Ukryte znaki w Znaku czterech
Ukryte znaki
w Znaku czterech
Praktyka lekarska w Portsmouth nie wróżyła dobrze na przyszłość. Pacjentów było niewielu i doktor Arthur Conan Doyle zabijał nudę pisaniem. Z Sherlockiem Holmesem nie wiązał żadnych planów, uznawał go za jednorazową przygodę. Tym bardziej, że Studium w szkarłacie póki co nie odbiło się większym echem. W tej sytuacji zaproszenie na kolację od wydawcy amerykańskiego "Lippincott's Monthly Magazine", było dla młodego lekarza ogromnym wyróżnieniem i nadzieją na przyszłość. Doyle był pewny, że Joseph Marshall Stoddart, redaktor naczelny brytyjskiej edycji "Lippincott'a", dostrzegł powieść Micah Clarke, która ukazała się przed kilkoma miesiącami. Przypuszczał, że właśnie ta
druga książka jest przepustką do jego literackiej reputacji i otworzy mu
drzwi wydawców. Z tym większym optymizmem 30 sierpnia 1889 roku pojawił
się w ekskluzywnym londyńskim Langham Hotel.
Trzecim uczestnikiem kolacji był irlandzki poeta i powieściopisarz Oscar
Wilde. To na nim, a nie na wydawcy, powieść Micah Clarke zrobiła
ogromne wrażenie. Przynajmniej tak wynikało z komplementów, którymi
Wilde hojnie obsypywał młodszego kolegę. Sam był już znanym
dziennikarzem i pisarzem. Dorobek Doyle'a - kilka artykułów naukowych,
parę opowiadań i dwie opublikowane powieści - wyglądał bardzo skromnie.
I pewnie dlatego Doyle potraktował propozycję wydawcy jako szansę i zabrał się natychmiast do pracy. Pomimo że dotyczyła jednak Sherlocka
Holmesa.
Po zaledwie trzech miesiącach powieść The Sign of the Four była
gotowa. Ukazała się już w lutym 1890 roku. Jednak w amerykańskim wydaniu
nosiła tytuł The Problem of the Sholtos. Niektóre późniejsze edycje
opatrzono tytułem The Sign of Four. Wydawcy zapewne podchwycili
czterowyrazowy zwrot, który dwukrotnie pada w ostatnim rozdziale
stanowiącym opowieść Jonatana Smalla.
I tym razem, podobnie jak w przypadku Studium w szkarłacie, za wydanie
magazynowe trzeba było w Anglii zapłacić szylinga, a w Ameryce
dwadzieścia pięć centów. Nie napawało to Doyle'a optymizmem, bo wraz z niską ceną historia detektywa Holmesa i jego kompana doktora Watsona
trafiała do czytelników lubujących się w powiastkach z gatunku shilling
shockers - publikowanych masowo tanich kryminałów, sprzedawanych za
jednego szylinga.
Warto zadać sobie pytanie, co takiego Stoddart dostrzegł w postaci
Holmesa? I dlaczego nie zdecydował się na kolejną powieść historyczną,
którą tak zachwalał Oscar Wilde? Historycy twierdzą, że tajemnica tkwiła
w języku. Arthur Conan Doyle nie potrafił dobrze operować archaicznym
staroangielskim, przez co jego powieści wydawały się sztuczne. Historia
Sherlocka Holmesa rozgrywała się wówczas współcześnie. Czytelnicy znali
realia, w których poruszał się detektyw, a żywy język był dla nich
zrozumiały. Po ponad stu trzydziestu latach już nie jest. Holmes i Watson zwracają się do siebie "per pan", co wtedy było oczywiste. Trudno
jednak dzisiaj oczekiwać takiego dystansu od dwóch mieszkających razem
przyjaciół. Na szczęście w nowym tłumaczeniu Holmes skraca dystans,
bohaterowie są już "per ty", a formalne "panie doktorze" zastępuje dość
poufałe "doktorku", które dla młodszych odbiorców z pewnością zabrzmi
przystępniej.
Jest jeszcze kilka szczegółów, które zwracają uwagę. Doyle pozostawia w fabule powieści osobisty drobiazg. Ojciec Mary Morstan po przyjeździe do
Londynu zatrzymuje się Langham Hotel, w którym odbyła się kolacja z wydawcą zamawiającym Znak czterech. Do tego hotelu wróci jeszcze
dwukrotnie w kolejnych przygodach Holmesa, umieszczając bohaterów w jego
progach. Łatwo także spostrzec, że autor nie darzy zbytnią sympatią
głównego bohatera, a nawet swojego pierwszego dzieła. Holmes krytycznie
ocenia Studium w szkarłacie. "Przerzuciłem ją" - nonszalancko
przyznaje, wkładając to w usta Holmesa, a jednocześnie łaja Watsona za
dodanie wątku miłosnego, który nazywa "romansidłem". Przeciwwagą dla
swoistej samokrytyki ma być zwrócenie uwagi, że kryminalistyka powinna
być traktowana ściśle naukowo. Trzeba pamiętać, że w chwili gdy Conan
Doyle pisze te słowa, pojawiają się dopiero pierwsze artykuły na temat
daktyloskopii i reguł zabezpieczania śladów na miejscu przestępstw.
Dotąd policjanci kierowali się głównie intuicją.
Są też drobne uszczypliwości wobec Francuzów. To śledczy z paryskiego
wydziału S?reté położyli fundament pod rozwój kryminalistyki. Tymczasem
Sherlock Holmes jest pierwszym powieściowym detektywem używającym szkła
powiększającego. I to do niego z prośbą o pomoc zwraca się paryski
policjant. Któremu, jak zauważa Holmes, brak jeszcze wiedzy. Doyle daje
tym samym dowód bacznego obserwowania początków kryminalistyki naukowej.
Nie może się jednak pogodzić z tym, że to Francuzi wyprzedzają w tej
dziedzinie Scotland Yard.
Dość ambiwalentny stosunek autora do Studium w szkarłacie zaskakuje w zestawieniu z przyjętą w Znaku czterech niemal identyczną, składającą
się z dwóch części konstrukcją fabularną. Ponownie wkrada się
skrytykowany już na wstępie wątek miłosny. Tym razem dotyczący doktora
Watsona. Natomiast historia stanowiąca klucz do rozwiązania zagadki, a zarazem wyjaśnienie motywów złoczyńcy, powoduje, że czytelnik rozgrzesza
go, a wręcz zaczyna z nim sympatyzować. Motyw zbrodni jest honorowy,
zmienia więc ocenę czynu.
W tym miejscu jeszcze raz wypada zwrócić uwagę na język i angielskie
dobre maniery. Bo i przestępca nie ma pretensji do detektywa i jego
kompana za to, że go schwytali, jak i oni nie mają mu za złe tego, że
tak zaciekle z nimi walczył, chcąc uniknąć sprawiedliwości. Wymieniają
uprzejmości i traktują się jak na angielskich dżentelmenów przystało.
Holmes przeprasza nawet Jonathana Smalla za to, "że tak się to
skończyło", po czym, widząc jego przemoczone ubranie, częstuje cygarem i łykiem brandy z własnej piersiówki. Rodzinną atmosferę dostrzega również
detektyw Athelney Jones i sam chętnie korzysta z butelki Holmesa.
Doyle rysuje portret Holmesa jako zarozumialca, do tego obdarzonego
trudną do zaakceptowania wadą - zamiłowaniem do kokainy. Ta wyczuwalna
niechęć do postaci znajdzie swój wyraz dwa lata później, gdy
rozdrażniony rosnącą popularnością detektywa autor rozpocznie planować
uśmiercenie bohatera. To jednak sprawa, którą wypadnie omówić przy
kolejnych spotkaniach z przygodami najsłynniejszego detektywa.
Powieść Znak czterech daje nam też odrobinę informacji o samym Conanie
Doyle'u. Ekscentryczny Holmes poleca Watsonowi książkę Martyrdom of
Man Winwooda Reade'a. Jak twierdzi - "jedną z najznakomitszych, jaką
kiedykolwiek napisano". Wraca do niej w rozdziale dziesiątym, tym razem
cytując autora.
- Winwood Reade jest dobry w tej materii - powiedział Holmes. - Twierdzi on, że aczkolwiek indywidualna osoba jest nierozwiązywalną zagadką, to ludzie razem stają się matematycznym pewnikiem. Nie możesz na przykład nigdy przewidzieć, co zrobi jakaś jedna, konkretna osoba, ale możesz podać precyzyjnie, jak zachowa się przeciętna liczba ludzi. Indywidualne osoby różnią się, ale procenty pozostają na stałym poziomie. Tak mówi statystyka.
William Winwood Reade był historykiem, wolnomyślicielem i filozofem.
Wydane w 1872 roku Męczeństwo człowieka to jego największe dzieło.
Świecka, uniwersalna historia świata zachodniego, w której autor próbuje
prześledzić rozwój cywilizacji zachodniej opisanej w terminach
stosowanych w naukach przyrodniczych. Historia świata z innego punktu
widzenia, niereligijnego. Warren Smith w książce Londyńscy heretycy
nazwał ją "biblią zastępczą dla sekularystów". Choć sam Reade nie był
ateistą, to za takiego był uznawany. Męczeństwo człowieka było książką
mającą duży wpływ na publikacje w latach siedemdziesiątych XIX wieku i w latach późniejszych, docenianą przez Herberta George'a Wellsa, George'a Orwella, Winstona Churchilla i wiele innych znaczących osobowości. Wśród
nich znalazł się także Arthur Conan Doyle, który jeszcze przed
napisaniem Znaku czterech był członkiem loży masońskiej, a zarazem
darwinistą. Jednocześnie mocno sympatyzował z poglądami spirytystów.
Spirytyzm był w tamtym czasie religią deklarowaną przez czternaście
milionów Amerykanów i zyskiwał coraz większą rzeszę wyznawców na starym
kontynencie. Z biegiem lat Doyle otwarcie zaczął wyznawać spirytyzm,
napisał na ten temat kilka książek i wsparł jako główny fundator budowę
świątyni spirytystycznej w londyńskim Camden. A ślady masonerii,
spirytyzmu i okultyzmu pojawiły się w jego twórczości.
Niestety nie udało mi się odnaleźć polskiego wydania Męczeństwa
człowieka. Tym bardziej ta drobna wzmianka w Doyleowskiej powieści o Holmesie jest wyjątkową ciekawostką, dzięki której popularna powieść
detektywistyczna zyskuje głębszy sens.
Przemysław Semczuk
I. Umiejętność dedukcji
I
Umiejętność dedukcji
Sherlock Holmes zdjął buteleczkę z gzymsu nad kominkiem i wyjął strzykawkę ze schludnie wyglądającego oprawionego w skórę pudełeczka. Długimi nerwowymi palcami zamontował cienką igłę i odwinął lewy mankiet koszuli. Jego oczy patrzyły z zastanowieniem na pokryte siniakami przedramię i nadgarstek, całe w kropkach i szramach po niezliczonych ukłuciach. Wreszcie zdecydował się, wkłuł się ostrym końcem igły, lekko wcisnął malutki tłoczek i zanurzył się głęboko w oparcie fotela z długim westchnieniem zadowolenia. Od wielu miesięcy byłem świadkiem takiego przedstawienia trzykrotnie w ciągu dnia i wciąż nie mogłem się z tym pogodzić. Wręcz przeciwnie,
coraz bardziej wzmagało się we mnie poczucie winy na myśl, że brakuje mi
odwagi, aby zaprotestować. Składałem sobie obietnice, że wypowiem się w tej materii, ale w chłodnym, nonszalanckim zachowaniu mego towarzysza
było coś, co uniemożliwiało mi swobodne nawiązanie do tej kwestii. Jego
wielka siła charakteru, wielkopańskie maniery i moja świadomość jego
nadzwyczajnych zalet powodowały, że z największą niechęcią myślałem o narażeniu się na jego niezadowolenie.
Tego popołudnia - nie wiem, czy ze względu na lekarstwo, które wziąłem
przy lunchu, czy dodatkowe poirytowanie spowodowane umyślnym
prowokowaniem mnie przez Sherlocka - naraz poczułem, że dłużej nie
wytrzymam.
- A dzisiaj co bierzesz - spytałem - morfinę czy kokainę?
Podniósł rozmarzony wzrok znad oprawionej w czarną skórę starej książki,
którą właśnie otworzył.
- To kokaina - powiedział - siedmioprocentowy roztwór. Czy chciałbyś
spróbować?
- No wiesz co! - odpowiedziałem szybko. - Mój organizm jeszcze nie
poradził sobie ze skutkami kampanii afgańskiej. Nie mogę sobie pozwolić
na takie dodatkowe sensacje.
Uśmiechnął się na widok mej gwałtownej reakcji.
- Być może masz rację, Watsonie - powiedział. - Mam wrażenie, że wpływ
kokainy na organizm jest niekorzystny, z drugiej jednakże strony uważam,
że jest ona tak transcendentnie stymulująca i tak bardzo rozjaśnia
umysł, że jej skutki uboczne nie mają dla mnie znaczenia.
- Ale zastanów się! - powiedziałem z naciskiem. - Zastanów się nad
kosztem! Być może pod jej wpływem twój umysł sięga daleko poza swoje
normalne możliwości, ale to jest proces patologiczny i szkodliwy, który
pociąga za sobą zwiększone zmiany w tkankach i może spowodować ich stałe
osłabienie. Wiesz także, że potem następuje "czarna reakcja". Ta gra z pewnością nie jest warta świeczki. Dlaczego dla chwilowej, przemijającej
przyjemności ryzykujesz stratę swoich wielkich zdolności umysłowych,
którymi obdarzył cię los? Pamiętaj, że nie mówię do ciebie jedynie jako
przyjaciel, ale także jako lekarz, który czuje się w pewnym stopniu
odpowiedzialny za stan twego zdrowia.
W ogóle nie sprawiał wrażenia obrażonego. Wręcz przeciwnie, złożył razem
koniuszki palców i oparł łokcie na poręczach fotela jak osoba spragniona
rozmowy.
- Mój umysł - powiedział - buntuje się w okresie nieróbstwa. Daj mi
jakieś problemy, daj mi pracę, najbardziej skomplikowany szyfr lub
dogłębną analizę do wykonania, a znów wrócę do formy. Wtedy sztuczne
podniety nie będą mi do niczego potrzebne. Nienawidzę nudnej rutyny
codziennej egzystencji. Rwę się do najwyższych uniesień umysłowych,
dlatego wybrałem tę wyjątkową profesję lub raczej ją stworzyłem - jestem
jedyną osobą na świecie, która ją wykonuje.
- Jedynym nieoficjalnym detektywem? - powiedziałem, unosząc w zdziwieniu
brwi.
- Jedynym nieoficjalnie konsultującym detektywem - odpowiedział. -
Jestem ostatnim i najwyższym sądem apelacyjnym w wykrywaniu przestępstw.
Kiedy Gregson albo Lestrade czy też Athelney Jones nie mogą sobie
poradzić - co, mówiąc przy okazji, jest dla nich normą - wówczas
przychodzą do mnie ze sprawą. Badam dane jako ekspert i wydaję opinię. W tych przypadkach nie domagam się publicznego uznania. Moje nazwisko nie
pojawia się w żadnej z gazet. Sama praca i przyjemność płynąca z uruchomienia moich szczególnych umiejętności umysłowych są dla mnie
największą nagrodą. Przecież doświadczyłeś już metod mojej pracy w sprawie Jeffersona Hope'a!
- Oczywiście, że tak! - powiedziałem serdecznie. - Nigdy w życiu nie
przeżyłem takiego szoku. Nawet opisałem to w małej broszurce opatrzonej
dosyć fantastycznym tytułem - Studium w szkarłacie.
Potrząsnął ze smutkiem głową.
- Przerzuciłem ją - rzekł. - I naprawdę nie ma podstaw, aby ci
pogratulować. Wykrywanie przestępstw jest lub też powinno być nauką
ścisłą i należy je traktować w taki sam sposób - jak naukę, czyli zimno
i bez emocji, a ty starałeś się zabarwić całą sprawę wątkiem miłosnym,
co daje taki sam efekt, jak gdybyś pracował nad jakimś romansidłem,
omawiając piątą zasadę Euklidesa.
- Ale przecież w tej sprawie występował wątek miłosny - broniłem się. -
Nie mogłem zniekształcić faktów.
- Niektóre z nich powinny być pominięte albo przynajmniej należało
przestrzegać pewnej sensownej proporcji przy ich omawianiu. Jedyna
sprawa, która zasługiwała na uwypuklenie w tym przypadku, to
interesujące rozumowanie analityczne, przebiegające od skutków do
przyczyn, dzięki któremu zdołałem rozwikłać tę sprawę.
Rozgniewała mnie krytyka pracy wykonanej specjalnie po to, by sprawić mu
przyjemność. Wyznam też, że zirytował mnie jego egotyzm i wymaganie, aby
każda linijka mojej broszury była poświęcona jego wybitnym osiągnięciom.
W ciągu lat, gdy mieszkałem wraz z nim przy ulicy Baker Street,
zauważyłem wielokrotnie, że u podstaw spokojnej metody przyjętej przez
mego towarzysza leży pewna próżność. Jednakże nie zrobiłem żadnej uwagi,
nadal opatrując nogę, którą jakiś czas temu zraniła kula, i chociaż rana
nie uniemożliwiała mi chodzenia, cierpiałem bóle przy każdej zmianie
pogody.
- Zasięg mojej praktyki został ostatnio poszerzony na kontynent -
powiedział po jakimś czasie Holmes, napełniając starą fajkę. - W zeszłym
tygodniu zgłosił się do mnie na konsultacje François le Villard, który -
jak być może wiesz - ostatnio zajmuje jedno z czołowych miejsc wśród
funkcjonariuszy policyjnej służby Francji. Wyróżnia go wspaniała
celtycka intuicja, ale brak mu wystarczającej wiedzy w wielu
dziedzinach, co ogranicza jego dalszy rozwój. Sprawa dotyczy testamentu
i zawiera pewne intrygujące cechy. Udało mi się podsunąć mu skojarzenie
z dwoma podobnymi przypadkami, jednym z Rygi z roku 1857, a drugim z St.
Fouis z roku 1871, co mu zasugerowało prawidłowe rozwiązanie. Oto list,
który otrzymałem dziś rano, w którym dziękuje mi za pomoc.
Mówiąc to, wyciągnął wymięty arkusz zagranicznego papieru listowego.
Rzuciłem nań okiem i dostrzegłem bardzo wiele słów podziwu, upstrzonych
komplementami w rodzaju: "wspaniały", "mistrzowskie rozwiązanie",
"przejaw siły rozumu", świadczących o gorącym podziwie Francuza dla
Holmesa.
- Pisze do ciebie jak uczeń do mistrza - powiedziałem.
- O tak, bardzo ceni moją pomoc - powiedział nader lekko Sherlock
Holmes. - Sam także posiada dar. Ma dwie z trzech niezbędnych cech
dobrego detektywa: zmysł obserwacyjny i umiejętność dedukowania. Jedyna
rzecz, której mu brakuje, to wiedza, ale może ją nabyć z biegiem czasu.
W tej chwili tłumaczy moje prace na francuski.
- Twoje prace?
- Och, czyżbyś o nich nie wiedział?! - wykrzyknął, śmiejąc się. - Tak,
popełniłem kilka monografii. Wszystkie dotyczą zagadnień technicznych.
Tutaj na przykład jest zatytułowana O sposobie rozróżniania popiołów
różnego rodzaju tytoniu. Wymieniam w nim sto czterdzieści różnych
rodzajów cygar, papierosów i tytoniu fajkowego, z ilustracjami w postaci
kolorowych tablic, które ukazują różnice między ich popiołem. To jest
kwestia, która ustawicznie pojawia się w sprawach karnych i która
czasami ma olbrzymie znaczenie dowodowe. Jeżeli jesteś w stanie
stwierdzić na przykład, że morderstwo popełnione zostało przez
człowieka, który palił konkretny tytoń hinduski, bez wątpienia zawęzi to
pole poszukiwań. Wyszkolony wzrok z łatwością dostrzeże równie istotną
różnicę między czarnym popiołem z cygara hinduskiego z Trichinopoly, a białym pyłkiem drobno ciętego tytoniu fajkowego, podobnie jak zwykły
zjadacz chleba - między kapustą a kartoflem.
- Jesteś prawdziwym geniuszem, jeśli chodzi o szczegóły - zauważyłem.
- Po prostu doceniam ich znaczenie. A to moja monografia na temat
wykrywania śladów stóp wraz z uwagami odnośnie wykorzystania gipsu dla
ich utrwalenia, tu zaś widzisz ciekawy, krótki artykuł na temat wpływu
wykonywanego zawodu na ukształtowanie się zarysów dłoni, z rysunkami rąk
drukarzy, marynarzy, przycinaczy korka, kompozytorów, tkaczy i jubilerów
zajmujących się diamentami. Jest to bardzo interesujące z punktu
widzenia praktycznego dla detektywa o zacięciu naukowym, szczególnie w przypadkach niezidentyfikowanych zwłok lub przy ujawnianiu przeszłości
przestępców. Och, widzę, że męczę cię zbytnio szczegółami mego hobby.
- Zupełnie nie - odpowiedziałem z naciskiem. - To jest dla mnie nader
interesujące, tym bardziej, że miałem przecież możliwość przyglądania
się praktycznemu wykorzystaniu tej wiedzy przez ciebie. Ale mówiłeś
przed chwilą o obserwacji i dedukcji. Z pewnością jedno pociąga za sobą
drugie?
- W jakimś zakresie tak, choć w niewielkim stopniu - odpowiedział,
rozsiadając się wygodnie w fotelu i wypuszczając grube, niebieskie kółka
dymu ze swojej fajki. - Na przykład, dzięki obserwacji wiem, że dziś
rano byłeś na poczcie przy ulicy Wigmore Street, zaś dedukcja pozwala mi
stwierdzić, że wysłałeś telegram.
- Zgadza się - powiedziałem. - Masz rację w obu kwestiach, ale muszę
wyznać, że nie wiem, jak do tego doszedłeś. Z mojej strony był to nagły
impuls i nikomu o tym nie wspomniałem.
- Och, to prościzna - zauważył, uśmiechając się na widok mego
zdziwienia. - Jest to tak absurdalnie proste, że niepotrzebne jest żadne
wyjaśnienie. Jednakże może ono posłużyć dla zilustrowania granic między
obserwacją a dedukcją. Obserwacja podpowiedziała mi, że twoje buty
zostawiają czerwonawe ślady. Naprzeciwko poczty przy ulicy Wigmore
Street zdemontowano chodnik i zrzucono trochę ziemi, która leży w taki
sposób, że, wchodząc na pocztę, trudno po niej nie przejść. Ziemia ta ma
szczególne, czerwonawe zabarwienie, którego, o ile wiem, nie znajdziesz
nigdzie w pobliżu. Tak więc ten element pochodzi z obserwacji, reszta z dedukcji.
- No dobrze, z czego w takim razie wydedukowałeś telegram?
- Cóż, siedziałem naprzeciwko ciebie cały ranek i stąd wiem, że nie
napisałeś listu. W twoim otwartym sekretarzyku widoczne są nienaruszone
znaczki i paczka kart pocztowych. W takim razie po cóż miałbyś iść na
pocztę? Jedynie wysłać telegram. Po wyeliminowaniu wszystkich
pozostałych faktów pozostaje wyłącznie jedna możliwość, która na pewno
jest prawdziwa.
- W tym przypadku masz rację - powiedziałem po chwili zastanowienia. -
Ta sprawa jednakże jest - jak sam mówisz - nadzwyczaj prosta. Czy
uznałbyś mnie za impertynenta, gdybym poddał twoje teorie bardziej
skomplikowanej próbie?
- Wręcz przeciwnie - ucieszył się. - Uchroniłoby mnie to przed wzięciem
drugiej działki kokainy. Z rozkoszą zagłębię się w problem, który
zechcesz mi ujawnić.
- Słyszałem, jak mówisz, że każdy przedmiot, który użytkujemy, ma na
sobie odciski naszej indywidualności, z których uważny obserwator może
wiele odczytać. Tutaj mam zegarek, który ostatnio otrzymałem. Bądź tak
miły i przekaż mi opinię na temat charakteru lub obyczajów zmarłego
właściciela.
Podałem mu zegarek z pewnym rozbawieniem w głębi serca, gdyż uważałem,
że postawiony tym razem Holmesowi test jest nie do rozwiązania, a przy
tym miałem zamiar dać mu nauczkę za nieznoszący sprzeciwu ton, który
często przyjmował w rozmowie ze mną. Ważył zegarek w ręku, przyglądał
się cyferblatowi, otworzył denko, zbadał mechanizm - najpierw gołym
okiem, a potem potężnym szkłem powiększającym. Nie mogłem powstrzymać
uśmiechu, widząc zatroskanie na jego twarzy, kiedy ostatecznie zamknął
pokrywkę i zwrócił mi zegarek.
- Jest niewiele danych - zauważył. - Zegarek został ostatnio
oczyszczony, co pozbawiło mnie najbardziej sugestywnych czynników.
- Masz rację - odpowiedziałem. - Oczyszczono go, zanim go otrzymałem.
W głębi serca oskarżyłem mego towarzysza o przekazanie mi najbardziej
nędznego i pokrętnego pretekstu dla ukrycia klęski. Jakichże danych mógł
spodziewać się po zegarku, choćby ten nie został oczyszczony?
- Chociaż moje badanie nie jest w pełni zadowalające - zauważył, patrząc
w sufit rozmarzonymi, pozbawionymi blasku oczami - na podstawie rozmowy
z tobą powinienem ustalić, że zegarek należał do twego starszego brata,
który odziedziczył go po ojcu.
- To, jak się domyślam, zgadujesz z liter "H.W." na pokrywce?
- Zgadza się. "W" sugeruje twoje nazwisko. Zegarek ma prawie
pięćdziesiąt lat, a inicjały są mniej więcej w tym samym wieku. Oznacza
to, że został on wyprodukowany dla poprzedniego pokolenia. Wyroby
jubilerskie zazwyczaj przechodzą z ojca na najstarszego syna, który
najprawdopodobniej nosił to samo imię co ojciec. Jeżeli dobrze pamiętam,
twój ojciec nie żyje od wielu lat. Oznacza to, że ten przedmiot był w rękach twego najstarszego brata.
- Jak do tej pory wszystko się zgadza - powiedziałem. - Czy jeszcze coś?
- Był to człowiek o niechlujnych obyczajach, nawet bardzo niechlujny i niestaranny. Miał dobre perspektywy, ale zmarnował wszystkie swoje
szanse, żył jakiś czas w biedzie z krótkimi momentami dobrobytu, a potem
rozpił się i umarł. To wszystko, co potrafię powiedzieć.
Zerwałem się z krzesła i, utykając, chodziłem niecierpliwie po pokoju z goryczą w sercu.
- To podłe z twojej strony, Holmesie - powiedziałem. - Nigdy w życiu nie
przypuszczałbym, że mógłbyś się posunąć do czegoś takiego!
Przeprowadziłeś śledztwo na temat historii mego nieszczęsnego brata, a teraz udajesz, że wydedukowałeś to w jakiś przedziwny sposób. Nie
spodziewaj się, że uwierzę, iż to wszystko odczytałeś ze starego
zegarka! Jest to nieuczciwe i, mówiąc wprost, posłużyłeś się
szarlatanerią.
- Mój drogi doktorku - powiedział uprzejmie - przyjmij, proszę, moje
przeprosiny. Patrząc na sprawę jako problem abstrakcyjny, zapomniałem,
jak bardzo ta sprawa może być dla ciebie bolesna. Zapewniam cię
jednakże, że wcześniej nawet nie wiedziałem, iż masz brata - aż do
chwili, kiedy wręczyłeś mi ten zegarek.
- W takim razie jak, na litość boską, ustaliłeś te fakty?! Są one
absolutnie zgodne z prawdą!
- Po prostu mam szczęście. Mogłem się tego jedynie domyślać. Nie
spodziewałem się, że wszystko zgodzi się aż tak dokładnie.
- Jednakże nie oparłeś się wyłącznie na zgadywaniu?
- Nie, nie, nigdy nie zgaduję. To jest zły zwyczaj, niszczący wszelkie
zalety logicznego myślenia. To, co wydaje ci się dziwne, pochodzi stąd,
że nie śledzisz mojego ciągu myślowego ani nie dostrzegasz drobnych
faktów, od których mogą zależeć istotne ścieżki rozumowania. Zacząłem na
przykład od stwierdzenia, że twój brat był niedbały. Kiedy przyjrzysz
się dolnej części oprawki zegarka, zauważysz, że nie tylko jest
poplamiona w dwóch miejscach, ale też porysowana i ponaznaczana na całej
powierzchni, co wynika z obyczaju przechowywania zegarka razem z innymi
twardymi przedmiotami, takimi jak monety lub klucze, w tej samej
kieszeni. Oczywiście, nie jest wielką sztuką domyślić się, że mężczyzna,
który tak lekkomyślnie traktuje zegarek za pięćdziesiąt gwinei, musi być
niedbały. Bez trudu można też się domyślić, że człowiek, który otrzymał
w spadku przedmiot takiej wartości, został także dobrze wyposażony pod
innymi względami.
Skinąłem głową, aby wskazać, że śledzę jego tok rozumowania.
- Kiedy zostawiasz zegarek w angielskim lombardzie, odnotowują numery
twojego pokwitowania na wewnętrznej stronie oprawki. Jest to
poręczniejsze niż nalepka i daje gwarancję, że numer nie zostanie
zgubiony. Dzięki szkłu powiększającemu odkryłem co najmniej cztery takie
numery wewnątrz oprawki. Stąd wnioskuję, że twój brat miał często
upadki. Drugi wniosek - że od czasu do czasu miał też wzloty, gdyż
udawało mu się wykupić zegarek z lombardu. Wreszcie proszę, żebyś
spojrzał na wewnętrzną płytkę, gdzie znajduje się otwór na kluczyk.
Widać tysiące zadrapań dookoła otworu, znaki miejsc, gdzie kluczyk
wyślizgnął się. Tylu śladów nie mógł spowodować kluczyk w rękach
trzeźwego człowieka, ale zegarek pijaka zawsze będzie miał takie
zadrapania - nakręca go nocą i pozostawia ślady drżącej dłoni. Ot i cała
tajemnica.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki