Znajdź w życiu sens - Emily Esfahani Smith

Reflow text when sidebars are open.
W czwartkowe i niedzielne wieczory grupa duchowych poszukiwaczy zbierała się w dużym pokoju mojego rodzinnego domu w centrum Montrealu, w którym rodzice prowadzili suficki dom modlitwy. Sufizm to szkoła mistyczna związana z islamem, moja rodzina zaś należała do zakonu Nimatullahi, który powstał w Iranie w czternastym wieku, a współcześnie posiada domy modlitwy na całym świecie. Dwa razy w tygodniu darwisze - czyli członkowie zakonu - zasiadali na podłodze, aby przez kilka godzin medytować. Z zamkniętymi oczami i brodami opuszczonymi na piersi powtarzali w myślach imię lub atrybut Boga, przy akompaniamencie tradycyjnej sufickiej muzyki z Iranu.
Dla dziecka życie w tradycyjnym sufickim domu modlitwy było magicznym doświadczeniem. Ściany naszego domu ozdabiały płaskorzeźby przedstawiające arabskie liternictwo wyrzeźbione z drewna przez mojego ojca. Nieustannie parzona herbata przesycała powietrze aromatem bergamotki. Po medytacji goście pili tę herbatę, podawaną przez moją mamę, z daktylami lub irańskimi słodyczami przygotowanymi z dodatkiem wody różanej, szafranu, kardamonu i miodu. Czasami to ja ją podawałam, ostrożnie niosąc tacę pełną szklanek, spodeczków i kostek cukru, a następnie klękając przed każdym darwiszem.
Nasi goście lubili zanurzać kostkę cukru w herbacie i wkładać ją do ust, aby potem przez nią pić. Chętnie śpiewali poezje średniowiecznych mędrców i świętych sufizmu. Takich jak na przykład Rumi: "Odkąd odcięto mnie od mego domu zarosłego trzciną, każda nuta, którą szepczę, każde niemal serce skłoniłaby do łkań". Albo Attar, który o duchowych poszukiwaczach pisał tak: "Skoro miłość ozwała się w twojej duszy, odrzuć Jaźń, ten wir wodny, w którym tonie nasze życie". Bardzo też lubili siedzieć w ciszy, po prostu spędzając wspólnie czas i w milczeniu kontemplując Boga.
Darwisze nazywają sufizm "ścieżką miłości". Ci, którzy na nią wkroczą, rozpoczynają podróż ku Bogu - Oblubieńcowi - który wzywa ich, by odrzucili własne ja, aby na każdym kroku wspominać Go i miłować. Miłowanie i wielbienie Boga jest dla sufich jednoznaczne z miłowaniem i wielbieniem całego stworzenia, a zatem i każdej istoty ludzkiej będącej jego częścią. Mohabbat - pełna miłości życzliwość - to centralny element ich praktyki. Kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu w Montrealu, sufi z całej Ameryki Północnej zjechali się do nas i mieszkali przez wiele dni, pomagając moim rodzicom w remoncie budynku z brunatnego piaskowca, w którym wcześniej mieściło się biuro prawnika, aby nadawał się do organizowania majli, czyli odbywających się dwa razy w tygodniu spotkań medytacyjnych. Kiedy pewnego dnia do naszych drzwi zapukał bezdomny szukający posiłku i miejsca do spania, został przywitany i zaproszony do środka. A kiedy mój ojciec zwrócił uwagę na szal, który nosił jeden z gości, ten natychmiast z przyjemnością mu go podarował (po tym zdarzeniu cała nasza rodzina wiedziała już, że należy zachować dużą ostrożność przy chwaleniu dobytku innych darwiszy).
Przy specjalnych okazjach, takich jak odwiedziny szejka czy inicjacja nowego darwisza, sufi z Kanady i Stanów Zjednoczonych mieszkali w naszym domu przez kilka dni, sypiając na cienkich poduszkach w pokoju medytacyjnym, w bibliotece - w zasadzie wszędzie, gdzie znalazło się trochę miejsca. W nocy często rozlegało się chrapanie, a w dzień do łazienki ustawiały się kolejki, ale najwyraźniej nikt się tym nie przejmował. Darwisze mieli w sobie mnóstwo radości i ciepła. Chociaż podczas tych weekendów spędzali wiele godzin na medytacjach, znajdowali też czas na granie tradycyjnej sufickiej muzyki na perskich instrumentach, takich jak bęben, zwany daf, czy strunowy tar, zawsze śpiewając przy tym sufickie poezje. Ja zaś siadywałam na wystrzępionym perskim dywanie i słuchałam, tak jak oni zanurzając w herbacie kostkę cukru - i próbując medytować, również tak jak oni.
Życiem sufich rządziły też formalne rytuały. Witali się słowami: Ya Haqq, "Prawda", i podawali sobie ręce w specjalny sposób, składając je w kształt serca, które potem całowali. Kiedy wchodzili do pokoju medytacyjnego lub go opuszczali, "całowali" podłogę, dotykając jej palcami, a następnie unosząc je do ust. Kiedy moja mama i inni sufi przygotowali irańskie posiłki, darwisze zasiadali wokół obrusa rozłożonego na podłodze. Ja pomagałam w układaniu nakryć, a potem wraz z rodzicami czekałam, aż goście usiądą i dopiero wtedy szukałam sobie miejsca. Sufi jedli w milczeniu. Z zasady nikt się nie odzywał, dopóki pierwszy nie przemówił szejk - było też zrozumiałe, że wszyscy powinni zakończyć jedzenie przed nim, aby nie musiał na nich czekać. (Chociaż często szejk sam posilał się powoli, aby żaden maruder nie musiał się wstydzić). Te rytuały służące skromności były ważne dla sufich, pomagając im w pokonywaniu własnego ja, które zgodnie z ich naukami jest przeszkodą dla miłości.
Taki tryb życia odpowiadał sufim, z których wielu przyjechało do Kanady i Stanów Zjednoczonych z Iranu i innych represyjnych społeczeństw. Niektórzy muzułmanie uważają sufich za mistyków i heretyków, i obecnie na Bliskim Wschodzie padają oni ofiarą ciężkich prześladowań. Jednak choć wielu znanych mi darwiszów miało trudne życie, zawsze z nadzieją patrzyli w przyszłość. Wymagająca praktyka duchowa - kładąca nacisk na wyrzeczenia, służbę i współczucie, przedkładane ponad własne korzyści, wygodę i przyjemność - uwznioślała ich. Sprawiała, że znajdowali w życiu sens.
Sufi, którzy medytowali w naszym domu, byli częścią długiej tradycji poszukiwaczy duchowości. Od zarania swoich dziejów ludzkość pragnęła się dowiedzieć, co sprawia, że warto żyć. Pierwsze wielkie dzieło literatury światowej - Epos o Gilgameszu sprzed 4 tysięcy lat - opowiada o bohaterze, który szukał odpowiedzi na pytanie, jak żyć ze świadomością, że umrze. Od czasu, gdy historia Gilgamesza została opowiedziana po raz pierwszy, minęły tysiące lat, lecz ta potrzeba nadal pozostaje paląca. Narodziny filozofii, religii, nauki, literatury, a nawet sztuki można przynajmniej częściowo wytłumaczyć jako próbę znalezienia odpowiedzi na dwa pytania: "Jaki jest sens naszej egzystencji?" i "Jak żyć, aby moje własne życie miało sens?".
Pierwsze pytanie dotyka kwestii najbardziej ważkich. Jak powstał wszechświat? Jaki jest sens ludzkiego życia i jego cel? Czy istnieje jakiś byt transcendentalny - istota boska czy święty duch - który nadaje znaczenie naszej egzystencji?
Drugie pytanie odnosi się do poszukiwania sensu we własnym codziennym bytowaniu. Jakimi wartościami powinienem się kierować? Jakie przedsięwzięcia, relacje i działania dadzą mi poczucie spełnienia? Jaką ścieżkę powinienem wybrać?
W przeszłości odpowiedzi na oba pytania udzielano poprzez wymiary religijne i duchowe. W większości tych tradycji sensem życia był i jest Bóg lub jakiś byt ostateczny, z którym poszukujący pragnie się zjednoczyć. Przestrzeganie kodeksu moralnego i uczestnictwo w praktykach, takich jak medytacja, posty czy działalność charytatywna, pomagały mu zbliżyć się do Boga - lub tego bytu - co nadawało sens jego codziennej egzystencji.
Oczywiście miliony ludzi nadal znajdują sens życia w religii. Jednak w krajach rozwiniętych jej autorytet znacznie osłabł. Chociaż większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych wierzy w Boga, a wielu uważa się za osoby uduchowione, coraz mniej ludzi chodzi do kościoła, regularnie się modli czy w ogóle identyfikuje z jakąkolwiek religią, zaś liczba Amerykanów uważających religię za ważny element swojego życia znacznie się zmniejszyła. Ta niegdyś jedyna akceptowana droga do sensu obecnie jest zaledwie jedną z wielu, a w rezultacie tej transformacji kulturowej nierzadko czujemy się zagubieni. Dla milionów ludzi - zarówno wierzących, jak i niewierzących - poszukiwanie sensu naszego życia na Ziemi stało się sprawą niezwykle pilną, a jednak coraz bardziej on się im wymyka.
MOJA RODZINA W KOŃCU WYPROWADZIŁA SIĘ z sufickego domu modlitwy. Przenieśliśmy się do Stanów Zjednoczonych, gdzie miejsce medytacji, śpiewów i herbaty zajęła codzienna krzątanina. Ja jednak nigdy nie przestałam szukać sensu. W wieku kilkunastu lat te poszukiwania doprowadziły mnie do filozofii. Pytanie o to, jak żyć z sensem, było kiedyś centralnym motorem rozwoju tej dyscypliny, i kolejni myśliciele - od Arystotelesa po Nietzschego - przedstawiali własną wizję tego, czego wymaga dobre życie. Jednak na studiach wkrótce dowiedziałam się, że filozofia akademicka w dużej mierze zarzuciła te poszukiwania. Ich miejsce zajęły kwestie ezoteryczne lub techniczne, takie jak natura świadomości czy filozofia komputerów.
Ja tymczasem zanurzyłam się w kulturę kampusu, gdzie mało kto miał cierpliwość do roztrząsania pytań, które przyciągnęły mnie do filozofii. Wieloma moimi rówieśnikami powodowało pragnienie sukcesu zawodowego. Dorastali w świecie intensywnej rywalizacji o te wyznaczniki osiągnięć, które pozwolą im dostać się na prestiżową uczelnię, potem na elitarne studia magisterskie czy zawodowe, a wreszcie znaleźć pracę na Wall Street. Kiedy zatem wybierali przedmioty i zajęcia, te właśnie cele mieli na myśli. Kończąc studia, te przenikliwe umysły posiadały już szczegółową wiedzę w dziedzinach jeszcze bardziej wyspecjalizowanych niż wybrane przez nich przedmioty wiodące. Spotykałam ludzi, którzy potrafili przedstawić własne opinie o tym, jak poprawić stan zdrowia w krajach trzeciego świata, jak wykorzystać modelowanie statystyczne do przewidywania wyników wyborów lub jak dokonać "dekonstrukcji" tekstu literackiego. Nie mieli jednak pojęcia, co nadaje naszemu życiu sens i jaki wyższy cel można w nim znaleźć oprócz zarabiania pieniędzy czy zdobycia prestiżowego stanowiska. Poza rzadkimi rozmowami z przyjaciółmi nie mieli żadnych okazji, aby rozmawiać o tych kwestiach i głębiej się nimi zająć.
I nie byli w tym odosobnieni. Dzisiaj, kiedy koszty edukacji rosną, a ukończenie studiów uważa się za klucz do finansowej stabilizacji, wiele osób zaczyna postrzegać wykształcenie jako narzędzie - pierwszy krok do zdobycia pracy - a nie okazję do moralnego i intelektualnego rozwoju. American Freshman Survey monitoruje wartości wyznawane przez studentów od połowy lat 60. XX wieku. Pod koniec tej dekady najważniejsze dla studentów pierwszego roku było "stworzenie sensownej filozofii życia". Niemal wszyscy - 86 procent - wskazywali to jako "kluczowy" albo "bardzo ważny" życiowy cel. W początkach XXI wieku najważniejszym zadaniem stało się "zdobycie majątku", podczas gdy sens życia jako swój główny cel uznawało już tylko 40 procent monitorowanych. Oczywiście większość młodych ludzi nadal głęboko pragnie go odkryć, jednak te poszukiwania nie są już siłą napędową ich edukacji.
Nauczenie młodych ludzi, jak żyć, uznawano niegdyś za główną misję szkół wyższych w Stanach Zjednoczonych. W początkach istnienia naszego narodu, studenci otrzymywali rygorystyczne wykształcenie z filologii klasycznej i teologii. Zgodnie z obowiązkowym programem nauczania mieli się dowiedzieć, co się w życiu liczy, a wyznawana przez wszystkich wiara w Boga i zasady chrześcijaństwa stanowiły wspólny fundament dla ich wysiłków. Jednak już w początkach XIX wieku wiara religijna, na której nauka dotychczas się opierała, stopniowo słabła. Jak pisze wykładowca Uniwersytetu Yale i krytyk społeczny Anthony Kronman, w naturalny sposób pojawiło się pytanie, czy "da się zgłębiać sens życia w sposób rozmyślny i uporządkowany nawet wtedy, kiedy podany zostanie w wątpliwość jego religijny fundament".
Wielu wykładowców nie tylko uznawało to za możliwe, lecz uważało za swój obowiązek wskazywać studentom drogę podczas tych poszukiwań. Co prawda religia nie dawała już wszystkim młodym ludziom kategorycznych odpowiedzi na ostateczne życiowe pytania, jednak niektórzy pedagodzy wierzyli, że jej miejsce mogą zająć nauki humanistyczne. Zamiast pozwalać studentom szukać sensu życia na własną rękę, wykładowcy ci próbowali wskazać miejsce, które zajmują one w długiej i trwałej tradycji sztuki i literatury. I tak od połowy do końca dziewiętnastego stulecia program nauczenia dla wielu studentów kładł nacisk na arcydzieła literackie i filozoficzne - jak Iliada Homera, dialogi Platona, Boska Komedia czy dzieła Cervantesa, Szekspira, Monteskiusza, Goethego i wielu innych.
Czytając owe dzieła, studenci stawali się świadkami - a ostatecznie i uczestnikami - "wielkiej dyskusji", która toczy się od tysięcy lat. Stając w obliczu rywalizujących ze sobą wizji "dobrego życia", mogli dochodzić do własnych wniosków odnośnie tego, jak żyć. Czy goniący za sławą Achilles Homera to lepszy wzorzec osobowy niż pielgrzym w poemacie Dantego? Czego możemy się dowiedzieć o celu naszej egzystencji z tego, co Arystoteles pisze o etyce? Co Madame Bovary Gustava Flauberta mówi nam o miłości i romansach? A Emma Jane Austen? Nie było jednej poprawnej odpowiedzi. Jednak odwołując się do tych wspólnych kulturowych probierzy, studenci wykształcali wspólny język, dzięki któremu mogli dyskutować i debatować o sensie życia z rówieśnikami, wykładowcami i członkami swojej społeczności.
Jednakże w początkach XX wieku sytuacja po raz kolejny uległa zmianie. Po wojnie secesyjnej w edukacyjnym krajobrazie Ameryki pojawiły się pierwsze uniwersytety badawcze. Instytucje te, wzorowane na uczelniach niemieckich, na pierwszym miejscu stawiały osiągnięcia naukowe. Aby to umożliwić, zaczęto rozwijać oddzielne dziedziny badań, każda z własną rygorystyczną, systematyczną i obiektywną metodologią. Wykładowcy skupiali się na wysoko wyspecjalizowanych obszarach badań w obrębie tych dziedzin, a studenci również wybierali dziedzinę, którą chcieli się zająć - przedmiot wiodący - mającą ich przygotować do kariery zawodowej po studiach. W końcu program nauczania nastawiony na nauki humanistyczne odszedł do lamusa, zaś studentom dano swobodę wyboru zajęć z całego zestawu możliwości - i oczywiście na większości amerykańskich uczelni tak jest do dzisiaj.
Naukowy ideał był ciosem dla koncepcji, że sens życia można poznawać i przekazywać innym na polu akademickim. W rezultacie nacisku kładzionego na specjalizację większość wykładowców uznała, iż kwestia sensu wykracza poza ich kompetencje: doszli do wniosku, że nie mają kwalifikacji ani wiedzy, aby prowadzić studentów na takie poszukiwania. Innym z kolei tematyka ta zaczęła się wydawać niedopuszczalna, naiwna, nawet żenująca. Bądź co bądź, pytanie "jak żyć" wymaga rozważenia wartości abstrakcyjnych, osobistych i moralnych. Wykładowcy ci argumentowali, że w szkołach wyższych nastawionych na zdobywanie obiektywnej wiedzy nie ma na to wszystko miejsca. Jak napisał kilka lat temu jeden z nich: "W środowisku akademickim coraz mocniejsze jest przekonanie, że nauczyciele akademiccy nie powinni pomagać studentom w rozwijaniu sensownej filozofii życiowej czy budowaniu charakteru, lecz jedynie wspierać ich w opanowywaniu treści i metodologii danej dyscypliny, a także nauce krytycznego myślenia".
Jednak w ostatnich latach wydarzyło się coś ciekawego. Temat sens życia na powrót pojawił się na uniwersytetach, a szczególnie na obszarze najmniej oczekiwanym - a mianowicie nauk ścisłych. Na przestrzeni ostatnich kilku dziesięcioleci grupa specjalistów od nauk społecznych zaczęła bowiem zgłębiać pytanie, jak wieść "dobre" życie.
Wielu z nich działa w obrębie dziedziny noszącej nazwę psychologii pozytywnej - która podobnie jak nauki społeczne w ogóle jest produktem uniwersytetu badawczego i opiera swoje odkrycia na badaniach empirycznych, lecz jednocześnie odwołuje się do bogatej tradycji nauk humanistycznych. Twórcą psychologii pozytywnej jest Martin Seligman z uniwersytetu Pensylwanii, który po kilku dziesięcioleciach poświęconych na badania psychologiczne doszedł do przekonania, że jego dziedzina przeżywa kryzys. Podobnie jak inni koledzy, umiał zaradzić depresji, poczuciu bezradności i rozmaitym lękom, zdał sobie jednak sprawę, że wspieranie ludzi w walce z dręczącymi ich demonami to nie to samo co pomoc w budowaniu dobrego życia. Chociaż zadaniem psychologów było zgłębianie i pielęgnowanie ludzkiej psychiki, wiedzieli oni bardzo niewiele o tym, co sprawia, że człowiek rozkwita. I tak w 1998 roku Seligman zwrócił się do kolegów naukowców, aby zbadali, co daje nam życiową satysfakcję i poczucie, że warto żyć.
Przedstawiciele nauk społecznych wzięli sobie jego apel do serca, wielu z nich jednak skupiło się na kwestii, która była zarówno najbardziej oczywista, jak i łatwa do zmierzenia: poczucia szczęścia. Niektórzy zaczęli badać korzyści, jakie daje; inni - jego przyczyny. Jeszcze inni zgłębiali, jak można je zwiększyć w życiu codziennym. Chociaż psychologia pozytywna powstała po to, aby badać dobre życie w ogóle, to właśnie empiryczne badania nad szczęściem rozwinęły się najbardziej i zdominowały jej publiczny wizerunek. Pod koniec lat 80. ubiegłego wieku i na początku 90. co roku publikowano kilkaset badań nad szczęściem; w 2014 było ich już 10 tysięcy rocznie.
Dla psychologii była to ekscytująca zmiana i ludzie natychmiast na nią zareagowali. Główne środki masowego przekazu prześcigały się w publikacji wyników coraz to nowych badań. Już wkrótce zaczęli na nich zarabiać przedsiębiorcy, zakładając nowe firmy i tworząc programy komputerowe, które miały pomóc zwykłym ludziom zastosować w praktyce odkrycia nowej dziedziny. Za tym poszedł istny zalew celebrytów, trenerów osobistych i prelegentów, którzy chcieli dzielić się dobrą nowiną o szczęściu. Według Psychology Today w roku 2000 wydano zaledwie pięćdziesiąt książek na temat szczęścia. W 2008 liczba ta wzrosła już do 4 tysięcy. Oczywiście dążenie do szczęścia interesowało ludzkość od zawsze, jednak uwaga, jaką zaczęto poświęcać tej kwestii publicznie, przyniosła dodatkowy efekt: od połowy pierwszej dekady XXI wieku zainteresowanie szczęściem - mierzone na podstawie słów kluczowych wyszukiwanych w Google - wzrosło trzykrotnie. "Oto droga na skróty, która doprowadzi cię do wszystkiego, czego w życiu pragniesz" - pisze Rhonda Byrne w swoim bestsellerze z 2006 roku, Sekret (The Secret): "BĄDŹ i CZUJ SIĘ szczęśliwy tu i teraz!".
Jest jednak pewien problem z całym tym szałem poszukiwania szczęścia: nie zapewnia obiecywanych rezultatów. Chociaż "przemysł szczęścia" ciągle się rozwija, jako społeczeństwo czujemy się gorzej niż kiedykolwiek przedtem. Oto smutna ironia, która zawiera się w odkryciach przedstawicieli nauk społecznych - pogoń za szczęściem unieszczęśliwia.
Fakt ten nie byłby zaskoczeniem dla humanistów. Filozofowie od dawna kwestionują wartość szczęścia samego w sobie: "Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem" - pisał dziewiętnastowieczny filozof John Stuart Mill. A jego dwudziestowieczny kolega z Uniwersytetu Harvarda, Robert Nozick, dodaje: "I chociaż ze wszystkich tych możliwości najlepiej być zadowolonym Sokratesem, czyli posiadać zarówno szczęście, jak i głębię, dla zyskania głębi jesteśmy gotowi zrezygnować z części szczęścia".
Nozick odnosił się sceptycznie do idei szczęścia, a dla uwypuklenia swego punktu widzenia wymyślił następujący myślowy eksperyment. "Wyobraźcie sobie - pisał - że żyjecie w świecie, który może wam zapewnić każde doświadczenie, jakiego tylko zapragniecie". Brzmi to jak pomysł prosto z Matriksa: "Ekstramądrzy neuropsycholodzy mogliby tak stymulować twój mózg, abyś czuł i myślał, że piszesz wybitną powieść, nawiązujesz nową przyjaźń albo czytasz interesującą książkę. W rzeczywistości jednak spoczywałbyś w wypełnionej wodą kapsule, z elektrodami przytwierdzonymi do mózgu". Potem autor pyta: "Czy byłbyś gotów podłączyć się do tej maszyny na całe życie, zawczasu programując resztę swojej egzystencji?".
Gdyby to w szczęściu zawierał się sens życia, większość z nas wybrałaby szczęśliwe bytowanie w kapsule. Byłoby to życie łatwe, w którym trauma, smutek i strata zostały po prostu wyłączone - raz na zawsze. Mógłbyś zawsze czuć się dobrze, być kimś ważnym. Od czasu do czasu tylko wychodziłbyś z kapsuły, aby podjąć decyzję, jakie nowe doświadczenia chcesz zaprogramować w swojej głowie. A jeśli rozważając decyzję przeniesienia się do kapsuły, czujesz się rozdarty i niespokojny, nie powinno tak być: "Czym jest kilka chwil niepokoju - pyta Nozick - w porównaniu do całego życia w radości (jeśli taki podejmiesz wybór) - i dlaczego w ogóle odczuwamy jakiś niepokój, jeśli ta decyzja jest w rzeczywistości najlepsza?".
Gdybyś zdecydował, że chcesz pozostać w kapsule, aby doświadczać szczęścia w każdej chwili, przez całe życie, czy byłoby ono "dobre"? Czy takie właśnie życie wybrałbyś dla siebie - dla swoich dzieci? Jeśli uznamy, że to szczęście jest główną wartością naszej egzystencji - a tak twierdzi większość - czyż bytowanie w kapsule nie byłoby ucieleśnieniem wszystkich naszych pragnień?
Tak właśnie być powinno. A jednak większość z nas nie chciałaby przeżyć całego życia przyjemnie w kapsule. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego? Według Nozicka uznajemy tę wizję za odstręczającą, gdyż takie szczęście byłoby próżne i niezasłużone. Może i czułbyś się w tej kapsule szczęśliwy, ale nie miałbyś ku temu prawdziwych powodów. Nawet jeśli twoje samopoczucie jest dobre, twoje życie w rzeczywistości takie nie jest. "Spoczywający w kapsule człowiek - pisze Nozick - to nieokreślona masa". Jest pozbawiony tożsamości, nie ma przedsięwzięć i celów, które nadawałyby wartość jego egzystencji. "Obchodzi nas nie tylko to, jak sami odbieramy wszystko wewnętrznie - wnioskuje filozof. - W życiu chodzi o coś więcej niż tylko poczucie, że jesteśmy szczęśliwi".
AŻ DO SWOJEJ ŚMIERCI W 2002 ROKU Nozick współpracował z Martinem Seligmanem i innymi badaczami, kształtując cele i wizję psychologii pozytywnej. Bardzo wcześnie zdali sobie oni sprawę, że badania dotyczące szczęścia będą fascynujące i ciekawe dla mediów, chcieli zatem świadomie zapobiec temu, aby ich dziedzina stała się po prostu - jak określił to Seligman - "szczęściologią". Za swoją misję natomiast uznali rzucenie nieco światła nauki na to, co pozwala ludziom wieść życie głębokie i satysfakcjonujące. I tą właśnie kwestią zaczyna się zajmować coraz większa liczba badaczy na przestrzeni ostatnich kilku lat. Wychodzą oni poza kwestię szczęścia w poszukiwaniu tego, co daje nam poczucie, że warto żyć. A oto jedno z ich podstawowych odkryć: jest różnica między życiem szczęśliwym a takim, w którym widzimy sens.
Rozróżnienie to ma długą historię w filozofii, która od tysięcy lat wskazywała dwie ścieżki prowadzące do dobrego życia. Pierwsza to hedonia, czyli to, co dzisiaj - idąc w ślady Zygmunta Freuda - nazywamy "szczęściem". Freud dowodził, że istoty ludzkie "dążą do szczęścia; chcą ten stan uzyskać, a potem zachować" - i ta "zasada przyjemności", jak ją nazywał, "determinuje cel życia" dla większości z nas. Starożytny grecki filozof Arystyp, uczeń Sokratesa, uważał hedonię za klucz do dobrego żywota. "Sztuka życia - pisał - polega na chwytaniu przyjemności, kiedy się nadarzają; najżywsze zaś przyjemności nie mają charakteru intelektualnego ani też nie zawsze są moralne". Kilkadziesiąt lat później Epikur spopularyzował nieco podobną koncepcję, dowodząc, że istotą dobrego życia jest przyjemność, którą definiował jako brak cierpienia, zarówno fizycznego, jak i mentalnego (na przykład w postaci niepokoju). Idea ta straciła na popularności w wiekach średnich, lecz odzyskała ją na powrót w osiemnastym stuleciu dzięki Jeremy'emu Benthamowi, twórcy utylitaryzmu. Bentham wierzył, że dążenie do przyjemności to główna siła napędowa naszych działań. "Natura poddała rodzaj ludzki rządom dwu zwierzchnich władców: przykrości i przyjemności - brzmią jego słynne słowa. - Im tylko dane jest wskazywać, cośmy powinni czynić, oraz stanowić o tym, co będziemy czynić".
Idąc za tą tradycją, wielu współczesnych psychologów definiuje szczęście jako pozytywny stan umysłowy i emocjonalny. Przykładowo, jedno z narzędzi badawczych powszechnie wykorzystywanych przez nauki społeczne w celu oceny poziomu szczęścia wymaga zwrócenia się do badanych z prośbą o zastanowienie się, jak często odczuwają pozytywne emocje, takie jak duma, entuzjazm czy zaostrzenie uwagi, a jak często - emocje negatywne, takie jak strach, zdenerwowanie czy wstyd. Im wyższy stosunek pozytywnych emocji do negatywnych, tym jesteś szczęśliwszy.
Jednak nasze odczucia są oczywiście ulotne; a także - jak pokazuje eksperyment myślowy Nozicka - nie są one wszystkim. Możemy z przyjemnością czytać prasę brukową i odczuwać stres podczas opieki nad chorym krewnym, jednak większość z nas przyzna, że to drugie zajęcie ma większą wagę. Może i nie poprawia nam samopoczucia, ale gdybyśmy się od niego wykręcili, później żałowalibyśmy tej decyzji. Innymi słowy, jest to coś, co warto zrobić, ponieważ ma sens.
Sens to druga ścieżka do dobrego życia, którą można najlepiej zrozumieć, zwracając się do greckiego filozofa Arystotelesa i jego koncepcji eudajmonii - wyrażonej starożytnym greckim słowem oznaczającym "pełny rozkwit człowieka". Eudajmonia bywa tłumaczona jako "szczęście", zatem Arystotelesowi często przypisuje się twierdzenie, że szczęście to najwyższe dobro i główny cel naszego życia. W rzeczywistości jednak filozof ten wypowiadał się dość ostro o tych, którzy szukali przyjemności i wiedli "życie nastawione na uciechę". Nazywał ich "niewolnikami" i "prostakami", dowodząc, że ta ścieżka do dobrego życia, którą prowadzi przez dobre samopoczucie - i którą w jego mniemaniu podąża "większość ludzi" - jest "bardziej zdatna dla bydląt" niż dla istot ludzkich.
Dla Arystotelesa eudajmonia to nie ulotne pozytywne emocje, lecz działanie. Życie nastawione na eudajmonię - dowodził - wymaga kultywowania w sobie najlepszych cech, zarówno moralnych, jak i intelektualnych, i realizacji swojego potencjału. Jest to życie aktywne, życie, w którym robisz to, co do ciebie należy i wnosisz wkład w społeczeństwo, życie, w którym udzielasz się w swojej społeczności, a przede wszystkim takie, w którym realizujesz swój potencjał, zamiast marnować talent.
Psycholodzy zwrócili uwagę na wprowadzone przez Arystotelesa rozróżnienie. Jeśli hedonia jest definiowana jako dobre samopoczucie - argumentują - eudajmonię możemy zdefiniować jako "bycie dobrym i czynienie dobra" - a także jako "dążenie do tego, aby wykorzystać i rozwijać to, co w nas najlepsze" zgodnie z "własnymi fundamentalnymi wartościami". Istotą takiego życia jest dobry charakter. I na dodatek przynosi to wymierne korzyści. Jak pisze trzech badaczy: "Im bardziej bezpośrednio nastawiamy się na maksymalizację przyjemności i unikanie bólu, tym większe prawdopodobieństwo, że w efekcie nasza egzystencja będzie pozbawiona głębi, znaczenia i poczucia wspólnoty". Z kolei ci, którzy decydują się dążyć do sensu, w ostatecznym rozrachunku wiodą pełniejsze - i szczęśliwsze - życie.
Koncepcję taką jak sens życia trudno jest oczywiście mierzyć w warunkach laboratoryjnych; jednakże według psychologów, gdy ludzie widzą w swoim życiu sens, spełnione są trzy warunki: oceniają je jako znaczące i wartościowe - jako część czegoś większego; widzą w nim jakiś porządek; i czują, że rządzi nim poczucie celu. Pomimo to niektórzy psycholodzy społeczni odnoszą się sceptycznie do twierdzenia, że szczęście i sens życia różnią się od siebie. A jednak wyniki badań sugerują, że nie da się łatwo postawić znaku równości między życiem szczęśliwym a takim, które ma sens. Różnice między nimi ujawniły się w badaniu z 2013 roku, w ramach którego zespół psychologów pod kierunkiem Roya Baumeistera z uniwersytetu stanowego Florydy zapytał prawie 400 Amerykanów w wieku od 18 do 78 lat, czy są szczęśliwi i czy uważają, że ich życie ma sens. Badacze przeanalizowali odpowiedzi pod kątem wielu zmiennych, takich jak poziom stresu i model wydatków, a także posiadanie dzieci. A oto, co odkryli: chociaż życie pełne sensu i życie szczęśliwe na pewnych obszarach się pokrywają i wzajemnie na siebie oddziałują, "mają bardzo różne korzenie".
Baumeister i jego zespół odkryli, że szczęśliwe jest życie łatwe, kiedy przez większość czasu czujemy się dobrze i rzadko doświadczamy stresów czy zmartwień. Powiązano je również z dobrym zdrowiem fizycznym i możliwością nabywania rzeczy, których potrzebujemy czy pragniemy. Jak dotąd, wyniki były zatem zgodne z oczekiwaniami. Zaskakująca okazała się jednak korelacja między dążeniem do szczęścia i zachowaniami egoistycznymi - byciem "biorcą", a nie "dawcą".
"Szczęście bez poczucia sensu - piszą badacze - to cecha charakterystyczna stosunkowo płytkiego, egocentrycznego czy nawet egoistycznego życia, w którym wszystko idzie dobrze, potrzeby i pragnienia są łatwo zaspokajane, a trudnych czy kłopotliwych relacji się unika".
Z kolei życie pełne sensu odpowiadało byciu "dawcą", zaś jego cechą charakterystyczną był związek i uczestnictwo w czymś większym od własnego ja. Mocniejsze poczucie sensu życia było skorelowane z działaniami, takimi jak nabywanie podarunków dla innych, opieka nad dziećmi, a nawet sprzeczki, które - jak argumentują badacze - świadczą o posiadaniu przekonań i ideałów, o które jesteś gotów walczyć. Ponieważ działania te wymagają zaangażowania w coś większego od nas, życie pełne sensu powiązane było z wyższym poziomem niepokoju, stresu i zmartwień niż życie szczęśliwe. Posiadanie dzieci na przykład to wyznacznik tego pierwszego, ale - jak powszechnie wiadomo - wiąże się również z niższym poziomem szczęścia, co potwierdziło się również u rodziców w tym badaniu.
Innymi słowy, sens i szczęście mogą się ze sobą kłócić. A jednak badania wykazały, że działania, w których dostrzegamy sens, zapewniają głębsze poczucie samozadowolenia w przyszłości. Takie były wnioski z badania przeprowadzonego w 2010 roku przez Veronikę Huta z Uniwersytetu Ottawskiego i Richarda Ryana z uniwersytetu Rochester. Huta i Ryan poprosili grupę studentów, aby przez dziesięć dni dążyli do szczęścia lub do sensu, robiąc codziennie przynajmniej jedną rzecz służącą - odpowiednio - hedonii lub eudajmonii. Pod koniec każdego dnia uczestnicy informowali badaczy, czym się zajmowali. Wśród najbardziej popularnych wybranych przez studentów działań nastawionych na sens znalazły się: okazanie przebaczenia przyjacielowi, nauka, rozmyślanie o swoich wartościach, a także udzielenie pomocy lub pociechy innej osobie. Z kolei badani dążący do szczęścia wymieniali takie rzeczy jak spanie do późna, granie w gry komputerowe, zakupy i jedzenie słodyczy.
Po zakończeniu eksperymentu badacze kontaktowali się z jego uczestnikami, aby zobaczyć, jak wpłynął on na ich samopoczucie. A oto, co odkryli: bezpośrednio po nim studenci dążący do szczęścia doświadczyli więcej uczuć pozytywnych, a mniej negatywnych. Jednak trzy miesiące później ta poprawa samopoczucia nie była już dostrzegalna. Ci należący do drugiej grupy - którzy skupiali się na sensie - nie czuli się równie szczęśliwi tuż po eksperymencie, chociaż rzeczywiście dostrzegli w swoim życiu więcej sensu. Jednak trzy miesiące później sytuacja wyglądała inaczej. Studenci, którzy wcześniej dążyli do sensu, stwierdzili, że czują się "wewnętrznie bogatsi", "zainspirowani" i "stanowiący część czegoś większego". Twierdzili też, że rzadziej zdarzają im się negatywne nastroje. Na dłuższą metę zatem poszukiwanie sensu wzmocniło ich zdrowie psychiczne.
Filozof John Stuart Mill nie byłby zaskoczony. "Ci tylko są szczęśliwi - pisał - których myśli są skierowane ku jakiemuś przedmiotowi innemu niż ich własna szczęśliwość; ku szczęściu innych, ku poprawie ludzkości lub nawet jakiejś sztuce albo studiom, uprawianym nie jako środek, ale jako idealny cel sam w sobie. W ten sposób, dążąc do czegoś innego, po drodze znajdują szczęście".
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji