Znajdź mnie, jeśli potrafisz Część 1 - Marcelina Baranowska

Kup ebooka

17.99 zł
13.49 zł (15,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Dopijam ostatni łyk herbaty, chwytam torebkę z biurka i ruszam w stronę wyjścia. Po drodze zaglądam do pokoju socjalnego, żeby wrzucić kubek do zmywarki. Czekając na windę, zerkam na zegarek.

- Cholera. - Naciskam przycisk przywołania windy jeszcze raz, z większą irytacją. - No, dalej.

Nie mogę się spóźnić.

Gdy drzwi dźwigu w końcu się otwierają, wpadam do środka i wybieram najniższe piętro. Przeglądam się w lustrze, próbując naprędce poprawić włosy. Nie ma szans, żebym wróciła do samochodu - muszę wyglądać jako tako. Winda piknięciem oznajmia, że dotarła na miejsce. Wychodzę do przestrzennego lobby i macham Tomowi z ochrony.

Tom to miły, starszy facet, który pracuje tu tak długo, jak ja.

- Dziecko, zapnij płaszcz, pogoda nie rozpieszcza - rzuca, z charakterystycznym dla siebie, ojcowskim tonem.

Uśmiecham się i poprawiam kołnierz płaszcza. Drzwi wejściowe rozsuwają się, a mnie owiewa wilgotne, mroźne, lutowe powietrze. Na ulicy rozbrzmiewa znajomy hałas: pisk opon, klaksony, gwar przechodniów. Przez chwilę mam ochotę zatkać uszy.

Zerkam w stronę parkingu, ale widząc korek, ciągnący się przez kilka przecznic, rezygnuję. Do miejsca spotkania mam niecały kwadrans pieszo. Samochód byłby tylko stratą czasu.

Otulam się szczelniej szalem i podchodzę do przejścia dla pieszych. Zielone światło. Stawiam krok na pasach - i natychmiast dociera do mnie pomruk silnika.

Czarny SUV hamuje z piskiem, zatrzymując się dosłownie kilka centymetrów od moich nóg. Na chwilę przestaję oddychać. Stukam palcem w czoło, próbując dostrzec twarz kierowcy. Nic z tego - wnętrze auta tonie w ciemnościach. Widzę jedynie niewyraźny zarys sylwetki.

Kręcąc głową, ruszam dalej. Zostały mi tylko dwie ulice.

Kiedy dochodzę do ustalonej lokalizacji, zauważam znajomą postać idącą z naprzeciwka. Na wysokich czarnych szpilkach, w dopasowanym płaszczu - cała ona. Telefon, jak zawsze, trzyma w dłoni, a wzrok ma wbity w ekran. Nigdy nie mogłam pojąć, jak ona to robi: z chirurgiczną precyzją manewruje w tłumie, w ogóle nie patrząc przed siebie.

- Laska! - wrzeszczę, przekrzykując uliczny zgiełk.

Kilka osób odwraca się w moją stronę, ale to ona, schowawszy aparat do kieszeni, rozkłada ramiona. Wiatr rozwiewa jej długie, kruczoczarne włosy, a krwistoczerwona szminka dodaje jej dramatycznego uroku. Zielone oczy błyszczą inteligencją i radością.

- Najlepszego! - krzyczy, przytulając mnie mocno i cmokając w policzek. W szpilkach jest niemal mojego wzrostu. - Mia już jest? - pyta, a ja chwytam za klamkę.

To nasza ulubiona restauracja - miejsce na wszystko. Świętujemy tu urodziny, awanse, a czasem nawet łagodzimy złamane serca. Dziś jednak celebrujemy Dzień Kobiet.

Już od progu wita nas aromat smażonego mięsa i ziół - dominujący tymianek sprawia, że od razu cieknie mi ślinka. Jedzenie jest tu przepyszne, drinki bezkonkurencyjne, a obsługa... Cóż, powiedzmy, że przystojni kelnerzy to coś w rodzaju dodatkowej atrakcji. Zawsze żartujemy, że ich wygląd jest wliczony w cenę.

- Jest - mówię, wskazując na nasz stolik.

Zgodnie z przewidywaniami siedzi przy nim drobna blondynka w rogowych oprawkach. Jej twarz jest pochylona nad notatnikiem, w którym zawzięcie coś notuje. Typowa Mia - zawsze odpływa w swój świat.

- Jesteśmy! - wołam, a ona podnosi głowę, mrugając, jakby dopiero wróciła na ziemię.

- Lily! - Wstaje, żeby mnie przytulić, po czym całuje w policzek. - Isabella!

Bell wywraca oczami. Używanie pełnego imienia to dla niej wyłącznie kwestia biznesowa, ale Mia z uporem maniaka trzyma się Isabella, bo według niej brzmi to bardziej elegancko.

- Witaj, kochanie - odzywa się Bell, teatralnie rozkładając ręce.

W tym momencie pojawia się młody kelner - ten sam, który obsługiwał nas już kilka razy. Uśmiecha się lekko, a my rzucamy płaszcze na wolne krzesła i automatycznie sięgamy po menu. Choć znamy je na pamięć, przeglądanie go poniekąd stało się naszym rytuałem.

- Na pewno będą trzy razy Cuba Libre. Dasz nam jeszcze chwilę na jedzenie? - rzuca Bell z uśmiechem.

- Jasne. Zrobię drinki i zaraz wracam - odpowiada, odwracając się na pięcie.

Gdy tylko znika z pola widzenia, wychylam się nieznacznie, zerkając za nim.

- Siedem na dziesięć - oceniam, unosząc brew.

Bell też rzuca okiem na jego oddalającą się sylwetkę.

- Powiedziałabym raczej sześć - dodaje z udawaną powagą.

- Zgadzam się. - Mia poprawia włosy, splatając je w niedbały kok. - Nie lubię, kiedy mają takie... odstające pośladki.

Śmiejemy się cicho, próbując zachować pozory powagi, gdy kelner wraca z naszymi napojami.

- Jak tam u was w pracy? - pyta Mia.

- Błagam, tylko nie to - jęczę, opierając łokcie na blacie. - Proszę, rozmawiajmy o czymkolwiek innym.

- Co znowu odwalił twój szef, ten dupek stulecia? - Bell bębni idealnie wypielęgnowanymi paznokciami w blat.

Nie da się ukryć, że regularnie raczę je opowieściami o przełożonym, który jakby żywcem wyszedł z podręcznika dla tyranów.

- Bez drinka ani słowa - oznajmiam stanowczo, czym wywołuję wybuch śmiechu.

Jakby na zawołanie, kelner pojawia się z trzema oszronionymi szklankami.

- Bóg zapłać - mruczy Bell, posyłając mu zalotny uśmiech i puszczając oczko.

Chłopak odwzajemnia grymas, a potem wyciąga notes i długopis.

- Wiecie już, na co macie ochotę?

Oblizuję wargi, ukrywając rozbawienie. Zawsze wygląda to tak samo - pytają nas o zamówienie, a my udajemy, że się zastanawiamy, choć doskonale wiemy, co chcemy.

W końcu kelner notuje wszystko to, na co mamy ochotę, po czym odchodzi.

- Dobra, mów - ponagla Mia, przesuwając drinka w moją stronę.

- Co tym razem odwalił? - dopytuje Bell.

Upijam solidny łyk Cuba Libre, czując, jak mieszanka limonki, coli i rumu spływa przyjemnym ciepłem.

- Gdzie mam zacząć... - zaczynam, wywracając oczami.

Opowiadam im, jak wielkim fiutem jest mój szef. Człowiek zatrzymał się w epoce kamienia łupanego, i chyba nigdy nie słyszał o równouprawnieniu. Nie może znieść faktu, że ktoś młodszy - i co gorsza, kobieta - jest od niego lepszy. Zarząd zwrócił uwagę na moje innowacyjne pomysły, które nie tylko się wyróżniają, ale też przynoszą konkretne zyski. On jednak na każdym kroku próbuje mnie upokorzyć i rzuca mi kłody pod nogi.

- Kutas - komentuje Bell, zarzucając włosy na jedno ramię.

- Idź do prezesowej. Powinna zrobić z nim porządek - radzi Mia, chwytając mnie za dłoń. - Nie zasługujesz na takie traktowanie.

Każda z nas jest inna, to pewne. Mia to artystyczna dusza. Zajmuje się renowacją starych książek i wyszukiwaniem ich u najróżniejszych ludzi. Jest najlepsza w swoim fachu - w zeszłym roku znalazła się w piątce najlepszych specjalistów w Ameryce.

Bell z kolei to gwiazda dziennikarstwa. Nie ma tematu, którego by nie rozgryzła. Jej artykuły są mocne, kontrowersyjne i precyzyjnie uderzają w cel. Dokładnie jak ona sama - nie pozwala sobie wejść na głowę.

Ja zajmuję się marketingiem. Media społecznościowe, pozycjonowanie, budowanie wizerunku - to moja specjalność. Chcesz zaistnieć? Zapraszam. Wypromuję wszystko.

Poznałyśmy się jako dzieci, mieszkając na tej samej ulicy. Po latach przeniosłyśmy się do centrum Nowego Jorku, a teraz jesteśmy wolne, niezależne i diabelnie dobre w tym, co robimy. Przyjaźń jest dla nas świętością - jesteśmy jak siostry.

- To co? Czas na prezenty? - Mia klaszcze w dłonie i wyciąga spod stołu dwie ozdobne torebki. - To dla ciebie, Isabello - oznajmia, puszczając jej oczko.

Znamy się na wylot, więc doskonale wiemy, co której sprawi radość. Bell wyciąga dekoracyjny papier z torby i piszczy z zachwytu, widząc małe pudełeczko.

- Mia! Coś ty znowu wymyśliła?

Uchyla wieczko i zamiera. Przesuwam się, by zerknąć do środka. Kolczyki vintage - perły oplecione delikatną siatką złotych drucików.

- Są przepiękne! - Bell natychmiast zdejmuje swoje diamentowe wkrętki i zakłada prezent.

- A to dla ciebie, Lily - mówi Mia, podając mi kolejną torebkę.

Wyciągam znajome pudełko, a uśmiech od razu pojawia się na mojej twarzy. Mia zna mnie za dobrze.

- Wiedziałam, że ci się spodoba - stwierdza, upijając ostatni łyk drinka i dając kelnerowi znak na kolejną kolejkę.

Otwieram kartonik i widzę czarną koronkę - bieliznę dokładnie w moim stylu. Bez skrępowania unoszę materiał, by obejrzeć go w całości. Koronkowe szorty są idealnie wycięte, a bardotka, mój ulubiony model biustonosza, podkreśla to, co trzeba.

- Boskie - oświadczam, układając prezent na stole.

Śmiech przyjaciółek odrywa mnie od podziwiania bielizny. Przy sąsiednim stoliku para nie potrafi skupić się na sobie - mężczyzna wpatruje się w koronkowy materiał, ignorując wściekłą partnerkę.

- Mówię do ciebie! - syczy kobieta, waląc go w ramię.

Zanosimy się śmiechem, ale szybko przerywa nam Bell, wyciągając prezent dla Mii. Jest nim elegancki brulion oprawiony w granatową skórę - idealny dla jej miłości do ręcznych notatek.

- Jest cudowny! - Mia krzyczy z radości i przytula go do siebie.

Następnie Bell pochyla się w moją stronę i podaje mi czarną kopertę. Jej głos staje się niższy, bardziej tajemniczy.

- Otwórz - zachęca z uśmiechem, którego nie potrafię rozszyfrować.

W środku znajduję białą wizytówkę z adresem i ciężką, czarną kartę z napisem "Rozkosz" oraz tłoczeniem VIP.

- Bell... co to jest?

- Pamiętasz ten sen, który nam opowiadałaś? - pyta z uśmiechem.

Potrzebuję chwili, by połączyć fakty, i gdy to robię, od razu czuję, jak moje policzki oblewają się rumieńcem. Na święta, po kilku drinkach, opowiedziałam im swój sen o dominacji nad nieznajomym mężczyzną.

- Czy ty właśnie...

- Tak. To nowy, ekskluzywny klub. Masz członkostwo na rok. Za tydzień odbędzie się pierwsza impreza. Miłej zabawy, kochana, i wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet - mówi, całując mnie w policzek.

Czy jestem w szoku? Owszem.

Czy zamierzam skorzystać z tej okazji? Zdecydowanie.

Potrzymajcie mi drinka - poprawiam biust i lecę.