Rozdział pierwszy
W Maroku nic mi się nie śniło.
W południe robiło się już gorąco. Był dopiero kwiecień, ale przez całą zimę nie spadła ani jedna kropla deszczu i koryta rzek wyschły. Inna sprawa, że trudno w to uwierzyć akurat tutaj, gdzie nawadniano pola i zdążyły się one już zazielenić. Zatamowano też jeden z górskich strumieni, a wodę puszczono drewnianymi korytami do zbiornika, skąd zasilała okoliczne poletka, palmy daktylowe oraz żywopłoty z tamaryszku, jakarandy i bugenwilli. Kwiaty eksplodowały barwami w promieniach słońca. Jedyne w swoim rodzaju doświadczenie mistyczne. Czułam się, jakbym trafiła do raju.
To naprawdę był raj, a jechałam na ośle prowadzonym przez Latifę, ośmioletnią ślicznotkę o błyszczących czarnych oczach, w podartej spódniczce i bez butów. Skierował mnie tutaj australijski turysta, którego poznałam w hotelu. "Tutaj", czyli do gaju palmowego.
- Warto zobaczyć - powiedział miłym głosem. - O ile chcesz wyjechać z miasta. Fajne widoki.
Nie wspomniał jedynie, że gaj leży na trasie wycieczek. Kiedy tu wreszcie dojechałam wypożyczonym wysłużonym renaultem (na kamienistej drodze trzęsło niemiłosiernie), na miejscu zastałam dwa autokary z Agadiru pełne niemieckich gospodyń domowych w krótkich spodenkach i kamizelkach. Po tygodniu spędzonym na plaży ich skóra miała tę samą zaskakująco różową barwę co płatki bugenwilli. Mało brakowało, a zawróciłabym i odjechała. Po prostu nie moje klimaty. Jestem podróżniczką, nie turystką. Nie znoszę tłumów. Właśnie wtedy podeszła do mnie Latifa. Ciągnęła za sobą osła.
- Przejażdżka na ośle, pani?
Jakimś szóstym zmysłem wyczuła, że jestem Brytyjką. Spojrzałam na nią przez okulary przeciwsłoneczne.
- Za ile?
Podała cenę w dirhamach. Odpowiednik jakichś trzech funtów, czyli rozbój w biały dzień.
- Dobra - odparłam. Była w szoku. Nawet turyści wiedzą, że pierwsza rzucona cena to zaproszenie do targowania się. - Ale nie chcę jechać tam, gdzie one.
Pokazałam na Niemki, które właśnie wsiadały na inne osły.
- Zabierz mnie w jakieś ciche miejsce.
- Żaden problem. One jadą w hotel. Pić coca-cola. Jeść mięso. Dużo mięsa. Tagine. Kuskus. Chleb. Jeść, jeść, jeść.
Wydęła policzki. Jak się domyślałam, udawała tłustą Niemkę. Po czym nagle przyłożyła dłoń do ust, zapewne myśląc, że przez ten przypływ szczerości straci klientkę, która w jej oczach należała do tego samego plemienia.
- Nie ma sprawy.
Ciągle patrzyła na mnie jak na wariatkę. Nie mieściło jej się w głowie, że się nie targowałam. Wysiadłam z samochodu. Kiedy wrócę, będzie rozgrzany jak piekarnik. Autokary zajęły jedyne miejsca w cieniu.
A potem Latifa zabrała mnie do raju. Poprowadziła mnie piaszczystymi ścieżkami otaczającymi malutkie poletka prosto w olśniewające światło i morze barw. Czułam się, jakbym zanurzyła się w witrażu, tyle że do wrażeń wzrokowych dochodziły jeszcze słuchowe - zewsząd dobiegał świergot ptaków i bzyczenie owadów. Stałam się częścią jakarandy w takim samym stopniu, jak wody spływające drewnianymi korytami. Co więcej, miałam wrażenie, jakby cała ta sceneria została zaaranżowana specjalnie dla mojej przyjemności. Na chwilę zatraciłam się w niej bez reszty. Z oddali słyszałam głos Latify paplającej o swojej rodzinie i szkole. Pewnie liczyła na napiwek za to, że jest taka miła. W końcu udowodniłam już, że rozdaję dirhamy lekką ręką.
Podczas drogi do miasta uznałam, że najwyższa pora wracać do domu. Pozbyłam się gniewu. A po tym dniu wszystko inne byłoby rozczarowaniem. W Tarudancie oddałam auto do wypożyczalni i kupiłam bilet na autobus do Marrakeszu. Nazajutrz miałam wyruszyć w podróż powrotną. Jednak nie spieszyłam się, dałam sobie czas na oswojenie się z tym pomysłem. Straciłam nawyk planowania.
Spacerowałam dobrze mi już znanymi ulicami. Minęłam piekarnię, w której leżały płaskie bochenki zawinięte w szary koc, i sklep z gałązkami akacji na opał, przeszłam obok targowiska, starając się unikać chudych chłopców ganiających kozy i młodych mężczyzn o łagodnych ciemnych oczach, którzy chcieli poćwiczyć ze mną angielski albo sprzedać mi dywan lub srebrną berberyjską bransoletkę, i dotarłam do najdroższego hotelu w mieście, w którym mogłyby się zatrzymać niemieckie turystki, gdyby miały trochę więcej klasy. Zjadłam kosztowną kolację na tarasie i wypiłam niemal całą butelkę wina. Potem popływałam w basenie wbudowanym w mury miasta wzniesione z czerwonego kamienia. Otaczał go ogród. Jeszcze więcej jakarandy, palm i winorośli. Pływałam aż do zmroku, ciesząc się tym, że oprócz mnie nie było tam nikogo.
Wreszcie ruszyłam do swojego hotelu. Nie był aż tak drogi, ale w przewodniku Rough Guide polecano go ze względu na położenie i stosunek jakości do ceny. Szłam wolnym krokiem, wiedząc, że to mój ostatni taki spacer. Siedzący przed kafejkami staruszkowie o surowych twarzach pili kawę. Nietoperze zanurzały się w dziurach w ścianach i z nich wylatywały. Muezini z meczetu na placu wzywali wiernych do modlitwy. W hotelowym barze czekał na mnie australijski turysta. Wyraźnie miał nadzieję na coś więcej. Postawiłam mu piwo, a potem poszłam do łóżka. Sama. Myślę, że był to dla niego potężny cios.
Autobus jechał osiem godzin. Bilet kosztował mniej niż połowa posiłku, który zjadłam poprzedniego wieczoru w hotelu. Przejechał przez płaską równinę w dolinie Wadi Sus, a potem ruszył w kierunku gór. Pozostali pasażerowie wydawali się miejscowymi, były to głównie kobiety z małymi dziećmi jadące w odwiedziny do krewnych. Starsze kobiety były niemal całe zakryte, widziałam tylko ich ciekawskie oczy i tatuaże z henny na kostkach. Z tyłu siedziało kilku nastolatków, pewnych siebie i rozchichotanych. Początkowo myślałam, że jestem tam jedyną Europejką, ale przed samym wyjazdem do autobusu wskoczył mężczyzna. W średnim wieku, ale szczupły niczym berberyjski góral, nie miał ani grama zbędnej tkanki tłuszczowej. Musiał być blondynem, chociaż trudno to było wywnioskować z jego włosów, krótko ostrzyżonych. Zdradzały go jedynie prawie białe brwi i rzęsy. W autobusie pozostało jeszcze kilka wolnych miejsc, ale tylko obok Marokanek, które zdążyły już odwrócić od niego wzrok, chcąc, by zachował dystans. Wiedziałam więc, że podejdzie do mnie.
- Można? - zapytał z nieśmiałym uśmiechem, który sprawił, że momentalnie ubyło mu lat.
"Nie" - pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. No bo i jak miałabym wyjaśnić, że odbyłam niemal mistyczną wędrówkę wśród palm w towarzystwie dziewczynki i osła i chciałam wrócić do niej w myślach podczas podróży przez góry Atlas?
Skinęłam i podczas gdy zajmował miejsce, myślałam o jego głosie. Chociaż wypowiedział tylko jedno słowo, z ledwo słyszalnym akcentem, udało mi się zidentyfikować jego pochodzenie: na północ od rzeki Tyne i na południe od granicy ze Szkocją. Wywodził się z moich stron. Tyle że ja oczywiście nie powinnam czynić żadnych założeń co do swojego miejsca urodzenia.
Zaczęliśmy rozmawiać.
- Lizzie Bartholomew - przedstawiłam się, wyciągając do niego rękę. Formalne powitanie, jak przystało na Angielkę zachowującą pozory, będąc z dala od ojczyzny.
- Philip - odparł.
Żadnego nazwiska, tylko imię. Czyżby miał jakieś plany związane z naszym spotkaniem i w ten sposób zabezpieczał się przed możliwymi niepożądanymi konsekwencjami? Podejrzenia potwierdziły się, gdy podał mi rękę i ujrzałam obrączkę. Wydawała się odrobinę za luźno osadzona na palcu.
- Skąd dokładnie jesteś, Lizzie?
Wyglądało na to, że rozpoznał mój akcent.
- Z Newbiggin-by-the-Sea.
Śmieszne. Pełna nazwa miasta dodaje mu atrakcyjności - wydaje się śliczne, niby z pocztówki. Człowiek wyobraża sobie niewielką przystań, dzieci bawiące się na plaży. Ciągnęło mnie do niego. Uwielbiałam wielki kościół na cyplu, kamienne domy przy Front Street. W pewnym sensie to właśnie stamtąd pochodziłam, tam niejako powstałam. Tyle że miasto wcale nie było ładne. Newbiggin cieszyło się złą sławą. Mój towarzysz podróży musiał słyszeć opowieści o dziecięcych bandach grasujących po osiedlach komunalnych, spalonych wózkach na polach golfowych, plaży czarnej od pyłu węglowego. Wątpiłam, by kiedykolwiek tam był.
Uniósł brwi.
- Luksusowy kurort, co?
Nie chciał być okrutny. Był po prostu ciekawy, to wszystko. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- A ty? - zapytałam.
- Kiedyś mieszkałem w Newcastle. Ale potem przeprowadziłem się na wybrzeże.
Nadal enigmatyczny.
- Daleko cię wywiało - stwierdziłam. - Urlop?
- Spełnienie marzenia - odparł śmiertelnie poważnie.
- Jakiego?
- O trekkingu w górach Atlas. W dzieciństwie zobaczyłem je na zdjęciu w książce do geografii. Z jakiegoś powodu podziałało na moją wyobraźnię. Chyba chodziło o egzotykę. Widoki trochę różniły się od tych w Heaton.
Heaton to przedmieście Newcastle. Żaden powód do dumy. Jeśli sądzić z tonu jego głosu, cieszył się, że się stamtąd wyrwał.
- Jedziesz autobusem - zauważyłam. - Trudno uznać to za trekking.
Jego usta powoli rozciągnęły się w uśmiechu. Wszystko robił niespiesznie i rozważnie. Pomyślałam, że może być niezłym kochankiem. Cierpliwym. Zastanawiałam się, co zamierza robić w Marrakeszu. Jessie zawsze twierdziła, że jestem bezwstydna.
- Akurat dzisiaj jadę autobusem - przyznał. - Ale przez trzy tygodnie chodziłem po górach z miejscowymi przewodnikami. Wróciłem na kilka dni, żeby odpocząć w porządnym hotelu.
To by tłumaczyło jego wysportowaną sylwetkę.
- Niech zgadnę: Palais Salaam?
Skinął głową.
- Byłam w nim wczoraj wieczorem.
- Wiem - powiedział. - Widziałem, jak pływałaś.
- Podróżujesz sam?
- Ach... - Odchylił się na siedzeniu i przymknął oczy. - Moja żona to święta kobieta. Niczego mi nie odmawia.
Czekałam na dalszy ciąg, ale zapadł w sen. Przespał pierwszą godzinę podróży. Jego oddech był regularny i płytki. Nie budził się nawet wtedy, gdy zatrzymywaliśmy się na hałaśliwych placach, by pasażerowie mogli wysiąść i wsiąść. Patrzyłam przez okno najpierw na niekończące się sady cytrusowe otoczone jaskrawopomarańczowymi murami, a potem na zagajniki akacjowe i kozy pasące się na gałęziach drzew. Gdy autobus zaczął piąć się po zboczu, mój współpasażer przebudził się nagle i ciągnął dalej pogawędkę, zupełnie jakby nigdy nie przerwał jej drzemką.
- A co ciebie sprowadziło do Maroka, Lizzie?
Wymamrotałam, że potrzebowałam przerwy.
- Wiesz, czasami sprawy się komplikują.
- O jakich komplikacjach mowa w twoim przypadku?
- Długo by opowiadać.
- Przed nami bardzo długa podróż.
Opowiedziałam mu więc historię swojego życia. Nie całą, ale jej okrojoną wersję, którą wykorzystywałam do zrobienia wrażenia na nowych znajomych, wzbudzenia współczucia, wytłumaczenia wyboru ścieżki kariery. Wydawało mi się, że połknął haczyk.
- Większą część dzieciństwa spędziłam w domu dziecka. A właściwie w wielu domach dziecka.
- Myślałem, że raczej próbuje się znaleźć dziecku rodzinę zastępczą.
- W moim przypadku też próbowano. Tyle że niezbyt usilnie. Poza tym byłam trudnym dzieckiem... Niektóre ośrodki były fajne. Inne okropne. Jednak nawet w tych fajnych pracownicy trzymali się na dystans. Pewnie inaczej by zwariowali. Kiedy jest się dzieckiem, nie rozumie się takich rzeczy. Od czasu do czasu pojawiał się ktoś, kogo naprawdę zaczynałam lubić, jednak zawsze albo przenoszono jego, albo mnie. Pierwszego dnia w kolejnej szkole inni się ze mnie śmiali, bo niezależnie od starań personelu my, dzieci z bidula, wyglądałyśmy dziwnie. Ubrania nigdy do końca na nas nie pasowały, a na szkolnych przedstawieniach nie pojawiali się nasi rodzice.
Zareagował dokładnie tak, jak chciałam. Powinnam pomyśleć o karierze aktorskiej. W jego oczach zalśniły łzy.
- Musiało być ci ciężko - powiedział.
- Tak - potwierdziłam z lekką kpiną. - Ciężko.
Co mógł o tym wiedzieć?
- Odeszłam, kiedy miałam szesnaście lat. A raczej mnie wyrzucili. Nie przepadali za mną. Byłam pyskata. I kłótliwa. Podburzałam inne dzieciaki. No i za dużo piłam. O wiele za dużo. Znaleźli mi miejsce w schronisku w Newbiggin, takim hotelu dla nieudaczników, ćpunów i uczniów wyrzuconych ze szkół. Raz w tygodniu przychodziła pracownica socjalna, żeby sprawdzić, czy wszystko u mnie gra. Nienawidziłam jej. Za każdym razem, gdy proponowałam jej herbatę, odmawiała, twierdząc, że dopiero co piła. Bała się, że coś ode mnie podłapie.
- I co, wszystko u ciebie grało?
- Było mi świetnie.
Opowiedziałam mu o Jess, właścicielce schroniska.
- Nikt jej nie płacił za bycie dla mnie miłą czy dbanie o mój stan psychiczny, a jedynie za pranie pościeli i robienie śniadań. Więc kiedy była miła, to się naprawdę liczyło.
Jess pracowała jako kucharka w podstawówce. Ciotka zostawiła jej w spadku wielki kamienny dom z widokiem na morze. Był dla niej za duży, ale nie udało się go sprzedać. Dlatego postanowiła rozkręcić tam biznes.
Początkowo liczyła na szacownych gości - obserwatorów ptaków, którzy pojawiali się jesienią, biznesmenów, studentów, reporterów - ale skończyło się na nas. Jeśli tylko miała miejsce, przyjmowała każdego. Byliśmy niczym przedszkolaki, którym opatrywała zranione kolana i łokcie. Podchodziła do nas z uczuciem, na które nie zasługiwaliśmy.
- To Jess namówiła mnie do podejścia do egzaminów maturalnych.
Była uparta, tak tęga, że - jak to mówią - łatwiej było ją przeskoczyć niż obejść, ubierała się zwykle w łachy z lumpeksu: spodnie dresowe i męskie koszule w kratkę. Pewnego dnia przeszła samą siebie. Zaciągnęła mnie na dzień otwarty w college'u i podeszła ze mną do biurka, przy którym zapisywano chętnych.
- Na co masz ochotę, moja piękna? - zapytała.
Wybrałam angielski, ponieważ spodobał mi się nauczyciel, ponury facet z opadającymi powiekami i ogoloną na łyso głową, paradujący w skórzanej kurtce, a także psychologię, bo Jessie uważała, że może być ciekawa. Dodałam do tego socjologię, bo trzeba było wybrać trzy przedmioty. Nie można się było dostać na uniwerek, jeśli nie miało się trzech rozszerzeń. Żaden z lokatorów Jess nie studiował. Miałam być pierwsza.
- Zrobiłam to dla jaj. Miałam ją za wariatkę.
- Oczywiście dostałaś się - powiedział Philip. - I to bez trudu.
Nie odzywał się, gdy opowiadałam o czasie spędzonym u Jess, ale słuchał, i to uważnie, a nie że jednym uchem coś wpuścił, a drugim wypuścił.
- Dostałam dwie piątki i czwórkę.
Uśmiechnęłam się, wspominając minę Jess, gdy pomachałam jej przed nosem cienką karteczką z wynikami.
- Tylko pięciu punktów zabrakło mi do piątki z socjologii.
Philip również się uśmiechnął, jakby podzielał moją radość. Pomyślałam jednak, że powinnam być bardziej opanowana. Prawdopodobnie on i wszyscy jego przyjaciele mieli na maturze same piątki.
- Jakie studia ostatecznie skończyłaś? - zapytał.
- Zrobiłam dyplom z pracy socjalnej.
- No tak, oczywiście.
- Chciałam pomagać dzieciakom takim jak ja. - Przerwałam na chwilę. - Żałosne, co?
Nie zaprzeczył, tylko znowu się uśmiechnął.
- Co robiłaś po studiach?
- Zamierzałam pracować w domu opieki. Ostatecznie wylądowałam w ośrodku szkolno-wychowawczym.
- Takim dla młodocianych przestępców?
- Głównie. Ale też dla zaburzonych dzieci. Takich, które mogły wyrządzić krzywdę sobie lub innym.
Spodziewałam się kolejnego żartobliwego komentarza, ale tym razem nic nie powiedział.
- Uwielbiałam tę robotę. Każdy dzień był inny i wiązał się z nowym wyzwaniem. Myślałam, że udaje mi się do nich dotrzeć. Że budujemy jakąś relację.
- Ale?
- Nie było żadnego "ale". Po prostu to ciężka praca. Musiałam odpocząć. Podróż do Maroka wydała mi się niezłym pomysłem.
Wiedział, że to nie wszystko, ale nie naciskał, nawet wtedy, gdy zaczęłam się trząść. W autobusie było blisko czterdzieści stopni, jednak ja nagle zaczęłam cała drżeć. Philip otoczył mnie ramieniem i przytulił. Siedząca przed nami kobieta odwróciła się i spojrzała przez szparę w swojej zasłonie. Jej oczy błyszczały z ciekawości i rozbawienia.