Znajdź mnie. Tom 5 - Lisa Kleypas

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Hampshire, AngliaOsiem miesięcy wcześniej
Wszystko zaczęło się od listu. A ściślej rzecz ujmując, od wzmianki o psie.
- Jakim psie? - zapytała Beatrix Hathaway. - Co mu się stało?
Jej przyjaciółka Prudence, najpiękniejsza młoda dama w całym hrabstwie, podniosła głowę znad listu, który przesłał jej konkurent, kapitan Christopher Phelan.
Dżentelmen nie powinien co prawda korespondować z niezamężną dziewczyną, ale młodzi poprosili o pomoc szwagierkę Phelana, która pośredniczyła w wymianie listów.
Prudence zmarszczyła kpiąco brwi.
- Doprawdy, Beo, więcej zainteresowania okazujesz psu niż kapitanowi Phelanowi.
- Kapitan Phelan nie potrzebuje mego zainteresowania - odparła pragmatycznie Beatrix. - Cieszy się przecież zainteresowaniem każdej panny na wydaniu w Hampshire. Poza tym udał się na wojnę z wyboru. Jestem przekonana, że wspaniale się bawi, paradując po Krymie w szykownym mundurze.
- Wcale nie jest szykowny - padła ponura odpowiedź. - Jego regiment ubiera się teraz okropnie; te nowe mundury są takie zwyczajne, ciemnozielone z czarnymi wyłogami, zupełnie pozbawione złotych galonów i ozdób. Gdy zapytałam o powód tej zmiany, kapitan Phelan wyjaśnił mi, że ma to pomóc strzelcom się ukryć, co nie ma przecież żadnego sensu, bo wszyscy wiedzą, że brytyjski żołnierz jest zbyt odważny i dumny, by się ukrywać w czasie bitwy. Christopher... to znaczy kapitan Phelan... dodał wtedy, że to ze względu na... och, użył jakiegoś francuskiego słowa...
- Kamuflaż? - podpowiedziała zaintrygowana Beatrix.
- Tak, skąd wiedziałaś?
- Wiele zwierząt posługuje się technikami kamuflażu, by się ukryć. Na przykład kameleony. Upierzenie sów pozwala im zlać się dla niewprawnego oka z korą drzew. Dzięki temu...
- Wielkie nieba, Beatrix, oszczędź mi kolejnego wykładu o zwierzętach.
- Dobrze, pod warunkiem, że opowiesz mi o psie.
Prudence podała jej list.
- Sama przeczytaj.
- Ależ, Pru... - zaprotestowała Beatrix, gdy przyjaciółka wepchnęła jej do ręki małe, schludne stroniczki. - Kapitan Phelan mógł napisać coś bardzo osobistego.
- To by dopiero było szczęście! Ten list jest okropnie nudny. Nic tylko bitwy i złe wieści.
Christopher Phelan był ostatnią osobą, której Beatrix chciałaby bronić, rzekła jednak:
- Przecież on walczy na Krymie, Pru. W czasie wojny nie ma chyba zbyt wielu radosnych wydarzeń, o których mógłby napisać.
- Cóż, obce kraje nigdy mnie nie interesowały i nie udawałam przed nim, że jest inaczej.
Beatrix uśmiechnęła się słabo.
- Pru, jesteś pewna, że chcesz być żoną oficera?
- Cóż, oczywiście... Większość oficerów nigdy nie uczestniczy w wojnie. To modni salonowcy, którzy zgodziwszy się na pół pensji, mają niewiele obowiązków i nie muszą bezustannie przebywać w regimencie. I tak było również w przypadku kapitana Phelana, dopóki nie został wezwany. - Pru wzruszyła ramionami. - Wojny zawsze wybuchają nie w porę. Na szczęście kapitan Phelan już wkrótce wróci do Hampshire.
- Doprawdy? Skąd wiesz?
- Moi rodzice mówią, że wojna skończy się przed Bożym Narodzeniem.
- Też tak słyszałam. Tyle że trzeba się zastanowić, czy aby nie za bardzo przeceniamy nasze możliwości, a nie doceniamy rosyjskich.
- Jakież to niepatriotyczne! - zawołała Prudence z kpiną w oczach.
- Patriotyzm nie ma nic wspólnego z tym, że Ministerstwo Wojny posłało trzydzieści tysięcy żołnierzy na Krym, nie zrobiwszy wcześniej nic. Nie mamy ani wiedzy na temat placu boju, ani żadnej rozsądnej strategii.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Z "Timesa". Raporty publikują codziennie. Nie czytasz gazet?
- Nie sekcję polityczną. Moi rodzice są zdania, że to niewłaściwe zainteresowania dla młodej damy.
- Moja rodzina omawia kwestie polityczne codziennie podczas kolacji, a moje siostry i ja bierzemy w tych dyskusjach czynny udział. - Beatrix urwała, po czym dodała z szelmowskim uśmieszkiem: - Ośmielamy się nawet mieć własne zdanie.
Prudence szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.
- Mój Boże. Cóż, nie powinnam być zaskoczona. Wszyscy wiedzą, że twoja rodzina jest... inna.
Określenie to należało do znacznie milszych niż te, którymi zazwyczaj opisywano rodzinę Hathawayów - pięcioro rodzeństwa, z których najstarszy był Leo, potem Amelia, Winnifred, Poppy i Beatrix. Po śmierci rodziców Hathawayowie doświadczyli zdumiewającej odmiany losu. Przyszli na świat jako prości ludzie, daleko spokrewnieni z arystokratyczną gałęzią rodziny. W wyniku serii niefortunnych incydentów Leo odziedziczył tytuł wicehrabiego, na co ani on, ani jego siostry nie byli przygotowani. Musieli przeprowadzić się z małej wioski Primrose Place do posiadłości Ramsay w hrabstwie Hampshire.
Przez sześć lat nauczyli się tyle, by przystosować się do życia w towarzystwie. Nikt jednak nie nauczył ich myśleć jak arystokracja, nie przejęli też jej systemu wartości i zwyczajów. Byli zamożni, ale nie byli odpowiednio wychowani, nie mieli koneksji. Każda inna rodzina w takiej sytuacji próbowałaby podnieść swój status poprzez małżeństwa, Hathawayowie natomiast woleli pobierać się z miłości.
Beatrix miała poważne wątpliwości, czy ona sama kiedykolwiek stanie na ślubnym kobiercu. Miała niepokorną naturę, większość dni spędzała poza domem, jeżdżąc konno i spacerując po lasach, moczarach i łąkach Hampshire. Nad towarzystwo ludzi przedkładała towarzystwo zwierząt, otaczała opieką wszystkie ranne i osierocone stworzenia, na które się natykała. Te, które same nie przetrwałyby na wolności, stawały się jej pupilami. Na świeżym powietrzu czuła się szczęśliwa i spełniona. W sali balowej życie traciło dla niej cały urok.
Coraz częściej jednak Beatrix doskwierało niezadowolenie. Czuła niezdefiniowaną tęsknotę. Tyle że nigdy dotąd nie spotkała mężczyzny, który byłby dla niej odpowiedni. Na pewno nie nadawała się na żonę tych bladych, wyrafinowanych osobników zaludniających londyńskie salony. Dziarscy wiejscy dżentelmeni byli bardziej pociągający, ale żaden z nich nie posiadał cech, których Beatrix szukała. Marzyła o mężczyźnie, który dorównałby jej siłą woli. Pragnęła namiętnie kochać... stanowić wyzwanie... zbijać z nóg.
Spojrzała na list, który trzymała w dłoniach.
Nie darzyła Christophera Phelana niechęcią, wiedziała jednak o jego nieprzychylności wobec tego, co ona sobą reprezentowała. Urodzony jako arystokrata, wyrafinowany Phelan poruszał się z wielką swobodą w środowisku, które było jej z gruntu obce. Był drugim synem zamożnej rodziny z sąsiedztwa, jego dziadek ze strony matki był hrabią, a przodkowie jego ojca zbili majątek na żegludze.
Phelanowie nie mieli prawa do tytułu, ale najstarszy syn, John, miał po śmierci hrabiego odziedziczyć posiadłość Riverton w Warwickshire. John był statecznym, odpowiedzialnym mężczyzną, szczerze oddanym swej żonie, Audrey.
Christopher był jego całkowitym przeciwieństwem. Nie mając widoków na majątek jako drugi syn, w wieku dwudziestu dwóch lat zakupił patent oficerski. Służył w randze młodszego oficera kawalerii, do czego ze swą męską urodą doskonale się nadawał - jego głównym zadaniem było uczestniczenie w paradach i musztrach. Cieszył się wielkim powodzeniem wśród londyńskich dam, dlatego też często jeździł do stolicy, gdzie spędzał czas, tańcząc, pijąc, uprawiając hazard, kupując wykwintne stroje i oddając się skandalicznym romansom.
Beatrix spotkała Christophera Phelana dwukrotnie, po raz pierwszy na lokalnej potańcówce, po której ochrzciła go mianem największego aroganta w całym Hampshire. Za drugim razem, podczas pikniku, zmieniła zdanie i doszła do wniosku, że to najbardziej arogancki człowiek na całym świecie.
- Młoda panna Hathaway to dziwaczne stworzenie - powiedział Phelan do swego towarzysza, co przez przypadek podsłuchała Beatrix.
- Moim zdaniem jest czarująca i oryginalna - zaprotestował jego druh. - I z żadną kobietą nie rozmawia się o koniach tak dobrze jak z nią.
- To logiczne - padła drwiąca riposta. - Znacznie bardziej pasuje przecież do stajni niż do salonu.
Od tamtej pory Beatrix unikała go, jak tylko mogła. Nie miała nic przeciwko ukrytemu porównaniu jej do konia, bo konie są przecież pięknymi zwierzętami, obdarzonymi hojną, szlachetną naturą. Wiedziała też, że choć może nie jest pięknością, posiada pewien urok. Niejeden mężczyzna komplementował już jej ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy.
Nie mogła się jednak równać z olśniewającym Christopherem Phelanem, pięknym jak Lancelot. Gabriel. Albo Lucyfer, jeśli wierzyć w to, że był on kiedyś najpiękniejszym archaniołem. Phelan był wysoki, miał błyszczące oczy i włosy koloru ciemnej ozimej pszenicy muśniętej słońcem. Był silny, postawny, miał szerokie ramiona i wąskie biodra. Poruszał się z niedbałą gracją, a jednocześnie promieniował żywotnością, niczym drapieżca.
Po pewnym czasie Phelan został odwołany ze swego regimentu i przeniesiony do Brygady Strzelców. Strzelcy, jak ich nazywano, byli doborowym oddziałem, szkolonym do tego, by jak najczęściej wykazywać własną inicjatywę. Ich zadaniem było zajmować pozycje na czele frontu i likwidować oficerów i konie, które były poza zasięgiem strzału zwykłych żołnierzy. Phelana cechowały wyjątkowe umiejętności strzeleckie, dlatego też szybko został awansowany do stopnia kapitana.
Beatrix stwierdziła z rozbawieniem, że na pewno go to nie ucieszyło. Musiał bowiem zamienić piękny mundur kawalerii na zwykły zielony uniform pozbawiony ozdób.
- Naprawdę możesz przeczytać list - powtórzyła Pru, siadając przy toaletce. - Muszę jeszcze poprawić włosy, zanim wyjdziemy.
- Masz uroczą fryzurę - zauważyła Beatrix, nie dostrzegając żadnych skaz w misternym upięciu jasnych warkoczy. - A poza tym idziemy przecież tylko do wioski. Nikt z jej mieszkańców nie zauważy, że twoja fryzura nie jest idealna.
- Ja będę wiedzieć. Poza tym nigdy nie wiadomo, kogo spotkamy.
Beatrix, wiedząc, jaką wagę przyjaciółka przykłada do swego wyglądu, uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową.
- Dobrze. Jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko temu, bym rzuciła okiem na list kapitana Phelana, przeczytam tylko historię o psie.
- Zaśniesz, zanim dotrzesz do psa - napomknęła Prudence, wsuwając we włosy kolejną spinkę.
Beatrix pochyliła się nad krzywymi linijkami. Słowa wyglądały jak pokurczone, ciasne sploty liter jakby próbowały wyskoczyć z kartki.
Droga Prudence,
siedzę w zakurzonym namiocie, próbując wymyślić, co elokwentnego mógłbym napisać. Odchodzę od zmysłów. Zasługujesz na piękne słowa, a we mnie zostało tylko to: myślę o Tobie bezustannie. O Twojej dłoni, którą do mnie pisałaś i o zapachu perfum na Twoim nadgarstku. Pragnę ciszy i czystego powietrza, łóżka z miękką, białą poduszką...
Beatrix uniosła brwi, jej puls przyspieszył. Przerwała czytanie i zerknęła na Prudence.
- To jest twoim zdaniem nudne? - zapytała cicho, czując oblewający ją rumieniec.
- Tylko początek jest znośny - odparła Prudence. - Czytaj dalej.
Dwa dni temu podczas marszu wzdłuż wybrzeża na Sewastopol starliśmy się nad rzeką Almą z Rosjanami. Podobno odnieśliśmy zwycięstwo. Ja jednak wcale tego nie czuję. Straciliśmy co najmniej dwie trzecie oficerów regimentu i prawie ćwierć podoficerów. Wczoraj ich grzebaliśmy. Lista poległych liczy już trzysta sześćdziesiąt angielskich nazwisk, kolejni żołnierze umierają na skutek odniesionych ran.
Jeden z poległych, kapitan Brighton, przywiózł ze sobą psa, szorstkowłosego teriera, który wabi się Albert. To bez wątpienia najbardziej nieposłuszny pies na świecie. Gdy składaliśmy Brightona do grobu, zwierzak siedział przy mogile i bezustannie wył, próbował ugryźć każdego, kto podszedł bliżej. Popełniłem błąd, podając mu kawałek herbatnika, i teraz to tępe stworzenie wszędzie za mną łazi. Siedzi w moim namiocie i gapi się na mnie na wpół oszalałym wzrokiem. Ciągle wyje. Gdy podchodzę do niego, próbuje zatopić kły w mojej ręce. Zastrzeliłbym go, ale mam dość zabijania.
Rodziny opłakują już zapewne tych, którym odebrałem życie. Synowie, bracia, ojcowie. Zasłużyłem na piekło po tym, co zrobiłem, a wojna ledwie się rozpoczęła. Zmieniam się, i to na gorsze, nie na lepsze. Mężczyzny, którego znałaś, już nie ma, obawiam się, że nie spodoba Ci się ten, który go zastąpił.
Odór śmierci, Pru... wciska się wszędzie.
Pole bitwy usiane jest fragmentami ciał, ubrań, podeszwami butów. Czy możesz wyobrazić sobie eksplozję tak silną, że zrywa z butów podeszwy? Podobno następnej wiosny po bitwie łąki zalewa powódź kwiatów - ziemia jest tak zryta, spulchniona, że nasiona mają miejsce na nowe korzenie. Chciałbym pogrążyć się w żałobie, ale tu nie ma na nią miejsca. Czasu. Muszę ukryć swoje uczucia.
Czy gdzieś na świecie jeszcze panuje spokój? Proszę, opisz mi go. Napisz mi, co teraz haftujesz, jaką piosenkę lubisz najbardziej. Czy w Stony Cross pada? Czy liście już zmieniają barwy?
Twój
Christopher Phelan
Gdy Beatrix skończyła czytać, w jej sercu zagnieździło się osobliwe uczucie: pełna zdumienia litość.
Niemożliwe, by taki list wyszedł spod pióra aroganckiego Christophera Phelana. Nie spodziewała się tego. Wyczytała pomiędzy wierszami wrażliwość i cichą tęsknotę, która ją do głębi wzruszyła.
- Musisz mu odpisać, Pru - oświadczyła, składając ostrożnie arkusik papieru.
- Nie mam najmniejszego zamiaru. Sprowokowałabym tym tylko jeszcze więcej narzekań. Jeśli nie odpiszę, może to mu da do myślenia, i następnym razem napisze coś weselszego.
Beatrix zmarszczyła brwi.
- Jak dobrze wiesz, nie żywię sympatii do kapitana Phelana, ale ten list... on zasługuje na twoją sympatię, Pru. Skreśl kilka linijek. Parę słów pocieszenia. To zajmie ci tylko chwilę. I mam radę odnośnie do tego psa...
- Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat piekielnego psa. - Prudence prychnęła niecierpliwie. - Ty do niego napisz.
- Ja? Przecież on nie chce ze mną korespondować. Uważa, że jestem dziwaczna.
- Nie rozumiem dlaczego. Tylko dlatego, że przyniosłaś Meduzę na piknik...
- To przecież bardzo dobrze wychowany jeż.
- Dżentelmen, który się na nią nadział, był chyba innego zdania.
- To dlatego, że źle do tego podszedł. Gdy chcesz wziąć na ręce jeża...
- Nie, naprawdę nie ma potrzeby mi tego tłumaczyć, bo nigdy nie zamierzam żadnego brać na ręce. A co do kapitana Phelana... jeśli naprawdę się upierasz, możesz mu odpisać i podpisać się moim imieniem.
- Nie pozna, że to inny charakter pisma?
- Nie, bo ja jeszcze nigdy do niego nie napisałam.
- Ale przecież to nie do mnie się zaleca - zaprotestowała Beatrix. - Nic o nim nie wiem.
- Wiesz pewnie tyle, ile ja. Znasz jego rodzinę, przyjaźnisz się z jego szwagierką. Ja też nie nazwałabym kapitana Phelana swoim konkurentem. A już na pewno nie jest jedyny. Nie zamierzam niczego mu obiecywać, dopóki nie wróci z wojny z wszystkimi kończynami. Nie wyjdę za kogoś, kogo będę musiała wozić wszędzie w wózku inwalidzkim.
- Pru, twoje przemyślenia są głębokie jak kałuża.
Prudence uśmiechnęła się uroczo.
- Przynajmniej jestem szczera.
Beatrix spojrzała na przyjaciółkę z powątpiewaniem.
- Naprawdę zamierzasz zrzucić na mnie obowiązek pisania listu miłosnego do jednego z twoich znajomych?
Prudence machnęła niedbale dłonią.
- To nie będzie list miłosny. On do mnie o miłości nie pisał. Wymyśl coś radosnego i dodającego otuchy.
Beatrix włożyła list do kieszeni sukni spacerowej. Wciąż jeszcze toczyła ze sobą w głębi ducha spór - wiedziała, że wątpliwego moralnie działania nie usprawiedliwiają nawet słuszne pobudki. Nie mogła jednak wyrzucić z myśli obrazu wyczerpanego żołnierza, skreślającego w pośpiechu w zaciszu namiotu kilku linijek dłońmi pokrytymi pęcherzami od kopania grobów dla swych towarzyszy broni. I wynędzniałego psa wyjącego w kącie.
Czuła się zupełnie nieodpowiednią osobą do napisania tego listu. I podejrzewała, że Prudence czuje to samo.
Próbowała wczuć się w sytuację Christophera - porzucił wystawne życie dla świata, który dzień po dniu zagrażał jego istnieniu. Minuta po minucie. Nie mogła sobie wyobrazić zepsutego, przystojnego Phelana, który zmaga się z niebezpieczeństwem i trudnościami. Głodem. Samotnością.
Spojrzała w zadumie na przyjaciółkę, ich oczy spotkały się w zwierciadle.
- Jaka jest twoja ulubiona piosenka, Pru?
- Nie mam takiej. Napisz mu, jaka jest twoja.
- Czy nie powinnyśmy omówić tego z Audrey? - zapytała Beatrix, mając na myśli szwagierkę Phelana.
- Absolutnie nie. Audrey ma poważny problem ze szczerością. Nie wysłałaby listu, gdyby wiedziała, że to nie ja go napisałam.
Beatrix wydała z siebie dźwięk, który mógł być zarówno śmiechem, jak i jękiem.
- Nie nazwałabym tego problemem ze szczerością. Och, Pru, bardzo cię proszę, zmień zdanie i napisz do niego. Tak będzie znacznie łatwiej.
Prudence jednak, gdy była naciskana, zazwyczaj popadała w ośli upór i ta sytuacja nie była wyjątkiem.
- Łatwiej dla wszystkich, tylko nie dla mnie - oświadczyła sucho. - Nie wiem, jak odpowiedzieć na taki list. Zresztą on już pewnie zapomniał, że w ogóle go napisał. - Odwróciła się do lustra i musnęła wargi balsamem z różanych płatków.
Prudence była urocza, miała twarzyczkę w kształcie serca, cienkie brwi i ogromne zielone oczy. Lustro nie odzwierciedlało jednak wszystkiego. Nie można było poznać, co Prudence tak naprawdę czuje do Christophera Phelana. Jedno było pewne: należało na list odpisać, nawet nieudolnie i nie wstrzymywać dłużej odpowiedzi. Bo czasami milczenie rani bardziej niż kule.
W zaciszu swej sypialni w Ramsay House Beatrix usiadła przy biurku i zanurzyła pióro w ciemnoniebieskim atramencie. Trzynoga szara kotka o imieniu Szczęściara wyciągnęła się na blacie obok niej i wpatrywała się w nią uważnie. Jeż Meduza zajął miejsce po drugiej stronie. Szczęściara, z natury wyjątkowo wrażliwa, nigdy nie dokuczała kłującej małej kulce.
Beatrix przeczytała raz jeszcze list Phelana, po czym zaczęła pisać.
Kapitan Christopher Phelan
Pierwszy Batalion Brygady Strzelców
Obóz Drugiej Dywizji, Krym
17 października 1854 roku
Przerwała i pogłaskała przednią łapkę Szczęściary opuszkiem palca.
- Jak Pru rozpoczęłaby list? - zastanawiała się na głos. - Czy nazwałaby go Najdroższym? Ukochanym? - Zmarszczyła nos.
Pisanie listów nie było jej mocną stroną. Pochodziła z wyjątkowo elokwentnej rodziny, ale sama czyny ceniła wyżej niż słowa. Była przekonana, że może dowiedzieć się o drugiej osobie znacznie więcej podczas krótkiego spaceru, niż siedząc w salonie i konwersując godzinami.
Rozważała różne opcje nagłówków, które może skierować do adresata zupełnie obca osoba podająca się za kogoś innego, aż w końcu się poddała.
- Do diaska, będę pisać tak, jak mi się podoba. On i tak będzie zapewne zbyt zmęczony po bitwie, by zastanawiać się nad tym, dlaczego list nie brzmi jak Pru.
Szczęściara ułożyła główkę na łapie i przymknęła oczy. Mruknęła cicho.
Beatrix zaczęła pisać.
Drogi Christopherze,
czytałam doniesienia z bitwy nad Almą. Pan Russell z "Timesa" twierdzi, że Brygada Strzelców wysunęła się na czoło i zastrzeliła kilku oficerów wroga, co wprowadziło popłoch w jego szeregach. Pan Russell zauważył też z podziwem, że strzelcy nigdy się nie cofają ani nawet nie uchylają pod gradem kul.
Podzielam jego podziw, szanowny Panie, ale pragnę dodać, że moim zdaniem żołnierz nie traci nic ze swej odwagi, jeśli jednak uchyli się, gdy do niego strzelają. Może też się pochylić, zrobić unik, zejść kuli z drogi, a nawet ukryć się za skałą. Obiecuję, że ja wcale nie pomyślę przez to o Panu gorzej!
Czy Albert wciąż tam jest? Nadal gryzie? Moja przyjaciółka Beatrix (ta sama, która przynosi jeże na pikniki) twierdzi, że pies ma zbyt dużo bodźców i jest przerażony. Psy to w głębi serca wilki, potrzebują więc przywódcy, musi Pan wyraźnie dać mu do zrozumienia, że to Pan dominuje. Jeśli będzie próbował ugryźć, proszę wziąć w dłonie cały jego pysk, nacisnąć lekko i powiedzieć "nie" stanowczym głosem.
Moja ulubiona piosenka to "Za wzgórzami i daleko stąd". Wczoraj w Hampshire padało, przeszła nad nami łagodna jesienna burza, która nie strąciła z drzew praktycznie ani jednego liścia. Dalie już przekwitły, przymrozek ściął chryzantemy, ale powietrze pachnie bosko, opadłymi liśćmi, mokrą korą i dojrzałymi jabłkami. Zauważył Pan, że każdy miesiąc ma swój własny zapach? Maj i październik pachną moim zdaniem najładniej.
Pytał Pan, czy jest na świecie jeszcze jakieś spokojne miejsce. Z żalem donoszę, że na pewno nie jest nim Stony Cross. Kilka dni temu osioł pana Mawdsleya uciekł z obórki i jakimś cudem przedostał się na ogrodzone pastwisko, na którym pasła się niewinna klacz pana Cairda. Osioł bezczelnie ją uwiódł, w wyniku czego klacz będzie miała małe. Rozgorzał więc spór pomiędzy Cairdem, który domaga się za to finansowej rekompensaty, a Mawdsleyem, który twierdzi, że gdyby płot pastwiska był w dobrym stanie, nie doszłoby do tej potajemnej schadzki. Co gorsza, Mawdsley zasugerował też, że klacz jest bezwstydną latawicą i wcale nie próbowała chronić swojej cnoty.
Czy naprawdę myśli Pan, że zasłużył sobie na piekło? Ja nie wierzę w piekło, na pewno nie po śmierci. Piekło czynią sobie ludzie tu, na ziemi.
Pisze Pan, że dżentelmena, którego znałam, ktoś zastąpił. Bardzo chciałabym Panu dodać otuchy, ale mogę tylko zapewnić, że niezależnie od tego, jak bardzo się Pan zmienił, będzie Pan mile widziany po powrocie. Proszę robić to, co Pan musi. Jeśli to pomaga, proszę ukryć swe uczucia i zamknąć je na klucz. Może pewnego dnia razem je uwolnimy.
Pańska
Prudence
Beatrix nigdy umyślnie nikogo nie oszukała. Czułaby się znacznie lepiej, gdyby mogła w swoim imieniu podpisać list. Pamiętała jednak doskonale jego pogardliwe docinki. Nie chciałby otrzymać listu od "dziwacznej Beatrix Hathaway". Chciał korespondować z piękną złotowłosą Prudence Mercer. Czyż jej list nie jest lepszy niż brak listu w ogóle? Człowiek w jego sytuacji potrzebuje zapewne wszelkich słów otuchy, jakie los może mu zaoferować.
Potrzebuje kogoś, kto by o nim myślał.
A z jakiegoś względu po lekturze jego listu Beatrix myślała o nim praktycznie bezustannie.
Rozdział 2
Pełnia przed jesienną równonocą przyniosła ze sobą piękną suchą pogodę. Dzierżawcy z Ramsay i najemni robotnicy zebrali najbardziej obfite plony w historii majątku. Tak jak wszyscy, Beatrix była bardzo zajęta zbiorami i organizacją zabawy, która następowała na ich zakończenie. Hathawayowie wydawali dla ponad tysiąca gości obiad na świeżym powietrzu i potańcówkę.
Ku jej ogromnemu rozczarowaniu Audrey Phelan wymówiła się od wzięcia udziału w festynie, ponieważ jej mąż John cierpiał na uporczywy kaszel. Audrey wolała zostać w domu, by się nim opiekować. "Doktor zostawił lekarstwo, które już bardzo pomogło Johnowi" - napisała do Beatrix - "zaznaczył jednak, że warunkiem powrotu Johna do zdrowia jest niezakłócony wypoczynek w łóżku".
Pod koniec listopada Beatrix wybrała się do domu Phelanów drogą przez las pełen sękatych dębów i rozłożystych buków. Ciemne gałęzie drzew pokrywały warstwy szronu lśniącego jak pokruszony cukier w świetle słońca przebijającego się przez gęstą zasłonę chmur. W solidnych trzewikach Beatrix pewnie stąpała po zmrożonych suchych liściach i mchu.
Jej oczom ukazał się dom Phelanów, dawniej królewski pawilon myśliwski, duży, porośnięty bluszczem budynek otoczony dziesięcioma akrami lasów. Kobieta weszła na uroczą kamienną ścieżkę, obeszła dom i stanęła u frontowych drzwi.
- Beatrix.
Gdy usłyszała cichy głos, odwróciła się i zobaczyła na kamiennej ławce Audrey Phelan.
- Och, witaj - przywitała ją radośnie. - Tak dawno się nie widziałyśmy, więc pomyślałam, że... - Umilkła, gdy przyjrzała się przyjaciółce bliżej.
Audrey miała na sobie prostą codzienną suknię, szary materiał wtapiał się w tło jesiennego lasu. Beatrix nie zauważyła jej wcześniej, bo była wyjątkowo cicha i nieruchoma.
Przyjaźniły się od trzech lat, od dnia, w którym Audrey poślubiła Johna i zamieszkała w Stony Cross. W beztroskim nastroju Beatrix spędzała czas z Prudence, gdy jednak pojawiał się smutek i kłopoty, zwracała się do Audrey.
Bea zmarszczyła brwi na widok twarzy pani Phelan, dosłownie wypranej z koloru. Jej oczy i nos były zaczerwienione i opuchnięte.
- Nie masz szala ani peleryny.
- Nic mi nie będzie - szepnęła Audrey. Jej ramiona zadrżały. Pokręciła głową i wyciągnęła dłoń, gdy Beatrix zdjęła ciężką wełnianą narzutkę i otuliła nią jej szczupłą postać. - Nie, Bea, nie...
- Rozgrzała mnie ta przechadzka - oświadczyła Beatrix, siadając obok przyjaciółki na lodowatej ławce. Minęła długa chwila milczenia, Audrey z wysiłkiem przełknęła łzy. Coś musiało się stać. Beatrix siedziała cierpliwie, czując ucisk w gardle. - Audrey - powiedziała w końcu - czy coś się stało kapitanowi Phelanowi?
Audrey spojrzała na nią pustym wzrokiem, jakby pytanie zostało zadane w obcym języku, którego nie zrozumiała.
- Kapitanowi Phelanowi? - powtórzyła cicho i lekko pokręciła głową. - Nie, o ile wiem, Christopher miewa się dobrze. Dostaliśmy od niego wczoraj pakiet listów. Jeden z nich jest zaadresowany do Prudence.
Beatrix ogarnęła obezwładniająca ulga.
- Mogę jej go zanieść, jeśli chcesz - zaoferowała, siląc się na obojętność.
- Tak, bardzo byś mi pomogła. - Audrey zaczęła wykręcać sobie palce.
Beatrix ostrożnie położyła na nich dłonie.
- Czy stan twojego męża się pogorszył?
- Lekarz właśnie wyszedł. - Audrey wzięła głęboki oddech. - John ma suchoty.
Beatrix zacisnęła dłoń na jej palcach.
Siedziały w milczeniu, gdy lodowaty wiatr szeleścił w gałęziach drzew.
Taka niesprawiedliwość była nie do pojęcia. John Phelan był dobrym człowiekiem, zawsze skorym do pomocy bliźniemu. Zapłacił za leczenie żony jednego z mieszkańców wioski, której nie było na to stać, pozwolił okolicznym dzieciom pobierać lekcje gry na pianinie, które stało w jego domu, sfinansował też odbudowę po pożarze piekarni w Stony Cross. Robił to wszystko dyskretnie, jakby czuł zażenowanie na myśl, że ktoś może się dowiedzieć o jego dobrych uczynkach. Dlaczego choroba musiała dotknąć kogoś takiego?
- To nie jest wyrok śmierci - oświadczyła w końcu Beatrix. - Niektórzy ludzie dochodzą do zdrowia.
- Jeden na pięciu - odparła Audrey smutno.
- Twój mąż jest młody i silny. To on będzie tym jednym z pięciu.
Audrey z wysiłkiem skinęła głową, ale nic nie powiedziała.
Obie doskonale wiedziały, że suchoty to wyjątkowo złośliwa przypadłość, która wyniszcza płuca, powodując drastyczny ubytek masy ciała i zmęczenie. Najgorszy był jednak kaszel, który dręczył chorego praktycznie bezustannie, wywoływał krwotoki i doprowadzał do stanu, w którym płuca nie mogły unieść się w kolejnym oddechu.
- Mój szwagier Cam ma rozległą wiedzę na temat ziół i naturalnych leków - napomknęła Beatrix. - Jego babka była uzdrowicielką.
- Cygańskie lekarstwa? - zapytała z powątpiewaniem Audrey.
- Musisz wszystkiego spróbować. Nawet cygańskich leków. Romowie żyją w zgodzie z naturą, poznali jej uzdrawiającą moc. Poproszę Cama, by sporządził tonik, który pomoże na płuca pana Phelana i...
- John zapewne nie zgodzi się go zażyć - odparła Audrey. - Jego matka również będzie się sprzeciwiać. Phelanowie są bardzo konserwatywni. Jeśli lek nie spoczywał wcześniej w torbie lekarskiej lub na aptekarskiej półce, nie zażyją go.
- I tak przyniosę ci coś od Cama.
Audrey przechyliła głowę i oparła ją na chwilę na ramieniu Beatrix.
- Jesteś dobrą przyjaciółką, Beo. Będę cię potrzebować w nadchodzących miesiącach.
- Będę tu.
Kolejny lodowaty podmuch przegryzł się przez rękawy Beatrix. Audrey otrząsnęła się z nieszczęścia, wstała i oddała jej narzutkę.
- Wejdźmy do środka, dam ci list dla Pru.
Wnętrze domu było przytulne i ciepłe; pokoje były przestrzenne, przez szyby wysokich okien wpadało do środka zimowe światło. Paliło się we wszystkich kominkach, ciepło wypełniało utrzymane w nieskazitelnej czystości pomieszczenia. Dom Phelanów był stonowany i gustowny, okazałe meble świadczyły o wielowiekowej zamożności.
- Gdzie twoja teściowa? - zapytała Beatrix, idąc za Audrey po schodach.
- Odpoczywa w swoim pokoju. Wieści były dla niej szczególnie trudne. John zawsze był jej ulubieńcem.
Beatrix doskonale o tym wiedziała, podobnie jak większość mieszkańców Stony Cross. Pani Phelan kochała swoich synów, tylko oni dwaj dożyli dorosłości spośród pięciorga dzieci, które powiła - dwaj inni synowie zmarli w niemowlęctwie, a córeczka martwa przyszła na świat. To w Johnie jednak pani Phelan pokładała wszystkie swe nadzieje i ambicje. Była przekonana, że żadna kobieta nie jest godna tego, by stać się jego towarzyszką życia. Audrey padała więc ofiarą ciągłej krytyki z jej strony, która nasiliła się, gdy w przeciągu trzech lat małżeństwa nie udało się jej począć dziecka.
Beatrix i Audrey wchodziły po schodach, nad którymi zawieszono rodzinne portrety w ciężkich złotych ramach. Większość z nich przedstawiała Beauchampów, arystokratyczną gałąź rodziny. Trudno było przeoczyć fakt, że byli oni wyjątkowo pięknymi ludźmi, z wąskimi nosami, błyszczącymi oczami i gęstymi falującymi włosami.
Gdy stanęły na szczycie schodów, z pokoju na końcu korytarza dobiegł je stłumiony kaszel. Beatrix skrzywiła się, słysząc ten ostry dźwięk.
- Beo, czy mogłabyś chwileczkę zaczekać? - zapytała nerwowo Audrey. - Muszę zajrzeć do Johna, czas na jego lekarstwo.
- Oczywiście.
- Pokój Christophera, ten, w którym zatrzymuje się, gdy przyjeżdża z wizytą, jest tam. List położyłam na komodzie.
- Wezmę go.
Audrey poszła do męża, a Beatrix z ociąganiem przekroczyła próg pokoju kapitana, najpierw zerknąwszy do środka.
W pokoju panował mrok. Beatrix podeszła do okna, by rozchylić ciężkie zasłony i wpuścić do środka światło dnia. List leżał na komodzie. Podniosła go pospiesznie, jej palce same zacisnęły się na pieczęci.
Nie złamała jej jednak, list był przecież zaadresowany do Prudence.
Westchnęła z niecierpliwością i wsunęła go do kieszeni sukni. Stanęła przy komodzie i zaczęła przyglądać się akcesoriom wyłożonym na drewnianej tacy.
Mały pędzel do golenia ze srebrną rączką... składana brzytwa... pusta mydelniczka... porcelanowe puzderko z wieczkiem. Nie mogąc się oprzeć, Beatrix uniosła pokrywkę i zajrzała do środka. Znalazła trzy pary spinek do mankietów, dwie srebrne i jedną złotą, łańcuszek do zegarka i mosiężny guzik. Zamknęła pudełko, wzięła do ręki pędzel do golenia i ostrożnie dotknęła nim policzka. Włosie było jedwabiste i miękkie. Gdy nim poruszyła, w powietrzu rozszedł się przyjemny zapach. Korzenny aromat mydła do golenia.
Beatrix zbliżyła pędzel do nosa i powąchała go... cedr, lawenda, liście laurowe. Wyobraziła sobie, jak Christopher nakłada pianę na twarz, wykrzywiając wargi na jedną stronę w męskim grymasie, który tak często obserwowała u ojca i brata, gdy się golili.
- Beatrix?
W pośpiechu odłożyła pędzel i wyszła na korytarz.
- Znalazłam list - powiedziała. - I rozchyliłam zasłony, zaraz je zaciągnę, a...
- Och, nie przejmuj się tym, zostaw je. Nie cierpię ciemnych pomieszczeń. - Audrey uśmiechnęła się z wysiłkiem. - John wziął lekarstwo. Staje się od niego senny. Skorzystam więc z okazji, zejdę na dół i porozmawiam z kucharką. John sądzi, że po przebudzeniu zdoła zjeść trochę białego puddingu.
Razem zeszły po schodach.
- Dziękuję ci, że zgodziłaś się zanieść ten list Prudence.
- To bardzo miło z twojej strony, że ułatwiasz im korespondencję.
- Och, przecież to żaden kłopot. Zgodziłam się dla dobra Christophera. Choć muszę przyznać, że zdziwiło mnie, że Prudence poświęciła czas na to, by odpisać.
- Dlaczego?
- Myślę, że nie dba o niego w najmniejszym stopniu. Ostrzegałam Christophera, gdy wyjeżdżał. On jednak był zauroczony jej wyglądem i dowcipem, więc wmówił sobie, że rozwija się pomiędzy nimi coś prawdziwego.
- Myślałam, że lubisz Prudence.
- Lubię. To znaczy... staram się. Ze względu na ciebie. - Uśmiechnęła się kpiąco na widok miny Beatrix. - Wolałabym być raczej taka jak ty, Beo.
- Jak ja? Chyba raczej nie... Nie zauważyłaś, że jestem dziwaczna?
Audrey uśmiechnęła się szerzej i przez ułamek sekundy wyglądała jak beztroska młoda dama, którą była przed chorobą Johna.
- Akceptujesz ludzi takimi, jacy są. Traktujesz ich tak jak swoje zwierzęta, jesteś cierpliwa, poświęcasz czas, by zrozumieć ich nawyki i potrzeby i nigdy ich nie osądzasz.
- Surowo osądziłam twojego szwagra - zauważyła Beatrix.
- Więcej osób powinno być surowych dla Christophera - odparła Audrey. - To miałoby błogosławiony wpływ na jego charakter.
List spoczywający w kieszeni Beatrix był dla niej prawdziwą torturą. Szybko wróciła do domu, osiodłała konia i pojechała do Mercer House, wymyślnie zaprojektowanego domu z wieżyczkami, misternie powykręcanymi poręczami balkonów i witrażowymi oknami.
Prudence dopiero wstała, poprzedniego wieczoru bowiem do trzeciej bawiła na tańcach, przyjęła więc Beatrix w aksamitnym szlafroku bogato ozdobionym białą koronką.
- Och, Bea, żałuj, że nie było cię wczoraj na tańcach! Przybyło tylu przystojnych młodych dżentelmenów, w tym oddział kawalerzystów, którzy za dwa dni jadą na Krym. Wyglądali wspaniale w mundurach...
- Właśnie wracam od Audrey - przerwała jej Beatrix bez tchu, wchodząc do prywatnego saloniku i zamykając za sobą drzwi. - Biedny pan Phelan nie czuje się dobrze i... cóż, zaraz ci o tym opowiem, bo najpierw... przyszedł list od kapitana Phelana!
Prudence uśmiechnęła się i wzięła list.
- Dziękuję ci, Beo. A teraz jeśli chodzi o tych oficerów, których wczoraj poznałam... był tam taki ciemnowłosy porucznik, który poprosił mnie do tańca i...
- Nie otworzysz go? - zapytała Beatrix ze zdumieniem, gdy Prudence odłożyła list na toaletkę.
Prudence uśmiechnęła się do niej zagadkowo.
- Ależ ty jesteś dzisiaj niecierpliwa. Chcesz, żebym go od razu otwarła?
- Tak.
- Ale ja chcę opowiedzieć ci o poruczniku.
- W nosie mam twojego porucznika, chcę wiedzieć, co napisał kapitan Phelan.
Prudence zachichotała miękko.
- Ostatni raz widziałam cię tak podekscytowaną, gdy w zeszłym roku ukradłaś lisa, którego lord Campdon sprowadził z Francji.
- Nie ukradłam go, tylko ocaliłam. Żeby sprowadzać z Francji lisa do polowań... To wyjątkowo niesportowe zachowanie. - Beatrix pokazała gestem list. - Otwórz go!
Prudence złamała pieczęć, przebiegła kartki wzrokiem i pokręciła głową z rozbawionym niedowierzaniem.
- Teraz pisze o mułach. - Wywróciła oczami i podała list Beatrix.
Panna Prudence Mercer
Stony Cross
Hampshire, Anglia
7 listopada 1854 roku
Droga Prudence,
niezależnie od tego, co donoszą raporty o nieustraszonych brytyjskich żołnierzach, zapewniam Cię, że strzelcy pod ostrzałem cofają się, a nawet uchylają. Zgodnie z Twoją radą dodałem do mego repertuaru także schodzenie kulom z drogi i chowanie się za skałami, z doskonałym rezultatem. Zadałem tym samym kłam morałom płynącym ze starych bajek: czasami człowiek woli jednak być zającem niż żółwiem.
Dwudziestego czwartego października stoczyliśmy bitwę o port Bałakława na południu kraju. Naszej lekkiej jeździe bez zrozumiałej przyczyny nakazano uderzać prosto na rosyjskie armaty. Pięć pozbawionych wsparcia regimentów kawalerii zostało dosłownie zmiecionych z powierzchni ziemi. Dwustu żołnierzy i prawie czterysta koni straciliśmy w dwadzieścia minut.
Ruszyliśmy na ratunek żołnierzom, którzy padli w boju, żeby Rosjanie nie zdołali do nich dotrzeć. Albert biegł obok mnie nieustraszenie pod gradem kul i pomagał mi identyfikować tych rannych, których można było wynieść poza zasięg pocisków. Zginął mój najbliższy przyjaciel.
Proszę, podziękuj swojej przyjaciółce Beatrix za rady odnośnie do Alberta. Już mniej gryzie innych, a mnie w ogóle, kilka razu tylko skubnął gości w moim namiocie.
Maj i październik pachną najładniej? Ja dodałbym jeszcze grudzień: jodła, szron, dym ogniska, cynamon. A jeśli chodzi o Twoją ulubioną piosenkę... Wiedziałaś, że "Za wzgórzami i daleko stąd" to oficjalny hymn Brygady Strzelców?
Wszyscy wokół padają ofiarami rozmaitych chorób, tylko nie ja. Nie mam objawów cholery, ani żadnych innych przypadłości, które dziesiątkują nasze szeregi. Czuję, że powinienem chociaż poudawać problemy z żołądkiem, by zachować pozory przyzwoitości.
Co do zatargu o osła: żywię wiele współczucia dla Cairda i jego bezwstydnej klaczy, ale czuję się w obowiązku zauważyć, że przyjście na świat muła to wcale nie taki zły rezultat. Muły są znacznie pewniejsze niż konie, ogólnie zdrowsze, a co najważniejsze, mają niezwykle wyraziste uszy. I wcale nie są uparte, dopóki odpowiednio się je prowadzi. Zapewne dziwi Cię moja wyraźna słabość do mułów, spieszę więc wyjaśnić, że jako dziecko miałem muła o imieniu Hektor, na cześć muła występującego w Iliadzie.
Nie ośmieliłbym prosić Cię, byś na mnie czekała, Pru, ale proszę Cię za to, byś znów do mnie napisała. Przeczytałem Twój list niezliczoną ilość razy. Teraz, oddalona ode mnie o dwa tysiące mil, jesteś znacznie bardziej rzeczywista, niż byłaś kiedykolwiek przedtem.
Na zawsze Twój,
Christopher
PS. Załączam portret Alberta.
Czytając, Beatrix odczuwała na przemian troskę, wzruszenie i rozbawienie. Skończyła lekturę całkowicie oczarowana.
- Pozwól mi odpisać za siebie - poprosiła. - Jeszcze jeden list. Proszę cię, Pru. Pokażę ci go, zanim go wyślę.
Prudence roześmiała się.
- Naprawdę, to najgłupsza rzecz, jaką w życiu... Och, no dobrze, odpisz mu, jeśli cię to bawi.
Kolejne pół godziny Beatrix poświęciła na błahą pogawędkę o tańcach, gościach, którzy na nie przybyli, i najświeższych plotkach z Londynu. Wsunęła list od Christophera Phelana do kieszeni... i zamarła, gdy wyczuła palcami nieznany przedmiot. Metalowa rączka... i jedwabiste włosie pędzla do golenia. Zbladła, gdy zrozumiała, że nieświadomie zabrała go z komody Christophera.
Jej problem powrócił.
Zdołała się uśmiechnąć i podtrzymywała rozmowę z Prudence, choć w środku czuła burzę.
Od czasu do czasu gdy była zdenerwowana lub zmartwiona, wkładała do kieszeni różne małe przedmioty w sklepach i rezydencjach sąsiadów. Robiła tak od śmierci rodziców. Zazwyczaj była tego zupełnie nieświadoma, czasami jednak impuls był tak silny, że pociła się i drżała, dopóki mu nie uległa.
Sama kradzież nigdy nie była kłopotem. To zwracanie drobiazgów ich właścicielom przysparzało problemów. Beatrix z pomocą rodziny zawsze się to jednak udawało. Czasami jednak wymagało to wyjątkowych starań - wizyt składanych o zupełnie nieodpowiedniej porze dnia, wymyślania najdziwaczniejszych wymówek, by móc wałęsać się po czyimś domu - to wszystko tylko umacniało reputację Hathawayów jako ekscentryków.
Na szczęście tym razem odłożenie pędzla nie powinno być trudne. Może go przecież zwrócić przy następnej wizycie u Audrey.
- Chyba muszę się już ubrać - oświadczyła w końcu Prudence.
Beatrix bez wahania skorzystała z okazji.
- Oczywiście. Ja muszę wracać do domu i do obowiązków. - Uśmiechnęła się i dodała lekkim tonem: - Mam list do napisania.
- Tylko wystrzegaj się dziwactw - poleciła jej Prudence. - Miej na uwadze moją reputację.
Rozdział 3
Kapitan Christopher Phelan
Pierwszy Batalion Brygady Strzelców
Obóz Home Ridge
Inkerman, Krym
3 grudnia 1854 roku
Drogi Christopherze,
czytałam tego ranka, że ponad dwa tysiące żołnierzy poległo w ostatniej bitwie. Jeden z oficerów strzelców został raniony bagnetem. To nie był Pan, prawda? Czy jest pan ranny? Tak się o Pana boję. I bardzo mi przykro, że zginął Pański przyjaciel.
Dekorujemy dom na święta, wieszamy ostrokrzew i jemiołę. Dołączam do listu kartkę świąteczną wykonaną przez miejscowego artystę. Proszę zwrócić uwagę na frędzel i sznurek na dole - gdy się zań pociągnie, weseli dżentelmeni z lewej zaczną raczyć się winem. ("Raczyć się" to takie dziwne słowo, prawda? Ale też jedno z moich ulubionych.)
Uwielbiam stare kolędy. Uwielbiam Boże Narodzenie za jego niezmienność. Uwielbiam jedzenie świątecznego puddingu śliwkowego, choć za samym puddingiem nie przepadam. Tradycja niesie otuchę, nieprawdaż?
Albert wydaje się uroczym psem, może nie w pełni dżentelmenem, ale za to wiernym i godnym zaufania towarzyszem.
Boję się, że coś się Panu stało. Mam nadzieję, że jest Pan bezpieczny. Każdej nocy zapalam dla Pana świeczkę.
Proszę odpisać najszybciej, jak to tylko możliwe.
Prudence
PS. Podzielam Pańską sympatię dla mułów. To bardzo bezpretensjonalne stworzenia, które nigdy nie chełpią się swoimi przodkami. Można sobie tylko życzyć, by niektórzy ludzie byli w tym aspekcie nieco do nich podobni.
Panna Prudence Mercer
Stony Cross
Hampshire
1 lutego 1854 roku
Droga Pru,
niestety to właśnie mnie raniono bagnetem. Skąd wiedziałaś? To się zdarzyło, gdy wspinaliśmy się na wzgórze, by zdobyć rosyjską baterię armat. Była to niewielka rana na ramieniu, niewarta nawet tego doniesienia.
Czternastego listopada rozpętała się burza, która zniszczyła nasze obozy i zatopiła francuskie i brytyjskie statki w zatoce. Kolejne straty w ludziach; straciliśmy też większość zimowych zapasów i wyposażenia. To będzie bardzo ciężka kampania. Jestem głodny. Wczoraj śniłem o jedzeniu. Zazwyczaj śnię o Tobie, ale poprzedniej nocy niestety przyćmiła Cię jagnięcina w sosie miętowym.
Jest okropnie zimno. Sypiam z Albertem. Obaj staliśmy się gburowaci, ale znosimy siebie nawzajem, by nie zamarznąć na śmierć. Albert jest teraz niezastąpiony dla naszego oddziału - przenosi wiadomości, biega znacznie szybciej niż jakikolwiek człowiek. Staje też na warcie i chodzi na zwiady.
Oto kilka rzeczy, których mnie nauczył:
Wszystko nadaje się do zjedzenia, chyba że zostało już przez kogoś połknięte.
Drzemać należy zawsze, gdy tylko nadarzy się okazja.
Nie należy na nikogo warczeć, chyba że to absolutnie konieczne.
Czasami nie da się uniknąć gonienia w piętkę.
Mam nadzieję, że miałaś cudowne święta. Dziękuję za kartkę - dotarła do mnie dwudziestego czwartego grudnia, pokazałem ją całej kompanii, niektórzy z żołnierzy po raz pierwszy w życiu widzieli kartkę świąteczną. Zanim w końcu do mnie wróciła, kartonowi dżentelmeni byli już lekko zawiani od bezustannego raczenia się winem.
Ja też lubię słowo "raczyć się". W zasadzie od zawsze miałem słabość do kilku słów. Na przykład "peregrynacja", czyli dłuższa podróż. Albo "epuzer", konkurent. Czy klacz pana Cairda już urodziła? Może poproszę brata, by odkupił muła. Nigdy nie wiadomo, kiedy dobry muł może się przydać.
Drogi Christopherze,
wysyłanie Ci listów pocztą wydaje mi się zbyt prozaiczne. Chciałabym znaleźć jakiś ciekawszy sposób... Mogłabym przywiązać zwój do nogi ptaka albo wysłać Ci wiadomość w butelce. Chociaż przez wzgląd na skuteczność pozostanę chyba przy Poczcie Królewskiej.
Właśnie przeczytałam w "Timesie" opis Twoich kolejnych bohaterskich dokonań. Dlaczego podejmujesz takie ryzyko? Codzienne obowiązki żołnierza są chyba wystarczająco niebezpieczne. Dbaj o siebie, Christopherze - dla mnie, jeśli nie dla siebie. Moja prośba wypływa z czystego egoizmu... Nie zniosłabym zakończenia naszej korespondencji.
Jestem tak daleko, Pru. Wydaje mi się, że stoję z boku i z tego miejsca obserwuję swoje życie. Pośród całego tego okrucieństwa odkrywam proste przyjemności takie jak głaskanie psa, czytanie listów czy przyglądanie się nocnemu niebu. Dziś wydawało mi się, że widziałem starożytny gwiazdozbiór Argo... nazwany tak na cześć statku, którym Jazon płynął po złote runo. Podobno można go dostrzec tylko w Australii, ale ja i tak jestem przekonany, że widziałem go kątem oka.
Błagam, zapomnij o tym, co kiedyś napisałem. Chcę, żebyś na mnie czekała. Nie wychodź za mąż przed moim powrotem.
Czekaj na mnie.
Drogi Christopherze,
marzec pachnie deszczem, gliną, piórami i miętą. Każdego ranka i popołudnia piję herbatę ze świeżej mięty słodzoną miodem. Ostatnio bardzo dużo spaceruję. Lepiej mi się myśli na świeżym powietrzu.
Wczorajsza noc była wyjątkowo pogodna. Spoglądałam w niebo, szukając Argo. W ogóle nie rozróżniam konstelacji. Potrafię rozpoznać tylko Oriona i jego pas. Im dłużej jednak się wpatrywałam, tym bardziej niebo przypominało mi ocean, w końcu zobaczyłam całą flotyllę statków z gwiazd. Jedne stały na kotwicy przy księżycu, inne właśnie odbijały od jego brzegów. Wyobrażałam sobie, że znajdujemy się na jednym z nich i żeglujemy po księżycowym blasku.
W rzeczywistości ocean wytrąca mnie z równowagi. Jest zbyt rozległy. Wolę lasy wokół Stony Cross. Nieodmiennie mnie fascynują, są pełne zwyczajnych cudów... pajęcze sieci lśniące od deszczu, młode drzewka wyrastające z pni powalonych dębów. Chciałabym, byś to ze mną zobaczył. Razem słuchalibyśmy wiatru szumiącego w gałęziach nad naszymi głowami i ich uroczej melodii... muzyki drzew!
Piszę do Ciebie przy kominku i właśnie znów przysunęłam stopę zbyt blisko ognia. Ciągle przypalam sobie pończochy, kiedyś musiałam nawet się podeptać, bo zaczęły się palić. I nawet po tym nie potrafię pozbyć się tego nawyku. Teraz mógłbyś mnie rozpoznać nawet z zamkniętymi oczami. Po prostu podążyłbyś za zapachem spalonych pończoch.
Dołączam do listu pióro drozda, które znalazłam podczas porannej wędrówki. To na szczęście. Noś je w kieszeni.
Właśnie ogarnęło mnie przedziwne uczucie - jakbyś stał tuż obok mnie. Moje pióro stało się magiczną różdżką, którą przyzwałam Cię do siebie. Może gdybym zapragnęła tego dostatecznie mocno...
Najdroższa Prudence,
noszę piórko drozda w kieszeni. Skąd wiedziałaś, że potrzebuję amuletu na czas bitwy? Przez ostatnie dwa tygodnie bezustannie ostrzeliwujemy się z Rosjanami. To już nie jest wojna kawalerii, lecz inżynierów i artylerii. Albert przebywa w moim namiocie, opuszcza go tylko po to, by przenosić wiadomości wzdłuż linii frontu.
Gdy zapada cisza, próbuję sobie wyobrazić, że jestem gdzie indziej. Wyobrażam sobie Twoje stopy oparte o palenisko i Twój oddech słodki od miętowej herbaty. Wyobrażam sobie, że spaceruję z Tobą po lasach wokół Stony Cross. Chciałbym zobaczyć choć kilka z tych zwyczajnych cudów, ale bez Ciebie ich chyba nie odnajdę. Potrzebuję Twojej pomocy, Pru. Jesteś moją jedyną szansą na powrót do normalnego świata.
Wydaje mi się, że mam o Tobie znacznie więcej wspomnień niż to możliwe. Przecież spotkaliśmy się ledwie kilka razy. Taniec. Rozmowa. Pocałunek. Chciałbym przeżyć te chwile jeszcze raz. Bardziej bym je teraz docenił. Wszystko bym bardziej doceniał. Poprzedniej nocy znów o Tobie śniłem. Nie widziałem Twojej twarzy, ale czułem Cię przy sobie. Szeptałaś do mnie.
Kiedy ostatni raz miałem Cię w ramionach, nie wiedziałem, kim naprawdę jesteś. Nie wiedziałem, kim sam jestem. Nigdy nie zaglądaliśmy głębiej. Może to nawet lepiej - chyba nie mógłbym Cię zostawić, gdybym czuł do Ciebie to, co czuję teraz.
Powiem Ci, o co walczę. Nie o Anglię, nie dla naszych sprzymierzeńców, nie z patriotyzmu. Teraz wszystko sprowadza się do tego, bym mógł z Tobą być.
Drogi Christopherze,
uświadomiłeś mi, że słowa są najważniejsze. Ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Gdy Audrey przekazała mi Twój ostatni list, moje serce zaczęło bić szybciej, musiałam od razu pobiec do mojej samotni, by go przeczytać.
Jeszcze Ci nie mówiłam... zeszłej wiosny w czasie jednej z moich wędrówek znalazłam w lesie przedziwną budowlę, samotną wieżę z cegły i kamienia, pokrytą bluszczem i mchem. Stoi na ziemi należącej do lorda Westcliffa. Zapytałam o nią lady Westcliff, która powiedziała mi, że taki sekretny domek mieli wszyscy w okolicy w czasach średniowiecza. Właściciel majątku używał go zapewne jako schronienia dla swoich kochanek. Przodek Westcliffa ukrył się tam kiedyś przed swoimi własnymi żądnymi krwi chłopami. Lady Westcliff pozwoliła mi odwiedzać wieżę, kiedy tylko będę miała na to ochotę, bo od dawna już nikt z niej nie korzysta. Często do niej chodzę. To moja kryjówka, moja sanktuarium... a teraz, jako że o niej wiesz, stała się także Twoja.
Właśnie zapaliłam w oknie świeczkę dla Ciebie. To maleńka gwiazda przewodnia, która wskaże Ci dom.
Najdroższa Prudence,
pośród tego hałasu, tłumu i szaleństwa myślę o Tobie i Twojej samotni... Moja księżniczka w wieży. Moja gwiazda przewodnia za szybą.
To, co muszę robić na wojnie... Myślałem, że z czasem będzie mi łatwiej. I ze smutkiem stwierdzam, że miałem rację. Boję się o swoją duszę. Rzeczy, które uczyniłem, Pru... Rzeczy, które muszę jeszcze uczynić... Jeśli wiem, że Bóg mi nie wybaczy, jak mógłbym Ciebie o to prosić?
Drogi Christopherze,
miłość przebacza wszystko. Nie musisz nawet prosić.
Po Twoim liście o Argo zaczęłam czytać o gwiazdach. Mamy pełną bibliotekę książek im poświęconych, bo były one przedmiotem badań mojego ojca. Arystoteles nauczał, że gwiazdy stworzone zostały z zupełnie innej materii niż cztery ziemskie elementy - z eteru, inaczej kwintesencji, który jest też pierwiastkiem budującym ludzką duszę. I właśnie dlatego duch człowieka odpowiada gwiazdom. Może to nie jest bardzo naukowy punkt widzenia, ale mnie podoba się pomysł, że w każdym z nas jest odrobina gwiezdnego pyłu.
Myśli o Tobie są moją osobistą konstelacją. Jesteś daleko, najdroższy przyjacielu, ale nie dalej niż te nieruchome gwiazdy w mojej duszy.
Najdroższa Pru,
przygotowujemy się do długiego oblężenia. Nie wiadomo, kiedy znów będę mógł do Ciebie napisać. To nie jest mój ostatni list, tylko ostatni przed dłuższą przerwą. Nie wątp w to, że pewnego dnia wrócę do Ciebie.
Zanim jednak będę mógł wziąć Cię w ramiona, mam tylko te banalne, po wielokroć wykorzystywane słowa. Są nędzną imitacją miłości. Te słowa nie odzwierciedlają moich uczuć, nie są dla Ciebie wystarczająco dobre.
Napiszę je jednak... Kocham Cię. Przysięgam na gwiezdny pył... Nie opuszczę tego ziemskiego padołu, dopóki nie usłyszysz tego z moich ust.
Siedząc na masywnym pniu zwalonego dębu, Beatrix uniosła głowę znad listu. Nie uświadamiała sobie, że płacze, dopóki nie poczuła chłodnego powiewu na mokrych policzkach. Mięśnie twarzy zaczęły ją boleć, gdy starała się opanować.
Napisał do niej trzydziestego czerwca, nie wiedząc, że ona wysłała list tego samego dnia. To musi być znak.
Nie doświadczyła tak gorzkiego poczucia straty, tak obezwładniającej tęsknoty od śmierci rodziców. Był to jednak inny rodzaj żalu, łączył je tylko ten sam posmak beznadziei.
Co ona najlepszego zrobiła?
Zawsze szczyciła się swoją bezkompromisową szczerością, a dopuściła się niewybaczalnego oszustwa. A prawda tylko pogorszyłaby sprawę. Gdyby Christopher Phelan dowiedział się, że to ona do niego pisała, zacząłby nią gardzić. A jeśli nigdy się nie dowie, Beatrix pozostanie na zawsze dziewczyną, która "znacznie bardziej pasuje do stajni niż do salonu". Nikim więcej.
Nie wątp w to, że pewnego dnia wrócę do Ciebie.
Te słowa były przeznaczone dla niej, nawet jeśli zaadresowano je do Prudence.
- Kocham cię - szepnęła. Po jej policzkach popłynęły łzy.
Jak mogła tak dać się ponieść uczuciom? Dobry Boże, przecież nawet nie pamiętała, jak wygląda Christopher Phelan, a mimo to jej serce wyrywało się do niego. Najgorsze było to, że deklaracje Christophera były zapewne efektem trudnych wojennych okoliczności. Christopher, którego znała z listów... człowiek, którego pokochała... mógł zniknąć tuż po powrocie do domu.
Nic dobrego nie wyniknie z tej sytuacji. Musi więc położyć temu kres. Nie może dłużej udawać Prudence. To byłoby nieuczciwe w stosunku do nich wszystkich, a zwłaszcza Christophera.
Wolnym krokiem wróciła do domu. Gdy weszła do Ramsay House, natknęła się na Amelię, która właśnie wychodziła na spacer z synkiem.
- Tu jesteś! - zawołała Amelia. - Może chcesz iść z nami do stajni? Rye będzie jeździł na kucyku.
- Nie, dziękuję. - Beatrix uśmiechnęła się blado. Każdy członek rodziny z radością włączał ją w swoje życie. Hojnie obdarzali ją uczuciem. A jednak coraz częściej czuła się jak odludek, wyrzutek, jak ciotka stara panna.
Była dziwaczna i samotna. Nieprzystosowana, tak jak jej zwierzęta.
Jej myśli wypełniły wspomnienia o dżentelmenach, których poznawała na potańcówkach, proszonych kolacjach i wieczorkach. Niezmiennie obdarzali ją swoją uwagą. Może powinna ośmielić jednego z nich, wybrać po prostu najbardziej znośnego kandydata i mieć to z głowy. Może posiadanie własnego życia jest warte poślubienia mężczyzny, którego nie kochała.
Po chwili stwierdziła jednak, że byłaby to tylko inna postać nieszczęścia.
Włożyła dłoń do kieszeni i dotknęła listu od Christophera Phelana. Na myśl, że to on złożył pergamin, poczuła w żołądku gorące, przyjemne ukłucie.
- Jesteś ostatnimi czasy bardzo cicha - zauważyła Amelia, przyglądając się siostrze z niepokojem. - Wyglądasz, jakbyś płakała. Czy coś cię dręczy, kochanie?
Beatrix wzruszyła ramionami.
- Chyba mi przykro z powodu choroby pana Phelana. Audrey twierdzi, że mu się pogorszyło.
- Och... - Amelia spojrzała na nią z troską. - Chciałabym coś zrobić. Jeśli przygotuję budyń, zaniesiesz go im?
- Oczywiście. Wybieram się tam po południu.
Beatrix schroniła się w swoim pokoju, usiadła przy biurku i wyjęła z kieszeni list. Napisze do Christophera po raz ostatni, wycofa się z tego taktownie. Lepsze to niż nadal go zwodzić. Ostrożnie odkryła kałamarz, zamoczyła pióro i zaczęła pisać.
Drogi Christopherze,
bardzo Cię cenię, mój drogi przyjacielu, ale wydaje mi się nierozsądne, byśmy działali pochopnie, gdy przebywasz tak daleko. Z całego serca życzę Ci bezpiecznego powrotu do domu. Sądzę jednak, że nie powinniśmy więcej wspominać o żywionych przez nas uczuciach. W zasadzie najlepiej byłoby zakończyć naszą korespondencję...
Z każdym słowem jej palce stawiały coraz większy opór. Pióro drżało w jej mocnym uścisku, po jej policzku spłynęła kolejna łza.
- Do diaska.
Czuła prawdziwy ból, gdy pisała te kłamstwa. Tak bardzo ściskało ją w piersi, że prawie nie mogła oddychać.
Zanim skończy ten list, musi napisać prawdę, prawdę, którą pragnęła mu przekazać, ale którą zniszczy.
Oddychając ciężko, wyjęła kolejny arkusz papieru i w pośpiechu skreśliła kilka linijek przeznaczonych tylko dla jej oczu z nadzieją, że to złagodzi bolesny ucisk w sercu.
Najdroższy Christopherze,
więcej do Ciebie nie napiszę.
Nie jestem tą, za którą mnie uważasz.
Nie chciałam słać Ci listów miłosnych, ale one tym właśnie się stały. W drodze do Ciebie moje słowa zamieniły się w bicie serca na kartce.
Wróć, proszę, wróć do domu i znajdź mnie.
Jej oczy zaszły mgłą. Odłożyła kartkę na bok i wróciła do pisania pierwszego listu, kończąc go zapewnieniami o swojej przyjaźni i modlitwach w intencji jego szczęśliwego powrotu do domu.
List miłosny zmięła i wrzuciła do szuflady. Później go spali; będzie patrzyła, jak każde płynące z głębi serca słowo zamienia się w popiół.
Rozdział 4
Tego samego popołudnia Beatrix wyruszyła spacerowym krokiem do domu Phelanów. Niosła ciężki koszyk z brandy i budyniem, gomółką łagodnego białego sera i małym lekkostrawnym plackiem, bez nadzienia i lukru, odrobinę tylko słodkim. To, czy Phelanowie potrzebowali tego wszystkiego, liczyło się znacznie mniej niż sam gest.
Amelia namawiała ją, by pojechała powozem ze względu na koszyk. Beatrix potrzebowała jednak wysiłku, miała nadzieję, że to uspokoi jej wzburzoną duszę. Wyruszyła w drogę równym krokiem, wdychając powietrze pachnące pierwszymi oznakami lata. Tak pachnie czerwiec, napisałaby Christopherowi... kapryfolium, zielone jeszcze siano, mokre pranie rozwieszone na sznurkach do wyschnięcia...
Nim dotarła do celu, ramiona porządnie ją rozbolały od dźwigania ciężkiego kosza.
Obrośnięty bluszczem dom wyglądał jak mężczyzna, który owija się płaszczem. Beatrix przeszedł nerwowy dreszcz, gdy podeszła do frontowych drzwi i zapukała. Przywitał ją śmiertelnie poważny lokaj, który wziął od niej koszyk i wskazał jej drogę do salonu.
Dom wydał się Beatrix przegrzany, zwłaszcza po spacerze. Czuła krople potu zbierające się pod suknią i w trzewikach.
Do pokoju weszła Audrey, szczupła i niedbale ubrana. Miała na sobie fartuch poznaczony plamami zakrzepłej krwi.
Gdy dostrzegła zaniepokojony wzrok Beatrix, uśmiechnęła się z wysiłkiem.
- Jak widzisz, nie jestem gotowa na przyjmowanie gości. Na szczęście ty jesteś jedną z niewielu osób, przed którymi nie muszę zachowywać pozorów. - Uświadomiwszy sobie, że wciąż jest w fartuchu, zdjęła go i zwinęła ciasno. - Dziękuję za kosz. Poprosiłam lokaja, by nalał kieliszek śliwkowej brandy dla pani Phelan. Leży w łóżku.
- Jest chora? - zapytała Beatrix, gdy Audrey usiadła przy niej.
Audrey pokręciła głową.
- Tylko zrozpaczona.
- A... twój mąż?
- Umiera - odparła Audrey płaskim głosem. - Niewiele czasu mu zostało. Lekarz twierdzi, że to kwestia dni.
Beatrix wyciągnęła do niej ręce, chcąc ją objąć jak jednego ze swych rannych podopiecznych.
Audrey wzdrygnęła się i uniosła dłonie w obronnym geście.
- Nie, proszę. Nie dotykaj mnie, bo całkiem się załamię. Muszę być silna dla Johna. Porozmawiajmy chwilę. Mam tylko kilka minut.
Beatrix splotła palce.
- Pozwól mi pomóc - poprosiła cicho. - Mogę z nim posiedzieć, a ty trochę odpoczniesz. Chociaż godzinę.
Audrey uśmiechnęła się blado.
- Dziękuję ci, moja droga. Nie mogę jednak pozwolić nikomu przy nim czuwać. To muszę być ja.
- Może więc odwiedzę jego matkę?
Audrey potarła zmęczone oczy.
- To bardzo miłe z twojej strony, ale ona nie chce towarzystwa. - Westchnęła ciężko. - Gdyby to od niej zależało, umarłaby razem z Johnem.
- Przecież ma jeszcze jednego syna.
- Christophera nie darzy tak silnymi uczuciami. Wszystkie ulokowała w Johnie.
Beatrix próbowała przyswoić sobie tę nowinę. Wysoki szafkowy zegar tykał z dezaprobatą, jego rozhuśtane wahadło wyglądało jak głowa, która kręci się przecząco.
- To niemożliwe - powiedziała w końcu.
- Ależ jak najbardziej możliwe. Niektórzy ludzie mają nieograniczony zapas miłości do rozdania. Jak twoja rodzina. Inni zaś mają jej niewiele. Pani Phelan już dawno rozdała swoją. Miała jej tyle, by wystarczyło dla męża i Johna. - Audrey wzruszyła ramionami z wysiłkiem. - To nieistotne, czy kocha Christophera, czy też nie. Teraz nic nie wydaje się istotne.
Beatrix sięgnęła do kieszeni i wyjęła list.
- To dla niego. Dla kapitana Phelana. Od Pru.
Audrey spojrzała na przyjaciółkę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Dziękuję. Wyślę go z listem o stanie Johna. On na pewno chciałby wiedzieć. Biedny Christopher... jest tak daleko.
Beatrix zaczęła się zastanawiać, czy jednak nie poprosić o zwrot listu. Wybrała najgorszy możliwy moment, by narzucić dystans Christopherowi. Z drugiej strony jednak to mogła być najlepsza pora. Być może go zrani, ale on nie będzie miał nawet czasu o tym myśleć, zaskoczony znacznie gorszymi wieściami.
Audrey obserwowała grę uczuć na jej twarzy.
- Zamierzasz mu w końcu powiedzieć? - zapytała miękko.
Beatrix zamrugała.
- O czym?
Audrey prychnęła z irytacją.
- Nie jestem głupia, Bea. Prudence jest obecnie w Londynie, chodzi na bale, przyjęcia i wszystkie inne trywialne wydarzenia sezonu. Nie mogła napisać tego listu.
Beatrix spłonęła purpurowym rumieńcem, a potem gwałtownie zbladła.
- Dała mi list, zanim wyjechała.
- Bo jest tak oddana Christopherowi? - Audrey wykrzywiła wargi. - Gdy ją ostatni raz widziałam, nawet nie pamiętała, by o niego zapytać. I dlaczego to zawsze ty przynosisz i odbierasz pocztę? - Spojrzała na Beatrix z uczuciem. - Z listów Christophera do mnie i Johna jasno wynika, że Prudence całkiem zawróciła mu w głowie. Tym, co do niego pisze. Jeśli ostatecznie moją szwagierką zostanie ten głuptas, będzie to tylko i wyłącznie twoja wina, Beo.
Gdy Beatrix zaczął drżeć podbródek i zamgliły się oczy, Audrey wzięła ją za rękę i uścisnęła mocno.
- Znam cię, więc wiem, że miałaś dobre intencje. Rezultat będzie jednak zupełnie inny. - Westchnęła. - Muszę wracać do Johna.
Gdy szły razem korytarzem, Beatrix pojęła nagle, że już wkrótce przyjaciółka doświadczy śmierci męża.
- Audrey - powiedziała rwącym się głosem - gdybym tylko mogła, wzięłabym to wszystko na siebie.
Audrey spojrzała na nią i zarumieniła się z emocji.
- I to czyni cię prawdziwą przyjaciółką.
Dwa dni później Hathawayowie otrzymali wiadomość o śmierci Johna Phelana. Przepełnieni współczuciem zastanawiali się, jak najlepiej pomóc pogrążonym w rozpaczy kobietom. Obyczaj nakazywał, by to Leo jako właściciel majątku złożył paniom Phelan kondolencje i zaoferował pomoc. Leo był jednak w Londynie, ze względu na trwającą sesję Parlamentu. Debatowano głównie na temat niekompetencji i obojętności, które zaowocowały marnym zaopatrzeniem i brakiem wsparcia dla oddziałów wysłanych na Krym.
Rodzina postanowiła więc, że to Merripen, mąż Win, pojedzie do Phelanów w ich imieniu. Nikt się nie spodziewał, by został przyjęty przez panie domu, niewątpliwie zbyt pogrążone w żalu, by z kimkolwiek rozmawiać. Miał jednak zostawić list, w którym wszyscy zapewniali o swej gotowości do pomocy.
- Merripen - poprosiła Beatrix - czy mógłbyś przekazać Audrey, że o niej myślę i zapytać, czy mogę jakoś pomóc przy pogrzebie? A może chciałaby, bym z nią posiedziała?
- Oczywiście - odparł Merripen, spoglądając na Beatrix z miłością. Wychowywał się z Hathawayami od dzieciństwa i był dla nich jak brat. - Może napiszesz do niej? Przekażę wiadomość służącym.
- To zajmie mi tylko chwilę. - Beatrix pobiegła na górę, unosząc spódnice, by nie zaplątać się w nie na schodach. Usiadła przy biurku, wyjęła papier listowy, pióra i sięgnęła po kałamarz. Zamarła, gdy dostrzegła w szufladzie pomiętą kartkę.
Był to uprzejmy, pełen rezerwy list, który napisała do Christophera Phelana.
To nie ten wysłała.
- O Boże - szepnęła. Musiała dać Audrey ten drugi list, ten niepodpisany, który zaczynał się od słów: "Więcej do Ciebie nie napiszę. Nie jestem tą, za którą mnie uważasz...".
Serce panicznie tłukło się w jej piersi. Próbowała opanować się na tyle, by móc spokojnie pomyśleć. Czy list już wysłano? Może jest jeszcze szansa, by go odzyskać. Zapyta Audrey... Nie, to byłby szczyt egoizmu i niedelikatności. Przecież właśnie zmarł jej mąż. Nie należy kłopotać jej takimi błahostkami.
Za późno... Musi to tak zostawić i zdać się na to, co pomyśli Christopher na widok tak dziwnej wiadomości.
Wróć, proszę, wróć do domu i znajdź mnie.
Z jękiem oparła spocone czoło na blacie biurka. Szczęściara przysiadła obok niej, zaczęła trącać nosem jej włosy i mruczeć.
Proszę, dobry Boże, pomyślała Beatrix z rozpaczą, proszę, niech Christopher nie odpisuje. Niech to się skończy. Spraw, by nigdy się nie dowiedział, że to byłam ja.
Rozdział 5
Chryzopol, Krym
- Dochodzę do wniosku - oświadczył Christopher lekkim tonem, unosząc filiżankę bulionu do ust rannego - że szpital to najgorsze miejsce dla rekonwalescenta.
Młody żołnierz, którego poił - najwyżej dziewiętnasto-, może dwudziestoletni - prychnął z rozbawieniem.
Christophera przyniesiono do polowego szpitala w Chryzopolu trzy dni wcześniej. Został ranny w potyczce o Redan w czasie niekończącego się oblężenia Sewastopola. W jednej chwili towarzyszył grupie saperów niosących drabinę w kierunku rosyjskiego bunkra, w następnej eksplozja pozbawiła go czucia w boku i prawej nodze.
W przekształconych na szpital barakach tłoczyli się ranni, szczury i robactwo. Jedynym źródłem wody była fontanna, do której ustawiali się w kolejce oficerowie dyżurni, by do wiader nałapać cuchnącej wilgoci. Woda nie nadawała się do picia, używano jej jednak do prania i moczenia bandaży.
Christopher przekupił jednego z oficerów, by ten przyniósł mu alkohol. Polewał nim obficie ranę z nadzieją, że to powstrzyma ropienie. Za pierwszym razem gdy to robił, palący ból sprawił, że zemdlał i spadł z pryczy na podłogę na oczach rozbawionych pacjentów.
Znosił potem ich docinki z anielską cierpliwością, wiedział bowiem, jak bardzo te chwile beztroski są potrzebne w tym ponurym miejscu.
Usunięto mu odłamki z boku i nogi, ale rany nie goiły się najlepiej. Tego ranka odkrył, że skóra wokół nich jest zaczerwieniona i napięta. Przerażała go perspektywa poważnego rozchorowania się w tym miejscu.
Poprzedniego dnia, nie zważając na protesty leżących w długich rzędach żołnierzy, ordynansi zaczęli zaszywać w kocu i szykować do pochówku chorego, który jeszcze nie umarł. W odpowiedzi na oburzone okrzyki oświadczyli, że człowiek ten i tak leży bez zmysłów i że tylko minuty dzielą go od śmierci, a łóżko jest na gwałt potrzebne innym. Wszystko to było prawdą. Wtedy jednak zainterweniował Christopher, który oświadczył, że on chętnie odda swoje łóżko i zaczeka na podłodze na śmierć towarzysza broni. Przez godzinę siedział na twardym bruku, odganiał insekty i pozwalał człowiekowi spokojnie umierać od niezaleczonej rany w nodze.
- Myślisz, że to mu coś pomogło? - zapytał drwiąco jeden z ordynansów, gdy biedak w końcu umarł i Christopher pozwolił go zabrać.
- Jemu może nie - odparł Christopher cicho. - Ale im tak. - Skinął w kierunku rzędów niechlujnych prycz. Żołnierze, którzy na nich leżeli, musieli wierzyć, że gdy nadejdzie ich czas, zostaną potraktowani z elementarną przyzwoitością.
Młody żołnierz na pryczy obok Christophera niewiele mógł koło siebie zrobić, ponieważ stracił lewą rękę i prawą dłoń. Pielęgniarek brakowało, więc to Christopher go karmił. Krzywiąc się z bólu, uklęknął przy jego łóżku, uniósł mu głowę i pomógł mu napić się bulionu.
- Kapitanie Phelan - dobiegł go rzeczowy głos jednej z sióstr miłosierdzia. Żołnierze często żartowali sobie z tej surowej i onieśmielającej zakonnicy, że ona jedna wysłana na front mogłaby zakończyć wojnę w kilka godzin. Jej krzaczaste brwi uniosły się, gdy zobaczyła Christophera przy łóżku pacjenta.
- Znów sprawia pan kłopoty? - zapytała. - Proszę natychmiast wrócić do łóżka, kapitanie. I nie wychodzić z niego... chyba że ma pan zamiar rozmyślnie się rozchorować tak, by zostać tu już do końca wojny.
Christopher posłusznie usiadł na swoim łóżku.
Podeszła do niego i położyła mu na czole chłodną dłoń.
- Gorączka - oświadczyła. - Jeśli jeszcze raz pan wstanie, to każę pana związać, kapitanie. - Zabrała dłoń i położyła mu coś na piersi.
Christopher uchylił powieki i zobaczył pakiet listów.
Prudence.
Chwycił je kurczowo i z niecierpliwością zerwał pieczęci.
Listy były dwa.
Zaczekał na odejście siostry, by otworzyć ten od Prudence. Na widok jej charakteru pisma przepełniły go emocje. Pragnął jej, potrzebował z intensywnością, której nie potrafił pojąć.
Nie wiedział jak, ale choć dzieliło ich pół świata, zakochał się w niej. Nie było ważne, że prawie jej nie znał. Kochał nawet te strzępy informacji o niej.
Przebiegł wzrokiem kilka linijek.
Słowa wydały mu się poprzesuwane, jak elementy dziecięcej układanki. Odczytywał je raz po raz, aż w końcu stały się jasne.
...Nie jestem tą, za którą mnie uważasz... Wróć, proszę, wróć do domu i znajdź mnie...
Wypowiedział bezgłośnie jej imię. Położył dłoń na piersi, przyciskając list do rozemocjonowanego serca.
Co się stało Prudence?
Dziwna, lakoniczna wiadomość wywołała w nim burzę.
- Nie jestem tą, za którą mnie uważasz - zaczął powtarzać pod nosem.
Nie, oczywiście, że nie była. Tak jak on. Nie był przecież tą złamaną, wstrząsaną gorączką istotą na szpitalnej pryczy, tak jak ona nie była już banalną kokietką, za którą brali ją wszyscy inni. W listach odnaleźli obietnicę czegoś więcej.
Wróć, proszę, wróć do domu i znajdź mnie...
Nie mogąc opanować drżenia rąk, z trudem rozłożył drugi list, od Audrey. Pod wpływem gorączki stawał się coraz bardziej niezdarny. Rozbolała go głowa... wredne pulsowanie... odczytywał kolejne słowa pomiędzy napadami bólu.
Drogi Christopherze,
nie wiem, czy istnieje delikatny sposób, by Ci o tym donieść. Stan Johna się pogarsza. Twój brat stanął w obliczu śmierci z taką samą łagodnością i wdziękiem, z jakimi mierzył się z życiem. Nim ten list dotrze do Ciebie, Johna bez wątpienia nie będzie już wśród żywych...
Umysł Christophera odmówił czytania reszty. Później przyjdzie na to czas. Przyjdzie czas na żałobę.
John nie miał prawa zachorować. Miał być bezpieczny w Stony Cross i powiększać rodzinę z Audrey. Miał tam być, gdy Christopher wróci do domu.
Kapitan skulił się na boku i naciągnął koc na głowę, by się ukryć przed światem. Żołnierze wokół niego zabijali czas jak zwykle... rozmawiali, grali w karty. Litościwie nie zwracali na niego uwagi, zapewniając mu samotność, której tak teraz potrzebował.
Rozdział 6
W ciągu kolejnych dziesięciu miesięcy Christopher Phelan nie napisał ani jednego listu w odpowiedzi na ten, który wysłała Beatrix. Korespondował z Audrey, ale pogrążona w żałobie młoda wdowa nie potrafiła o tym rozmawiać nawet z przyjaciółką.
Powiedziała jej tylko, że Christopher został ranny, ale doszedł w szpitalu do zdrowia i wrócił na pole bitwy. Beatrix czytała gazety, bezustannie poszukując najmniejszej choćby wzmianki o nim i ciągle natykała się na kolejne dowody jego męstwa. Podczas wielomiesięcznego oblężenia Sewastopola został najczęściej dekorowanym oficerem regimentu. Odznaczono go nie tylko orderem Bath i Medalami Krymskimi za bitwy nad Almą, pod Inkerman, Bałakławą i Sewastopolem, ale też francuską Legią Honorową i tureckim Medjidie.
Ku żalowi Beatrix jej stosunki z Prudence znacznie się ochłodziły, a zaczęło się to tego samego dnia, gdy Beatrix wyznała przyjaciółce, że nie może już dłużej pisywać do Christophera.
- Ale dlaczego? - zaprotestowała Prudence. - Myślałam, że lubisz z nim korespondować.
- Już nie - odparła Beatrix zduszonym głosem. Pru spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Nie mogę uwierzyć, że go tak zwyczajnie porzucisz. Co sobie pomyśli, gdy listy przestaną przychodzić?
Beatrix ogarnęły poczucie winy i tęsknota. Z trudem wydobyła z siebie głos.
- Nie mogę nadal do niego pisać, nie wyznając mu prawdy. To stało się zbyt osobiste. Ja... w grę wchodzą uczucia. Rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć?
- Rozumiem tylko, że jesteś wyjątkowo samolubna. Przez ciebie ja też nie mogę do niego napisać, bo zaraz poznałby inny charakter pisma. Powinnaś wodzić go na pasku przynajmniej do jego powrotu, chociaż tyle mogłabyś dla mnie zrobić.
- Ale po co ci on? - zapytała Beatrix, marszcząc brwi. Nie spodobało jej się określenie: wodzić na pasku... Jakby Christopher był psem w tresurze. Jednym z wielu. - Przecież masz wielu innych konkurentów.
- Tak, ale kapitan Phelan jest bohaterem wojennym. Możliwe, że po powrocie zostanie zaproszony na obiad do królowej. A jako że jego brat umarł, odziedziczy też posiadłość Riverton. To czyni z niego partię równą co najmniej parowi.
Płytkość Prudence zazwyczaj bawiła Beatrix, ale tym razem wywołała w niej ukłucie irytacji. Christopher zasługiwał na kogoś, kto nie będzie cenił go za pozory.
- Czy przyszło ci kiedyś na myśl, jak bardzo on mógł się zmienić na wojnie? - zapytała cicho.
- Cóż, ma zapewne jakieś blizny, ale mam nadzieję, że niewidoczne.
- Chodziło mi o zmianę charakteru.
- Bo walczył w bitwach? - Prudence wzruszyła ramionami. - Myślę, że to mogło wywrzeć na niego jakiś wpływ.
- Czytywałaś raporty na jego temat?
- Byłam bardzo zajęta.
- Kapitan Phelan został odznaczony orderem Medjidie za ocalenie tureckiego oficera. Kilka tygodni później sam utrzymywał ostrzeliwany przez wroga magazyn, przez osiem godzin. Innym razem...
- Nie muszę tego wysłuchiwać - przerwała jej Prudence. - O co ci chodzi, Beo?
- O to, że on może wrócić zupełnie odmieniony. Jeśli ci na nim zależy, powinnaś choć spróbować zrozumieć, przez co przeszedł. - Podała Prudence pakiecik listów przewiązany wąską niebieską wstążką. - Na początek powinnaś je przeczytać. Mogłam też skopiować listy, które ja do niego pisałam, abyś i je mogła przeczytać, ale nie pomyślałam o tym.
Prudence niechętnie wzięła pakiecik.
- No dobrze, przeczytam je. Jestem jednak przekonana, że Christopher nie będzie chciał rozmawiać o listach, gdy już wróci. Będzie miał przecież mnie.
- Powinnaś lepiej go poznać. Myślę, że pragniesz go z niewłaściwych pobudek... a możesz znaleźć wiele właściwych. On na to zasługuje. Nie z powodu męstwa, które wykazał i tych wszystkich lśniących medali... w zasadzie to powinno być na ostatnim miejscu. - Beatrix zamilkła i ze smutkiem pomyślała, że od teraz powinna zacząć unikać ludzi i wrócić do swoich zwierząt. - Kapitan Phelan napisał, że gdy się poznaliście, żadne z was nie zaglądało głębiej.
- Głębiej?
Beatrix spojrzała na Prudence ponuro.
- Napisał, że możesz być jego jedyną szansą na powrót do normalnego świata.
Prudence odwzajemniła się jej osobliwym grymasem.
- Może to nawet lepiej, że już nie będziesz do niego pisać. Wydajesz się nim bardzo zaabsorbowana. Mam nadzieję, że nie przyszło ci do głowy, by Christopher kiedykolwiek... Nieważne.
- Wiem, co chciałaś powiedzieć - wtrąciła Beatrix rzeczowym tonem. - Oczywiście, że nie mam takich złudzeń. Nie zapomniałam, że kiedyś porównał mnie do konia.
- Nie porównał cię do konia. Powiedział tylko, że bardziej pasujesz do stajni. Niemniej jednak to bardzo wyrafinowany dżentelmen, który nie byłby szczęśliwy z dziewczyną spędzającą cały swój czas ze zwierzętami.
- Przedłożyłabym towarzystwo zwierząt nad towarzystwo każdej osoby, którą znam - zripostowała Beatrix. Natychmiast pożałowała nietaktownych słów, zwłaszcza że Prudence odebrała je jak osobisty afront. - Przepraszam, nie chciałam...
- Może więc powinnaś już wracać do swoich zwierząt - powiedziała panna Mercer lodowatym tonem. - Na pewno będziesz szczęśliwsza, rozmawiając z kimś, kto nie może ci odpowiedzieć.
Zirytowana Beatrix wstała.
- Dla dobra nas wszystkich, Beo - zawołała za nią jeszcze Prudence - musisz mi obiecać, że nigdy nie zdradzisz kapitanowi Phelanowi, kto pisał te listy. To nie miałoby sensu. Nie zechciałby cię, nawet gdybyś mu powiedziała. Byłby tylko zażenowany i zły. Taki mężczyzna nie wybacza oszustwa.
Od tego dnia Beatrix i Prudence widywały się tylko przelotnie. Żadna z nich nie napisała też żadnego listu.
Beatrix torturowała się rozmyślaniami o tym, jak się miewa Christopher, czy jego rany się zagoiły, czy Albert wciąż mu towarzyszy... nie miała już jednak prawa o to pytać.
Zresztą nigdy go nie miała.
Ku radości Brytyjczyków Sewastopol poddał się we wrześniu 1855 roku, a w lutym następnego roku rozpoczęły się negocjacje pokojowe. Szwagier Beatrix, Cam, stwierdził, że choć Anglia zwyciężyła, to wojna zawsze niesie ze sobą pyrrusowe zwycięstwa, bo nie ma ceny dla ludzkich istnień, które zostały przerwane lub zniszczone. Beatrix się z nim zgadzała. Na polu bitwy i od ran zginęło w sumie ponad sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy koalicji i sto tysięcy Rosjan.
Gdy w końcu padł długo wyczekiwany rozkaz powrotu do domu, Audrey i pani Phelan dowiedziały się, że Brygada Strzelców przybędzie do Dover w połowie kwietnia i stamtąd wyruszy do Londynu. Strzelców oczekiwano ze szczególną niecierpliwością, ponieważ Christopher został jednogłośnie uznany za bohatera narodowego. Jego zdjęcia wycinano z gazet i zawieszano w witrynach sklepów, a doniesienia o jego męstwie powtarzano we wszystkich kawiarniach i tawernach. Wioski i całe hrabstwa słały do niego gratulacyjne listy, a politycy zamawiali ceremonialne szpady wysadzane szlachetnymi kamieniami, by nimi nagrodzić jego zasługi dla kraju.
Gdy jednak strzelcy przybili do portu w Dover, okazało się, że Christopher zniknął. Tłum wiwatował, domagając się jego wystąpienia, on jednak zdawał się unikać ludzi, ceremonii i bankietów... Nie pojawił się nawet na oficjalnym obiedzie wydawanym przez królową i jej małżonka.
- Jak myślicie, co się dzieje z kapitanem Phelanem? - zapytała Amelia, gdy mijał trzeci dzień od zniknięcia bohatera. - O ile pamiętam, zawsze był bardzo towarzyski i uwielbiał być w centrum uwagi.
- Jego nieobecność przykuwa jeszcze więcej uwagi - zauważył Cam.
- On nie chce tego całego zainteresowania - napomknęła Beatrix. - Ukrywa się.
Cam uniósł brew z rozbawieniem.
- Jak lis?
- Tak. Lisy są przebiegłe. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że oddalają się od swego celu, ale zawsze zawracają i w końcu do niego docierają. - Beatrix zawahała się i utkwiła wzrok w szybie, za którą majaczył wiosenny las... Za mocno wieje ze wschodu i za dużo pada. - Kapitan Phelan pragnie wrócić do domu. Będzie się jednak czaił, dopóki psy gończe nie przestaną go ścigać.
Zamilkła i pogrążyła się w zadumie. Cam i Amelia kontynuowali rozmowę. Być może wyobraźnia płatała jej figla... ale wyraźnie czuła, że Christopher Phelan jest gdzieś w pobliżu.
- Beatrix. - Amelia stanęła przy niej i objęła ją ramieniem. - Smutno ci? Może powinnaś była jechać do Londynu na sezon razem z Prudence? Mogłabyś się zatrzymać u Leo i Catherine, albo w hotelu z Poppy i Harrym...
- Nie zamierzam brać więcej udziału w sezonie. Robiłam to już cztery razy, o trzy razy za dużo.
- Ale przecież byłaś bardzo popularna. Dżentelmeni cię uwielbiali. Może w tym roku poznałabyś kogoś nowego?
Beatrix uniosła oczy do sufitu.
- W londyńskim towarzystwie nigdy nie pojawia się nikt nowy.
- Fakt - odparła Amelia po chwili namysłu. - Ale i tak uważam, że lepiej byłoby ci w mieście niż na wsi. Tu jest dla ciebie zbyt spokojnie.
Do pokoju wbiegł mały ciemnowłosy chłopiec, dosiadający rumaka z patyka i wywijający drewnianym mieczem w rytmie dzikich bojowych okrzyków. Był to Rye, czteroipółroczny synek Cama i Amelii. Podczas galopu zaczepił patykiem o lampę z niebieskiego szkła. Cam odruchowo zanurkował i złapał ją w ostatniej chwili.
Rye okręcił się na pięcie, dostrzegł ojca na podłodze i skoczył na niego z radosnym chichotem.
Cam zaczął siłować się z synem. Przerwał tylko na moment, by poinformować żonę:
- Tu nigdy nie jest spokojnie.
- Tęsknię za Jado - poskarżył się Rye, mając na myśli swego kuzyna i ulubionego towarzysza zabaw. - Kiedy on wraca?
Merripen, siostra Amelii, Win i ich syn Jason, nazywany przez rodzinę Jado, wyjechali przed miesiącem do Irlandii, by odwiedzić posiadłości, które miał pewnego dnia odziedziczyć Merripen. Jego dziadek podupadł na zdrowiu, Merripen zgodził się więc zostać tam na dłużej, by zapoznać się z majątkiem i dzierżawcami.
- Nieprędko - odparł Cam ze smutkiem. - Może dopiero na Boże Narodzenie.
- To bardzo długo. - Rye westchnął ciężko.
- Masz przecież innych kuzynów, kochanie - przypomniała mu Amelia.
- Wszyscy są w Londynie.
- Edward i Emmaline przyjadą na lato. A oprócz tego masz jeszcze przecież małego braciszka.
- Z Aleksem nie ma zabawy - stwierdził Rye. - Nie umie mówić i rzucać piłki. I przecieka.
- Z obu stron - dodał Cam, spoglądając na żonę roześmianymi oczami.
Amelia bezskutecznie próbowała stłumić śmiech.
- Nie będzie wiecznie przeciekał.
Rye usiadł na ojcowskiej piersi okrakiem i zerknął na Beatrix.
- Może ty się ze mną pobawisz, ciociu?
- Oczywiście. Chcesz pograć w kulki? A może w bierki?
- Pobawmy się w wojnę - poprosił chłopiec z lubością. - Ja będę kawalerią, a ty Rosjanami, będę cię gonił wokół żywopłotu.
- A może pobawimy się w Traktat Paryski?
- Nie można podpisywać rozejmu przed wybuchem wojny - zaprotestował Rye. - Nie byłoby o czym rozmawiać.
Beatrix uśmiechnęła się do siostry.
- Bardzo logiczne.
Rye podskoczył, chwycił Beatrix za rękę i zaczął ciągnąć ją na dwór.
- Chodź, ciociu - namawiał. - Obiecuję, że nie będę bił cię mieczem tak jak ostatnio.
- Tylko nie chodź do lasu, Rye - zawołał za nimi Cam. - Podobno błąka się po nim jakiś bezpański pies. Rano prawie rzucił się na jednego z dzierżawców. Może mieć wściekliznę.
Beatrix przystanęła i spojrzała na Cama.
- Jaki to pies?
- Szorstkowłosy kundel, podobny do teriera. Podobno kradnie kury.
- Nie martw się, tato - oświadczył pewnie Rye. - Z Beatrix nic mi się nie stanie. Wszystkie zwierzęta ją kochają, nawet te wściekłe.