Zmysłowy urok krótkich myśli - Ewa Karolak

Reflow text when sidebars are open.
Ten mężczyzna siedzący naprzeciwko był chyba jej mężem.
Tak podejrzewała, ale nie była tego pewna. Nie wiedziała też, kim są dzieci siedzące przy stole.
Nie czuła nic, ani do mężczyzny, ani do dzieci.
Była jedynie spokojna, bardzo spokojna.
Nikt nic nie mówił. Wszyscy oprócz niej jedli.
Biorąc pod uwagę ciemność za oknem, można przypuszczać, że była to kolacja.
Cała trójka uśmiechała się, na ich twarzach było jeszcze coś, jakieś porozumienie, którego ona nie potrafiła zrozumieć.
Nagle zrobiło się dziwnie, niesamowicie i strasznie. Tak jakby znalazła się w życiu innej kobiety.
W życiu niechcianym. Trudniejszym.
Mężczyzna podniósł wzrok znad talerza. Popatrzył jej prosto w oczy. Jego uśmiech zniknął na rzecz powagi:
- Jeszcze nas pokochasz. Nie bój się - powiedział niezwykle czule i spokojnie.
Z absolutną pewnością.
Dzieci pokiwały głowami, zgadzając się ze zdaniem mężczyzny.
Jezu, jak je nazwałam, jak on się nazywa, dlaczego nic nie pamiętam? - myślała z niepokojem.
Trójka ludzi ciągle jadła. Bez słowa, bez uwagi poświęcanej sobie wzajemnie.
Jedli, gryząc coraz głośniej, mlaskając. Dzieci napychały usta ponad miarę, on - pewnie jej mąż - odgryzał wielkie kęsy, które wypadały z ust.
Siorbał zimną herbatę.
Zaczęła coś czuć. To były mdłości z obrzydzenia. Chciała wstać do łazienki, ale nie mogła. Coś ją trzymało.
Krzyknęła:
- Nie znam was!
Odpowiedzieli milczeniem, kiwali ze zrozumieniem głowami. Potwierdzali tę nieznajomość, jednocześnie sugerując swą obecnością przy wspólnym stole jakieś rodzinne koligacje.
Poczuła, że po prostu zwariowała.
Leżała bez ruchu. Z trudem przypominała sobie, jaki jest dzień, co musi dziś zrobić.
Była wewnętrznie spięta, serce waliło szybciej niż powinno, w żołądku ucisk.
Jak zwykle zresztą.
Ten sen. Okropny sen. Miała rodzinę, mieszkali w jakimś mieszkaniu, paskudnym i ciasnym. Dzieci, mąż, kolacyjka. To wszystko, czego unikała jak ognia.
Była młoda, miała 29 lat i wszystko, na czym jej zależało: mieszkanie, samochód, pracę, robiła karierę. No i był jeszcze Maks. Równie zapracowany, równie ambitny jak i ona, wiedzący, czego chce.
Spotykali się często, nie chcieli zobowiązań, przynależności. Nie używali słów, które mogłyby sugerować, że są razem, że są parą. Łączył ich seks, kariera, pieniądze.
Seks czasem namiętny i długi, czasem szybki, gwałtowny jak wtedy w zoo.
Tak, Maks był odpowiednim facetem. Brakowało mu jedynie czułości, tę dostawała jako dodatek do seksu. Maksowi brakowało wyczucia tej chwili, gdy ona całym ciałem, bez słowa prosiła o ciepło. On tego nie potrafił rozszyfrować. Pytał wtedy, czy się źle czuje. Oczywiście, że źle, wystarczy żebyś mnie przytulił - myślała.
Nigdy jednak nie powiedziała mu tego wprost. Przecież jest silną i niezależną kobietą.
Niech i on tak uważa.
Wstała. Mieszkanie było wymuskane, przestrzenne, jasne, kawa pachnąca, pobudzająca, samochód nowoczesny, ona sama pociągająca. Całe życie mieściło się w przymiotnikach.
Lustro pokazało to, czego oczekiwała.
- Jest dobrze - powiedziała do lustra - siebie.
Po godzinie była w pracy. Znów to zadowolenie, znów radość istnienia i pewność, i wiara w to, że wszystko można zaplanować, wyreżyserować i tego dokonać.
Jej status i gabinet to potwierdzał.
Około południa z Zoją omawiały projekt nowego produktu. Zerknęła przez okno. Na parkingu, niedaleko jej samochodu stał mężczyzna ze snu, oczywiście że nie ten sam, bo jakże, ale podobny. Szybko odszedł.
Spokój zniknął. Nie pojmowała tego niepokoju. Trwał chwilę.
Popołudniowe spotkanie z Maksem było jak zawsze fantastyczne.
Przerzucali się celnymi spostrzeżeniami, ripostowali, wplatając erotyczne podteksty.
Potem pojechali do niej.
- Opowiem ci mój sen - zaproponowała.
- Potem, potem - mruczał Maks, rozpinając jej sukienkę.
- Mamo, kiedy obiad? - pyta chłopiec.
- Kogo on pyta? - zastanawiała się, oglądając się za siebie.
- No właśnie, obiad, obiad - wołał drugi.
Do kuchni wszedł mężczyzna. Ten jej mąż. Uspokoił chłopców, coś do nich powiedział. Wyszli do swego pokoju.
Mężczyzna podszedł do niej. Objął w talii i cicho, spokojnie powiedział:
- Obiad trzeba odgrzać, wszystko jest w lodówce.
Potem delikatnie, ale stanowczo przesunął wargami po jej szyi, dotarł do ucha, dotykał go koniuszkiem języka. Muskał, napierając całym ciałem. Nagle odsunął się i wyszedł.
Stała nieruchomo, tak bardzo chciała jeszcze czuć ten oddech na swojej szyi, chciała zapytać, kim jest i dlaczego ona nic nie wie.
Weszła do pokoju, tam wszyscy siedzieli i czekali na obiad.
Mężczyzna uśmiechnął się i poprosił o jedzenie. Wyjęła z lodówki garnki, odgrzała, podała obiad, którego nigdy nie ugotowała. To były gołąbki.
Nic nie jadła. Przyglądała się tym ludziom - jej rodzinie. Dzieci były ładne, ale starszy chłopiec szczerbaty.
Mężczyzna-mąż nie był przystojny. Zdecydowanie nieciekawy, gdyby nie jego wzrok, który był i zaczepny, i czuły, gdyby nie te oczy i głos.
Głos męski, zdecydowanie męski i pociągający.
Tak, można było się nim zainteresować.
- Mam na imię Paweł, a to Adam i Michał - powiedział mężczyzna-mąż, wskazując na dzieci.
Wiedzą, wiedzą, że ich nie znam. Ale dlaczego się nie dziwią - zastanawiała się.
Młodszy chłopiec, Michał, podszedł do niej. Usiadł na kolana, głowę położył w to miejsce, gdzie szyja łączy się z ramieniem, noskiem dotknął dekoltu. Tak trwał.
Poczuła w sobie zapomnianą tkliwość. Przesunęła dłonią po włosach dziecka. Chłopczyk uśmiechnął się.
Mężczyzna-mąż obserwował uważnie, z aprobatą pokiwał głową. Potem dzieci gdzieś poszły. Mężczyzna-Paweł znów objął ją i błądził wargami po szyi, twarzy. Nakładał swoje usta na jej, językiem błądził po podniebieniu. Czuła pożądanie, czuła, że minęła granicę, chciała się kochać, ale on tylko całował, głaskał, tulił, nie reagował na jej sygnały.
Łzy same spływały po twarzy. Skąd te łzy? Skąd roztkliwienie?
Łkała, twarz mokra od łez była dowodem sennych przeżyć.
- Znów ten sen. Ta rodzina, dlaczego mnie tak męczy? - myślała zdziwiona.
Kolejny dzień, jak wszystkie poprzednie, dawał poczucie zadowolenia. Zakupy, kolacja w restauracji z Maksem. Spotkanie z przyjaciółmi i powrót do domu.
Jedwabny szlafrok pieścił jej ciało. Lubiła to zetknięcie ud i jedwabiu, ramion i jedwabiu, piersi i jedwabiu. Nagle poczuła, że zna to uczucie delikatności, pieszczoty niemal nieistniejącej, a jednak pozostającej w świadomości.
Maks? Nie, on był inny, nie chciał, nie umiał tak.
Skąd to zna, co jej przypomina?
Sen! Mężczyzna-Paweł ze snu.
Tam odczuwała te niuanse powodowane dotykiem, to on wprowadzał ją w drżenie swym gorącym oddechem, który czuła na szyi.
Zapragnęła zasnąć i śnić. Śnić tę rodzinę, to życie, którego naprawdę nie chciała. Pragnienie trwało chwilę. Nie akceptowała takich słabości.
Folgowanie im niszczyło charakter i wolę - myślała, ubierając się pospiesznie.
Wyjść, wyjść, nie myśleć o tym, nie czuć. Być sobą. Być znów silną Martą.
Chłód nocy, cisza i ciemność były jej sprzymierzeńcem.
Nikt nie widział łez.
Skąd znów łzy, skąd pustka? - myślała.
Szła przed siebie i bardzo tęskniła. To była tęsknota za nieznanym, niewiadomym.
Sama nie wiedziała, za czym.
Poczuła, że musi szukać, gdzieś gnać. Ale czego szukać, za czym gnać? Za kim? Obłęd.
Wróciła do domu. Jej dotychczasowe szczęście, zadowolenie minęło bez śladu.
Pozostała tylko pustka, tęsknota i niepokój.
Zadzwonił telefon.
- Marto, tu Maks. Chcę przyjechać.
- Nie, nie, nie dziś - odpowiedziała niepewna czy jej posłucha.
- Masz kogoś? - zażartował.
- Tak, moje sny - odparła.
Odpowiedział jej krótkim, niecierpliwym śmiechem.
Znów szlafrok, ciało-jedwab, łóżko, zasnąć, zasnąć, śnić tamtych troje.
- Nigdy nic nie leży na swoim miejscu - powiedział mężczyzna-Paweł.
- Czego ci potrzeba? - zapytała, z oporami mówiąc mu "ty".
- Niczego, ale zawsze czegoś szukam. Może posprzątasz? - spytał.
- Mogę, ale skąd będę wiedziała, gdzie co położyć? - zastanawiała się.
- Będziesz wiedziała. To twój dom - mężczyzna-Paweł patrzył na nią z uśmiechem.
- Jesteś bardzo pociągająca i piękna, ale mogę cię jedynie całować - dodał.
- Dlaczego, przecież to tylko sny. We śnie możesz robić, co zechcesz. Wszystko. Bez odpowiedzialności. Tu nikt za nic nie odpowiada. Dlaczego? - prowokowała.
- Nie potrafiłabyś żyć na jawie, gdybym nie tylko całował - odparł.
Zjawili się chłopcy. Hałaśliwi, głodni. Przytulili się do niej zwyczajnie, bez skrępowania bezpośredniością, którą ona odczuwała. Odruchowo objęła obu i chciała tak trwać. Czuła wewnętrzne ciepło, coś nowego, dobrego. Nie może tego utracić, musi zachować i po przebudzeniu nadal czuć.
Mężczyzna objął ich troje i trwali w bezruchu, w poczuciu jedności.
Nigdy dotąd nie znała takiej bliskości.
To absurd. Zwariowałam. O Pawle myślę jak o kimś realnym. Marzę o nim, o jego wzroku, głosie, dotyku. Tęsknię za dziećmi. Chcę śnić, bez przerwy spać.
Maks. On to wyjaśni. Kiedy spotkali się, opowiedziała mu wszystko. Gdy to zrobiła, wiedziała, że jest źle. Patrzył na nią podejrzliwie i stwierdził, że jest przepracowana.
- Maks, to nie tak, ja tęsknię, chcę tamtego mężczyznę - wyznała.
Maks wstał, wyszedł. Stanął przy witrynie pubu, popatrzył przez okno i popukał się w głowę.
Bardzo wymowne, może on ma rację? Może jestem niezrównoważona? - pytała sama siebie.
Siedziała nad kieliszkiem martini. Czas płynął. W pewnej chwili zdała sobie sprawę, że prowadzi wewnętrzny dialog z niewidzialnym Pawłem.
- Jak was urealnić?
- Znajdź nas w życiu. Jesteśmy, ale musisz nas chcieć poszukać. Czego chcesz? Swej wygody czy miłości i tego, przed czym ciągle uciekałaś?
- Chcę ciebie.
- Mnie nie ma.
- Jesteś we mnie, w mojej głowie. Chcę cię w życiu!
- Szukaj.
- Pawle, trwaj przy mnie.
- Nie mogę. Musisz zdecydować i znaleźć swoje życie. To twój wybór. Muszę już odejść.
- Zostań, wróć we śnie, idę do domu. Będę spać.