Znajdź mnie. Tom 5 - Lisa Kleypas

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Hamp­shire, An­gliaOsiem mie­sięcy wcze­śniej

Wszystko za­częło się od li­stu. A ści­ślej rzecz uj­mu­jąc, od wzmianki o psie.

- Ja­kim psie? - za­py­tała Be­atrix Ha­tha­way. - Co mu się stało?

Jej przy­ja­ciółka Pru­dence, naj­pięk­niej­sza młoda dama w ca­łym hrab­stwie, pod­nio­sła głowę znad li­stu, który prze­słał jej kon­ku­rent, ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan.

Dżen­tel­men nie po­wi­nien co prawda ko­re­spon­do­wać z nie­za­mężną dziew­czyną, ale mło­dzi po­pro­sili o po­moc szwa­gierkę Phe­lana, która po­śred­ni­czyła w wy­mia­nie li­stów.

Pru­dence zmarsz­czyła kpiąco brwi.

- Do­prawdy, Beo, wię­cej za­in­te­re­so­wa­nia oka­zu­jesz psu niż ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi.

- Ka­pi­tan Phe­lan nie po­trze­buje mego za­in­te­re­so­wa­nia - od­parła prag­ma­tycz­nie Be­atrix. - Cie­szy się prze­cież za­in­te­re­so­wa­niem każ­dej panny na wy­da­niu w Hamp­shire. Poza tym udał się na wojnę z wy­boru. Je­stem prze­ko­nana, że wspa­niale się bawi, pa­ra­du­jąc po Kry­mie w szy­kow­nym mun­du­rze.

- Wcale nie jest szy­kowny - pa­dła po­nura od­po­wiedź. - Jego re­gi­ment ubiera się te­raz okrop­nie; te nowe mun­dury są ta­kie zwy­czajne, ciem­no­zie­lone z czar­nymi wy­ło­gami, zu­peł­nie po­zba­wione zło­tych ga­lo­nów i ozdób. Gdy za­py­ta­łam o po­wód tej zmiany, ka­pi­tan Phe­lan wy­ja­śnił mi, że ma to po­móc strzel­com się ukryć, co nie ma prze­cież żad­nego sensu, bo wszy­scy wie­dzą, że bry­tyj­ski żoł­nierz jest zbyt od­ważny i dumny, by się ukry­wać w cza­sie bi­twy. Chri­sto­pher... to zna­czy ka­pi­tan Phe­lan... do­dał wtedy, że to ze względu na... och, użył ja­kie­goś fran­cu­skiego słowa...

- Ka­mu­flaż? - pod­po­wie­działa za­in­try­go­wana Be­atrix.

- Tak, skąd wie­dzia­łaś?

- Wiele zwie­rząt po­słu­guje się tech­ni­kami ka­mu­flażu, by się ukryć. Na przy­kład ka­me­le­ony. Upie­rze­nie sów po­zwala im zlać się dla nie­wpraw­nego oka z korą drzew. Dzięki temu...

- Wiel­kie nieba, Be­atrix, oszczędź mi ko­lej­nego wy­kładu o zwie­rzę­tach.

- Do­brze, pod wa­run­kiem, że opo­wiesz mi o psie.

Pru­dence po­dała jej list.

- Sama prze­czy­taj.

- Ależ, Pru... - za­pro­te­sto­wała Be­atrix, gdy przy­ja­ciółka we­pchnęła jej do ręki małe, schludne stro­niczki. - Ka­pi­tan Phe­lan mógł na­pi­sać coś bar­dzo oso­bi­stego.

- To by do­piero było szczę­ście! Ten list jest okrop­nie nudny. Nic tylko bi­twy i złe wie­ści.

Chri­sto­pher Phe­lan był ostat­nią osobą, któ­rej Be­atrix chcia­łaby bro­nić, rze­kła jed­nak:

- Prze­cież on wal­czy na Kry­mie, Pru. W cza­sie wojny nie ma chyba zbyt wielu ra­do­snych wy­da­rzeń, o któ­rych mógłby na­pi­sać.

- Cóż, obce kraje ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wały i nie uda­wa­łam przed nim, że jest ina­czej.

Be­atrix uśmiech­nęła się słabo.

- Pru, je­steś pewna, że chcesz być żoną ofi­cera?

- Cóż, oczy­wi­ście... Więk­szość ofi­ce­rów ni­gdy nie uczest­ni­czy w woj­nie. To modni sa­lo­nowcy, któ­rzy zgo­dziw­szy się na pół pen­sji, mają nie­wiele obo­wiąz­ków i nie mu­szą bez­u­stan­nie prze­by­wać w re­gi­men­cie. I tak było rów­nież w przy­padku ka­pi­tana Phe­lana, do­póki nie zo­stał we­zwany. - Pru wzru­szyła ra­mio­nami. - Wojny za­wsze wy­bu­chają nie w porę. Na szczę­ście ka­pi­tan Phe­lan już wkrótce wróci do Hamp­shire.

- Do­prawdy? Skąd wiesz?

- Moi ro­dzice mó­wią, że wojna skoń­czy się przed Bo­żym Na­ro­dze­niem.

- Też tak sły­sza­łam. Tyle że trzeba się za­sta­no­wić, czy aby nie za bar­dzo prze­ce­niamy na­sze moż­li­wo­ści, a nie do­ce­niamy ro­syj­skich.

- Ja­kież to nie­pa­trio­tyczne! - za­wo­łała Pru­dence z kpiną w oczach.

- Pa­trio­tyzm nie ma nic wspól­nego z tym, że Mi­ni­ster­stwo Wojny po­słało trzy­dzie­ści ty­sięcy żoł­nie­rzy na Krym, nie zro­biw­szy wcze­śniej nic. Nie mamy ani wie­dzy na te­mat placu boju, ani żad­nej roz­sąd­nej stra­te­gii.

- Skąd ty to wszystko wiesz?

- Z "Ti­mesa". Ra­porty pu­bli­kują co­dzien­nie. Nie czy­tasz ga­zet?

- Nie sek­cję po­li­tyczną. Moi ro­dzice są zda­nia, że to nie­wła­ściwe za­in­te­re­so­wa­nia dla mło­dej damy.

- Moja ro­dzina oma­wia kwe­stie po­li­tyczne co­dzien­nie pod­czas ko­la­cji, a moje sio­stry i ja bie­rzemy w tych dys­ku­sjach czynny udział. - Be­atrix urwała, po czym do­dała z szel­mow­skim uśmiesz­kiem: - Ośmie­lamy się na­wet mieć wła­sne zda­nie.

Pru­dence sze­roko otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia.

- Mój Boże. Cóż, nie po­win­nam być za­sko­czona. Wszy­scy wie­dzą, że twoja ro­dzina jest... inna.

Okre­śle­nie to na­le­żało do znacz­nie mil­szych niż te, któ­rymi za­zwy­czaj opi­sy­wano ro­dzinę Ha­tha­wayów - pię­cioro ro­dzeń­stwa, z któ­rych naj­star­szy był Leo, po­tem Ame­lia, Win­ni­fred, Poppy i Be­atrix. Po śmierci ro­dzi­ców Ha­tha­way­owie do­świad­czyli zdu­mie­wa­ją­cej od­miany losu. Przy­szli na świat jako pro­ści lu­dzie, da­leko spo­krew­nieni z ary­sto­kra­tyczną ga­łę­zią ro­dziny. W wy­niku se­rii nie­for­tun­nych in­cy­den­tów Leo odzie­dzi­czył ty­tuł wi­ceh­ra­biego, na co ani on, ani jego sio­stry nie byli przy­go­to­wani. Mu­sieli prze­pro­wa­dzić się z ma­łej wio­ski Prim­rose Place do po­sia­dło­ści Ram­say w hrab­stwie Hamp­shire.

Przez sześć lat na­uczyli się tyle, by przy­sto­so­wać się do ży­cia w to­wa­rzy­stwie. Nikt jed­nak nie na­uczył ich my­śleć jak ary­sto­kra­cja, nie prze­jęli też jej sys­temu war­to­ści i zwy­cza­jów. Byli za­możni, ale nie byli od­po­wied­nio wy­cho­wani, nie mieli ko­nek­sji. Każda inna ro­dzina w ta­kiej sy­tu­acji pró­bo­wa­łaby pod­nieść swój sta­tus po­przez mał­żeń­stwa, Ha­tha­way­owie na­to­miast wo­leli po­bie­rać się z mi­ło­ści.

Be­atrix miała po­ważne wąt­pli­wo­ści, czy ona sama kie­dy­kol­wiek sta­nie na ślub­nym ko­biercu. Miała nie­po­korną na­turę, więk­szość dni spę­dzała poza do­mem, jeż­dżąc konno i spa­ce­ru­jąc po la­sach, mo­cza­rach i łą­kach Hamp­shire. Nad to­wa­rzy­stwo lu­dzi przed­kła­dała to­wa­rzy­stwo zwie­rząt, ota­czała opieką wszyst­kie ranne i osie­ro­cone stwo­rze­nia, na które się na­ty­kała. Te, które same nie prze­trwa­łyby na wol­no­ści, sta­wały się jej pu­pi­lami. Na świe­żym po­wie­trzu czuła się szczę­śliwa i speł­niona. W sali ba­lo­wej ży­cie tra­ciło dla niej cały urok.

Co­raz czę­ściej jed­nak Be­atrix do­skwie­rało nie­za­do­wo­le­nie. Czuła nie­zde­fi­nio­waną tę­sk­notę. Tyle że ni­gdy do­tąd nie spo­tkała męż­czy­zny, który byłby dla niej od­po­wiedni. Na pewno nie nada­wała się na żonę tych bla­dych, wy­ra­fi­no­wa­nych osob­ni­ków za­lud­nia­ją­cych lon­dyń­skie sa­lony. Dziar­scy wiej­scy dżen­tel­meni byli bar­dziej po­cią­ga­jący, ale ża­den z nich nie po­sia­dał cech, któ­rych Be­atrix szu­kała. Ma­rzyła o męż­czyź­nie, który do­rów­na­łby jej siłą woli. Pra­gnęła na­mięt­nie ko­chać... sta­no­wić wy­zwa­nie... zbi­jać z nóg.

Spoj­rzała na list, który trzy­mała w dło­niach.

Nie da­rzyła Chri­sto­phera Phe­lana nie­chę­cią, wie­działa jed­nak o jego nie­przy­chyl­no­ści wo­bec tego, co ona sobą re­pre­zen­to­wała. Uro­dzony jako ary­sto­krata, wy­ra­fi­no­wany Phe­lan po­ru­szał się z wielką swo­bodą w śro­do­wi­sku, które było jej z gruntu obce. Był dru­gim sy­nem za­moż­nej ro­dziny z są­siedz­twa, jego dzia­dek ze strony matki był hra­bią, a przod­ko­wie jego ojca zbili ma­ją­tek na że­glu­dze.

Phe­la­no­wie nie mieli prawa do ty­tułu, ale naj­star­szy syn, John, miał po śmierci hra­biego odzie­dzi­czyć po­sia­dłość Ri­ver­ton w War­wick­shire. John był sta­tecz­nym, od­po­wie­dzial­nym męż­czy­zną, szcze­rze od­da­nym swej żo­nie, Au­drey.

Chri­sto­pher był jego cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Nie ma­jąc wi­do­ków na ma­ją­tek jako drugi syn, w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat za­ku­pił pa­tent ofi­cer­ski. Słu­żył w ran­dze młod­szego ofi­cera ka­wa­le­rii, do czego ze swą mę­ską urodą do­sko­nale się nada­wał - jego głów­nym za­da­niem było uczest­ni­cze­nie w pa­ra­dach i musz­trach. Cie­szył się wiel­kim po­wo­dze­niem wśród lon­dyń­skich dam, dla­tego też czę­sto jeź­dził do sto­licy, gdzie spę­dzał czas, tań­cząc, pi­jąc, upra­wia­jąc ha­zard, ku­pu­jąc wy­kwintne stroje i od­da­jąc się skan­da­licz­nym ro­man­som.

Be­atrix spo­tkała Chri­sto­phera Phe­lana dwu­krot­nie, po raz pierw­szy na lo­kal­nej po­tań­cówce, po któ­rej ochrzciła go mia­nem naj­więk­szego aro­ganta w ca­łym Hamp­shire. Za dru­gim ra­zem, pod­czas pik­niku, zmie­niła zda­nie i do­szła do wnio­sku, że to naj­bar­dziej aro­gancki czło­wiek na ca­łym świe­cie.

- Młoda panna Ha­tha­way to dzi­waczne stwo­rze­nie - po­wie­dział Phe­lan do swego to­wa­rzy­sza, co przez przy­pa­dek pod­słu­chała Be­atrix.

- Moim zda­niem jest cza­ru­jąca i ory­gi­na­lna - za­pro­te­sto­wał jego druh. - I z żadną ko­bietą nie roz­ma­wia się o ko­niach tak do­brze jak z nią.

- To lo­giczne - pa­dła drwiąca ri­po­sta. - Znacz­nie bar­dziej pa­suje prze­cież do stajni niż do sa­lonu.

Od tam­tej pory Be­atrix uni­kała go, jak tylko mo­gła. Nie miała nic prze­ciwko ukry­temu po­rów­na­niu jej do ko­nia, bo ko­nie są prze­cież pięk­nymi zwie­rzę­tami, ob­da­rzo­nymi hojną, szla­chetną na­turą. Wie­działa też, że choć może nie jest pięk­no­ścią, po­siada pe­wien urok. Nie­je­den męż­czy­zna kom­ple­men­to­wał już jej ciem­no­brą­zowe włosy i nie­bie­skie oczy.

Nie mo­gła się jed­nak rów­nać z olśnie­wa­ją­cym Chri­sto­phe­rem Phe­la­nem, pięk­nym jak Lan­ce­lot. Ga­briel. Albo Lu­cy­fer, je­śli wie­rzyć w to, że był on kie­dyś naj­pięk­niej­szym ar­cha­nio­łem. Phe­lan był wy­soki, miał błysz­czące oczy i włosy ko­loru ciem­nej ozi­mej psze­nicy mu­śnię­tej słoń­cem. Był silny, po­stawny, miał sze­ro­kie ra­miona i wą­skie bio­dra. Po­ru­szał się z nie­dbałą gra­cją, a jed­no­cze­śnie pro­mie­nio­wał ży­wot­no­ścią, ni­czym dra­pieżca.

Po pew­nym cza­sie Phe­lan zo­stał od­wo­łany ze swego re­gi­mentu i prze­nie­siony do Bry­gady Strzel­ców. Strzelcy, jak ich na­zy­wano, byli do­bo­ro­wym od­dzia­łem, szko­lo­nym do tego, by jak naj­czę­ściej wy­ka­zy­wać wła­sną ini­cja­tywę. Ich za­da­niem było zaj­mo­wać po­zy­cje na czele frontu i li­kwi­do­wać ofi­ce­rów i ko­nie, które były poza za­się­giem strzału zwy­kłych żoł­nie­rzy. Phe­lana ce­cho­wały wy­jąt­kowe umie­jęt­no­ści strze­lec­kie, dla­tego też szybko zo­stał awan­so­wany do stop­nia ka­pi­tana.

Be­atrix stwier­dziła z roz­ba­wie­niem, że na pewno go to nie ucie­szyło. Mu­siał bo­wiem za­mie­nić piękny mun­dur ka­wa­le­rii na zwy­kły zie­lony uni­form po­zba­wiony ozdób.

- Na­prawdę mo­żesz prze­czy­tać list - po­wtó­rzyła Pru, sia­da­jąc przy to­a­letce. - Mu­szę jesz­cze po­pra­wić włosy, za­nim wyj­dziemy.

- Masz uro­czą fry­zurę - za­uwa­żyła Be­atrix, nie do­strze­ga­jąc żad­nych skaz w mi­ster­nym upię­ciu ja­snych war­ko­czy. - A poza tym idziemy prze­cież tylko do wio­ski. Nikt z jej miesz­kań­ców nie za­uważy, że twoja fry­zura nie jest ide­alna.

- Ja będę wie­dzieć. Poza tym ni­gdy nie wia­domo, kogo spo­tkamy.

Be­atrix, wie­dząc, jaką wagę przy­ja­ciółka przy­kłada do swego wy­glądu, uśmiech­nęła się tylko i po­krę­ciła głową.

- Do­brze. Je­śli na­prawdę nie masz nic prze­ciwko temu, bym rzu­ciła okiem na list ka­pi­tana Phe­lana, prze­czy­tam tylko hi­sto­rię o psie.

- Za­śniesz, za­nim do­trzesz do psa - na­po­mknęła Pru­dence, wsu­wa­jąc we włosy ko­lejną spinkę.

Be­atrix po­chy­liła się nad krzy­wymi li­nij­kami. Słowa wy­glą­dały jak po­kur­czone, cia­sne sploty li­ter jakby pró­bo­wały wy­sko­czyć z kartki.

Droga Pru­dence,

sie­dzę w za­ku­rzo­nym na­mio­cie, pró­bu­jąc wy­my­ślić, co elo­kwent­nego mógł­bym na­pi­sać. Od­cho­dzę od zmy­słów. Za­słu­gu­jesz na piękne słowa, a we mnie zo­stało tylko to: my­ślę o To­bie bez­u­stan­nie. O Two­jej dłoni, którą do mnie pi­sa­łaś i o za­pa­chu per­fum na Twoim nad­garstku. Pra­gnę ci­szy i czy­stego po­wie­trza, łóżka z miękką, białą po­duszką...

Be­atrix unio­sła brwi, jej puls przy­spie­szył. Prze­rwała czy­ta­nie i zer­k­nęła na Pru­dence.

- To jest twoim zda­niem nudne? - za­py­tała ci­cho, czu­jąc ob­le­wa­jący ją ru­mie­niec.

- Tylko po­czą­tek jest zno­śny - od­parła Pru­dence. - Czy­taj da­lej.

Dwa dni temu pod­czas mar­szu wzdłuż wy­brzeża na Se­wa­sto­pol star­li­śmy się nad rzeką Almą z Ro­sja­nami. Po­do­bno od­nie­śli­śmy zwy­cię­stwo. Ja jed­nak wcale tego nie czuję. Stra­ci­li­śmy co naj­mniej dwie trze­cie ofi­ce­rów re­gi­mentu i pra­wie ćwierć pod­ofi­ce­rów. Wczo­raj ich grze­ba­li­śmy. Li­sta po­le­głych li­czy już trzy­sta sześć­dzie­siąt an­giel­skich na­zwisk, ko­lejni żoł­nie­rze umie­rają na sku­tek od­nie­sio­nych ran.

Je­den z po­le­głych, ka­pi­tan Bri­gh­ton, przy­wiózł ze sobą psa, szorst­ko­wło­sego te­riera, który wabi się Al­bert. To bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej nie­po­słuszny pies na świe­cie. Gdy skła­da­li­śmy Bri­gh­tona do grobu, zwie­rzak sie­dział przy mo­gile i bez­u­stan­nie wył, pró­bo­wał ugryźć każ­dego, kto pod­szedł bli­żej. Po­peł­ni­łem błąd, po­da­jąc mu ka­wa­łek her­bat­nika, i te­raz to tępe stwo­rze­nie wszę­dzie za mną łazi. Sie­dzi w moim na­mio­cie i gapi się na mnie na wpół osza­la­łym wzro­kiem. Cią­gle wyje. Gdy pod­cho­dzę do niego, pró­buje za­to­pić kły w mo­jej ręce. Za­strze­lił­bym go, ale mam dość za­bi­ja­nia.

Ro­dziny opła­kują już za­pewne tych, któ­rym ode­bra­łem ży­cie. Sy­no­wie, bra­cia, oj­co­wie. Za­słu­ży­łem na pie­kło po tym, co zro­bi­łem, a wojna le­d­wie się roz­po­częła. Zmie­niam się, i to na gor­sze, nie na lep­sze. Męż­czy­zny, któ­rego zna­łaś, już nie ma, oba­wiam się, że nie spodoba Ci się ten, który go za­stą­pił.

Odór śmierci, Pru... wci­ska się wszę­dzie.

Pole bi­twy usiane jest frag­men­tami ciał, ubrań, po­de­szwami bu­tów. Czy mo­żesz wy­obra­zić so­bie eks­plo­zję tak silną, że zrywa z bu­tów po­de­szwy? Po­do­bno na­stęp­nej wio­sny po bi­twie łąki za­lewa po­wódź kwia­tów - zie­mia jest tak zryta, spulch­niona, że na­siona mają miej­sce na nowe ko­rze­nie. Chciał­bym po­grą­żyć się w ża­ło­bie, ale tu nie ma na nią miej­sca. Czasu. Mu­szę ukryć swoje uczu­cia.

Czy gdzieś na świe­cie jesz­cze pa­nuje spo­kój? Pro­szę, opisz mi go. Na­pisz mi, co te­raz ha­ftu­jesz, jaką pio­senkę lu­bisz naj­bar­dziej. Czy w Stony Cross pada? Czy li­ście już zmie­niają barwy?

Twój

Chri­sto­pher Phe­lan

Gdy Be­atrix skoń­czyła czy­tać, w jej sercu za­gnieź­dziło się oso­bliwe uczu­cie: pełna zdu­mie­nia li­tość.

Nie­moż­liwe, by taki list wy­szedł spod pióra aro­ganc­kiego Chri­sto­phera Phe­lana. Nie spo­dzie­wała się tego. Wy­czy­tała po­mię­dzy wier­szami wraż­li­wość i ci­chą tę­sk­notę, która ją do głębi wzru­szyła.

- Mu­sisz mu od­pi­sać, Pru - oświad­czyła, skła­da­jąc ostroż­nie ar­ku­sik pa­pieru.

- Nie mam naj­mniej­szego za­miaru. Spro­wo­ko­wa­ła­bym tym tylko jesz­cze wię­cej na­rze­kań. Je­śli nie od­pi­szę, może to mu da do my­śle­nia, i na­stęp­nym ra­zem na­pi­sze coś we­sel­szego.

Be­atrix zmarsz­czyła brwi.

- Jak do­brze wiesz, nie ży­wię sym­pa­tii do ka­pi­tana Phe­lana, ale ten list... on za­słu­guje na twoją sym­pa­tię, Pru. Skreśl kilka li­ni­jek. Parę słów po­cie­sze­nia. To zaj­mie ci tylko chwilę. I mam radę od­no­śnie do tego psa...

- Nie mam za­miaru roz­pi­sy­wać się na te­mat pie­kiel­nego psa. - Pru­dence prych­nęła nie­cier­pli­wie. - Ty do niego na­pisz.

- Ja? Prze­cież on nie chce ze mną ko­re­spon­do­wać. Uważa, że je­stem dzi­waczna.

- Nie ro­zu­miem dla­czego. Tylko dla­tego, że przy­nio­słaś Me­duzę na pik­nik...

- To prze­cież bar­dzo do­brze wy­cho­wany jeż.

- Dżen­tel­men, który się na nią na­dział, był chyba in­nego zda­nia.

- To dla­tego, że źle do tego pod­szedł. Gdy chcesz wziąć na ręce jeża...

- Nie, na­prawdę nie ma po­trzeby mi tego tłu­ma­czyć, bo ni­gdy nie za­mie­rzam żad­nego brać na ręce. A co do ka­pi­tana Phe­lana... je­śli na­prawdę się upie­rasz, mo­żesz mu od­pi­sać i pod­pi­sać się moim imie­niem.

- Nie po­zna, że to inny cha­rak­ter pi­sma?

- Nie, bo ja jesz­cze ni­gdy do niego nie na­pi­sa­łam.

- Ale prze­cież to nie do mnie się za­leca - za­pro­te­sto­wała Be­atrix. - Nic o nim nie wiem.

- Wiesz pew­nie tyle, ile ja. Znasz jego ro­dzinę, przy­jaź­nisz się z jego szwa­gierką. Ja też nie na­zwa­ła­bym ka­pi­tana Phe­lana swoim kon­ku­ren­tem. A już na pewno nie jest je­dyny. Nie za­mie­rzam ni­czego mu obie­cy­wać, do­póki nie wróci z wojny z wszyst­kimi koń­czy­nami. Nie wyjdę za ko­goś, kogo będę mu­siała wo­zić wszę­dzie w wózku in­wa­lidz­kim.

- Pru, twoje prze­my­śle­nia są głę­bo­kie jak ka­łuża.

Pru­dence uśmiech­nęła się uro­czo.

- Przy­naj­mniej je­stem szczera.

Be­atrix spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z po­wąt­pie­wa­niem.

- Na­prawdę za­mie­rzasz zrzu­cić na mnie obo­wią­zek pi­sa­nia li­stu mi­ło­snego do jed­nego z two­ich zna­jo­mych?

Pru­dence mach­nęła nie­dbale dło­nią.

- To nie bę­dzie list mi­ło­sny. On do mnie o mi­ło­ści nie pi­sał. Wy­myśl coś ra­do­snego i do­da­ją­cego otu­chy.

Be­atrix wło­żyła list do kie­szeni sukni spa­ce­ro­wej. Wciąż jesz­cze to­czyła ze sobą w głębi du­cha spór - wie­działa, że wąt­pli­wego mo­ral­nie dzia­ła­nia nie uspra­wie­dli­wiają na­wet słuszne po­budki. Nie mo­gła jed­nak wy­rzu­cić z my­śli ob­razu wy­czer­pa­nego żoł­nie­rza, skre­śla­ją­cego w po­śpie­chu w za­ci­szu na­miotu kilku li­ni­jek dłońmi po­kry­tymi pę­che­rzami od ko­pa­nia gro­bów dla swych to­wa­rzy­szy broni. I wy­nędz­nia­łego psa wy­ją­cego w ką­cie.

Czuła się zu­peł­nie nie­od­po­wied­nią osobą do na­pi­sa­nia tego li­stu. I po­dej­rze­wała, że Pru­dence czuje to samo.

Pró­bo­wała wczuć się w sy­tu­ację Chri­sto­phera - po­rzu­cił wy­stawne ży­cie dla świata, który dzień po dniu za­gra­żał jego ist­nie­niu. Mi­nuta po mi­nu­cie. Nie mo­gła so­bie wy­obra­zić ze­psu­tego, przy­stoj­nego Phe­lana, który zmaga się z nie­bez­pie­czeń­stwem i trud­no­ściami. Gło­dem. Sa­mot­no­ścią.

Spoj­rzała w za­du­mie na przy­ja­ciółkę, ich oczy spo­tkały się w zwier­cia­dle.

- Jaka jest twoja ulu­biona pio­senka, Pru?

- Nie mam ta­kiej. Na­pisz mu, jaka jest twoja.

- Czy nie po­win­ny­śmy omó­wić tego z Au­drey? - za­py­tała Be­atrix, ma­jąc na my­śli szwa­gierkę Phe­lana.

- Ab­so­lut­nie nie. Au­drey ma po­ważny pro­blem ze szcze­ro­ścią. Nie wy­sła­łaby li­stu, gdyby wie­działa, że to nie ja go na­pi­sa­łam.

Be­atrix wy­dała z sie­bie dźwięk, który mógł być za­równo śmie­chem, jak i ję­kiem.

- Nie na­zwa­ła­bym tego pro­ble­mem ze szcze­ro­ścią. Och, Pru, bar­dzo cię pro­szę, zmień zda­nie i na­pisz do niego. Tak bę­dzie znacz­nie ła­twiej.

Pru­dence jed­nak, gdy była na­ci­skana, za­zwy­czaj po­pa­dała w ośli upór i ta sy­tu­acja nie była wy­jąt­kiem.

- Ła­twiej dla wszyst­kich, tylko nie dla mnie - oświad­czyła su­cho. - Nie wiem, jak od­po­wie­dzieć na taki list. Zresztą on już pew­nie za­po­mniał, że w ogóle go na­pi­sał. - Od­wró­ciła się do lu­stra i mu­snęła wargi bal­sa­mem z ró­ża­nych płat­ków.

Pru­dence była uro­cza, miała twa­rzyczkę w kształ­cie serca, cien­kie brwi i ogromne zie­lone oczy. Lu­stro nie od­zwier­cie­dlało jed­nak wszyst­kiego. Nie można było po­znać, co Pru­dence tak na­prawdę czuje do Chri­sto­phera Phe­lana. Jedno było pewne: na­le­żało na list od­pi­sać, na­wet nie­udol­nie i nie wstrzy­my­wać dłu­żej od­po­wie­dzi. Bo cza­sami mil­cze­nie rani bar­dziej niż kule.

W za­ci­szu swej sy­pialni w Ram­say Ho­use Be­atrix usia­dła przy biurku i za­nu­rzyła pióro w ciem­no­nie­bie­skim atra­men­cie. Trzy­noga szara kotka o imie­niu Szczę­ściara wy­cią­gnęła się na bla­cie obok niej i wpa­try­wała się w nią uważ­nie. Jeż Me­duza za­jął miej­sce po dru­giej stro­nie. Szczę­ściara, z na­tury wy­jąt­kowo wraż­liwa, ni­gdy nie do­ku­czała kłu­ją­cej ma­łej kulce.

Be­atrix prze­czy­tała raz jesz­cze list Phe­lana, po czym za­częła pi­sać.

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion Bry­gady Strzel­ców

Obóz Dru­giej Dy­wi­zji, Krym

17 paź­dzier­nika 1854 roku

Prze­rwała i po­gła­skała przed­nią łapkę Szczę­ściary opusz­kiem palca.

- Jak Pru roz­po­czę­łaby list? - za­sta­na­wiała się na głos. - Czy na­zwa­łaby go Naj­droż­szym? Uko­cha­nym? - Zmarsz­czyła nos.

Pi­sa­nie li­stów nie było jej mocną stroną. Po­cho­dziła z wy­jąt­kowo elo­kwent­nej ro­dziny, ale sama czyny ce­niła wy­żej niż słowa. Była prze­ko­nana, że może do­wie­dzieć się o dru­giej oso­bie znacz­nie wię­cej pod­czas krót­kiego spa­ceru, niż sie­dząc w sa­lo­nie i kon­wer­su­jąc go­dzi­nami.

Roz­wa­żała różne opcje na­głów­ków, które może skie­ro­wać do ad­re­sata zu­peł­nie obca osoba po­da­jąca się za ko­goś in­nego, aż w końcu się pod­dała.

- Do dia­ska, będę pi­sać tak, jak mi się po­doba. On i tak bę­dzie za­pewne zbyt zmę­czony po bi­twie, by za­sta­na­wiać się nad tym, dla­czego list nie brzmi jak Pru.

Szczę­ściara uło­żyła główkę na ła­pie i przy­mknęła oczy. Mruk­nęła ci­cho.

Be­atrix za­częła pi­sać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

czy­ta­łam do­nie­sie­nia z bi­twy nad Almą. Pan Rus­sell z "Ti­mesa" twier­dzi, że Bry­gada Strzel­ców wy­su­nęła się na czoło i za­strze­liła kilku ofi­ce­rów wroga, co wpro­wa­dziło po­płoch w jego sze­re­gach. Pan Rus­sell za­uwa­żył też z po­dzi­wem, że strzelcy ni­gdy się nie co­fają ani na­wet nie uchy­lają pod gra­dem kul.

Po­dzie­lam jego po­dziw, sza­nowny Pa­nie, ale pra­gnę do­dać, że moim zda­niem żoł­nierz nie traci nic ze swej od­wagi, je­śli jed­nak uchyli się, gdy do niego strze­lają. Może też się po­chy­lić, zro­bić unik, zejść kuli z drogi, a na­wet ukryć się za skałą. Obie­cuję, że ja wcale nie po­my­ślę przez to o Panu go­rzej!

Czy Al­bert wciąż tam jest? Na­dal gry­zie? Moja przy­ja­ciółka Be­atrix (ta sama, która przy­nosi jeże na pik­niki) twier­dzi, że pies ma zbyt dużo bodź­ców i jest prze­ra­żony. Psy to w głębi serca wilki, po­trze­bują więc przy­wódcy, musi Pan wy­raź­nie dać mu do zro­zu­mie­nia, że to Pan do­mi­nuje. Je­śli bę­dzie pró­bo­wał ugryźć, pro­szę wziąć w dło­nie cały jego pysk, na­ci­snąć lekko i po­wie­dzieć "nie" sta­now­czym gło­sem.

Moja ulu­biona pio­senka to "Za wzgó­rzami i da­leko stąd". Wczo­raj w Hamp­shire pa­dało, prze­szła nad nami ła­godna je­sienna bu­rza, która nie strą­ciła z drzew prak­tycz­nie ani jed­nego li­ścia. Da­lie już prze­kwi­tły, przy­mro­zek ściął chry­zan­temy, ale po­wie­trze pach­nie bo­sko, opa­dłymi li­śćmi, mo­krą korą i doj­rza­łymi jabł­kami. Za­uwa­żył Pan, że każdy mie­siąc ma swój wła­sny za­pach? Maj i paź­dzier­nik pachną moim zda­niem naj­ład­niej.

Py­tał Pan, czy jest na świe­cie jesz­cze ja­kieś spo­kojne miej­sce. Z ża­lem do­no­szę, że na pewno nie jest nim Stony Cross. Kilka dni temu osioł pana Mawd­sleya uciekł z obórki i ja­kimś cu­dem prze­do­stał się na ogro­dzone pa­stwi­sko, na któ­rym pa­sła się nie­winna klacz pana Ca­irda. Osioł bez­czel­nie ją uwiódł, w wy­niku czego klacz bę­dzie miała małe. Roz­go­rzał więc spór po­mię­dzy Ca­ir­dem, który do­maga się za to fi­nan­so­wej re­kom­pen­saty, a Mawd­sleyem, który twier­dzi, że gdyby płot pa­stwi­ska był w do­brym sta­nie, nie do­szłoby do tej po­ta­jem­nej schadzki. Co gor­sza, Mawd­sley za­su­ge­ro­wał też, że klacz jest bez­wstydną la­ta­wicą i wcale nie pró­bo­wała chro­nić swo­jej cnoty.

Czy na­prawdę my­śli Pan, że za­słu­żył so­bie na pie­kło? Ja nie wie­rzę w pie­kło, na pewno nie po śmierci. Pie­kło czy­nią so­bie lu­dzie tu, na ziemi.

Pi­sze Pan, że dżen­tel­mena, któ­rego zna­łam, ktoś za­stą­pił. Bar­dzo chcia­ła­bym Panu do­dać otu­chy, ale mogę tylko za­pew­nić, że nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się Pan zmie­nił, bę­dzie Pan mile wi­dziany po po­wro­cie. Pro­szę ro­bić to, co Pan musi. Je­śli to po­maga, pro­szę ukryć swe uczu­cia i za­mknąć je na klucz. Może pew­nego dnia ra­zem je uwol­nimy.

Pań­ska

Pru­dence

Be­atrix ni­gdy umyśl­nie ni­kogo nie oszu­kała. Czu­łaby się znacz­nie le­piej, gdyby mo­gła w swoim imie­niu pod­pi­sać list. Pa­mię­tała jed­nak do­sko­nale jego po­gar­dliwe do­cinki. Nie chciałby otrzy­mać li­stu od "dzi­wacz­nej Be­atrix Ha­tha­way". Chciał ko­re­spon­do­wać z piękną zło­to­włosą Pru­dence Mer­cer. Czyż jej list nie jest lep­szy niż brak li­stu w ogóle? Czło­wiek w jego sy­tu­acji po­trze­buje za­pewne wszel­kich słów otu­chy, ja­kie los może mu za­ofe­ro­wać.

Po­trze­buje ko­goś, kto by o nim my­ślał.

A z ja­kie­goś względu po lek­tu­rze jego li­stu Be­atrix my­ślała o nim prak­tycz­nie bez­u­stan­nie.

Roz­dział 2

Peł­nia przed je­sienną rów­no­nocą przy­nio­sła ze sobą piękną su­chą po­godę. Dzier­żawcy z Ram­say i na­jemni ro­bot­nicy ze­brali naj­bar­dziej ob­fite plony w hi­sto­rii ma­jątku. Tak jak wszy­scy, Be­atrix była bar­dzo za­jęta zbio­rami i or­ga­ni­za­cją za­bawy, która na­stę­po­wała na ich za­koń­cze­nie. Ha­tha­way­owie wy­da­wali dla po­nad ty­siąca go­ści obiad na świe­żym po­wie­trzu i po­tań­cówkę.

Ku jej ogrom­nemu roz­cza­ro­wa­niu Au­drey Phe­lan wy­mó­wiła się od wzię­cia udziału w fe­sty­nie, po­nie­waż jej mąż John cier­piał na upo­rczywy ka­szel. Au­drey wo­lała zo­stać w domu, by się nim opie­ko­wać. "Dok­tor zo­sta­wił le­kar­stwo, które już bar­dzo po­mo­gło Joh­nowi" - na­pi­sała do Be­atrix - "za­zna­czył jed­nak, że wa­run­kiem po­wrotu Johna do zdro­wia jest nie­za­kłó­cony wy­po­czy­nek w łóżku".

Pod ko­niec li­sto­pada Be­atrix wy­brała się do domu Phe­la­nów drogą przez las pe­łen sę­ka­tych dę­bów i roz­ło­ży­stych bu­ków. Ciemne ga­łę­zie drzew po­kry­wały war­stwy szronu lśnią­cego jak po­kru­szony cu­kier w świe­tle słońca prze­bi­ja­ją­cego się przez gę­stą za­słonę chmur. W so­lid­nych trze­wi­kach Be­atrix pew­nie stą­pała po zmro­żo­nych su­chych li­ściach i mchu.

Jej oczom uka­zał się dom Phe­la­nów, daw­niej kró­lew­ski pa­wi­lon my­śliw­ski, duży, po­ro­śnięty blusz­czem bu­dy­nek oto­czony dzie­się­cioma akrami la­sów. Ko­bieta we­szła na uro­czą ka­mienną ścieżkę, obe­szła dom i sta­nęła u fron­to­wych drzwi.

- Be­atrix.

Gdy usły­szała ci­chy głos, od­wró­ciła się i zo­ba­czyła na ka­mien­nej ławce Au­drey Phe­lan.

- Och, wi­taj - przy­wi­tała ją ra­do­śnie. - Tak dawno się nie wi­dzia­ły­śmy, więc po­my­śla­łam, że... - Umil­kła, gdy przyj­rzała się przy­ja­ciółce bli­żej.

Au­drey miała na so­bie pro­stą co­dzienną suk­nię, szary ma­te­riał wta­piał się w tło je­sien­nego lasu. Be­atrix nie za­uwa­żyła jej wcze­śniej, bo była wy­jąt­kowo ci­cha i nie­ru­choma.

Przy­jaź­niły się od trzech lat, od dnia, w któ­rym Au­drey po­ślu­biła Johna i za­miesz­kała w Stony Cross. W bez­tro­skim na­stroju Be­atrix spę­dzała czas z Pru­dence, gdy jed­nak po­ja­wiał się smu­tek i kło­poty, zwra­cała się do Au­drey.

Bea zmarsz­czyła brwi na wi­dok twa­rzy pani Phe­lan, do­słow­nie wy­pra­nej z ko­loru. Jej oczy i nos były za­czer­wie­nione i opuch­nięte.

- Nie masz szala ani pe­le­ryny.

- Nic mi nie bę­dzie - szep­nęła Au­drey. Jej ra­miona za­drżały. Po­krę­ciła głową i wy­cią­gnęła dłoń, gdy Be­atrix zdjęła ciężką weł­nianą na­rzutkę i otu­liła nią jej szczu­płą po­stać. - Nie, Bea, nie...

- Roz­grzała mnie ta prze­chadzka - oświad­czyła Be­atrix, sia­da­jąc obok przy­ja­ciółki na lo­do­wa­tej ławce. Mi­nęła długa chwila mil­cze­nia, Au­drey z wy­sił­kiem prze­łknęła łzy. Coś mu­siało się stać. Be­atrix sie­działa cier­pli­wie, czu­jąc ucisk w gar­dle. - Au­drey - po­wie­działa w końcu - czy coś się stało ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi?

Au­drey spoj­rzała na nią pu­stym wzro­kiem, jakby py­ta­nie zo­stało za­dane w ob­cym ję­zyku, któ­rego nie zro­zu­miała.

- Ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi? - po­wtó­rzyła ci­cho i lekko po­krę­ciła głową. - Nie, o ile wiem, Chri­sto­pher miewa się do­brze. Do­sta­li­śmy od niego wczo­raj pa­kiet li­stów. Je­den z nich jest za­adre­so­wany do Pru­dence.

Be­atrix ogar­nęła obez­wład­nia­jąca ulga.

- Mogę jej go za­nieść, je­śli chcesz - za­ofe­ro­wała, si­ląc się na obo­jęt­ność.

- Tak, bar­dzo byś mi po­mo­gła. - Au­drey za­częła wy­krę­cać so­bie palce.

Be­atrix ostroż­nie po­ło­żyła na nich dło­nie.

- Czy stan two­jego męża się po­gor­szył?

- Le­karz wła­śnie wy­szedł. - Au­drey wzięła głę­boki od­dech. - John ma su­choty.

Be­atrix za­ci­snęła dłoń na jej pal­cach.

Sie­działy w mil­cze­niu, gdy lo­do­waty wiatr sze­le­ścił w ga­łę­ziach drzew.

Taka nie­spra­wie­dli­wość była nie do po­ję­cia. John Phe­lan był do­brym czło­wie­kiem, za­wsze sko­rym do po­mocy bliź­niemu. Za­pła­cił za le­cze­nie żony jed­nego z miesz­kań­ców wio­ski, któ­rej nie było na to stać, po­zwo­lił oko­licz­nym dzie­ciom po­bie­rać lek­cje gry na pia­ni­nie, które stało w jego domu, sfi­nan­so­wał też od­bu­dowę po po­ża­rze pie­karni w Stony Cross. Ro­bił to wszystko dys­kret­nie, jakby czuł za­że­no­wa­nie na myśl, że ktoś może się do­wie­dzieć o jego do­brych uczyn­kach. Dla­czego cho­roba mu­siała do­tknąć ko­goś ta­kiego?

- To nie jest wy­rok śmierci - oświad­czyła w końcu Be­atrix. - Nie­któ­rzy lu­dzie do­cho­dzą do zdro­wia.

- Je­den na pię­ciu - od­parła Au­drey smutno.

- Twój mąż jest młody i silny. To on bę­dzie tym jed­nym z pię­ciu.

Au­drey z wy­sił­kiem ski­nęła głową, ale nic nie po­wie­działa.

Obie do­sko­nale wie­działy, że su­choty to wy­jąt­kowo zło­śliwa przy­pa­dłość, która wy­nisz­cza płuca, po­wo­du­jąc dra­styczny uby­tek masy ciała i zmę­cze­nie. Naj­gor­szy był jed­nak ka­szel, który drę­czył cho­rego prak­tycz­nie bez­u­stan­nie, wy­wo­ły­wał krwo­toki i do­pro­wa­dzał do stanu, w któ­rym płuca nie mo­gły unieść się w ko­lej­nym od­de­chu.

- Mój szwa­gier Cam ma roz­le­głą wie­dzę na te­mat ziół i na­tu­ral­nych le­ków - na­po­mknęła Be­atrix. - Jego babka była uzdro­wi­cielką.

- Cy­gań­skie le­kar­stwa? - za­py­tała z po­wąt­pie­wa­niem Au­drey.

- Mu­sisz wszyst­kiego spró­bo­wać. Na­wet cy­gań­skich le­ków. Ro­mo­wie żyją w zgo­dzie z na­turą, po­znali jej uzdra­wia­jącą moc. Po­pro­szę Cama, by spo­rzą­dził to­nik, który po­może na płuca pana Phe­lana i...

- John za­pewne nie zgo­dzi się go za­żyć - od­parła Au­drey. - Jego matka rów­nież bę­dzie się sprze­ci­wiać. Phe­la­no­wie są bar­dzo kon­ser­wa­tywni. Je­śli lek nie spo­czy­wał wcze­śniej w tor­bie le­kar­skiej lub na ap­te­kar­skiej półce, nie za­żyją go.

- I tak przy­niosę ci coś od Cama.

Au­drey prze­chy­liła głowę i oparła ją na chwilę na ra­mie­niu Be­atrix.

- Je­steś do­brą przy­ja­ciółką, Beo. Będę cię po­trze­bo­wać w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach.

- Będę tu.

Ko­lejny lo­do­waty po­dmuch prze­gryzł się przez rę­kawy Be­atrix. Au­drey otrzą­snęła się z nie­szczę­ścia, wstała i od­dała jej na­rzutkę.

- Wejdźmy do środka, dam ci list dla Pru.

Wnę­trze domu było przy­tulne i cie­płe; po­koje były prze­strzenne, przez szyby wy­so­kich okien wpa­dało do środka zi­mowe świa­tło. Pa­liło się we wszyst­kich ko­min­kach, cie­pło wy­peł­niało utrzy­mane w nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści po­miesz­cze­nia. Dom Phe­la­nów był sto­no­wany i gu­stowny, oka­załe me­ble świad­czyły o wie­lo­wie­ko­wej za­moż­no­ści.

- Gdzie twoja te­ściowa? - za­py­tała Be­atrix, idąc za Au­drey po scho­dach.

- Od­po­czywa w swoim po­koju. Wie­ści były dla niej szcze­gól­nie trudne. John za­wsze był jej ulu­bień­cem.

Be­atrix do­sko­nale o tym wie­działa, po­dob­nie jak więk­szość miesz­kań­ców Stony Cross. Pani Phe­lan ko­chała swo­ich sy­nów, tylko oni dwaj do­żyli do­ro­sło­ści spo­śród pię­ciorga dzieci, które po­wiła - dwaj inni sy­no­wie zmarli w nie­mow­lęc­twie, a có­reczka mar­twa przy­szła na świat. To w Joh­nie jed­nak pani Phe­lan po­kła­dała wszyst­kie swe na­dzieje i am­bi­cje. Była prze­ko­nana, że żadna ko­bieta nie jest godna tego, by stać się jego to­wa­rzyszką ży­cia. Au­drey pa­dała więc ofiarą cią­głej kry­tyki z jej strony, która na­si­liła się, gdy w prze­ciągu trzech lat mał­żeń­stwa nie udało się jej po­cząć dziecka.

Be­atrix i Au­drey wcho­dziły po scho­dach, nad któ­rymi za­wie­szono ro­dzinne por­trety w cięż­kich zło­tych ra­mach. Więk­szość z nich przed­sta­wiała Be­au­cham­pów, ary­sto­kra­tyczną ga­łąź ro­dziny. Trudno było prze­oczyć fakt, że byli oni wy­jąt­kowo pięk­nymi ludźmi, z wą­skimi no­sami, błysz­czą­cymi oczami i gę­stymi fa­lu­ją­cymi wło­sami.

Gdy sta­nęły na szczy­cie scho­dów, z po­koju na końcu ko­ry­ta­rza do­biegł je stłu­miony ka­szel. Be­atrix skrzy­wiła się, sły­sząc ten ostry dźwięk.

- Beo, czy mo­gła­byś chwi­leczkę za­cze­kać? - za­py­tała ner­wowo Au­drey. - Mu­szę zaj­rzeć do Johna, czas na jego le­kar­stwo.

- Oczy­wi­ście.

- Po­kój Chri­sto­phera, ten, w któ­rym za­trzy­muje się, gdy przy­jeż­dża z wi­zytą, jest tam. List po­ło­ży­łam na ko­mo­dzie.

- We­zmę go.

Au­drey po­szła do męża, a Be­atrix z ocią­ga­niem prze­kro­czyła próg po­koju ka­pi­tana, naj­pierw zer­k­nąw­szy do środka.

W po­koju pa­no­wał mrok. Be­atrix po­de­szła do okna, by roz­chy­lić cięż­kie za­słony i wpu­ścić do środka świa­tło dnia. List le­żał na ko­mo­dzie. Pod­nio­sła go po­spiesz­nie, jej palce same za­ci­snęły się na pie­częci.

Nie zła­mała jej jed­nak, list był prze­cież za­adre­so­wany do Pru­dence.

Wes­tchnęła z nie­cier­pli­wo­ścią i wsu­nęła go do kie­szeni sukni. Sta­nęła przy ko­mo­dzie i za­częła przy­glą­dać się ak­ce­so­riom wy­ło­żo­nym na drew­nia­nej tacy.

Mały pę­dzel do go­le­nia ze srebrną rączką... skła­dana brzy­twa... pu­sta my­del­niczka... por­ce­la­nowe puz­derko z wiecz­kiem. Nie mo­gąc się oprzeć, Be­atrix unio­sła po­krywkę i zaj­rzała do środka. Zna­la­zła trzy pary spi­nek do man­kie­tów, dwie srebrne i jedną złotą, łań­cu­szek do ze­garka i mo­siężny gu­zik. Za­mknęła pu­dełko, wzięła do ręki pę­dzel do go­le­nia i ostroż­nie do­tknęła nim po­liczka. Wło­sie było je­dwa­bi­ste i mięk­kie. Gdy nim po­ru­szyła, w po­wie­trzu roz­szedł się przy­jemny za­pach. Ko­rzenny aro­mat my­dła do go­le­nia.

Be­atrix zbli­żyła pę­dzel do nosa i po­wą­chała go... cedr, la­wenda, li­ście lau­rowe. Wy­obra­ziła so­bie, jak Chri­sto­pher na­kłada pianę na twarz, wy­krzy­wia­jąc wargi na jedną stronę w mę­skim gry­ma­sie, który tak czę­sto ob­ser­wo­wała u ojca i brata, gdy się go­lili.

- Be­atrix?

W po­śpie­chu odło­żyła pę­dzel i wy­szła na ko­ry­tarz.

- Zna­la­złam list - po­wie­działa. - I roz­chy­li­łam za­słony, za­raz je za­cią­gnę, a...

- Och, nie przej­muj się tym, zo­staw je. Nie cier­pię ciem­nych po­miesz­czeń. - Au­drey uśmiech­nęła się z wy­sił­kiem. - John wziął le­kar­stwo. Staje się od niego senny. Sko­rzy­stam więc z oka­zji, zejdę na dół i po­roz­ma­wiam z ku­charką. John są­dzi, że po prze­bu­dze­niu zdoła zjeść tro­chę bia­łego pud­dingu.

Ra­zem ze­szły po scho­dach.

- Dzię­kuję ci, że zgo­dzi­łaś się za­nieść ten list Pru­dence.

- To bar­dzo miło z two­jej strony, że uła­twiasz im ko­re­spon­den­cję.

- Och, prze­cież to ża­den kło­pot. Zgo­dzi­łam się dla do­bra Chri­sto­phera. Choć mu­szę przy­znać, że zdzi­wiło mnie, że Pru­dence po­świę­ciła czas na to, by od­pi­sać.

- Dla­czego?

- My­ślę, że nie dba o niego w naj­mniej­szym stop­niu. Ostrze­ga­łam Chri­sto­phera, gdy wy­jeż­dżał. On jed­nak był za­uro­czony jej wy­glą­dem i dow­ci­pem, więc wmó­wił so­bie, że roz­wija się po­mię­dzy nimi coś praw­dzi­wego.

- My­śla­łam, że lu­bisz Pru­dence.

- Lu­bię. To zna­czy... sta­ram się. Ze względu na cie­bie. - Uśmiech­nęła się kpiąco na wi­dok miny Be­atrix. - Wo­la­ła­bym być ra­czej taka jak ty, Beo.

- Jak ja? Chyba ra­czej nie... Nie za­uwa­ży­łaś, że je­stem dzi­waczna?

Au­drey uśmiech­nęła się sze­rzej i przez uła­mek se­kundy wy­glą­dała jak bez­tro­ska młoda dama, którą była przed cho­robą Johna.

- Ak­cep­tu­jesz lu­dzi ta­kimi, jacy są. Trak­tu­jesz ich tak jak swoje zwie­rzęta, je­steś cier­pliwa, po­świę­casz czas, by zro­zu­mieć ich na­wyki i po­trzeby i ni­gdy ich nie osą­dzasz.

- Su­rowo osą­dzi­łam two­jego szwa­gra - za­uwa­żyła Be­atrix.

- Wię­cej osób po­winno być su­ro­wych dla Chri­sto­phera - od­parła Au­drey. - To mia­łoby bło­go­sła­wiony wpływ na jego cha­rak­ter.

List spo­czy­wa­jący w kie­szeni Be­atrix był dla niej praw­dziwą tor­turą. Szybko wró­ciła do domu, osio­dłała ko­nia i po­je­chała do Mer­cer Ho­use, wy­myśl­nie za­pro­jek­to­wa­nego domu z wie­życz­kami, mi­ster­nie po­wy­krę­ca­nymi po­rę­czami bal­ko­nów i wi­tra­żo­wymi oknami.

Pru­dence do­piero wstała, po­przed­niego wie­czoru bo­wiem do trze­ciej ba­wiła na tań­cach, przy­jęła więc Be­atrix w ak­sa­mit­nym szla­froku bo­gato ozdo­bio­nym białą ko­ronką.

- Och, Bea, ża­łuj, że nie było cię wczo­raj na tań­cach! Przy­było tylu przy­stoj­nych mło­dych dżen­tel­me­nów, w tym od­dział ka­wa­le­rzy­stów, któ­rzy za dwa dni jadą na Krym. Wy­glą­dali wspa­niale w mun­du­rach...

- Wła­śnie wra­cam od Au­drey - prze­rwała jej Be­atrix bez tchu, wcho­dząc do pry­wat­nego sa­lo­niku i za­my­ka­jąc za sobą drzwi. - Biedny pan Phe­lan nie czuje się do­brze i... cóż, za­raz ci o tym opo­wiem, bo naj­pierw... przy­szedł list od ka­pi­tana Phe­lana!

Pru­dence uśmiech­nęła się i wzięła list.

- Dzię­kuję ci, Beo. A te­raz je­śli cho­dzi o tych ofi­ce­rów, któ­rych wczo­raj po­zna­łam... był tam taki ciem­no­włosy po­rucz­nik, który po­pro­sił mnie do tańca i...

- Nie otwo­rzysz go? - za­py­tała Be­atrix ze zdu­mie­niem, gdy Pru­dence odło­żyła list na to­a­letkę.

Pru­dence uśmiech­nęła się do niej za­gad­kowo.

- Ależ ty je­steś dzi­siaj nie­cier­pliwa. Chcesz, że­bym go od razu otwarła?

- Tak.

- Ale ja chcę opo­wie­dzieć ci o po­rucz­niku.

- W no­sie mam two­jego po­rucz­nika, chcę wie­dzieć, co na­pi­sał ka­pi­tan Phe­lan.

Pru­dence za­chi­cho­tała miękko.

- Ostatni raz wi­dzia­łam cię tak pod­eks­cy­to­waną, gdy w ze­szłym roku ukra­dłaś lisa, któ­rego lord Camp­don spro­wa­dził z Fran­cji.

- Nie ukra­dłam go, tylko oca­li­łam. Żeby spro­wa­dzać z Fran­cji lisa do po­lo­wań... To wy­jąt­kowo nie­spor­towe za­cho­wa­nie. - Be­atrix po­ka­zała ge­stem list. - Otwórz go!

Pru­dence zła­mała pie­częć, prze­bie­gła kartki wzro­kiem i po­krę­ciła głową z roz­ba­wio­nym nie­do­wie­rza­niem.

- Te­raz pi­sze o mu­łach. - Wy­wró­ciła oczami i po­dała list Be­atrix.

Panna Pru­dence Mer­cer

Stony Cross

Hamp­shire, An­glia

7 li­sto­pada 1854 roku

Droga Pru­dence,

nie­za­leż­nie od tego, co do­no­szą ra­porty o nie­ustra­szo­nych bry­tyj­skich żoł­nier­zach, za­pew­niam Cię, że strzelcy pod ostrza­łem co­fają się, a na­wet uchy­lają. Zgod­nie z Twoją radą do­da­łem do mego re­per­tu­aru także scho­dze­nie ku­lom z drogi i cho­wa­nie się za ska­łami, z do­sko­na­łym re­zul­ta­tem. Za­da­łem tym sa­mym kłam mo­ra­łom pły­ną­cym ze sta­rych ba­jek: cza­sami czło­wiek woli jed­nak być za­ją­cem niż żół­wiem.

Dwu­dzie­stego czwar­tego paź­dzier­nika sto­czy­li­śmy bi­twę o port Ba­ła­kława na po­łu­dniu kraju. Na­szej lek­kiej jeź­dzie bez zro­zu­mia­łej przy­czyny na­ka­zano ude­rzać pro­sto na ro­syj­skie ar­maty. Pięć po­zba­wio­nych wspar­cia re­gi­men­tów ka­wa­le­rii zo­stało do­słow­nie zmie­cio­nych z po­wierzchni ziemi. Dwu­stu żoł­nie­rzy i pra­wie czte­ry­sta koni stra­ci­li­śmy w dwa­dzie­ścia mi­nut.

Ru­szy­li­śmy na ra­tu­nek żoł­nie­rzom, któ­rzy pa­dli w boju, żeby Ro­sja­nie nie zdo­łali do nich do­trzeć. Al­bert biegł obok mnie nie­ustra­sze­nie pod gra­dem kul i po­ma­gał mi iden­ty­fi­ko­wać tych ran­nych, któ­rych można było wy­nieść poza za­sięg po­ci­sków. Zgi­nął mój naj­bliż­szy przy­ja­ciel.

Pro­szę, po­dzię­kuj swo­jej przy­ja­ciółce Be­atrix za rady od­no­śnie do Al­berta. Już mniej gry­zie in­nych, a mnie w ogóle, kilka razu tylko skub­nął go­ści w moim na­mio­cie.

Maj i paź­dzier­nik pachną naj­ład­niej? Ja do­dał­bym jesz­cze gru­dzień: jo­dła, szron, dym ogni­ska, cy­na­mon. A je­śli cho­dzi o Twoją ulu­bioną pio­senkę... Wie­dzia­łaś, że "Za wzgó­rzami i da­leko stąd" to ofi­cjalny hymn Bry­gady Strzel­ców?

Wszy­scy wo­kół pa­dają ofia­rami roz­ma­itych cho­rób, tylko nie ja. Nie mam ob­ja­wów cho­lery, ani żad­nych in­nych przy­pa­dło­ści, które dzie­siąt­kują na­sze sze­regi. Czuję, że po­wi­nie­nem cho­ciaż po­uda­wać pro­blemy z żo­łąd­kiem, by za­cho­wać po­zory przy­zwo­ito­ści.

Co do za­targu o osła: ży­wię wiele współ­czu­cia dla Ca­irda i jego bez­wstyd­nej kla­czy, ale czuję się w obo­wiązku za­uwa­żyć, że przyj­ście na świat muła to wcale nie taki zły re­zul­tat. Muły są znacz­nie pew­niej­sze niż ko­nie, ogól­nie zdrow­sze, a co naj­waż­niej­sze, mają nie­zwy­kle wy­ra­zi­ste uszy. I wcale nie są uparte, do­póki od­po­wied­nio się je pro­wa­dzi. Za­pewne dziwi Cię moja wy­raźna sła­bość do mu­łów, spie­szę więc wy­ja­śnić, że jako dziecko mia­łem muła o imie­niu Hek­tor, na cześć muła wy­stę­pu­ją­cego w Ilia­dzie.

Nie ośmie­lił­bym pro­sić Cię, byś na mnie cze­kała, Pru, ale pro­szę Cię za to, byś znów do mnie na­pi­sała. Prze­czy­ta­łem Twój list nie­zli­czoną ilość razy. Te­raz, od­da­lona ode mnie o dwa ty­siące mil, je­steś znacz­nie bar­dziej rze­czy­wi­sta, niż by­łaś kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Na za­wsze Twój,

Chri­sto­pher

PS. Za­łą­czam por­tret Al­berta.

Czy­ta­jąc, Be­atrix od­czu­wała na prze­mian tro­skę, wzru­sze­nie i roz­ba­wie­nie. Skoń­czyła lek­turę cał­ko­wi­cie ocza­ro­wana.

- Po­zwól mi od­pi­sać za sie­bie - po­pro­siła. - Jesz­cze je­den list. Pro­szę cię, Pru. Po­każę ci go, za­nim go wy­ślę.

Pru­dence ro­ze­śmiała się.

- Na­prawdę, to naj­głup­sza rzecz, jaką w ży­ciu... Och, no do­brze, od­pisz mu, je­śli cię to bawi.

Ko­lejne pół go­dziny Be­atrix po­świę­ciła na błahą po­ga­wędkę o tań­cach, go­ściach, któ­rzy na nie przy­byli, i naj­śwież­szych plot­kach z Lon­dynu. Wsu­nęła list od Chri­sto­phera Phe­lana do kie­szeni... i za­marła, gdy wy­czuła pal­cami nie­znany przed­miot. Me­ta­lowa rączka... i je­dwa­bi­ste wło­sie pędzla do go­le­nia. Zbla­dła, gdy zro­zu­miała, że nie­świa­do­mie za­brała go z ko­mody Chri­sto­phera.

Jej pro­blem po­wró­cił.

Zdo­łała się uśmiech­nąć i pod­trzy­my­wała roz­mowę z Pru­dence, choć w środku czuła bu­rzę.

Od czasu do czasu gdy była zde­ner­wo­wana lub zmar­twiona, wkła­dała do kie­szeni różne małe przed­mioty w skle­pach i re­zy­den­cjach są­sia­dów. Ro­biła tak od śmierci ro­dzi­ców. Za­zwy­czaj była tego zu­peł­nie nie­świa­doma, cza­sami jed­nak im­puls był tak silny, że po­ciła się i drżała, do­póki mu nie ule­gła.

Sama kra­dzież ni­gdy nie była kło­po­tem. To zwra­ca­nie dro­bia­zgów ich wła­ści­cie­lom przy­spa­rzało pro­ble­mów. Be­atrix z po­mocą ro­dziny za­wsze się to jed­nak uda­wało. Cza­sami jed­nak wy­ma­gało to wy­jąt­ko­wych sta­rań - wi­zyt skła­da­nych o zu­peł­nie nie­od­po­wied­niej po­rze dnia, wy­my­śla­nia naj­dzi­wacz­niej­szych wy­mó­wek, by móc wa­łę­sać się po czy­imś domu - to wszystko tylko umac­niało re­pu­ta­cję Ha­tha­wayów jako eks­cen­try­ków.

Na szczę­ście tym ra­zem odło­że­nie pędzla nie po­winno być trudne. Może go prze­cież zwró­cić przy na­stęp­nej wi­zy­cie u Au­drey.

- Chyba mu­szę się już ubrać - oświad­czyła w końcu Pru­dence.

Be­atrix bez wa­ha­nia sko­rzy­stała z oka­zji.

- Oczy­wi­ście. Ja mu­szę wra­cać do domu i do obo­wiąz­ków. - Uśmiech­nęła się i do­dała lek­kim to­nem: - Mam list do na­pi­sa­nia.

- Tylko wy­strze­gaj się dzi­wactw - po­le­ciła jej Pru­dence. - Miej na uwa­dze moją re­pu­ta­cję.

Roz­dział 3

Ka­pi­tan Chri­sto­pher Phe­lan

Pierw­szy Ba­ta­lion Bry­gady Strzel­ców

Obóz Home Ridge

In­ker­man, Krym

3 grud­nia 1854 roku

Drogi Chri­sto­phe­rze,

czy­ta­łam tego ranka, że po­nad dwa ty­siące żoł­nie­rzy po­le­gło w ostat­niej bi­twie. Je­den z ofi­ce­rów strzel­ców zo­stał ra­niony ba­gne­tem. To nie był Pan, prawda? Czy jest pan ranny? Tak się o Pana boję. I bar­dzo mi przy­kro, że zgi­nął Pań­ski przy­ja­ciel.

De­ko­ru­jemy dom na święta, wie­szamy ostro­krzew i je­miołę. Do­łą­czam do li­stu kartkę świą­teczną wy­ko­naną przez miej­sco­wego ar­ty­stę. Pro­szę zwró­cić uwagę na frę­dzel i sznu­rek na dole - gdy się zań po­cią­gnie, we­seli dżen­tel­meni z le­wej za­czną ra­czyć się wi­nem. ("Ra­czyć się" to ta­kie dziwne słowo, prawda? Ale też jedno z mo­ich ulu­bio­nych.)

Uwiel­biam stare ko­lędy. Uwiel­biam Boże Na­ro­dze­nie za jego nie­zmien­ność. Uwiel­biam je­dze­nie świą­tecz­nego pud­dingu śliw­ko­wego, choć za sa­mym pud­din­giem nie prze­pa­dam. Tra­dy­cja nie­sie otu­chę, nie­praw­daż?

Al­bert wy­daje się uro­czym psem, może nie w pełni dżen­tel­me­nem, ale za to wier­nym i god­nym za­ufa­nia to­wa­rzy­szem.

Boję się, że coś się Panu stało. Mam na­dzieję, że jest Pan bez­pieczny. Każ­dej nocy za­pa­lam dla Pana świeczkę.

Pro­szę od­pi­sać naj­szyb­ciej, jak to tylko moż­liwe.

Pru­dence

PS. Po­dzie­lam Pań­ską sym­pa­tię dla mu­łów. To bar­dzo bez­pre­ten­sjo­na­lne stwo­rze­nia, które ni­gdy nie cheł­pią się swo­imi przod­kami. Można so­bie tylko ży­czyć, by nie­któ­rzy lu­dzie byli w tym aspek­cie nieco do nich po­do­bni.

Panna Pru­dence Mer­cer

Stony Cross

Hamp­shire

1 lu­tego 1854 roku

Droga Pru,

nie­stety to wła­śnie mnie ra­niono ba­gne­tem. Skąd wie­dzia­łaś? To się zda­rzyło, gdy wspi­na­li­śmy się na wzgó­rze, by zdo­być ro­syj­ską ba­te­rię ar­mat. Była to nie­wielka rana na ra­mie­niu, nie­warta na­wet tego do­nie­sie­nia.

Czter­na­stego li­sto­pada roz­pę­tała się bu­rza, która znisz­czyła na­sze obozy i za­to­piła fran­cu­skie i bry­tyj­skie statki w za­toce. Ko­lejne straty w lu­dziach; stra­ci­li­śmy też więk­szość zi­mo­wych za­pa­sów i wy­po­sa­że­nia. To bę­dzie bar­dzo ciężka kam­pa­nia. Je­stem głodny. Wczo­raj śni­łem o je­dze­niu. Za­zwy­czaj śnię o To­bie, ale po­przed­niej nocy nie­stety przy­ćmiła Cię ja­gnię­cina w so­sie mię­to­wym.

Jest okrop­nie zimno. Sy­piam z Al­ber­tem. Obaj sta­li­śmy się gbu­ro­waci, ale zno­simy sie­bie na­wza­jem, by nie za­mar­z­nąć na śmierć. Al­bert jest te­raz nie­za­stą­piony dla na­szego od­działu - prze­nosi wia­do­mo­ści, biega znacz­nie szyb­ciej niż ja­ki­kol­wiek czło­wiek. Staje też na war­cie i cho­dzi na zwiady.

Oto kilka rze­czy, któ­rych mnie na­uczył:

Wszystko na­daje się do zje­dze­nia, chyba że zo­stało już przez ko­goś po­łknięte.

Drze­mać na­leży za­wsze, gdy tylko nada­rzy się oka­zja.

Nie na­leży na ni­kogo war­czeć, chyba że to ab­so­lut­nie ko­nie­czne.

Cza­sami nie da się unik­nąć go­nie­nia w piętkę.

Mam na­dzieję, że mia­łaś cu­do­wne święta. Dzię­kuję za kartkę - do­tarła do mnie dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia, po­ka­za­łem ją ca­łej kom­pa­nii, nie­któ­rzy z żoł­nie­rzy po raz pierw­szy w ży­ciu wi­dzieli kartkę świą­teczną. Za­nim w końcu do mnie wró­ciła, kar­to­nowi dżen­tel­meni byli już lekko za­wiani od bez­u­stan­nego ra­cze­nia się wi­nem.

Ja też lu­bię słowo "ra­czyć się". W za­sa­dzie od za­wsze mia­łem sła­bość do kilku słów. Na przy­kład "pe­re­gry­na­cja", czyli dłuż­sza po­dróż. Albo "epu­zer", kon­ku­rent. Czy klacz pana Ca­irda już uro­dziła? Może po­pro­szę brata, by od­ku­pił muła. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy do­bry muł może się przy­dać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

wy­sy­ła­nie Ci li­stów pocztą wy­daje mi się zbyt pro­za­iczne. Chcia­ła­bym zna­leźć ja­kiś cie­kaw­szy spo­sób... Mo­gła­bym przy­wią­zać zwój do nogi ptaka albo wy­słać Ci wia­do­mość w bu­telce. Cho­ciaż przez wzgląd na sku­tecz­ność po­zo­stanę chyba przy Po­czcie Kró­lew­skiej.

Wła­śnie prze­czy­ta­łam w "Ti­me­sie" opis Two­ich ko­lej­nych bo­ha­ter­skich do­ko­nań. Dla­czego po­dej­mu­jesz ta­kie ry­zyko? Co­dzienne obo­wiązki żoł­nie­rza są chyba wy­star­cza­jąco nie­bez­pieczne. Dbaj o sie­bie, Chri­sto­phe­rze - dla mnie, je­śli nie dla sie­bie. Moja prośba wy­pływa z czy­stego ego­izmu... Nie znio­sła­bym za­koń­cze­nia na­szej ko­re­spon­den­cji.

Je­stem tak da­leko, Pru. Wy­daje mi się, że stoję z boku i z tego miej­sca ob­ser­wuję swoje ży­cie. Po­śród ca­łego tego okru­cień­stwa od­kry­wam pro­ste przy­jem­no­ści ta­kie jak gła­ska­nie psa, czy­ta­nie li­stów czy przy­glą­da­nie się noc­nemu niebu. Dziś wy­da­wało mi się, że wi­dzia­łem sta­ro­żytny gwiaz­do­zbiór Argo... na­zwany tak na cześć statku, któ­rym Ja­zon pły­nął po złote runo. Po­do­bno można go do­strzec tylko w Au­stra­lii, ale ja i tak je­stem prze­ko­nany, że wi­dzia­łem go ką­tem oka.

Bła­gam, za­po­mnij o tym, co kie­dyś na­pi­sa­łem. Chcę, że­byś na mnie cze­kała. Nie wy­chodź za mąż przed moim po­wro­tem.

Cze­kaj na mnie.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

ma­rzec pach­nie desz­czem, gliną, pió­rami i miętą. Każ­dego ranka i po­po­łu­dnia piję her­batę ze świe­żej mięty sło­dzoną mio­dem. Ostat­nio bar­dzo dużo spa­ce­ruję. Le­piej mi się my­śli na świe­żym po­wie­trzu.

Wczo­raj­sza noc była wy­jąt­kowo po­godna. Spo­glą­da­łam w niebo, szu­ka­jąc Argo. W ogóle nie roz­róż­niam kon­ste­la­cji. Po­tra­fię roz­po­znać tylko Oriona i jego pas. Im dłu­żej jed­nak się wpa­try­wa­łam, tym bar­dziej niebo przy­po­mi­nało mi ocean, w końcu zo­ba­czy­łam całą flo­tyllę stat­ków z gwiazd. Jedne stały na ko­twicy przy księ­życu, inne wła­śnie od­bi­jały od jego brze­gów. Wy­obra­ża­łam so­bie, że znaj­du­jemy się na jed­nym z nich i że­glu­jemy po księ­ży­co­wym bla­sku.

W rze­czy­wi­sto­ści ocean wy­trąca mnie z rów­no­wagi. Jest zbyt roz­le­gły. Wolę lasy wo­kół Stony Cross. Nie­od­mien­nie mnie fa­scy­nują, są pełne zwy­czaj­nych cu­dów... pa­ję­cze sieci lśniące od desz­czu, młode drzewka wy­ra­sta­jące z pni po­wa­lo­nych dę­bów. Chcia­ła­bym, byś to ze mną zo­ba­czył. Ra­zem słu­cha­li­by­śmy wia­tru szu­mią­cego w ga­łę­ziach nad na­szymi gło­wami i ich uro­czej me­lo­dii... mu­zyki drzew!

Pi­szę do Cie­bie przy ko­minku i wła­śnie znów przy­su­nę­łam stopę zbyt bli­sko ognia. Cią­gle przy­pa­lam so­bie poń­czo­chy, kie­dyś mu­sia­łam na­wet się po­de­ptać, bo za­częły się pa­lić. I na­wet po tym nie po­tra­fię po­zbyć się tego na­wyku. Te­raz mógł­byś mnie roz­po­znać na­wet z za­mknię­tymi oczami. Po pro­stu po­dą­żył­byś za za­pa­chem spa­lo­nych poń­czoch.

Do­łą­czam do li­stu pióro drozda, które zna­la­złam pod­czas po­ran­nej wę­drówki. To na szczę­ście. Noś je w kie­szeni.

Wła­śnie ogar­nęło mnie prze­dziwne uczu­cie - jak­byś stał tuż obok mnie. Moje pióro stało się ma­giczną różdżką, którą przy­zwa­łam Cię do sie­bie. Może gdy­bym za­pra­gnęła tego do­sta­tecz­nie mocno...

Naj­droż­sza Pru­dence,

no­szę piórko drozda w kie­szeni. Skąd wie­dzia­łaś, że po­trze­buję amu­letu na czas bi­twy? Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie bez­u­stan­nie ostrze­li­wu­jemy się z Ro­sja­nami. To już nie jest wojna ka­wa­le­rii, lecz in­ży­nie­rów i ar­ty­le­rii. Al­bert prze­bywa w moim na­mio­cie, opusz­cza go tylko po to, by prze­no­sić wia­do­mo­ści wzdłuż li­nii frontu.

Gdy za­pada ci­sza, pró­buję so­bie wy­obra­zić, że je­stem gdzie in­dziej. Wy­obra­żam so­bie Twoje stopy oparte o pa­le­ni­sko i Twój od­dech słodki od mię­to­wej her­baty. Wy­obra­żam so­bie, że spa­ce­ruję z Tobą po la­sach wo­kół Stony Cross. Chciał­bym zo­ba­czyć choć kilka z tych zwy­czaj­nych cu­dów, ale bez Cie­bie ich chyba nie od­najdę. Po­trze­buję Two­jej po­mocy, Pru. Je­steś moją je­dyną szansą na po­wrót do nor­mal­nego świata.

Wy­daje mi się, że mam o To­bie znacz­nie wię­cej wspo­mnień niż to moż­liwe. Prze­cież spo­tka­li­śmy się le­d­wie kilka razy. Ta­niec. Roz­mowa. Po­ca­łu­nek. Chciał­bym prze­żyć te chwile jesz­cze raz. Bar­dziej bym je te­raz do­ce­nił. Wszystko bym bar­dziej do­ce­niał. Po­przed­niej nocy znów o To­bie śni­łem. Nie wi­dzia­łem Two­jej twa­rzy, ale czu­łem Cię przy so­bie. Szep­ta­łaś do mnie.

Kiedy ostatni raz mia­łem Cię w ra­mio­nach, nie wie­dzia­łem, kim na­prawdę je­steś. Nie wie­dzia­łem, kim sam je­stem. Ni­gdy nie za­glą­da­li­śmy głę­biej. Może to na­wet le­piej - chyba nie mógł­bym Cię zo­sta­wić, gdy­bym czuł do Cie­bie to, co czuję te­raz.

Po­wiem Ci, o co wal­czę. Nie o An­glię, nie dla na­szych sprzy­mie­rzeń­ców, nie z pa­trio­ty­zmu. Te­raz wszystko spro­wa­dza się do tego, bym mógł z Tobą być.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

uświa­do­mi­łeś mi, że słowa są naj­waż­niej­sze. Waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Gdy Au­drey prze­ka­zała mi Twój ostatni list, moje serce za­częło bić szyb­ciej, mu­sia­łam od razu po­biec do mo­jej sa­motni, by go prze­czy­tać.

Jesz­cze Ci nie mó­wi­łam... ze­szłej wio­sny w cza­sie jed­nej z mo­ich wę­dró­wek zna­la­złam w le­sie prze­dziwną bu­do­wlę, sa­motną wieżę z ce­gły i ka­mie­nia, po­krytą blusz­czem i mchem. Stoi na ziemi na­le­żą­cej do lorda We­stc­liffa. Za­py­ta­łam o nią lady We­stc­liff, która po­wie­działa mi, że taki se­kretny do­mek mieli wszy­scy w oko­licy w cza­sach śre­dnio­wie­cza. Wła­ści­ciel ma­jątku uży­wał go za­pewne jako schro­nie­nia dla swo­ich ko­cha­nek. Przo­dek We­stc­liffa ukrył się tam kie­dyś przed swo­imi wła­snymi żąd­nymi krwi chło­pami. Lady We­stc­liff po­zwo­liła mi od­wie­dzać wieżę, kiedy tylko będę miała na to ochotę, bo od dawna już nikt z niej nie ko­rzy­sta. Czę­sto do niej cho­dzę. To moja kry­jówka, moja sank­tu­arium... a te­raz, jako że o niej wiesz, stała się także Twoja.

Wła­śnie za­pa­li­łam w oknie świeczkę dla Cie­bie. To ma­leńka gwiazda prze­wod­nia, która wskaże Ci dom.

Naj­droż­sza Pru­dence,

po­śród tego ha­łasu, tłumu i sza­leń­stwa my­ślę o To­bie i Two­jej sa­motni... Moja księż­niczka w wieży. Moja gwiazda prze­wod­nia za szybą.

To, co mu­szę ro­bić na woj­nie... My­śla­łem, że z cza­sem bę­dzie mi ła­twiej. I ze smut­kiem stwier­dzam, że mia­łem ra­cję. Boję się o swoją du­szę. Rze­czy, które uczy­ni­łem, Pru... Rze­czy, które mu­szę jesz­cze uczy­nić... Je­śli wiem, że Bóg mi nie wy­ba­czy, jak mógł­bym Cie­bie o to pro­sić?

Drogi Chri­sto­phe­rze,

mi­łość prze­ba­cza wszystko. Nie mu­sisz na­wet pro­sić.

Po Twoim li­ście o Argo za­czę­łam czy­tać o gwiaz­dach. Mamy pełną bi­blio­tekę ksią­żek im po­świę­co­nych, bo były one przed­mio­tem ba­dań mo­jego ojca. Ary­sto­te­les na­uczał, że gwiazdy stwo­rzone zo­stały z zu­peł­nie in­nej ma­te­rii niż cztery ziem­skie ele­menty - z eteru, ina­czej kwin­te­sen­cji, który jest też pier­wiast­kiem bu­du­ją­cym ludzką du­szę. I wła­śnie dla­tego duch czło­wieka od­po­wiada gwiaz­dom. Może to nie jest bar­dzo na­ukowy punkt wi­dze­nia, ale mnie po­doba się po­mysł, że w każ­dym z nas jest odro­bina gwiezd­nego pyłu.

My­śli o To­bie są moją oso­bi­stą kon­ste­la­cją. Je­steś da­leko, naj­droż­szy przy­ja­cielu, ale nie da­lej niż te nie­ru­chome gwiazdy w mo­jej du­szy.

Naj­droż­sza Pru,

przy­go­to­wu­jemy się do dłu­giego ob­lę­że­nia. Nie wia­domo, kiedy znów będę mógł do Cie­bie na­pi­sać. To nie jest mój ostatni list, tylko ostatni przed dłuż­szą prze­rwą. Nie wątp w to, że pew­nego dnia wrócę do Cie­bie.

Za­nim jed­nak będę mógł wziąć Cię w ra­miona, mam tylko te ba­na­lne, po wie­lo­kroć wy­ko­rzy­sty­wane słowa. Są nędzną imi­ta­cją mi­ło­ści. Te słowa nie od­zwier­cie­dlają mo­ich uczuć, nie są dla Cie­bie wy­star­cza­jąco do­bre.

Na­pi­szę je jed­nak... Ko­cham Cię. Przy­się­gam na gwiezdny pył... Nie opusz­czę tego ziem­skiego pa­dołu, do­póki nie usły­szysz tego z mo­ich ust.

Sie­dząc na ma­syw­nym pniu zwa­lo­nego dębu, Be­atrix unio­sła głowę znad li­stu. Nie uświa­da­miała so­bie, że pła­cze, do­póki nie po­czuła chłod­nego po­wiewu na mo­krych po­licz­kach. Mię­śnie twa­rzy za­częły ją bo­leć, gdy sta­rała się opa­no­wać.

Na­pi­sał do niej trzy­dzie­stego czerwca, nie wie­dząc, że ona wy­słała list tego sa­mego dnia. To musi być znak.

Nie do­świad­czyła tak gorz­kiego po­czu­cia straty, tak obez­wład­nia­ją­cej tę­sk­noty od śmierci ro­dzi­ców. Był to jed­nak inny ro­dzaj żalu, łą­czył je tylko ten sam po­smak bez­na­dziei.

Co ona naj­lep­szego zro­biła?

Za­wsze szczy­ciła się swoją bez­kom­pro­mi­sową szcze­ro­ścią, a do­pu­ściła się nie­wy­ba­czal­nego oszu­stwa. A prawda tylko po­gor­szy­łaby sprawę. Gdyby Chri­sto­pher Phe­lan do­wie­dział się, że to ona do niego pi­sała, za­cząłby nią gar­dzić. A je­śli ni­gdy się nie do­wie, Be­atrix po­zo­sta­nie na za­wsze dziew­czyną, która "znacz­nie bar­dziej pa­suje do stajni niż do sa­lonu". Ni­kim wię­cej.

Nie wątp w to, że pew­nego dnia wrócę do Cie­bie.

Te słowa były prze­zna­czone dla niej, na­wet je­śli za­adre­so­wano je do Pru­dence.

- Ko­cham cię - szep­nęła. Po jej po­licz­kach po­pły­nęły łzy.

Jak mo­gła tak dać się po­nieść uczu­ciom? Do­bry Boże, prze­cież na­wet nie pa­mię­tała, jak wy­gląda Chri­sto­pher Phe­lan, a mimo to jej serce wy­ry­wało się do niego. Naj­gor­sze było to, że de­kla­ra­cje Chri­sto­phera były za­pewne efek­tem trud­nych wo­jen­nych oko­licz­no­ści. Chri­sto­pher, któ­rego znała z li­stów... czło­wiek, któ­rego po­ko­chała... mógł znik­nąć tuż po po­wro­cie do domu.

Nic do­brego nie wy­nik­nie z tej sy­tu­acji. Musi więc po­ło­żyć temu kres. Nie może dłu­żej uda­wać Pru­dence. To by­łoby nie­uczciwe w sto­sunku do nich wszyst­kich, a zwłasz­cza Chri­sto­phera.

Wol­nym kro­kiem wró­ciła do domu. Gdy we­szła do Ram­say Ho­use, na­tknęła się na Ame­lię, która wła­śnie wy­cho­dziła na spa­cer z syn­kiem.

- Tu je­steś! - za­wo­łała Ame­lia. - Może chcesz iść z nami do stajni? Rye bę­dzie jeź­dził na ku­cyku.

- Nie, dzię­kuję. - Be­atrix uśmiech­nęła się blado. Każdy czło­nek ro­dziny z ra­do­ścią włą­czał ją w swoje ży­cie. Hoj­nie ob­da­rzali ją uczu­ciem. A jed­nak co­raz czę­ściej czuła się jak od­lu­dek, wy­rzu­tek, jak ciotka stara panna.

Była dzi­waczna i sa­motna. Nie­przy­sto­so­wana, tak jak jej zwie­rzęta.

Jej my­śli wy­peł­niły wspo­mnie­nia o dżen­tel­me­nach, któ­rych po­zna­wała na po­tań­ców­kach, pro­szo­nych ko­la­cjach i wie­czor­kach. Nie­zmien­nie ob­da­rzali ją swoją uwagą. Może po­winna ośmie­lić jed­nego z nich, wy­brać po pro­stu naj­bar­dziej zno­śnego kan­dy­data i mieć to z głowy. Może po­sia­da­nie wła­snego ży­cia jest warte po­ślu­bie­nia męż­czy­zny, któ­rego nie ko­chała.

Po chwili stwier­dziła jed­nak, że by­łaby to tylko inna po­stać nie­szczę­ścia.

Wło­żyła dłoń do kie­szeni i do­tknęła li­stu od Chri­sto­phera Phe­lana. Na myśl, że to on zło­żył per­ga­min, po­czuła w żo­łądku go­rące, przy­jemne ukłu­cie.

- Je­steś ostat­nimi czasy bar­dzo ci­cha - za­uwa­żyła Ame­lia, przy­glą­da­jąc się sio­strze z nie­po­ko­jem. - Wy­glą­dasz, jak­byś pła­kała. Czy coś cię drę­czy, ko­cha­nie?

Be­atrix wzru­szyła ra­mio­nami.

- Chyba mi przy­kro z po­wodu cho­roby pana Phe­lana. Au­drey twier­dzi, że mu się po­gor­szyło.

- Och... - Ame­lia spoj­rzała na nią z tro­ską. - Chcia­ła­bym coś zro­bić. Je­śli przy­go­tuję bu­dyń, za­nie­siesz go im?

- Oczy­wi­ście. Wy­bie­ram się tam po po­łu­dniu.

Be­atrix schro­niła się w swoim po­koju, usia­dła przy biurku i wy­jęła z kie­szeni list. Na­pi­sze do Chri­sto­phera po raz ostatni, wy­cofa się z tego tak­tow­nie. Lep­sze to niż na­dal go zwo­dzić. Ostroż­nie od­kryła ka­ła­marz, za­mo­czyła pióro i za­częła pi­sać.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

bar­dzo Cię ce­nię, mój drogi przy­ja­cielu, ale wy­daje mi się nie­roz­sądne, by­śmy dzia­łali po­chop­nie, gdy prze­by­wasz tak da­leko. Z ca­łego serca ży­czę Ci bez­piecz­nego po­wrotu do domu. Są­dzę jed­nak, że nie po­win­ni­śmy wię­cej wspo­mi­nać o ży­wio­nych przez nas uczu­ciach. W za­sa­dzie naj­le­piej by­łoby za­koń­czyć na­szą ko­re­spon­den­cję...

Z każ­dym sło­wem jej palce sta­wiały co­raz więk­szy opór. Pióro drżało w jej moc­nym uści­sku, po jej po­liczku spły­nęła ko­lejna łza.

- Do dia­ska.

Czuła praw­dziwy ból, gdy pi­sała te kłam­stwa. Tak bar­dzo ści­skało ją w piersi, że pra­wie nie mo­gła od­dy­chać.

Za­nim skoń­czy ten list, musi na­pi­sać prawdę, prawdę, którą pra­gnęła mu prze­ka­zać, ale którą znisz­czy.

Od­dy­cha­jąc ciężko, wy­jęła ko­lejny ar­kusz pa­pieru i w po­śpie­chu skre­śliła kilka li­ni­jek prze­zna­czo­nych tylko dla jej oczu z na­dzieją, że to zła­go­dzi bo­le­sny ucisk w sercu.

Naj­droż­szy Chri­sto­phe­rze,

wię­cej do Cie­bie nie na­pi­szę.

Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz.

Nie chcia­łam słać Ci li­stów mi­ło­snych, ale one tym wła­śnie się stały. W dro­dze do Cie­bie moje słowa za­mie­niły się w bi­cie serca na kartce.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie.

Jej oczy za­szły mgłą. Odło­żyła kartkę na bok i wró­ciła do pi­sa­nia pierw­szego li­stu, koń­cząc go za­pew­nie­niami o swo­jej przy­jaźni i mo­dli­twach w in­ten­cji jego szczę­śli­wego po­wrotu do domu.

List mi­ło­sny zmięła i wrzu­ciła do szu­flady. Póź­niej go spali; bę­dzie pa­trzyła, jak każde pły­nące z głębi serca słowo za­mie­nia się w po­piół.

Roz­dział 4

Tego sa­mego po­po­łu­dnia Be­atrix wy­ru­szyła spa­ce­ro­wym kro­kiem do domu Phe­la­nów. Nio­sła ciężki ko­szyk z brandy i bu­dy­niem, go­mółką ła­god­nego bia­łego sera i ma­łym lek­ko­straw­nym plac­kiem, bez na­dzie­nia i lu­kru, odro­binę tylko słod­kim. To, czy Phe­la­no­wie po­trze­bo­wali tego wszyst­kiego, li­czyło się znacz­nie mniej niż sam gest.

Ame­lia na­ma­wiała ją, by po­je­chała po­wo­zem ze względu na ko­szyk. Be­atrix po­trze­bo­wała jed­nak wy­siłku, miała na­dzieję, że to uspo­koi jej wzbu­rzoną du­szę. Wy­ru­szyła w drogę rów­nym kro­kiem, wdy­cha­jąc po­wie­trze pach­nące pierw­szymi ozna­kami lata. Tak pach­nie czer­wiec, na­pi­sa­łaby Chri­sto­phe­rowi... ka­pry­fo­lium, zie­lone jesz­cze siano, mo­kre pra­nie roz­wie­szone na sznur­kach do wy­schnię­cia...

Nim do­tarła do celu, ra­miona po­rząd­nie ją roz­bo­lały od dźwi­ga­nia cięż­kiego ko­sza.

Ob­ro­śnięty blusz­czem dom wy­glą­dał jak męż­czy­zna, który owija się płasz­czem. Be­atrix prze­szedł ner­wowy dreszcz, gdy po­de­szła do fron­to­wych drzwi i za­pu­kała. Przy­wi­tał ją śmier­tel­nie po­ważny lo­kaj, który wziął od niej ko­szyk i wska­zał jej drogę do sa­lonu.

Dom wy­dał się Be­atrix prze­grzany, zwłasz­cza po spa­ce­rze. Czuła kro­ple potu zbie­ra­jące się pod suk­nią i w trze­wi­kach.

Do po­koju we­szła Au­drey, szczu­pła i nie­dbale ubrana. Miała na so­bie far­tuch po­zna­czony pla­mami za­krze­płej krwi.

Gdy do­strze­gła za­nie­po­ko­jony wzrok Be­atrix, uśmiech­nęła się z wy­sił­kiem.

- Jak wi­dzisz, nie je­stem go­towa na przyj­mo­wa­nie go­ści. Na szczę­ście ty je­steś jedną z nie­wielu osób, przed któ­rymi nie mu­szę za­cho­wy­wać po­zo­rów. - Uświa­do­miw­szy so­bie, że wciąż jest w far­tu­chu, zdjęła go i zwi­nęła cia­sno. - Dzię­kuję za kosz. Po­pro­si­łam lo­kaja, by na­lał kie­li­szek śliw­ko­wej brandy dla pani Phe­lan. Leży w łóżku.

- Jest chora? - za­py­tała Be­atrix, gdy Au­drey usia­dła przy niej.

Au­drey po­krę­ciła głową.

- Tylko zroz­pa­czona.

- A... twój mąż?

- Umiera - od­parła Au­drey pła­skim gło­sem. - Nie­wiele czasu mu zo­stało. Le­karz twier­dzi, że to kwe­stia dni.

Be­atrix wy­cią­gnęła do niej ręce, chcąc ją ob­jąć jak jed­nego ze swych ran­nych pod­opiecz­nych.

Au­drey wzdry­gnęła się i unio­sła dło­nie w obron­nym ge­ście.

- Nie, pro­szę. Nie do­ty­kaj mnie, bo cał­kiem się za­ła­mię. Mu­szę być silna dla Johna. Po­roz­ma­wiajmy chwilę. Mam tylko kilka mi­nut.

Be­atrix splo­tła palce.

- Po­zwól mi po­móc - po­pro­siła ci­cho. - Mogę z nim po­sie­dzieć, a ty tro­chę od­pocz­niesz. Cho­ciaż go­dzinę.

Au­drey uśmiech­nęła się blado.

- Dzię­kuję ci, moja droga. Nie mogę jed­nak po­zwo­lić ni­komu przy nim czu­wać. To mu­szę być ja.

- Może więc od­wie­dzę jego matkę?

Au­drey po­tarła zmę­czone oczy.

- To bar­dzo miłe z two­jej strony, ale ona nie chce to­wa­rzy­stwa. - Wes­tchnęła ciężko. - Gdyby to od niej za­le­żało, umar­łaby ra­zem z Joh­nem.

- Prze­cież ma jesz­cze jed­nego syna.

- Chri­sto­phera nie da­rzy tak sil­nymi uczu­ciami. Wszyst­kie ulo­ko­wała w Joh­nie.

Be­atrix pró­bo­wała przy­swoić so­bie tę no­winę. Wy­soki szaf­kowy ze­gar ty­kał z dez­apro­batą, jego roz­huś­tane wa­ha­dło wy­glą­dało jak głowa, która kręci się prze­cząco.

- To nie­moż­liwe - po­wie­działa w końcu.

- Ależ jak naj­bar­dziej moż­liwe. Nie­któ­rzy lu­dzie mają nie­ogra­ni­czony za­pas mi­ło­ści do roz­da­nia. Jak twoja ro­dzina. Inni zaś mają jej nie­wiele. Pani Phe­lan już dawno roz­dała swoją. Miała jej tyle, by wy­star­czyło dla męża i Johna. - Au­drey wzru­szyła ra­mio­nami z wy­sił­kiem. - To nie­istotne, czy ko­cha Chri­sto­phera, czy też nie. Te­raz nic nie wy­daje się istotne.

Be­atrix się­gnęła do kie­szeni i wy­jęła list.

- To dla niego. Dla ka­pi­tana Phe­lana. Od Pru.

Au­drey spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Dzię­kuję. Wy­ślę go z li­stem o sta­nie Johna. On na pewno chciałby wie­dzieć. Biedny Chri­sto­pher... jest tak da­leko.

Be­atrix za­częła się za­sta­na­wiać, czy jed­nak nie po­pro­sić o zwrot li­stu. Wy­brała naj­gor­szy moż­liwy mo­ment, by na­rzu­cić dy­stans Chri­sto­phe­rowi. Z dru­giej strony jed­nak to mo­gła być naj­lep­sza pora. Być może go zrani, ale on nie bę­dzie miał na­wet czasu o tym my­śleć, za­sko­czony znacz­nie gor­szymi wie­ściami.

Au­drey ob­ser­wo­wała grę uczuć na jej twa­rzy.

- Za­mie­rzasz mu w końcu po­wie­dzieć? - za­py­tała miękko.

Be­atrix za­mru­gała.

- O czym?

Au­drey prych­nęła z iry­ta­cją.

- Nie je­stem głu­pia, Bea. Pru­dence jest obec­nie w Lon­dy­nie, cho­dzi na bale, przy­ję­cia i wszyst­kie inne try­wialne wy­da­rze­nia se­zonu. Nie mo­gła na­pi­sać tego li­stu.

Be­atrix spło­nęła pur­pu­ro­wym ru­mień­cem, a po­tem gwał­tow­nie zbla­dła.

- Dała mi list, za­nim wy­je­chała.

- Bo jest tak od­dana Chri­sto­phe­rowi? - Au­drey wy­krzy­wiła wargi. - Gdy ją ostatni raz wi­dzia­łam, na­wet nie pa­mię­tała, by o niego za­py­tać. I dla­czego to za­wsze ty przy­no­sisz i od­bie­rasz pocztę? - Spoj­rzała na Be­atrix z uczu­ciem. - Z li­stów Chri­sto­phera do mnie i Johna ja­sno wy­nika, że Pru­dence cał­kiem za­wró­ciła mu w gło­wie. Tym, co do niego pi­sze. Je­śli osta­tecz­nie moją szwa­gierką zo­sta­nie ten głup­tas, bę­dzie to tylko i wy­łącz­nie twoja wina, Beo.

Gdy Be­atrix za­czął drżeć pod­bró­dek i za­mgliły się oczy, Au­drey wzięła ją za rękę i uści­snęła mocno.

- Znam cię, więc wiem, że mia­łaś do­bre in­ten­cje. Re­zul­tat bę­dzie jed­nak zu­peł­nie inny. - Wes­tchnęła. - Mu­szę wra­cać do Johna.

Gdy szły ra­zem ko­ry­ta­rzem, Be­atrix po­jęła na­gle, że już wkrótce przy­ja­ciółka do­świad­czy śmierci męża.

- Au­drey - po­wie­działa rwą­cym się gło­sem - gdy­bym tylko mo­gła, wzię­ła­bym to wszystko na sie­bie.

Au­drey spoj­rzała na nią i za­ru­mie­niła się z emo­cji.

- I to czyni cię praw­dziwą przy­ja­ciółką.

Dwa dni póź­niej Ha­tha­way­owie otrzy­mali wia­do­mość o śmierci Johna Phe­lana. Prze­peł­nieni współ­czu­ciem za­sta­na­wiali się, jak naj­le­piej po­móc po­grą­żo­nym w roz­pa­czy ko­bie­tom. Oby­czaj na­ka­zy­wał, by to Leo jako wła­ści­ciel ma­jątku zło­żył pa­niom Phe­lan kon­do­len­cje i za­ofe­ro­wał po­moc. Leo był jed­nak w Lon­dy­nie, ze względu na trwa­jącą se­sję Par­la­mentu. De­ba­to­wano głów­nie na te­mat nie­kom­pe­ten­cji i obo­jęt­no­ści, które za­owo­co­wały mar­nym za­opa­trze­niem i bra­kiem wspar­cia dla od­dzia­łów wy­sła­nych na Krym.

Ro­dzina po­sta­no­wiła więc, że to Mer­ri­pen, mąż Win, po­je­dzie do Phe­la­nów w ich imie­niu. Nikt się nie spo­dzie­wał, by zo­stał przy­jęty przez pa­nie domu, nie­wąt­pli­wie zbyt po­grą­żone w żalu, by z kim­kol­wiek roz­ma­wiać. Miał jed­nak zo­sta­wić list, w któ­rym wszy­scy za­pew­niali o swej go­to­wo­ści do po­mocy.

- Mer­ri­pen - po­pro­siła Be­atrix - czy mógł­byś prze­ka­zać Au­drey, że o niej my­ślę i za­py­tać, czy mogę ja­koś po­móc przy po­grze­bie? A może chcia­łaby, bym z nią po­sie­działa?

- Oczy­wi­ście - od­parł Mer­ri­pen, spo­glą­da­jąc na Be­atrix z mi­ło­ścią. Wy­cho­wy­wał się z Ha­tha­way­ami od dzie­ciń­stwa i był dla nich jak brat. - Może na­pi­szesz do niej? Prze­każę wia­do­mość słu­żą­cym.

- To zaj­mie mi tylko chwilę. - Be­atrix po­bie­gła na górę, uno­sząc spód­nice, by nie za­plą­tać się w nie na scho­dach. Usia­dła przy biurku, wy­jęła pa­pier li­stowy, pióra i się­gnęła po ka­ła­marz. Za­marła, gdy do­strze­gła w szu­fla­dzie po­miętą kartkę.

Był to uprzejmy, pe­łen re­ze­rwy list, który na­pi­sała do Chri­sto­phera Phe­lana.

To nie ten wy­słała.

- O Boże - szep­nęła. Mu­siała dać Au­drey ten drugi list, ten nie­pod­pi­sany, który za­czy­nał się od słów: "Wię­cej do Cie­bie nie na­pi­szę. Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz...".

Serce pa­nicz­nie tłu­kło się w jej piersi. Pró­bo­wała opa­no­wać się na tyle, by móc spo­koj­nie po­my­śleć. Czy list już wy­słano? Może jest jesz­cze szansa, by go od­zy­skać. Za­pyta Au­drey... Nie, to byłby szczyt ego­izmu i nie­de­li­kat­no­ści. Prze­cież wła­śnie zmarł jej mąż. Nie na­leży kło­po­tać jej ta­kimi bła­host­kami.

Za późno... Musi to tak zo­sta­wić i zdać się na to, co po­my­śli Chri­sto­pher na wi­dok tak dziw­nej wia­do­mo­ści.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie.

Z ję­kiem oparła spo­cone czoło na bla­cie biurka. Szczę­ściara przy­sia­dła obok niej, za­częła trą­cać no­sem jej włosy i mru­czeć.

Pro­szę, do­bry Boże, po­my­ślała Be­atrix z roz­pa­czą, pro­szę, niech Chri­sto­pher nie od­pi­suje. Niech to się skoń­czy. Spraw, by ni­gdy się nie do­wie­dział, że to by­łam ja.

Roz­dział 5

Chry­zo­pol, Krym

- Do­cho­dzę do wnio­sku - oświad­czył Chri­sto­pher lek­kim to­nem, uno­sząc fi­li­żankę bu­lionu do ust ran­nego - że szpi­tal to naj­gor­sze miej­sce dla re­kon­wa­le­scenta.

Młody żoł­nierz, któ­rego poił - naj­wy­żej dzie­więt­na­sto-, może dwu­dzie­sto­letni - prych­nął z roz­ba­wie­niem.

Chri­sto­phera przy­nie­siono do po­lo­wego szpi­tala w Chry­zo­polu trzy dni wcze­śniej. Zo­stał ranny w po­tyczce o Re­dan w cza­sie nie­koń­czą­cego się ob­lę­że­nia Se­wa­sto­pola. W jed­nej chwili to­wa­rzy­szył gru­pie sa­pe­rów nio­są­cych dra­binę w kie­runku ro­syj­skiego bun­kra, w na­stęp­nej eks­plo­zja po­zba­wiła go czu­cia w boku i pra­wej no­dze.

W prze­kształ­co­nych na szpi­tal ba­ra­kach tło­czyli się ranni, szczury i ro­bac­two. Je­dy­nym źró­dłem wody była fon­tanna, do któ­rej usta­wiali się w ko­lejce ofi­ce­ro­wie dy­żurni, by do wia­der na­ła­pać cuch­ną­cej wil­goci. Woda nie nada­wała się do pi­cia, uży­wano jej jed­nak do pra­nia i mo­cze­nia ban­daży.

Chri­sto­pher prze­ku­pił jed­nego z ofi­ce­rów, by ten przy­niósł mu al­ko­hol. Po­le­wał nim ob­fi­cie ranę z na­dzieją, że to po­wstrzyma ro­pie­nie. Za pierw­szym ra­zem gdy to ro­bił, pa­lący ból spra­wił, że ze­mdlał i spadł z pry­czy na pod­łogę na oczach roz­ba­wio­nych pa­cjen­tów.

Zno­sił po­tem ich do­cinki z aniel­ską cier­pli­wo­ścią, wie­dział bo­wiem, jak bar­dzo te chwile bez­tro­ski są po­trzebne w tym po­nu­rym miej­scu.

Usu­nięto mu odłamki z boku i nogi, ale rany nie go­iły się naj­le­piej. Tego ranka od­krył, że skóra wo­kół nich jest za­czer­wie­niona i na­pięta. Prze­ra­żała go per­spek­tywa po­waż­nego roz­cho­ro­wa­nia się w tym miej­scu.

Po­przed­niego dnia, nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty le­żą­cych w dłu­gich rzę­dach żoł­nie­rzy, or­dy­nansi za­częli za­szy­wać w kocu i szy­ko­wać do po­chówku cho­rego, który jesz­cze nie umarł. W od­po­wie­dzi na obu­rzone okrzyki oświad­czyli, że czło­wiek ten i tak leży bez zmy­słów i że tylko mi­nuty dzielą go od śmierci, a łóżko jest na gwałt po­trzebne in­nym. Wszystko to było prawdą. Wtedy jed­nak za­in­ter­we­nio­wał Chri­sto­pher, który oświad­czył, że on chęt­nie odda swoje łóżko i za­czeka na pod­ło­dze na śmierć to­wa­rzy­sza broni. Przez go­dzinę sie­dział na twar­dym bruku, od­ga­niał in­sekty i po­zwa­lał czło­wie­kowi spo­koj­nie umie­rać od nie­za­le­czo­nej rany w no­dze.

- My­ślisz, że to mu coś po­mo­gło? - za­py­tał drwiąco je­den z or­dy­nan­sów, gdy bie­dak w końcu umarł i Chri­sto­pher po­zwo­lił go za­brać.

- Jemu może nie - od­parł Chri­sto­pher ci­cho. - Ale im tak. - Ski­nął w kie­runku rzę­dów nie­chluj­nych prycz. Żoł­nie­rze, któ­rzy na nich le­żeli, mu­sieli wie­rzyć, że gdy na­dej­dzie ich czas, zo­staną po­trak­to­wani z ele­men­tarną przy­zwo­ito­ścią.

Młody żoł­nierz na pry­czy obok Chri­sto­phera nie­wiele mógł koło sie­bie zro­bić, po­nie­waż stra­cił lewą rękę i prawą dłoń. Pie­lę­gnia­rek bra­ko­wało, więc to Chri­sto­pher go kar­mił. Krzy­wiąc się z bólu, uklęk­nął przy jego łóżku, uniósł mu głowę i po­mógł mu na­pić się bu­lionu.

- Ka­pi­ta­nie Phe­lan - do­biegł go rze­czowy głos jed­nej z sióstr mi­ło­sier­dzia. Żoł­nie­rze czę­sto żar­to­wali so­bie z tej su­ro­wej i onie­śmie­la­ją­cej za­kon­nicy, że ona jedna wy­słana na front mo­głaby za­koń­czyć wojnę w kilka go­dzin. Jej krza­cza­ste brwi unio­sły się, gdy zo­ba­czyła Chri­sto­phera przy łóżku pa­cjenta.

- Znów spra­wia pan kło­poty? - za­py­tała. - Pro­szę na­tych­miast wró­cić do łóżka, ka­pi­ta­nie. I nie wy­cho­dzić z niego... chyba że ma pan za­miar roz­myśl­nie się roz­cho­ro­wać tak, by zo­stać tu już do końca wojny.

Chri­sto­pher po­słusz­nie usiadł na swoim łóżku.

Po­de­szła do niego i po­ło­żyła mu na czole chłodną dłoń.

- Go­rączka - oświad­czyła. - Je­śli jesz­cze raz pan wsta­nie, to każę pana zwią­zać, ka­pi­ta­nie. - Za­brała dłoń i po­ło­żyła mu coś na piersi.

Chri­sto­pher uchy­lił po­wieki i zo­ba­czył pa­kiet li­stów.

Pru­dence.

Chwy­cił je kur­czowo i z nie­cier­pli­wo­ścią ze­rwał pie­częci.

Li­sty były dwa.

Za­cze­kał na odej­ście sio­stry, by otwo­rzyć ten od Pru­dence. Na wi­dok jej cha­rak­teru pi­sma prze­peł­niły go emo­cje. Pra­gnął jej, po­trze­bo­wał z in­ten­syw­no­ścią, któ­rej nie po­tra­fił po­jąć.

Nie wie­dział jak, ale choć dzie­liło ich pół świata, za­ko­chał się w niej. Nie było ważne, że pra­wie jej nie znał. Ko­chał na­wet te strzępy in­for­ma­cji o niej.

Prze­biegł wzro­kiem kilka li­ni­jek.

Słowa wy­dały mu się po­prze­su­wane, jak ele­menty dzie­cię­cej ukła­danki. Od­czy­ty­wał je raz po raz, aż w końcu stały się ja­sne.

...Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz... Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie...

Wy­po­wie­dział bez­gło­śnie jej imię. Po­ło­żył dłoń na piersi, przy­ci­ska­jąc list do roz­e­mo­cjo­no­wa­nego serca.

Co się stało Pru­dence?

Dziwna, la­ko­niczna wia­do­mość wy­wo­łała w nim bu­rzę.

- Nie je­stem tą, za którą mnie uwa­żasz - za­czął po­wta­rzać pod no­sem.

Nie, oczy­wi­ście, że nie była. Tak jak on. Nie był prze­cież tą zła­maną, wstrzą­saną go­rączką istotą na szpi­tal­nej pry­czy, tak jak ona nie była już ba­na­lną ko­kietką, za którą brali ją wszy­scy inni. W li­stach od­na­leźli obiet­nicę cze­goś wię­cej.

Wróć, pro­szę, wróć do domu i znajdź mnie...

Nie mo­gąc opa­no­wać drże­nia rąk, z tru­dem roz­ło­żył drugi list, od Au­drey. Pod wpły­wem go­rączki sta­wał się co­raz bar­dziej nie­zdarny. Roz­bo­lała go głowa... wredne pul­so­wa­nie... od­czy­ty­wał ko­lejne słowa po­mię­dzy na­pa­dami bólu.

Drogi Chri­sto­phe­rze,

nie wiem, czy ist­nieje de­li­katny spo­sób, by Ci o tym do­nieść. Stan Johna się po­gar­sza. Twój brat sta­nął w ob­li­czu śmierci z taką samą ła­god­no­ścią i wdzię­kiem, z ja­kimi mie­rzył się z ży­ciem. Nim ten list do­trze do Cie­bie, Johna bez wąt­pie­nia nie bę­dzie już wśród ży­wych...

Umysł Chri­sto­phera od­mó­wił czy­ta­nia reszty. Póź­niej przyj­dzie na to czas. Przyj­dzie czas na ża­łobę.

John nie miał prawa za­cho­ro­wać. Miał być bez­pieczny w Stony Cross i po­więk­szać ro­dzinę z Au­drey. Miał tam być, gdy Chri­sto­pher wróci do domu.

Ka­pi­tan sku­lił się na boku i na­cią­gnął koc na głowę, by się ukryć przed świa­tem. Żoł­nie­rze wo­kół niego za­bi­jali czas jak zwy­kle... roz­ma­wiali, grali w karty. Li­to­ści­wie nie zwra­cali na niego uwagi, za­pew­nia­jąc mu sa­mot­ność, któ­rej tak te­raz po­trze­bo­wał.

Roz­dział 6

W ciągu ko­lej­nych dzie­się­ciu mie­sięcy Chri­sto­pher Phe­lan nie na­pi­sał ani jed­nego li­stu w od­po­wie­dzi na ten, który wy­słała Be­atrix. Ko­re­spon­do­wał z Au­drey, ale po­grą­żona w ża­ło­bie młoda wdowa nie po­tra­fiła o tym roz­ma­wiać na­wet z przy­ja­ciółką.

Po­wie­działa jej tylko, że Chri­sto­pher zo­stał ranny, ale do­szedł w szpi­talu do zdro­wia i wró­cił na pole bi­twy. Be­atrix czy­tała ga­zety, bez­u­stan­nie po­szu­ku­jąc naj­mniej­szej choćby wzmianki o nim i cią­gle na­ty­kała się na ko­lejne do­wody jego mę­stwa. Pod­czas wie­lo­mie­sięcz­nego ob­lę­że­nia Se­wa­sto­pola zo­stał naj­czę­ściej de­ko­ro­wa­nym ofi­ce­rem re­gi­mentu. Od­zna­czono go nie tylko or­de­rem Bath i Me­da­lami Krym­skimi za bi­twy nad Almą, pod In­ker­man, Ba­ła­kławą i Se­wa­sto­po­lem, ale też fran­cu­ską Le­gią Ho­no­rową i tu­rec­kim Me­dji­die.

Ku ża­lowi Be­atrix jej sto­sunki z Pru­dence znacz­nie się ochło­dziły, a za­częło się to tego sa­mego dnia, gdy Be­atrix wy­znała przy­ja­ciółce, że nie może już dłu­żej pi­sy­wać do Chri­sto­phera.

- Ale dla­czego? - za­pro­te­sto­wała Pru­dence. - My­śla­łam, że lu­bisz z nim ko­re­spon­do­wać.

- Już nie - od­parła Be­atrix zdu­szo­nym gło­sem. Pru spoj­rzała na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie mogę uwie­rzyć, że go tak zwy­czaj­nie po­rzu­cisz. Co so­bie po­my­śli, gdy li­sty prze­staną przy­cho­dzić?

Be­atrix ogar­nęły po­czu­cie winy i tę­sk­nota. Z tru­dem wy­do­była z sie­bie głos.

- Nie mogę na­dal do niego pi­sać, nie wy­zna­jąc mu prawdy. To stało się zbyt oso­bi­ste. Ja... w grę wcho­dzą uczu­cia. Ro­zu­miesz, co pró­buję ci po­wie­dzieć?

- Ro­zu­miem tylko, że je­steś wy­jąt­kowo sa­mo­lubna. Przez cie­bie ja też nie mogę do niego na­pi­sać, bo za­raz po­znałby inny cha­rak­ter pi­sma. Po­win­naś wo­dzić go na pa­sku przy­naj­mniej do jego po­wrotu, cho­ciaż tyle mo­gła­byś dla mnie zro­bić.

- Ale po co ci on? - za­py­tała Be­atrix, marsz­cząc brwi. Nie spodo­bało jej się okre­śle­nie: wo­dzić na pa­sku... Jakby Chri­sto­pher był psem w tre­su­rze. Jed­nym z wielu. - Prze­cież masz wielu in­nych kon­ku­ren­tów.

- Tak, ale ka­pi­tan Phe­lan jest bo­ha­te­rem wo­jen­nym. Moż­liwe, że po po­wro­cie zo­sta­nie za­pro­szony na obiad do kró­lo­wej. A jako że jego brat umarł, odzie­dzi­czy też po­sia­dłość Ri­ver­ton. To czyni z niego par­tię równą co naj­mniej pa­rowi.

Płyt­kość Pru­dence za­zwy­czaj ba­wiła Be­atrix, ale tym ra­zem wy­wo­łała w niej ukłu­cie iry­ta­cji. Chri­sto­pher za­słu­gi­wał na ko­goś, kto nie bę­dzie ce­nił go za po­zory.

- Czy przy­szło ci kie­dyś na myśl, jak bar­dzo on mógł się zmie­nić na woj­nie? - za­py­tała ci­cho.

- Cóż, ma za­pewne ja­kieś bli­zny, ale mam na­dzieję, że nie­wi­do­czne.

- Cho­dziło mi o zmianę cha­rak­teru.

- Bo wal­czył w bi­twach? - Pru­dence wzru­szyła ra­mio­nami. - My­ślę, że to mo­gło wy­wrzeć na niego ja­kiś wpływ.

- Czy­ty­wa­łaś ra­porty na jego te­mat?

- By­łam bar­dzo za­jęta.

- Ka­pi­tan Phe­lan zo­stał od­zna­czony or­de­rem Me­dji­die za oca­le­nie tu­rec­kiego ofi­cera. Kilka ty­go­dni póź­niej sam utrzy­my­wał ostrze­li­wany przez wroga ma­ga­zyn, przez osiem go­dzin. In­nym ra­zem...

- Nie mu­szę tego wy­słu­chi­wać - prze­rwała jej Pru­dence. - O co ci cho­dzi, Beo?

- O to, że on może wró­cić zu­peł­nie od­mie­niony. Je­śli ci na nim za­leży, po­win­naś choć spró­bo­wać zro­zu­mieć, przez co prze­szedł. - Po­dała Pru­dence pa­kie­cik li­stów prze­wią­zany wą­ską nie­bie­ską wstążką. - Na po­czą­tek po­win­naś je prze­czy­tać. Mo­głam też sko­pio­wać li­sty, które ja do niego pi­sa­łam, abyś i je mo­gła prze­czy­tać, ale nie po­my­śla­łam o tym.

Pru­dence nie­chęt­nie wzięła pa­kie­cik.

- No do­brze, prze­czy­tam je. Je­stem jed­nak prze­ko­nana, że Chri­sto­pher nie bę­dzie chciał roz­ma­wiać o li­stach, gdy już wróci. Bę­dzie miał prze­cież mnie.

- Po­win­naś le­piej go po­znać. My­ślę, że pra­gniesz go z nie­wła­ści­wych po­bu­dek... a mo­żesz zna­leźć wiele wła­ści­wych. On na to za­słu­guje. Nie z po­wodu mę­stwa, które wy­ka­zał i tych wszyst­kich lśnią­cych me­dali... w za­sa­dzie to po­winno być na ostat­nim miej­scu. - Be­atrix za­mil­kła i ze smut­kiem po­my­ślała, że od te­raz po­winna za­cząć uni­kać lu­dzi i wró­cić do swo­ich zwie­rząt. - Ka­pi­tan Phe­lan na­pi­sał, że gdy się po­zna­li­ście, żadne z was nie za­glą­dało głę­biej.

- Głę­biej?

Be­atrix spoj­rzała na Pru­dence po­nuro.

- Na­pi­sał, że mo­żesz być jego je­dyną szansą na po­wrót do nor­mal­nego świata.

Pru­dence od­wza­jem­niła się jej oso­bli­wym gry­ma­sem.

- Może to na­wet le­piej, że już nie bę­dziesz do niego pi­sać. Wy­da­jesz się nim bar­dzo za­ab­sor­bo­wana. Mam na­dzieję, że nie przy­szło ci do głowy, by Chri­sto­pher kie­dy­kol­wiek... Nie­ważne.

- Wiem, co chcia­łaś po­wie­dzieć - wtrą­ciła Be­atrix rze­czo­wym to­nem. - Oczy­wi­ście, że nie mam ta­kich złu­dzeń. Nie za­po­mnia­łam, że kie­dyś po­rów­nał mnie do ko­nia.

- Nie po­rów­nał cię do ko­nia. Po­wie­dział tylko, że bar­dziej pa­su­jesz do stajni. Nie­mniej jed­nak to bar­dzo wy­ra­fi­no­wany dżen­tel­men, który nie byłby szczę­śliwy z dziew­czyną spę­dza­jącą cały swój czas ze zwie­rzę­tami.

- Przed­ło­ży­ła­bym to­wa­rzy­stwo zwie­rząt nad to­wa­rzy­stwo każ­dej osoby, którą znam - zri­po­sto­wała Be­atrix. Na­tych­miast po­ża­ło­wała nie­tak­tow­nych słów, zwłasz­cza że Pru­dence ode­brała je jak oso­bi­sty afront. - Prze­pra­szam, nie chcia­łam...

- Może więc po­win­naś już wra­cać do swo­ich zwie­rząt - po­wie­działa panna Mer­cer lo­do­wa­tym to­nem. - Na pewno bę­dziesz szczę­śliw­sza, roz­ma­wia­jąc z kimś, kto nie może ci od­po­wie­dzieć.

Zi­ry­to­wana Be­atrix wstała.

- Dla do­bra nas wszyst­kich, Beo - za­wo­łała za nią jesz­cze Pru­dence - mu­sisz mi obie­cać, że ni­gdy nie zdra­dzisz ka­pi­ta­nowi Phe­la­nowi, kto pi­sał te li­sty. To nie mia­łoby sensu. Nie ze­chciałby cię, na­wet gdy­byś mu po­wie­działa. Byłby tylko za­że­no­wany i zły. Taki męż­czy­zna nie wy­ba­cza oszu­stwa.

Od tego dnia Be­atrix i Pru­dence wi­dy­wały się tylko prze­lot­nie. Żadna z nich nie na­pi­sała też żad­nego li­stu.

Be­atrix tor­tu­ro­wała się roz­my­śla­niami o tym, jak się miewa Chri­sto­pher, czy jego rany się za­go­iły, czy Al­bert wciąż mu to­wa­rzy­szy... nie miała już jed­nak prawa o to py­tać.

Zresztą ni­gdy go nie miała.

Ku ra­do­ści Bry­tyj­czy­ków Se­wa­sto­pol pod­dał się we wrze­śniu 1855 roku, a w lu­tym na­stęp­nego roku roz­po­częły się ne­go­cja­cje po­ko­jowe. Szwa­gier Be­atrix, Cam, stwier­dził, że choć An­glia zwy­cię­żyła, to wojna za­wsze nie­sie ze sobą pyr­ru­sowe zwy­cię­stwa, bo nie ma ceny dla ludz­kich ist­nień, które zo­stały prze­rwane lub znisz­czone. Be­atrix się z nim zga­dzała. Na polu bi­twy i od ran zgi­nęło w su­mie po­nad sto pięć­dzie­siąt ty­sięcy żoł­nie­rzy ko­ali­cji i sto ty­sięcy Ro­sjan.

Gdy w końcu padł długo wy­cze­ki­wany roz­kaz po­wrotu do domu, Au­drey i pani Phe­lan do­wie­działy się, że Bry­gada Strzel­ców przy­bę­dzie do Do­ver w po­ło­wie kwiet­nia i stam­tąd wy­ru­szy do Lon­dynu. Strzel­ców ocze­ki­wano ze szcze­gólną nie­cier­pli­wo­ścią, po­nie­waż Chri­sto­pher zo­stał jed­no­gło­śnie uznany za bo­ha­tera na­ro­do­wego. Jego zdję­cia wy­ci­nano z ga­zet i za­wie­szano w wi­try­nach skle­pów, a do­nie­sie­nia o jego mę­stwie po­wta­rzano we wszyst­kich ka­wiar­niach i ta­wer­nach. Wio­ski i całe hrab­stwa słały do niego gra­tu­la­cyjne li­sty, a po­li­tycy za­ma­wiali ce­re­mo­nialne szpady wy­sa­dzane szla­chet­nymi ka­mie­niami, by nimi na­gro­dzić jego za­sługi dla kraju.

Gdy jed­nak strzelcy przy­bili do portu w Do­ver, oka­zało się, że Chri­sto­pher znik­nął. Tłum wi­wa­to­wał, do­ma­ga­jąc się jego wy­stą­pie­nia, on jed­nak zda­wał się uni­kać lu­dzi, ce­re­mo­nii i ban­kie­tów... Nie po­ja­wił się na­wet na ofi­cjal­nym obie­dzie wy­da­wa­nym przez kró­lową i jej mał­żonka.

- Jak my­śli­cie, co się dzieje z ka­pi­ta­nem Phe­la­nem? - za­py­tała Ame­lia, gdy mi­jał trzeci dzień od znik­nię­cia bo­ha­tera. - O ile pa­mię­tam, za­wsze był bar­dzo to­wa­rzy­ski i uwiel­biał być w cen­trum uwagi.

- Jego nie­obec­ność przy­kuwa jesz­cze wię­cej uwagi - za­uwa­żył Cam.

- On nie chce tego ca­łego za­in­te­re­so­wa­nia - na­po­mknęła Be­atrix. - Ukrywa się.

Cam uniósł brew z roz­ba­wie­niem.

- Jak lis?

- Tak. Lisy są prze­bie­głe. Na pierw­szy rzut oka może się wy­da­wać, że od­da­lają się od swego celu, ale za­wsze za­wra­cają i w końcu do niego do­cie­rają. - Be­atrix za­wa­hała się i utkwiła wzrok w szy­bie, za którą ma­ja­czył wio­senny las... Za mocno wieje ze wschodu i za dużo pada. - Ka­pi­tan Phe­lan pra­gnie wró­cić do domu. Bę­dzie się jed­nak czaił, do­póki psy goń­cze nie prze­staną go ści­gać.

Za­mil­kła i po­grą­żyła się w za­du­mie. Cam i Ame­lia kon­ty­nu­owali roz­mowę. Być może wy­ob­raź­nia pła­tała jej fi­gla... ale wy­raź­nie czuła, że Chri­sto­pher Phe­lan jest gdzieś w po­bliżu.

- Be­atrix. - Ame­lia sta­nęła przy niej i ob­jęła ją ra­mie­niem. - Smutno ci? Może po­win­naś była je­chać do Lon­dynu na se­zon ra­zem z Pru­dence? Mo­gła­byś się za­trzy­mać u Leo i Ca­the­rine, albo w ho­telu z Poppy i Har­rym...

- Nie za­mie­rzam brać wię­cej udziału w se­zo­nie. Ro­bi­łam to już cztery razy, o trzy razy za dużo.

- Ale prze­cież by­łaś bar­dzo po­pu­larna. Dżen­tel­meni cię uwiel­biali. Może w tym roku po­zna­ła­byś ko­goś no­wego?

Be­atrix unio­sła oczy do su­fitu.

- W lon­dyń­skim to­wa­rzy­stwie ni­gdy nie po­ja­wia się nikt nowy.

- Fakt - od­parła Ame­lia po chwili na­my­słu. - Ale i tak uwa­żam, że le­piej by­łoby ci w mie­ście niż na wsi. Tu jest dla cie­bie zbyt spo­koj­nie.

Do po­koju wbiegł mały ciem­no­włosy chło­piec, do­sia­da­jący ru­maka z pa­tyka i wy­wi­ja­jący drew­nia­nym mie­czem w ryt­mie dzi­kich bo­jo­wych okrzy­ków. Był to Rye, czte­ro­ipół­roczny sy­nek Cama i Ame­lii. Pod­czas ga­lopu za­cze­pił pa­ty­kiem o lampę z nie­bie­skiego szkła. Cam od­ru­chowo za­nur­ko­wał i zła­pał ją w ostat­niej chwili.

Rye okrę­cił się na pię­cie, do­strzegł ojca na pod­ło­dze i sko­czył na niego z ra­do­snym chi­cho­tem.

Cam za­czął si­ło­wać się z sy­nem. Prze­rwał tylko na mo­ment, by po­in­for­mo­wać żonę:

- Tu ni­gdy nie jest spo­koj­nie.

- Tę­sk­nię za Jado - po­skar­żył się Rye, ma­jąc na my­śli swego ku­zyna i ulu­bio­nego to­wa­rzy­sza za­baw. - Kiedy on wraca?

Mer­ri­pen, sio­stra Ame­lii, Win i ich syn Ja­son, na­zy­wany przez ro­dzinę Jado, wy­je­chali przed mie­sią­cem do Ir­lan­dii, by od­wie­dzić po­sia­dło­ści, które miał pew­nego dnia odzie­dzi­czyć Mer­ri­pen. Jego dzia­dek pod­upadł na zdro­wiu, Mer­ri­pen zgo­dził się więc zo­stać tam na dłu­żej, by za­po­znać się z ma­jąt­kiem i dzier­żaw­cami.

- Nie­prędko - od­parł Cam ze smut­kiem. - Może do­piero na Boże Na­ro­dze­nie.

- To bar­dzo długo. - Rye wes­tchnął ciężko.

- Masz prze­cież in­nych ku­zy­nów, ko­cha­nie - przy­po­mniała mu Ame­lia.

- Wszy­scy są w Lon­dy­nie.

- Edward i Em­ma­line przy­jadą na lato. A oprócz tego masz jesz­cze prze­cież ma­łego bra­ciszka.

- Z Alek­sem nie ma za­bawy - stwier­dził Rye. - Nie umie mó­wić i rzu­cać piłki. I prze­cieka.

- Z obu stron - do­dał Cam, spo­glą­da­jąc na żonę ro­ze­śmia­nymi oczami.

Ame­lia bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała stłu­mić śmiech.

- Nie bę­dzie wiecz­nie prze­cie­kał.

Rye usiadł na oj­cow­skiej piersi okra­kiem i zer­k­nął na Be­atrix.

- Może ty się ze mną po­ba­wisz, cio­ciu?

- Oczy­wi­ście. Chcesz po­grać w kulki? A może w bierki?

- Po­bawmy się w wojnę - po­pro­sił chło­piec z lu­bo­ścią. - Ja będę ka­wa­le­rią, a ty Ro­sja­nami, będę cię go­nił wo­kół ży­wo­płotu.

- A może po­ba­wimy się w Trak­tat Pa­ry­ski?

- Nie można pod­pi­sy­wać ro­zejmu przed wy­bu­chem wojny - za­pro­te­sto­wał Rye. - Nie by­łoby o czym roz­ma­wiać.

Be­atrix uśmiech­nęła się do sio­stry.

- Bar­dzo lo­giczne.

Rye pod­sko­czył, chwy­cił Be­atrix za rękę i za­czął cią­gnąć ją na dwór.

- Chodź, cio­ciu - na­ma­wiał. - Obie­cuję, że nie będę bił cię mie­czem tak jak ostat­nio.

- Tylko nie chodź do lasu, Rye - za­wo­łał za nimi Cam. - Po­do­bno błąka się po nim ja­kiś bez­pań­ski pies. Rano pra­wie rzu­cił się na jed­nego z dzier­żaw­ców. Może mieć wście­kli­znę.

Be­atrix przy­sta­nęła i spoj­rzała na Cama.

- Jaki to pies?

- Szorst­ko­włosy kun­del, po­do­bny do te­riera. Po­do­bno krad­nie kury.

- Nie martw się, tato - oświad­czył pew­nie Rye. - Z Be­atrix nic mi się nie sta­nie. Wszyst­kie zwie­rzęta ją ko­chają, na­wet te wście­kłe.