W sali operacyjnej panowała
zupełna cisza. Z rzadka przerywał ją ostry krótki brzęk metalowych
narzędzi chirurgicznych na szklanej płycie. Powietrze nagrzane do
trzydziestu siedmiu stopni Celsjusza przenikał słodkawy zapach
chloroformu i surowa woń krwi, które przenikając przez respiratory
napełniały płuca nieznośną mieszaniną.
Jedna z sanitariuszek zemdlała w kącie sali, lecz nikt z
pozostałych nie mógł odejść od stołu operacyjnego, by ją ocucić.
Trzej asystujący lekarze nie spuszczali czujnego wzroku z otwartej
czerwonej jamy, nad którą poruszały się wolno i zdawało się
niezgrabnie wielkie ręce profesora Wilczura.
Każdy najmniejszy ruch tych rąk trzeba było zrozumieć
natychmiast. Każde mrugnięcie wydobywające się od czasu do czasu
spod maski zawierało dyspozycję zrozumiałą dla asystentów i
wykonywaną w mgnieniu oka. Szło przecie nie tylko o życie pacjenta,
lecz i o coś znacznie ważniejszego, o udanie się tej szaleńczej,
beznadziejnej operacji, która stać się mogła nowym wielkim tryumfem
chirurgii i przynieść jeszcze większą sławę nie tylko jego lecznicy
i uczniom, lecz całej nauce polskiej.
Profesor Wilczur operował wrzód na sercu. Trzymał je oto w
lewej dłoni i rytmicznym ruchem palców masował nieustannie, gdyż
wciąż słabło. Przez cienką gumową rękawiczkę czuł każde drgnięcie,
każdy lekki bulgot, gdy zastawki odmawiały posłuszeństwa, i
drętwiejącymi palcami zmuszał je do pracy. Operacja trwała już
czterdzieści sześć minut... Czuwający nad pulsem dr Marczewski już
po raz szósty zanurzał pod skórą pacjenta igłę szprycki z kamforą i
atropiną.
Prawa ręka profesora Wilczura raz po raz połyskiwała krótkimi
ruchami lancetów i łyżek. Na szczęście wrzód nie sięgał głęboko w
mięsień sercowy i ukształtował się płytkim prawidłowym stożkiem.
Życie tego człowieka było do uratowania. Oby wytrzymał jeszcze
osiem, dziewięć minut.
- A jednak nikt z nich nie odważył się? - chełpliwie pomyślał
profesor.
Tak, nikt, żaden chirurg ani w Londynie, ani w Paryżu, w
Berlinie, czy w Wiedniu. Przywieźli go do Warszawy, wyrzekając się
i sławy i olbrzymiego wynagrodzenia. A to wynagrodzenie to
dobudowanie nowego pawilonu lecznicy i coś ważniejszego, bo podróż
Beaty z małą na Wyspy Kanaryjskie. Na całą zimę. Ciężko będzie bez
nich, ale zrobi to im doskonale. Nerwy Beaty w ostatnich
czasach...
Sinawo-różowawa poduszka płuca wzdęła się spazmatycznym
oddechem i skurczyła się nagle. Raz, drugi, trzeci. Kawałek żywego
mięsa w lewej dłoni profesora zadygotał. Z małej ranki na fioletową
błonę spłynęło kilka kropel krwi. W oczach wszystkich obecnych
zamigotało przerażenie. Rozległ się cichy syk tlenu, a igła z
zastrzykiem wnikła znowu pod skórę chorego. Grube palce profesora
ściskały się i otwierały rytmicznie.
Jeszcze kilka sekund i ranka była oczyszczona. Cieniutka nić
chirurgiczna miała teraz dokonać dzieła. Jeden, drugi, trzeci szew.
To było wprost nie do uwierzenia, że te ogromne ręce zdolne są do
takiej precyzji. Ostrożnie złożył serce i przez chwilę wpatrywał
się w nie uważnie. Pęczniało i wiotczało nierównym tempem, ale
niebezpieczeństwo już minęło. Wyprostował się i dał znak. Z płacht
sterylizowanych płócień dr Skórzeń wydobył wypiłowaną część klatki
piersiowej. Jeszcze kilka niezbędnych zabiegów i profesor
odetchnął. Reszta należała już do asystentów. Mógł im w zupełności
zaufać. Wydał kilka dyspozycyj i przeszedł do ubieralni.
Z rozkoszą odetchnął tu normalnym powietrzem, zdjął respirator,
rękawiczki, fartuch i kitel zabryzgane krwią i przeciągnął się.
Zegar wskazywał drugą trzydzieści pięć. Znowu spóźniał się na
obiad. I to w taki dzień. Beata wprawdzie wie, jak ważną ma dziś
operację, ale niewątpliwie spóźnienie w takim dniu sprawi jej dużą
przykrość. Umyślnie wychodząc z rana z domu, niczym po sobie nie
dał poznać, że pamięta tę datę: ósma rocznica ich ślubu. Ale Beata
wiedziała, że zapomnieć nie mógł. Co roku tego dnia otrzymywała
jakiś piękny prezent, co roku piękniejszy i co roku droższy, w
miarę jak rosła jego sława i jego majątek. I teraz już na pewno w
gabinecie na parterze jest nowy. Kuśnierz musiał już rano
przysłać...
Profesor spieszył się i przebrał szybko. Musiał jednak zajrzeć
jeszcze do dwóch chorych na drugim piętrze i do pacjenta
operowanego przed chwilą. Czuwający przy nim dr Skórzeń
zaraportował krótko:
- Temperatura trzydzieści pięć i dziewięć, ciśnienie sto
czternaście, puls bardzo słaby z lekkim nierównym biciem serca
sześćdziesiąt do sześćdziesięciu sześć.
- Dzięki Bogu - uśmiechnął się doń profesor.
Młody lekarz obrzucił wzrokiem pełnym uwielbienia ogromną
niedźwiedziowatą postać szefa. Był jego słuchaczem na
Uniwersytecie. Pomagał mu w przygotowaniu materiałów do jego dzieł
naukowych, póki jeszcze profesor pracował naukowo, odkąd zaś
otworzył własną lecznicę, dr Skórzeń znalazł tu dobrą pensję i duże
pole pracy. Może żałował w duchu, że szef wyrzekł się tak nagle
ambicyj uczonego, że ograniczył się do belferki uniwersyteckiej i
do robienia pieniędzy, ale nie mógł go z tej racji mniej cenić.
Wiedział przecie, jak i wszyscy w Warszawie, że profesor nie robił
tego dla siebie, że pracował niczym niewolnik, że nigdy nie zawahał
się wziąć na siebie odpowiedzialności, a często dokazywał takich
cudów jak dziś.
- Pan jest geniuszem, profesorze - powiedział z
przekonaniem.
Profesor Wilczur zaśmiał się swoim niskim dobrodusznym
śmiechem, który takim spokojem i ufnością napełniał jego
pacjentów?
- Bez przesady, kolego, bez przesady? I wy do tego dojdziecie.
Ale przyznam, że jestem kontent. W razie czego każcie dzwonić do
mnie. Chociaż sądzę, że obejdzie się bez tego. I wolałbym, bo mam
dziś... święto domowe. Już tam pewno dzwonili, że obiad się
przysmali...
I profesor nie mylił się. W jego gabinecie już kilka гаzу
odzywał się telefon.
- Proszę zawiadomić pana profesora - mówił lokaj - by jak
najprędzej wracał do domu.
- Pan profesor jest na sali operacyjnej - za każdym razem z
jednakową flegmą odpowiadała sekretarka, panna Janowiczówna.
- Cóż to tak szturmują u licha!? - odezwał się wchodząc
naczelny lekarz dr Dobraniecki.
Panna Janowiczówna przekręciła wałek w maszynie i wyjmując
gotowy list, powiedziała:
- Dziś rocznica ślubu profesorostwa. Zapomniał pan? Ma pan
przecie zaproszenie na bal.
- Ach, prawda. Spodziewam się niezłej zabawy... Jak zawsze, u
nich będzie wyśmienita orkiestra, luksusowa kolacja i najlepsze
towarzystwo.
- Zapomniał pan, o dziwo, o pięknych kobietach - zauważyła
ironicznie.
- Nie zapomniałem. Skoro pani tam będzie... - odciął się.
Na chude policzki sekretarki wystąpił rumieniec:
- Nie dowcipne - wzruszyła ramionami. - Choćbym była
najpiękniejsza, nie liczyłabym na pańską uwagę.
Panna Janowiczówna nie lubiła Dobranieckiego. Podobał się jej
jako mężczyzna, bo istotnie był bardzo przystojny z tym orlim nosem
i wysokim dumnym czołem, wiedziała, że jest świetnym chirurgiem, bo
sam profesor powierzał mu najtrudniejsze operacje i przeforsował go
na stanowisko docenta, uważała go jednak za zimnego karierowicza,
polującego na bogate małżeństwo, a poza tym nie wierzyła w jego
szczerość dla profesora, któremu przecie wszystko zawdzięczał.
Dobraniecki był dość subtelny, by wyczuć tę niechęć. Ponieważ
jednak miał zwyczaj nie narażać sobie nikogo, kto mógłby mu w
czymkolwiek zaszkodzić, odezwał się pojednawczo, wskazując na
stojące przy biurku pudło:
- Sprawiła pani już nowe futro? Widzę pudło od Porajskiego.
- Nie stać mnie w ogóle na Porajskiego, a zwłaszcza na takie
futro.
- Aż "takie"?
- Niech pan zajrzy. Czarne sobole.
- Fiu... fiu. Dobrze się powodzi pani Beacie.
Pokiwał głową i dodał:
- Przynajmniej materialnie.
- Co pan przez to rozumie?
- Nic.
- Wstydziłby się pan - wybuchła. - Takiego męża i tak
kochającego mogłaby pozazdrościć jej każda kobieta.
- Zapewne.
Panna Janowiczówna przeszyła go gniewnym wzrokiem.
- Ma wszystko, o czym kobieta może marzyć! Ma młodość, urodę,
cudną córeczkę, sławnego i powszechnie uwielbianego męża, który
pracuje dniami, nocami, by zapewnić jej wygody zbytki, znaczenie w
świecie. I upewniam pana, doktorze, że ona to umie ocenić!
- I ja nie wątpię - skinął lekko głową - tylko wiem, że kobiety
najwyżej cenią...
Nie dokończył, gdyż do gabinetu wpadł dr Bang i zawołał:
- Zdumiewające! Udało się! Będzie żył!
Z entuzjazmem zaczął opowiadać przebieg operacji, przy której
asystował.
- Jeden tylko nasz profesor mógł się porwać na to!... Pokazał,
co umie - zawołała panna Janowiczówna.
- No, nie przesadzajmy - odezwał się dr Dobraniecki. - Moi
pacjenci nie zawsze są lordami i milionerami, może nie zawsze mają
sześćdziesiątkę, ale historia zna cały szereg pomyślnych operacyj
serca. Nawet historia naszej medycyny. Warszawski chirurg dr
Krajewski taką właśnie operacją zdobył światowy rozgłos. A było to
trzydzieści lat temu!
W gabinecie zebrało się jeszcze kilka osób z personelu lecznicy
i gdy po chwili zjawił się profesor, zasypano go gratulacjami.
Słuchał ich z uśmiechem zadowolenia na swojej czerwonej
wielkiej twarzy, lecz wciąż rzucał okiem na zegarek. Minęło jednak
dobrych dwadzieścia minut, zanim znalazł się na dole w swoim dużym
czarnym samochodzie.
- Do domu - rzucił szoferowi i rozsiadł się wygodnie.
Znużenie mijało szybko. Był zdrów i silny, a chociaż dzięki
swojej tuszy wyglądał nieco starzej, miał przecież tylko
czterdzieści trzy lata, a czuł się jeszcze młodszym. Czasami po
prostu jak smarkacz. Przecie umiał z małą córeczką Mariolą
koziołkować na dywanie lub bawić się w chowanego nie tylko dla jej
przyjemności, ale i dla własnej.
Beata nie chciała tego zrozumieć i gdy przyglądała się mu w
takich chwilach, miała w wyrazie oczu coś jakby zażenowanie i
obawę?
- Rafale - mówiła - gdyby cię tak zobaczono!
- Może zaangażowanoby mnie wówczas do cyrku - odpowiadał ze
śmiechem.
A w gruncie rzeczy robiło mu się w takich chwilach trochę
przykro. Beata niewątpliwie była najlepszą żoną na świecie. Na
pewno go kochała. Dlaczego jednak odnosiła się doń z tym
niepotrzebnym szacunkiem, z jakąś jakby czcią? W jej dbałości i
pieczołowitości było coś z liturgii. W pierwszych latach
przypuszczał, że się go boi i robił wszystko, by to usunąć.
Opowiadał o sobie najkomiczniejsze rzeczy, zwierzał się jej ze
swoich omyłek, niezaszczytnych przygód studenckich, starał się
wyrugować z jej główki najmniejszą myśl o tym, że nie są zupełnie
równi. Przeciwnie, na każdym kroku podkreślał, że żyje tylko dla
niej, że pracuje tylko dla niej i że tylko przez nią jest
szczęśliwy. Zresztą była to szczera prawda.
Kochał Beatę do szaleństwa i wiedział, że ona odpłaca mu równą
miłością, chociaż cichą i mniej impulsywną. Zawsze była taka
pastelowa i delikatna, jak kwiat. Zawsze miała dlań uśmiech i dobre
słowa. I myślałby, że nie potrafi być inna, gdyby nie to, że
widział ją nieraz rozbawioną, wybuchającą raz po raz głośnym
śmiechem, żartobliwą i zalotną, ilekroć otaczało ją towarzystwo
młodzieży i ilekroć nie wiedziała, że on na nią patrzy. Na głowie
stawał, by przekonać ją, że jest bardziej od innych, od
najmłodszych gotów do takiej beztroskiej zabawy - na próżno.
Wreszcie z biegiem czasu pogodził się z tym, wyperswadował sobie
pretensje do dalszego spotęgowania i tak olbrzymiego swego
szczęścia.
I tak przyszła ósma rocznica ich ślubu, ósma rocznica wspólnego
życia nie zakłóconego ani razu najmniejszą sprzeczką,
najdrobniejszym sporem, czy bodaj cieniem nieufności, za to ileż
razy rozświetlonego tysiącem chwil i godzin radości, pieszczot,
zwierzeń...
Zwierzeń. Właściwie tylko on się jej zwierzał ze swych uczuć,
myśli, planów. Beata nie umiała tego, lub też jej życie wewnętrzne
było zanadto jednolite, zanadto proste... Może zanadto - Wilczur
skarcił siebie samego za to określenie - zanadto ubogie. Uważał, że
uwłacza to Beacie, że ją skrzywdził, tak o niej myśląc. Jeżeli
jednak było tak naprawdę, tym większa tkliwość napełniała jego
serce.
- Ogłuszam ją - mówił do siebie, oszołomiam sobą. Jest taka
inteligentna i tak subtelna. Stąd drażliwość i obawa, by nie okazać
mi, że jej sprawy są drobne, codzienne, pospolite.
Doszedłszy do takiego wniosku starał się wynagrodzić jej tę
krzywdzącą nierówność. Wnikał z największą uwagą i z przejęciem w
szczególiki domowe, interesował się jej strojami, perfumami,
podchwytywał każde słówko projektów towarzyskich czy dotyczących
pokoju dziecinnego i rozważał je z takim zajęciem, jakby chodziło o
kwestie naprawdę ważne.
Bo i były dlań ważne, ważniejsze ponad wszystko, skoro wierzył,
że szczęście należy pielęgnować z największą troskliwością, skoro
rozumiał, że te nieliczne wyrwane z pracy godziny, które może
Beacie poświęcić, musi napełnić jak najintensywniejszą treścią, jak
największym ciepłem...
Auto stanęło przed piękną białą willą, niewątpliwie
najładniejszą w całej Alei Bzów, a jedną z najelegantszych w
Warszawie.
Profesor Wilczur wyskoczył nie czekając, aż szofer otworzy
drzwiczki, wziął z jego rąk pudło z futrem, szybko przebiegł
chodnik i dróżkę, własnym kluczem otworzył drzwi i zamknął je jak
najciszej za sobą. Chciał Beacie zrobić niespodziankę, którą ułożył
sobie jeszcze przed godziną, gdy stał pochylony nad otwartą klatką
piersiową operowanego człowieka.
W przedsionku jednak zastał Bronisława i starą gosposię
Michałową. Widocznie Beata nie była w dobrym humorze z powodu jego
spóźnienia, gdyż mieli miny przeciągnięte i widocznie nań czekali.
Profesorowi psuło to plany i ruchem ręki kazał się im wynosić.
Pomimo to Bronisław odezwał się:
- Panie profesorze...
- Csss!... - przerwał mu Wilczur i marszcząc brwi dodał szeptem -
weź palto!
Służący znowu chciał coś powiedzieć, lecz tylko poruszył ustami
i pomógł profesorowi rozebrać się.
Wilczur prędko otworzył pudło, wyjął zeń piękne palto z
czarnego lśniącego futra o długim jedwabnym włosie, narzucił je
sobie na ramiona, na głowę włożył zawadiacko kołpaczek z dwoma
filuternie zwisającymi ogonkami, na rękę wsunął mufkę i z
rozradowanym uśmiechem przejrzał się w lustrze: wyglądał
arcykomicznie.
Rzucił okiem na służbę, by sprawdzić wrażenie, lecz we wzroku
gosposi i lokaja było tylko zgorszenie.
- Głuptasy - pomyślał.
- Panie profesorze... - zaczął znowu Bronisław, a Michałowa
zadreptała na miejscu.
- Milczcie, do licha - szepnął i wymijając ich, otworzył drzwi
do salonu.
Spodziewał się zastać Beatę z córeczką albo w różowym pokoju
albo w buduarze.
Przeszedł sypialnię, buduar, dziecinny. Nie było ich. Zawrócił
i zajrzał do gabinetu. I tu było pusto. W otwartych drzwiach do
jadalni stała pokojówka. Miała twarz zapłakaną i zapuchnięte
oczy.
- Gdzie jest pani? - zapytał zaniepokojony.
Dziewczyna w odpowiedzi wybuchła łkaniem.
- Co to jest? co się stało?! - zawołał, już nie hamując głosu.
Przeczucie jakiegoś nieszczęścia chwyciło go za gardło.
Gospodyni i Bronisław wsunęli się cicho do jadalni i stali w
milczeniu. Powiódł po nich przerażonym spojrzeniem i krzyknął
rozpaczliwie:
- Gdzie jest pani?!
Nagle wzrok jego zatrzymał się na stole. Przy jego nakryciu
oparty o wysmukły kryształowy kieliszek stał list. Bladoniebieska
koperta z wysrebrzonymi brzeżkami.
Serce skurczyło się mu gwałtownie, w głowie zawirowało. Jeszcze
nie rozumiał, jeszcze nic nie wiedział. Wyciągnął rękę i wziął
list, który wydał mu się sztywny i martwy. Przez chwilę trzymał go
w palcach. Na kopercie adresowanej do niego poznał charakter pisma
Beaty. Duże kanciaste litery.
Otworzył i zaczął czytać:
"Drogi Rafale! Nie wiem, czy zdołasz wybaczyć mi kiedykolwiek
to, że odchodzę..."
Wyrazy zaczęły drgać i wirować przed oczami. W płucach zabrakło
powietrza, na czole wystąpiły krople potu.
- Gdzie ona jest - krzyknął zdławionym głosem - gdzie ona
jest?!!
I potoczył wzrokiem dokoła.
- Pani odjechała z panienką - wybąkała cicho gosposia.
- Kłamiesz! - ryknął Wilczur - To nieprawda!
- Sam sprowadziłem taksówkę - przyświadczył rzetelnym tonem
Bronisław, a po chwili dodał: - i walizki znosiłem. Dwie
walizki...
Profesor zataczając się wyszedł do sąsiedniego gabinetu,
zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Próbował czytać dalej
list, lecz minęło sporo czasu zanim potrafił zmusić się do
zrozumienia treści. List brzmiał tak:
"Nie wiem, czy zdołasz wybaczyć mi kiedykolwiek to, że
odchodzę. Postępuję podle, wypłacając Ci się tą krzywdą za Twoją
wielką dobroć, której nigdy nie zapomnę. Ale dłużej zostać nie
mogłam. Przysięgam Ci, że miałam tylko jedno inne wyjście: śmierć.
Jestem jednak tylko słabą kobietą. Nie umiałam zdobyć się na
bohaterstwo. Już od wielu miesięcy walczyłam z tą myślą. Może nigdy
nie będę szczęśliwa, może nigdy nie zaznam spokoju.
"Piszę chaotycznie, lecz trudno mi zebrać myśli. Dziś rocznica
naszego ślubu. Wiem, żeś przygotował, drogi Rafale, jakiś podarek
dla mnie. Byłoby to nieuczciwe, gdybym przyjęła go od Ciebie teraz,
gdy już nieodwołalnie postanowiłam odejść.
"Pokochałam, Rafale. I ta miłość silniejsza jest ode mnie.
Silniejsza od wszystkich uczuć, jakie żywię i zawsze żywiłam dla
Ciebie, od bezgranicznej wdzięczności do najgłębszego szacunku i
podziwu, od szczerej życzliwości do przywiązania. Niestety, nie
kochałam Cię nigdy, lecz dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy
na swojej drodze spotkałam Janka.
"Odjeżdżam daleko i miej nade mną miłosierdzie: nie szukaj
mnie! Błagam, ulituj się nade mną! Wiem, że jesteś wielkoduszny i
nadludzko dobry. Nie proszę Cię, Rafale, o przebaczenie. Nie
zasłużyłam na nie i zdaję sobie sprawę z tego, że masz prawo
nienawidzieć mnie i pogardzać mną.
"Nigdy nie byłam godna Ciebie. Nigdy nie sięgałam do Twego
poziomu. Sam o tym wiesz aż nadto dobrze i jedynie Twojej dobroci
przypisuję to, żeś zawsze starał się nie okazać mi tego, co jednak
było ponad wszelką miarę dla mnie poniżające i dręczące. Otoczyłeś
mnie zbytkiem i ludźmi swego świata. Zasypywałeś mnie cennymi
prezentami. Ale ja widocznie nie byłam stworzona do takiego życia.
Męczył mnie i wielki świat i bogactwo i twoja sława i - moja nicość
przy tobie.
"Teraz świadomie idę w nowe życie, gdzie może czeka mnie
ostateczna bieda, a w każdym razie ciężka walka o każdy kawałek
chleba. Ale walkę tę toczyć będę obok i razem z człowiekiem,
którego bezbrzeżnie kocham. Jeżeli swoim czynem nie zabijam
szlachetności Twego serca, jeżeli potrafisz, zaklinam Cię, zapomnij
o mnie! Na pewno wkrótce odzyskasz spokój, jesteś przecie taki
mądry, na pewno spotkasz inną, stokroć lepszą ode mnie. Życzę Ci z
całej duszy szczęścia, które i ja w pełni odzyskam, gdy dowiem się,
że Tobie dobrze.
"Zabieram Mariolę, bo bez niej nie potrafiłabym przeżyć jednej
godziny. Sam to wiesz najlepiej. Nie myśl, że chcę ograbić Cię z
tego największego skarbu, który jest naszą wspólną własnością. Po
kilku latach, gdy już oboje spokojnie będziemy mogli spojrzeć w
przeszłość, odezwię się do Ciebie.
"Żegnaj, Rafale. Nie posądzaj mnie o lekkomyślność i nie łudź
się, że cokolwiek może wpłynąć na zmianę mojego postanowienia. Nie
odstąpię od niego, gdyż wolałabym raczej śmierć. Nie umiałam Cię
okłamywać i wiedz, że byłam Ci wierna do końca. Żegnaj, miej litość
i nie staraj się mnie odnaleźć.
Beata.
P. S. Pieniądze i całą biżuterię zostawiam w kasie, klucz od
kasy włożyłam do skrytki w Twoim biurku. Zabieram z sobą tylko
rzeczy naszej córki.
Profesor Wilczur opuścił rękę z listem i przetarł oczy. Za
chwilę, jakby niedowierzając sobie, zaczął czytać list od nowa.
Cios spadł nań tak nieoczekiwanie, że wciąż wydawał mu się
czymś nierzeczywistym, jakąś dopiero groźbą, czy ostrzeżeniem.
Czytał:
...niestety, nie kochałam Cię nigdy...
A dalej:
...męczył mnie i wielki świat i bogactwo i twoja sława...
- Jakże to tak? - jęknął. - Dlaczego?... Dlaczego?...
Na próżno usiłował zrozumieć wszystko. W jego świadomości było
tylko to: odeszła, porzuciła go, zabrała dziecko, kocha innego.
Żaden z motywów nie docierał do jego mózgu. Widział tylko nagi
fakt, dziki, nieprawdopodobny, straszny.
Na dworze zaczynał się wczesny jesienny zmierzch. Zbliżył się
do okna i czytał list Beaty, już nie wiedział sam po raz który.
Nagłe rozległo się pukanie do drzwi i Wilczur drgnął. Przez
jedno mgnienie ogarnęła go nieprzytomna nadzieja:
- To ona! Wróciła!...
Lecz już w następnej chwili pojął, że to niepodobieństwo.
- Proszę - odezwał się ochrypłym głosem.
Do pokoju wszedł Zygmunt Wilczur, jego daleki krewny, prezes
Sądu Apelacyjnego. Utrzymywali dość serdeczne stosunki i bywali u
siebie dość często. Zjawienie się Zygmunta w tej chwili nie mogło
jednak być przypadkowe i profesor od razu domyślił się, że musiała
go zawiadomić telefonicznie gosposia Michałowa.
- Jak się miewasz, Rafale? - odezwał się Zygmunt tonem
energicznym i przyjacielskim.
- Jak się masz - wyciągnął doń rękę profesor.
- Cóż tak siedzisz po ciemku! Pozwolisz? - i nie czekając na
odpowiedź, zapalił światło. - Zimno tu, pieska jesień. Co widzę!
Drzewo na kominku! Nie ma to jak kominek. Niechże ten Bronisław
zapali...
Uchylił drzwi i zawołał:
- Bronisławie! Proszę tu zapalić w kominku.
Służący wchodząc zerknął z ukosa na swego pana, podniósł z
podłogi porzucone futro, rozniecił ogień i wyszedł. Ogień szybko
objął suche drwa. Profesor stał nieruchomo przy oknie.
- Chodźże, siądziemy tu, pogawędzimy - pociągnął go Zygmunt na
fotel przed kominkiem. - No, tak. Ciepło to cudowna rzecz. Ty, jako
młody, nie umiesz jeszcze tego ocenić. Ale na moje stare gnaty...
Cóż to, nie w lecznicy? Próżnujesz dziś?
- Tak... Złożyło się tak.
- A właśnie telefonowałem - nadrabiał prezes swadą -
telefonowałem do lecznicy. Chciałem wpaść, by zasięgnąć twojej
rady. Zaczyna mi dokuczać lewa noga. Obawiam się, że to
ischias...
Profesor słuchał w milczeniu, lecz tylko pojedyńcze słowa
trafiały do jego świadomości. Jednakże równy i pogodny głos
Zygmunta sprawił to, że myśli zaczęły się skupiać, łączyć, wiązać w
jakiś niemal już realny obraz rzeczywistości. Drgnął, gdy kuzyn
zmienił ton i zapytał:
- A gdzież Beata?
Twarz profesora ściągnęła się; odpowiedział z wysiłkiem:
- Wyjechała... Tak... Wyjechała... Wyjechała... za granicę.
- Dzisiaj?
- Dzisiaj.
- To dość, zdaje się, niespodziewany projekt? - od niechcenia
zauważył Zygmunt.
- Tak... tak. Wysłałem ją... Rozumiesz... były pewne sprawy i w
związku z tym...
Mówił z taką trudnością, a cierpienie tak wyraźnie rysowało się
na jego twarzy, że Zygmunt pośpiesznie potwierdził najcieplejszym
tonem, na jaki umiał się zdobyć:
- Rozumiem. Naturalnie. Tylko, widzisz, na dzisiaj
rozesłaliście zaproszenia na zabawę z okazji rocznicy waszego
ślubu. Należałoby zatelefonować do wszystkich i odwołać... Czy
pozwolisz, że się tym zajmę?...
- Proszę...
- No, to doskonale. Sądzę, że Michałowa ma listę zaproszonych.
Wezmę to od niej. A ty zrobiłbyś najlepiej, gdybyś położył się
spać. Co?... Nie będę ci zawracał dłużej głowy. No, do
widzenia.
Wyciągnął rękę, lecz profesor nie zauważył tego. Zygmunt
poklepał go po ramieniu, zatrzymał się jeszcze przy drzwiach na
chwilę i wyszedł.
Wilczur ocknął się, gdy trzasnęła klamka. Zauważył, że ściska w
dłoni list Beaty. Zgniótł go w małą kulkę i rzucił w ogień. Płomień
odrazu otoczył ją, zabłysła czerwonym pąkiem i spopielała. Już
dawno i śladu po niej nie zostało, już dawno drwa w kominku
zmieniły się w kupkę czerwonych węgli, gdy przetarł oczy i wstał.
Powolnym ruchem odsunął fotel, obejrzał się.
- Nie mogę, nie mogę tu wytrzymać - szepnął bezgłośnie i
wybiegł do przedpokoju.
Bronisław zerwał się z krzesła:
- Pan profesor wychodzi?... Jesionkę, czy futro?
- Wszystko jedno.
- Dzisiaj dość chłodno na dworze. Lepiej, sądzę, cieplejsze -
zadecydował służący i podał futro.
- Rękawiczki! - zawołał, wybiegając za profesorem na ganek,
lecz Wilczur musiał nie dosłyszeć. Już był na ulicy.
Koniec października w tym roku był chłodny i dżdżysty. Gałęzie
drzew obdzierał silny północny wiatr z resztek przedwcześnie
zżółkłych liści. Na chodnikach chlupotała woda. Nieliczni
przechodnie szli z nastawionymi kołnierzami pochylając głowy, by
osłonić twarz przed drobnymi ostrymi kroplami deszczu, lub oburącz
trzymali parasole, którymi targały raz po raz gwałtowne porywy
wiatru. Spod kół zrzadka przejeżdżających samochodów tryskały mętne
bryzgi wody, dorożkarskie konie człapały leniwie, a podniesione
budy ociekały deszczem, mdło połyskując w świetle żółtawych
latarni.
Dr Rafał Wilczur machinalnie zapiął palto i szedł przed
siebie.
- Jak mogła tak postąpić! Jak mogła! - powtarzał w myśli
pytanie.
Czyż nie zdawała sobie sprawy z tego, że odbiera mu wszystko,
że pozbawia go racji i celu istnienia? I dlaczego?... Dlatego, że
spotkała jakiegoś człowieka... Gdyby go chociaż znał, gdyby miał
pewność, że on ją potrafi ocenić, że jej nie skrzywdzi, że da jej
to szczęście. Napisała tylko jego imię: Janek.
Wilczur zaczął w pamięci liczyć bliższych i dalszych znajomych.
Żaden z nich. Może to jakiś nędznik, oszust, obieżyświat, który ją
porzuci przy pierwszej sposobności. Jakiś zawodowy uwodziciel,
który Beatę otumanił, okłamał, znęcił fałszywymi wyznaniami i
przysięgami. Liczył zapewne na pieniądze. Co się stanie, gdy
przekona się, że Beata nawet swojej biżuterii nie zabrała?... To na
pewno wyrafinowany łotr. Tak, trzeba go ścigać, trzeba póki czas
zapobiec łajdactwu. Trzeba zażądać od władz, od policji, by ich
szukano. Rozesłać listy gończe, detektywów...
Pod wpływem tej myśli zatrzymał się i rozejrzał. Był w
śródmieściu. Przypomniał sobie, że gdzieś w pobliżu, na drugiej,
czy na trzeciej przecznicy kiedyś przejeżdżając widział szyld
komisariatu policji.
Ruszył w tamtym kierunku, lecz już po kilkunastu krokach
zawrócił.
- I cóż z tego, że ją odnajdą? Nigdy nie zgodzi się wrócić do
mnie.
Napisała wyraźnie, że nie kocha, że dręczyła ją jego rzekoma
wyższość, jego bogactwo, jego sława... a na pewno i jego miłość.
Była o tyle delikatna, że tego nie powiedziała wyraźnie... Jakimże
prawem on ma ją osądzić, zadecydować o jej losie. A jeżeli ona woli
nawet poniewierkę przy tamtym?... Jakichże argumentów można użyć,
chcąc przekonać kobietę, by wróciła do niekochanego, do...
nienawidzonego męża?... Zresztą, czy nie zbyt pośpiesznie doszedł
do przekonania, że tamten człowiek jest wyrzutkiem społeczeństwa i
chciwym łotrem?... Beata nigdy nie lubiła mężczyzn tego rodzaju,
pociągali ją zawsze idealiści, marzyciele... Nawet Marioli
czytywała godzinami marzycielskie wierszyki, których to
siedmioletnie dziecko nie mogło zrozumieć. Czytała dla siebie.
Człowiek, za którym poszła, musi być młodym, niepraktycznym
biedakiem. W jaki sposób, kiedy go poznała?... Czemu nigdy słowem
nie wspomniała o nim?... I nagle uciekła, postąpiła z całą
bezwzględnością, z całym okrucieństwem. Porzuciła człowieka, który
dla niej wszystko... jak pies, jak niewolnik....
- I za co! Za co?...
Czy zgrzeszył czymkolwiek przeciw niej, przeciw swojej
miłości?... Nigdy! Nawet myślą! W ogóle była pierwszą kobietą,
którą pokochał. Było to niespełna dziesięć lat temu. Jakże dobrze
pamiętał wszystko. Poznał ją przypadkowo. I błogosławił ten
przypadek jeszcze do dzisiejszego dnia, błogosławił rano i wieczór,
o każdej godzinie, gdy patrzył na nią i gdy cieszył się myślą, że
będzie na nią patrzył. Wtedy był jeszcze docentem i miał właśnie
ćwiczenia w prosektorium, gdy na ulicy wóz ciężarowy przejechał jej
dziadka. Udzielił pierwszej pomocy. Powikłane złamanie obu nóg.
Staruszek zaklinał go, by zawiadomił w najbardziej ostrożny sposób
jego żonę chorą na serce i wnuczkę. Drzwi małego mieszkanka na
Starym Mieście otworzyła mu Beata.
A kilka miesięcy później byli już zaręczeni. Miała zaledwie
siedemnaście lat. Była szczupła i blada, nosiła tanie pocerowane
sukienki. W domu panowała bieda. Rodzice Beaty stracili podczas
wojny cały swój majątek. Dziadek aż do dnia owego śmiertelnego
wypadku utrzymywał żonę-staruszkę i wnuczkę z lekcyj obcych
języków, udzielanych po domach. Babka, póki nie przeniosła się w
ślad za mężem do rodzinnego grobu na Powązkach, do jedynej
wspaniałej posiadłości, jaka im po dawnym bogactwie została,
godzinami opowiadała wnuczce i jej narzeczonemu o minionej
świetności rodu Gontyńskich, o pałacach, polowaniach, balach, o
tabunach koni i o klejnotach, o strojach sprowadzanych z Paryża...
Beata siedziała zasłuchana, a w jej rozmarzonych oczach, zdawało
się, migotał żal za tą utraconą przeszłością, za tą bajką, która
już nie wróci.
I w takich chwilach on ściskał jej chudą rączkę i mówił:
- Wszystko to ci dam. Zobaczysz, Beato! I klejnoty, i stroje z
Paryża, i bale, i służbę! Wszystko ci dam!
A sam wówczas nie miał nic oprócz paru walizek w kawalerskim
pokoju, szafy fachowych książek lekarskich i skromnego uposażenia
docenta.
Ale miał też wolę ze stali i wiarę potężną i pragnienie palące
jak ogień, by przyrzeczenia Beacie dotrzymać. Zaczął walkę. O
stanowiska, o praktykę, o bogatych pacjentów. Duża wiedza, wrodzony
talent, niezłomny charakter i praca, zawzięta, wściekła praca
zrobiły swoje. A przy tym i szczęście sprzyjało. Rosła sława, rosły
dochody. W trzydziestym siódmym roku życia został z docenta
profesorem uniwersytetu, a w kilka tygodni później jeszcze większe
szczęście go spotkało: Beata urodziła córeczkę.
Właśnie na cześć owej świetnej prababki Gontyńskiej dano jej
imiona: Maria Jolanta i tak samo w zdrobnieniu nazywano ją
Mariolą.
Wspomnienie córki nowym bólem ścisnęło serce profesora
Wilczura. Nieraz zastanawiał się nad tym, którą z nich bardziej
kocha... Gdy zaczęła mówić, jednym z pierwszych słów było:
- Tapusiu...
Tak już i zostało. Zawsze nazywała go tapusiem. Gdy w drugim
roku zapadła na ciężką szkarlatynę, a w końcu wyzdrowiała, ślubował
sobie, że odtąd wszystkie biedne dzieci będzie leczył darmo. W jego
drogiej lecznicy, gdzie zawsze miejsc brakło, kilka pokoi zajmowały
dzieci, bezpłatni pacjenci. Wszystko to przecież było dla niej, na
intencję jej zdrowia.
A teraz mu ją odebrano.
To już nie było nieludzkie, to było mordercze...
- Musisz mi ją oddać! Musisz! - mówił głośno, zaciskając
pięści.
Przechodnie oglądali się za nim, lecz nie spostrzegał tego.
- Za mną jest prawo! Porzuciłaś mnie, ale zmuszę cię, byś mi
Mariolę zwróciła. Prawo jest za mną i moralne prawo też. Sama to
musisz przyznać, ty, podła, podła, podła!. Nikczemna, czyż nie
rozumiesz, że popełniłaś zbrodnię! Jakaż może być cięższa
zbrodnia?... Jaka, powiedz sama!... Mierziły cię pieniądze i
wszystko. Dobrze, ale czego ci brakowało? Nie miłości przecie, bo
nikt cię tak kochać nie potrafi, jak ja! Nikt! Na całym
świecie!
Potknął się i omal nie upadł. Szedł niezabrukowaną ulicą,
grzęznąc w błocie po kostki. Tu i owdzie rozrzucone były duże
kamienie, po których mieszkańcy małych domków tej dzielnicy
usiłowali dostać się do siebie suchą nogą. Okna były już ciemne.
Rzadkie latarnie gazowe rozsiewały mdłe niebieskawe światło. W
prawo szła większa gęściej zabudowana ulica. Wilczur zawrócił w nią
i wlókł się coraz wolniej.
Nie odczuwał zmęczenia, lecz nogi stały się ciężkie, nieznośnie
ciężkie. Musiał być przemoczony aż do koszuli, gdyż każdy podmuch
wiatru czuł jak na gołej skórze
Nagle ktoś mu zastąpił drogę:
- Panie ozdobny - odezwał się ochrypły głos - pożycz pan bez
gwarancji bankowej pięć "zet" na hipotekę Polskiego Monopolu
Spirytusowego. Pewność i zaufanie.
- Co? - nie zrozumiał profesor.
- Nie cokaj, bo obcokany będziesz, powiada Pismo Święte: jakim
cokiem cokasz bliźniego twego, takim i ciebie obcokają, obywatelu
stolicy trzydziestomilionowego państwa z dostępem do morza.
- Czego pan sobie życzy?
- Zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności. A nadto winszuję
sobie napełnić mój pusty żołądeczek czterdziestopięcioprocentowym
rozczynem alkoholu, przy łaskawym współudziale pewnej dozy
wieprzowej padliny, zwanej kiełbasą.
Obdartus chwiał się lekko na nogach, a z jego twarzy
porośniętej niegoloną od wielu dni szczeciną zalatywał odór
wódki.
Profesor sięgnął do kieszeni i podał mu kilka monet:
- Proszę.
- Dwa razy daje, kto szybko daje - sentencjonalnie orzekł
pijak. Pozwól jednak, hojny ofiarodawco, że w zamian i ja ofiaruję
ci coś cennego. Myślę o swoim towarzystwie. Tak. Słuch cię nie
myli, dobry człowieku. Możesz dostąpić tego zaszczytu. Ja stawiam!
Zmokłeś, jaśnie panie, i przemarzłeś na zimnie, pójdź do mej chatki
i rozgrzej się przy mnie. Wprawdzie nie mam chatki, ale za to
posiadam wiedzę. Cóż znaczy jakikolwiek budynek w porównaniu z
wiedzą?... A ja się nią chętnie z panem podzielę. Wiedza moja jest
rozległa. Wiem, przede wszystkim, gdzie się mieści jedyna knajpa,
do której o tej porze człowiek dostać się może bez wyłamywania
zamków i krat. Jedno słowo: Drożdżyk. Tu na rogu Połanieckiej i
Witebskiej.
Wilczur pomyślał, że istotnie alkohol dobrze mu zrobi.
Rzeczywiście był zziębnięty. A poza tym monotonna gadatliwość
spotkanego pijaka działa ogłuszająco. Mimowoli starał się z jego
paplaniny coś zrozumieć, a to już tłumiło tę jaskrawą świadomość
doznanego nieszczęścia, która rozpętała pod czaszką całe wiry
najboleśniejszych myśli.
Zaczynało już szarzeć na wschodzie, gdy po długim stukaniu w
zamknięte okiennice dostali się wreszcie do małego sklepiku
przesiąkniętego wyziewami beczek do śledzi, odorem piwa i nafty. W
izbie za sklepikiem, większej lecz jeszcze bardziej cuchnącej,
pełnej dymu z taniego kwaśnego tytoniu, siedziało w kącie kilku
mężczyzn doszczętnie pijanych. Gospodarz, kwadratowy drab o twarzy
zaspanego buldoga, w brudnej koszuli i w rozpiętej kamizelce, nie
pytając o nic postawił na wolnym stoliku butelkę wódki i
wyszczerbiony talerz z obrzynkami jakichś wędlin.
Ale było tu ciepło. Rozkosznie ciepło i zgrabiałe ręce zdawały
się rozkosznie, aż boleśnie tajać. Pierwsza szklaneczka wódki
rozgrzała od razu gardło i żołądek. Przygodny towarzysz nie
przestawał mówić. Pijacy z kąta nie zwracali na przybyłych
najmniejszej uwagi. Jeden chrapał głośno, trzej pozostali wybuchali
od czasu do czasu bełkotem niezrozumiałych słów. Zdawali się o coś
spierać.
Druga szklanka wódki przyniosła Wilczurowi pewną ulgę.
- Jak to dobrze - pomyślał - że nikt tu na mnie nie patrzy, że
nikt nic nie...
- ...bo, uważasz, hrabio, - ciągnął swoje mądrości
szczeciniasty towarzysz. - Napoleona diabli wzięli, Olesia
Macedońskiego takoż. A dlaczego, pytasz gromkim głosem? Oto
dlatego, że nie sztuka być kimś. Sztuka być niczym. Niczym, drobnym
robaczkiem za kołnierzem Opatrzności. Ja ci to mówię, ja, Samuel
Obiedziński, który nigdy nie zleci na zbity pysk, bo nigdy na nic
nie wejdzie. Cokół jest podkładką dla durniów, przyjacielu. A wiara
to balon, z którego wcześniej czy później gaz wyleci. Szansa?...
Jest, owszem: że prędzej sam zdechniesz. Strzeżcie się balonów,
obywatele!
Podniósł w górę pustą butelkę i zawołał:
- Panie Drożdżyk, jeszcze jedną! Szafarzu wszelkiej radości,
opiekunie zbłąkanych, dawco świadomości i zapomnienia.
Ponury szynkarz bez pośpiechu przyniósł wódkę, szeroką dłonią
trzasnął w dno i postawił odkorkowaną przed nimi.
Profesor Wilczur w milczeniu wypił i wzdrygnął się. Nigdy nie
pił i wstrętny smak ordynarnej gorzałki wywoływał w nim
obrzydzenie. Ale czuł już lekki szum w głowie i chciał oszołomić
się zupełnie.
- Cały sens posiadania szarej masy mózgowej - mówił człowiek,
który nazwał siebie Samuelem Obiedzińskim - polega na żonglowaniu
między świadomością a mrokiem. Bo czymże pokryć dramat rozumu,
który dochodzi do absurdalnego stwierdzenia, że jest wybrykiem
natury, zbędnym balastem, pęcherzem przyczepionym do ogona naszej
zwierzęcej excellencji? Co wiesz o świecie, o rzeczach, o celu
istnienia? Tak, pytam cię, istoto obarczona dwoma kilogramami
mózgu, co wiesz o celu?... Czyż nie paradoks? Nie potrafisz
poruszyć ręką, nie potrafisz zrobić kroku bez jasnego i
zrozumiałego celu. Prawda?... A tymczasem rodzisz się i w ciągu
kilkudziesięciu lat wykonujesz miliony, miliardy różnych czynności,
borykasz się, pracujesz, uczysz się, walczysz, padasz, wstajesz,
cieszysz się, rozpaczasz, myślisz, zużywasz tyle energii co
elektrownia warszawska i po jaką to wszystko cholerę? Tak,
przyjacielu, nie wiesz i wiedzieć nie możesz, w jakim celu to
robisz. Jedyną instancją, do której możesz zwrócić się o udzielenie
miarodajnych informacyj w tym względzie, jest twój umysł, a ten, że
tak powiem, rozkłada bezradnie ręce. Więc gdzież sens, gdzież
logika?
Zaśmiał się głośno i duszkiem wychylił szklankę.
- Więc po cóż istnieje umysł, skoro nie umie spełnić swego
jedynego, właściwie jedynego zadania?... Wiem, co mi odpowie, ale
to też bzdura. Powie, że jego zakres działania obejmuje tylko
funkcje życia. Przyczyny i cele życia nie należą do jego
departamentu. Zgoda. Ale zobaczysz, jak on sobie daje radę z
życiem. Co nam tu może wyjaśnić? I okazuje się, że nic. Nic poza
najelementarniejszymi funkcjami zwierzęcymi. Więc po co wyrósł nam
pod czaszką ten nowotwór? Po kiego, zapytuję cię, czcigodny
prezesie, licha? Bo cóż on wie? Czy wie, co to jest myśl?! Czy dał
człowiekowi możność bodaj poznania samego siebie? Poznania
chociażby o tyle, by móc o sobie z całą pewnością powiedzieć:
Jestem łotrem, albo też: jestem uczciwy. Jestem idealistą, lub:
jestem materialistą. Nie, po stokroć nie! Powie tylko, czy wolę
cielęcinę, czy wieprzowinę. Ale na to wystarczy mózg zwykłego
kundla. A jeżeli chodzi o ludzi, o bliźnich? Nauczy nas czego?...
Nie! Gwarantuję całym swoim majątkiem, że pod pańskim wysokim
czołem nie zrodził się ani jeden pewnik co do mojej interesującej
osoby. Chociaż obcujemy z sobą już od... od dwu butelek. Zresztą,
powiedzmy, czy ma pan jaki pewnik nie o mnie, lecz o tych, których
zna pan od lat?... Czy ja wiem, o braciach, o ojcu, o żonie, o
przyjacielu?... Nie! Ludzie są nieprzeniknieni. I nie ma sposobu
dostania się do ich duszy. Nasze kawalerskie! Pij pan!
Stuknął w szklankę Wilczura i wypił swoją.
- Jeżeli zechcesz, szlachetny ofiarodawco, dowiedzieć się, jak
naprawdę wygląda szykowna dama, możesz ją podpatrzyć w łazience
przez dziurkę od klucza. Sprawdzisz, powiedzmy, że ma zdezelewany
biust i cienkie uda. Dowiesz się o niej czegoś nowego. Ale o jej
istocie nie będziesz w dalszym ciągu nic wiedział. Bo nawet gdy
jest sama i zdejmuje zasłonę, w którą się zawsze ubierała dla
ciebie, ma pod spodem drugą, której nie zdejmuje nigdy i która dla
niej samej jest czymś nieprzeniknionym. Prawda? Oczywiście, są
chwile, kiedy można komuś zajrzeć przez rękaw, czy za kołnierz. Są
to chwile katastrofy. Zasłona się rozdziera, pęka, zjawiają się
szczeliny i szparki. Ot... ot na przykład w takiej sytuacji, w
jakiej ty jesteś teraz, wodzu! Przetoczyło się po tobie coś
ciężkiego.
Pochylił się nad stolikiem i wlepił w Wilczura swoje niebieskie
przekrwione gałki oczne.
- Prawda? - zapytał z naciskiem.
- Tak - skinął głową profesor.
- Oczywiście! - gniewnie krzyknął Obiedziński. - Oczywiście!
Człowiek tak pragnący spokoju, jak ja, nie może kroku zrobić, by
nie otrzeć się o głupotę ludzką! Bo dno każdej tragedii to
głupota!... Więc co? Zbankrutowałeś, wylali cię z jakiegoś
ministerialnego stolca, czy rozczarowanie? Co?... Kobieta?...
Zdradziła cię?...
Wilczur opuścił głowę i odpowiedział głucho:
- Porzuciła...
Oczy Obiedzińskiego błysnęły wściekłością:
- No więc i co! - wrzasnął. - Więc cóż to jest?!
- Co to jest? - Wilczur chwycił go za rękę. - Co to jest?... To
jest wszystko. Wszystko!
W jego głosie musiało być coś, co starczyło za najmocniejszy
argument, gdyż Obiedziński uspokoił się od razu, skulił się i
zamilkł. Dopiero po kilku minutach zaczął mówić cicho jakimś
narzekającym tonem:
- Podłe jest życie, a ja mam pecha. Brzydzę się wszelkimi
sentymentami, to właśnie los musi wiecznie rozrzucać na mojej
drodze różne ofiary sentymentów. Diabli nadali... Nie ulega
wątpliwości, że to rzecz względna. Jednego maczuga z nóg nie zwali,
drugi poślizgnie się na pestce od wiśni i łeb sobie roztrzaska. Nie
ma żadnej miary, żadnego kryterium. Pij, bracie. Wódka to dobra
rzecz. Niech to kaci!...
Nalał szklanki.
- Pij - powtórzył, wciskając szklankę w palce Wilczura. - Hej,
Drożdżyk, daj następną!
Gospodarz zwlókł się ze swego legowiska w alkowie i przyniósł
butelkę, po czym zgasił światło. Nie było już potrzebne. Przez okno
z brudnego podwórza zaglądał pochmurny i dżdżysty, ale już zupełny
dzień. Towarzystwo z kąta porzuciwszy chrapiącego kompana, wysypało
się na ulicę.
Obiedziński oparł się na łokciach i w pijackim zamyśleniu
mówił:
- Tak to jest z kobietami.. Jedna przyssie się do ciebie i
wszystkie soki wyciągnie, inna obedrze cię z tego, co masz, trzecia
oszuka na każdym kroku, albo i taka będzie, co cię wciągnie w
szarzyznę, w powszednie błoto... Pranie, sprzątanie, pieluchy, i
takie rzeczy. Ot i życie... Ale to nieprawda, to wszystko od
mężczyzny zależy. Jaki jest! Po jednym spłynie gładko, drugi jak
postrzelony kot zakręci się, zapiszczy i zdycha, a taki jak ty,
przyjacielu luby?... Twardy musisz być. Jak wielkie drzewo. Gdyby
cię z kory obłuskano, porósłbyś nową, gdyby ci gałęzie obcięto,
wyrosłyby nowe... Ale ot, wyrwało cię z korzeniami z gruntu...
Rzuciło cię na pustynię...
Wilczur pochylił się ku niemu i wybełkotał:
- Z korzeniami... to prawda....
- A widzisz. I siła nie pomoże, gdy oparcia nie ma. Grunt
rozmiękł, rozpłynął się, przestał istnieć. Już Archimedes
powiedział... Co to on powiedział... Zresztą pies z nim tańcował...
Aha!... O czym mówiłem?... Że korzenie! Najsilniejsze korzenie nic
nie pomogą, jeżeli nie mają czego trzymać się. O!... Pieskie
niebieskie... takie życie...
Język mu się plątał coraz bardziej. Wreszcie kiwnął się, wsparł
się o ścianę i zasnął.
Wilczur resztkami przytomności powtarzał w myśli:
- Jak drzewo wyrwane z korzeniami... Jak drzewo wyrwane z
korzeniami... - i zasnął również.
Nie spał zapewne długo, gdyż obudzony bezceremonialnymi
szturchańcami, z trudnością otworzył oczy i zatoczył się. Alkohol
nie zdążył wyparować. Na stole znowu stała wódka, a oprócz nocnego
towarzysza było jeszcze trzech nieznajomych. Profesor Wilczur z
trudem uświadomił sobie, gdzie się znajduje i nagłym ostrym bólem
odezwało się w nim wspomnienie Beaty. Zerwał się i przewracając po
drodze krzesła skierował się do drzwi.
- Hej, panie szanowny! - krzyknął za nim gospodarz.
- Co?
- A płacić to nie łaska?... Rachunek czterdzieści sześć
złotych.
Wilczur machinalnie wydobył z kieszeni portfel i podał mu
banknot.
- Ale forsy! Fiu, fiu - zagwizdał cicho jeden z kompanów.
- Stul mordę - warknął drugi.
- Drożdżyk! - zawołał trzeci. - Co strugasz frajera! Oddaj
gościowi resztę! Widzisz go!
Gospodarz spojrzał nań nienawistnie, odliczył pieniądze i podał
Wilczurowi.
- A ty, łobuzie - mruknął - pilnuj swego.
Wilczur nie zwrócił na to najmniejszej uwagi i wyszedł na
ulicę. Padał gęsty mokry śnieg, lecz jezdnia i chodniki pozostały
czarne, gdyż natychmiast tajał. Środkiem jezdni ciągnęły wozy
naładowane węglem.
- Porzuciła mnie... porzuciła... - powtarzał Wilczur. Szedł
przed siebie, zataczając się. - Jak drzewo wyrwane z
korzeniami...
- Szanowny pan na Grochów? - usłyszał obok siebie czyjś głos. -
To może lepiej obejść Rawską. Błoto mniejsze.
Poznał jednego z kompanów.
- Wszystko mi jedno - machnął ręką.
- To i dobrze. Po drodze mi. Pójdziem razem. Zawsze weselej. A
pana podobnież zmartwienie spotkało?
Wilczur nie odpowiedział.
- Wiadomo, rzecz ludzka. A ja panu powiem, że na zmartwienie to
jeden jest tylko sposób: zalać cholerę na glanc. Wiadomo, nie w
takiej norze jak u tego Drożdżyka, któren kanciarz jest i wędlinę
ze strychninami gościom daje. Ale tu niedaleko na Rawskiej ulicy
jest porządna knajpa jak się patrzy. I zabawić się można, kelnerki
gościom obsługują. A cena ta sama.
Szli znowu w milczeniu. Towarzysz znacznie niższy i
szczuplejszy od Wilczura wziął go pod rękę i raz po raz zadzierał
głowę, by spojrzeć nań spod daszka swojej cyklistówki. Minęli kilka
przecznic, gdy pociągnął go w bok:
- No, to wstąpiem, czy jak?... Najlepiej zalać. To już tutaj.
Na jednego.
- Dobrze - zgodził się Wilczur i weszli do knajpki.
Pierwszy łyk wódki nie przyniósł ulgi. Przeciwnie, jakby
otrzeźwił zamglony umysł, następne jednak kolejki zrobiły
swoje.
W sąsiedniej izbie chrapliwie grał orkiestron. Zapalono
światła. Po jakimś czasie przyłączyli się do nich jeszcze dwaj
mężczyźni, z wyglądu robotnicy. Tłusta, mocno wymalowana kelnerka
przysiadła się również. Pili już trzecią butelkę, gdy nagle z
bocznego pokoiku rozległ się głośny śmiech kobiecy.
Profesor Wilczur zerwał się na równe nogi. Krew uderzyła mu do
głowy. Przez sekundę stał nieruchomy. Byłby przysiągł, że poznał
głos Beaty. Gwałtownym ruchem odepchnął zagradzającego mu drogę
kompana i jednym skokiem znalazł się we drzwiach.
Dwie gazowe lampy jasno oświetlały nieduży pokój. Przy stoliku
siedział brzuchaty krępy człowiek i jakaś piegowata dziewczyna w
zielonym kapeluszu.
Zwolna zawrócił, ciężko opadł na krzesło i wybuchnął
łkaniem.
- Nalej mu jeszcze - mruknął człowiek w cyklistówce - ma łeb do
wódy.
Potrząsnął Wilczura za ramię:
- Pij, bracie! Co tam!
Gdy o jedenastej knajpę zamykano, towarzysze musieli podtrzymać
Wilczura, gdyż nie mógł już iść o własnych siłach. I tak,
zataczając się swoim wielkim ciałem, chwiał nimi na wszystkie
strony. Sapali z wysiłku. Na szczęście nie mieli dalekiej drogi. Za
rogiem w ciemnej pustej uliczce czekała dorożka z nastawioną budą.
Bez słowa władowali Wilczura do środka i wcisnęli się z nim.
Dorożkarz zaciął konia.
Po kilkunastu minutach domy przerzedziły się. Po obu stronach
tu i owdzie między parkanami błyskało światełko naftowej lampy.
Wreszcie i te znikły. Natomiast w nozdrza uderzył cuchnący odór
wielkich zwalisk śmieci. Dorożka skręciła w bok, ustało od razu
klaskanie kopyt końskich. Na miękkiej gruntowej drodze nie było ich
słychać. Dojechali do pierwszej glinianki.
- Stój, najlepiej tu - odezwał się cichy głos.
Nasłuchiwali przez chwilę. Z daleka jednostajnym głosem buczało
miasto. Tu dokoła panowała zupełna cisza.
- Wylewaj go - rozległa się krótka komenda jednego ze
zbirów.
Trzy pary rąk wczepiło się w bezwładne ciało. Po chwili
zawartość kieszeni została wyjęta. Bez trudu zdjęli też palto,
marynarkę i kamizelkę. Nagle, widocznie pod wpływem zimna, Wilczur
oprzytomniał i zawołał:
- Co to, co robicie?...
Jednocześnie usiłował poderwać się z ziemi. W chwili jednak,
gdyż już stał na nogach, otrzymał straszny cios w tył głowy. Bez
jęku zwalił się niczym kłoda. Ponieważ zaś padając zatoczył się aż
na brzeg wielkiego dołu, do którego zsypywano śmieci, ciało po
pochyłości zsunęło się na dno.
- Cholera! - zaklął jeden - nie mogłeś przytrzymać?
- A po co?
- Durny szczeniak! Po co! Złaź teraz do glinianki po buty i
portki.
- Sam złaź, kiedyś taki chytry.
- Co ty powiesz?! - zbliżył się doń groźnie pierwszy.
Zanosiło się na rozprawę, gdy ozwał się flegmatyczny głos
dorożkarza, który dotychczas w milczeniu palił papierosa.
- A ja mówię: jadziem. Chcecie, żeby nas tu nakryli?...
Mężczyźni opamiętali się i wskoczyli do dorożki. Koń ruszył z
miejsca. Przed wjazdem na główną szosę zatrzymali się, dorożkarz
wyciągnął spod kozła stary worek i dokładnie obtarł wszystkie koła
ze śmieci, które się do nich poprzylepiały, poczem wskoczył,
cmoknął na szkapę i wkrótce na polach zapanowała dawna cisza.
W ciągu dnia nikt tu nie zaglądał, a nocą tym bardziej. Nad
ranem tylko zaczynał się przy gliniankach ruch. To chłopi z wiosek,
położonych w promieniu kilkunastu kilometrów od stolicy, trudniący
się wywożeniem śmieci z miasta, przyjeżdżali ze swoim cuchnącym
ładunkiem. Przyjeżdżali, wysypywali z fur śmieci i z paruzłotowym
zarobkiem wracali do domu. Sumienniejsi zwalali nieczystości wprost
do glinianek, tak jak było przykazane, inni, korzystając z braku
kontroli, wysypywali je wprost na pole.
Stary Paweł Bańkowski, gospodarz z Brzozowej Wólki lubił jednak
uczciwą robotę. Dlatego właśnie podjechał nad gliniankę i
systematycznie wypróżniał swoją furę. Nie spieszył, bo i kobyle
trzeba było dać wypocząć przed drogą a i sam cierpiał już na
zadyszkę, co w jego wieku było rzeczą zrozumiałą.
Właśnie skończył i mościł sobie na pokrywie worek z resztkami
siana, gdy z dołu posłyszał wyraźne stękanie. Przeżegnał się na
wszelki wypadek i nastawił uszu. Stękanie odezwało się
głośniej.
- Ej tam! - zawołał. - Co za licho?
- Wody - zajęczał słaby głos.
Głos ten wydał się Pawłowi Bańkowskiemu znajomy... Właśnie
wieczorem jechał do miasta i widział Mateusza Piotrowskiego z
Byczyńca, który tak samo jechał i też na zwózkę śmieci. Coś tknęło
Bańkowskiego, że to właśnie Piotrowski i głos ten sam i zawsze do
tej glinianki zsypywał. A i wypić lubił. Po pijanemu wpadł do dołu,
może sobie co przetrącił i leży.
Rozejrzał się. Ciemno jeszcze było, na wschodzie ledwie
szarzało. Jeżeli Piotrowski swoją furmankę tu zostawił, koń na
pewno sam powlókł się do Byczyńca.
- A to wy, panie Piotrowski? - zapytał. - Wpadliście, czy
jak?...
Jedyną odpowiedzią był cichy jęk.
- A może go te miejskie urządziły? - zastanowił się gospodarz.
Po ludziach z miasta wszystkich najgorszych rzeczy zawsze się
spodziewał.
Pomacał nogą pochyłość, po namyśle wrócił do konia, odwiązał
postronki zastępujące lejce, zczepił je, mocnym supłem przywiązał
do osi i trzymając się sznura zszedł na dół
- Panie Mateuszu, a odezwijcie się, bo ciemno - zawołał. -
Gdzie wy?
- Wody!... - posłyszał głos tuż przy sobie.
Pochylił się i namacał ramię.
- Nie mam wody, skąd woda? Musicie wyleźć na wierzch. A gdzie
wasz koń?... Pewnikiem sam do domu poszedł?... No, nie dźwignę was,
spróbujcie wstać.
Ubił nogami śmiecie, zaparł się i szarpnął bezwładnym
ciężarem.
- Ruszcie się. Dalej go! No! Sam nie dam rady
- Nie mogę.
- Ooo! Nie mogę! Natężcie się. Dyć nie będziecie tu
zdychać.
Ręce Bańkowskiego natrafiły na gęstą ciecz oblepiającą włosy.
Powąchał swoje palce i zapytał:
- Zabili was, co?
- Nie wiem...
Chłop zastanowił się:
- Tak, czy siak nie będziecie tu zdychać. Tfu!... Uważacie, mam
postronek, żebyście jeno wstali, to jakoś się podciągnie.
Leżącemu widocznie wracały siły, gdyż poruszył się raz, drugi,
lecz znowu opadł, choć Bańkowski podtrzymywał go, jak mógł.
- Nie ma co - orzekł - trzeba iść po pomoc. Pewno już ludzie
nadjechali.
Wygramolił się i po kilku minutach wrócił z dwoma innymi,
tłumacząc im, że jakieś warszawskie łobuzy zabiły tu Piotrowskiego
z Byczyńca. Chłopi bez gadania zabrali się do roboty i wkrótce
wyciągnęli rannego i ułożyli go na wozie starego. Zresztą uratowany
poczuł się lepiej, bo usiadł sam i zaczął skarżyć się na zimno.
- Ledwo go w portkach zostawili psiekrwie - zaklął jeden z
gospodarzy.
- Trza by do komisariatu - zauważył drugi.
Bańkowski wzruszył ramionami:
- Nie moja sprawa. Podwiozę go do Byczyńca i tak po drodze, a
tam niech jego synowie robią co chcą. Czy na posterunek, czy
jak.
- A no, - przytaknęli - pewno. Ich rzecz.
Stary podsunął leżącemu worek z sianem pod głowę, sam usiadł na
gołych deskach i targnął lejcami. Gdy wjechali na szosę, usadowił
się wygodniej i zdrzemnął się. Kobyła sama dobrze znała drogę.
Obudził się, gdy już jasno było na niebie. Obejrzał się i
przetarł oczy. Za nim na wozie przykryty derką leżał jakiś
nieznajomy człowiek. Duża obrzękła twarz, czarne włosy, zlepione na
ciemieniu zakrzepłą krwią. Bańkowski przysiągłby, że nigdy w życiu
go nie widział. A już do Piotrowskiego z Byczyńca wcale nie był
podobny. Wzrostem chyba i tuszą, bo też był kawał chłopa. Spod
krótkiej dziurawej derki wyzierała cienka podarta koszula, umazane
w błocie spodnie i miejskie trzewiki.
- Ki diabeł! - zaklął i zamyślił się, co tu z tym zdarzeniem
zrobić.
Kalkulował, kalkulował, a wreszcie przechylił się w tył i
potrząsnął pasażera za ramię:
- Hej, panie, obudź się! Licho nadało! Obudź się! Człowiek sam
na siebie przez niego biedy napyta... Obudź się!
Pasażer zwolna otworzył oczy i podniósł się na łokciu.
- Coś pan za jeden?... - gniewnie zapytał chłop.
- Gdzie jestem, co to? - odpowiedział pytaniem pasażer.
- A dyć na moim wozie. To nie widzisz?
- Widzę - mruknął człowiek i z trudem usiadł, podciągając
nogi.
- No?
- A skąd ja się tu wziąłem?
Bańkowski odwrócił się i splunął przed siebie. Należało się
namyśleć.
- A ja wiem? - wzruszył wreszcie ramionami. - Ja spałem, a ty
pewno na wóz wlazłeś. Z Warszawy, co?
- Co takiego?
- To i pytam, pan warszawski?... Bo jeżeli tak, to nie masz
czego ze mną jechać do Wólki, ani do Byczyńca. Ja do domu jadę. A
pan przecież nie do Wólki. O już mnie za tamtym wiatrakiem skręcać
trzeba... Wysiądźcie, czy jak?... I tak do rogatki będzie stąd z
dziesięć kilometrów...
- Dokąd? - zapytał człowiek, a w jego oczach było
zdumienie.
- Dyć mówię, do warszawskiej rogatki. Wy z Warszawy?.
Człowiek wytrzeszczył oczy, przetarł czoło i powiedział:
- Nie wiem.
Bańkowskiego aż poderwało. Teraz już poznał, że ma do czynienia
z łobuzem. Pomacał się ostrożnie po piersiach, gdzie miał ukryty
woreczek z pieniędzmi i rozejrzał się. W odległości może pół
kilometra ciągnęły trzy furmanki.
- Cóż to udajesz głupiego - warknął - nie wiesz skąd
jesteś?
- Nie wiem - powtórzył człowiek.
- To ci się chyba rozum pomieszał. A tego, kto ci łeb rozbił,
pewno też nie wiesz?
Tamten obmacał sobie głowę i mruknął:
- Nie wiem.
- No to złaź z wozu! - krzyknął zirytowany do ostateczności
chłop. - Dalej go! Złaź!
Ściągnął lejce i kobyła stanęła. Nieznajomy posłusznie
zgramolił się na szosę. Zlazł i stał rozglądając się jakby
nieprzytomny na wszystkie strony. Bańkowski widząc, że obcy nie ma
widocznie żadnych złych zamiarów, postanowił mu jednak przemówić do
sumienia:
- To ja z tobą po ludzku, po chrześcijańsku, a ty jak do psa.
Tfu, miejskie ścierwo! Pytam, czy z Warszawy, to nawet powiada, że
nie wie. To może też nie wiesz, że cię matka urodziła?... Może nie
wiesz, coś za jeden i jak się nazywasz?...
Nieznajomy patrzał nań szeroko otwartymi oczami.
- Jak... nazywam się?... Jak?... Nnnie... nie wiem...
I w jego twarzy skurczyły się mięśnie jakby ze strachu.
- Tfu! - splunął Bańkowski i nagle zdecydowany świsnął batem po
grzbiecie konia. Wóz potoczył się naprzód.
Odjechawszy ze dwa stajania gospodarz obejrzał się: nieznajomy
szedł brzegiem szosy za nim.
- Tfu! - powtórzył i podciął szkapę aż przeszła w kłusa.