Znachorka - Małgorzata Starosta

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Igor

- Co zro­bi­łeś?! - Twardy i dźwięczny jak stal głos Olafa wy­do­był się z gło­śni­ków sa­mo­chodu, przy­pra­wia­jąc mnie o gę­sią skórkę.

W ta­kich chwi­lach, które na szczę­ście na­le­żały do rzad­ko­ści, ro­zu­mia­łem, dla­czego jest drugą naj­mniej lu­bianą osobą w re­dak­cji. Pierw­szą by­łem ja.

- Sprze­da­łem miesz­ka­nie, od­ku­pi­łem ga­zetę i wła­śnie pa­kuję graty, żeby wy­je­chać na War­mię - po­wtó­rzy­łem z nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem.

- To było tuż po tym czy tuż przed tym, jak ude­rzy­łeś się w głowę?

- We­dług ze­znań mo­jej matki ude­rze­nie na­stą­piło nie­długo po na­ro­dzi­nach, ale moż­liwe, że skutki są wy­jąt­kowo dłu­go­fa­lowe.

- Księga Re­kor­dów Gu­in­nessa się kła­nia - wes­tchnął mój naj­bliż­szy kum­pel i by­łem pe­wien, że krę­cił przy tym głową z nie­do­wie­rza­niem. - Jak więc na­zywa się to el­do­rado? Że­bym wie­dział, do­kąd wy­słać wie­niec, je­śli słuch po to­bie za­gi­nie.

Olaf był moim naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem. Mó­wiąc szcze­rze, był je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­rego mo­głem na­zwać przy­ja­cie­lem, a w do­datku zu­peł­nie nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć, ja­kim cu­dem wy­trzy­ma­li­śmy ze sobą przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. Ko­lejna ta­jem­nica wszech­świata.

- Za­gro­dzie - rzu­ci­łem bez­na­mięt­nie. - Może nie brzmi za­chę­ca­jąco albo szcze­gól­nie ory­gi­nal­nie, ale...

- Jest tylko jedno Za­gro­dzie w ca­łej Pol­sce - wszedł mi w słowo przy­ja­ciel.

Oczy­wi­ście od razu spraw­dził, do­kąd się wy­bie­ram, a za­wo­dowa cie­ka­wość mo­gła być tego naj­mniej istot­nym po­wo­dem.

- Nie­spełna pół­tora ty­siąca miesz­kań­ców, ale to stan na rok dwa ty­siące dwu­dzie­sty, więc po co­vi­dzie mógł się zmniej­szyć - in­for­mo­wał mnie, praw­do­po­dob­nie czy­ta­jąc ha­sło z Wi­ki­pe­dii. - Naj­bliż­szy duży ośro­dek miej­ski: Re­szel. Cze­kaj, cze­kaj... - Wy­raź­nie usły­sza­łem, jak wciąga po­wie­trze. - Ten Re­szel? Ten od...?

- Za bar­dzo je­steś do­myślny - mruk­ną­łem, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Ty cwana be­stio! - Olaf się ro­ze­śmiał, ale w jego gło­sie wy­czu­łem po­dziw. - A więc to taki urlop so­bie wy­my­śli­łeś, kłam­czuszku. Za­mie­rzasz wziąć udział w kon­kur­sie na re­por­taż i chcesz na­pi­sać o cza­row­nicy!

- Mam na­dzieję, że znaj­du­jesz się wła­śnie w dźwię­kosz­czel­nym po­miesz­cze­niu, bo je­śli kto­kol­wiek ukrad­nie mi po­mysł, to od razu mo­żesz się spa­ko­wać i wy­je­chać w Biesz­czady. Jako że nie zno­szę gór, nie po­jadę za tobą, żeby urwać ci tę rudą głowę - wy­ja­śni­łem jak chłop kro­wie na mie­dzy, żeby unik­nąć py­ta­nia, które z pew­no­ścią by pa­dło.

- Bez obaw, je­stem w domu, zdro­wie mi szwan­kuje - od­parł, chi­cho­cząc, po czym za­ka­słał. Mało wia­ry­god­nie.

- Pi­śnij słowo na ten te­mat i ko­niec na­szej przy­jaźni, Bie­licki - ostrze­głem. - Czuję w ko­ściach, że w końcu na­de­szła pora na na­grodę, i każ­demu, kto mi prze­szko­dzi w jej zdo­by­ciu, za­mie­rzam zgo­to­wać pie­kło na ziemi. Zro­zu­mia­łeś?

- Uuuu, strach się bać. A tak se­rio - ton głosu rze­czy­wi­ście mu spo­waż­niał - to bar­dzo mnie cie­kawi, na co tra­fi­łeś. Nie wie­rzę, że po­sta­wi­łeś wszystko na jedną kartę tylko dla­tego, że dwie­ście lat temu spa­lono tam ostat­nią cza­row­nicę w Eu­ro­pie. To od­ważny krok, Igor, ale chyba aż tak głupi nie je­steś. Wy­niu­cha­łeś go­rący te­mat?

Py­ta­nie było tyle za­sadne, ile iry­tu­jąco celne. Pew­nie już dawno po­wie­dział­bym Ola­fowi o swo­ich pla­nach, ale wszystko za­działo się tak nie­spo­dzie­wa­nie - rów­nież dla mnie - że nie zna­la­złem na to czasu. Mimo wszystko nie za­mie­rza­łem ukry­wać swo­ich za­mia­rów przed przy­ja­cie­lem. Zwłasz­cza że li­czy­łem na jego po­moc.

- Sły­sza­łeś pew­nie o szep­tu­chach, zna­chor­kach, uzdro­wi­ciel­kach czy zie­lar­kach - za­czą­łem, ma­jąc na­dzieję, że nie zo­stanę wy­śmiany, ale Olaf mil­czał. - Kiedy pra­co­wa­łem nad ar­ty­ku­łem o ro­dzi­mo­wier­cach, ktoś rzu­cił coś na te­mat szep­tuch. No wiesz, że lu­dzie wciąż ko­rzy­stają z ich po­mocy. - Zro­bi­łem prze­rwę, cze­ka­jąc na prych­nię­cie, jed­nak ono nie na­stą­piło. - Po­szpe­ra­łem, po­dzwo­ni­łem, po­za­glą­da­łem na fora in­ter­ne­towe i oka­zuje się, że na­prawdę są tacy wa­riaci. Dasz wiarę?

Przy­ja­ciel nie od­po­wie­dział od razu. Od­blo­ko­wa­łem ekran te­le­fonu, żeby się upew­nić, czy nie stra­ci­łem za­sięgu.

- Bie­licki, je­steś tam?

- Je­stem.

Brzmiał dziw­nie, jakby za­chrypł. Nie sły­sza­łem też w jego gło­sie roz­ba­wie­nia, któ­rego się spo­dzie­wa­łem.

- I nie masz nic do po­wie­dze­nia?

- Za­sad­ni­czo mam, ale nie wiem, czy na pewno chcesz to usły­szeć. Wła­ści­wie po­dej­rze­wam, że wcale nie chcesz.

Nie my­lił się: nie chcia­łem. Nie­wiele bra­ko­wało, a przez idio­tyczną wiarę w ma­gię na­sza dwu­dzie­sto­let­nia przy­jaźń by się skoń­czyła.

2

Lena

Wiatr wzma­gał się od kilku dni, zu­peł­nie nie­ty­powo dla tej pory roku. Mimo pa­nu­ją­cych wy­so­kich tem­pe­ra­tur gwał­towne po­dmu­chy od­bie­rały ra­dość z za­czy­na­ją­cego się lata. Z nie­po­ko­jem pa­trzy­łam na ko­nary drzew, prze­gry­wa­jące walkę z si­łami na­tury. Szta­chety płotu skrzy­piały, sta­wia­jąc opór na­pie­ra­ją­cemu na nie po­wie­trzu, jakby chro­niły dom przed ude­rze­niem wi­chury. Nie­stety, w tym star­ciu nie miały zbyt du­żych szans.

- Kiedy to się skoń­czy? - usły­sza­łam za ple­cami, na któ­rych po chwili wy­lą­do­wał miękki pled. - Zwie­rzęta się boją, drzewa po­ła­mane, lu­dzie nie­spo­kojni i kłó­tliwi...

- Ja także od­czu­wam nie­po­kój, dziadku - od­par­łam, po­sy­ła­jąc cie­pły uśmiech w stronę sta­ruszka, który sta­nął obok mnie z kub­kiem pa­ru­ją­cego ka­kao.

Pił je tylko wtedy, gdy coś go de­ner­wo­wało, a kilka ostat­nich dni nie ob­da­rzyło nas spo­ko­jem.

- My­ślisz, że coś się zbliża? - Uniósł gę­ste, bie­lut­kie brwi i wle­pił we mnie by­stre spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu, tak róż­nych od mo­ich.

- Nie mam pew­no­ści, czy coś - od­po­wie­dzia­łam dość enig­ma­tycz­nie.

Dzia­dek za­my­ślił się na mo­ment, upił łyk i już chciał za­dać ko­lejne py­ta­nie, gdy usły­sze­li­śmy dzwo­ne­czek za­wie­szony nad drzwiami wej­ścio­wymi.

- To Amanda - stwier­dzi­łam, nie od­wra­ca­jąc się od okna. - Mógł­byś zro­bić jesz­cze je­den ku­bek ka­kao, kiedy ja zajmę się wy­słu­cha­niem jej naj­now­szych re­we­la­cji? - Pu­ści­łam do dziadka oko, a on uśmiech­nął się z wdzięcz­no­ścią.

Taki po­dział obo­wiąz­ków ide­al­nie mu od­po­wia­dał.

Ob­rzu­ci­łam ogród ostat­nim peł­nym tro­ski spoj­rze­niem i nie­spiesz­nie ru­szy­łam do holu. Amanda stała przed lu­strem wi­szą­cym tuż przy drzwiach i po­pra­wiała zbu­rzoną przez wiatr fry­zurę. Jej pla­ty­nowe, się­ga­jące ło­pa­tek pa­sma po­plą­tały się i wy­glą­dały jak na­ta­pi­ro­wane. Prych­nę­łam roz­ba­wiona, ścią­ga­jąc na sie­bie wście­kłe spoj­rze­nie orze­cho­wych oczu.

- Bar­dzo śmieszne, no boki zry­wać! - mruk­nęła do lu­stra. - Po co czło­wiek mar­nuje czas na ukła­da­nie fry­zury, pie­nią­dze na dro­gie ko­sme­tyki, je­śli w pięć mi­nut ja­kaś wi­chura to wszystko ob­raca wni­wecz?

- Nie prze­sa­dzaj, wy­star­czy je roz­cze­sać i znów bę­dzie ślicz­nie - zby­łam jej uty­ski­wa­nie i po­sła­łam bu­ziaka. - Zresztą tak też wy­glą­dasz pięk­nie, tylko tro­chę bar­dziej dziko.

- Dziko? - Od­su­nęła się od lu­stra i spoj­rzała na swoje od­bi­cie z więk­szą uwagą. - Może masz ra­cję? Sek­sowna dzi­ku­ska...

Uśmiech­nę­łam się do niej i ru­szy­łam do sa­lonu. Wi­dzia­łam, że dzia­dek przy­mknął drzwi do kuchni, żeby nie ku­sić losu. Cóż, Amanda po­tra­fiła być... trudna, jed­nak mnie zu­peł­nie to nie prze­szka­dzało. Zna­ły­śmy się od uro­dze­nia i nie po­tra­fi­łam wy­obra­zić so­bie ży­cia bez niej. Wi­docz­nie star­szy pan miał więk­szą wy­obraź­nię.

- Co cię spro­wa­dza, ko­chana? - za­gad­nę­łam, usa­da­wia­jąc się na so­fie i zo­sta­wia­jąc miej­sce dla przy­ja­ciółki.

- A co, nie można wpaść ot tak, bez po­wodu? - prych­nęła po­zor­nie obu­rzona, po czym do­dała: - No do­bra, przed tobą i tak nie da się ni­czego ukryć. Mam na­dzieję, że jesz­cze nikt ci nie po­wie­dział!

Wy­ra­zi­łam uprzejme zdzi­wie­nie i po­trzą­snę­łam głową. Amanda Bo­gusz miała nie­wąt­pliwy ta­lent do zdo­by­wa­nia in­for­ma­cji, więc zwy­kle jako pierw­sza przy­no­siła wszel­kie plotki. Chyba że pani bur­mistrz ja­kimś cu­dem zdo­łała ją ubiec, ale nie wi­dzia­łam Marty od kilku dni.

- Ga­zeta ma no­wego wła­ści­ciela! - wy­rzu­ciła z sie­bie pi­skli­wym gło­sem, zdra­dza­ją­cym eks­cy­ta­cję.

- Och...

- No wiesz, mi­nęło już tro­chę czasu... - do­dała to­nem uspra­wie­dli­wie­nia. - Obie wie­dzia­ły­śmy, że w końcu to na­stąpi.

- Co ta­kiego? - Dzia­dek wszedł do sa­lonu z kub­kiem ka­kao w dłoni i wy­glą­dał na za­cie­ka­wio­nego.

- Ach, dzień do­bry, Grze­go­rzu. W końcu ktoś ku­pił ga­zetę - oznaj­miła Amanda.

- Do­prawdy? Kto taki?

Dzia­dek po­sta­wił ku­bek na ła­wie i usiadł na fo­telu. Co­kol­wiek my­ślał o mo­jej przy­ja­ciółce, te­raz prze­stało mieć zna­cze­nie. Amanda była nie­mal jak słup ogło­sze­niowy i za­wsze można było li­czyć na jej cie­kaw­skość.

- I to jest wła­śnie naj­lep­sza część tej in­for­ma­cji - szep­nęła z szel­mow­skim uśmie­chem. - Dzien­ni­karz, lat czter­dzie­ści, roz­wie­dziony. I przy­stojny, je­śli wie­rzyć jego zdję­ciom na Fa­ce­bo­oku.

- Z twoją żyłką de­tek­tywa sama po­win­naś za­trud­nić się w ga­ze­cie - za­żar­to­wa­łam.

- My­ślisz? Kto wie, kto wie, może te­raz znajdę do­dat­kową mo­ty­wa­cję.

Ką­tem oka do­strze­głam uno­szące się ką­ciki ust dziadka i bez trudu wy­obra­zi­łam so­bie ko­men­tarz, jaki z całą pew­no­ścią po­ja­wił się w jego gło­wie.

- A co z Pra­linką? - za­uwa­ży­łam.

Ka­wiar­nia, którą Amanda pro­wa­dziła od kilku lat, była speł­nie­niem jej wiel­kiego ma­rze­nia. Nie po­tra­fi­łam wy­obra­zić so­bie, że się z nią roz­sta­nie.

- A co ma być? - Wzru­szyła ra­mio­nami. - In­te­res się kręci, mogę za­trud­nić do­dat­kową osobę i za­jąć się czymś in­nym. Nie jest po­wie­dziane, że wła­ści­ciel musi ob­słu­gi­wać klien­tów, prawda?

- Go­rzej, je­śli się okaże, że ten dzien­ni­karz ma pa­skudny cha­rak­ter... - za­gaił dzia­dek, na­wet nie pró­bu­jąc ukryć kpiny w gło­sie.

- Będę się mar­twić, kiedy bę­dzie ku temu po­wód - od­pa­ro­wała i się­gnęła po ka­kao. - Pyszne, Grze­go­rzu - po­chwa­liła szcze­rze. - Na pewno nie chciał­byś za­trud­nić się u mnie?

Dzia­dek ener­gicz­nie po­trzą­snął głową. Praca dla Amandy była ostat­nim, czego by chciał.

- Cie­kawe, czy nowy wła­ści­ciel utrzyma do­tych­cza­sowy ze­spół - za­sta­na­wia­łam się na głos. - Nie chcia­ła­bym, żeby Wanda, To­masz albo Ludka stra­cili pracę. Dziel­nie so­bie ra­dzili przez ostat­nie mie­siące.

Wszy­scy troje po­smut­nie­li­śmy, choć nie za­mie­rza­łam wpro­wa­dzać ta­kiego na­stroju. Nie by­łam prze­ciw­niczką zmian, jed­nak do­sko­nale wie­dzia­łam, że nie za­wsze wy­cho­dzą na do­bre, zwłasz­cza je­śli nowe ozna­czało cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo sta­rego. Nie chcia­łam, by pro­fil "Wie­ści" dra­stycz­nie się zmie­nił, choć po­wiew świe­żo­ści zde­cy­do­wa­nie by im nie za­szko­dził.

- Co ma być, to bę­dzie - za­wy­ro­ko­wał dzia­dek i wstał z fo­tela. - Pójdę po­czy­tać, Lenko, i może tro­chę się zdrzemnę. Ten wiatr nie sprzyja mo­jemu ci­śnie­niu.

Ski­nę­łam dziad­kowi głową, apro­bu­jąc wy­mówkę. Amanda ra­czej się nie do­my­śliła, że Grze­gorz ucie­kał od jej to­wa­rzy­stwa. Na­le­żała do osób nie­szcze­gól­nie wy­czu­lo­nych na uczu­cia in­nych. Wła­ści­wie rzadko kiedy by­wała wraż­liwa na ko­goś in­nego niż ona sama.

- We­dług mo­ich in­for­ma­cji Igor ma przy­je­chać już w przy­szłym ty­go­dniu - po­in­for­mo­wała mnie z eks­cy­ta­cją. - Żeby pod­pi­sać pa­piery i ode­brać lo­kal. Ty­mek koń­czy uszczel­niać in­sta­la­cje - do­dała, uprze­dza­jąc moje py­ta­nie.

- Jesz­cze go nie znasz, a już je­ste­ście na "ty"? - Uśmiech­nę­łam się po­błaż­li­wie.

- Kwe­stia czasu - rzu­ciła i siorb­nęła gło­śno ka­kao. - Bar­dzo krót­kiego czasu, moja ko­chana. Za­pa­mię­taj moje słowa: za ty­dzień pan Igor Ra­kiel bę­dzie mi jadł z ręki. Praw­do­po­dob­nie ostrygi albo ja­kiś inny afro­dy­zjak.

Za­pa­mię­ta­łam, choć moje prze­czu­cie miało na ten te­mat inne zda­nie.

3

Igor

Wy­da­wa­łoby się, że nie ma nic prost­szego niż zo­sta­wie­nie za sobą znie­na­wi­dzo­nego mia­sta, pracy, na myśl o któ­rej robi się nie­do­brze, by­łej żony i pro­ble­mów. Tak wła­śnie można by są­dzić i do­kład­nie tak uwa­ża­łem - do czasu gdy oka­zało się, że samo spa­ko­wa­nie do­bytku sta­nowi nie lada wy­czyn.

Olaf za­ofe­ro­wał mi po­moc, co ode­bra­łem jako próbę po­jed­na­nia po na­szej ostat­niej roz­mo­wie, kiedy na­zwa­łem go "oszo­ło­mem", "za­ścian­ko­wym cia­sno­gło­wem" i za­rzu­ci­łem mu wiarę w za­bo­bony. Mia­łem ku temu so­lidne pod­stawy. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łem się wów­czas od wy­zwa­nia go od idio­tów i śre­dnio­wiecz­nych ciem­nia­ków, jed­nak w porę ugry­złem się w ję­zyk.

- Mo­żesz o mnie my­śleć, co chcesz, ale są rze­czy, któ­rych nie da się tak po pro­stu wy­ja­śnić - pe­ro­ro­wał, pa­ku­jąc pa­tel­nie i garnki do kar­tonu sto­ją­cego na środku kuchni.

Ja w tym cza­sie szo­ro­wa­łem półki w szaf­kach, czego nie ro­bi­łem od... Ni­gdy tego nie ro­bi­łem.

- Tak po pro­stu może się nie da, ale lo­giką i em­pi­rią z pew­no­ścią - wy­sa­pa­łem. - Ja­kim cu­dem przez tyle lat udało ci się przede mną ukryć, że wie­rzysz w ja­kieś lu­dowe bzdury?

- Nie bzdury, tylko gu­sła - po­pra­wił mnie - i ni­gdy tego nie ukry­wa­łem. Ile razy przy­no­si­łem ci ziółka na kaca? Albo maść na nie­go­jący się trą­dzik? My­śla­łeś, że niby skąd ja to mam?

Chyba wcale o tym nie my­śla­łem, je­śli mam być szczery. Ni­gdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem. A już na pewno w ży­ciu bym nie uwie­rzył, że mój kum­pel na stu­diach di­lo­wał zio­łami. I to ta­kimi bez kan­na­bi­no­idów.

- Czym in­nym jest pi­cie her­batki z li­ści mięty, a czym in­nym od­pra­wia­nie uro­ków - od­pa­ro­wa­łem, co­raz bar­dziej zły na sie­bie.

- Ina­czej byś mó­wił, gdy­byś zo­ba­czył, jak to od­pra­wia­nie uro­ków może ci ulżyć, kiedy twoje dziecko znów za­czyna spać spo­koj­nie, a ty nie mu­sisz cho­dzić jak zom­bie.

- Olaf... - wark­ną­łem, od­wra­ca­jąc się do przy­ja­ciela. - Zio­ło­lecz­nic­two jest okej, me­dy­cyna na­tu­ralna też, ale wiara w siły nad­przy­ro­dzone jest idio­ty­zmem. To bajki dla dzieci, spo­sób na wy­ja­śnia­nie rze­czy nie­miesz­czą­cych się w cia­snych umy­słach ciem­no­grodu.

- Mogę być ciem­no­gro­dem - od­parł zu­peł­nie nie­ura­żony. - Ale to, że ist­nieją lu­dzie o nie­prze­cięt­nej in­tu­icji, po­tra­fiący po­ro­zu­mie­wać się z na­turą, ro­zu­mie­jący i wi­dzący wię­cej niż my, jest fak­tem. Wi­dzia­łem i sły­sza­łem to oso­bi­ście. Gdyby nie zna­chorka, Ka­sia mo­głaby stra­cić słuch. Ża­den świa­tły le­karz nie był w sta­nie jej po­móc. Wy­star­czył jed­nak je­den wy­jazd do Do­brego Lasu i moje dziecko w pełni od­zy­skało zdro­wie.

Jak przez mgłę przy­po­mnia­łem so­bie tę hi­sto­rię sprzed kilku lat. Córka Olafa była bar­dzo cho­ro­wi­tym dziec­kiem, zresztą już samo jej ist­nie­nie na­le­żało uznać za cud. Miała wtedy dwa, może trzy lata, prze­szła świnkę i na­gle po­ja­wiły się kło­poty ze słu­chem. La­ryn­go­lo­dzy ro­bili, co mo­gli, ale słuch nie wra­cał. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem Olafa tak za­ła­ma­nego. W kilka ty­go­dni stra­cił sporo ki­lo­gra­mów, a wraz z nimi chęć do ży­cia. Przy­kro było na niego pa­trzeć. Ba­łem się o niego, lecz nie po­tra­fi­łem po­móc. Nikt nie po­tra­fił, a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało. Aż pew­nego dnia mój przy­ja­ciel oznaj­mił, że Ka­sia zo­stała uzdro­wiona, a ja znów zo­ba­czy­łem w nim szczę­śli­wego chło­paka. Ni­gdy jed­nak nie za­da­łem so­bie trudu, żeby za­pa­mię­tać, kto za ten cud od­po­wia­dał.

- Je­stem pe­wien, że to nie było nic in­nego, tylko ja­kieś ziel­sko, które wła­ści­wie za­dzia­łało - mruk­ną­łem, się­ga­jąc po nie­zbyt prze­ko­nu­jący, na­wet w mo­ich uszach, ar­gu­ment.

- Być może - zgo­dził się po­jed­naw­czo. - A być może za­dzia­łało coś zu­peł­nie in­nego. Ja da­ro­wa­nemu ko­niowi w zęby nie za­mie­rzam za­glą­dać, za to do końca ży­cia po­zo­stanę wdzięczny.

- I masz do tego pełne prawo - przy­zna­łem. - Na­to­miast ja zro­bię wszystko, co w mo­jej mocy, żeby ci udo­wod­nić, że żadna ma­gia nie ist­nieje, a cza­row­nice, szep­tu­chy i im po­dobne to zwy­czajne oszustki, zna­jące się do­brze na ro­śli­nach.

- Brzmisz jak oświe­ce­niowy ra­cjo­na­li­sta - sko­men­to­wał Olaf i za­mknął kar­ton. - Ale do­brze, niech ci bę­dzie, Igorku. Pro­po­nuję za­kład.

- A ty wresz­cie brzmisz jak mój przy­ja­ciel - po­chwa­li­łem i ob­da­rzy­łem go sze­ro­kim uśmie­chem. - Co ma być jego przed­mio­tem i o ja­kiej stawce mó­wimy?

- Je­śli uda ci się po­zo­stać scep­tycz­nym i ani tro­chę nie uwie­rzysz w ma­gię, po­znaw­szy zna­chorkę, przy­znam się pu­blicz­nie do by­cia za­bo­bon­nym idiotą.

Gwizd­ną­łem z uzna­niem. Za­stępca na­czel­nego naj­więk­szej ogól­no­pol­skiej ga­zety in­for­ma­cyj­nej przy­zna­jący się do by­cia idiotą? No, no...

- A je­śli... bę­dzie ina­czej?

- Je­śli uwie­rzysz w to, że jest coś po­nad ludzki ro­zum, na­pi­szesz o tym ar­ty­kuł. - Pod­niósł rękę na wi­dok mo­ich otwie­ra­ją­cych się ust. - I przy­znasz w nim, że ist­nieje ma­gia lu­dowa, że szep­tu­chy są współ­cze­snymi cza­row­ni­cami, i ku­pisz mo­jemu dziecku naj­więk­szy ze­staw Lego Friends.

Mil­cza­łem przez chwilę, kal­ku­lu­jąc w my­ślach, ile mu­siał­bym wy­dać na te nie­szczę­sne klocki, w końcu jed­nak wy­cią­gną­łem rękę.

- Do­bra, Oluś - rzu­ci­łem z kpiną. - Szy­kuj się na pu­bliczną chło­stę.

- Żadne chiń­skie pod­róby, Igorku, pa­ra­gon ze sklepu Lego ma być. - Uśmiech­nął się pro­mien­nie i uści­snął moją dłoń.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki