Rozdział drugi
Kinga zamknęła się w łazience.
To utrzymane w kolorach beżu i czerni, gdzieniegdzie przetykane złotymi wzorami pomieszczenie było jedynym świadkiem jej emocjonalnego uniesienia. Nogi się jej trzęsły, serce waliło jak szalone, puls na pewno obligował do wezwania karetki, policzki płonęły, a oczy wyglądały tak, jakby ktoś rozpalił w nich wielkie ogniska i co chwilę dokładał drew, podniecając ogień. A skoro o podnieceniu mowa, to Kinga była go bardzo świadoma. Wstydziła się spojrzeć w swoje odbicie w lustrze, więc patrzyła na drżące dłonie, które zacisnęła na umywalce. Ale tylko przez chwilę, bo wstyd poniewierał nią do tego stopnia, że musiała zamknąć oczy i udawać sama przed sobą, że świat przestał istnieć. Chociaż na moment.
- Czy ja naprawdę przed momentem zatańczyłam najbardziej erotyczną polkę na świecie? - wyszeptała.
Już pierwszy obrót, jaki wykonał Łukasz, dał jej do zrozumienia, że chłopak ma pojęcie o tańcu. Ale żeby aż tak? AŻ TAK? Przecież to jego kolano pomiędzy jej udami, gdy wirował z nią w tańcu, no to kolano, to ono przecież... ono przecież uprawiało z nią seks! Nawet przez sekundę nie oderwali od siebie wzroku. To było po prostu niewykonalne. Ten facet robił z nią, co chciał, i wychodziło mu to doskonale. Wystarczyły zaledwie dwie minuty, żeby się o tym przekonała. A brawa, które dostali na końcu, ewidentnie świadczyły o tym, że ich występ bardzo się podobał. Kinga potrzebowała spędzić w łazience kwadrans, żeby oswoić się z dziwnym uczuciem narastającym w jej ciele.
Przez pięć lat tańczyła w zespole ludowym. Miała tam kilku partnerów, bo jakoś nie potrafiła złapać idealnego rytmu tylko z jednym. Nie było źle, było poprawnie, ale brakowało tego flow, które łączyło inne pary. I nie chodziło nawet o coś więcej niż taniec, bo często partnerowały sobie osoby, które miały w życiu prywatnym swoje drugie połówki, a mimo to z partnerami tanecznymi dogadywały się doskonale. Kinga tak nie miała. Jedynym mężczyzną, z którym uwielbiała tańczyć, był jej zmarły ojciec, Maciej. On nie tańczył - on pływał po parkiecie, a starsza córka odziedziczyła po nim grację i zgrabność ruchów. Dla równowagi młodsza była sztywna jak kłoda, co bardzo się jej nie podobało, i naturalnie największe pretensje miała o to do siostry, bo przecież nie do genów i swoich dwóch lewych nóg. Bardzo zgrabnych, trzeba przyznać, jednak tanecznie niezbyt poradnych.
- Bo ciebie to ojciec nauczył tańczyć, a mnie nie. To niesprawiedliwe. On kocha ciebie bardziej - utyskiwała często Monika, gdy tata jeszcze żył. Nie dopuszczała do siebie tego, że jej siostra urodziła się z tanecznymi predyspozycjami. No i najważniejsze: jej samej nie chciało się ćwiczyć, żeby wypracować te kocie ruchy, których tak zazdrościła Kindze. Monika chciała umieć tańczyć bez uczenia się. To dość skomplikowane, jednak dla niej proste jak konstrukcja cepa. Aż cisnęło się na usta: "Czego, do jasnej cholery, nie rozumiesz?".
Kinga na każdej imprezie schodziła z parkietu jako ostatnia. I chociaż to Monika była tą bardziej urodziwą Malesówną, wokół której zawsze zbierał się tłum chłopaków, to gdy tylko starsza siostra zaczynała ruszać się w rytm muzyki, gwiazda młodszej przygasała. Nagle mysie włosy Kingi nie były już takie nijakie, zadarty nos nie stanowił żadnego problemu, a blada cera pokryta całą masą piegów i pieprzyków już tak nie raziła w oczy jak wtedy, gdy kontrastowała z oliwkową skórą siostry.
I właśnie to, jak Kinga tańczy, tak bardzo spodobało się Mikołajowi, że zaczęli ze sobą chodzić. Zauroczenie dopadło ich na początku lipca dwa tysiące siedemnastego roku po jednej z dyskotek, na którą to poszła sama, bo Monika wyjechała z ciotką i kuzynostwem nad morze. Kinga została w domu, ponieważ chciała opiekować się chorym na raka tatą. Miała dwadzieścia lat i nieprawdopodobną potrzebę roztoczenia nad nim opieki. I chociaż Maciej nalegał, żeby pojechała odpocząć, to ona uparcie trwała przy swojej decyzji. Oj, tak, to była jej bardzo charakterystyczna cecha. Wszyscy mówili, że odziedziczyła ją po tacie.
- Córcia, ty powinnaś korzystać z życia, a nie czekać razem ze mną na śmierć - próbował ją przekonać do wyjazdu, mając świadomość, że to i tak bezsensowne. Nie chciał jednak, by z jego powodu rezygnowała z przyjemności. Nie chciał być dla nikogo blokadą. A tak się czuł. Wystarczyło mu, że swoją chorobą sprowadził na rodzinę tyle smutku i łez.
- Nie mów tak! Ty nie umrzesz! I nie możesz mi zabronić przy sobie być! Jestem dorosła i sama decyduję o tym, co chcę robić! A chcę z tobą zostać!
Nie przekonał jej do zmiany decyzji. Została. Otaczała go troską, karmiąc się niewytłumaczalną nadzieją, że choroba się cofnie, tata wkrótce wyzdrowieje, a wszystko, co złe, pójdzie w niepamięć. Bo chociaż wszyscy dookoła już dawno zwątpili, to ona jednak naiwnie wierzyła, że ojciec jakimś cudem wyzdrowieje. Od zawsze łączyła ich nieprawdopodobnie silna więź, czego nie można było powiedzieć o relacjach, jakie łączyły Macieja z drugą córką, którą również bardzo kochał. Jednak Monika nie lgnęła do niego tak, jak Kinga. Tak naprawdę to właśnie on, pomimo że bardzo schorowany, pocieszał ją po rozstaniu z Mikołajem. Gdy ten dwudziestopięcioletni wówczas chłopak zobaczył Monikę, która urodą przypominała swoją włoską imienniczkę Monicę Bellucci, kompletnie stracił dla niej głowę.
Kinga zapłaciła za to swoją.
- On mi powiedział, że za mało się znaliśmy, żebym się w nim naprawdę zakochała. Ale w niej to już mógł się zakochać w ciągu sekundy od poznania! Tato, gdzie tu sprawiedliwość? - zawodziła.
Leżała skulona na łóżku obok ojca i ściskała go za wychudzoną dłoń. Płakała. Maciej Malesa czuł się w tym momencie bardzo potrzebny, chociaż przecież nienadający się już do niczego, bo popsuty. Nie dało się go naprawić. Był zżarty przez raka i pozbawiony jakiejkolwiek nadziei na to, że jego smutne oczy jeszcze chociaż raz będą mogły spojrzeć z radością na otaczający go świat. A jednak w swojej chorobie i nieporadności nadal był dla ukochanej córki oparciem i autorytetem. Cieszyło go to i zasmucało jednocześnie, ponieważ zdawał sobie sprawę, że to ostatnie momenty, gdy może być dla niej wsparciem. Jakże w tym momencie doceniał każdą chwilę życia. Jakże celebrował ten czas, który mu został. Wcześniej, gdy jeszcze nie wiedział o chorobie, życie było dla niego takie oczywiste. Ani szczęśliwe, ani nieszczęśliwe. Każdy dzień wyglądał identycznie jak poprzedni. No może poza niedzielą, bo niedziela uwzględniała odświętne ubranie, rosół i nakaz odpoczywania. Dopiero diagnoza uświadomiła mu, jak bardzo nie korzystał ze swojego życia i jak bardzo popadł w rutynę. Żałował tych wszystkich niespełnionych marzeń, które zawsze odkładał na później, bo albo brakowało na nie czasu, albo pieniędzy. A teraz także zdrowia. Żałował wielu rzeczy. Najbardziej jednak tego, że nie może mieć więcej czasu.
Trudno było mu też nie dopuszczać do siebie myśli, że jego ziemska przygoda dobiega końca. Jeszcze trudniej było nie bać się tego, co go czeka. W przeciwieństwie do swojej żony nie był człowiekiem zbyt mocno wierzącym w Boga, mimo to odczuwał strach przed tym, co się z nim stanie i gdzie trafi po śmierci. Nie dzielił się jednak z nikim swoimi obawami. Przecież i tak przysporzył bliskim cierpienia, kiedy zachorował.
- Powiedz mi, córcia, czy ten Mikołaj to w ogóle umie tańczyć? Czy raczej drętwy jest? - zapytał. Chciał ją rozweselić. Chociaż tyle mógł zrobić, bo nie miał nawet siły jej objąć. Jedyne, na co starczyło mu energii, to ściśnięcie dłoni córki i próba powstrzymania napływających mu do oczu łez.
- Kilka razy mnie podeptał. Ale na pewno nauczyłby się tańczyć. Ja bym go nauczyła.
- No to problem sam się rozwiązał. Jak depcze, to nie potrafi tańczyć. Ty potrafisz. To nie ten.
- Tato, ale ja go kocham. On jest idealny - zapewniała Kinga zbolałym głosem.
- Idealny mężczyzna to taki, który sprawi, że podczas tańca poczujesz się w jego ramionach bezpieczna i zaopiekowana. Zdeptana nie jesteś bezpieczna.
I chociaż wtedy Kinga była zła na ojca za te słowa, to one i tak utkwiły jej w głowie. Co prawda nie budziła się każdego ranka i nie powtarzała ich sobie jak mantry. Pojawiały się w jej myślach od czasu do czasu, przypominając o tym, że ktoś bardzo dla niej ważny kiedyś je wypowiedział. Mówiły o ulotności chwili i życia. Wywoływały łzy i ból w okolicach mostka i informowały o tym, że ona nie czuje się ani trochę bezpieczna i zaopiekowana przez nikogo. No ale, prawdę mówiąc, świadomie nie pozwalała żadnemu mężczyźnie na przekroczenie nieprzekraczalnej granicy, jaką wyznaczyła. Powodem takiego zachowania było to, że od sześciu lat żyła w przeświadczeniu, że została zraniona przez siostrę i, przede wszystkim, przez Mikołaja, którego cały czas kochała. Tak przynajmniej uważała. W jej mniemaniu oboje ją zdradzili. Zamiast więc zacząć budować swoją przyszłość w kolorowych i radosnych barwach, żyła przeszłością. Warstwa po warstwie, niczym zgnilizna, zazdrość odkładała się w jej ciele i ją kształtowała. Ale też nakazywała tłumienie tych uczuć i udawanie, że już dawno zapomniała o upokorzeniu. Jednak ona o niczym nie zapomniała. Nie chciała zapomnieć. A przecież nie od dziś wiadomo, że jeśli w jakimkolwiek naczyniu zbierze się zbyt dużo płynu, w pewnym momencie zacznie się on z niego wylewać.
Kinga w końcu opuściła bezpieczne schronienie, jakim była łazienka. Nieśpiesznym krokiem dotarła do swojego stolika, usiadła i przegrywając walkę z silną wolą, która nakazała jej, żeby nie odwracała głowy ani w lewą, ani tym bardziej w prawą stronę, odwróciła ją najpierw w lewo, a potem w prawo. Zaczęła szukać wzrokiem Łukasza. Oczywiście, aby nikt nie posądził jej o ostentacyjne gapienie się, spojrzała w międzyczasie na sufit, na drzwi prowadzące do wyjścia z sali, na wujka Staszka, który drzemał przy stole, i na Mikołaja, który tańczył z jakąś kobietą. Na tej ostatniej parze jej wzrok na chwilę się zatrzymał. Czy mi się tylko wydaje, czy on patrzy na nią zbyt intensywnie? I czy przed momentem położył tej dziewczynie dłoń na pośladku? Nie, to musiało mi się tylko wydawać, uznała. Swoją drogą kapitalnie wyglądał w granatowym garniturze. Ten kolor tak pięknie podkreślał jego niebieskie oczy i blond włosy. Jego muskularne ramiona dawały obietnicę przytulenia i zaopiekowania. Kinga chciałaby się w nich teraz znaleźć.
To mógł być nasz ślub, pomyślała z żalem. Z tobą bym go wzięła. Oczywiście z o wiele mniejszą liczbą gości, dopowiedziała sobie szybko.
Oderwała wzrok od Mikołaja i skierowała go w stronę Łukasza, również znajdującego się na parkiecie. Kobieta, którą trzymał w ramionach, sprawiała wrażenie zachwyconej i takiej, która nigdy nie chciałaby opuszczać tej przystani. Ona na pewno czuje się bezpieczna i zaopiekowana, uznała Kinga, przypominając sobie słowa taty. Łukasz naprawdę potrafił tańczyć, chociaż jego gracja za cholerę nie współgrała z posturą strongmana i kryminalną przeszłością, którą Kinga sobie wymyśliła. Prawdę mówiąc, im dłużej na niego patrzyła, tym więcej pozytywnych cech mu przypisywała. Może i wymyślonych, ale w jej opinii ktoś, kto tak świetnie się porusza, musi być szarmancki, przyjazny, dowcipny i opiekuńczy.
- Kinga! On jest wolny! Kawaler, ma trzydzieści jeden lat! Mieszka we własnym domu pod Toruniem! Przez dziewięć lat był w Anglii! Tam się dorobił dużych pieniędzy! Wrócił trzy lata temu! Bierz się za niego, bo któraś ci go zaraz sprzątnie sprzed nosa!
Mama wcale nie wyrosła przed nią nagle. Biegła z końca sali, więc Kinga miała czas, żeby przygotować się na rewelacje, jakie usłyszy. A że je usłyszy, to było bardziej niż pewne, ponieważ mama biegała tylko w sytuacjach, które zagrażały życiu, i wtedy, gdy miała komuś coś ważnego do zakomunikowania, więc spieszyła się, żeby niczego nie zapomnieć.
- A ty, przepraszam, dowiedziałaś się tego od kogo? - zapytała Kinga, siląc się na spokój. Wbrew pozorom nie było to łatwe, bo mama znana była z tego, że wierciła dziurę w brzuchu do momentu, aż osiągnie swój cel. Wiele wskazywało, że właśnie obrała sobie kolejny, a było nim wydanie Kingi za mąż za kolegę Mikołaja.
- Od teściowej twojej siostry. Mieszka na tej samej ulicy, więc wiedzą o nim wszystko. On chodził z Mikołajem do jednej klasy. Mówią, że to bardzo porządny chłopak.
- Na pewno wiedzą o nim wszystko? Historię jego chorób wenerycznych i rozmiar penisa też znają? Bo jak jest krótszy niż siedemnaście centymetrów, to ja nie jestem zainteresowana tą znajomością. - Czy Kinga chciała wyprowadzić mamę z równowagi? Nie można było tego wykluczyć.
- Bój ty się Boga, Kinga! - Krystyna zaczęła się rozglądać panicznie z obawy, że ktoś usłyszał te słowa. Na szczęście w pobliżu siedziała jedynie przygłucha ciocia Mikołaja, więc odetchnęła z ulgą. Nie omieszkała oczywiście posłać córce karcąco-moralizującego spojrzenia, które jednak nie zrobiło na Kindze wrażenia.
- Boję to ja się tylko tego, że kiedyś ulegnę ciężkiemu wypadkowi i stracę pamięć, a ty skorzystasz z okazji i mnie ubezwłasnowolnisz. A potem wybierzesz mi męża - oświadczyła Kinga. - Pomijając twój fatalny gust do ubrań i ludzi, nie chcę, żebyś układała mi życie. Poradzę sobie z tym sama. Ja naprawdę potrafię o siebie zadbać. Nie potrzebuję adwokata. Mamo, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Mamo? - zapytała matkę, kiedy ta, zamiast na nią, patrzyła w stronę parkietu.
Z ust Krystyny nie schodził uśmiech.
- Panie Łukaszu, panie Łukaszu! - zaczęła krzyczeć, gdy piosenka dobiegła końca.
Tak jawnego zamachu na swoje panieństwo Kinga się akurat nie spodziewała. Owszem, w każde święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc była zasypywana przez bliższych i dalszych członków rodziny pytaniami o to, kiedy w końcu przyprowadzi do domu jakiegoś chłopaka, ale akurat na te objawy nachalnej troski była przygotowana od poprzednich świąt. I jeszcze tych wcześniejszych. Jej odpowiedź zawsze była taka sama: w swoim czasie. Ostatnim razem postanowiła zrobić mały eksperyment i gdy ciocia Lucyna zapytała o to, czy siostrzenica ma na oku jakiegoś chłopaka, Kinga udała zawstydzoną, a potem powiedziała, że w sumie to nie interesują jej mężczyźni, bo nie dalej jak w zeszłym tygodniu okazało się, że gustuje w kobietach. Złowieszcza cisza, jaka zapadła przy stole po wypowiedzeniu tych słów, nie wróżyła niczego dobrego. Ależ dostało się Kindze od matki. Nie przy gościach. Pół godziny później, w kuchni, za zamkniętymi drzwiami, przy odgrzewaniu bigosu i kotletów.
To właśnie wtedy postanowiła, że gdy następnym razem ktoś zapyta ją o chłopaka, to powie, że go ma. Uprzedzi oczywiście, że to bardzo zapracowany człowiek, ale zapewni również, że przy najbliższej możliwej okazji go przedstawi. Powie, że jest przystojny, bardzo uczynny i strasznie mocno ją kocha. Jak będzie trzeba, to ściągnie z internetu zdjęcie jakiegoś faceta, żeby udowodnić, że mówi prawdę. Przerobi je w Photoshopie w taki sposób, że będzie stała u jego boku. A nawet posunie się do tego, że zainwestuje kilkaset złotych, wynajmie modela i mu zapłaci, żeby pozował z nią do zakochanego zdjęcia. Potem okaże się, że ów ideał zginie w tragicznym wypadku samochodowym akurat wtedy, kiedy będzie jechał na spotkanie z rodziną Kingi, co wywoła w niej tak wielkie poczucie winy, ale to tak wielkie, że nie będzie sobie w stanie z nim poradzić i już nigdy nie spojrzy na żadnego mężczyznę. A na każdą wzmiankę o ułożeniu sobie życia na nowo będzie się zanosiła niepohamowanym płaczem.
No pewnie, że Kinga zdawała sobie sprawę z tego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie łyknie tych rewelacji, ale uwielbiała tworzyć w głowie takie fantazje.
- Mamo, oszalałaś? Po cholerę go wołasz? - syknęła. A potem, gdy zobaczyła, że uśmiechnięty Łukasz bardzo raźnym krokiem zmierza w ich kierunku, próbowała zakryć twarz wszystkim, co miała pod ręką. Padło na własną dłoń, którą oparła na czole.
- Życie ci ratuję - wyszeptała mama. - Nie będziesz starą panną. Myślisz, że ja cię nie przejrzałam? Migasz się od żeniaczki. Znam cię najlepiej. Panie Łukaszu - gdy tylko podszedł, matczyny ton zmienił się z oskarżycielskiego szeptu w trel ociekający syropem klonowym zmieszanym z miodem - ta polka, którą zatańczył pan z moją córką, to było coś! - powiedziała rozanielona Krystyna.
Jak nic przepisywała mu już ziemię w spadku i za chwilę na pewno powie, gdzie znajdują się rodowe pamiątki. W brązowym kredensie, druga szuflada od dołu, pod świątecznym obrusem, pomyślała zdegustowana Kinga.
- To również zasługa idealnej partnerki - powiedział Łukasz, patrząc na Kingę.
- Może więc zatańczy pan ponownie z moją córką? - zapytała Krystyna. Jej rozanielone, utkwione w Łukaszu spojrzenie można było zinterpretować tylko w jeden sposób: chciała go na swojego drugiego zięcia.
- Mamo, my już tańczyliśmy - wtrąciła się Kinga. Miała ściśnięte usta i próbowała się jednocześnie uśmiechać, na co raczej nikt przy zdrowych zmysłach by się nie nabrał.
- Ale ja z ogromną przyjemnością zatańczę ponownie - mówiąc to, Łukasz wyciągnął dłoń w jej stronę. Nawet miotacz ognia znajdujący się w oczach Kingi nie był w stanie sprawić, by ją cofnął.
Na parkiecie było pusto. DJ dopiero zbierał się do zagrania kolejnego seta. Kinga spojrzała na matkę, wkładając w to mnóstwo dezaprobaty i nagany. No jakby jej rodzicielka była małą dziewczynką, którą należy strofować. Mama oczywiście nie przejęła się tym wcale. Wyglądała na zachwyconą i najpewniej układała w głowie listę gości na drugie wesele. Kinga bardzo ostentacyjnie szurnęła krzesłem, wstała i ruszyła w stronę parkietu. Zrobiła to niechętnie, a przynajmniej tak się czuła. Albo nie. Chciała się tak czuć, bo prawdę mówiąc, coś w niej bardzo wyrywało się do tego, żeby ponownie zatańczyć z Łukaszem. To coś nie wiedziało, co czyni. DJ puścił wolny kawałek Budki Suflera - Jolka, Jolka. Okej, pomyślała, patrząc gdzieś w przestrzeń, pobujam się z nim przez chwilę, a potem się ulotnię, bo w takim tempie to jutro zostaną ogłoszone nasze zaręczyny.
- Ja nie gryzę - powiedział do niej Łukasz. - No chyba że miałabyś na to ochotę - dodał z uśmiechem.
Puściła tę, jej zdaniem seksistowską i szowinistyczną, zaczepkę mimo uszu i podała mu dłoń. Drugą położyła na jego ramieniu. Starała się zachować dystans. Na staraniach się skończyło, bo przysunął ją do siebie bardzo blisko. Poczuła jego palce na swojej nagiej skórze, tuż przy biodrze. Sukienka z przodu była mocno zabudowana, więc dla równowagi z tyłu miała dekolt prawie do pasa.
- Czym sobie zasłużyłem na takie oschłe traktowanie? - zapytał.
Nie odpowiedziała. Łukasz wykonał obrót, po którym jeszcze mocniej zacisnął dłoń na jej biodrze. Kiedy ją prowadził, trzymał bardzo blisko siebie. A wcale nie musiał. I znowu zrobił obrót. Oczywiście idealnie w rytm muzyki. I kolejny. I jeszcze jeden. A teraz zakręcił ich oboje. Jak w bębnie pralki.
- Możesz przestać się popisywać? - Zgromiła go wzrokiem.
- Przecież ja jeszcze nawet nie zacząłem się popisywać.
Wkurzał ją jego bezczelny uśmiech. Naprawdę był denerwujący. Taki ładny i... irytujący! Zdecydowanie irytujący!
- Zapewniam cię, nie robi to na mnie wrażenia. Znam wielu lepszych tancerzy od ciebie - skłamała. Nie znała. A już na pewno nie osobiście.
I znowu obrót. I znowu bliskość. I wwiercanie się w nią tym brązowym spojrzeniem.
Dobra, ale musisz przyznać, że tancerzem jest świetnym, pomyślała.
- Kto na przykład twoim zdaniem tańczy lepiej niż ja? - zapytał.
- Patrick Swayze i Al Pacino.
I znowu śmiech.
- Lubisz tango? - nawiązał do kultowej sceny filmowej, w której grający niewidomego oficera Pacino zatańczył tango. Odegrał swoją rolę tak, że ilekroć Kinga odtwarzała tę scenę, nie potrafiła powstrzymać zachwytu. Zapewne nie ona jedna.
- Jeśli mój partner potrafiłby zatańczyć tango tak jak Al Pacino, to nawet uwielbiam. - Tej zdystansowanej wyższości, którą dało się słyszeć w jej głosie, nie można było pomylić z sympatyczną wymianą zdań.
- Potrafię tańczyć tango - powiedział, zbliżając usta do jej ucha.
Zostawił na jej skórze ślad w postaci delikatnego podmuchu i dreszczy rozchodzących się bardzo powoli po jej ciele. Dreszcze te właśnie zmierzały w okolice podbrzusza.
- A czy ty potrafisz? - zapytał.
Prowokował ją, o czym wiedziała, a i tak złapała się na przynętę. Co za amatorszczyzna. Co za nieodpowiedzialność. Uznała, że jest najgłupszą muchą na świecie, skoro tak łatwo dała się złapać na ten lep.
- Potrafię.
- Sprawdzam.
- Bardzo proszę.
Kiedy zaczęła wybrzmiewać przedostatnia zwrotka utworu, w której to w wielkiej żyli wannie i rzadko tak wypełzali na suchy ląd, Łukasz podszedł do DJ-a i powiedział mu coś na ucho. Kinga zobaczyła dwa uniesione w odpowiedzi kciuki, a po chwili jej partner wrócił do niej.
- Por una cabeza? Naprawdę poprosiłeś o nutę z filmu Zapach kobiety? - zapytała, kiedy usłyszała charakterystyczny dźwięk skrzypiec z początku utworu.
Łukasz się uśmiechnął. Nie powiedział nic, tylko wyciągnął dłoń w jej stronę.
Przyjęła wyzwanie. Nakazała jedynie entuzjazmowi, który dał znać o swoim istnieniu, by się zachowywał. No pewnie, Kinga, pomyślał entuzjazm z ironią, żaden problem. Mówisz - masz.
Gdyby jakieś dwadzieścia lat później ktoś, kto akurat znajdował się na tej sali, miał odpowiedzieć na pytanie o to, jaka partia polityczna rządziła w dwa tysiące dwudziestym trzecim roku w kraju, miałby problem z odpowiedzią. No może słowa: "Tak samo nieudolna jak ta poprzednia" byłyby najbardziej zbliżone do prawdy. Gdyby natomiast zapytano o to, jaka w dniu wesela Moniki i Mikołaja była pogoda, zapewne w odpowiedzi padłoby: "Jakiej, u licha, Moniki?". Ale na pytanie o to, jak wyglądało tango w wykonaniu siostry panny młodej i towarzyszącego jej mężczyzny, odpowiedź byłaby bardzo szczegółowa. Możliwe, że udzieliłaby jej jedna z kuzynek pana młodego, która podobnie jak większość obecnych na sali kobiet stała z otwartą buzią i patrzyła na to, co równocześnie ją oburzało i sprawiało, że chciałaby doświadczyć tego samego. Niekoniecznie jednak w towarzystwie publiczności.
Powiedziałaby, że to było coś więcej niż zwykły taniec. Że ta dwójka dotykała się nie tylko ciałami, ale i duszami. I że to, co ich połączyło, było tak intymne i zarazem nieprzyzwoite, że praktycznie każdy się na nich gapił. Na pewno też wspomniałaby, że czuć było zazdrość u tych, którzy nie byli nimi. Przyznałaby również, że i ona ją poczuła. Wspomniałaby, że tańcząca dziewczyna na początku stawiała mocny opór. Widać było, że walczyła ze swoim partnerem, uciekała od niego, pokazywała, że nie ma zamiaru być ofiarą i że to raczej on powinien się jej strzec. Ale w końcu się poddała. Uległa. Bo on ją o to poprosił, co dało się zauważyć w trakcie tego tańca. Był dla niej bardzo czuły, chciał się nią opiekować, co było widać w tym, jak jej dotykał, jak jego dłoń przesuwała się po jej plecach, jak stykały się ze sobą ich głowy, jak na nią patrzył. Powiedziałaby też, że ona sama, patrząc na nich, czuła się tak, jakby świat się na chwilę zatrzymał.
Gdy tylko Kinga obudziła się z transu i zdała sobie sprawę z tego, że jej dłoń dotyka policzka Łukasza, jedna z jej nóg oplata jego udo, ich twarze znajdują się w odległości nawet nie pół centymetra od siebie i bardzo trudno jej zapanować nad oddechem, po prostu wyrwała mu się z uścisku i szybkim krokiem opuściła salę.
- Kinga! Poczekaj!
Krzyk siostry dogonił ją, gdy wbiegała po schodach z zamiarem skrycia się w jednym z hotelowych pokoi i wejścia w ubraniu pod lodowaty prysznic, żeby zbić gorączkę, która ją przed chwilą zaatakowała. To musiał być bardzo zaraźliwy wirus z błyskawicznymi objawami w postaci robienia rzeczy, których robić nie powinna.
- Tak? - zapytała, odwracając się.
Mina siostry mówiła wiele. Serce Kingi zabiło szybciej przez ten oskarżycielski wzrok.
- To dziwkarz - powiedziały usta Moniki. Siostra stała kilka stopni niżej i patrzyła na Kingę z przyganą.
- Słucham?
- Mówię o Łukaszu. To kurwiarz. On nie szanuje kobiet. Dobrze ci radzę, trzymaj się od niego z daleka.
- Taki właśnie mam zamiar - odparła Kinga.
Monika patrzyła na nią tak, jakby chciała coś jeszcze dodać, jednak po namyśle uznała, że to i tak nie ma sensu, bo jej głupia siostra niczego nie zrozumie. Zrobiła w tył zwrot i wróciła na salę, a Kinga, ze zwieszoną głową i opuszczonymi ramionami, ruszyła w stronę pokoju, w którym miała spędzić tę noc