Znajomi z Los Angeles - Jackie Collins

-
Proszę czekać

Część pierw­szaWŁADZA

Zbliżała się północ, gdy przed za­mkniętą księgar­nią przy Far­mer's Mar­ket w Fa­ir­fax za­trzy­mał się lśniący, błękit­ny mer­ce­des. Kie­row­ca w czar­nej li­be­rii, w czar­nych skórza­nych ręka­wicz­kach i ciem­nych oku­la­rach wy­siadł i ro­zej­rzał się wokół.

Siedząca w za­par­ko­wa­nym nie­opo­dal che­vro­le­cie ca­ma­ro ładna dziew­czy­na szyb­ko pożegnała się z przy­ja­ciółką, z którą roz­ma­wiała przez te­le­fon komórko­wy. Wy­siadła z sa­mo­cho­du, za­my­kając za sobą drzwi.

- Cześć - po­wie­działa, zbliżając się do oso­bli­wie wyglądającego kie­row­cy. - Je­stem Kim­ber­ly. Czy przy­je­chałeś w imie­niu pana X?

Skinął głową i otwo­rzył tyl­ne drzwi.

Kie­dy wsiadła, za­trzasnął je i zajął miej­sce z przo­du.

- Pan X życzy so­bie, żebyś założyła opaskę na oczy - po­wie­dział, nie od­wra­cając się. - Leży obok na sie­dze­niu.

"Okay - pomyślała Kim­ber­ly. - Jakiś zakręcony gość. Ale to prze­cież nic no­we­go".

Kim­ber­ly (właści­wie Mary Ann Jo­nes, nie­gdyś miesz­kan­ka De­tro­it) od osiem­na­stu mie­sięcy pra­co­wała w Hol­ly­wo­od jako call girl i zdążyła już wie­le zo­ba­czyć. Miękka, ak­sa­mit­na opa­ska na tyl­nym sie­dze­niu li­mu­zy­ny była w isto­cie ni­czym w porówna­niu z in­ny­mi rze­cza­mi, o które ją pro­szo­no.

Założyła opaskę i roz­siadła się wy­god­nie, nie­omal za­sy­piając w pędzącej do miej­sca prze­zna­cze­nia li­mu­zy­nie.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach sa­mochód zwol­nił i Kim­ber­ly usłyszała zgrzyt otwie­ra­nej bra­my.

- Czy mogę już zdjąć opaskę? - spy­tała, po­chy­lając się do przo­du.

- Po­cze­kaj jesz­cze - od­parł kie­row­ca.

Chwilę później li­mu­zy­na za­trzy­mała się. Kim­ber­ly po­pra­wiła su­kienkę - skąpy ciu­szek zna­ne­go pro­jek­tan­ta, który kupiła na wy­prze­daży u Bar­neya. Potrząsnęła ja­sny­mi, kędzie­rza­wy­mi włosa­mi.

Kie­row­ca otwo­rzył drzwi.

- Wy­sia­daj - rzu­cił.

Już bez py­ta­nia zdjęła z oczu opaskę i ru­szyła za nim w stronę wejścia do wiel­kie­go domu. Mężczy­zna otwo­rzył za­mknięte na klucz drzwi i wpro­wa­dził ją do ciem­ne­go holu.

- Jezu! - wy­rwało się Kim­ber­ly, gdy ukrad­kiem spoj­rzała na wiszący nad nimi ogrom­ny żyran­dol. - Nie chciałabym zna­leźć się pod czymś ta­kim w cza­sie trzęsie­nia zie­mi!

- To pie­niądze dla cie­bie - po­wie­dział kie­row­ca, wręczając jej pękatą ko­pertę.

Wzięła ją i scho­wała do brązo­wej to­reb­ki na ramię - ory­gi­nal­ne­go mo­de­lu Co­ach, który kupiła tego sa­me­go dnia w Cen­tu­ry City.

- Gdzie jest pan X? - spy­tała. - W sy­pial­ni?

- Nie - od­parł mężczy­zna. - Na zewnątrz.

- Nie ma spra­wy - po­wie­działa, wy­pi­nając dum­nie biust o roz­mia­rze 90 C, po­pra­wio­ny za­raz po przy­jeździe do Hol­ly­wo­od, gdzie zja­wiła się jako zwy­ciężczy­ni kon­kur­su piękności w ro­dzin­nym mieście.

- Nie ma spra­wy - prze­drzeźniał ją mężczy­zna, uj­mując pod ramię.

Ra­zem prze­szli przez ele­ganc­ki, bo­ga­to urządzo­ny sa­lon w stronę oszklo­nych drzwi. Tamtędy wy­szli nad nieoświe­tlo­ny ba­sen.

Mężczy­zna trzy­mał ją bar­dzo moc­no - jej zda­niem na­wet zbyt moc­no. Jak śmie ją prze­drzeźniać, pomyślała. I gdzie, do diabła, jest pan X? Chciała z tym jak naj­szyb­ciej skończyć, by wrócić do domu i do chłopa­ka, z którym miesz­kała - byłego mo­de­la i ak­to­ra ostrych filmów por­no, o mięśniach jak ze sta­li.

- Pan X chciałby wie­dzieć, czy umiesz pływać - spy­tał kie­row­ca, za­trzy­mując się nad brze­giem ba­se­nu.

- Nie - od­parła, za­sta­na­wiając się, dla­cze­go nie za­pa­lo­no świa­teł. Wokół pa­no­wały bo­wiem głębo­kie ciem­ności. - Za­mie­rzam jed­nak wziąć parę lek­cji.

- To le­piej weź je od razu - mruknął mężczy­zna. Za­nim zdążyła się zo­rien­to­wać, co się dzie­je, we­pchnął ją gwałtow­nie do głębo­kiej wody.

Opadła na dno, by po paru se­kun­dach wy­nu­rzyć się, krztusząc się i dławiąc. Gwałtow­nie wy­ma­chi­wała rękami.

- Ra­tun­ku! - Spa­zma­tycz­nie usiłowała złapać po­wie­trze. - Mówiłam, że... nie... umiem... pływać...

Kie­row­ca stał obnażony nad brze­giem, ostro pra­cując prawą ręką.

- Na po­moc! - wrzasnęła Kim­ber­ly, walcząc roz­pacz­li­wie, za­nim po raz dru­gi za­padła się pod wodę.

Mężczy­zna da­lej robił swo­je, szczy­tując nad głową dziew­czy­ny w chwi­li, gdy po­now­nie się wy­nu­rzyła.

- Zwa­rio­wałeś! - krzyknęła i po raz trze­ci poszła na dno.

Po­tem była już tyl­ko ciem­ność.

ROK PÓŹNIEJRoz­dział 1

Ma­di­son Ca­stel­li nie prze­pa­dała za pi­sa­niem ar­ty­kułów o Hol­ly­wo­od. Nie prze­ma­wiał do niej styl życia bo­ga­tych de­ka­dentów - dla­te­go też jej na­czel­ny, Vic­tor Si­mons, uznał, że jest właściwą osobą do wy­ko­na­nia tego zle­ce­nia.

- Nie in­te­re­sują cię bzdu­ry ro­dem z Hol­ly­wo­od - po­wie­dział. - Nie po­trze­bu­jesz ni­cze­go od tej tak zwa­nej eli­ty władzy. I dla­te­go właśnie je­steś ide­alną kan­dy­datką do opi­sa­nia hi­sto­rii Pana Wszech­moc­ne­go, Fred­die­go Le­ona. A poza tym je­steś piękną ko­bietą, więc na pew­no zwróci na cie­bie uwagę.

"Już to widzę - pomyślała Ma­di­son po­nu­ro, wsia­dając na pokład sa­mo­lo­tu Ame­ri­can Air­li­nes lecącego do Los An­ge­les. - Je­stem taka piękna, że trzy mie­siące temu Da­vid, mój uko­cha­ny, z którym miesz­kałam od dwóch lat, wy­szedł po pa­pie­ro­sy i już nie wrócił".

Jak tchórz zo­sta­wił jej liścik, w którym oświad­czył, że nie jest go­to­wy na po­dej­mo­wa­nie życio­wych zo­bo­wiązań i nig­dy nie po­tra­fiłby dać jej szczęścia. Pięć ty­go­dni później do­wie­działa się, że ożenił się ze swoją uko­chaną z dzie­ciństwa - bez­barwną blon­dynką z wiel­kim biu­stem i poważną wadą zgry­zu.

To tyle, jeśli cho­dzi o uni­ka­nie zo­bo­wiązań.

Ma­di­son miała dwa­dzieścia dzie­więć lat i była nie­zwy­kle atrak­cyjną ko­bietą, choć ukry­wała swą urodę, nosząc pro­ste, prak­tycz­ne ubra­nia i nie­mal całko­wi­cie re­zy­gnując z ma­ki­jażu. Jed­nak mimo tych wysiłków nic nie mogło ukryć mig­dałowych oczu, ostro za­ry­so­wa­nych kości po­licz­ko­wych, zmysłowych ust, gład­kiej oliw­ko­wej cery i czar­nych włosów, które najczęściej związywała w pro­sty koński ogon. Wszyst­ko to uzu­pełniała smukła, mierząca 170 cen­ty­metrów syl­wet­ka o pełnych pier­siach i szczupłej ta­lii oraz długie nogi tan­cer­ki.

Ma­di­son wca­le nie uważała sie­bie za piękność. Ideałem uro­dy ko­bie­cej była dla niej mat­ka, Stel­la - posągowa blon­dyn­ka, której roz­ma­rzo­ne oczy i drżące war­gi u wie­lu osób przy­woływały sko­ja­rze­nia z Ma­ri­lyn Mon­roe.

Ma­di­son odzie­dzi­czyła urodę po ojcu, Mi­cha­elu - naj­przy­stoj­niej­szym pięćdzie­sięcioośmio­lat­ku w Con­nec­ti­cut. Od nie­go też otrzy­mała w ge­ne­tycz­nym spad­ku zde­cy­do­wa­nie w dążeniu do celu i nie­od­par­ty urok - dwie god­ne po­dzi­wu ce­chy, które na pew­no nie sta­no­wiły prze­szko­dy na dro­dze do suk­ce­su i ka­rie­ry sza­no­wa­nej au­tor­ki wni­kli­wych por­tretów lu­dzi bo­ga­tych, potężnych oraz tych, którzy nie za­wsze cie­szy­li się naj­lepszą sławą.

Ma­di­son uwiel­biała swoją pracę - do­cie­ra­nie do źródeł i odsłania­nie skrzętnie skry­wa­nych ta­jem­nic osób pu­blicz­nych. Jej ulu­bio­ny­mi rozmówca­mi byli po­li­ty­cy i oszałamiająco bo­ga­ci li­de­rzy biz­ne­su. Gwiaz­dy fil­mo­we, po­pu­lar­ne oso­bi­stości ze świa­ta spor­tu i gru­be ryby z Hol­ly­wo­od zaj­mo­wały na jej liście bar­dzo ni­skie po­zy­cje. Ma­di­son nie uważała sie­bie wca­le za bez­li­tosną i go­tową na wszyst­ko dzien­ni­karkę. Pisała jed­nak z doj­mującą szcze­rością, która cza­sa­mi de­ner­wo­wała oso­by będące bo­ha­te­ra­mi jej ar­ty­kułów, gdyż za­zwy­czaj tkwiły one w bez­piecz­nych ko­ko­nach utka­nych przez tro­skli­wych opie­kunów spod zna­ku pu­blic re­la­tions.

Jeśli nie byli za­do­wo­le­ni, to już ich pro­blem; Ma­di­son pisała tyl­ko prawdę i całą prawdę.

Sa­do­wiąc się wy­god­nie przy oknie w fo­te­lu pierw­szej kla­sy, ro­zej­rzała się po wnętrzu sa­mo­lo­tu. Do­strzegła od razu Bo De­aco­na, do­brze zna­ne­go go­spo­da­rza pro­gramów te­le­wi­zyj­nych o równie do­brze zna­nym zamiłowa­niu do nar­ko­tyków. Nie wyglądał naj­le­piej - miał na­brzmiałą twarz i lek­ko ob­wisłą szczękę. Nadal jed­nak ożywiał się, gdy w ruch szły ka­me­ry i roz­po­czy­nał się jego nada­wa­ny późnym wie­czo­rem po­pu­lar­ny talk-show.

Ma­di­son miała na­dzieję, że miej­sce obok niej po­zo­sta­nie wol­ne - nie­ste­ty, stało się in­a­czej. W ostat­niej chwi­li dwaj oszołomie­ni swą rolą przed­sta­wi­cie­le li­nii lot­ni­czych wpro­wa­dzi­li na pokład - nie­mal za­nosząc ją na miej­sce - biuściastą blon­dynkę w ku­sej czar­nej skórza­nej su­kien­ce. Ma­di­son roz­po­znała w niej Sal­li T. Tur­ner, obecną ulu­bie­nicę pra­sy bul­wa­ro­wej. Sal­li była gwiazdą se­ria­lu Te­ach!, którego półgo­dzin­ne od­cin­ki po­ja­wiały się raz w ty­go­dniu na ekra­nach te­le­wi­zorów. Grała w nim rolę uro­dzi­wej in­struk­tor­ki pływa­nia, która co ty­dzień od­wie­dza inną wspa­niałą re­zy­dencję - wywołując swoją osobą wiel­kie za­mie­sza­nie i przy oka­zji ra­tując komuś życie. Cały zaś czas ma na so­bie skąpy, ob­cisły, jed­noczęścio­wy ko­stium kąpie­lo­wy, którego głównym za­da­niem jest pod­kreśla­nie jej na­pom­po­wa­nych pier­si, pięćdzie­sięcio­cen­ty­me­tro­wej ta­lii i nie­kończących się nóg.

- O, Jezu! - wy­krzyknęła Sal­li, opa­dając na fo­tel. - W ostat­niej chwi­li!

- Wszyst­ko w porządku, pan­no Tur­ner? - za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny przed­sta­wi­ciel li­nii lot­ni­czych nu­mer je­den.

- Co mogę pani podać? - spy­tał przed­sta­wi­ciel nu­mer dwa.

Obaj mężczyźni jak za­hip­no­ty­zo­wa­ni wpa­try­wa­li się w buj­ny de­kolt Sal­li, jak­by nig­dy przed­tem nie wi­dzie­li cze­goś równie ponętne­go.

"I praw­do­po­dob­nie nie wi­dzie­li" - pomyślała Ma­di­son.

- Wszyst­ko jest cacy, chłopcy - po­wie­działa Sal­li, ob­da­rzając ich pro­mien­nym uśmie­chem. - Mój mąż będzie na mnie cze­kał w Los An­ge­les. Gdy­bym się spóźniła na sa­mo­lot, wściekłby się jak cho­le­ra!

- W to nie wątpię - od­parł przed­sta­wi­ciel nu­mer je­den, nie od­ry­wając ani na chwilę wzro­ku od de­kol­tu.

- Ja również - zgo­dził się z nim nu­mer dwa.

Ma­di­son pogrążyła się w lek­tu­rze "New­swe­eka". Ostat­nią rzeczą, ja­kiej po­trze­bo­wała, była roz­mo­wa z tą pustą la­lu­nią. Jak przez mgłę usłyszała jesz­cze głos ste­war­de­sy proszącej mężczyzn, by opuścili pokład i umożli­wi­li przy­go­to­wa­nia do star­tu. Chwilę po­tem wiel­ka ma­szy­na zaczęła po­wo­li to­czyć się po pa­sie.

Na­gle, bez uprze­dze­nia, Sal­li chwy­ciła Ma­di­son za ramię, nie­omal wytrącając jej z ręki ty­go­dnik.

- Nie cier­pię latać! - pisnęła, mru­gając gwałtow­nie błękit­ny­mi ocza­mi. - Choć nie, nie tyle boję się la­ta­nia, ile ka­ta­stro­fy.

Ma­di­son de­li­kat­nie, ale sta­now­czo zdjęła jej zaciśnięte pal­ce ze swe­go ra­mie­nia.

- Proszę za­mknąć oczy, ode­tchnąć głęboko i li­czyć po­wo­li do stu - po­ra­dziła. - Po­wiem pani, gdy będzie­my już w po­wie­trzu.

- O Jezu, dzięki - po­wie­działa Sal­li z wdzięcznością. - Coś ta­kie­go nig­dy nie przyszło mi do głowy.

Ma­di­son zmarsz­czyła brwi. To będzie długi lot. Że też nie mogła tra­fić na kogoś bar­dziej in­te­re­sującego!

Złożyła ty­go­dnik i wyj­rzała przez okno. Sa­mo­lot właśnie star­to­wał. W prze­ci­wieństwie do Sal­li uwiel­biała latać. Nagłe na­bie­ra­nie prędkości, ożywiające po­czu­cie pod­nie­ce­nia, gdy koła unoszą się nad zie­mię, po­wol­ne osiąga­nie pełnej wy­so­kości - to za­wsze przy­pra­wiało ją o szyb­sze bi­cie ser­ca, mimo że spo­ro latała.

Sal­li sie­działa obok niej w mil­cze­niu, z moc­no zaciśniętymi po­wie­ka­mi. Z ru­chu warg było widać, że pra­co­wi­cie li­czy do stu. Kie­dy otwo­rzyła oczy, byli już w po­wie­trzu.

- O, cho­le­ra ja­sna, działa! - wy­krzyknęła, od­wra­cając się do Ma­di­son. - Je­steś nie­sa­mo­wi­ta!

- Nic z tych rze­czy - mruknęła ci­cho Ma­di­son.

- Ależ tak - nie dawała za wy­graną Sal­li. - Two­ja rada cud­nie się spraw­dziła!

- Cieszę się - od­parła Ma­di­son, pragnąc gorąco, by Pan­na Ob­cisły Ko­stium (wi­działa je­den od­ci­nek se­ria­lu - bzdu­ra rzad­kie­go ga­tun­ku) sie­działa z za­mkniętymi ocza­mi przez cały lot.

Ra­tu­nek nad­ciągnął w oso­bie Bo De­aco­na, który pod­szedł do nich spo­koj­nym kro­kiem ze szkla­neczką whi­sky w ręce.

- Sal­li, ko­cha­nie! - wy­krzyknął. - Wyglądasz słodko jak cu­kie­re­czek.

- O, wi­taj, Bo - rzu­ciła Sal­li za­lot­nie. - Też le­cisz tym sa­mo­lo­tem?

"Mądre py­ta­nie - pomyślała Ma­di­son z go­ryczą. - Jakże miło podróżuje się w to­wa­rzy­stwie in­te­lek­tu­alistów".

- Tak, skar­bie. Siedzę tam - po­wie­dział, wska­zując ręką prze­ciw­legły rząd fo­te­li. - Obok ja­kie­goś sta­re­go pudła. Może prze­ko­na­my ją, żeby za­mie­niła się z tobą miej­scem?

Sal­li za­mru­gała długi­mi, sztucz­ny­mi rzęsami.

- A jak się mie­wają two­je wy­ni­ki oglądal­ności? - spy­tała, jak­by to miało wpłynąć na jej de­cyzję o za­mia­nie fo­te­la.

- Nie tak wspa­nia­le jak two­je, ma­lut­ka - spoj­rzał na nią z uko­sa. - To co, pójdę i po­proszę to bab­sko, żeby się prze­niosło.

- Tu­taj jest mi całkiem do­brze.

- Nie bądź głupia. Po­win­niśmy sie­dzieć ra­zem. Będzie­my mo­gli spo­koj­nie po­roz­ma­wiać o two­im następnym występie w moim pro­gra­mie. Ostat­ni raz, gdy się po­ja­wiłaś, mie­liśmy lepszą oglądal­ność od Ho­war­da.

Sal­li za­chi­cho­tała, za­do­wo­lo­na z kom­ple­men­tu.

- Wystąpiłam u Ho­war­da w pro­gra­mie E! nada­wa­nym przez kablówkę w No­wym Jor­ku - po­wie­działa, ob­li­zując małym, różowym języcz­kiem lep­kie war­gi. - Jest ta­aaki nie­grzecz­ny, ale tak przy tym słodki.

- Je­steś pierwszą ko­bietą, która na­zwała Ho­war­da Ster­na słod­kim - po­wie­dział Bo, potrząsając głową.

- Bo to praw­da. Jest taki duży i nie­zgrab­ny i za­wsze opo­wia­da o swo­im fiut­ku. Po­dej­rze­wam, że ma się czym po­chwa­lić.

Ma­di­son uświa­do­miła so­bie na­gle, że sie­dzi obok uoso­bienia banału - od­wiecz­nej hol­ly­wo­odz­kiej blon­dyn­ki. Jeśli zre­la­cjo­no­wałaby tę wy­mianę zdań swo­im przy­ja­ciołom w No­wym Jor­ku, na pew­no by jej nie uwie­rzy­li.

- Mam pro­po­zycję. - Ma­di­son po­chy­liła się do przo­du i zwróciła bez­pośred­nio do Bo. - Jeśli to w czymś pomoże, chętnie za­mie­nię się z pa­nem na miej­sca.

Bo do­pie­ro te­raz ją za­uważył.

- To bar­dzo miłe z pani stro­ny, mała damo - od­parł to­nem, który dawał wyraźnie do zro­zu­mie­nia: "Je­stem gwiazdą, ale po­tra­fię być miły dla ma­lucz­kich".

"Mała damo? Czy on się zgry­wa?".

- Pod jed­nym wa­run­kiem - wtrąciła Sal­li.

- O co cho­dzi, skar­bie? - spy­tał Bo.

- Muszę sie­dzieć obok tej pani, kie­dy będzie­my lądować. Jest wspa­niała. Dzięki niej wy­trzy­małam start. Ma chy­ba w so­bie jakąś ma­giczną moc, jak ci in­diańscy cza­row­ni­cy.

Bo uniósł w górę brwi.

- Na­prawdę? - spy­tał, przyglądając się bacz­niej Ma­di­son. - Je­steś jedną z tych ko­biet ob­da­rzo­nych mocą, ko­cha­nie? Może to ty po­win­naś wystąpić w moim pro­gra­mie?

- Dziękuję za pro­po­zycję, pa­nie De­acon - od­parła chłodno Ma­di­son. "Coś mi jed­nak mówi, że po­wi­nien się pan trzy­mać szym­pan­sa Maxa".

Bo mrugnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

- Oglądasz więc mój pro­gram?

"Kie­dy nie mogę zasnąć" - chciała od­po­wie­dzieć. "Kie­dy obej­rzałam już wszyst­kie sta­re fil­my, kie­dy po­wta­rzają pro­gra­my Let­ter­ma­na i Leno, a ja już na­prawdę nie wiem, co robić".

- Cza­sa­mi - od­parła z miłym uśmie­chem. Ze­brała swo­je rze­czy i prze­niosła się na miej­sce zaj­mo­wa­ne wcześniej przez Bo.

Ko­bie­ta, którą opi­sał jako "sta­re pudło", była atrak­cyjną biz­ne­swo­man po czter­dzie­st­ce, stu­kającą pra­co­wi­cie w kla­wia­turę lap­to­pa.

- Wi­tam - po­wie­działa Ma­di­son. - Za­mie­niłam się na miej­sca z pa­nem De­aco­nem. Nie ma pani nic prze­ciw­ko temu?

Ko­bie­ta pod­niosła wzrok.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie - od­rzekła. - Już się bałam, że będę mu­siała z nim roz­ma­wiać.

Roześmiały się obie.

Ma­di­son uśmiechnęła się za­do­wo­lo­na. Ta to­wa­rzysz­ka podróży od­po­wia­dała jej o wie­le bar­dziej.

Roz­dział 2

- Gówno mnie to ob­cho­dzi - wy­ce­dził Fred­die Leon, wpa­trując się zim­nym wzro­kiem w ni­skie­go, bro­da­te­go mężczyznę, który sie­dział nie­pew­nie w bie­der­me­ie­row­skim fo­te­lu po dru­giej stro­nie wiel­kie­go biur­ka ze sta­li i szkła.

- Po­wta­rzam ci - po­wie­dział lek­ko zde­ner­wo­wa­ny mężczy­zna - ta suka tego nie zro­bi.

- Posłuchaj - od­parł Fred­die. - Jeśli ja mówię, że zro­bi, to tak będzie.

- To le­piej z nią po­roz­ma­wiaj.

- Taki mam za­miar.

- I to szyb­ko.

- Nie na­ci­skaj, Sam.

Z za­cho­wa­nia Fred­die­go wionęło lo­dem. Nie lubił, by udzie­la­no mu rad. Nie zo­stał prze­cież naj­potężniej­szym agen­tem w Hol­ly­wo­od dzięki wysłuchi­wa­niu in­nych lu­dzi, a już na pew­no nie ta­kich jak Sam Low­ski, przygłupia­sty me­nedżer, którego wyłącznym po­wo­dem do chlu­by była jed­na ważna klient­ka - Lu­cin­da Ben­nett, wiel­ka diwa, wiel­ka zołza i wiel­ki ta­lent.

Fred­die Leon był czter­dzie­sto­sześcio­let­nim mężczyzną o twa­rzy po­ke­rzy­sty. Miał re­gu­lar­ne rysy, pro­ste brązowe włosy, tego sa­me­go ko­lo­ru oczy i za­wsze był gotów uśmiechnąć się do­bro­tli­wie. Uśmiech ten jed­nak nig­dy nie napełniał ciepłem jego oczu. Fred­die był sze­fem i współwłaści­cie­lem IAA - In­ter­na­tio­nal Ar­ti­sts Agen­cy - a z upływem lat za­pra­co­wał so­bie na przy­do­mek "Wąż", gdyż po­tra­fił zręcznie wkręcić się lub wykręcić z każdej umo­wy. Oczy­wiście nikt nig­dy nie odważył się na­zwać go "Wężem" w jego obec­ności. Raz zro­biła to jego żona Dia­na. Wte­dy - pierw­szy i ostat­ni raz - pod­niósł na nią rękę.

Sam wstał i zaczął zbie­rać się do wyjścia. Fred­die nie za­trzy­my­wał go, nie miał nic więcej do po­wie­dze­nia.

Kie­dy tyl­ko Sam za­mknął za sobą drzwi, Fred­die od­cze­kał parę se­kund, po czym pod­niósł słuchawkę te­le­fo­nu i wy­brał pry­wat­ny nu­mer Lu­cin­dy Ben­nett. Po chwi­li usłyszał jej za­spa­ny głos.

- Jak się mie­wa moja ulu­bio­na klient­ka? - spy­tał, wkładając w swój zim­ny, bez­barw­ny ton głosu cały urok, na jaki umiał się zdo­być.

- Śpi - od­parła Lu­cin­da zrzędli­wie.

- Sama?

Usłyszał fi­glar­ny śmiech.

- Nie two­ja spra­wa.

Fred­die odchrząknął.

- Słyszałem, że za­cho­wu­jesz się ostat­nio jak bar­dzo nie­grzecz­na dziew­czyn­ka.

- Nie trak­tuj mnie tak pro­tek­cjo­nal­nie, mój dro­gi - rzu­ciła Lu­cin­da za­spa­nym jesz­cze głosem. - Je­stem za sta­ra i zbyt bo­ga­ta, by wysłuchi­wać ta­kich bzdur.

- Źle mnie zro­zu­miałaś - od­parł Fred­die. - Przy­po­mi­nam ci je­dy­nie, że do­bre za­cho­wa­nie za­wsze w końcu popłaca.

- Po­dej­rze­wam, że miałeś wątpliwą przy­jem­ność wi­dzieć się z Sa­mem - po­wie­działa, a w to­nie jej głosu za­brzmiała wyraźnie po­gar­da dla me­nedżera.

- W rze­czy sa­mej. Po­in­for­mo­wał mnie, że chcesz wy­co­fać się z fil­mu z Ke­vi­nem Page'em.

- I ma ab­so­lutną rację.

Fred­die opa­no­wał zde­ner­wo­wa­nie. Za­cho­wy­wa­nie zim­nej krwi było nie­odłącznym ele­men­tem jego pro­fe­sji.

- Dla­cze­go miałabyś zro­bić coś ta­kie­go te­raz, gdy przy­go­to­wa­no już umowę, a ty masz do­stać dwa­naście mi­lionów do­larów? - spy­tał.

- Bo Ke­vin Page jest dla mnie za młody - rzu­ciła szorst­ko Lu­cin­da. - Nie mam ocho­ty wyglądać na ekra­nie jak sta­re bab­sko.

- Mówiliśmy już o tym trzy ty­go­dnie temu, Lu­cin­do. Masz za­gwa­ran­to­wa­ne w kontr­ak­cie, że za­an­gażują ope­ra­to­ra, którego sama wy­bie­rzesz. Będziesz mogła wyglądać na osiem­naście lat, jeśli tyl­ko ze­chcesz.

- Mam pra­wie czter­dziestkę, Fred­die - rzu­ciła. - Nie mam ocho­ty wyglądać na osiem­naście lat.

Wie­dział na pew­no, że Lu­cin­da li­czy co naj­mniej czter­dzieści pięć wio­sen.

- W porządku - po­wie­dział spo­koj­nie. - Dwa­dzieścia osiem, trzy­dzieści osiem, ile tyl­ko za­pra­gniesz. By­le­byś była za­do­wo­lo­na.

- Nie próbuj mnie ułago­dzić. Ke­vin Page jest prze­cież two­im klien­tem. Nakręcił dwa prze­bo­jo­we fil­my, a te­raz chcesz po­de­przeć jego ka­rierę, ob­sa­dzając go ra­zem ze mną.

- To nie­praw­da. Tu cho­dzi o cie­bie. Mu­sisz do­cie­rać do młod­szej pu­blicz­ności. Li­czy się de­mo­gra­fia - urwał na chwilę, po czym ciągnął da­lej. - Je­steś wielką gwiazdą, Lu­cin­do, żadna inna ak­tor­ka nie może się z tobą równać. Mu­sisz jed­nak zro­zu­mieć, że po zie­mi cho­dzi całe mnóstwo młodych lu­dzi, którzy nig­dy o to­bie nie słysze­li.

- Spa­daj, Fred­die - rzu­ciła wściekła. - Mogę robić to, na co mam tyl­ko ochotę.

- Nie - od­parł bar­dziej sta­now­czym to­nem. - Nie możesz. Zro­bisz to, co ci każę.

- A jeśli odmówię?

- Prze­stanę być two­im agen­tem.

- Fred­die, ko­cha­ny, cza­sa­mi od­noszę wrażenie, że ty nic nie ro­zu­miesz - po­wie­działa Lu­cin­da, a jej lo­do­wa­ty głos wwier­cał się ostro w jego ucho. - Agen­ci po­win­ni całować mnie po sto­pach, żeby tyl­ko móc re­pre­zen­to­wać moje in­te­re­sy.

- Jeśli tego właśnie pra­gniesz, Lu­cin­do.

- Może rze­czy­wiście. - W jej głosie za­brzmiało wy­zwa­nie.

- W ta­kim ra­zie daj mi znać, co po­sta­no­wiłaś - uciął, po czym wyłożył na stół swo­je­go asa atu­to­we­go. - A tak przy oka­zji, czy pamiętasz, jak daw­no temu pro­siłaś mnie, żebym od­zy­skał two­je wcze­sne zdjęcia zro­bio­ne przez two­jego pierw­sze­go męża? Pamiętasz na pew­no, że udało mi się je zdo­być.

- Tak.

- To dziw­ne - ce­dził po­wo­li. - Jakiś czas temu przeglądałem za­war­tość mo­je­go sej­fu i wygląda na to, że nadal je­stem w po­sia­da­niu ne­ga­tywów.

W jej pod­nie­sio­nym głosie dało się wyraźnie słyszeć pełne gnie­wu nie­do­wie­rza­nie.

- Fred­die, czyżbyś próbował mnie szan­tażować?

- Nie. Próbuję je­dy­nie nakłonić cię do pod­pi­sa­nia kon­trak­tu, który od po­nad ty­go­dnia leży na two­im biur­ku. Kon­trak­tu, który przy­nie­sie ci dwa­naście mi­lionów do­larów, da ci główną rolę u boku naj­po­pu­lar­niej­sze­go młode­go ak­to­ra w kra­ju i utrzy­ma cię na szczy­cie, czy­li tam, gdzie jest two­je miej­sce.

Urwał, po­zwa­lając jej prze­tra­wić to, co właśnie po­wie­dział.

- Prze­myśl to, Lu­cin­do, i skon­tak­tuj się ze mną jesz­cze przed końcem dnia.

Odłożył słuchawkę, za­nim zdążyła od­po­wie­dzieć.

Te ak­tor­ki! Mu­siały się prze­kotłować przez tyle łóżek w dro­dze na szczyt, że kie­dy już tam do­tarły, stać je było tyl­ko na stwa­rza­nie pro­blemów. Fred­die­mu Le­ono­wi nikt jed­nak nie będzie robił pro­blemów. Miał władzę i nie wahał się z niej ko­rzy­stać.