Rozdział 1
Dopijam ostatni łyk herbaty, chwytam torebkę z biurka i ruszam w stronę wyjścia. Po drodze zaglądam do pokoju socjalnego, żeby wrzucić kubek do zmywarki. Czekając na windę, zerkam na zegarek.
- Cholera. - Naciskam przycisk przywołania windy jeszcze raz, z większą irytacją. - No, dalej.
Nie mogę się spóźnić.
Gdy drzwi dźwigu w końcu się otwierają, wpadam do środka i wybieram najniższe piętro. Przeglądam się w lustrze, próbując naprędce poprawić włosy. Nie ma szans, żebym wróciła do samochodu - muszę wyglądać jako tako. Winda piknięciem oznajmia, że dotarła na miejsce. Wychodzę do przestrzennego lobby i macham Tomowi z ochrony.
Tom to miły, starszy facet, który pracuje tu tak długo, jak ja.
- Dziecko, zapnij płaszcz, pogoda nie rozpieszcza - rzuca, z charakterystycznym dla siebie, ojcowskim tonem.
Uśmiecham się i poprawiam kołnierz płaszcza. Drzwi wejściowe rozsuwają się, a mnie owiewa wilgotne, mroźne, lutowe powietrze. Na ulicy rozbrzmiewa znajomy hałas: pisk opon, klaksony, gwar przechodniów. Przez chwilę mam ochotę zatkać uszy.
Zerkam w stronę parkingu, ale widząc korek, ciągnący się przez kilka przecznic, rezygnuję. Do miejsca spotkania mam niecały kwadrans pieszo. Samochód byłby tylko stratą czasu.
Otulam się szczelniej szalem i podchodzę do przejścia dla pieszych. Zielone światło. Stawiam krok na pasach - i natychmiast dociera do mnie pomruk silnika.
Czarny SUV hamuje z piskiem, zatrzymując się dosłownie kilka centymetrów od moich nóg. Na chwilę przestaję oddychać. Stukam palcem w czoło, próbując dostrzec twarz kierowcy. Nic z tego - wnętrze auta tonie w ciemnościach. Widzę jedynie niewyraźny zarys sylwetki.
Kręcąc głową, ruszam dalej. Zostały mi tylko dwie ulice.
Kiedy dochodzę do ustalonej lokalizacji, zauważam znajomą postać idącą z naprzeciwka. Na wysokich czarnych szpilkach, w dopasowanym płaszczu - cała ona. Telefon, jak zawsze, trzyma w dłoni, a wzrok ma wbity w ekran. Nigdy nie mogłam pojąć, jak ona to robi: z chirurgiczną precyzją manewruje w tłumie, w ogóle nie patrząc przed siebie.
- Laska! - wrzeszczę, przekrzykując uliczny zgiełk.
Kilka osób odwraca się w moją stronę, ale to ona, schowawszy aparat do kieszeni, rozkłada ramiona. Wiatr rozwiewa jej długie, kruczoczarne włosy, a krwistoczerwona szminka dodaje jej dramatycznego uroku. Zielone oczy błyszczą inteligencją i radością.
- Najlepszego! - krzyczy, przytulając mnie mocno i cmokając w policzek. W szpilkach jest niemal mojego wzrostu. - Mia już jest? - pyta, a ja chwytam za klamkę.
To nasza ulubiona restauracja - miejsce na wszystko. Świętujemy tu urodziny, awanse, a czasem nawet łagodzimy złamane serca. Dziś jednak celebrujemy Dzień Kobiet.
Już od progu wita nas aromat smażonego mięsa i ziół - dominujący tymianek sprawia, że od razu cieknie mi ślinka. Jedzenie jest tu przepyszne, drinki bezkonkurencyjne, a obsługa... Cóż, powiedzmy, że przystojni kelnerzy to coś w rodzaju dodatkowej atrakcji. Zawsze żartujemy, że ich wygląd jest wliczony w cenę.
- Jest - mówię, wskazując na nasz stolik.
Zgodnie z przewidywaniami siedzi przy nim drobna blondynka w rogowych oprawkach. Jej twarz jest pochylona nad notatnikiem, w którym zawzięcie coś notuje. Typowa Mia - zawsze odpływa w swój świat.
- Jesteśmy! - wołam, a ona podnosi głowę, mrugając, jakby dopiero wróciła na ziemię.
- Lily! - Wstaje, żeby mnie przytulić, po czym całuje w policzek. - Isabella!
Bell wywraca oczami. Używanie pełnego imienia to dla niej wyłącznie kwestia biznesowa, ale Mia z uporem maniaka trzyma się Isabella, bo według niej brzmi to bardziej elegancko.
- Witaj, kochanie - odzywa się Bell, teatralnie rozkładając ręce.
W tym momencie pojawia się młody kelner - ten sam, który obsługiwał nas już kilka razy. Uśmiecha się lekko, a my rzucamy płaszcze na wolne krzesła i automatycznie sięgamy po menu. Choć znamy je na pamięć, przeglądanie go poniekąd stało się naszym rytuałem.
- Na pewno będą trzy razy Cuba Libre. Dasz nam jeszcze chwilę na jedzenie? - rzuca Bell z uśmiechem.
- Jasne. Zrobię drinki i zaraz wracam - odpowiada, odwracając się na pięcie.
Gdy tylko znika z pola widzenia, wychylam się nieznacznie, zerkając za nim.
- Siedem na dziesięć - oceniam, unosząc brew.
Bell też rzuca okiem na jego oddalającą się sylwetkę.
- Powiedziałabym raczej sześć - dodaje z udawaną powagą.
- Zgadzam się. - Mia poprawia włosy, splatając je w niedbały kok. - Nie lubię, kiedy mają takie... odstające pośladki.
Śmiejemy się cicho, próbując zachować pozory powagi, gdy kelner wraca z naszymi napojami.
- Jak tam u was w pracy? - pyta Mia.
- Błagam, tylko nie to - jęczę, opierając łokcie na blacie. - Proszę, rozmawiajmy o czymkolwiek innym.
- Co znowu odwalił twój szef, ten dupek stulecia? - Bell bębni idealnie wypielęgnowanymi paznokciami w blat.
Nie da się ukryć, że regularnie raczę je opowieściami o przełożonym, który jakby żywcem wyszedł z podręcznika dla tyranów.
- Bez drinka ani słowa - oznajmiam stanowczo, czym wywołuję wybuch śmiechu.
Jakby na zawołanie, kelner pojawia się z trzema oszronionymi szklankami.
- Bóg zapłać - mruczy Bell, posyłając mu zalotny uśmiech i puszczając oczko.
Chłopak odwzajemnia grymas, a potem wyciąga notes i długopis.
- Wiecie już, na co macie ochotę?
Oblizuję wargi, ukrywając rozbawienie. Zawsze wygląda to tak samo - pytają nas o zamówienie, a my udajemy, że się zastanawiamy, choć doskonale wiemy, co chcemy.
W końcu kelner notuje wszystko to, na co mamy ochotę, po czym odchodzi.
- Dobra, mów - ponagla Mia, przesuwając drinka w moją stronę.
- Co tym razem odwalił? - dopytuje Bell.
Upijam solidny łyk Cuba Libre, czując, jak mieszanka limonki, coli i rumu spływa przyjemnym ciepłem.
- Gdzie mam zacząć... - zaczynam, wywracając oczami.
Opowiadam im, jak wielkim fiutem jest mój szef. Człowiek zatrzymał się w epoce kamienia łupanego, i chyba nigdy nie słyszał o równouprawnieniu. Nie może znieść faktu, że ktoś młodszy - i co gorsza, kobieta - jest od niego lepszy. Zarząd zwrócił uwagę na moje innowacyjne pomysły, które nie tylko się wyróżniają, ale też przynoszą konkretne zyski. On jednak na każdym kroku próbuje mnie upokorzyć i rzuca mi kłody pod nogi.
- Kutas - komentuje Bell, zarzucając włosy na jedno ramię.
- Idź do prezesowej. Powinna zrobić z nim porządek - radzi Mia, chwytając mnie za dłoń. - Nie zasługujesz na takie traktowanie.
Każda z nas jest inna, to pewne. Mia to artystyczna dusza. Zajmuje się renowacją starych książek i wyszukiwaniem ich u najróżniejszych ludzi. Jest najlepsza w swoim fachu - w zeszłym roku znalazła się w piątce najlepszych specjalistów w Ameryce.
Bell z kolei to gwiazda dziennikarstwa. Nie ma tematu, którego by nie rozgryzła. Jej artykuły są mocne, kontrowersyjne i precyzyjnie uderzają w cel. Dokładnie jak ona sama - nie pozwala sobie wejść na głowę.
Ja zajmuję się marketingiem. Media społecznościowe, pozycjonowanie, budowanie wizerunku - to moja specjalność. Chcesz zaistnieć? Zapraszam. Wypromuję wszystko.
Poznałyśmy się jako dzieci, mieszkając na tej samej ulicy. Po latach przeniosłyśmy się do centrum Nowego Jorku, a teraz jesteśmy wolne, niezależne i diabelnie dobre w tym, co robimy. Przyjaźń jest dla nas świętością - jesteśmy jak siostry.
- To co? Czas na prezenty? - Mia klaszcze w dłonie i wyciąga spod stołu dwie ozdobne torebki. - To dla ciebie, Isabello - oznajmia, puszczając jej oczko.
Znamy się na wylot, więc doskonale wiemy, co której sprawi radość. Bell wyciąga dekoracyjny papier z torby i piszczy z zachwytu, widząc małe pudełeczko.
- Mia! Coś ty znowu wymyśliła?
Uchyla wieczko i zamiera. Przesuwam się, by zerknąć do środka. Kolczyki vintage - perły oplecione delikatną siatką złotych drucików.
- Są przepiękne! - Bell natychmiast zdejmuje swoje diamentowe wkrętki i zakłada prezent.
- A to dla ciebie, Lily - mówi Mia, podając mi kolejną torebkę.
Wyciągam znajome pudełko, a uśmiech od razu pojawia się na mojej twarzy. Mia zna mnie za dobrze.
- Wiedziałam, że ci się spodoba - stwierdza, upijając ostatni łyk drinka i dając kelnerowi znak na kolejną kolejkę.
Otwieram kartonik i widzę czarną koronkę - bieliznę dokładnie w moim stylu. Bez skrępowania unoszę materiał, by obejrzeć go w całości. Koronkowe szorty są idealnie wycięte, a bardotka, mój ulubiony model biustonosza, podkreśla to, co trzeba.
- Boskie - oświadczam, układając prezent na stole.
Śmiech przyjaciółek odrywa mnie od podziwiania bielizny. Przy sąsiednim stoliku para nie potrafi skupić się na sobie - mężczyzna wpatruje się w koronkowy materiał, ignorując wściekłą partnerkę.
- Mówię do ciebie! - syczy kobieta, waląc go w ramię.
Zanosimy się śmiechem, ale szybko przerywa nam Bell, wyciągając prezent dla Mii. Jest nim elegancki brulion oprawiony w granatową skórę - idealny dla jej miłości do ręcznych notatek.
- Jest cudowny! - Mia krzyczy z radości i przytula go do siebie.
Następnie Bell pochyla się w moją stronę i podaje mi czarną kopertę. Jej głos staje się niższy, bardziej tajemniczy.
- Otwórz - zachęca z uśmiechem, którego nie potrafię rozszyfrować.
W środku znajduję białą wizytówkę z adresem i ciężką, czarną kartę z napisem "Rozkosz" oraz tłoczeniem VIP.
- Bell... co to jest?
- Pamiętasz ten sen, który nam opowiadałaś? - pyta z uśmiechem.
Potrzebuję chwili, by połączyć fakty, i gdy to robię, od razu czuję, jak moje policzki oblewają się rumieńcem. Na święta, po kilku drinkach, opowiedziałam im swój sen o dominacji nad nieznajomym mężczyzną.
- Czy ty właśnie...
- Tak. To nowy, ekskluzywny klub. Masz członkostwo na rok. Za tydzień odbędzie się pierwsza impreza. Miłej zabawy, kochana, i wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet - mówi, całując mnie w policzek.
Czy jestem w szoku? Owszem.
Czy zamierzam skorzystać z tej okazji? Zdecydowanie.
Potrzymajcie mi drinka - poprawiam biust i lecę.