Znajomi z pociągu - Patricia Highsmith

Kup ebooka

36.00 zł
28.80 zł (28,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Po­ciąg wy­stu­ki­wał na szy­nach nie­re­gu­larny rytm. Gdy mu­siał za­trzy­my­wać się na co­raz mniej­szych i co­raz gę­ściej roz­miesz­czo­nych sta­cjach, cze­kał nie­cier­pli­wie przez chwilę, a po­tem znowu ru­szał w pre­rię. Trudno jed­nak było do­strzec, że po­suwa się na­przód, bo wciąż ta sama pre­ria fa­lo­wała za oknami niby ogromna ró­żo­wo­płowa płachta po­trzą­sana od nie­chce­nia. Im szyb­ciej mknął po­ciąg, tym bar­dziej roz­ko­ły­sane i szy­der­cze zda­wało się to fa­lo­wa­nie.

Guy od­wró­cił wzrok od okna i roz­siadł się wy­god­niej. "W naj­lep­szym wy­padku - my­ślał - Mi­riam od­wle­cze roz­wód. A może chce tylko pie­nię­dzy. Czy uda się kie­dy­kol­wiek uzy­skać jej zgodę na roz­wód?"

Nie­na­wiść ode­brała mu już ja­sność ro­zu­mo­wa­nia; uświa­do­mił so­bie, że my­śli jego umy­kają w ślepe za­ułki, za­miast biec drogą, którą wy­ty­czyła lo­gika, gdy za­sta­na­wiał się nad tą sprawą w No­wym Jorku. Wi­zja Mi­riam, do któ­rej zbli­żał się z każdą chwilą, ró­żo­wej i pie­go­wa­tej od słońca, pro­mie­nio­wała cho­ro­bli­wym ża­rem tak samo jak pre­ria za oknami.

Od­ru­chowo się­gnął po pa­pie­rosa i przy­po­mniał so­bie po raz dzie­siąty, że w wa­go­nie pul­ma­now­skim nie wolno pa­lić. Mimo wszystko wy­jął z paczki pa­pie­rosa; stu­ka­jąc nim o szkiełko ze­garka, stwier­dził, że jest dwa­na­ście po pią­tej, jak gdyby miało to ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie tego dnia. We­tknął pa­pie­rosa w kąt warg i schy­lił głowę nad osło­niętą dło­nią za­pałką. Po­tem tak samo osło­nił pa­pie­rosa i po­woli, głę­boko za­cią­gnął się dy­mem. Fa­scy­nu­jący w swej mo­no­to­nii wi­dok za oknem co chwila ku­sił jego oczy. Miękki koł­nie­rzyk ko­szuli pod­jeż­dżał mu do góry. Zmierzch już za­mie­niał szybę w lu­stro i Guy wi­dział swoje od­bi­cie: biały rą­bek pod brodą przy­po­mi­nał dzie­więt­na­sto­wieczną modę, po­dob­nie jak czarne włosy, pu­szy­ste, wy­soko za­cze­sane nad czo­łem, a z tyłu przy­li­zane. To ucze­sa­nie i li­nia dłu­giego nosa nada­wały mu wy­raz sku­pie­nia i jak gdyby roz­pędu, lecz bujne po­ziome brwi i wy­krój ust ro­biły wra­że­nie spo­koju i po­wścią­gli­wo­ści. Ubrany był we fla­ne­lowe spodnie - któ­rym przy­da­łoby się od­pra­so­wa­nie - i w ciemną ma­ry­narkę, za ob­szerną na szczu­płym tor­sie, z fio­le­tową nitką wi­doczną w prze­bły­skach świa­tła, i miał weł­niany, luźno za­wią­zany kra­wat, po­mi­do­ro­wego ko­loru.

Nie przy­pusz­czał, żeby Mi­riam mo­gła mieć dziecko, gdyby tego nie chciała. Wi­docz­nie ko­cha­nek go­tów jest się z nią oże­nić. Ale dla­czego wzywa męża? Roz­wód do­sta­łaby i bez niego. I dla­czego on sam wciąż prze­żuwa w kółko te py­ta­nia od czte­rech dni, od­kąd do­stał jej list? Za­le­d­wie kilka li­ni­jek krą­głego pi­sma z za­wia­do­mie­niem, że jest w ciąży i chce się z nim ko­niecz­nie zo­ba­czyć. Ciąża za­pew­nia uzy­ska­nie roz­wodu, nie po­wi­nien więc tak się de­ner­wo­wać. Nade wszystko drę­czyło go po­dej­rze­nie, czy gdzieś w głębi jego du­szy nie tkwi odro­bina za­zdro­ści, że Mi­riam uro­dzi dziecko in­nego męż­czy­zny, cho­ciaż po­zbyła się płodu po­czę­tego kie­dyś z nim. Ale nie - mó­wił so­bie - to tylko wstyd, że mógł nie­gdyś ko­chać taką istotę jak Mi­riam. Zdu­sił pa­pie­rosa na siatce okry­wa­ją­cej grzej­nik. Oga­rek po­to­czył się do jego stóp, więc Guy kop­nął go w kąt.

Te­raz otwiera się przed nim sze­roka per­spek­tywa: roz­wód, nowa praca na Flo­ry­dzie - był pra­wie pewny, że dy­rek­cja za­twier­dzi jego pro­jekt i że de­cy­zja za­pad­nie już w naj­bliż­szym ty­go­dniu - i Anna. Na­resz­cie będą mo­gli za­pla­no­wać z Anną wspólną przy­szłość. Od roku cze­kał go­rącz­kowo na ja­kąś zmianę sy­tu­acji, na wy­da­rze­nie, które przy­wróci mu wol­ność. Po­czuł się bli­ski wy­zwo­le­nia i ogar­nęła go gwał­towna ra­dość. Ode­tchnął z ulgą, za­pa­da­jąc głę­biej w obite plu­szem sie­dze­nie. Ostat­nie trzy lata cze­kał w na­pię­ciu na taki wła­śnie zwrot w ży­ciu. Oczy­wi­ście mógł wcze­śniej ku­pić so­bie wol­ność, ale ni­gdy nie udało mu się odło­żyć dość pie­nię­dzy na ten cel. Po­czątki ka­riery sa­mo­dziel­nego ar­chi­tekta, nie­zwią­za­nego z żadną re­no­mo­waną firmą, nie były ła­twe. Wciąż jesz­cze bo­ry­kał się z trud­no­ściami. Mi­riam nie żą­dała, żeby da­wał jej na utrzy­ma­nie, ale nę­kała go w inny spo­sób, mó­wiąc o nim w Met­calf tak, jakby w dal­szym ciągu byli w naj­lep­szej zgo­dzie; opo­wia­dała, że Guy po­je­chał do No­wego Jorku, żeby się tam urzą­dzić, i że ją za­bie­rze. Od czasu do czasu pi­sała z prośbą o ja­kieś pie­nią­dze, zresztą skromne, jego to jed­nak za­wsze iry­to­wało. Speł­niał te jej prośby, bo­jąc się, że roz­pęta prze­ciw niemu kam­pa­nię w Met­calf, gdzie miesz­kała jego matka.

Wy­soki, młody blon­dyn w rdza­wym ubra­niu usiadł na pu­stym miej­scu na­prze­ciw niego i z nie­wy­raź­nym uśmiesz­kiem wsu­nął się w kąt prze­działu. Guy zer­k­nął na bladą, za małą twarz no­wego pa­sa­żera. Ogromny pryszcz ster­czał mu do­kład­nie po­środku czoła. Guy prędko od­wró­cił się ku oknu.

Można by my­śleć, że ja­sno­włosy mło­dzie­niec waha się, czy na­wią­zać roz­mowę, czy też po­zwo­lić so­bie na drzemkę. Jego ło­kieć usta­wicz­nie ze­śli­zgi­wał się z pa­ra­petu okna, a ile­kroć krót­kie, gę­ste włosy się roz­dzie­lały, ten sam nie­wy­raźny uśmiech po­ja­wiał się na ustach. Chło­pak praw­do­po­dob­nie był z lekka pi­jany. Guy otwo­rzył książkę, ale po prze­czy­ta­niu po­łowy stro­nicy nie mógł dłu­żej sku­pić uwagi na lek­tu­rze. Pod­niósł wzrok do su­fitu, gdzie mi­go­tał rząd bia­łych flu­ory­zu­ją­cych świa­teł, prze­su­nął spoj­rze­nie na nie­za­pa­lone cy­garo ko­ły­szące się w ko­ści­stych pal­cach nie­wi­docz­nego za opar­ciem fo­tela pa­sa­żera, a po­tem na mo­no­gram drga­jący na cien­kim zło­tym łań­cuszku, który prze­kre­ślał w po­przek kra­wat sie­dzą­cego na­prze­ciwko mło­dzieńca. Mo­no­gram skła­dał się z trzech li­ter: C.A.B., a zie­lony je­dwabny kra­wat zdo­biły ręcz­nie ma­lo­wane ja­skra­wo­po­ma­rań­czowe palmy. Wy­soka po­stać w rdza­wym gar­ni­tu­rze była te­raz bez­wład­nie roz­wa­lona na fo­telu, z głową od­chy­loną na po­ręcz, tak że ogromny pryszcz czy wrzód na czole wy­glą­dał niby kra­ter wul­kanu, który lada chwila wy­buch­nie. Guy nie umiałby wy­ja­śnić, dla­czego twarz mło­dzieńca wy­dała mu się in­te­re­su­jąca. Nie była ani stara, ani młoda, ani in­te­li­gentna, ani zde­cy­do­wa­nie głu­pia. Po­mię­dzy wą­skim, wy­pu­kłym czo­łem a wy­datną dolną szczęką jej li­nia co­fała się ku cien­kim, za­klę­słym war­gom, a siny cień pod głę­boko osa­dzo­nymi oczyma pod­kre­ślał małe po­wieki. Chło­pak miał cerę gładką, nie­mal dziew­częcą, białą, jak gdyby wielki, na­brzmiały pryszcz na czole wy­ssał z niej wszyst­kie nie­czy­sto­ści.

Przez chwilę Guy znowu pró­bo­wał czy­tać. Z po­czątku sens słów do­cie­rał do jego świa­do­mo­ści i dzia­łał uspo­ka­ja­jąco na roz­draż­nione nerwy. Wkrótce jed­nak we­wnętrzny głos pod­szep­nął mu py­ta­nie: co ci po­może Pla­ton w roz­pra­wie z Mi­riam? To py­ta­nie drę­czyło go już przed­tem w No­wym Jorku, ale i tak za­brał z sobą książkę - dawną lek­turę z fi­lo­zo­fii jesz­cze ze szkoły śred­niej - jakby chcąc czymś osło­dzić przy­krość tej po­dróży. Spoj­rzał w okno i wi­dząc swoje od­bi­cie, po­pra­wił zmięty koł­nie­rzyk. Zwy­kle ro­biła to Anna. Na­gle po­czuł się bez niej bar­dzo bez­radny. Po­ru­szył się i nie­chcący trą­cił wy­cią­gniętą stopą śpią­cego blon­dyna. Za­fa­scy­no­wany śle­dził jego rzęsy, które za­trze­po­tały i od­sło­niły prze­krwione oczy; miał wra­że­nie, że te oczy przez cały czas były w niego wpa­trzone po­przez za­mknięte po­wieki.

- Prze­pra­szam - szep­nął.

- Nic nie szko­dzi - od­parł młody czło­wiek. Wy­pro­sto­wał się, po­trzą­snął ener­gicz­nie głową. - Gdzie je­ste­śmy?

- Już w Tek­sa­sie.

Blon­dyn wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szeni pła­ską złotą bu­telkę, otwo­rzył ją i po­dał grzecz­nie to­wa­rzy­szowi po­dróży.

- Nie, dzię­kuję - po­wie­dział Guy. Ko­bieta sie­dząca po dru­giej stro­nie prze­działu i od wy­ru­sze­nia z dworca w St. Lo­uis nie­pod­no­sząca wzroku znad włócz­ko­wej ro­boty zer­k­nęła ku nim, sły­sząc me­ta­liczne plu­śnię­cie, w chwili gdy blon­dyn prze­chy­lał bu­telkę.

- Do­kąd pan je­dzie? - Uśmiech blon­dyna przy­po­mi­nał te­raz wą­ski sierp księ­życa.

- Do Met­calf - od­parł Guy.

- Aha. Przy­jemne mia­sto. Pan je­dzie tam w in­te­re­sach? - Zmru­żył przy­mil­nie prze­krwione oczy.

- Tak.

- A co to za in­te­resy?

Guy nie­chęt­nie ode­rwał wzrok od książki.

- Z za­wodu je­stem ar­chi­tek­tem - wy­ja­śnił.

- O! - Mło­dzie­niec przy­jął tę in­for­ma­cję z za­cie­ka­wie­niem. - Bu­duje pan domy i tak da­lej? Chyba jesz­cze się panu nie przed­sta­wi­łem... - Pod­niósł się nieco. - Bruno. Char­les An­thony Bruno.

Uści­snęli so­bie ręce.

- Guy Ha­ines.

- Miło mi pana po­znać. Pan mieszka w No­wym Jorku? - Ochry­pły ba­ry­ton brzmiał fał­szy­wie, jak gdyby mło­dzie­niec ga­dał tylko po to, żeby się roz­bu­dzić.

- Tak.

- A ja miesz­kam na Long Is­land. Jadę do Santa Fe, żeby się tro­chę za­ba­wić. Zna pan Santa Fe?

Guy prze­cząco po­trzą­snął głową.

- W tym mie­ście można się wspa­niale za­ba­wić. - W uśmie­chu po­ka­zał brzyd­kie zęby. - Co do ar­chi­tek­tury, to prze­waża in­diań­ska.

W przej­ściu za­trzy­mał się kon­duk­tor spraw­dza­jący bi­lety.

- To pań­skie miej­sce? - zwró­cił się do Bruna.

Blon­dyn z miną pra­wo­wi­tego wła­ści­ciela roz­parł się w ką­cie.

- Sa­lonka w na­stęp­nym wa­go­nie.

- Nu­mer trzeci?

- O ile pa­mię­tam, tak.

Kon­duk­tor po­szedł da­lej.

- Co za typy - wes­tchnął Bruno, spo­glą­da­jąc w okno.

Guy wró­cił do Pla­tona, ale wścib­stwo znu­dzo­nego to­wa­rzy­sza po­dróży, wra­że­nie, że tam­ten lada chwila znów go za­gad­nie, prze­szka­dzały mu sku­pić uwagę. Za­sta­na­wiał się, czyby nie przejść do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego, lecz z ja­kichś nie­ja­snych po­wo­dów wciąż tkwił na swoim miej­scu. Po­ciąg zwal­niał wła­śnie. Bruno już otwie­rał usta, żeby coś po­wie­dzieć, gdy Guy wstał, prze­szedł do na­stęp­nego wa­gonu i nim po­ciąg za­trzy­mał się na do­bre, ze­sko­czył na zie­mię.

Bar­dziej na­tu­ralne, gę­ste od mroku po­wie­trze od­czuł jak du­szącą, miękką po­duszkę na twa­rzy. Owio­nął go za­pach ku­rzu, roz­grza­nego żwiru, sma­rów i go­rą­cego me­talu. Był głodny, nie wszedł jed­nak od razu do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego; prze­cha­dzał się wzdłuż niego z wolna przez chwilę tam i z po­wro­tem, z rę­koma w kie­sze­niach, chło­nąc po­wie­trze, cho­ciaż wy­da­wało mu się nie­przy­jemne. Na po­łu­dniu kon­ste­la­cja czer­wo­nych, zie­lo­nych i bia­łych świa­teł mi­go­tała na nie­bie. Po­my­ślał, że Anna za­pewne tą samą trasą je­chała po­przed­niego dnia do Mek­syku. Mógł był jej to­wa­rzy­szyć. Na­ma­wiała go na wspólną po­dróż, przy­naj­mniej do Met­calf. Może by się za­trzy­mała na je­den dzień i po­znała jego matkę... Tak, za­pro­po­no­wałby jej to, gdyby nie Mi­riam. A może nie zwa­żałby na Mi­riam, gdyby sam był inny, gdyby umiał lżej trak­to­wać tę sprawę. Oczy­wi­ście opo­wie­dział An­nie o swoim mał­żeń­stwie z Mi­riam, wta­jem­ni­czył ją pra­wie we wszystko, nie ścier­piałby jed­nak kon­fron­ta­cji tych dwóch ko­biet. Chciał mieć kilka go­dzin sa­mot­no­ści w po­ciągu, żeby ze­brać my­śli. Jak do­tąd nie­zbyt mu się to udało. Ale cóż po­może my­śle­nie i lo­gika, gdy w grę wcho­dzi Mi­riam?

Kon­duk­tor krzyk­nął ostrze­gaw­czo, lecz Guy cze­kał do ostat­niej chwili, nim wresz­cie wsko­czył do wa­gonu tuż za re­stau­ra­cyj­nym.

Zdą­żył za­mó­wić ko­la­cję u kel­nera, gdy w drzwiach wa­gonu uka­zał się młody blon­dyn; nie­pew­nie trzy­mał się na no­gach, a jego twarz, z we­tknię­tym w kąt warg nie­do­pał­kiem pa­pie­rosa, miała wy­raz tro­chę gniewny. Guy od opusz­cze­nia prze­działu nie my­ślał o nim i te­raz ta wy­soka po­stać w rdza­wym ubra­niu po­ja­wiła się jak nie­miłe wspo­mnie­nie. Tam­ten spo­strzegł go i uśmiech­nął się na­gle.

- Ba­łem się, że pan zo­stał na pe­ro­nie - po­wie­dział we­soło, od­su­wa­jąc krze­sło po dru­giej stro­nie sto­lika.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć - od­parł Guy - ale chciał­bym być chwilę sam. Mam różne sprawy do prze­my­śle­nia.

Bruno zga­sił nie­do­pa­łek, który już mu pa­rzył palce, i spoj­rzał pół­przy­tom­nie na no­wego zna­jo­mego. Był bar­dziej pi­jany niż przed kilku mi­nu­tami. Kon­tur jego twa­rzy wy­da­wał się za­ma­zany, nie­ostry.

- Mo­gli­by­śmy po­sie­dzieć spo­koj­nie w mo­jej sa­lonce. Zje­dli­by­śmy tam so­bie ko­la­cję. Co pan na to?

- Dzię­kuję, wolę zo­stać tu­taj.

- Nie, nie ustą­pię tak ła­two. Kel­ner! - Bruno kla­snął. - Pro­szę przy­nieść ko­la­cję tego pana do sa­lonki nu­mer trzy. Dla mnie rumsz­tyk, śred­nio wy­sma­żony, frytki i szar­lotka. I dwie szkoc­kie whi­sky z wodą, moż­li­wie jak naj­prę­dzej. - Spoj­rzał na współ­pa­sa­żera z ko­kie­te­ryj­nym uśmie­chem. - Zgoda?

Po krót­kim wa­ha­niu Guy wstał i po­szedł za nim. Osta­tecz­nie wszystko jedno, wła­sne to­wa­rzy­stwo już mu obrzy­dło.

Oka­zało się, że Bruno za­mó­wił whi­sky tylko po to, by do­stać szklanki i lód, bo w jego sa­lonce na wa­lizce z kro­ko­dy­lo­wej skóry stały rząd­kiem cztery bu­telki z żół­tymi ety­kie­tami. Ten równy rząd bu­te­lek był je­dy­nym ele­men­tem po­rządku w ogól­nym cha­osie. Wszę­dzie stały wa­lizy i ku­fry, za­gra­dza­jąc przej­ście i po­zo­sta­wia­jąc tylko mały la­bi­rynt na środku prze­działu; do­koła po­roz­rzu­cane były czę­ści spor­to­wej gar­de­roby i sprzętu: ra­kiety te­ni­sowe, wo­rek z ki­jami do golfa, dwa apa­raty fo­to­gra­ficzne, wi­kli­nowy ko­szyk z owo­cami i wi­nem, wy­ście­lony bi­bułką. Na sie­dze­niu przy oknie po­nie­wie­rały się pi­sma ilu­stro­wane, ko­miksy i po­wie­ści. Obok le­żało pu­dło cze­ko­la­dek, prze­wią­zane czer­woną wstą­żeczką.

- Ba­ła­gan - po­wie­dział Bruno to­nem uspra­wie­dli­wie­nia.

- Nie szko­dzi - uśmiech­nął się Guy. Miej­sce wy­da­wało się za­bawne i od­osob­nione, co mu w tej chwili od­po­wia­dało. Uśmiech, który roz­po­go­dził mu czoło, prze­obra­ził całą twarz. Oczy znów ob­ser­wo­wały ota­cza­jący go świat. Zręcz­nie prze­my­kał mię­dzy wa­li­zami, przy­glą­da­jąc się wszyst­kiemu niby za­cie­ka­wiony kot.

- No­wiu­teńka. Jesz­cze ni­gdy nie ze­tknęła się z piłką - wy­ja­śnił Bruno, po­ka­zu­jąc mu ra­kietę i za­chę­ca­jąc, żeby spró­bo­wał strun. - Matka za­sy­puje mnie tymi rze­czami w na­dziei, że od­cią­gną mnie od knajp. Bar­dzo do­brze, bę­dzie co opy­lić, w ra­zie gdyby skoń­czyła się go­tówka. W po­dróży lu­bię po­pi­jać, czło­wiek na ga­zie in­ten­syw­niej od­biera wra­że­nia, pan to chyba za­uwa­żył?

Kel­ner przy­niósł dwie szklanki whi­sky, a Bruno na­tych­miast do­peł­nił je z wła­snych za­pa­sów. - Pro­szę, niech pan siada i zdej­mie ma­ry­narkę.

Obaj jed­nak stali i nie spie­szyli się ze zrzu­ce­niem ma­ry­na­rek. Przez kilka kło­po­tli­wych mi­nut nie wie­dzieli, o czym roz­ma­wiać. Guy po­cią­gnął ze swo­jej szklanki łyk czy­stej - jak mu się wy­dało - whi­sky i spu­ścił wzrok na za­śmie­coną pod­łogę. "Ten Bruno ma dziwne stopy - po­my­ślał - a może tylko dzi­waczne pół­bu­ciki, wą­skie, z ja­sno­brą­zo­wej skóry, z gład­kimi wy­dłu­żo­nymi no­skami tego sa­mego kształtu co dolna szczęka ich wła­ści­ciela. Tro­chę jakby sta­ro­świec­kie. A poza tym fa­cet nie jest taki szczu­pły, jak się zda­wało w pierw­szej chwili. Dłu­gie nogi mocno umię­śnione, w ogóle przy ko­ści".

- Pan, mam na­dzieję, nie po­gnie­wał się, że przy­sze­dłem za pa­nem do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego? - spy­tał nie­spo­koj­nie Bruno.

- Nie, skąd.

- Wie pan, czu­łem się okrop­nie sa­motny.

Guy mruk­nął, że to nic dziw­nego, skoro po­dró­żuje się sa­lonką, i na­gle o mało się nie prze­wró­cił, za­plą­taw­szy nogę w rze­myk apa­ratu marki Rol­le­iflex. Na skó­rza­nym fu­te­rale bie­lała świeża, głę­boka rysa. Po­czuł na so­bie nie­śmiałe spoj­rze­nie Bruna. Oczy­wi­ście czeka go tu straszna nuda. Dla­czego zgo­dził się przyjść? We­wnętrzny głos ra­dził mu wró­cić na­tych­miast do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego. W tej sa­mej jed­nak chwili kel­ner przy­niósł ko­la­cję na osło­nię­tej me­ta­lową po­krywą tacy i roz­ło­żył skła­dany sto­lik. Za­pach przy­pie­czo­nego mięsa po­pra­wił od razu na­strój. Bruno tak upie­rał się, by ure­gu­lo­wać ra­chu­nek, że Guy w końcu ustą­pił. Bruno do­stał ogromny, po­sy­pany pie­czar­kami rumsz­tyk, a Guy - ham­bur­gera.

- Co pan bu­duje w Met­calf?

- Nic. Moja matka tam mieszka.

- O! - za­in­te­re­so­wał się Bruno. - Je­dzie pan do matki? To pań­skie ro­dzinne mia­sto?

- Tak. Uro­dzi­łem się w Met­calf.

- Nie wy­gląda pan na Tek­sań­czyka. - Bruno chlap­nął ket­chu­pem na rumsz­tyk i frytki, de­li­kat­nie wy­cią­gnął na wi­delcu źdźbło pie­truszki i trzy­mał je w po­wie­trzu. - Od dawna nie był pan w domu?

- Mniej wię­cej od dwóch lat.

- Pana oj­ciec też tam mieszka?

- Oj­ciec nie żyje.

- O! A z matką jest pan w do­brych sto­sun­kach?

Guy ski­nął głową. Nie prze­pa­dał za al­ko­ho­lem, ale smak szkoc­kiej przy­po­mniał mu Annę, która, je­śli w ogóle coś piła, to wła­śnie whi­sky. Ten tru­nek pa­so­wał do niej; był tak samo złoty, świe­tli­sty, wy­tworny jak ona.

- A pan gdzie mieszka na Long Is­land?

- W Great Neck.

Anna miesz­kała też na Long Is­land, ale w dal­szej czę­ści wy­spy.

- W domu, który na­zy­wam Psią Budą - do­dał Bruno. - Każdy z nas, łącz­nie z szo­fe­rem, czuje się tam pod psem. - Za­śmiał się nie­ocze­ki­wa­nie z sa­tys­fak­cją, po czym schy­lił się nad ta­le­rzem.

Guy wi­dział te­raz tylko czu­bek wą­skiej głowy po­ro­śnię­tej rzad­kimi wło­sami i ster­czący pryszcz. Za­po­mniał o tym prysz­czu, od chwili gdy do­strzegł go na czole uśpio­nego Bruna; te­raz znów zwró­cił na niego uwagę i przez mo­ment nie wi­dział nic prócz tej po­twor­nej, od­ra­ża­ją­cej na­ro­śli.

- Dla­czego? - spy­tał.

- Przez ojca. To skoń­czony łaj­dak. Z matką ży­jemy w zgo­dzie. Matka przy­je­dzie do mnie za kilka dni do Santa Fe.

- To świet­nie.

- A świet­nie - od­parł Bruno ta­kim to­nem, jakby Guy był in­nego zda­nia. - Lu­bimy te same roz­rywki, cho­dzimy ra­zem po lo­ka­lach, gramy w golfa, na­wet by­wamy ra­zem na róż­nych przy­ję­ciach. - Ro­ze­śmiał się, tro­chę dumny, tro­chę za­wsty­dzony, i na­gle wy­dał się bar­dzo młody i nie­pewny sie­bie. - Pana to dziwi?

- Nie.

- Szkoda tylko, że nie mam wła­snej forsy. Mieli mi od tego roku wy­pła­cać do rąk wła­snych to, co mi się na­leży, ale oj­ciec się nie zgo­dził i całe pie­nią­dze idą na jego konto. Nie uwie­rzy pan, ale mam te­raz nie więk­szą pen­sję niż wtedy, kiedy by­łem w szkole, gdzie wszystko było opła­cone. Mu­szę o każde sto do­la­rów pro­sić matkę - wy­znał, nad­ra­bia­jąc miną.

- Szkoda, że pan nie po­zwo­lił mi za­pła­cić za ko­la­cję.

- Och, nie! - go­rąco za­prze­czył Bruno. - Chcia­łem tylko wy­tłu­ma­czyć panu, jaka to podła sy­tu­acja, kiedy ro­dzony oj­ciec czło­wieka okrada. W do­datku to nie są jego pie­nią­dze, na­leżą mi się po ro­dzi­cach matki.

Cze­kał wy­raź­nie na ja­kiś ko­men­tarz.

- Matka nie ma głosu w tych spra­wach?

- Oj­ciec wszystko prze­pi­sał na sie­bie, gdy by­łem jesz­cze mały! - wy­krzyk­nął Bruno ochry­ple.

- Aha. - Guy za­sta­na­wiał się, ilu oso­bom Bruno opo­wia­dał już tę hi­sto­ryjkę o swoim ojcu, za­pła­ciw­szy przed­tem za wspólną ko­la­cję. - Dla­czego to zro­bił?

Bruno wzru­szył ra­mio­nami i bez­rad­nym ge­stem pod­niósł ręce, ale za­raz scho­wał je znów szybko do kie­szeni.

- Jak już mó­wi­łem, to jest skoń­czony łaj­dak. Okradłby każ­dego. Mówi, że nie może mi da­wać pie­nię­dzy, po­nie­waż nie chcę pra­co­wać, ale to łgar­stwo. Uważa, że oboje z matką i tak mamy aż za wiele przy­jem­no­ści. Bez prze­rwy wtrąca się do na­szych spraw.

Guy wy­obra­żał so­bie tę matkę, nie­starą jesz­cze, świa­tową damę z Long Is­land, z tro­chę zbyt moc­nym ma­ki­ja­żem, lu­biącą, po­dob­nie jak jej syn, mocne wra­że­nia.

- Gdzie pan stu­dio­wał?

- W Ha­rvar­dzie. Wy­leli mnie z dru­giego roku za pi­jań­stwo i ha­zard. - Wzru­szył znów wą­skimi ra­mio­nami, jakby się wił. - Nie je­stem taki so­lidny jak pan, trudno. Przy­pu­śćmy, że je­stem pa­so­ży­tem, no i co z tego? - Do­lał whi­sky do obu szkla­nek.

- Kto mówi, że pan jest pa­so­ży­tem?

- Oj­ciec. Żeby miał ta­kiego grzecz­nego, spo­koj­nego syna jak na przy­kład pan, wszy­scy ży­li­by­śmy szczę­śli­wie.

- Skąd pan wie, że ja je­stem grzeczny i spo­kojny?

- No, po­ważny gość, po stu­diach, fa­cho­wiec, ar­chi­tekt. Ja tam nie palę się do ro­boty. Nie mu­szę prze­cież pra­co­wać. Nie mam ta­lentu do ma­lar­stwa, mu­zyki czy pi­sa­nia. Dla­czego czło­wiek miałby pra­co­wać, je­żeli nie musi? Wolę do­ro­bić się wrzodu żo­łądka przy­jem­niej­szym spo­so­bem niż z prze­pra­co­wa­nia. Oj­ciec już ma cho­robę wrzo­dową. Cha, cha! Nie traci na­dziei, że w końcu wy­lą­duję w jego fir­mie. A ja mu tłu­ma­czę, że każdy biz­nes to po pro­stu za­le­ga­li­zo­wana gra­bież, tak samo jak każde mał­żeń­stwo jest za­le­ga­li­zo­waną roz­pu­stą. Mam ra­cję czy nie?

Guy po­pa­trzył na niego krzywo i po­so­lił frytkę na­dzianą na wi­de­lec. Jadł po­woli, sma­ko­wało mu je­dze­nie, na­wet Bruno po­do­bał mu się tak, jakby pa­trzył na ko­me­dię graną na ja­kiejś od­le­głej sce­nie. My­ślał o An­nie. Ni­kła wi­zja Anny ma­ja­cząca mu nie­ustan­nie przed oczyma wy­da­wała się bar­dziej rze­czy­wi­sta niż świat, z któ­rego do jego świa­do­mo­ści do­cie­rały tylko naj­wy­ra­zist­sze frag­menty, po­szcze­gólne ob­razy, jak na przy­kład biała rysa na fu­te­rale apa­ratu, długi pa­pie­ros, który Bruno za­to­pił w krążku ma­sła, stłu­czone szkło fo­to­gra­fii ojca, którą Bruno - jak wła­śnie opo­wia­dał - ci­snął kie­dyś w hallu na pod­łogę. Przy­szło mu do głowy, że zdą­żyłby spo­tkać się z Anną w Mek­syku po­mię­dzy roz­mową z Mi­riam a wy­jaz­dem na Flo­rydę. Je­żeli uda się za­ła­twić sprawę z Mi­riam dość prędko, mógłby po­le­cieć do Mek­syku i stam­tąd na Flo­rydę. Nie wpadł mu ten po­mysł wcze­śniej, bo nie stać go było na po­dróże sa­mo­lo­tem. Ale mógłby so­bie po­zwo­lić na taki wy­da­tek, je­żeli do­sta­nie to zle­ce­nie na bu­dowę w Palm Be­ach.

- To prze­cież szczyt bez­czel­no­ści! Za­mknąć ga­raż, w któ­rym stoi mój wła­sny wóz! - Głos Bruna za­ła­mał się na wy­so­kiej pi­skli­wej nu­cie.

- A dla­czego to zro­bił? - spy­tał Guy.

- Bo wie­dział, że tego wie­czoru wóz bę­dzie mi ko­niecz­nie po­trzebny. W końcu przy­ja­ciele mnie pod­wieźli, więc na nic się zdała ta jego zło­śli­wość.

Guy nie bar­dzo wie­dział, co po­wie­dzieć.

- To oj­ciec ma klu­cze od pana ga­rażu?

- Wziął moje klu­cze. Ukradł je z mo­jego po­koju. Dla­tego po­tem się mnie bał. Tak się bał, że wo­lał tego wie­czoru zwiać z domu. - Bruno aż skrę­cał się w fo­telu, dy­sząc gło­śno i ob­gry­za­jąc pa­znok­cie. Ko­smyki wło­sów, ściem­niałe od potu, peł­zały niby macki po jego czole. - Matki wtedy nie było, ona by ni­gdy do ta­kiego skan­dalu nie do­pu­ściła oczy­wi­ście.

- Oczy­wi­ście - po­wtó­rzył mimo woli Guy. Do­my­ślał się, że cała do­tych­cza­sowa roz­mowa sta­no­wiła wstęp do tej opo­wie­ści i że usły­szał do­piero jej po­łowę. A więc na dnie tych prze­krwio­nych oczu, które otwo­rzyły się przed nim w wa­go­nie pul­ma­now­skim, na dnie tego rzew­nego uśmie­chu kryje się hi­sto­ria jesz­cze jed­nej nie­na­wi­ści i krzywdy.

- I dla­tego pan ci­snął jego fo­to­gra­fię na pod­łogę w hallu? - spy­tał bez żad­nej in­ten­cji.

- Wy­rzu­ci­łem tę fo­to­gra­fię z sy­pialni matki - od­parł Bruno, wy­ma­wia­jąc z em­fazą dwa ostat­nie słowa. - Oj­ciec sam po­sta­wił tam swoją po­do­bi­znę. Matka wcale nie lubi Ka­pi­tana bar­dziej niż ja. Ka­pi­tan! Ja bym go ina­czej na­zwał, bra­cie!

- Czego oj­ciec chce wła­ści­wie od pana?

- Ode mnie i od matki. Po pro­stu jest inny niż my, niż wszy­scy lu­dzie. Ni­kogo nie lubi. Nic nie lubi, prócz pie­nię­dzy. Tylu lu­dzi ob­łu­pił ze skóry, że zbił kupę forsy. Do in­te­re­sów ma głowę, przy­znaję. Ale te­raz su­mie­nie go gry­zie, to pewne. Dla­tego chciałby, że­bym ja pra­co­wał w jego fir­mie, że­bym tak samo łu­pił lu­dzi ze skóry i że­bym czuł się tak samo podle jak on. - Bruno za­ci­snął dłoń, a po­tem także wargi i oczy.

Guy miał wra­że­nie, że chło­pak za­raz się roz­pła­cze, ale opuch­nięte po­wieki znów się pod­nio­sły, a na usta wró­cił nie­pewny uśmie­szek.

- Nu­dzę pana, co? Chcia­łem tylko wy­ja­śnić, dla­czego wy­je­cha­łem, nie cze­ka­jąc na matkę. Na ogół je­stem chło­pak we­soły, słowo daję.

- Nie może pan wy­nieść się z domu, je­śli pan ma tego dość?

Bruno w pierw­szej chwili jak gdyby nie zro­zu­miał py­ta­nia, po­tem od­po­wie­dział spo­koj­nie:

- Mógł­bym, ale nie chcę roz­sta­wać się z matką.

"A matka nie chce roz­sta­wać się z pie­niędzmi" - po­my­ślał Guy.

- Za­pali pan? - za­pro­po­no­wał gło­śno.

Bruno przy­jął pa­pie­rosa z uśmie­chem.

- Wie pan, tego dnia, kiedy zwiał przede mną, pierw­szy raz od dzie­się­ciu lat spę­dził wie­czór poza do­mem. Nie mam po­ję­cia, gdzie mógł po­je­chać. Taki by­łem wście­kły, że mógł­bym go za­bić. On to wy­czuł. Miał pan kiedy ochotę za­bić ko­goś?

- Nie.

- A mnie to się zda­rza. Są ta­kie chwile, że mógł­bym za­mor­do­wać ojca. - Spu­ścił wzrok i uśmiech­nął się tro­chę nie­przy­tom­nie. - Wie pan, ja­kie mój oj­ciec ma hobby? No, niech pan spró­buje zgad­nąć!

Guy nie miał ochoty zga­dy­wać. Na­gle ogar­nęło go znu­dze­nie, za­pra­gnął znów być sam.

- Zbiera fo­remki do wy­kra­wa­nia kru­chych cia­ste­czek! - wy­krzyk­nął Bruno z szy­der­czym uśmie­chem. - Słowo daję! Fo­remki! Ma całą ko­lek­cję, pen­syl­wań­skie, ho­len­der­skie, ba­war­skie, an­giel­skie, fran­cu­skie, mnó­stwo wę­gier­skich, pełno jest tego w jego po­koju. Nad biur­kiem wi­szą opra­wione w ramki fo­remki do kra­ker­sów w kształ­cie róż­nych zwie­rza­ków, wie pan, ta­kich, co to dla dzieci lu­dzie ku­pują w pu­deł­kach. Na­pi­sał do dy­rek­tora firmy i przy­słali mu cały kom­plet. W erze ma­szyn! - Bruno za­śmiał się i po­trzą­snął głową.

Guy pa­trzył na niego ze zdu­mie­niem. Bruno wy­da­wał mu się sam znacz­nie za­baw­niej­szy niż jego opo­wiastki.

- Używa ich cza­sem?

- Jak to?

- No, py­tam, czy pie­cze kru­che cia­steczka?

Bruno ryk­nął śmie­chem. Wi­jąc się, ścią­gnął ma­ry­narkę i rzu­cił ją na jedną z kilku wa­liz. Przez chwilę tak był pod­nie­cony, że nie mógł wy­krztu­sić ani słowa, po­tem na­gle uspo­koił się i po­wie­dział:

- Matka za­wsze od­syła go do jego ulu­bio­nych fo­re­mek. - Pot po­kry­wał mu gładką twarz niby cienka war­stewka oliwy. Wy­chy­lił się nad sto­łem z uprzej­mym uśmie­chem: - Sma­ko­wała panu ko­la­cja?

- Na­wet bar­dzo - szcze­rze wy­znał Guy.

- Sły­szał pan kiedy o spółce Bruno z Long Is­land? Pro­du­kuje roz­ma­ite urzą­dze­nia na prąd zmienny i stały.

- Nie, chyba nie.

- No tak, skąd miałby pan sły­szeć... Ale firma przy­nosi sporo forsy. Pana nie in­te­re­suje zbi­ja­nie forsy?

- Nie bar­dzo.

- Wolno za­py­tać, ile pan ma lat?

- Dwa­dzie­ścia dzie­więć.

- Ach, tak? Na oko dał­bym panu wię­cej. A na ile ja wy­glą­dam?

Guy przyj­rzał mu się z uprzejmą uwagą.

- Dwa­dzie­ścia cztery, pięć - po­wie­dział, chcąc mu po­chle­bić, bo wy­da­wał się młod­szy.

- Zgadł pan. Dwa­dzie­ścia pięć. Zna­czy, że pana zda­niem wy­glą­dam na dwa­dzie­ścia pięć z tym... tym pa­skudz­twem po­środku czoła? - Przy­gryzł dolną wargę. Nie­po­kój bły­snął w jego oczach i na­gle Bruno wsty­dli­wie za­sło­nił dło­nią czoło. Ze­rwał się z miej­sca i po­szedł do lu­stra. - Mia­łem to czymś za­le­pić.

Guy szep­nął ja­kieś po­cie­sza­jące słówko, ale Bruno nie od­ry­wał wzroku od lu­stra, przy­glą­da­jąc się to pod tym, to pod in­nym ką­tem swo­jej twa­rzy, naj­wy­raź­niej zgnę­biony.

- To nie może być zwy­kły pryszcz - po­wie­dział no­so­wym gło­sem. - To czy­rak. Nie­na­wi­dzę wrzo­dów. Cho­roba Hioba.

- No, nie prze­sa­dzajmy - za­śmiał się Guy.

- Za­czął na­brzmie­wać tam­tego wie­czoru, po awan­tu­rze z oj­cem. Ro­śnie z każdą go­dziną. Na pewno zo­sta­nie bli­zna.

- Nie, znik­nie bez śladu.

- Je­stem pewny, że bę­dzie szrama. Jak ja się po­każę w Santa Fe?! - Opadł na fo­tel z za­ci­śnię­tymi pię­ściami, z nogą od­sta­wioną na bok, w tra­gicz­nej po­zie.

Guy wstał i pod­niósł jedną z ksią­żek le­żą­cych na sie­dze­niu przy oknie. Po­wieść kry­mi­nalna. Nie było in­nej li­te­ra­tury, same po­wie­ści kry­mi­nalne. Spró­bo­wał prze­czy­tać kilka li­ni­jek, ale druk zle­wał mu się przed oczami. Za­mknął książkę. "Za dużo wy­pi­łem" - po­my­ślał. Ale tego wie­czoru było mu to obo­jętne.

- Spra­gniony je­stem tego, co można mieć w Santa Fe - ode­zwał się Bruno. - Wino, ko­biety, śpiew! Cha, cha!

- Czego pan jest spra­gniony?

- Sam nie wiem - od­parł, lek­ce­wa­żąco krzy­wiąc usta. - Wszyst­kiego. Uwa­żam, że czło­wiek po­wi­nien w ży­ciu spró­bo­wać wszyst­kiego, a na­wet umrzeć, usi­łu­jąc do­ko­nać cze­goś nie­moż­li­wego.

W pierw­szym od­ru­chu Guy o mało mu nie przy­kla­snął, ale na wszelki wy­pa­dek po­wstrzy­mał się i spy­tał z ci­cha:

- Na przy­kład?

- Na przy­kład po­le­cieć ra­kietą na księ­życ. Albo po­bić re­kord pręd­ko­ści, pro­wa­dząc sa­mo­chód z za­wią­za­nymi oczyma. To już zro­bi­łem. Nie, re­kordu nie po­bi­łem, ale wy­cią­gną­łem sto sześć­dzie­siąt na go­dzinę.

- Z za­wią­za­nymi oczyma?

- Ob­ra­bo­wa­łem też kie­dyś cu­dze miesz­ka­nie. - Bruno pa­trzył no­wemu zna­jo­memu pro­sto w twarz. - Na se­rio.

Guy mimo woli uśmiech­nął się z nie­do­wie­rza­niem, ale w głębi du­szy uwie­rzył. Bruno mógł być bru­talny. Może chory umy­słowo? Nie, to nie obłęd, to roz­pacz. Roz­pacz znu­dzo­nego bo­ga­cza. Czę­sto roz­ma­wiali z Anną o ta­kich przy­pad­kach. De­spe­ra­cja ob­ja­wia­jąca się skłon­no­ściami ra­czej nisz­czy­ciel­skimi niż twór­czymi. Może do­pro­wa­dzić za­równo do zbrodni, jak i do ascezy.

- Nie dla zy­sku - cią­gnął da­lej Bruno. - To, co ukra­dłem, wcale mi nie było po­trzebne. Umyśl­nie wy­bie­ra­łem rze­czy, które mi się nie po­do­bały.

- Co pan wziął?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Za­pal­niczkę, dużą, sto­łową. Ja­kąś fi­gu­rynkę z gzymsu ko­minka. Z ko­lo­ro­wego szkła. I coś jesz­cze. - Znów wzru­szył ra­mio­nami. - Panu pierw­szemu o tym po­wie­dzia­łem, nikt inny nie wie. Nie mam dłu­giego ję­zyka, cho­ciaż panu pewno wy­daję się bar­dzo ga­da­tliwy. - Za­koń­czył z uśmie­chem.

Guy za­cią­gnął się dy­mem z pa­pie­rosa.

- Jak pan to zro­bił?

- Ob­ser­wo­wa­łem pe­wien dom, żeby tra­fić na wła­ściwą porę, no i wla­złem przez okno po pro­stu. Po dra­bince prze­ciw­po­ża­ro­wej. Nic ła­twiej­szego. To do­świad­cze­nie mo­głem już, dzięki Bogu, skre­ślić z li­sty.

- Dla­czego "dzięki Bogu"?

- Tak mi się po­wie­działo. Nie wiem dla­czego. - Na­peł­nił znów obie szklanki.

Guy pa­trzył na sztywne, trzę­sące się ręce, które umiały kraść, na ob­gry­zione do ży­wego mięsa pa­znok­cie. Ręce te nie­zgrab­nie ba­wiły się pu­deł­kiem od za­pa­łek i z dzie­cinną nie­po­rad­no­ścią upu­ściły je na przy­pró­szony po­pio­łem rumsz­tyk. "Jakże nudny jest w grun­cie rze­czy wy­stę­pek - po­my­ślał Guy. - Czę­sto ni­czym nie­umo­ty­wo­wany. Są pewne typy skłonne do zbrodni. Wi­dząc te ręce albo po­kój Bruna czy też jego brzydką, roz­ma­zaną twarz, któż by od­gadł, że to zło­dziej?" Guy usiadł.

- Może pan mi coś opo­wie o so­bie - za­pro­po­no­wał przy­jaź­nie Bruno.

- Nie mam wiele do opo­wia­da­nia. - Guy wy­jął z kie­szeni kurtki fajkę, stuk­nął nią o ob­cas, spoj­rzał na roz­sy­pany po dy­wa­nie po­piół i na­tych­miast o nim za­po­mniał. Al­ko­hol prze­nik­nął głę­biej w jego or­ga­nizm. "Je­żeli za­twier­dzą to za­mó­wie­nie w Palm Be­ach - my­ślał - dwa ty­go­dnie do roz­po­czę­cia ro­boty prze­mknie szybko". Sprawa roz­wo­dowa nie po­winna trwać długo. Oczyma wy­obraźni wi­dział białe bu­dynki na zie­lo­nym traw­niku, tak jak wy­glą­dały na osta­tecz­nym ry­sunku; bez wy­siłku od­twa­rzał każdy naj­drob­niej­szy szcze­gół. Cie­szyło go to, po­czuł się na­gle bez­pieczny i szczę­śliwy.

- Ja­kie domy pan bu­duje? - spy­tał Bruno.

- Hm... No­wo­cze­sne, jak się to mówi. Pro­jek­to­wa­łem parę do­mów to­wa­ro­wych, ja­kiś mały biu­ro­wiec. - Guy uśmiech­nął się, stwier­dza­jąc, że tym ra­zem od­po­wiada swo­bod­nie na py­ta­nia, które zwy­kle bu­dziły w nim nie­chęć i iry­ta­cję.

- Pan jest żo­naty?

- Nie... A wła­ści­wie tak, ale w se­pa­ra­cji.

- O! Dla­czego?

- Nie­zgod­ność cha­rak­te­rów.

- Od dawna?

- Od trzech lat.

- Nie chce pan roz­wodu?

Guy za­wa­hał się i zmarsz­czył brwi.

- Ona mieszka w Tek­sa­sie?

- Tak.

- Ma­cie się spo­tkać?

- Tak. Mu­simy po­ro­zu­mieć się w spra­wie roz­wodu. - Za­ciął zęby. Po co to po­wie­dział?

Bruno uśmiech­nął się drwiąco.

- A czy w ta­kiej dziu­rze znaj­dzie się w ogóle ja­kaś warta grze­chu dziew­czyna?

- Nie­które są na­wet bar­dzo ładne - od­parł Guy.

- Ale prze­waż­nie głu­pie gęsi, co?

- I ta­kie też się zda­rzają. - Uśmiech­nął się do sie­bie. Mi­riam na­le­żała do typu dziew­cząt z Po­łu­dnia, o ja­kich za­pewne mó­wił Bruno.

- A jaka jest ta pań­ska żona?

- Dość ładna - ostroż­nie od­parł Guy. - Ruda. Tro­chę za pulchna.

- Jak się na­zywa?

- Mi­riam, Mi­riam Joyce.

- Hm... Ładna i głu­pia?

- Nie jest in­te­lek­tu­alistką. Nie mia­łem ochoty że­nić się z in­te­lek­tu­alistką.

- I za­ko­chał się pan w niej bez pa­mięci, co?

Skąd on to wie­dział? Czy to po nim można po­znać? Bruno wle­pił w niego uważny, son­du­jący wzrok, nie mru­żył już oczu, jak gdyby prze­kro­czył ten etap zmę­cze­nia, kiedy nie spo­sób oprzeć się sen­no­ści. Guy miał wra­że­nie, że prze­ni­kliwe, szare oczy Bruna wpa­trują się tak w niego już od wielu go­dzin.

- Dla­czego pan tak my­śli?

- Pan jest przy­zwo­itym czło­wie­kiem, wszystko trak­tuje pan po­waż­nie. Ko­biety pewno też bie­rze pan bar­dzo se­rio?

- Jak pan to ro­zu­mie? - spy­tał, ale wez­brała w nim fala życz­li­wo­ści do Bruna, który tak otwar­cie po­wie­dział, co o nim my­śli. Lu­dzie na ogół tego nie ro­bią. Wie­dział to z do­świad­cze­nia.

Bruno pod­niósł obie ręce od­wró­cone dłońmi ku gó­rze.

- Co pan przez to ro­zu­mie? - po­wtó­rzył Guy.

- Serce na dłoni, wiel­kie uczu­cia i tak da­lej. Po­tem do­staje pan kop­niaka, prawda?

- Nie­zu­peł­nie - od­parł, ale ogar­nęło go roz­rzew­nie­nie nad wła­sną nie­dolą. Wstał, za­bie­ra­jąc z sobą jedną szklankę. W za­gra­co­nej sa­lonce le­d­wie się było można po­ru­szać. W do­datku wa­gon ko­ły­sał tak, że Guy z tru­dem utrzy­my­wał się na no­gach.

Bruno wciąż nie spusz­czał z niego wzroku. Za­ło­żyw­szy nogę na nogę, ki­wał sta­ro­świec­kim pół­bu­tem i co chwila strzą­sał po­piół z pa­pie­rosa na ta­lerz. Nie­do­je­dzony, ró­żowy w środku rumsz­tyk zni­kał stop­niowo pod war­stwą po­piołu. Guy po­dej­rze­wał, że Bruno od­nosi się do niego mniej przy­jaź­nie, od­kąd po­wie­dział mu, że jest żo­naty. Z więk­szym za to za­cie­ka­wie­niem.

- Co pań­ska żona za­wi­niła? Pusz­czała się z każ­dym, kto się zda­rzył?

Bez­po­śred­niość Bruna jed­nak go zi­ry­to­wała.

- Nie. Zresztą to już czas prze­szły.

- Ale jest pan wciąż jesz­cze jej mę­żem. Nie mógł się pan wcze­śniej roz­wieść?

Guy za­wsty­dził się na­gle.

- Nie za­le­żało mi na roz­wo­dzie.

- A te­raz?

- Te­raz ona chce się roz­wieść. Po­dobno spo­dziewa się dziecka.

- Aha! Ry­chło w czas zde­cy­do­wała się na roz­wód. Przez trzy lata uży­wała na prawo i lewo, aż wresz­cie ktoś po­łknął ha­czyk.

Do­kład­nie tak mu­siało to wy­glą­dać, a te­raz na dziecko pró­buje zła­pać dru­giego męża. Skąd Bruno to wie? Praw­do­po­dob­nie nie­miłe do­świad­cze­nia z ja­kąś ko­bietą. Guy od­wró­cił się do okna. Nie zo­ba­czył nic prócz wła­snego od­bi­cia. Serce wa­liło mu w piersi i dy­go­tał cały nie tylko od wi­bra­cji wa­gonu.

"Może - my­ślał - serce tłu­cze się w nim tak dla­tego, że ni­gdy do­tych­czas ni­komu nie po­wie­dział tak wiele o Mi­riam". Na­wet An­nie nie zwie­rzył się z tego wszyst­kiego, co Bruno wie już te­raz. Ale i on nie wie, że Mi­riam nie­gdyś była inna - miła, lo­jalna i bar­dzo sa­motna, że Guy był jej ogrom­nie po­trzebny, bo dzięki niemu mo­gła się wy­rwać z domu. Ju­tro zo­ba­czy Mi­riam, wy­star­czy, że wy­cią­gnie rękę i bę­dzie mógł jej do­tknąć. Ale myśl o do­tknię­ciu tego zbyt pulch­nego ciała, które kie­dyś ko­chał, była dla niego nie do znie­sie­nia. Wró­ciło po­czu­cie klę­ski i bez­rad­no­ści.

- Dla­czego pań­skie mał­żeń­stwo źle się uło­żyło? - spy­tał Bruno ła­god­nie, tuż koło jego ucha. - Je­stem na­prawdę cie­kawy przez przy­jaźń dla pana. Ile ona miała lat, kiedy za pana wy­szła?

- Osiem­na­ście.

- I od razu za­częła pana zdra­dzać?

Guy ob­ró­cił się z na­my­słem, jakby za­mie­rzał bro­nić swo­jej żony.

- Czy pan uważa, że ko­biety ni­czym in­nym się nie zaj­mują?

- Ale zdra­dzała pana?

Guy od­wró­cił twarz, zi­ry­to­wany i jed­no­cze­śnie za­fa­scy­no­wany do­myśl­no­ścią Bruna.

- Tak. - Krót­kie słowo za­brzmiało w jego wła­snych uszach od­ra­ża­jąco.

- Znam ten typ ru­dych dziew­czyn z Po­łu­dnia - oznaj­mił Bruno, dzio­biąc wi­del­cem szar­lotkę.

Guy znów uświa­do­mił so­bie, że wsty­dzi się strasz­li­wie i naj­zu­peł­niej nie­po­trzeb­nie. Nie­po­trzeb­nie, bo nic z tego, co zro­biła lub po­wie­działa Mi­riam, nie mo­głoby za­sko­czyć lub obu­rzyć Bruna. Wy­raź­nie nic go nie dzi­wiło, cu­dze wy­stępki za­ostrzały tylko jego za­in­te­re­so­wa­nie. Bruno pa­trzył w swój ta­lerz z wy­ra­zem nie­śmia­łej we­so­ło­ści.

- Mał­żeń­stwo! - wes­tchnął.

W pod­świa­do­mo­ści Guya rów­nież tkwiło to na­trętne słowo: "mał­żeń­stwo". Dla niego miało ono wy­dźwięk uro­czy­sty, zda­wało się tak samo z na­tury swej do­stojne jak po­ję­cia: "świę­tość", "mi­łość", "grzech". Ko­ja­rzyły się z nim pełne, ce­gla­ste wargi Mi­riam, gdy mó­wiła: "Po cóż mia­ła­bym się spe­cjal­nie wy­si­lać dla cie­bie?", z oczyma Anny, gdy sa­dząc przed do­mem kro­kusy, pod­no­siła ku niemu głowę i od­gar­niała włosy z czoła. I znowu z Mi­riam, z jej ide­al­nie okrą­głą, usianą drob­nymi pie­gami twa­rzą, z ge­stem, ja­kim od­wró­ciła się wtedy od wą­skiego, wy­so­kiego okna w ich chi­ca­gow­skim miesz­ka­niu, by spoj­rzeć mu pro­sto w twarz, jak za­wsze, kiedy miała skła­mać; wresz­cie z ciemną wy­dłu­żoną głową Steve'a i jego bez­czel­nym uśmie­chem. Wspo­mnie­nia ci­snęły się te­raz tak na­tręt­nie, że Guy miał ochotę wy­cią­gnąć rękę, żeby je ode­pchnąć. Ten po­kój w Chi­cago, gdzie ro­ze­grała się de­cy­du­jąca scena... Czuł jego za­pach, per­fumy Mi­riam, cie­pło pro­mie­niu­jące od ma­lo­wa­nych ka­lo­ry­fe­rów. Po raz pierw­szy od paru lat stał bier­nie wpa­trzony w wi­zję jej twa­rzy, nie pró­bu­jąc jej od­da­lić, by znów stała się nie­wy­raźną ró­żową plamą. Co bę­dzie, je­śli podda się tej fali wspo­mnień? Czy to go zmo­bi­li­zuje przed spo­tka­niem z Mi­riam, czy też osłabi jego opór?

- Se­rio py­tam, co się wła­ści­wie stało. - Głos Bruna do­cho­dził jakby z bar­dzo da­leka. - Chyba może mi pan po­wie­dzieć? Mnie to na­prawdę in­te­re­suje.

Co się stało? Zja­wił się Steve. Się­ga­jąc po szklankę, Guy znów wró­cił wspo­mnie­niami do tam­tego po­po­łu­dnia w Chi­cago. Ob­raz w ra­mie otwar­tych drzwi po­dobny do czarno-bia­łej fo­to­gra­fii. To po­po­łu­dnie, kiedy ich za­sko­czył, w miesz­ka­niu, nie­po­dobne do in­nych po­po­łu­dni, miało swój wła­sny ko­lo­ryt, smak, dźwięk, cały swój wła­sny świat, niby ja­kieś prze­ra­ża­jące dziełko sztuki. Jak hi­sto­ryczna data nie­zmien­nie tkwiło w nur­cie czasu. A może, prze­ciw­nie, po­su­wało się z nim ra­zem, tak że Guy ni­gdy nie mógł się od niego uwol­nić? W tej chwili prze­cież stoi mu przed oczyma, nie mniej wy­raźne niż ota­cza­jąca go rze­czy­wi­stość. Co gor­sza, kusi go, żeby opo­wie­dzieć wszystko Bru­nowi, nie­zna­jo­memu z po­ciągu, czło­wie­kowi, który go­tów jest wy­słu­chać tej hi­sto­rii ze współ­czu­ciem i ju­tro o niej za­po­mnieć. Nie jest to jed­nak zwy­kły nie­zna­jomy z po­ciągu. To młody czło­wiek do­sta­tecz­nie okrutny i ze­psuty, żeby zro­zu­mieć hi­sto­rię jego pierw­szej mi­ło­ści. Steve był tylko przy­pad­kowo od­kry­tym wy­ja­śnie­niem wielu wcze­śniej­szych po­dej­rza­nych zda­rzeń, wcale nie pierw­szym part­ne­rem, z któ­rym Mi­riam go zdra­dziła. Ale po raz pierw­szy tego po­po­łu­dnia duma dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niego męża zo­stała tak jaw­nie zra­niona. Ty­siące razy sa­mot­nie prze­ży­wał w pa­mięci tę ty­pową hi­sto­rię wia­ro­łom­stwa, tak głu­pią, a mimo to dra­ma­tyczną; tro­chę też śmieszną przez to, że tak głu­pią.

- Za wiele spo­dzie­wa­łem się po niej, bez żad­nego wła­ści­wie uza­sad­nie­nia - po­wie­dział, si­ląc się na lekki ton. - Lu­biła być ad­o­ro­wana. My­ślę, że bę­dzie do końca ży­cia flir­to­wała, nie­za­leż­nie od tego, kto zo­sta­nie jej part­ne­rem.

- Znam ten typ wiecz­nej pen­sjo­narki! - Bruno mach­nął ręką. - Nie umie na­wet uda­wać, że na­leży do jed­nego męż­czy­zny.

Guy spoj­rzał na niego. Tym ra­zem Bruno się my­lił, Mi­riam przez pe­wien czas na­le­żała.

W tej chwili zre­zy­gno­wał ze zwie­rze­nia się Bru­nowi z ca­łej swo­jej hi­sto­rii, za­wsty­dzony, że już tak dużo mu po­wie­dział. Bruno zresztą już nie na­le­gał, jakby prze­stał in­te­re­so­wać się tą sprawą. Zgar­biony nad ta­le­rzem, za­pałką ry­so­wał w gę­stym so­sie ja­kieś esy-flo­resy. Z pro­filu jego usta, z opusz­czo­nymi w dół ką­ci­kami, za­pad­nięte po­mię­dzy no­sem a brodą, wy­glą­dały jak usta starca. Zda­wało się, że wy­ra­żają po­gardę dla wszyst­kich ludz­kich hi­sto­rii, nie­war­tych uwagi.

- Ta­kie ko­biety przy­cią­gają męż­czyzn jak śmiet­nik mu­chy - wy­beł­ko­tał.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki