6. ZNACHOR: OBRAZ PRZESZŁOŚCI BLISKI WSPÓŁCZESNOŚCI
NIECZYSTY OBRAZ
"Uważam, że pięknie efekt pracy pionu charakteryzacji pokazał operator Tomasz Augustynek. Wygrał tę scenę lekkim cieniem, trochę z boku. Jestem bardzo zadowolona z efektu" - cieszy się Ewa Szwed. "Stworzenie takiego świata to jest sama przyjemność!" - mówi Augustynek. Zaznacza jednak przy tym, że na efekt trzeba było zapracować odpowiednimi koncepcjami. "Musieliśmy sobie przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób ten świat pokazać widzowi. Tak, żeby opowiadać współczesnym językiem, ale jednocześnie przyprószyć go pewną patyną. Kręciliśmy kamerą cyfrową, ale nie chcieliśmy, żeby obraz był zupełnie wyczyszczony, bo przez 125 lat historii kina widz przyzwyczaił się do tego, że kino historyczne wygląda inaczej. Przygotowaliśmy swój oryginalny LUT, czyli korekcję barw, kontrastu i faktury obrazu, która nadawała specyficzny charakter już w trakcie zdjęć i ułatwiała postprodukcję".
Równie ważne było pytanie, jak oświetlać plan zdjęciowy. "Pamiętam, że Tomek przejmował się pogodą, a potem sam przyznał, że zawsze towarzyszyło nam słońce. To był kolejny aspekt logistyki i planowania produkcji" - wspomina producentka Magdalena Szwedkowicz. A operator tłumaczy: "Przełom lat 20. i 30. to był taki okres, kiedy postępowała już w Polsce elektryfikacja nawet na wsi. Jeśli był w niej młyn, to zazwyczaj już miał prądnicę, która mogła wytwarzać prąd dla samego młyna i okolicznych domów. Większość wsi używała lamp naftowych. W miastach nie zniknęły jeszcze latarnie gazowe. Świadomość tego pozwoliła nam na dość swobodne żonglowanie światłem, bo nie byliśmy związani tylko świeczkami i lampami naftowymi".
NUTKA WYPEŁNIONA MIŁOŚCIĄ
Właściwie dopracowana strona wizualna to coś, co pozwala widzowi zagłębić się w świecie z przeszłości. Ale Magdalena Szwedkowicz nie ma wątpliwości, że ta podróż jest pełna tylko wtedy, kiedy idzie w parze z właściwą muzyką. "Stworzył ją Paweł Lucewicz, dla którego nasz film był najważniejszym muzycznym projektem, co często podkreśla. Praca nad muzyką była bardzo intensywna, i o tym, co zrobił Paweł, naprawdę trzeba mówić. To człowiek o wielkim talencie. Muzyka, którą stworzył, jest pełna emocji. Kiedy grała orkiestra, wyraźnie było słychać, że każda nutka jest wypełniona miłością do tego filmu" - mówi producentka.
"Nie ukrywam, że czułem powagę zadania, które przede mną postawiono" - przyznaje kompozytor. Długo zastanawiał się, w jaki sposób podejść do partytur ilustrujących Znachora. "W pierwszym okresie pracy nad muzyką, nazwijmy go "koncepcyjnym", pojawiła się nawet przez chwilę myśl, aby muzycznie zilustrować film zupełnie nowoczesnymi środkami. Pozostaliśmy jednak wierni gatunkowej, szerokiej instrumentacji z melodyjnymi tematami muzycznymi. Powstała muzyka, która poza swoją funkcją w filmie, pozwoliła mi wyrazić swój sentyment do starego kina. Nie ukrywam, że kompozycja tych wszystkich emocjonalnych tematów i zaznaczenie lirycznej relacji między bohaterami to był raj dla kompozytora".
WSPÓŁGRAJĄCE ŚWIATY
Kompozytor sięgnął również po muzykę ludową, która ilustruje partie filmu rozgrywające się na wsi. "Zależało nam bardzo, aby w muzykę ilustracyjną wpleść elementy folkloru z regionu, w którym dzieje się akcja filmu. Kiedy po raz pierwszy w szerokim planie widzimy Znachora idącego z tyczką przez pole, towarzyszy mu mazowiecka pieśń Lipeńka, wykonywana przez zespoł Svahy. Białym głosom wyśpiewującym słowa pieśni, wtóruje oszczędny, ale intensywny akompaniament filmowej orkiestry. Połączenie tych dwóch, pozornie odległych muzycznie światów przyniosło bardzo interesujący efekt" - tłumaczy kompozytor. Lucewicz postawił na lejtmotyw, który rozbrzmiewa, gdy Znachor poszukuje swojej córki. "W filmie funkcjonuje kilka ważnych tematów muzycznych. Wśród nich najczęściej chyba powracającym jest motyw opisujący relację ojca z córką. W partyturze postać Znachora ma swoje odzwierciedlenie w partiach fletu basowego, natomiast muzycznym alter ego Marysi jest rożek angielski. Dźwięki tych dwóch instrumentów to pierwsze dźwięki, które w ogóle słyszymy w filmie - muzyczny dialog ojca z córką. W dalszej części filmu odnoszę się do tego właśnie motywu, jako echa zamglonych wspomnień i ich relacji, której bohaterowie nie są przecież świadomi" - wyjaśnia autor muzyki. Pomysł chwali Leszek Lichota: "Profesor Wilczur nuci ten utwór swojej córce, gdy jest mała, a potem, gdy Marysia jest już dorosła, gra go na pianinie. To od razu uruchamia w nas emocje. Budzą się wspomnienia, ta melodia od razu coś uruchamia".
Paweł Lucewicz zdradza też, jak powstała scena w żydowskiej austerii, w której Marysia siada do pianina i czaruje wszystkich swoich występem. "Mam w pracowni stare, cudne duńskie pianino, które specjalnie nie było strojone przez kilka miesięcy tylko po to, żeby mogło zagrać w Znachorze. Na tym właśnie instrumencie wykonane zostały partie, które słyszymy w scenach Marysi grającej na pianinie".
BĘDĘ PAMIĘTAĆ NA ŁOŻU ŚMIERCI!
Maria Kowalska zdradza, że długo się przygotowywała do roli. "Pracując nad rolą Marysi, długo uczyłam się na pianinie grać jej utwór. Ta umiejętność na pewno mi zostanie. Nauczenie się tego było dla mnie dużym wyzwaniem, ale cieszę się, bo to mi dało zupełnie inne spojrzenie też na ten instrument" - przyznaje aktorka, która musiała także opanować długi monolog po francusku - mówi go w scenie po wypadku w tartaku. "Nie mówię w tym języku, uczyłam się więc tego monologu fonetycznie. Musiałam go umieć mówić bez zastanowienia, bo wiedziałam, że na planie przyjdą emocje. Wykułam go tak, że nawet na łożu śmierci będę w stanie go wyrecytować!" - śmieje się Kowalska.
Jakie wspomnienia z planu zabiorą ze sobą inni członkowie ekipy? "Kiedy słyszę tytuł Znachor, czuję w sercu taki pozytywny ścisk. Jestem osobą, która podchodzi do wszystkiego z biznesowego punktu widzenia. Zależy mi po prostu na tym, żeby coś zostało zrobione dobrze. Ale w tym przypadku mam w sobie mnóstwo emocji. Reżyser Michał Gazda powiedział, że ma tak samo. W mojej dość długiej karierze, to właśnie ten projekt zajmuje szczególne miejsce. Jest dla mnie najważniejszy spośród wszystkich, w których brałam udział" - mówi producentka Magdalena Szwedkowicz.
LICHOTA PODNOSI WÓZ
Leszkowi Lichocie bardzo zapadło w pamięć kręcenie sceny z wozem. "Sam mieszkam poza miastem, w lesie, bardzo lubię ciszę i spokój oraz kontakt z naturą. Kręcąc sceny wiejskie, czułem się więc cudownie. Tylko że trzeba było pokazać na ekranie siłę faceta, w którego się wcielam, więc wymyślono, żeby on podniósł przewrócony wóz. Zaproponowałem, że spróbuję sam to zrobić, bez pomocy kaskadera czy techniki. No i mi się udało. Tylko że zapomniałem, że trzeba będzie jeszcze nakręcić kilka dubli. Udał mi się ten wyczyn trzy razy. Miałem szczęście, że kręgosłup mi nie pękł" - śmieje się aktor.
A co zapamięta Anna Szymańczyk? "Na pewno kręcenie sceny, wymyślonej przez Leszka Lichotę, w której moja bohaterka podgląda go, kiedy się kąpie w rzece" - mówi aktorka. Lichota przyznaje, że chodziło mu o to, żeby odwrócić typową dla kina perspektywę i pokazać nie roznegliżowaną kobietą, której przygląda się mężczyzna, tylko odwrotnie. Wyzwanie polegało na tym, że aktor musiał wejść do lodowatej wody i bez drgnienia oblewać się nią. "Prawda jest taka, że był wtedy upalny dzień, było ponad 30 stopni Celsjusza, każdy więc marzył o tym, żeby być na moim miejscu i do tej zimnej wody wskoczyć. Wszyscy patrzyli na mnie z zazdrością!" - śmieje się Leszek Lichota.
WYJĄTKOWO TWÓRCZY ZESPÓŁ
Cała ekipa chwali zaangażowanie aktora w proces powstawania Znachora. Chodzi nie tylko o fizyczną transformację, ale też o wnoszenie do produkcji pomysłów, jak jeszcze lepiej dookreślić jego bohatera. "Miałem przy tym projekcie okazję współpracować z takimi twórcami, którzy słuchają, szanują głos innych. Chcą, żeby współuczestniczyć w procesie tworzenia. Wszyscy tutaj mocno zaangażowaliśmy się w ten projekt i każdemu zależało na dobrym efekcie. Czasami robiliśmy burzę mózgów, a czasami komuś po prostu wpadł do głowy jakiś dobry pomysł. Oczywiście, nie każdy z tych pomysłów wchodził - moje też nie - ale najważniejsze jest to, że pracowaliśmy w takim składzie, że nikt nie bał się o tych pomysłach mówić głośno" - dodaje aktor.
Również Magdalena Szwedkowicz mówi, że trafiła na zespół wyjątkowo otwartych i twórczych ludzi. "Jestem szczęśliwa i bardzo wdzięczna, że wspólnie z nimi mogłam stworzyć tak piękny film. Rozpiera mnie duma, bo uwierzyli w ten projekt tak bardzo jak ja - tylko dlatego udało nam się go zrealizować. Dla mnie zawsze najważniejsi są ludzie. Miłość do projektu, która w tym przypadku jest tak widoczna, sprawiła mi wiele radości. Nikogo nie trzeba było do niego przekonywać, a z tym bywa różnie. W pracy spotykasz bardzo różnych ludzi, o odmiennych temperamentach i motywacjach. W tym przypadku każdy zastanawiał się, co będzie najlepsze dla filmu, i to było niesamowite. Oczywiście to nie moja zasługa. To zespół. Jestem dumna z naszej współpracy i z tego, że wszystko się udało".
Autor: Artur Zaborski