Zmyślone życie Siergieja Nabokowa - Paul Russell

Reflow text when sidebars are open.
BERLIN
23 listopada 1943 roku
Syreny alarmowe zawyły tuż po północy. W piwnicy słyszeliśmy kaszel dział przeciwlotniczych na granicach miasta i pomruk bombowców - przetaczające się dudnienie stóp olbrzyma. Wszystko to znaliśmy aż nazbyt dobrze, ale tym razem pijany olbrzym, zataczając się, zmierzał prosto w naszą stronę. Czuliśmy drżenie kamienicy nad głowami, słyszeliśmy szyby wybuchające kryształowymi fontannami, dobiegła nas dziwna, pełgająca nisko woń bomb zapalających. Lecz po chwili ogłuszające stąpnięcia zaczęły się oddalać, a rumor ucichł, by po kilku minutach ustąpić miejsca rykowi pożogi ogarniającej okolicę. Gwałtowny spadek ciśnienia wyrwał z zawiasów drzwi od piwnicy. Poderwaliśmy się, by dopchnąć je barkami na miejsce. Uszy i skronie pulsowały. Płakaliśmy wniebogłosy. Modliliśmy się.
- Mimo wszystko - zwróciłem się następnego ranka do Herr Silbera - Anglia jest najbardziej cywilizowanym krajem na świecie.
Moje słowa zawisły jak wykute w lodowatym powietrzu biura. Spotkały się z pełnym niedowierzania milczeniem. Kilka poirytowanych par oczu zwróciło się w naszą stronę, by zaraz powrócić do papierkowej roboty. Większość moich współpracowników z departamentu redakcyjnego frontu wschodniego zdołała dotrzeć do pracy. Jak przypominał nam nieustannie doktor Goebbels: w Rzeszy nie ma już żadnych praw, są tylko obowiązki.
- Bez wątpienia, Herr Nabokow - odpowiedział niezbyt pewnym głosem Herr Silber - żyjemy w ciągłym napięciu. Być może rozważy pan wzięcie wolnego na resztę dnia.
Wiedziałem, że starał się być uprzejmy. Wszyscy w biurze zdawali sobie sprawę z tego, co właśnie zaszło. Poczułem nieprzyjemny zawrót głowy, wstałem i się ukłoniłem.
- Danke sehr - powiedziałem. - Prawdopodobnie tak zrobię.
Nie da się cofnąć wypowiedzianych słów. Tak wygląda rzeczywistość Rzeszy. Nikt nie wie tego lepiej od pracowników Ministerstwa Propagandy.
Herr Silber pożegnał mnie jak zwykle sztywno wyciągniętą ręką. Odwzajemnianie pożegnania nie miało już sensu, więc tego nie uczyniłem.
Wychodząc z biura, czułem na sobie wzrok wszystkich. Plakat na korytarzu ostrzegał: WRÓG WIDZI ŚWIATŁO! ZGAŚ JE! Na frontowych schodach leżało pełno odłamków szkła. Poza tym ministerstwo pozostało zadziwiająco nietknięte. Sąsiednie budynki przy Wilhelmstrasse nie miały tyle szczęścia: stara Kancelaria Rzeszy, Arsenał, hotel Budapeszt legły w gruzach. Ominąłem lej po bombie niemal tak szeroki jak sama ulica - krater wypełniła już woda z pękniętej rury. Nad krawędzią chwiała się wypalona ciężarówka. W pobliżu leżał bezgłowy manekin, któremu wolałem się nie przyglądać. Przez całą prawie niemożliwą do pokonania drogę w powietrzu wisiał gęsty pył, ohydny oleisty popiół, smród spalenizny, nafty i Bóg wie czego jeszcze. Jakieś nieziemskie cienie sunęły między wypalonymi tramwajami i autobusami. Na Kurfürstendamm zażywna paniusia w cienkiej podomce i etoli z lisa zarzuciła mi ramiona na szyję. Odwzajemniłem jej uścisk już choćby dlatego, że oboje żyliśmy.
- Cóż za nikczemni barbarzyńcy! - wołał Herr Silber. Nie zwracał się do nikogo personalnie w lodowatej skorupie biura. - Mordercy. Szakale. Żydzi! Anglicy to najwięksi ze wszystkich wojenni zbrodniarze!
Czy można go winić? Burza ogniowa przetoczyła się przez miasto z zachodu na wschód. Charlottenburg, Unter den Linden, Alexanderplatz - wszystko, jak mówiono, w ruinie. Mimo to powiedziałem to, co powiedziałem: Trotz allem, England ist das zivilisierteste Land der Welt[1].
W zeszłym tygodniu aresztowano dziewczynę z sąsiedniej kamienicy za niezgodne z prawem słuchanie zagranicznych radiostacji. Nie dalej jak wczoraj widziałem na własne oczy, jak ci z Sicherheitsdienst wyciągnęli z tramwaju pewnego starszego pana, który w rozmowie ze współpasażerem wspomniał o tym, o czym wszyscy wiedzieli - że wojna nie toczy się po myśli Reichu. Cywilizowani chłopcy z RAF-u nie zburzą tego miasta tak doszczętnie, żeby gestapo nie znalazło do mnie drogi. Ucieczka nie wchodzi w grę. Dokąd miałbym uciec? Nansenowski paszport rosyjskiego emigranta jest obecnie bezwartościowy. Poza tym jestem przestępcą seksualnym skazanym prawomocnym wyrokiem sądu, objętym policyjnym nadzorem po wypuszczeniu w zeszłym roku z austriackiego więzienia.
Piszę te słowa w mym nadwerężonym po bombardowaniu mieszkaniu przy Ravensbergerstrasse. Nie mam już okien ani prądu, ani wody, mam za to nerwy w strzępach - nie umiem pozbyć się wspomnienia tamtego bezgłowego manekina. Dodaję sobie odwagi czarnorynkową brandy, którą chomikowałem na wesele w przyszłym tygodniu. W ostatniej powieści niezrównanego V. Sirina[2] - dosyć popularnej w naszych emigracyjnych kręgach - pewien skazaniec zastanawia się, jak ma zacząć pisać, nie wiedząc, ile mu zostało czasu. Jakież męki odczuwa, zdając sobie sprawę, że wczoraj czasu wciąż było dosyć... gdyby tylko wczoraj pomyślał i zaczął pisać!
SANKT PETERSBURG
Urodziłem się w Sankt Petersburgu 12 marca 1900 roku jako drugi syn Władimira Dmitrijewicza Nabokowa i Jeleny Iwanowny Rukawisznikowej. Ojciec mój był powszechnie szanowanym prawnikiem kryminologiem, publicystą i wybitnym kadetem - jak nazywano wówczas członków przeciwnej carowi Partii Konstytucyjno-Demokratycznej. Matka wywodziła się z fantastycznie bogatego rodu, lecz choć liczni wrogowie ojca poszeptywali zazdrośnie, iż małżeństwo to zdradzało oznaki pewnego wyrachowania, nigdy nie zauważyłem między rodzicami niczego innego poza nieustającą i prawdziwie godną pozazdroszczenia miłością.
Pierwsza podjęta przez rodziców próba spłodzenia potomka zakończyła się fiaskiem - syn przyszedł na świat martwy. Zatem ten pierworodny, który przeżył, Władimir Władimirowicz, stał się dla nich największym skarbem. Domyślam się, że mój własny debiut na tym świecie zaledwie jedenaście miesięcy później przyjęto mniej entuzjastycznie. Przez lata wielokrotnie zastanawiałem się nad sposobem postrzegania przez mego brata owego przedwczesnego intruza w jego prywatnym raju i doszedłem do wniosku, iż jego antypatia wobec mnie musiała wynikać w przeważającej części z obawy, że reprezentuję sobą pospieszną rewizję aktu stworzenia dokonanego przez Stwórcę, co, w taki czy inny sposób, mogło źle świadczyć o jego wcześniejszym dziele.
Co się tyczy mych niekochających mnie bezgranicznie rodziców: byli rozczarowani - o czym powiadomiła mnie później ma niepotrzebnie szczera babka Nabokowa - przekonawszy się, że ich drugi potomek jest nieledwie bladą kopią pierwszego. Byłem niesłychanie apatycznym dzieckiem - krótkowzrocznym, niezdarnym, notorycznie leworęcznym mimo licznych prób "uzdrowienia" mnie oraz napiętnowanym jąkaniem, które wraz z wiekiem tylko się potęgowało.
Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień... Miałem chyba cztery lata. Rosja toczyła wojnę z Japonią, a moja matka, brat i ja rozlokowaliśmy się wraz z naszą angielską guwernantką, niejaką Miss Hunt, w hotelu Oranien w Wiesbaden, wysłani przez ojca za granicę ze względu na pogarszającą się sytuację polityczną w kraju. Niewiele pamiętam z tej niemieckiej zimy, pominąwszy młodego hotelowego windziarza. Z pewnością nie miał więcej niż piętnaście, szesnaście lat, ale stał się dla mnie uosobieniem męskości i wydawał mi się nieziemsko przystojny w swoim złocistym toczku, pąsowej kurtce i ciasno opiętych czarnych jak atrament spodniach z pojedynczym, zaprasowanym, srebrnym lampasem biegnącym wzdłuż każdej nogawki. Nie pamiętam tego, wszak mówiono mi później, iż miałem w zwyczaju chwytać go kurczowo za jedną lub drugą nogawkę, gdy przestawiał dźwignie windy - zupełnie jak małpka towarzysząca kataryniarzowi usuwanemu nieustannie przez obsługę hotelu z chodnika przed frontowym wejściem.
I właśnie tamtej zimy mego pierwszego niewinnego zauroczenia brat mój przekonał mnie, abyśmy uciekli z hotelu, który z jakiejś przyczyny wydał mu się więzieniem, a nie pałacem. Nie umiem sobie przypomnieć, jakie słodycze czy inne pyszności obiecywał mi w nagrodę Wołodia, ale pamiętam doskonale naszą jazdę z czwartego piętra na dół oraz to, że czarujący windziarz nie widział niczego zdrożnego w zwożeniu dwóch chłopców całkiem bez opieki prosto do hotelowego foyer. Wołodia pobiegł przodem, a ja przystanąłem, położyłem dłoń na sercu i przesłałem memu rozbawionemu bóstwu rozpaczliwe Adieu, mon ami!, które powtarzałem gorączkowo w głowie przez całą jazdę w dół. Potem puściłem się pędem, by dogonić mego charyzmatycznego brata, który przemykając między nogami gości, zdołał opuścić już hałaśliwe foyer i znalazł się na jeszcze bardziej hałaśliwej ulicy.
Kataryniarz i jego niebieskooka małpka zerknęli na nas z ukosa. Aleja była labiryntem dudniących powozów i elektrycznych tramwajów tryskających przeraźliwymi błękitnymi iskrami. Nigdy przedtem nie opuściłem Oranien, nie trzymając mamy czy też Miss Hunt za rękę. Do dziś zdumiewa mnie to, że Wołodia wiedział doskonale, dokąd chce iść w ulicznym zgiełku. Starałem się usilnie dotrzymać mu kroku, gdy odwracał się ku mnie przez ramię z wyrazem poirytowania na twarzy, wskazującym, iż żałował już, że namówił mnie na tę eskapadę.
Po chwili zdałem sobie sprawę, że się zgubiliśmy. Nie spuszczałem oczu z granatowego marynarskiego ubranka Wołodii. Niebo było pochmurne i mdłe, powietrze chłodne i ciężkie, a miasto jednolicie szare. Tylko mój brat był roztańczoną kropką kolorów i energii. Nie umiem powiedzieć, jak długo wędrowaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy się nad rzeką, nad którą parokrotnie zawoziła nas powozem Miss Hunt na spacer po promenadzie.
Na molo, przy którym cumował parowiec, panował rozgardiasz, gdyż na pokład wchodzili właśnie ostatni pasażerowie. Wołodia bez chwili wahania zatupał po trapie, na końcu którego zatrzymał go srogi marynarz z olbrzymim wąsem.
- Ależ proszę pana! - zaprotestował nienaganną angielszczyzną mój brat. - Nasi rodzice są już na pokładzie. Będą się strasznie niepokoić, jeśli się zgubimy. - Wołodia rozejrzał się i zwrócił do tłumu: - Proszę nam pomóc! Czy jest tu jakiś Anglik, który pomoże angielskiemu dziecku?
Wszyscy wpatrywali się w dzielnego pięciolatka i jego skulonego ze strachu braciszka.
- My, kochaneczku, jesteśmy z Ameryki - zawołała jakaś pani o obfitych kształtach, trzymająca na ręce małego czarnego pinczera. - Wejdziecie ze mną na pokład, moje dziecko. Czy to się komuś podoba, czy nie!
Ukryci w fałdach jej spódnicy przeszliśmy przez posterunek, po czym Wołodia zawołał: "Mamo, papo!" i chwyciwszy mnie za rękę, wyrwał nas spod kurateli wybawczyni. W tej samej chwili parowiec zadrżał od dziobu po rufę, zapiszczał gwizdek, a statek odbił od mola.
Pamiętam spokój ołowianej rzeki, kiedyśmy wypływali z miasta, a domy ustępowały miejsca polom i winnicom. Przez całe późniejsze życie, już to w Paryżu, Londynie czy Berlinie, kiedy dane mi było słyszeć wznoszące się wolno Wagnerowskie akordy wprowadzające córy Renu, wracałem myślą do tego parowca na rzece i znów stałem na jego pokładzie obok mego nieustraszonego, szalonego, gotowego na wszystko brata, i znów czułem na owiewanych wiatrem policzkach łzy przerażenia i tęsknoty, którym w końcu pozwoliłem płynąć.
- Co zrobimy? - łkałem.
- Wszystko! - zapiał, rozkładając szeroko ręce. - Popłyniemy do Ameryki, Sierioża! Będziemy polować na słonie, cwałować na mustangach, poznamy dzikich Indian! Tylko pomyśl!
Przy następnej przystani czekał na nas żandarm, który zapakował nas do policyjnego landa. Windziarz, jak się okazało, po naszym wyjściu bez opieki na ulicę bardzo szybko puknął się w głowę i doniósł o naszej ucieczce. Hotelowa obsługa wyśledziła nas do mola i pojawiła się przy nim w chwili, gdy parowiec odpływał i był już poza zasięgiem gorączkowych nawoływań.
Po powrocie do hotelu mój brat zniósł ze stoickim spokojem wszelkie dyscyplinujące poczynania mamy. Tata, kiedy powiadomiono go o naszym wyczynie, uśmiał się serdecznie. Wszyscy, zda się, wyczuli, iż byłem tylko mimowolnym wspólnikiem brata. Jedyną osobą, która poniosła trwałą szkodę, była nieszczęsna Miss Hunt, zwolniona natychmiast z racji karygodnego zaniedbania obowiązków, które umożliwiło nam opuszczenie hotelowych pokoi - nie była pierwszą ani ostatnią z naszych guwernantek pokonanych przez Wołodię. A co się tyczy przystojnego windziarza - już nigdy go nie ujrzałem. Wydaje mi się obecnie, że i on mógł stracić przez nas zatrudnienie.
Wasilij Iwanowicz Rukawisznikow, brat naszej matki, nazywany przez nas wujkiem Ruką, był rozkosznym ekscentrykiem. Nosił się barwnie. Nigdyśmy go nie widzieli bez goździka w butonierce czy też bez wysadzanych opalami pierścieni na długich palcach. Uwielbiał getry i trzewiki na wysokim obcasie, które wydawały mi się niezmiernie wytworne, choć jego kabotyński chód bywał okrutnie przedrzeźniany przez mego brata. Wujek Ruka był próżny i narwany, miał ziemistą cerę, oczka szopa, ujmujący wąsik i podobnie jak młodszy z jego siostrzeńców, przeokropnie się jąkał.
Widywaliśmy go przeważnie latem, kiedy zjeżdżał do swego majątku Rożdiestwieno, które wraz z należącą do mamy Wyrą oraz Batowem babki Nabokowej tworzyły nasze rodzinne dobra nad rzeką Oriedież.
Pod koniec czerwca wywieszał flagę nad dworem, sygnalizując swoje przybycie z zimowych leży we Francji czy Włoszech, czy też zgoła z Egiptu, który znaliśmy z jego egzotycznych opowieści. Otwierano okiennice w całym domu, odmalowywano wspaniałe kolumny frontowego portyku, zdejmowano zasłony z mebli, trzepano i wietrzono dywany. Przywoził nam prezenty, którymi obdarowywał nas niespiesznie, dzięki czemu cały czerwiec stawał się nieustającym objawieniem kolorowych książek i klocków, kart do gry, ręcznie malowanych ołowianych huzarów i ułanów, a pewnego razu - kiedy miałem sześć lat - czarującego mosiężnego popiersia Napoleona, z którym kładłem się spać przez wiele następnych tygodni, póki szyderstwa Wołodii nie odwiodły mnie od tego niosącego mi pociechę nawyku.
Przez dwa radosne miesiące wuj bawił z nami, zdumiewając nas i oświecając. Mówił tkliwym, wysokim tenorem, a w wolnych chwilach - których miał nieskończenie wiele mimo kariery soi-disant dyplomaty - komponował barkarole, bagatele i chansons tristes, które nam wyśpiewywał w letnie wieczory, akompaniując sobie na fortepianie. Zdaje się, że artystyczny geniusz wuja nie robił na nikim wrażenia, ja wszakże uwielbiałem jego tęskne melodie.
Pewnego razu poprosiłem go, aby pożyczył mi partyturę jednej ze swych pieśni, co uczynił z wielkim ociąganiem.
- Chodzi ci o tę... - pytał z uśmieszkiem. - No cóż, jeśli sobie życzysz...
Pomknąłem do siebie z upragnioną partyturą i spędziłem wiele najszczęśliwszych godzin na potajemnych próbach, wyobrażając sobie jego zaskoczenie, gdy pewnego dnia - uwolniony od jąkania (gdyż nie jąkam się, kiedy śpiewam) - oddam mu pieczołowicie poskładane nuty.
Wieczorami po obiedzie raczył nas - po francusku, a nie po rosyjsku, którym posługiwał się z trudem - opowieściami o piramidach i Sfinksie, którego nos odstrzelili pewnego nudnego popołudnia francuscy żołdacy Napoleona, lub też o polowaniach na krokodyle w Nilu, na które wyprawiał się ze swym służącym, Hamidem. Siadywaliśmy na werandzie pośród płonących równo naftowych lamp i filujących świec, a przed naszymi oczyma malowały się zasnute dymem kairskie bazary, tętniące niewyobrażalnym kupieckim zgiełkiem. Wśród prezentów przywiezionych przez wujka Rukę było kilka ciężkich cylindrów używanych do odciskania w wosku pieczęci samego kalifa.
- Ale to furda! - Rozglądał się po nas swymi oczyma szopa. - Bo pośród targów i żebraków nieustannie czyha groźba... - zawiesił dramatycznie głos - ...że ktoś zechce nas rozkosznie wykorzystać!
- Basile - mruknął ostrzegawczo tata.
- Ależ ja nigdy, przenigdy... - zapewnił nas pospiesznie wujek Ruka - ...nie zostałem tak wykorzystany!
I natychmiast wyruszył w kolejną podróż - tym razem hydroplanem Hydravion, najnowszą olśniewającą konstrukcją dwóch przemyślnych francuskich braci Voisin. Czy wiemy, że rozbił się na plaży pod Bayonne i o mało nie zginął? Ale to furda - ucałował dwa upierścienione palce uniesione zabobonnie do ust - bo wyszedł z tego bez szwanku. Prawosławni święci Sergiusz i Bakchus pozostaną jego błogosławionymi opiekunami do końca.
W samym środku tej hałaśliwej paplaniny, powiedzmy, przy słowie "Bakchus", zacinał się i dopiero po kilku pełnych napięcia chwilach był w stanie wykrztusić krnąbrną spółgłoskę.
Jednakowoż nie miał za grosz cierpliwości do przepadającego za nim siostrzeńca jąkały. Już sama moja obecność wzbudzała w nim irytację, co tylko pobudzało we mnie pragnienie, by zmusić go, żeby mnie polubił, a przynajmniej zaakceptował. Natknąwszy się nań w bibliotece, gdzie apatycznie kartkował album z akwarelami kwiatów, zauważyłem:
- Hamid wygląda mi na wielce interesującą postać. Jakież przygody musiały was spotkać!
- To łajdak - odrzekł wuj z niezrozumiałym poirytowaniem. - Nie zawracaj sobie głowy Hamidem. Łotr pierwszej wody, jeśli wolno mi się tak wyrazić. A teraz, drogi chłopcze, pozwól wujowi zażyć chwili wytchnienia. Nie widzisz, że jestem zajęty?
Sporządziwszy i podpisawszy wezwanie do biernego oporu przeciwko polityce cara (dokument, który przeszedł do historii pod nazwą Manifestu Wyborskiego), ojciec i kilku innych kadetów spędzili lato roku 1908 w więzieniu. Reszta naszej rodziny zamknęła się w matczynej posiadłości w Wyrze, gdzie pewnego gorącego popołudnia kolasa przywiozła z Sankt Petersburga modnego fotografa, jego asystenta oraz teatralną panoplię sprzętu fotograficznego. Z jakiej przyczyny mama postanowiła podczas nieobecności ojca zamówić serię pamiątkowych portretów, ukazujących ją wraz z potomstwem, orzec nie potrafię, ale Wołodia gwałtownie zaprotestował, gdy kazano nam ubrać się w identyczne białe krótkie spodenki i koszulki z długim rękawem. Nasza najnowsza guwernantka, Mlle Miautin, którą nazywaliśmy zwyczajnie "Mademoiselle", napomniała wychowanka, że żaden dobrze wychowany chłopiec nie urządza awantur, a fotograf zapewnił go, że my dwaj w ogóle nie jesteśmy do siebie podobni. Ostatecznie Wołodia poddał się, a na pamiątkowych portretach, które wykonano, mój krnąbrny brat rzuca w obiektyw wyzwanie z zadowolonym z siebie diabelskim uśmieszkiem, nasze dwie młodsze siostry, Olga i Jelena, spoglądają poważnie, a ja jak zawsze szczerzę się głupkowato.
Żmudny proces zdejmowania nas aparatem fotograficznym mocno nadwerężył naszą cierpliwość, szczególnie gdyśmy usłyszeli szybki stukot obcasów wujka Ruki, przemierzającego foyer.
- Ah, Lyova! Mes enfants! Je suis arrivé!
Oceniwszy sytuację jednym rzutem oka, wujek Ruka przekonał fotografa do wykonania kolejnej serii fotografii. Obserwowałem z werandy - na której Mademoiselle karmiła nas ciastem i poiła sokiem wiśniowym - wuja pozującego w ogrodzie, najpierw z siostrą, a następnie z siostrą i jej pierworodnym, którego objął władczo w pasie. Po zrobieniu zdjęcia Wołodia uwolnił się z objęć.
- Hola! - zawołał wujek Ruka. - Przywiozłem ci coś, co na pewno ci się spodoba.
Wołodia zatrzymał się w pół kroku.
- Biegnę łapać motyle - odkrzyknął. - Straciłem już pół dnia!
Od poprzedniego lata mania ta bez reszty owładnęła mym bratem. Jego pokój stał się skarbnicą rozpiętych, przyszpilonych okazów motyli. Ku przerażeniu Mademoiselle.
- Aha! Zatem dostaniesz motyla.
Wołodia spojrzał nań sceptycznie.
- Pójdźmy... - zachęcił go wuj, prowadząc siostrzeńca przez werandę do domu. Poszedłem za nimi. Wujek Ruka wskazał wielką księgę, która leżała otwarta na fotelu w salonie. Brat mój podszedł posłusznie i wpadł w uniesienie.
- Ojej... - zawołał. - Ojej... ojej... - Podniósł tom i opadł wraz z nim na fotel, by natychmiast zacząć go przeglądać. - Die Gross-Schmetterlinge Europas! Marzyłem o tej książce! Skąd wuj wiedział?
- Twój wuj nie jest tępakiem, czyż nie? - Osunąwszy się na oparcie fotela, objął siostrzeńca ramieniem. - Jestem pewien, że widziałem takiego... - Wskazał ilustrację.
- Mało prawdopodobne - skonstatował Wołodia. - O ile wuj nie był na Nowej Ziemi, lecz nawet tam są to niezwykle rzadkie okazy.
- No cóż... Może widziałem jego kuzyna z południa - wyjąkał wujek Ruka. - Obawiam się, że wszystkie są do siebie podobne. Rodzinne podobieństwa bywają bardzo mylące. - Roześmiał się wesoło i głęboko wciągnął nosem powietrze, a wraz z nim zapach chłopięcej brylantyny. Przez chwilę jego wargi muskały niemal czubek głowy Wołodii. Mój brat zesztywniał. Jego brązowo-zielone oczy odszukały moje. Zawstydzony odwróciłem wzrok: nie z powodu grymasu Wołodii, ale z powodu naszego nieszczęsnego wuja, który - nieświadom pogardy siostrzeńca - wybiegł szybko z salonu, stukając obcasami. Wołodia siedział w fotelu, jakby nic się nie stało, i przewracał niespiesznie stronice, celowo nie zwracając uwagi na otoczenie - ani na wychodzącego wuja, ani na młodszego brata, który stał w progu, gdy wuj otarł się o niego, niemal go nie zauważając.
Następnego lata wujek Ruka znów zjechał do Rożdiestwiena. Trzy albo i cztery razy w tygodniu zjawiał się u nas na podwieczorku. Po posiłku, kiedy wszyscy szli na werandę na kawę po turecku i papierosa, chwytał Wołodię za nadgarstek.
- Pójdź, drogi chłopcze - słyszałem jego słowa, kiedym stał w progu dłużej, niźli to było konieczne. - Pozwól na chwilę do wuja. We Włoszech chłopcy w twoim wieku uwielbiają zabawę w konika. Nazywają ją dosiadaniem rumaka... - Stękając z wysiłku, uniósł wijącego się Wołodię na kolana. - Uff! Aleś ty urósł. I jakie masz mocne uda! Czy to siniak? Żółty jak melon. Boli cię? Chłopcy z takimi udami wspaniale dosiadają rumaków. Chcesz służyć w kawalerii, kiedy dorośniesz?
Apatyczna służba sprzątała ze stołu zastawę. Wujek Ruka podrzucał niesubordynowanego jeźdźca na silnym męskim udzie. Na nic się zdały protesty Wołodii, wymachy długimi, gołymi nogami, gdy wujek Ruka przywarł wargami do karku siostrzeńca, pomrukując: - No już... no już... Tr?s amusant, n'est-ce pas? Zaśpiewać ci piosenkę?
Uciekłem bez słowa na werandę. Gwałtowna ulewa zrosiła okolicę podczas podwieczorku. Lecz znów wyszło słonko, skrząc się w kroplach deszczu skapujących z lip i topoli w parku. Z jadalni płynęły na poły śpiewane, na poły wydyszane słowa:
- Un vol de tourterelles... strie le ciel... tendre.
Wreszcie odezwał się ojciec:
- Łodia, przestań zawracać wujowi głowę.
Wołodia niemal natychmiast stanął w progu: ze zmierzwionymi włosami, białą skarpetką zsuniętą do kostki, różowo-koralowymi śladami palców na udach.
- Chodź, usiądź z nami - zaprosił go tata, ale mój brat nie zwrócił na to uwagi i bez słowa popędził na dół schodami prosto w parkową gęstwinę. Wołodia był bardzo osobliwym dzieckiem.
Zaraz też nadszedł wujek Ruka, spłoniony z wysiłku, w rozchełstanym białym letnim garniturze.
- Żwawy chłopiec... - mruknął.
- Napijesz się kawy, Basile? - spytał tata.
- Nie, nie... - wymówił się wuj. - Szkodzi mi na serce.
- Masz serce jak dzwon - stwierdził tata. - Przeżyjesz nas wszystkich.
Tamtego lata odwiedził nas również kuzyn Jurij Rausch von Traubenburg. Jego rodzice się rozwiedli, przez co marnował czas na podróże między Warszawą, gdzie w randze gubernatora służył ojciec, a licznymi nudnymi uzdrowiskami, w których matka - moja ciocia Nina - zażywała tajemniczych kuracji i przyjemności. Był światowcem skandalicznie swobodnym wobec służby i zupełnie nie przejmował się rodzicielskimi zaniedbaniami, a licząc cztery lata więcej ode mnie, przyjaźnił się z Wołodią, na mnie zaś nie zwracał uwagi. Mimo to byłem pełen podziwu dla tego przystojnego, tyczkowatego intruza. Znikali z Wołodią na całe godziny w parku, wprowadzając w życie wielce złożone fantazje o kowbojach i Apaczach, czerpane po części z tandetnej przygodowej literatury, którą wprost pochłaniali, a po części z własnej straszliwej i wypełnionej przygodami wyobraźni.
Tylko z rzadka udawało mi się brać udział w ich zabawach; zapamiętałem jedną z nich - krótkotrwałą przygodę z lata 1910 roku, kiedy to stanąwszy przede mną, złożyli mi najbardziej intrygującą propozycję: czy zechcę odgrywać rolę białogłowy w awanturze, która ich czeka. Nie musieli mnie długo namawiać, owinąłem się szalem i dałem przywiązać do drzewa, przed którym odtańczyli dziki indiański taniec pełen groźnych pohukiwań, by zostawić mnie na pastwę losu, gdy skomplikowany scenariusz przygody pognał ich w inne strony. Widziałem kątem oka, jak przemierzają knieje, strzelając do siebie z wiatrówek. Uwiązany do drzewa, chcąc nie chcąc, doszedłem do przygnębiającego wniosku, że o mnie zapomnieli, ale w końcu wrócili - już nie jako porywacze, lecz wybawiciele. Rozwiązując mnie radośnie, Jurij - a raczej szlachetny Maurice Łowca Mustangów - oświadczył mi się w uniesieniu, to znaczy oświadczył się pięknej Louise Poindexter. Po południu, nie wychodząc z roli, posunął się nawet do złożenia pocałunku na mych ustach ku wielkiemu zniesmaczeniu Wołodii i mej konsternacji. Po tym fascynującym epizodzie nie brałem już udziału w ich zabawach.
Tak więc Jurij Rausch zniknął z mego pola widzenia i z mych myśli aż do pewnego sierpniowego popołudnia roku 1913. Moja mama i babka Nabokowa toczyły właśnie straszliwą kłótnię. Przyłapano na kradzieży naszego pierwszego kucharza i miał zostać zwolniony. Moja babka sprzeciwiała się temu zagorzale: kucharz pracował u nas ponad dziesięć lat, miał chore dzieci i nikt w całej guberni nie gotował tak dobrze jak on. Chcąc uciec od jazgotu, powędrowałem z książką w ręku nad brzeg Oriedieża - tego spokojnego strumyczka wijącego się przez naszą posiadłość - by marzyć o dalszych kolejach burzliwej przyjaźni Copperfielda i Steerfortha. Ich spory były wówczas warte tego, żeby się nimi zajmować!
Tak bardzo mnie pochłonęły, że nie zauważyłem zbliżających się koni. Osłonięty wysokim grochem ujrzałem w końcu Wołodię i Jurija cwałujących na oklep, lecz nie tylko na oklep, ale i całkiem nago, gdyż dosiadając wierzchowców, zrzucili z siebie odzienie, by rozkoszować się ospałym popołudniem au naturel. Nie wiedząc o mojej obecności, wprowadzili konie do chłodnej rzeczki. Wierzchowce wierzgały, pryskając spienioną wodą, mącąc spokojny nurt. Obnażywszy zęby, rżały i parskały, rozdymając chrapy, rozglądając się płochliwie wytrzeszczonymi ślepiami. Ich boki lśniły jak aksamit. Po kilku gorączkowych minutach te wspaniałe stworzenia, ponaglane przez rozdokazywanych jeźdźców, wspięły się na brzeg, gdzie chłopcy zeskoczyli na ziemię i przywiązali konie. Teraz nadeszła kolej na ludzi. Konie wpatrywały się w nich, machając ogonami, a mój brat i kuzyn, brodząc, weszli do rzeki, która zaraz sięgnęła im do połowy ud. Wołodia był spalony słońcem, Jurij blady jak ściana. Chlapali się święconą wodą Oriedieża, skowycząc i pohukując, a potem nosili się na zmianę na barana. Jurij, fałszując, skrzeczał cygańskie przyśpiewki. Wpatrywałem się przecież tylko w brata i kuzyna, a jednak tamtego dnia w popołudniowym świetle obaj wydali mi się istotami zgoła nie z tego świata.
Kąpiel szybko, za szybko, dobiegła końca. Byłem pewien, że nie mieli pojęcia o mej pełnej czci obecności, mimo to na wszelki wypadek spuściłem skromnie wzrok ku zapomnianej książce, by zaraz stwierdzić, że nie wiem, co czytam.
Nawet kiedy odjechali, czułem wokół siebie resztki naładowanego elektrycznością powietrza, jakby właśnie przeszła burza, która skończyła się równie nagle, jak wybuchła - rozpłynęła się w sennym błękicie letniego popołudnia. Usiłowałem przywołać i odtworzyć tamtą chwilę, jak przy fortepianie, gdy powtarzając po raz dwudziesty jakiś pasaż z Gounoda czy Czajkowskiego, chce się uchwycić ulotną obietnicę kryjącą się w muzyce. Po długiej pustej chwili buczenie pszczoły w grochu wyrwało mnie z tristesse, w który mimowiednie popadłem.
Zaledwie mgnienie rosyjskiego lata... W pierwszych dniach września nadchodzi już jesień, brzozy i olchy gubią liście, każdego dnia coraz wcześniej robi się ciemno, a powietrze przenika chłodem. Kolasa zabierała Jurija i jego spartański bagaż na zwykły przystanek kolejowy w Łudze, skąd wracał do ojca do Polski lub do matki gdzieś w Czechach, na Morawach czy w Niemczech. Tymczasem w foyer w Rożdiestwienie pojawiały się olbrzymie podróżne kufry. Przekupiona łapówką obsługa Nord Expressu zatrzymywała pociąg na małej stacyjce Siwierskaja. Posyłając nam wszystkim pożegnalny pocałunek, wujek Ruka wyruszał do którejś ze swych zagranicznych oaz: Villa Tamarindo pod Rzymem, Château Perpigna na południu Francji lub do małego, ekskluzywnego hoteliku, z którego roztaczał się widok na port w Aleksandrii, gdzie Hamid czekał cierpliwie na powrót swego pana. Nasi służący, szczególnie ci młodsi, oddychali z ulgą, widząc, jak pan Swędzidupskoj, hrabia Tyłkołasow i markiz Chłopolubiew - jak go okrutnie przezywali - wyjeżdża na dobre.
BERLIN
24 listopada 1943 roku
Nie minęła jeszcze doba, odkąd wyszedłem z Ministerstwa Propagandy, gdy do mych drzwi puka Frau Schlegel, moja gospodyni, by oznajmić, że chce się ze mną widzieć jakiś pan. Serce mi staje. Ale przecież gestapo nie wysyłałoby do mnie jakiegoś pana, żeby mnie aresztować? Istotnie nie, jak się okazało. Gdy gość odsłania obwiązane szalikiem oblicze - to powszechnie stosowana praktyka, by nie wdychać popiołu i kurzu wiszących w powietrzu - widzę przed sobą Herr Silbera. Bez słowa podaje mi parasol, którego zapomniałem, wychodząc w pośpiechu z biura, a kiedy odbieram zgubę, stwierdza:
- Pogoda ciągle byle jaka bez względu na to, co jeszcze może się stać.
- Przychodząc tu, niepotrzebnie pan ryzykuje - odpowiadam, czując szczeniacką wdzięczność. - Przypuszczam, że od jakiegoś czasu jestem inwigilowany. Od dawna... zanim wypowiedziałem wczoraj te pochopne słowa.
- Być może - stwierdza. - Ale chwilowo nic o tym nie świadczy. Spacerowałem wzdłuż pańskiej przecznicy przez dobre pół godziny, nim zdecydowałem się zapukać. Na ulicy wszystko po staremu. - Chichocze, uświadomiwszy sobie absurdalność tej uwagi. Towarzyszę przez chwilę temu histerycznemu wybuchowi śmiechu. Nie znam dobrze Herr Silbera, nigdy mnie nie odwiedzał, ale jego obecność wnosi w me progi cenne poczucie normalności, jakby to, co się niedawno wydarzyło, było tylko złym snem.
- Mimo wszystko - mówię, gdyśmy opanowali rozbawienie - pojąć nie mogę, czemu zawdzięczam ten zaszczyt. Podobnie jak i tego, dlaczego nie zabrało mnie jeszcze gestapo.
To ostatnie słowo działa mu wyraźnie na nerwy, jak zresztą nam wszystkim.
- Nic mi o tym nie wiadomo, Nabokow. Może pan być spokojny, iż na pana nie doniosłem, wszakże pańska nieobecność nie pozostała niezauważona. A ponadto jest wielce prawdopodobne, iż inni usłyszeli pańską niefortunną uwagę. Przede wszystkim Magda...
- Tego się obawiałem. Magda to wadera.
- Obawiam się, że tak - potwierdza.
Jego szczerość zaczyna mnie zastanawiać. Taka otwartość jest czymś niesłychanym w Trzeciej Rzeszy.
- Mówiąc szczerze, dziwię się, że jeszcze tu pana zastałem. Nie ma pan dokąd wyjechać?
- Nie bardzo. My, Rosjanie, znaleźliśmy się w potrzasku. Choć, o ile wiem, wszyscy w nim tkwimy. Berlin jest jak staw pełen ryb, na które polują rybitwy.
- Zatem nie podtrzymuje pan tego, co powiedział wczoraj?
- Chyba nie przyszedł pan po to, żeby mnie o to zapytać?
Rozgląda się po moim zrujnowanym pokoju. Tynk na ścianach jest niepokojąco spękany. Na wszystkim leży gruba warstwa kurzu. Brakuje światła, bo przesłoniłem wybite okna brązowym papierem pakowym. Biurko, przy którym piszę, oświetla spirytusowa lampka. W biblioteczce obok biurka stoi połowa wielotomowej encyklopedii dla dzieci - to jedyne książki w pokoju: pamiątki, jak przypuszczam, po najmłodszym synu Frau Schlegel, który zaginął na froncie. Dawno temu byłem zapalonym kolekcjonerem książek.
- Bywa i tak, że człowiek pragnie choćby okrucha prawdy - mówi Herr Silber. - Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że tylko szaleniec mógł się poważyć na taką uwagę, jaką poczynił pan wczoraj w sercu Trzeciej Rzeszy. Zatem owszem, przyszedłem tutaj, żeby zapytać, czy podtrzymuje pan to szaleństwo.
Przyglądam mu się przez chwilę: łagodne spojrzenie, siwe skronie, schludnie przycięty wąsik. Przetarty garnitur.
- Nie znam pana ani trochę - powiadam - ale zawsze miałem go za przyzwoitego człowieka. Po cóż więc miałbym pana okłamywać w sytuacji, w jakiej się znalazłem? Wiem, że trudno to przełknąć, wziąwszy pod uwagę okrucieństwo RAF-u, z jakim mamy do czynienia każdej nocy, ale owszem: wierzę w to, co powiedziałem. Co więcej, uważam, że okrucieństwa, których dopuszczają się Niemcy, są o wiele gorsze. Czytuje pan, podobnie jak ja, meldunki z frontu wschodniego. Czytał pan tłumaczone przeze mnie dokumenty. Wie pan równie dobrze jak ja, jakie Führer miał plany wobec Moskwy. Jeśli istnieje sprawiedliwy Bóg, w co głęboko wierzę, obawiam się, że Rzesza zapłaci straszliwym cierpieniem za swoje zbrodnie. Czy to szaleństwo? Niechaj tak będzie...
- Wydaje mi się, że wszystkim nam przyjdzie cierpieć. A co się tyczy Boga... Z tego, co wiem, zostawił nas na pastwę losu bez słowa pożegnania...
Przerywa, a ja mam wrażenie, że wypełnił swą tajemniczą misję, która go do mnie sprowadziła. Ale znów zaczyna mówić:
- Tak się składa, że wiem, iż prowadził pan prywatne śledztwo... - stwierdza. - Zanim pan nas opuścił.
Znów staje mi serce.
- Skąd pan o tym wie?
- Nie da się przetrwać zbyt długo w ministerstwie bez należytej czujności. Dlaczego chciał pan odkryć, gdzie przebywa sierżant lotnictwa Hugh Bagley?
- Ma pan przed sobą, przewiduję, długą i owocną karierę - powiadam.
Przyjmuje ten komplement z zadziwiająco smutnym uśmiechem.
- A skoro pan pyta... - kontynuuję - ...Hugh Bagley był moim dobrym kolegą z czasów uniwersyteckich. Zupełnie przypadkowo usłyszałem tę potworność... tę audycję o zestrzelonym pilocie... nadawaną do Anglii. Od razu rozpoznałem głos. Zestrzelono go w lipcu nad Hamburgiem. Mówił, że był ranny, ale zajęto się nim należycie. Jeśli dobrze pamiętam, powiedział też coś, co bez wątpienia zostało mu podsunięte i co brzmiało mniej więcej tak: "Mimo iż jestem mordercą dzieci, mimo że bombardowałem miasta, traktuje się mnie dobrze. Niemcy okazują mi współczucie obce Anglikom i ich żydowskim mocodawcom". Może to pan autoryzował te słowa? Kto wie? Tak czy inaczej, poznałem po jego głosie, że jest przerażony. I jeśli mam o coś do siebie pretensje, to o to, że moja wczorajsza nieprzemyślana uwaga uniemożliwi mi odkrycie miejsca jego pobytu.
- Wszak musiał pan zdawać sobie sprawę, rozpoczynając śledztwo, jak bardzo nieroztropne są takie poczynania?
- Ma się rozumieć.
- I to pana nie zniechęciło?
- Nie, Herr Silber, nie zniechęciło. Czy pan mnie przesłuchuje?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy. - Wybucha śmiechem. - To ja, proszę zwrócić uwagę, ryzykuję, kontaktując się z panem. I proszę mówić do mnie Feliks. Kieruje mną tylko ciekawość. Cóż chciał pan począć z informacjami, gdyby te wpadły mu w ręce?
- Mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia. Przypuszczam, że myśl ma nie wybiegała tak daleko w przyszłość. Ale dlaczego pan pyta?
Przygląda mi się bacznie.
- Odpowiem jak pan: nie mam zielonego pojęcia.
Przypatrujemy się sobie. Z kieszeni na piersi wyjmuje jednego zgiętego papierosa i częstuje mnie. Przyjmuję go z wdzięcznością i zapalam od spirytusowej lampki, zaciągam się i podaję papierosa Herr Silberowi. Przez minutę albo dwie wymieniamy się tym bezcennym pocieszycielem, przekazując go sobie z rąk do rąk.
- Niczego panu nie oferuję - mówi.
- A ja o nic nie proszę - odpowiadam.
- Mój syn, wie pan, zginął w Dniepropietrowsku.
- Nie wiedziałem. Bardzo mi przykro.
- Uważałem się za osobę wierzącą, ale teraz już nią nie jestem. Pan za to wydaje się pobożny. Zauważyłem krzyżyk, który pan nosi na szyi.
Herr Silber jest bardziej spostrzegawczy, niźli mi się wydawało.
- To, co powiem, zabrzmi zapewne bardzo dziwnie w moich ustach - mówi - osobliwie w tym szczególnie trudnym momencie, ale zazdroszczę panu, Nabokow. To absurd! Ale pan nie ma się już czego bać. Pański los jest chyba przypieczętowany. To musi być cudownie wyzwalające.
- Z rozkoszą zamieniłbym się z panem miejscami - wyznaję.
- Nie sądzę. Nie przyjdę tu więcej. Jeśli będzie pan mógł, proszę spotkać się ze mną za trzy dni w restauracji hotelu Eden. O pierwszej. Rozumie pan, co mówię?
- Trzy dni to bardzo długo w tych okolicznościach.
- Owszem - odpowiada. - Owszem. To szmat czasu dla nas wszystkich. Heil Hitler czy cokolwiek...
Spoglądam na niego zaskoczony. Wzrusza ramionami.
- Życzę powodzenia - dodaje. - Jeśli się rozchmurzy, w nocy będzie nalot.
Wychodzi, a ja zostaję skonsternowany, a potem coraz bardziej zaniepokojony. Niemożliwe, żeby Herr Silber złożył mi tę wizytę z własnej woli. Bez wątpienia jest kimś niezwykle przebiegłym. A skoro już o tym mowa, skąd wziął mój adres? A raczej, od kogo go dostał? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że tak roztropny człowiek nie ryzykowałby spotkania ze mną tylko po to, by potwierdzić wypowiedzianą przeze mnie głośno uwagę, za którą grozi - nawet gdybym wypowiedział ją szeptem - kara śmierci.
Z drugiej strony, czyż wielokrotnie nie byłem świadkiem najbardziej zdumiewających przykładów nieposłuszeństwa? Czy towarzysząc Frau Schlegel na rynku, nie słyszałem plotkujących w kolejce kobiet? "Taki i owaki został aresztowany". "Zeszłej nocy trafili schron przy Alexanderplatz. Mnóstwo ofiar". "Alianci gotują się do ataku na Wał Atlantycki". Czegoś takiego nie można było usłyszeć w surrealistycznie optymistycznych Wehrmachtsbericht, słuchanych rytualnie wieczorami, nim rozległy się syreny alarmowe. Nikt nic nie wie, a jednak wszyscy wiedzą wszystko. Jedyny problem polega na tym, że nie wiadomo, co z tego jest prawdą.
To, co powiedziałem o Hugh Bagleyu, jest w gruncie rzeczy prawdą. Ale jak zwykle nie ma jednej prawdy. Fakt, Hugh był moim dobrym przyjacielem w Cambridge. Przez krótki szczęsny czas był również moim kochankiem, choć nasza miłość miała raczej przyjacielski niż namiętny charakter i ostatecznie przerodziła się w przyjaźń, która okazała się nadspodziewanie trwała. Spotkaliśmy się tylko raz od czasu studiów, ale utrzymywaliśmy regularną korespondencję, dopóki wojna nie przerwała wszelkich związków między Wyspami Brytyjskimi a Fortecą Europa. W swoim ostatnim liście, który jakimś cudem dotarł do mnie w okupowanym Paryżu latem 1940 roku, Hugh wspomniał, że wstępuje do RAF-u, prosząc przy okazji o modlitwę. Mówiąc szczerze, modliłem się za niego częściej, niźli mógł przypuszczać, a jego unoszona w powietrzu postać wpisała się trwale w mą wyobraźnię, lecz nie jako wspomnienie, tylko jako żywa tęsknota za wszystkimi niespełnionymi nadziejami składającymi się na nasze życie. Kiedy usłyszałem jego udręczony głos w radiu, przed oczyma stanęła mi nie tylko cała nasza przeszłość, ale i przyszłość, która gaśnie.
Nie mam żadnej nadziei, że zdołałbym mu pomóc w tych koszmarnych okolicznościach, podobnie jak nie mam nadziei na udzielenie pomocy miłości mego życia, zabranej mi pewnego wczesnego ranka przed dwoma laty przez nazistów z jakże łatwego do zdobycia tyrolskiego zamku. Prawda wygląda tak, że zarówno Hugh Bagley, jak i Hermann Thieme są zupełnie poza moim zasięgiem.
- koniec darmowego fragmentu - zapraszamy do zakupu pełnej wersji