Zmysły - Ilona Gołębiewska

Reflow text when sidebars are open.
Warszawę otulała jasna noc. Niebo było bezchmurne, rozświetlone miliardami gwiazd. Nad centrum stolicy wznosił się księżyc o mocno zarysowanych konturach. Jego odbicie można było dostrzec w spokojnych wodach Wisły. Zegar na potężnej wieży Pałacu Kultury i Nauki wskazywał kwadrans po północy. Miasto o tej porze stawało się nieznane i tajemnicze. Oświetlone budynki i ulice mogłyby być miejscem akcji wciągającego filmu fantasy. Zewsząd dochodziły odgłosy nocnego życia, w tym klaksony samochodów, których o tej porze na ulicach było całkiem sporo. Gdzieniegdzie przemknął tramwaj lub karetka na sygnale. Przy wejściach do klubów tłoczyli się ludzie, żądni nocnej rozrywki i dobrej zabawy do białego rana. Inni leniwie przemierzali chodniki, podziwiając nocną odsłonę Warszawy, pełną bezsprzecznego uroku.
Mimo późnej pory w mieście panował względny spokój. Ale nie w popularnym hotelu przy ulicy Marszałkowskiej. Panującą w nim ciszę przerwał bowiem nagły hałas. Zaraz potem na klatce schodowej rozległ się tubalny głos.
- Tam nie wolno! Taras dla gości jest czynny tylko do północy! - krzyknął ochroniarz, widząc dwie młode kobiety wchodzące po schodach na wyższe piętra hotelu.
- My dosłownie na chwilę, proszę nam wybaczyć - odpowiedziała jedna z nich i zaśmiała się w głos.
Ochroniarz tylko pokręcił głową na ten wybryk i wrócił do oglądania westernu na niewielkim monitorze przenośnego telewizora, który umilał mu nocną pracę.
Kobiety wspięły się schodami na ostatnie piętro i z impetem otworzyły drzwi prowadzące wprost na przeszklony taras, który zdawał się unosić nad panoramą miasta. Za dnia stanowił wyjątkową atrakcję dla hotelowych gości.
- Elizo... jesteśmy w raju! - oznajmiła z emfazą młoda kobieta w turbanie na głowie.
- Zośka! Chyba zaraz mi serce wyskoczy! Aleś wymyśliła z tymi schodami - wysapała Eliza, próbując uspokoić oddech. Mimo to wyglądała na zadowoloną z tej wyprawy.
- Nie narzekaj, sama nigdy byś tu nie przyszła. A tak? Proszę bardzo, masz ode mnie ekskluzywną wycieczkę.
- Dobra, niech będzie, że masz rację.
- Nie tylko rację, ale i wino. Buchnęłam z głównego stołu. Panu prezesowi banku przecież nie ubędzie, a nam lekko zawiruje w głowie. Pomyślałam też o kieliszkach z górnej półki - dodała dumna z siebie, podnosząc w górę dwa plastikowe kubki.
- A do tego kradzione, to i nie tuczy. Polewaj, chce mi się pić - zachęciła ją Eliza, patrząc, jak przyjaciółka nieudolnie rozlewa trunek, mocząc przy tym rękaw kolorowej tuniki. Wzięła od niej pełny kubek i rozejrzała się po tarasie. Były same.
- Prosecco jest dobre na wszystko - zapewniła Zośka, upijając porządny łyk prosto z butelki. - A do tego te widoki... - dodała, podchodząc do przeszklonych ścian tarasu.
- Za co pijemy? - spytała Eliza.
- Za to, żebyśmy były zawsze młode, piękne, szczęśliwe i miały bardzo udany seks - zaśmiała się Zośka, stukając kubkiem o kubek Elizy.
- I miały kasy jak lodu.
- Otóż to! Nasze zdrowie.
- Pięknie tu... - przyznała cicho Eliza, wpatrując się w nocną panoramę stolicy. Kochała Warszawę. Tak samo jak Zośka. Obie się urodziły i wychowały w tym mieście.
- Wyobraź sobie... - rozmarzyła się Zośka - ...że w jednym z tych domów i mieszkań czeka na mnie facet, który skradnie mi serce. Mógłby wreszcie ruszyć tyłek i mnie odnaleźć.
- A skąd wiesz, że będzie z Warszawy? Może z jakiejś Koziej Wólki na Podkarpaciu?
- Ciekawe, jak miałabym go spotkać w tej Koziej Wólce? Będzie z Warszawy, czuję to. No i fajnie, jakby nie był artystą. Inaczej się pozabijamy.
- Na twoim miejscu celowałabym w informatyka. Lepszy facet, który całe dnie siedzi przy kompie, niż taki, co się szlaja nocą po klubach. Tak jak ty - wytknęła jej Eliza.
- Ja się nie szlajam, tylko bez przerwy ciężko zasuwam na lepszy byt.
- No, w sumie racja. I wcale nie chciałabym, żebyś mi uciekła do Koziej Wólki - parsknęła śmiechem Eliza, przytulając się do Zośki. Kochała ją. Jak najlepszą przyjaciółkę.
- Muszę brać przykład z ciebie i Roberta. Zawodowo coś tam was łączy, ale macie też swoje światy. On ma boks, a ty zespół.
- Niby tak, ale wiesz, że nie jest wcale tak różowo.
- Oj tam, nie narzekaj na niego. Przecież się stara. Wiesz, ile kobiet ci go zazdrości? Młody, przystojny, przy kasie. I naprawdę cię kocha.
- Teraz ma etap nadąsanej panny - wyznała Eliza.
- Nie odzywa się do ciebie?
- Od tygodnia jest na delegacji. Wiesz, ile razy w tym czasie do mnie zadzwonił?
- Kilka razy dziennie?
- Dwa. Dwa razy w ciągu tygodnia.
- Chodzi o nasz MovieBand?
- Nie może znieść, że właśnie zaczął się kolejny sezon imprez, że znowu będę zajęta i często w trasie. Wiesz, on jest taki, że chciałby mnie mieć tylko dla siebie.
- Jakoś to ogarniesz, a Robert też trochę odpuści. Na pewno siedzi w hotelu i tęskni, tylko męskie ego nie pozwala mu się do tego przyznać. Zżera go zazdrość i pewnie sobie wyobraża Bóg wie co.
- To znaczy? - zapytała z niepokojem Eliza.
- Że być może podrywa cię jakiś napalony dyrektorek, który się uchlał na bankiecie.
- A mało to razy się już zdarzyło? Gdyby Robert to widział, byłoby już po mnie.
- Ja tam wiem swoje, kocha cię jak szalony. I tylko tego ci zazdroszczę. Nawet mniej mnie wkurza to, że masz spore cycki i figurę jak młodsza siostra Cindy Crawford.
- Nie ględź głupot, tylko polewaj. Potrzebuję procentów na lepszy głos.
Miały pół godziny przerwy. Tej nocy, wraz z zespołem MovieBand, grały dla pracowników Banku InFuture z okazji dziesięciolecia jego istnienia. Takie fuchy w napiętym grafiku zespołu miały wysoką lokatę. Nie musieli wyjeżdżać z Warszawy, spać w podrzędnych hotelach, goście byli zazwyczaj uprzejmi, serwowano znakomite jedzenie, a za koncert płacono dobre pieniądze. Zdaniem Ryśka, szefa zespołu, to była prawdziwa żyła złota. Szybki koncert, szybki zarobek. Elizę i Zośkę też to cieszyło. Kasa się zgadzała, a przy okazji mogły grać i śpiewać, co od zawsze stanowiło ich pasję. Kilka dni wcześniej była Wielkanoc i właśnie rozpoczynał się gorący okres różnych imprez, co z jednej strony bardzo im pasowało, a z drugiej oznaczało mnóstwo koncertów i wyjazdów oraz sztukę godzenia ich z codzienną pracą. Ale i tak najważniejsza była ich przyjaźń.
- Rysiek pyta, gdzie jesteśmy - przekazała Zośka, zerkając na wyświetlacz telefonu.
- Pewnie strasznie panikuje, że się gdzieś włóczymy, zamiast robić słodkie miny do tych wszystkich korpoludków z banku.
- I na pewno wszystkim wciska ofertę naszego zespołu. Ty wiesz, że jak Alan z Mateuszem nosili do sali sprzęty, to Rysiek mówił, że być może zaczniemy więcej grać w tygodniu?
- No, to raczej beze mnie, bo Robert by mi tego już nie darował. I tak ledwo żyję, kiedy mamy w zespole napięty grafik. A jak Rysiek będzie naciskał, to po prostu zrezygnuję.
- O nie! Jak bym sobie wtedy poradziła?
- Ciebie to się sam diabeł boi - zażartowała Eliza.
- Nie będę protestowała. To co? Machniemy jeszcze jeden kubek winka i spadamy?
- Trzeba trochę rozruszać tych sztywniaków z korpo.
- Damy czadu, aż im krawaty pospadają.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji