Rozdział VII
Słońce dopiero wspinało się ponad linię horyzontu, a wczesny poranek otulał plażę mleczną mgłą. Piasek pod stopami Alanyi był jeszcze chłodny, wilgotny od nocnej rosy, a fale łagodnie obmywały brzeg, rozlewając na nim srebrne refleksy. Przyszła tu, by oczyścić głowę po niespokojnej nocy i pozbyć się obrazu snu, który wciąż tkwił w jej pamięci jak cierń.
Zatrzymała się przy dużych omszałych głazach, kiedy dostrzegła ruch w wodzie. Serce zabiło jej mocniej.
Kaen.
Wynurzał się z morskiej toni powoli, jakby wcale nie musiał się spieszyć. Woda spływała po jego ciele w cienkich strużkach, błyskając w pierwszych promieniach słońca. Jego skóra miała złocisty odcień, a krople lśniły na niej jak rozgrzany metal. Szerokie ramiona, wyrzeźbione mięśnie brzucha, silne nogi... Każdy jego ruch był świadectwem lat treningu i mocy, która w nim drzemała.
Był nagi.
Alanya wstrzymała oddech, instynktownie cofając się za skały, jakby kryjąc się przed samą sobą. Wiedziała, że powinna odejść, że to nie jest widok, na który przystoi patrzeć królowej w świetle poranka, ale nie mogła. Wzrok sam wracał do jego sylwetki.
Kaen odgarnął mokre jasne włosy do tyłu, a potem uniósł głowę ku słońcu i przez moment wyglądał jak bóstwo, które wyszło z głębin, by wziąć w posiadanie świat. Alanya poczuła dziwne ciepło rozchodzące się w jej wnętrzu, ciepło, które nie miało nic wspólnego z porannym słońcem.
Dopiero gdy ruszył w stronę linii brzegowej, otrząsnęła się, odwracając gwałtownie.
Szła z powrotem do zamku, szybciej, niż planowała, starając się wyrzucić z pamięci ten obraz. Na próżno.
Wchodząc po schodach, minęła dwie dziewczyny niosące kosze z pościelą. Jedna z nich, młodsza, potknęła się i kilka lnianych prześcieradeł rozsypało się na kamiennej posadzce.
- O nie, przepraszam! - jęknęła, klękając, by je pozbierać.
Alanya nachyliła się i podniosła jedno z płócien, a następnie podała je dziewczynie.
- Uważaj, bo te schody bywają zdradliwe - powiedziała łagodnie.
Dziewczyna aż zamarła, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami.
- Wysokość... nie powinna... - zaczęła niepewnie.
Alanya uśmiechnęła się lekko.
- Powinnam robić to samo, co każdy. Nie chcę, żebyście traktowali mnie jak kogoś, kto nie zna ciężaru pracy.
Starsza z dziewczyn skinęła głową, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś między wdzięcznością a podziwem.
- Zawsze taka byłaś - wymknęło jej się cicho. - Nawet gdy biegałaś po zamku jako dziecko.
Alanya zatrzymała się na moment. To proste zdanie sprawiło, że serce ścisnęło jej się dziwnym ciepłem. Kiwnęła głową i odsunęła się, zostawiając je z ich zadaniem, ale przez chwilę miała wrażenie, że ta drobna wymiana słów znaczyła więcej niż niejedna rada czy uczta.
Królowa zamierzała poświęcić ten dzień na lekturę kronik i dawnych praw, aby zgłębić historię królestwa i poznać błędy jej poprzedników. Miała nadzieję, że to zajęcie odsunie jej myśli od dzisiejszego poranka.
Kilka godzin później w chłodnych kamiennych korytarzach zamku minęli się niespodziewanie. Kaen szedł z przeciwka ubrany w ciemny kaftan, który podkreślał jego szerokie barki. Wciąż miała w pamięci obraz jego nagiego ciała skąpanego w promieniach słońca.
- Widzisz coś, co ci się podoba? - zapytał z tym swoim lekko kpiącym uśmiechem, kiedy jej spojrzenie mimowolnie zatrzymało się na nim dłużej, niż wypadało. - Udajesz obojętność, ale twoje oczy... One nigdy nie kłamią.
Alanya uniosła brodę, choć poczuła, jak policzki lekko się rozgrzały.
- A ty wciąż masz dar brania swoich złudzeń za prawdę.
- Złudzenia są przydatne - szepnął z cieniem uśmiechu. - Zwłaszcza gdy stają się wspomnieniami.
Ich ramiona musnęły się, kiedy zrównał z nią krok. Nie odsunęła się.
- Więc co tym razem chcesz wspominać? - spytała chłodno, choć serce biło jej szybciej.
- To, jak teraz na mnie patrzysz. - Zatrzymał spojrzenie na jej ustach tylko na ułamek sekundy, ale wystarczyło, by poczuła dreszcz. - Tak, jakbyś zastanawiała się, czy nie powinienem być bliżej.
Odetchnęła wolniej, niż chciała.
- A jeśli wcale się nie zastanawiam?
- To najpiękniejsze kłamstwo, jakie dziś usłyszałem.
Cisza zawisła między nimi, napięta, gęsta. Szli tak jeszcze chwilę, aż jego głos znów przeciął powietrze, tym razem spokojniejszy, choć wciąż podszyty tą samą intensywnością:
- Może będzie ci łatwiej, kiedy nie będzie mnie obok.
Zatrzymała się gwałtownie, odwracając ku niemu.
- Nie będzie?
Kaen uśmiechnął się półgębkiem, ale w jego oczach nie było lekkości.
- Virelda mnie wzywa. Sprawy, które nie mogą czekać.
Patrzył na nią tak, jakby odpowiedź, której nie wypowiedziała, była ważniejsza niż każde słowo.
Zanim zdążyła zapytać, kiedy wróci, minął ją i odszedł korytarzem, zostawiając po sobie zapach morskiej bryzy i wspomnienie, które znowu, wbrew jej woli, ogrzało jej policzki.
***
Odkąd Kaen opuścił Solvendor, w zamku zapadła dziwna pustka. Korytarze, które jeszcze niedawno zdawały się wibrować od jego obecności, teraz brzmiały jedynie echem kroków straży i szeptów dwórek. Alanya czuła tę zmianę boleśnie, choć starała się udawać, że jej to nie obchodzi.
Dlatego, gdy w jej rękach pojawiło się zaproszenie z czarnym woskiem i herbem Drakhaimu, poczuła coś pomiędzy czystą ciekawością a niepokojem. Bal na cześć królowej Lythary. Oficjalnie był to hołd dla jej panowania, nieoficjalnie wszyscy wiedzieli, że bale w Drakhaimie słynęły z przepychu i wyuzdania. Plotki głosiły, że w korytarzach zamku tej nocy działo się więcej niż w samej sali balowej.
- Musisz tam iść! - Wiktoria dosłownie wyrwała jej zaproszenie z dłoni, a w jej oczach pojawiły się iskry. - Słyszałaś historie. Czerwone wino, maski, muzyka, która nie pozwala stać w miejscu. I podobno królowa czasami sama wybiera gości do... - urwała, uśmiechając się zbyt szeroko, by było to niewinne.
- To tylko plotki - odparła Alanya, choć nie mogła ukryć rozbawienia. - Ale skoro tak nalegasz, to pojedziemy razem.
- Razem? - Wiktoria aż podskoczyła. - Naprawdę mnie zabierzesz?
- Potrzebuję damy dworu, a przede wszystkim przyjaciółki. A poza tym... - uśmiechnęła się z wyraźnym błyskiem w oczach - ...jeśli Lythara lubi robić wrażenie, to tym razem damy jej powód, by pamiętała ten wieczór.
Kolorystyka balu była jasno określona - czerń i czerwień. Alanya postanowiła, że nie tylko spełni wymóg, ale też wykorzysta go przeciw samej królowej Drakhaimu.
Jej suknia była odważna, nawet jak na standardy tego dworu. Czerwień głęboka jak świeżo rozlana krew, dopasowana tak, że każdy ruch podkreślał jej nienaganną figurę. Cienkie ramiączka ledwie trzymały materiał, a dekolt, sięgający niemal do pępka, odkrywał więcej, niż pozwalały sobie wyobrazić damy Solvendoru. Plecy były całkowicie odsłonięte, a materiał spływał do ziemi miękkimi fałdami, podkreślając krok królowej.
Wiktoria, świadoma swojego obfitego biustu, wybrała czarny gorset o satynowym połysku, ciasno opinający talię, i rozłożystą tiulową spódnicę do ziemi. Jej kreacja była bardziej zmysłowa w klasyczny sposób - stanowiła kontrast dla drapieżnej czerwieni Alanyi.
W dniu balu, gdy zegar wybił siódmą, obie stanęły gotowe w komnacie Alanyi. Na stoliku spoczywał ciężki czarny medalion z symbolem Drakhaimu - pieczęć zaproszenia tak samo piękna, jak złowroga.
- To przez to przejdziemy? - Wiktoria wskazała na medalion.
- Tak - potwierdziła Alanya, biorąc go w dłonie. Metal był zimny, ciężki, a na jego powierzchni połyskiwały drobne runy. - Ale nie otworzy się, dopóki zaproszony nie skropi go własną krwią. Towarzysze mogą przejść tylko wtedy, gdy trzymają dłoń zaproszonego.
Jakie to pretensjonalne - pomyślała, czując jednocześnie ukłucie irytacji. Jakby Drakhaim czerpał przyjemność z tego teatralnego rytuału, zmuszając gości do choćby najmniejszej ofiary.
Alanya wyjęła cienki sztylet, przecięła skórę na opuszce palca i pozwoliła, by jedna kropla upadła na zimny metal. Medalion zadrżał, a runy rozjarzyły się głęboką czerwienią, jakby spijały jej krew z zadowoleniem.
Wiktoria ścisnęła jej dłoń mocniej, niż było to konieczne.
- Gotowa?
- Jeszcze nie - odparła Alanya z lekkim uśmiechem, poprawiając opadające ramiączko sukni. - Teraz tak.
Medalion w jej dłoniach rozgrzał się nagle, aż poczuła ciepło pod skórą. Powietrze przed nimi zafalowało, rozdzierając się na wir czerni i czerwieni, jakby rzeczywistość pękła pod własnym ciężarem. Z wnętrza portalu uderzył je powiew ciężkiego powietrza, niosącego ze sobą zapach dymu, kadzidła i czegoś ostrego, metalicznego - przypominającego krew. Serce Alanyi przyspieszyło, choć nie wiedziała, czy z ekscytacji, czy z niepokoju.
- Chodź - powiedziała i razem wkroczyły w wir.
Uczucie było jak upadek, ale trwało tylko chwilę. Gdy pod stopami znów poczuły twardy grunt, stały w ogromnym marmurowym przedsionku zamku Drakhaimu. Ściany były czarne jak obsydian, a na nich srebrzyły się symbole smoków i płomieni. Po obu stronach stały wysokie złote kandelabry, a od wejścia do głównej sali prowadził dywan w kolorze głębokiej czerwieni. Słychać było muzykę - powolną, mroczną, przesyconą rytmem bębnów.
- Na pewno chcesz utrzeć nosa królowej? - wyszeptała Wiktoria, patrząc na Alanyę. - Bo wygląda na to, że ona też zamierza się bawić.
- Tym lepiej - odparła, unosząc podbródek. - Zobaczymy, która z nas będzie miała przewagę.
Wysokie drzwi sali balowej rozwarły się przed nimi, a fala ciepła, muzyki i zapachów uderzyła w Alanyę. Powietrze pachniało winem, kadzidłami i czymś ostrym, jakby rozgrzanym metalem. Setki świec w złotych kandelabrach rzucały drżące światło na czarne marmurowe posadzki, a od sufitu zwisały ciężkie kryształowe żyrandole, w których odbijały się płomienie.
Na końcu sali, na podwyższeniu, siedziała królowa Lythara. Jej suknia była czarna jak noc, a obszycia z rubinów błyszczały przy każdym ruchu. Skórę miała alabastrową, włosy w kolorze czystego srebra spływały kaskadą na ramiona. Jej usta, karminowe i pełne, uniosły się w lekkim, świadomym uśmiechu, gdy spojrzała w stronę nowo przybyłych.
Obok królowej Lythary stał mężczyzna, niewiele młodszy, lecz zupełnie pozbawiony jej lodowatej powagi. Miał tak samo uderzającą urodę - srebrne włosy lśniące jak topniejący lód, rysy ostre i symetryczne, jakby wyrzeźbione przez najdoskonalszego artystę. Jednak w odróżnieniu od siostry w jego spojrzeniu kryło się coś, co budziło niepokój i fascynację jednocześnie - błysk mrocznego seksapilu, obietnica zabawy, która mogła skończyć się równie dobrze rozkoszą, jak zgubą.
Ubrany w czarne, haftowane srebrem szaty, nosił się z nonszalancką pewnością siebie. Był typem mężczyzny, który wchodził do sali i od razu wiedział, że wszystkie spojrzenia należą do niego - i korzystał z tego bez najmniejszych skrupułów.
Jego wzrok przesunął się powoli po wchodzących Alanyi i Wiktorii jak ostrze sunące po nagiej skórze. Na królowej Solvendoru zatrzymał się na moment - wystarczająco długo, by uznała to za świadome badanie przeciwnika. Ale kiedy jego spojrzenie przeniosło się na Wiktorię, zmieniło się subtelnie.
Jego oczy przybrały odcień rozbawionego zainteresowania, a kącik ust uniósł się lekko w półuśmiechu. Patrzył na nią dłużej, niż pozwalała etykieta, jakby obnażał ją samym spojrzeniem, a zarazem składał obietnicę, której znaczenie mogła odczytać tylko ona. Wiktoria, choć starała się zachować kamienną twarz, poczuła, że jej policzki zapłonęły.
Gdy tylko Alanya i Wiktoria przekroczyły próg, orkiestra przycichła, a rozmowy wśród gości ustały na kilka sekund, by ustąpić miejsca ciekawym spojrzeniom. Królowa Lythara powoli uniosła się z tronu. Każdy jej ruch był przemyślany i wyważony jak u drapieżnika, który nigdy nie wykonuje zbędnego kroku.
- Wasza wysokość... - Jej głos był gładki jak jedwab, lecz pod spodem kryła się stal. - Cóż za zaszczyt gościć nową królową Solvendoru w moim domu. - Zatrzymała spojrzenie na Alanyi, a w kącikach jej ust pojawił się lekki, niemal niewidoczny uśmiech. - Słyszałam, że wasze królestwo ma za sobą burzliwe tygodnie. Mam nadzieję, że przybyłaś, by choć na jedną noc zapomnieć o obowiązkach.
Alanya skłoniła głowę, starając się zachować nienaganny dworski ton.
- To dla mnie zaszczyt przyjąć zaproszenie, wasza wysokość. Wasze bale są... legendarne. - Uśmiechnęła się delikatnie, z pozoru uprzejmie, lecz w jej spojrzeniu błysnęła iskra wyzwania.
Lythara zmrużyła oczy, jakby dostrzegła ten błysk.
- Obyś sama mogła to ocenić. - Odwróciła się lekko, a wtedy jej brat, stojący tuż obok, skłonił się przed Alanyą i Wiktorią.
- Lord Corien, mój młodszy brat - przedstawiła go królowa tonem, w którym mieszała się duma i nuta ostrzeżenia. - Nie pozwól, by jego urok odciągnął cię od rozmów politycznych, droga Alanyo.
Corien uśmiechnął się szerzej, a jego spojrzenie znowu odnalazło Wiktorię.
- Czyż uroda i polityka nie mogą iść w parze? - zapytał miękko z tym samym zmysłowym podtekstem, który sprawił, że Wiktoria po raz kolejny poczuła ciepło na karku.
Lythara, jakby znudzona, usiadła z powrotem na tronie.
- Bawcie się, królowo Solvendoru. Dzisiejsza noc należy do tańca, nie do wojen. - Jej uśmiech był zbyt zimny, by uznać go za szczery.
Alanya i Wiktoria ruszyły w tłum, ich suknie falowały w rytm kroków, a szmer rozmów i muzyka orkiestry splatały się w jedną, niemal hipnotyczną melodię. Wiktoria nie zdążyła nawet odwrócić się do przyjaciółki, kiedy ktoś z uśmiechem i zbyt pewnym siebie spojrzeniem porwał ją w do tańca.
Alanya przystanęła przy krawędzi parkietu, pozwalając, by tłum gości przesuwał się obok niej jak rzeka pełna migoczących barw i masek. Jej spojrzenie błądziło wśród sylwetek, szukając tej jednej znajomej postury, błękitnych oczu, które zawsze potrafiły wytrącić ją z równowagi. Liczyła, że Kaen tu będzie. Tak naprawdę ta suknia - cała w płynnej czerwieni, odważna i prowokująca - nie była dla królowej Lythary. Była dla niego.
Ale wśród delegacji królestwa Vireldy dostrzegła jedynie króla - jego chłodne, wyniosłe oblicze i ciężką koronę, która zdawała się przygniatać nie tylko głowę, ale i spojrzenie. Kaena nie było.
Zawód zakłuł ją jak drobny sztylet, a wtedy poczuła na sobie wzrok tak intensywny, że niemal uchwytny w powietrzu. Odwróciła głowę - i napotkała spojrzenie Ravena. Stał w cieniu, pół kroku za resztą swojej delegacji, jakby celowo oddzielał się od światła. Jego oczy, ciemne i przenikliwe, nie uciekały, nie mrugały - po prostu patrzyły, badając każdy szczegół jej twarzy, sylwetki, sukni.
Alanya poczuła, jak przez kręgosłup przebiega jej chłodny dreszcz. Odwróciła się szybko, nie zamierzając wdawać się w polityczne przepychanki z mężczyzną, który już na wstępie wydawał się niebezpieczny. Ruszyła w gęstniejący tłum, pozwalając, by muzyka i ruch parkietu pochłonęły ją na nowo.
Bal w Drakhaimie był inny niż jakiekolwiek wydarzenie, w jakim Alanya uczestniczyła do tej pory. Sala balowa była ogromna, o wysokich sklepieniach, które wspierały kolumny oplecione czarnym jedwabiem i czerwonymi różami. Kryształowe żyrandole zwisały nisko, rzucając ciepłe złote światło na parkiet, którego czarno-czerwone marmurowe płyty lśniły niczym tafla jeziora. W powietrzu unosił się ciężki zapach kadzideł, słodki i odurzający, zmieszany z aromatem wina o głębokim, niemal czarnym kolorze.
Goście nie kryli, że przyszli tu po coś więcej niż taniec. Kobiety miały suknie tak skrojone, że ledwie zakrywały to, co powinny, a mężczyźni z dumą prezentowali nagie torsy lub ciasno opinające ich sylwetki kamizelki. Koronki mieszały się z prześwitami, jedwab ze skórą, a każdy element garderoby był jak obietnica tego, co może się wydarzyć po zakończeniu balu. Maski zakrywały oczy, ale zdradzały uśmiechy - jedne figlarne, inne drapieżne.
Orkiestra grała utwory o niskich, ciężkich dźwiękach, które wprawiały parkiet w powolny, falujący ruch. Parom daleko było do grzecznego walca - ciała zbliżały się do siebie tak mocno, że granica między tańcem a dotykiem zacierała się niemal całkowicie. W cieniu sali, przy stolikach obłożonych owocami i kielichami, kilku gości szeptało sobie coś do ucha, śmiejąc się w sposób zbyt intymny jak na zwykłe rozmowy.
Wiktoria, z błyskiem w oku, w jednej chwili dała się porwać młodemu mężczyźnie w czarnej masce; jego ręka spoczęła na jej biodrze tak pewnie, jakby znał ją od lat. Alanya obserwowała to z lekkim rozbawieniem, ale też poczuciem, że ten bal był jak scena z innego świata - świata, w którym zasady były tylko cieniem, a pragnienia stawały się prawem.
Wśród gości widać było członków delegacji z różnych królestw - wojowników o nagich ramionach pokrytych tatuażami, kapłanki o sukniach z półprzezroczystych tkanin, które błyszczały w świetle świec, i arystokratów w jedwabiach tak gładkich, że zdawały się spływać po ciele jak woda. Rozmowy były przeplatane dotykiem - dłoń na karku, muśnięcie po nadgarstku, szept przy uchu, który wywoływał rumieniec.
Alanya przesuwała się przez salę, czując, jak ten świat powoli ją oplata jak pajęczyna utkana z muzyki, zapachu i spojrzeń, które ślizgały się po jej sylwetce. Czuła, że każdy krok i gest jest obserwowany, oceniany, zapamiętywany.
Muzyka nagle ucichła. Trzepot wachlarzy, śmiechy i szepty zgasły, jakby ktoś jednym gestem uciszył salę. Lythara powstała ze swego tronu, w sukni ciemniejszej niż noc, a jej oczy błyszczały jak dwa klejnoty.
- Drakhaim nie zna fałszywej skromności - oznajmiła, a jej głos wibrował w marmurze ścian. - Nasz bal to nie tylko uczta i taniec. To również tradycja.
Służba wniosła złoty kielich, tak wielki, że trzeba było trzymać go oburącz. Lythara uniosła go wysoko, potem sięgnęła po cienki sztylet. Ostrze przecięło jej dłoń, a kropla rubinowej krwi spłynęła do wina, barwiąc je ciemniejszym odcieniem.
- Królewscy goście - powiedziała, a jej spojrzenie zatrzymało się kolejno na Ravenie, Valmorze i wreszcie na Alanyi. - Wasza krew dopełni czarę.
Raven podszedł pierwszy, spokojny, niemal obojętny, ale w jego oczach płonęła ciekawość. Valmor zrobił to z zachwytem, jakby sama możliwość udziału w rytuale była zaszczytem. Alanya czuła, jak serce wali jej w piersi, gdy ostrze drasnęło jej skórę. Kropla spadła do kielicha, wirując w czerwieni jak żywy płomień.
Lythara podała naczynie wybranym młodym mężczyznom i kobietom, których wylosowała z tłumu. Ich dłonie drżały, gdy przykładali usta do brzegu kielicha.
W tej samej chwili wszystkie światła w sali zgasły. Zostały tylko czerwone pochodnie, rzucające na mury cienie jak z piekielnego teatru.
A potem powróciła muzyka, wolniejsza, cięższa, pełna pulsującego rytmu.
Lythara uniosła kielich wysoko, a jej głos poniósł się nad zgromadzonymi, pełen mocy i rozkosznej obietnicy:
- Niech rozpocznie się rytuał na cześć naszych królewskich gości. Niech wasze ciała staną się ofiarą, a wasze pragnienia modlitwą.
Na środku sali, tam, gdzie padł blask ognia, wybrani goście zaczęli zdejmować maski i szaty. Najpierw niepewnie, jakby wciąż obowiązywała ich etykieta, potem coraz odważniej. Dotykali się, całowali, oplatali ciała w tańcu, który nie miał już nic wspólnego z dworską gracją.
Na oczach zgromadzonych rodziła się orgia - z początku nieśmiała, niemal ceremonialna, lecz z każdą chwilą coraz śmielsza, aż przemieniła się w bezwstydny spektakl namiętności. Każdy gest, każdy pocałunek zdawał się ofiarą na cześć krwi w kielichu, a blask czerwonych pochodni podsycał atmosferę jak ogień karmiony oliwą.
Valmor patrzył szeroko otwartymi oczami, niemal drżąc z podniecenia. Raven śledził widowisko chłodno, lecz z wyraźnym zainteresowaniem - jak ktoś, kto analizuje każdy gest. Alanya czuła, jak gorąco uderza jej do twarzy. Nie tylko przez sceny rozgrywające się na środku, ale przez to, że wiedziała, iż Lythara ją obserwuje.
I nie pomyliła się. Królowa Drakhaimu nagle znalazła się obok, jej dłoń oplotła rękę Alanyi z zaskakującą siłą.
- Ty i ja... - wyszeptała Lythara tak blisko, że Alanya poczuła jej oddech na szyi. - Jedyne królowe wśród tych mężczyzn. Tylko my wiemy, co znaczy rządzić i pragnąć jednocześnie. Wyzwól się. Pozwól, by instynkt poprowadził cię tam, gdzie boją się wejść inni.
Alanya wstrzymała oddech. Coś dziwnego pulsowało w jej wnętrzu, jakby niewidzialna siła pchała ją ku środkowi sali, ku ciałom wijącym się w czerwonym blasku pochodni. Krew w żyłach płynęła szybciej, serce biło jak oszalałe, a każdy dotyk i jęk wciągał ją głębiej w trans, którego częścią miała ochotę się stać. Emocje narastały, gorąco ścisnęło ją w piersi, ciało rwało się ku temu, co zakazane.
Ale wtedy w jej głowie odezwał się inny głos - chłodny, karcący, ten sam, który latami uczył ją, że królowej nie wolno się zatracić. Zacisnęła palce na dłoni Lythary i powoli uniosła wzrok.
- Nie mogę... - wyszeptała, a jej głos zabrzmiał zbyt cicho, zbyt miękko. - To nie dla mnie.
Na ustach Lythary pojawił się uśmiech.
- Szkoda. - I ruszyła na środek sali, powoli jak drapieżna bogini, która sama staje się ofiarą.
Kiedy stanęła wśród orgii, rozległy się okrzyki. Ręce wyciągnęły się ku niej. Najpierw dotykali jej ramion, potem szyi, piersi, aż jej suknia zsunęła się na kamienną posadzkę niczym rozlana noc. Jej ciało było doskonałe, dumne, nieskrywane. Goście oblepili ją pocałunkami, dłońmi, jakby pili z niej moc.
Alanya nie mogła oderwać wzroku od środka sali. Lythara, naga i bezwstydna, tonęła w dłoniach i ustach swoich wybrańców, a każdy gest był coraz śmielszy, coraz bardziej drapieżny. Skóra królowej lśniła w czerwonym blasku pochodni, jakby była zrobiona z samego ognia. Alanya czuła, jak serce bije jej szybciej, jak gorąco wspina się po szyi. To nie był zwykły spektakl - to było wyzwanie.
Każdy szept, każdy jęk zdawał się wbijać w jej skórę, aż jej oddech stał się płytszy. Miała wrażenie, że jeśli popatrzy choćby o sekundę dłużej, sama da się wciągnąć w ten trans.
Poczuła obok siebie obecność. Raven. Stał blisko, zbyt blisko, aż jego cień mieszał się z jej cieniem. Czuła ciepło jego ciała, zapach skóry i chłód spojrzenia, które przesunęło się po jej twarzy, potem niżej.
Alanya zacisnęła dłonie na materiale sukni, jakby to mogło powstrzymać drżenie. Widzowie krzyczeli głośniej, Lythara odchyliła głowę, rozkosz malowała się na jej twarzy, a w tej kakofonii dźwięków Raven pochylił się lekko ku Alanyi.
- Ciężko odwrócić wzrok, prawda? - szepnął, głos miał niski, drażniąco spokojny.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Jego palce musnęły jej ramię - powoli, jakby badał jej reakcję. Delikatny gest, prawie niewinny, a jednak czuła go w całym ciele. Dreszcz przeszył ją gwałtownie, głębiej, niż chciała przyznać, jakby dotknął czegoś więcej niż tylko skóry.
A potem - nagle, bez ostrzeżenia - światła zgasły. Krzyki, jęki i muzyka urwały się w jednej chwili.
Gdy czerwone pochodnie zapłonęły na nowo, Lythary i jej wybrańców już nie było. Na środku pozostał tylko pusty lśniący kielich. Muzyka powróciła, jakby to przedstawienie nigdy się nie odbyło.
Alanya wciąż miała w oczach obraz Lythary tonącej w dłoniach i ustach gości, kiedy poczuła za sobą ciepło - stanowcze, pewne, jakby ktoś przyłożył płomień do nagiej skóry.
- Królowo... - Głos był głęboki jak ciemny aksamit, w którym kryła się stal.
Nim zdołała się odwrócić, Raven poprowadził ją ku parkietowi. Jego dłoń, oparta na jej plecach, paliła skórę, a każde przesunięcie palców zostawiało po sobie elektryczne mrowienie.
W tej samej chwili orkiestra zmieniła ton. Ciężkie, wolne uderzenia bębnów mieszały się z przeciągłymi, mrocznymi smyczkami. To nie był taniec dla dam i dżentelmenów - to była pieśń Ognia i Cienia, rytuał, który wymagał bliskości.
Raven przyciągnął ją bliżej, niż dyktowałaby etykieta. Ich ciała niemal stykały się w każdym ruchu, a jego dłoń na jej talii poruszała się z precyzją kogoś, kto od dawna wie, jak prowadzić, i nie zamierza oddawać kontroli. Palce jego drugiej dłoni oplatały jej nadgarstek, uniemożliwiając najmniejsze cofnięcie się.
- Ogień i Cień... - wyszeptał tuż przy jej uchu. - Pasują do ciebie bardziej, niż myślisz.
Nie odpowiedziała. Nie potrafiła. Jej biodra poruszały się w tym samym rytmie co jego, nogi odnajdywały kroki, których nigdy się nie uczyła. Każde ich zbliżenie było zbyt intymne, zbyt odważne jak na taniec wśród tłumu, a jednak świat wokół zdawał się znikać.
Czuła jego oddech przy uchu, wolny i spokojny, zupełnie niepasujący do przyspieszonego rytmu jej serca. Gdy obracał ją w rytm muzyki, materiał jego płaszcza, muskając odsłoniętą skórę pleców, zostawiał po sobie ślad ciepła i... czegoś więcej. Jakby z każdym dotykiem stawiał na niej niewidzialne znaki.
Jej kroki stawały się coraz śmielsze. Biodra poruszały się w idealnym rytmie z jego, dłonie same odnajdywały jego bark i szyję. Nie myślała o tym, co robi. Nie myślała w ogóle. Cała była muzyką, jego dotykiem, tym, jak ich ciała splatały się w wyuzdanej grze, której tempo dyktował bez słów.
Odurzenie było kompletne. Była jak w transie - zamknięta w świecie, w którym istnieli tylko oni i nuty, które zdawały się płynąć wprost pod jej skórę. Gdy ostatni dźwięk smyczka rozlał się po sali i orkiestra zamilkła, czar prysł. Świadomość wróciła nagle i boleśnie. Alanya oddech miała ciężki, jej dłonie wciąż spoczywały na jego ciele, a pamięć ruchów sprzed chwili paliła ją wstydem.
Zrozumiała. To nie była ona. To nie była jej decyzja. To była magia.
Złość uderzyła w nią jak zimna woda. Raven jednak nie wyglądał na zaskoczonego. Wprost przeciwnie - na jego ustach zagościł przebiegły, ledwie widoczny uśmiech. Spojrzał na nią tym swoim lodowatym wzrokiem, po czym lekko skłonił głowę.
- Dziękuję za taniec, królowo - wypowiedział to takim tonem, jakby wiedział o niej coś, czego ona jeszcze nie odkryła.
Zanim mogła odpowiedzieć, królowa Lythara pojawiła się u jego boku, jej palce oplotły zaborczo jego ramię. Złośliwy chichot królowej przeciął powietrze, gdy pociągnęła Ravena w stronę parkietu, zostawiając Alanyę w miejscu - rozedrganą, wściekłą i zbyt świadomą tego, jak reagowało jej ciało.
Alanya czuła, jak złość pulsuje w jej skroniach, a serce bije tak mocno, że zdawało się dudnić w uszach. Powietrze w sali było ciężkie od zapachu kadzideł, wina i ciał. Głośny śmiech królowej Drakhaimu wciąż brzmiał w jej głowie, a obraz przebiegłego uśmiechu Ravena palił ją od środka.
Nie oglądając się za siebie, wyszła szybkim krokiem z sali balowej, niemal biegnąc przez szerokie korytarze o ścianach zdobionych czarnym marmurem i złotymi ornamentami. Za każdym kolejnym zakrętem wpadała na sceny tak wyuzdane, że na jej twarzy mieszał się rumieniec złości i wstydu. Uczta Drakhaimu była... inna. Tańce ustąpiły miejsca grze ciał, a muzyka - niskim jękom i westchnieniom. Królewscy goście, w maskach i jedwabiach, zatracali się w namiętnościach na widoku, jakby cała twierdza zamieniła się w świątynię rozkoszy.
Przyspieszyła kroku, starając się odgonić obrazy, które widziała kątem oka, aż dotarła do długiego, ciemnego korytarza. Tu panował spokój, cisza i złudne poczucie, że nareszcie jest sama.
Dopiero wtedy ich dostrzegła.
Wiktoria stała oparta o kamienną kolumnę, a jej ciało było otulone ramionami mężczyzny. W półmroku widać było tylko błysk jego oczu i uśmiech - zbyt pewny siebie, zbyt swobodny. Lord Corien, brat królowej. Wiktoria miała zamglone spojrzenie, jej wargi były lekko rozchylone, policzki płonęły różem, a ciało zdawało się wtapiać w jego. Na jej twarzy malował się stan błogości, jakiego Alanya nigdy wcześniej u niej nie widziała.
- Wiktoria! - Głos królowej zabrzmiał ostro i władczo.
Przyjaciółka drgnęła, jakby ktoś wyrwał ją z głębokiego snu. Mrugnęła gwałtownie, a rumieniec na jej twarzy pogłębił się.
Corien, zamiast się wycofać, uśmiechnął się zawadiacko, przesuwając dłonią po talii Wiktorii w sposób, który sprawił, że Alanya zacisnęła pięści.
- Będzie mi jej brakować - powiedział leniwie, jego głos był głęboki, aksamitny i nieprzyzwoicie swobodny. - Macie w Solvendorze piękne klejnoty.
- Natychmiast nas stąd zabierz - wycedziła Alanya. - Do mojego królestwa. Teraz!
Corien uniósł brew, jakby chciał przedłużyć tę chwilę, ale posłusznie wykonał gest dłonią. Powietrze zadrżało, otwierając wir czarnej magii portalu.
Chwilę później obie stały w komnacie Alanyi, ciężko oddychając. Wiktoria opadła na fotel, wciąż zarumieniona, ze spojrzeniem, w którym tliło się coś, czego nie chciała wyjawić.
Alanya milczała, stojąc przy oknie i patrząc w ciemność za nim. Chłodne światło księżyca padało na jej dłonie, które mimowolnie zacisnęła w pięści. Gniew w niej buzował, mieszał się z poczuciem upokorzenia i czymś jeszcze. Czymś, co było jak cichy szept w jej wnętrzu, obiecujący, że nadejdzie dzień, w którym spojrzy im wszystkim w oczy z góry. Dzień, w którym to ona będzie decydować, kto komu zada ból.