal­szym ciągu wywiera potężny wpływ na edu­ka­cję głu­chych, pogłę­bia­jąc ich osa­mot­nie­nie i trud­no­ści poznaw­cze wsku­tek depry­wa­cji języ­kowej, która nie wydaje się bar­dzo różna od tego, czego doświad­czał Abel pra­wie sto lat wcze­śniej. To przy­kre, że powieść Gre­en­berg prze­trwała pod tym wzglę­dem próbę czasu.

Autorka opi­sała cier­pie­nia nie­peł­no­spraw­nych w opre­syj­nym spo­łe­czeń­stwie, jed­nak poka­zała rów­nież, jak je prze­zwy­cię­żyć. Na ostat­nich stro­nach powie­ści Abel, Janice i ich doro­sła córka śmieją się i gawę­dzą. Staje się jasne, że nie jest to tylko powieść o rela­cjach głu­chych, lecz także o odwa­dze i szczę­ściu. Mar­shall, syn Mar­ga­ret, opu­ścił dom, by przy­łą­czyć się do ruchu na rzecz praw oby­wa­tel­skich, i we troje dys­ku­tują, co może osią­gnąć.

"Chce, żeby nikt nie był ubogi i nie­szczę­śliwy" -?mówi Mar­ga­ret. Abel, któ­rego Znaki były wcze­śniej "sztywne", teraz posłu­guje się nimi w spo­sób "ele­gancki". "Zli­kwi­do­wa­li­śmy nędzę" -?odpo­wiada. Kiedy Mar­ga­ret tłu­ma­czy, że Mar­shall myśli o bar­dziej fun­da­men­tal­nej zmia­nie, Abel i Janice suge­rują, że roz­wią­za­nie musi być "jak Znak" -?zama­szy­ste, pełne ener­gii, prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie z tro­ską i poczu­ciem odpo­wie­dzial­no­ści jak coś, co zmie­niło ich życie, a ich samych wzbo­ga­ciło.

Sara Nović

1

Sie­dzieli na ławce i cze­kali. Od czasu do czasu mijali ich ludzie zaj­mu­jący się tajem­ni­czymi kwe­stiami zwią­za­nymi z Pra­wem. Ludzie zer­kali na nich, a potem szybko, ukrad­kiem się uśmie­chali. Abel i Janice tkwili na ławce pra­wie od godziny, a Abel powoli zaczy­nał rozu­mieć, dla­czego tak dziw­nie na nich patrzą. Sie­dzieli sztywno wypro­sto­wani, bo się bali. Czuli się nie­zręcz­nie. Przy­czyną dziw­nych spoj­rzeń było to, że ich ubra­nia nie paso­wały do pory roku. Wcze­śniej, gdy gar­ni­tur Abla był nowy, czuł się w nim wolny i mądry. Pamię­tał, jak z dumą wyszedł w nim ze sklepu w łagod­nym świe­tle wrze­śnio­wego słońca, świa­domy, że wydali resztkę wiel­kich pie­nię­dzy. Teraz był sty­czeń, a Janice, sie­dząca obok niego, miała na sobie let­nią złoto-zie­loną sukienkę i kape­lusz ozdo­biony kwia­tami.

Może nie powinna wkła­dać cien­kiej szy­fo­no­wej sukienki ani kape­lu­sza z kwia­tami, lecz było to jej naj­lep­sze ubra­nie. Przy­po­mi­nała Ablowi lato, Tamto Lato. Pamię­tał, jak bie­gła ulicą w jego stronę, pełna rado­ści. Pamię­tał piękny samo­chód, mnó­stwo jedze­nia i namiot cyr­kowy, który odwie­dzili w sierp­niu. Ich oczy lśniły ze szczę­ścia, poru­szali się i gesty­ku­lo­wali z gra­cją, mieli nadzieję, że czeka ich wspa­niała przy­szłość.

Wszyst­kie poprzed­nie lata Abla zlały się w jego pamięci w jedno: wspo­mnie­nie kurzu, zmę­cze­nia i potu. Wycho­wał się na far­mie. Miej­skie lato oka­zało się inne. Ni­gdy wcze­śniej nie patrzył na drzewo pokryte liśćmi ani nie spa­ce­ro­wał wie­czo­rem w lek­kim wie­trze. Nie widział zie­lo­nych cieni na czy­jejś twa­rzy ani nie czuł ich na wła­snej. Jasne włosy Janice były cie­płe, pach­niały jej skórą i słoń­cem. Poda­ro­wał jej pier­ścio­nek z zie­lo­nym kamie­niem, w któ­rym miesz­kało słońce, a sobie kupił wspa­niały zega­rek z dużymi cyframi, łań­cusz­kiem i zawieszką w kształ­cie głowy lwa z czer­wo­nymi klej­no­tami zamiast oczu. Lato...

Janice zro­biła krok do przodu. Drzwi sali sądo­wej się otwo­rzyły i pochy­liła się, pró­bu­jąc zaj­rzeć do środka. Zoba­czyli rzędy ławek, ale drzwi znowu się zamknęły i na tym się skoń­czyło.

Zza rogu wyszedł męż­czy­zna w gru­bym płasz­czu i ruszył w ich kie­runku. Abel zaczął uno­sić rękę, by powie­dzieć Janice, że to jego szef, pan Weben­dorf. Towa­rzy­szył mu inny męż­czy­zna, chudy, bar­dzo czy­sty i schlud­nie ubrany, nie­zna­jomy, lecz zanim Abel zdą­żył wstać i wypowie­dzieć słowa powi­ta­nia, pan Weben­dorf ski­nął głową i wszedł do sali sądo­wej, a męż­czy­zna sta­nął przed nimi.

-?Com­stock. -?Ku ich zasko­cze­niu przed­sta­wił się Zna­kami. -?Będę waszym tłu­ma­czem.

-?Jest pan Głu­chy? -?spy­tał Abel, poru­sza­jąc nie­zgrab­nie dłońmi, cią­gle zdzi­wiony.

-?Moi rodzice byli Głusi -?odparł Com­stock. -?Cza­sami pra­cuję dla sądu. Chodźmy, cze­kają na nas. -?Jego Znaki były szyb­kie i nie­cier­pliwe, zdra­dzały, że jest wykształ­cony. Abel i Janice popa­trzyli na sie­bie z kon­ster­na­cją.

-?Chodźmy, chodźmy! -?powtó­rzył Com­stock. Prze­szedł przez drzwi i ruszyli za nim.

Zapro­wa­dził ich do przed­niej czę­ści sali, przed Sędziego; sta­nął mię­dzy nimi a Sędzią. Wszy­scy przy­się­gli, że będą mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, a potem zaczęła się Roz­prawa.

Sędzia powie­dział, że wysłu­cha argu­men­tów stron. Wysłu­cha argu­men­tów stron? Tak, jest Sły­szący. Pozwany cierpi na upo­śle­dze­nie słu­chu i mowy, więc będzie korzy­stał z tłu­ma­cza. Com­stock z tru­dem odtwa­rzał za pomocą Zna­ków piękne, nie­zro­zu­miałe słowa wypo­wia­dane przez Sędziego. Do wiel­kiej sali, z drew­nia­nymi ław­kami i kamienną pod­łogą, stop­niowo wpa­dało coraz wię­cej słońca. Posu­wało się wolno do przodu mię­dzy ław­kami, a kiedy pan Den­gel, sprze­dawca samo­cho­dów, prze­stał mówić, dotarło do pierw­szego rzędu, do sto­łów, krze­seł i ludzi roz­ma­wia­ją­cych z Sędzią. Abel z przy­jem­no­ścią obser­wo­wał świa­tło. Była to jedyna rzecz w sali, która nie wyda­wała mu się obca.

Kupił samo­chód od pana Den­gla. Więc kło­poty muszą doty­czyć samo­chodu.

Pan Den­gel długo opo­wia­dał o samo­cho­dzie, jego kolo­rze, marce i papie­rach, które nale­żało pod­pi­sać. Ale kiedy zaczął mówić o pie­nią­dzach -?o cenie auta -?Abel zerwał się z miej­sca i spro­sto­wał, bo samo­chód tyle nie kosz­to­wał. Pan Den­gel skła­mał. Sędzia się roz­gnie­wał, a ręce Com­stocka prze­ka­zały to Ablowi. Jeśli nie usią­dzie i nie zaczeka na swoją kolej, zosta­nie uka­rany Grzywną za Obrazę Sądu. Co to jest Grzywna? Co to jest Obraza Sądu? Zro­zu­miał, że nie może dopro­wa­dzać Sędziego do gniewu. Pan Den­gel dalej mówił, Sędzia o coś go zapy­tał, a potem kazał Ablowi opo­wie­dzieć o samo­cho­dzie. Zaczął mówić, usi­łu­jąc wszystko sobie przy­po­mnieć. Mia­sto, lśniące auto i Lato...

Przy­je­chał z Janice późną wio­sną z farmy ojca Abla. Zna­leźli pracę. Wyna­jęli pokój na Per­rer Street i mieli pie­nią­dze na start - oszczęd­no­ści ojca, które wrę­czył im w dużej, sta­ro­mod­nej port­mo­netce na zatrzask. Co wie­czór, wra­ca­jąc z dru­karni, Abel prze­cho­dził obok salonu samo­cho­do­wego. Zawsze zatrzy­my­wał się na chwilę i patrzył. W pogodne wie­czory wiel­kie drzwi były otwarte i w środku paliło się świa­tło. Ludzie zatrzy­my­wali się i oglą­dali piękne maszyny, błysz­czące i gład­kie. Cza­sami na ulicę wycho­dził sprze­dawca, brał kogoś pod rękę, uśmie­chał się i zapra­szał, by prze­cho­dzień usiadł za kie­row­nicą, obej­rzał wnę­trze, wypró­bo­wał klak­son, świa­tła. Pew­nego dnia tą osobą był Abel. Męż­czy­zna ski­nął do niego, a Abel się zbli­żył i wsiadł do auta. Sprze­dawca odzy­wał się do niego uprzej­mie, trak­to­wał go jak kogoś waż­nego, sza­no­wa­nego. Abel nie musiał sły­szeć słów, by czuć się zaszczy­co­nym, więc uśmie­chał się i kiwał głową, by oka­zać, że jest zado­wo­lony. Póź­niej sprze­dawca zaczął pisać cyfry na kartce. Poka­zał je Ablowi, który ski­nął głową. Męż­czy­zna bez prze­rwy mówił, jego usta nie prze­sta­wały się poru­szać. Uśmie­chał się, zapew­niał Abla, że za niewiel­kie oszczęd­no­ści w port­mo­netce na zatrzask otrzy­mane od ojca może kupić ten wspa­niały samo­chód -?będzie nale­żał do Abla i Janice. Abel ski­nął głową, że się zga­dza, pod­pi­sał papiery, a męż­czy­zna obszedł samo­chód, otwo­rzył drzwiczki i uści­snął mu rękę.

Abel bar­dzo wyraź­nie pamię­tał drżące liście oświe­tlone słoń­cem w letni wie­czór tego dnia. Było cie­pło, wie­czorne świa­tło wyda­wało się cie­płe, na uli­cach lśniły plamy słońca. Wła­śnie w takim świe­tle Abel wszedł do miesz­ka­nia i powie­dział Janice o samo­cho­dzie. Była tak pod­eks­cy­to­wana, że nie zje­dli kola­cji i poszli go obej­rzeć. Ulice i sklepy pogrą­żyły się w ciem­no­ści; pra­wie nic nie widzieli, lecz cie­szyli się, że opu­ścili dom. Wra­cali powoli, nie roz­ma­wia­jąc z powodu ciem­no­ści. Gwiazdy nie pokry­wały całego nieba jak na far­mie, świe­ciły mię­dzy budyn­kami. Wszystko, co widzieli, myśleli i wie­dzieli, miało w sobie splen­dor, szczę­ście, bogac­two i siłę. Świat wyda­wał się jaśniej­szy. Czy w tak rado­snym świe­cie może być coś złego?

Niech pozwany opo­wie o samo­cho­dzie. Był nie­bie­ski, bar­dzo, bar­dzo gładki w dotyku. Wyglą­dał ide­al­nie. Abel usi­ło­wał opi­sać lśniące srebrne oku­cia, deli­katne linie karo­se­rii, czer­wone koła. Nowy samo­chód, Pierce-Arrow model 1919. Sędzia wier­cił się na fotelu. Com­stock kazał Ablowi się pośpie­szyć, więc Abel pró­bo­wał wytłu­ma­czyć, że radość z auta trwała krótko i że nikt nie pono­sił za to winy. Był przy­zwy­cza­jony do koni i patrze­nia na drogę z góry; każdy ruch maszyny wyda­wał mu się dziwny. W cza­sie pierw­szej jazdy ude­rzył w płot, póź­niej prze­stra­szył kilka koni, które kop­nęły samo­chód; ze stra­chu za ostro skrę­cił i auto prze­wró­ciło się na bok. Wiele razy nagle koń­czyła mu się ben­zyna. Janice bała się jeź­dzić samo­cho­dem i zaczęła nama­wiać Abla, by go sprze­dał. Prze­stał na chwilę mówić, jego ręce znie­ru­cho­miały pośrodku Znaku. Przy­po­mniał sobie gniew, jaki czuł, gdy Janice to powie­działa. Nie odzy­wał się do niej przez tydzień, nie witał się z nią rano ani nie żegnał wie­czo­rem. Bała się z nim jeź­dzić. Cią­gle pro­siła, by sprze­dał auto. Pła­kała i powta­rzała, że się boi. Po wielu kłót­niach, wybu­chach pła­czu i dniach spę­dzo­nych w mil­cze­niu, po kolej­nych dwóch wypad­kach zgo­dził się sprze­dać samo­chód.

Powie­sił na nim tabliczkę i dobił targu z prze­cho­dzą­cym męż­czy­zną. Pisali pro­po­no­wane ceny, aż doszli do poro­zu­mie­nia. Na początku Abel był dumny, bo sprze­dał auto za wyż­szą cenę, niż zapła­cił. Tydzień póź­niej był smutny jak po czy­jejś śmierci. W nie­dzielę poszedł z Janice na spa­cer...

-?Pośpiesz się -?prze­rwał Com­stock. -?Sędziego nie inte­re­sują twoje uczu­cia!

-?Opo­wiem wszystko. Skąd Sędzia ma wie­dzieć, jak było, jeśli nie powiem wszyst­kiego?

Kiedy wra­cali do domu, zaczęli patrzeć na ceny pięk­nych rze­czy w skle­pach i potraw w restau­ra­cjach. Zro­zu­mieli, że mogą kupić to wszystko za pie­nią­dze ze sprze­daży samo­chodu. W ten spo­sób wpa­dli na pomysł zakupu klej­no­tów i ubrań. Abel się uśmiech­nął. Duma z bogac­twa spra­wiła, że w nocy dobrze spali i budzili się głodni. Byli zado­wo­leni i przez cały dzień pra­co­wali, a wie­czo­rem cho­dzili do restau­ra­cji i jedli dziwne, nie­zwy­kłe potrawy, któ­rych nie było na far­mie ani w zim­nej szkole, gdzie się poznali. W nie­dziele po połu­dniu sklepy były otwarte. Janice zaczęła uważ­nie się przy­glą­dać, jak ubie­rają się kobiety z Mia­sta. Kupił jej kape­lusz, który zaczęła nosić. Kupił pier­ścio­nek z pięk­nym kamie­niem, zega­rek, łań­cu­szek i zawieszkę w kształ­cie głowy lwa z klej­no­tami zamiast oczu. W sierp­niu poszli na jar­mark i przed­sta­wie­nie objaz­do­wego cyrku. Kupili mecha­niczną małpkę na sznurku, bąki, któ­rymi można było krę­cić na pod­ło­dze, wia­traczki, poduszki z wyha­fto­wa­nymi gałąz­kami sosen i cedrów oraz papie­rowe kwiaty, różne rodzaje. Tamto Lato... Znowu się uśmiech­nął.

-?I co potem? -?spy­tał Sędzia.

-?Potem Lato się skoń­czyło.

Pew­nego dnia po pracy Abel i Janice poli­czyli pie­nią­dze. Cie­płe dni minęły, podob­nie jak radość z bogac­twa. Wie­czory były za zimne, by nosić let­nie ubra­nia. Pró­bo­wali zacho­wać pogodę ducha, lecz wkrótce zapa­no­wał chłód i dziew­czyny wra­cały w pół­mroku z fabryki, dygo­cąc. Póź­niej Janice i Abel zauwa­żyli, że nie stać ich na jedze­nie na mie­ście do dnia wypłaty. Pie­nią­dze na start i pie­nią­dze ze sprze­daży samo­chodu się roze­szły.

Jesz­cze nie czuli gniewu. Abel nie powie­dział Sędziemu o wysta­wach skle­po­wych. Sędzia roze­śmiałby się, gdyby usły­szał, że trak­to­wali je jak lustra i że cią­gle trwało w nich Lato. Kiedy Abel je mijał, widział dobrze ubra­nego męż­czy­znę, czło­wieka wycho­wa­nego w mie­ście, a nie lękli­wego chłopca z kamie­ni­stej farmy. Obok szła pewna sie­bie, piękna kobieta, jego żona. Mijali wystawy i ludzie kiwali do nich gło­wami, a cza­sami się uśmie­chali, nie wie­dząc, kim naprawdę są, bio­rąc ich za miesz­kań­ców mia­sta, ludzi suk­cesu, boga­tych, pozba­wio­nych trosk.

Abel powie­dział, że póź­niej nade­szła zima i pie­nią­dze się skoń­czyły. Musieli żyć za to, co zara­biali. Dosta­wał sześć dola­rów tygo­dniowo, a Janice czter­na­ście. Pra­co­wała w fabryce, szy­jąc czapki i mary­narki od siód­mej rano do siód­mej wie­czór. Gdy wra­cała do domu, była zła, że nie mogą jeść kola­cji na mie­ście, a po opła­ce­niu czyn­szu i kupie­niu żyw­no­ści nie zosta­wało nic na dodat­kowy węgiel, by pod­grzać wodę. Bali się kupić kuchenkę gazową i oba­wiali się gniewu gospo­dyni, a Janice nie potra­fiła goto­wać, więc musieli jeść zimne kola­cje.

Sędzia zaczął mówić. Com­stock wyja­śnił, że ma pyta­nia.

-?Czy w chwili zakupu samo­chodu pozwany prze­czy­tał to, co pod­pi­sał?

-?Cho­dziło o samo­chód. Pod­pi­sa­łem, bo cho­dziło o samo­chód.

-?Dla­czego pozwany nie odpo­wia­dał na listy, które otrzy­my­wał?

-?Były o samo­cho­dzie, ale sprze­da­łem samo­chód, więc już go nie mia­łem. Czy czy­ta­nie o nim mogło w czymś pomóc?

-?Czy pozwany nie był świa­domy, że zapła­cił tylko część ceny?

-?Nie rozu­miem.

-?Czy pozwany nie zda­wał sobie sprawy, że pokrył tylko część ceny samo­chodu? Że będzie musiał zapła­cić resztę?

-?Nie.

Abel patrzył to na Sędziego, to na Com­stocka, obser­wu­jąc, jak jego słowa są oce­niane przez Prawo. Sędzia mil­czał, ale ręce Com­stocka się poru­szały.

-?Założę się, że pró­bo­wa­łeś ukryć, że jesteś głu­chy. Założę się, że nie powie­dzia­łeś, że jesteś głu­chy! -?Abel spoj­rzał na Sędziego, który dalej mil­czał.

Abel czuł strach. Com­stock wie­dział to, czego nie wie­dzą Sły­szący, i potra­fił zada­wać wła­ściwe pyta­nia. Znał sekrety, które powinni znać tylko Głusi, i chciał go skrzyw­dzić.

-?Powie­dzia­łeś mu, że jesteś głu­chy?

-?Sędzia o to nie pytał. Nie widzia­łem, żeby jego wargi się poru­szały.

-?Powie­dzia­łeś?

-?Nie. -?Znak Abla był pra­wie nie­do­strze­galny, szybki, pełen waha­nia, ledwo widoczny trój­kąt, po czym dodał: -?Nie powie­dzia­łem... Nazy­wał mnie "sir".

Com­stock poru­szył war­gami, patrząc na Sędziego. Abel patrzył, domy­ślał się, co zostało powie­dziane, i potra­fił zro­zu­mieć kilka słów: "...sprze­dawca... nie przy­znał się, że jest głu­chy... ludzie... wsty­dził się...".

-?Ale dla­czego? -?Abel odczy­tał te dwa słowa z warg Sędziego. Odwró­cił oczy. Słońce wędro­wało po pod­ło­dze i dotknęło nóg kilku krze­seł. Jeden z pro­mieni dotarł do Janice i wspiął się po jej sukience, gdy obser­wo­wała roz­prawę z trze­ciego rzędu. Wyglą­dała jak obca kobieta. Słońce ode­szło, zmę­czone. Com­stock umilkł. Sędzia spo­glą­dał przez chwilę na Janice. Abel zauwa­żył, że miała ochotę się uśmiech­nąć, lecz była zbyt prze­stra­szona. Póź­niej Sędzia się ode­zwał i Com­stock zadał pyta­nie:

-?Pró­bo­wa­łeś czy­tać z warg pana Den­gela?

-?Tak. Nie mogłem nic zro­zu­mieć. Trzy­mał w nich cygaro.

-?Dosta­łeś trzy listy. Nie uwa­ża­łeś, że mogą być ważne?

-?Pró­bo­wa­łem je czy­tać, ale niczego nie rozu­mia­łem. Tylko że są o samo­cho­dzie. Sprze­da­łem samo­chód.

Sędzia pokrę­cił głową i powie­dział coś do Com­stocka, który poru­szył dłońmi ze zde­gu­sto­waną miną.

-?Wróć na miej­sce i usiądź.

Abel zaczął sia­dać, po czym znie­ru­cho­miał i spy­tał:

-?Dla­czego się pan na mnie gniewa? -?Com­stock wytrzesz­czył oczy. - Dla­czego się pan gniewa? Sędzia się nie gniewa.

Com­stock zaczął szybko poru­szać rękami.

-?Ty cho­lerny głup­cze... Przed koń­cem zimy będziesz żebrał na uli­cach z tabliczką na piersi! -?Ruchy jego dłoni były pra­wie zbyt szyb­kie, by je zro­zu­mieć. -?Sły­szący będą się nad tobą lito­wać, jak nad wszyst­kimi Głu­chymi. Będziesz żebrał i wszy­scy będą się lito­wać nad Głu­chymi. Po co przy­je­cha­łeś do mia­sta?! Nisz­czyć cudze życie?! Ludzie, któ­rzy ciężko pra­cują i nie mają ani centa długu, będą nazy­wani głu­pimi Głu­chymi, wyśmie­wani i oszu­ki­wani. Sta­niesz się prze­klę­tym żebra­kiem...

Sędzia poru­szył ustami. Com­stock się odwró­cił, ski­nął dło­nią i powie­dział, że tylko coś wyja­śniał. Póź­niej wezwano pana Weben­dorfa.

Opo­wia­dał o Ablu. Dziw­nie było patrzeć na ręce Com­stocka opi­su­jące życie Abla. Tak, został zatrud­niony w dru­karni, uczest­ni­czył w szko­le­niu zawo­do­wym w szkole dla głu­cho­nie­mych. Tak, dobrze pra­co­wał w dużym warsz­ta­cie, teraz odbywa drugi rok prak­tyk. To prawda, że więk­szość prak­tykantów to zale­d­wie chłopcy, ale ponie­waż jest głu­chy...

Sędzia spy­tał o wyna­gro­dze­nie i pan Weben­dorf zaczął wyja­śniać.

-?W dru­gim roku otrzy­muje wyna­gro­dze­nie uzgod­nione ze Związ­kami Zawo­do­wymi: na początku sześć dola­rów tygo­dniowo, w zeszłym mie­siącu pod­nie­siono je do sied­miu. -?Sędzia wyda­wał się zdzi­wiony, a pan Weben­dorf cią­gnął: -?Za trzy lata będzie zara­biał czter­na­ście dola­rów, a kiedy skoń­czy sze­ścio­let­nią prak­tykę, dosta­nie przy­zwo­itą pen­sję: dwa­dzie­ścia osiem dola­rów. -?Urwał, pokrę­cił głową i dodał: -?Nie wie­dzia­łem o samo­cho­dzie. -?Abel czuł wstyd jak wtedy, gdy dostał lanie od ojca, lecz nie mógł ode­rwać oczu od rąk Com­stocka. -?Nie wie­dzia­łem też o jego ubra­niach ani, cóż, żonie. Codzien­nie przy­cho­dził do pracy w sta­rym ubra­niu. Wie­dzia­łem, że mieszka w wyna­ję­tym pokoju, lecz nie mia­łem poję­cia, że jest żonaty. Gdyby do mnie przy­szedł, wyja­śnił­bym mu, że jest w trud­nej sytu­acji... wszyst­kie jego oszczęd­no­ści...

Sędzia poru­szył się z god­no­ścią i zaczął mówić. Co dziwne, ręce Com­stocka odda­wały jego słowa ina­czej niż rela­cję Weben­dorfa. Słowa Sędziego wyda­wały się cięż­kie, donio­słe i pełne; dło­nie Com­stocka zata­czały zde­cy­do­wane kręgi i długo wisiały w powie­trzu. Jego ruchy były tak piękne, że Abel odchy­lił się do tyłu, patrząc na nie z fascy­na­cją. Zda­nia spra­wiały wra­że­nie skom­pli­ko­wa­nych, w ogóle ich nie rozu­miał. Sąd wie­dział o trud­nej sytu­acji pozwa­nego, jed­nak Prawo jest jasne. Samo­chód został zaku­piony, a pozwany ukrył swoją nie­peł­no­spraw­ność przed powo­dem, więc dopu­ścił się wyłu­dze­nia. (Jakie piękne słowa! Abel śle­dził dłu­gie, ryt­miczne ruchy rąk Com­stocka. Koja­rzyły się z kosze­niem trawy, ukła­da­niem siana w stogi). Jed­nak nie­peł­no­spraw­ność sta­nowi rów­nież oko­licz­ność łago­dzącą. Zaję­cie do dzie­się­ciu pro­cent wyna­gro­dze­nia na poczet długu jest obli­ga­to­ryjne na mocy Prawa, lecz Sąd jest skłonny potrak­to­wać oskar­że­nie o wyłu­dze­nie w spo­sób łagod­niej­szy niż zazwy­czaj.

Com­stock prze­rwał. Abel spo­glą­dał na niego cier­pli­wie, cze­ka­jąc na wyja­śnie­nie.

-?Zarzą­dzę zaję­cie dzie­się­ciu pro­cent wyna­gro­dze­nia pozwa­nego na poczet długu, a ponadto grzywnę w wyso­ko­ści stu dola­rów i zwrot kosz­tów sądo­wych -?cią­gnął Sędzia. -?W ciągu następ­nych pię­ciu mie­sięcy potrą­ce­nia będą wyno­sić dwa dolary tygo­dniowo, a póź­niej wzro­sną do trzech dola­rów. Będą wzra­stać pro­por­cjo­nal­nie do kolej­nych pod­wy­żek, po czym osią­gną poziom pię­ciu dola­rów tygo­dniowo, aż pozwany w cało­ści spłaci dług. Sąd ma nadzieję, że odsetki nie prze­kro­czą sze­ściu pro­cent rocz­nie. -?Sędzia spoj­rzał na sprze­dawcę samo­cho­dów. -?Nie ist­nieją ure­gu­lo­wa­nia prawne zabra­nia­jące prak­tyk lichwiar­skich, jed­nak Sąd ma nadzieję, że w tym przy­padku powód zmieni obecne prak­tyki.

Abel nie­spo­koj­nie dał znak tłu­ma­czowi.

-?Nie rozu­miem. Co powie­dział Sędzia? Wygra­łem czy prze­gra­łem?

Com­stock z nie­sma­kiem ski­nął dło­nią i znowu zwró­cił się w stronę Sędziego.

Abel zoba­czył, że Sędzia lekko się uśmie­cha.

-?Sędzia mówi, że prze­gra­li­ście sprawę. -?Ręce Com­stocka wyko­nały ładny gest. Potem dodał: -?Sąd nie miał wyboru; prawo jest jasne. Sędzia chce, bym ci powie­dział, że to mogło się skoń­czyć znacz­nie, znacz­nie gorzej.

Com­stock zaczął tłu­ma­czyć Ablowi, gdzie ma wpła­cać pie­nią­dze, gdzie je przy­no­sić co mie­siąc. To, czy Abel rozu­miał słowa albo skom­pli­ko­wane, tajemne zasady Prawa, nie wyda­wało się ważne. Przy­po­mi­nał udrę­czone zwie­rzę, zbyt chore, by wstać, i zbyt wytrzy­małe, by upaść. Com­stock wresz­cie prze­stał tłu­ma­czyć.

-?Mówi­łem, że zosta­niesz żebra­kiem, że Głusi prze­staną z tobą roz­ma­wiać -?powie­dział. -?Ty... -?dodał i urwał. Powstrzy­mał go jasny snop zimo­wego świa­tła sło­necz­nego, który wpadł na salę sądową i spra­wił, że zmru­żył oczy, by widzieć Abla. Sędzia wstał i ludzie zaczęli wycho­dzić. Roz­prawa się skoń­czyła.

-?Ni­gdy nie będę żebrał -?ode­zwał się Abel, lecz wyobra­ził sobie samego sie­bie sie­dzą­cego pod ścianą z kape­lu­szem leżą­cym na ziemi, zbyt sła­bego, by wstać.

-?Nisz­czysz spo­łecz­ność Głu­chych -?rzekł Com­stock, nie wie­dząc, czy Abel widzi jego ręce. -?Wolał­bym, żebyś został na far­mie, ukryty gdzieś na odlu­dziu! -?Ruszył w kie­runku drzwi. Abel, po dru­giej stro­nie snopu świa­tła, poło­żył głowę na stole i zaczął powoli ude­rzać pię­ściami w blat.

2

Musieli sprze­dać pier­ścio­nek z zie­lo­nym kamie­niem, w któ­rym miesz­kało świa­tło słońca. Abel zapła­cił za niego sie­dem­dzie­siąt dola­rów, ale gdy Weben­dorf napi­sał, ile wyno­szą odsetki, zro­zu­miał, że nie ma wyboru. Janice pła­kała i prze­ko­ny­wała Abla. Zmu­szała go, by wie­czo­rami raz po raz doda­wał cyfry, które ni­gdy się nie zmie­niały. W końcu kazał jej zdjąć z palca sło­neczny pier­ścio­nek i poszli z nim do jubi­lera.

Abel go pamię­tał. Kiedy odwie­dzili go poprzed­nim razem, był dla nich miły; wyda­wał się szczę­śliwy, zado­wo­lony. Teraz lek­ce­wa­żąco zer­k­nął na pier­ścio­nek i nie uniósł go do świa­tła jak poprzed­nio. Nie uśmie­chał się, przy­ci­skał ręce do boków.

-?Dwa­dzie­ścia dola­rów -?powie­dział.

Abel poczuł przy­pływ lęku. Usi­ło­wali wytłu­ma­czyć jubi­le­rowi, że się pomy­lił. Pró­bo­wali mu przy­po­mnieć, kim są; kupili ten pier­ścio­nek za sie­dem­dzie­siąt dola­rów. Janice mówiła wyraź­niej -?wie­dzieli o tym, bo ludzie trak­to­wali ją lepiej niż Abla, byli mniej znie­cier­pli­wieni. Kiedy się odzy­wała, na ich twa­rzach nie poja­wiała się nie­chęć. Spy­tała jubi­lera, czy pamięta ten pier­ścio­nek, który sprze­dał im w lecie. Wska­zała gablotkę ze lśnią­cego szkła.

-?Tuuu lezyyy, tuuu. -?Znowu wycią­gnęła rękę.

Abel pamię­tał, jak ostroż­nie jubi­ler wkła­dał pier­ścio­nek do gablotki, jak ostroż­nie go wyj­mo­wał i uno­sił do świa­tła, by im poka­zać. Może nie rozu­mie? Ski­nął dło­nią w stronę Janice, która napi­sała: "Przy­szli­śmy w lecie i kupi­li­śmy ten pier­ścio­nek. Sie­dem­dzie­siąt dola­rów. Klej­not jest bar­dzo piękny. Zawsze zdej­mo­wa­łam pier­ścio­nek przed myciem rąk".

Jubi­ler szybko prze­czy­tał notatkę i pokrę­cił głową. Póź­niej napi­sał: "Dwa­dzie­ścia dola­rów", i pod­kre­ślił te słowa. Nie dali mu pier­ścionka, ale nie ode­szli; stali przed nim, wstrzą­śnięci i bla­dzi. Znowu wziął kartkę i napi­sał: "Pro­wa­dzę biz­nes. Dwa­dzie­ścia dola­rów i ani centa wię­cej. Pier­ścio­nek jest uży­wany, prze­stał być nowy. Jeśli ktoś da wam wię­cej, może­cie wró­cić i zapłacę dwa­dzie­ścia pięć dola­rów".

Janice ni­gdy nie uży­wała Zna­ków przy Sły­szą­cych, lecz teraz odwró­ciła się do Abla i poka­zała drob­nymi ruchami:

-?Boję się. Co się dzieje? Dla­czego chce nas skrzyw­dzić? Co robić?

-?Nie wiem. Nie możemy iść na poli­cję.

-?Jesteś męż­czy­zną. Musi wziąć pier­ścio­nek i oddać pie­nią­dze.

-?Nie zrobi tego.

-?Zmuś go.

-?Zacze­kaj przed skle­pem -?odpo­wie­dział Abel. -?Poroz­ma­wiam z nim.

Odwró­ciła wzrok, szybko nakre­śliła znak poże­gna­nia i wyszła na ulicę. Abel wyczuł w niej ulgę.

Pod­niósł pier­ścio­nek ze szkla­nej szyby i lewą ręką ski­nął na jubi­lera, by poszedł z nim na tyły sklepu, gdzie było ciem­niej, a Janice nie mogła ich widzieć. Podą­żył w tam­tym kie­runku, samotny, wypeł­niony pustką, któ­rej nie potra­fił nazwać. Jubi­ler nie patrzył na niego. Póź­niej Abel wyjął z kie­szeni wspa­niały zega­rek ze złotą głową lwa i czer­wo­nymi klej­no­tami zamiast oczu, które lśniły nawet w pół­mroku.

-?Eeech paaan weeezmieee -?ode­zwał się na głos. Widział, że jubi­ler zmru­żył oczy na dźwięk jego głosu. Odwró­cił się w jego stronę i Abel dodał: -?Sie­eeedem­dziese za wszy­sko­ooo, per­ścio­oooone i zega­aaaare... - Jubi­ler dalej na niego nie patrzył, odwró­cił się i wysu­nął szu­fladę kasy. Szybko prze­li­czył pie­nią­dze i poło­żył na ladzie. Abel wziął je, a jubi­ler zgar­nął dwa piękne przed­mioty jak okru­chy ze stołu. Jesz­cze przed chwilą ostroż­nie wyj­mo­wał je z gablo­tek -?trzy­mał każdy klej­not jak coś żywego i cen­nego. Teraz Abel i Janice zna­leźli się w nędzy, co ode­brało war­tość klej­notom -?zie­lony kamień przy­no­sił nie­szczę­ście, a zega­rek odmie­rzał złe godziny. Jubi­ler wziął pier­ścio­nek i zega­rek, by ukryć je ze wstydu. Z zaple­cza sklepu przy­szedł eks­pe­dient i sta­nął zbyt bli­sko, by Abel czuł się dobrze. Abel szedł z unie­sioną głową, mając nadzieję, że nie wpad­nie na drzwi. Czuł ból. Czuł za sobą cie­nie dwóch męż­czyzn. Zasta­na­wiał się, czy się śmieją w Świe­cie Sły­szą­cych.

-?Dosta­łeś pie­nią­dze?

-?Tak.

-?Wszystko?

-?Tak.

Stali przy oknie restau­ra­cji i uda­wali, że zaglą­dają do środka.

-?Odku­pimy go, gdy spła­cimy dług.

-?Ni­gdy wię­cej tam nie wejdę.

-?Chcę mieć nadzieję, że to zro­bimy.

-?Ni­gdy wię­cej. Zawsty­dził mnie.

Ktoś obser­wo­wał ich z dru­giej strony okna restau­ra­cji, więc odwró­cili się i ode­szli. Kiedy dotarli do rogu i zaczęli prze­cho­dzić przez jezd­nię, Abel wyjął ręce z kie­szeni i szybko poka­zał:

-?To wła­śnie jest Sze­roki Świat. Sze­roki Świat. Miej­sce, gdzie wszy­scy chcą być, gdzie wszy­scy ucie­kają!

Potem scho­wał ręce do kie­szeni i rozej­rzał się z wście­kło­ścią. Mil­cze­nie.

W szkole wszy­scy roz­ma­wiali o Sze­ro­kim Świe­cie. Błysz­czały im oczy, gdy o nim mówili. Cho­dzili dłu­gimi kory­ta­rzami z porę­czami dla nie­wi­do­mych, ich Znaki latały nad gło­wami nauczy­cieli, cho­wały się za książ­kami, prze­kra­dały mię­dzy ław­kami, mówiły o Sze­ro­kim Świe­cie. Abel ni­gdy nie posłu­gi­wał się Zna­kami na far­mie, nie znał praw­dzi­wych słów. Przy­je­chał do szkoły głu­chy i niemy nawet dla ludzi tak samo głu­chych jak on. Zapi­sano go na zaję­cia dla chłop­ców: czy­ta­nie z ruchu warg, aryt­me­tyka, czy­ta­nie i pisa­nie liter. Mógł wybrać jeden z trzech zawo­dów: pomoc­nik w kuchni, pomoc­nik w dru­karni i pomoc­nik kotla­rza. Dziew­częta uczono czy­ta­nia z warg i szy­cia. Wła­śnie tego uczono w szkole. Chłopcy i dziew­częta uczyli się od sie­bie Zna­ków i marzyli o Sze­ro­kim Świe­cie. Codzien­nie przez dwie godziny uda­wali, że zdmu­chują świece, by nauczyć się wyma­wia­nia gło­ski P, poru­szali ustami, patrząc na litery i obrazki na tablicy, na języki, zęby i usta -?sok, rok, bok, lok -?lecz praw­dziwe słowa cho­wały się za wychod­kiem, w szyb­kich roz­mo­wach nad ogro­dze­niem: zaka­zane Znaki, które wzbo­ga­cały użyt­kow­ni­ków.

Po sze­ściu mie­sią­cach Abel miał w szkole przy­ja­ciół, wro­gów i Sze­roki Świat. Teraz zna­lazł się w Sze­rokim Świe­cie i znał słowa, by myśleć o szkole przed zaśnię­ciem. Brzydko pach­niała, była pozba­wiona kolo­rów oraz ciemna (kolory i świa­tło są nie­wi­do­mym nie­po­trzebne, a w szkole oprócz głu­chych uczono też nie­wi­do­mych, więc uznano, że kolory i świa­tło są nie­po­trzebne i jed­nym, i dru­gim). Wyda­wało mu się dziwne, że zna­lazł Janice w takiej brzyd­kiej szkole.

Miała zło­ci­ste włosy, uśmiech, który go parzył, a jed­no­cze­śnie wyda­wał się chłodny, była szybka i powolna jak woda pły­nąca po kamie­niach, gdy pada na nią słońce. Przy­cią­gała go i zmie­niała jak rzeka, kiedy dawał nurka do wody i sta­wał się inną istotą w innym świe­cie. Wsty­dził się, że jest star­szy od innych dzieci, uczył się zawodu, po latach nauki czy­ta­nia z ruchu warg i mówie­nia był zdu­miony, że na świe­cie są inni ludzie podobni do niego. Miał wtedy osiem­na­ście lat, a Janice szes­na­ście. Dora­stała w szkole i nie wie­działa pra­wie nic o Sze­ro­kim Świe­cie. Znała zaka­zany język Zna­ków. Z jaką pew­no­ścią sie­bie żar­to­wała i plot­ko­wała za ple­cami nauczy­cieli! Była żywa i mądra, miała plany i ide­ały, przy­ja­ciół. Zło­ściła się i toczyła nie­wiel­kie wojny z wro­gami. Dla Abla, który nie znał Zna­ków i żył w wiecz­nej ciszy na far­mie i w szkole dla Sły­szą­cych, te plany i spory wyda­wały się magiczne, nie­wia­ry­godne, wyjąt­kowe. W ciągu trzech mie­sięcy nauczył się wszyst­kich Zna­ków zna­nych kole­gom, roz­mowa opie­rała się na domy­słach, ale stale się uczył, słu­chał, roz­ma­wiał, mówił, opo­wia­dał, sprze­czał się, zasta­na­wiał. Język poznany wbrew czuj­nym nauczy­cie­lom dał mu wol­ność. Dopóki nie zaczął cho­dzić z Janice, koja­rzył się z miej­scami, gdzie go pozna­wał. Cuch­nął sto­jącą wodą, toa­le­tami, wsty­dem, cho­wa­niem się i chlo­rem. Mastur­ba­cją w drzwiach skła­dziku i chłop­cami poru­sza­ją­cymi rękami we śnie, obla­nymi zim­nym potem. Kiedy starsi ucznio­wie słu­chali dwa razy do roku poga­danki o nie­bez­pie­czeń­stwach zwią­za­nych z mastur­ba­cją, Abel, sie­dzący wśród nich, zasta­na­wiał się, czy nauczy­ciel mówiący o doty­ka­niu się i pocie­ra­niu ma na myśli Znaki.

Chłopcy i dziew­częta rzadko prze­by­wali razem, więc zanim poznał Janice, widy­wał ją z daleka. Roz­ma­wiali kilka razy, a potem zaczął szu­kać jej towa­rzy­stwa i odkrył, że pra­cuje w kuchni, gdzie zmywa naczy­nia. Pra­gnie­nie prze­by­wa­nia z nią spra­wiło, że uczył się szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek. Obser­wo­wał nauczy­cieli i dostrze­gał, kiedy o nim zapo­mi­nają i może się ulot­nić. Odkrył pory, gdy pra­cow­nicy kuchni byli zajęci, więc Janice mogła się wymknąć. Nie mógł opusz­czać warsz­ta­tów zawo­do­wych; ona rów­nież musiała uczest­ni­czyć w zaję­ciach. Pra­gnie­nie spo­ty­ka­nia się z nią uczy­niło go uważ­nym i pod­stęp­nym, odbie­ra­jąc mu część nie­win­no­ści. Nauczył się wyko­rzy­sty­wać zwy­czaj pale­nia pana Con­roya po połu­dniu i wła­sne codzienne nawyki, a nawet nie­do­cią­gnię­cia; spóź­nie­nia oka­zały się przy­datne, bo ludzie uzna­wali je za coś zwy­czajnego. Spo­ty­kał się z Janice przed kuch­nią, przed budyn­kiem szkoły, a kiedy było za zimno, w pustej sali przed jadal­nią. Stał się ostrożny, więc prze­stał zakra­dać się z innymi chło­pa­kami nad sypial­nię nie­wi­do­mych dziew­cząt, prze­stał się bić z każ­dym, kto komen­to­wał jego wiek, i bar­dzo powoli zaczął się zasta­na­wiać nad sło­wami i myślami. Może ozna­czały rze­czy, któ­rych nie można zoba­czyć ani dotknąć, i myśli bar­dziej skom­pli­ko­wane niż "iść" lub "zostać"? To Janice po raz pierw­szy spy­tała Abla, co myśli o ludziach, a także o jego myśli i marze­nia. Przy­szło mu do głowy, że jest w nim ogromna prze­strzeń, ale jed­no­cze­śnie są obrazy o wiel­kim zna­cze­niu, któ­rych nie można opi­sać sło­wami, i że pew­nego dnia będzie potra­fił jej wytłu­ma­czyć nie­które róż­nice mię­dzy tym, jak rozu­mie świat, a jak świat rozu­mie jego.

Wśród dziew­cząt to wła­śnie Janice była naj­bar­dziej zain­te­re­so­wana Sze­ro­kim Świa­tem. Oży­wiała się, gdy ktoś o nim mówił. Im wię­cej słów pozna­wał Abel, tym wię­cej rze­czy nabie­rało sensu, tym wię­cej zapa­mię­ty­wał. Zaczęła zada­wać pyta­nia: "Jak wyglą­dało mia­sto?", "Czy było tam dużo samo­cho­dów?", "Jakie ubra­nia nosili boga­cze?", "Jak wyglą­dały domy?", "Czy farma była ładna?", "Czy praca była ciężka?". Czę­ściej pytała o mia­sto niż o farmę. Mia­sto wyda­wało się praw­dzi­wym Sze­ro­kim Świa­tem, czymś nowo­cze­snym i rado­snym; zawsze się zmie­niało. Marzyła o podró­żach, kochała ruch, zmiany, a Abel, wycho­wany w Sze­ro­kim Świe­cie, który bez trudu podró­żo­wał z farmy do mia­sta, wyda­wał się jej i innym dzie­ciom ze szkoły księ­ciem z bajki. Jego naj­drob­niej­sze wspo­mnie­nia wyda­wały się szczy­tem mądro­ści.

W dru­gim roku nauki Abel i Janice stali się nie­roz­łączni. Wspól­nie uda­rem­nili wszyst­kie próby szkoły, by ich roz­dzie­lić. Spo­ty­kali się przy zapo­mnia­nych oknach i w nie­uży­wa­nych maga­zy­nach. Przede wszyst­kim wyko­rzy­sty­wali swoją głu­chotę. Byli niemi, niczego nie rozu­mieli i zawsze mówili "tak". Kiwali gło­wami, uśmie­chali się i na wszystko się zga­dzali. Obie­cy­wali nauczy­cie­lom i nauczy­ciel­kom, że się popra­wią, a potem robili, co chcieli. W kwiet­niu ucie­kli. Poznali Sze­roki Świat. Zna­leźli kościół podobny do tego, który Abel znał z dzie­ciń­stwa. Kiedy pastor zro­zu­miał, czego chcą, i zorien­to­wał się, że są głusi, napi­sał na kartce nazwi­sko innego męż­czy­zny. W końcu skie­ro­wano ich do Sędziego Pokoju, który udzie­lił im mał­żeń­stwa, nie zada­jąc żad­nych pytań -?za opłatą cztery razy wyż­szą niż nor­mal­nie. W ponie­dzia­łek rano wró­cili do szkoły, by pod­jąć naukę, jakby nic się nie stało. Szkoła oba­wiała się skan­dalu, więc uda­wała, że nic nie wie, i pozwo­liła Janice uzy­skać dyplom wraz z resztą jej rocz­nika. Kazano jej natych­miast napi­sać do rodzi­ców. Zwle­kała i w końcu dyrek­tor zawia­do­mił o mał­żeń­stwie obie rodziny. Po ukoń­cze­niu szkoły Janice poje­chała z Ablem na farmę jego rodzi­ców. Rodzice Janice mieli trzy­na­ścioro innych dzieci. Prze­słali jej naj­lep­sze życze­nia, nie poda­jąc adresu zwrot­nego. Abel i Janice jechali pocią­giem. W Sze­rokim Świe­cie Janice sze­roko otwie­rała oczy, by wszystko widzieć. Chciała czuć Sze­roki Świat, sma­ko­wać go, wąchać. Pro­mie­niała życiem...

Abel prze­wró­cił się w łóżku i popa­trzył na śpiącą żonę. Cza­sami coś czuł, zbyt szybko, by ubrać to w słowa. Myślał o sądach, skle­pach i ludziach -?może nie nie­na­wi­dzą głu­choty jego i Janice, nie gnie­wają się na nich, lecz są po pro­stu obo­jętni? Co naj­dziw­niej­sze, ta obo­jęt­ność wyda­wała się gor­sza od nie­na­wi­ści. W szkole czę­sto roz­ma­wiano o nie­na­wi­ści, śmie­chu i okru­cień­stwie Sły­szą­cych. Nie­któ­rzy z nich wiele razy powta­rzali pewne słowa z twa­rzami wykrzy­wio­nymi gnie­wem, aż wszy­scy rozu­mieli, że spra­wia im to przy­jem­ność i że są dumni z bólu, który zadają; towa­rzy­szyło mu szy­der­stwo. Abel zaczął czuć, że praw­dziwe okru­cień­stwo Sze­ro­kiego Świata nie bie­rze się z nie­na­wi­ści, tylko z obo­jęt­no­ści. Nie znał wła­ści­wych Zna­ków, by powie­dzieć o tym Janice, ale myśl pozo­sta­wała na obrze­żach umy­słu, nie­mal kla­rowna. Cza­sami był bli­ski jesz­cze innego odkry­cia: że świat jest prze­ciwko nim i że ich naj­więk­szym wro­giem jest igno­ran­cja na temat świata. Domy­ślał się tego nie­ja­sno, ale nie potra­fił ubrać myśli w słowa. Miał wra­że­nie, że dostrzega kątem oka prze­bie­ga­jące małe zwie­rzę, lecz jest za ciemno, by je zoba­czyć.

Drę­czył się myślami przez dłu­gie tygo­dnie. Co noc myślał o pie­nią­dzach. Sześć tysięcy dola­rów, a poza tym coś, co nazy­wali Odset­kami. Nie znał tego słowa. Czy może cho­dzić o to, że z jakie­goś tajem­ni­czego powodu musi dodat­kowo zapła­cić setki dola­rów? A może należy coś odjąć od każ­dych stu? Było to zupeł­nie nie­zro­zu­miałe. Prawa Sły­szą­cych były dziwne, słowa mogły mieć różne zna­cze­nia. Pan Den­gel też nie spał i na pewno myślał o Odset­kach. Janice i Abel musieli żyć za czter­na­ście dola­rów tygo­dniowo zara­biane przez Janice oraz wyna­gro­dze­nie Abla w dru­gim roku prak­tyk zawo­do­wych. Musieli pła­cić sześć dola­rów czter­dzie­ści cen­tów na pokry­cie długu. Gdyby byli ostrożni, mogliby unik­nąć Sądu i wię­zie­nia. Gdyby byli bar­dzo ostrożni i nie wpa­dli w nowe kło­poty. Ale nie pozo­sta­wiało to żad­nych pie­nię­dzy na nadzieję. Co pół roku będą pła­cić coraz wię­cej, by oddać dług. Wszystko po to, by obcy byli spo­kojni, by się nie gnie­wali. Sły­szący zawsze się złosz­czą.

W szkole wciąż powta­rzano to samo: "Pra­cuj". Nauczy­ciele mówili, że zaczęli go uczyć rze­mio­sła, bo chcą, żeby był bez­pieczny, a praca daje bez­pie­czeń­stwo. Obok niego Janice kre­śliła marzy­ciel­skie, nie­czy­telne Znaki i prze­wra­cała się we śnie z boku na bok. Tuż przed koń­cem Tam­tego Lata wyda­rzyła się jesz­cze jedna dobra rzecz, poznali Głu­chego, który opo­wie­dział im o kościele dla Głu­chych po dru­giej stro­nie mia­sta. Raz w tygo­dniu przy­cho­dził pastor i odpra­wiał nabo­żeń­stwa Zna­kami. W szkole czę­sto mówiono, że w Świe­cie Sły­szą­cych są kościoły. Zamie­rzali wybrać się tam jak naj­szyb­ciej, gdy będą mieli pracę, ładne ubra­nia, pier­ścio­nek, zega­rek. Chcieli mieć przy­ja­ciół, zwy­czaje, zapra­szać innych i przyj­mo­wać zapro­sze­nia. Teraz świat stał się zimny; pier­ścio­nek, pie­nią­dze i nadzieja znik­nęły. Nie poje­cha­liby do kościoła, nawet gdyby mieli za co kupić bilet na tram­waj. Przy­ja­ciele byli zbyt kosz­towni, a nadzieje budziły zbyt wielki strach. Abel znowu poru­szył się w łóżku, usi­łu­jąc zna­leźć wygodną pozy­cję i zasnąć. W końcu zapadł w sen, pełen roz­pro­szo­nych, sza­rych marzeń.