Zmora. Sekrety najnowszej historii Polski - Jarosław Kornaś, Stanisław Michalkiewicz
44.90 zł

44.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
SYTUACJA POLITYCZNA, SPOŁECZNA, EKONOMICZNA NA ZIEMIACH POLSKICH POD ZABORAMI
Jarosław Kornaś: Szanowny Panie Stanisławie, zacznijmy od sytuacji w poszczególnych zaborach, po upadku powstania styczniowego. Porozmawiamy też o ruchach politycznych na ziemiach polskich: o narodowej demokracji, socjalistach, ruchu komunistycznym. Postaramy się pokazać polskie drogi do odzyskania niepodległości. Po upadku powstania styczniowego sytuacja w poszczególnych zaborach była zasadniczo odmienna. Jak można to opisać?
Stanisław Michalkiewicz: Po powstaniu styczniowym sytuacja w poszczególnych zaborach była rzeczywiście zasadniczo odmienna. Autonomia dawnego Królestwa Polskiego (nazwa, budżet) została zniesiona. Polegało to konkretnie na tym, że w 1868 roku wszedł nakaz prowadzenia ksiąg parafialnych w języku rosyjskim; w 1869 roku zlikwidowano Szkołę Główną Warszawską; w latach 1869-1870 setkom miast wspierających powstanie odebrano prawa miejskie, doprowadzając je tym samym do upadku; w roku 1874 zniesiono urząd namiestnika, a w 1886 zlikwidowano Bank Polski. Dawne Królestwo Kongresowe zostało podzielone na gubernie i włączone do Rosji. Rozpoczęła się rusyfikacja. Warto wspomnieć słowa, które wypowiedział car Aleksander III na uroczystościach dożynkowych w Spale. Był pod wrażeniem tych obchodów i piękna polskiego folkloru, i powiedział tak: "Jaka szkoda, że taki miły naród musi zostać zrusyfikowany!". Nawet on widział ciemne strony tego procesu, ale pozostawał pod wpływem Konstantego Pietrowicza Pobiedonoscewa. Był on rosyjskim prawnikiem i politykiem, oberprokuratorem Świątobliwego Synodu Rządzącego w latach 1880-1905, jednym z najwybitniejszych ideologów rosyjskiego konserwatyzmu. Został nawet sportretowany przez Lwa Tołstoja w postaci Aleksieja Aleksandrowicza Karenina, w powieści "Anna Karenina". Pobiedonoscew był bardzo gorliwym rusyfikatorem, natomiast teoretyczne podstawy do rusyfikacji stworzył w Rosji Michaił Katkow, rosyjski dziennikarz, wydawca i działacz polityczny, uznawany za najbardziej wpływowego publicystę rosyjskiego drugiej połowy XIX wieku, inicjatora i twórcę nowoczesnego nacjonalizmu rosyjskiego.
W zaborze rosyjskim prowadzono intensywną rusyfikację, nie wolno było mówić publicznie po polsku, nie wspominając już o instytucjach. Natomiast w zaborze austriackim wyglądało to inaczej. Warto jeszcze wspomnieć, że po powstaniu styczniowym "element polski" został również ekonomicznie bardzo "trzepnięty".
Tu przydałoby się jeszcze wyjaśnić pewną zagadkę. Mam za mało wiadomości, ale może ktoś to rozwiąże. Był finansista w Warszawie, nazywał się Leopold Kronenberg. Był on członkiem stronnictwa białych podczas powstania styczniowego. Biali wyasygnowali milion rubli, sumę bardzo dużą, na zakup broni dla powstania w Wielkiej Brytanii, a sprowadzeniem tej broni i amunicji zajął się pułkownik Teofil Łapiński. Funkcję sekretarza pełnił niejaki Tugengold, Żyd, który był agentem rosyjskim i ta broń wpadła w ręce rosyjskie. To by jeszcze nie było nic zagadkowego, gdyby nie okoliczność, że po upadku powstania car nagrodził Kronenberga orderem i dożywotnim szlachectwem. A po powstaniu, po jego upadku powstało żydowskie konsorcjum, które wykupywało za bezcen majątki ziemskie i nie tylko ziemiańskie, ale również szlachty zagrodowej, nie mówiąc już o mieniu ludności mieszczańskiej, która włączyła się do powstania. Skupowali te majątki za bezcen. Było ponad pięć tysięcy dużych majątków, nie licząc mniejszych i mienia mieszczan, którego nikt nie jest w stanie oszacować.
Warto wspomnieć słowa, które wypowiedział car Aleksander III: "Jaka szkoda, że taki miły naród musi zostać zrusyfikowany!" Nawet on widział ciemne strony tego procesu.
Właśnie od tamtej pory datuje się potęga ekonomiczna Żydów w Polsce, i warto o tym przypominać zwłaszcza teraz, kiedy mamy do czynienia z roszczeniami dotyczącymi własności bezdziedzicznej.
J.K.: Tak przedstawiała się sytuacja w zaborze rosyjskim, ale trzeba też powiedzieć, że ziemie te były zarazem pewną ostoją rozwoju ekonomicznego.
S.M: Wcześniej, za Królestwa Kongresowego. Po wojnach napoleońskich, na podstawie decyzji kongresu wiedeńskiego, powstało Królestwo Kongresowe jako osobny, odrębny podmiot, który tylko unią personalną był związany z Cesarstwem Rosyjskim i miał bardzo dużą autonomię, m.in. własny sejm. Car rosyjski był królem polskim, musiał się koronować w Warszawie. Nawiasem mówiąc, na pamiątkę koronacji Aleksandra I został skomponowany hymn, który dziś śpiewamy jako Boże coś Polskę. To była kompozycja na cześć Aleksandra I.
J.K.: Ale to jest król, do którego się nie za bardzo przyznajemy...
S.M.: Z punktu widzenia formalnego zdetronizowany został dopiero Mikołaj I. W czasie powstania listopadowego, przez sejm. Aleksandra I nie zdetronizowano, on zresztą ufundował tu Uniwersytet Warszawski.
J.K.: Ale w Poczcie Królów Polskich jakoś go nie ma...
S.M.: Jako ostatni król Polski występuje Stanisław August. Później królowie, to znaczy carowie rosyjscy utrzymywali tytuł królewski na podstawie decyzji Kongresu Wiedeńskiego. Tamci byli jeszcze z polskiego nadania, a carowie już nie. Burzliwy rozwój Królestwa Kongresowego nastąpił właśnie wtedy. Twórcą jego potęgi był Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki. Rzeczywiście Królestwo Kongresowe dosyć dobrze funkcjonowało, korzystając z tego, że leżało na pograniczu Imperium Rosyjskiego i zachodniej Europy. Z tego czerpało duże korzyści. Drucki-Lubecki rozwijał przemysł i dzięki temu Królestwo Kongresowe odróżniało się korzystnie na tle reszty Cesarstwa Rosyjskiego.
To się jednak zmieniło po powstaniu listopadowym, bo represje dotknęły wszystkich, a bardzo dużo uczestników powstania wyemigrowało. Każde nieudane powstanie przynosiło wszystkie skutki klęski wojennej, pociągało za sobą zmniejszenie roli narodu polskiego w stosunkach międzynarodowych i eksploatację ekonomiczną.
Jednak po powstaniu listopadowym Polacy próbowali się odkuć i margrabia Wielopolski uważał, że trzeba najpierw odbudować siłę tej części Polski, a nie porywać się na ruchy zbrojne, które nie miały żadnych szans powodzenia. Przecież naród polski nie dysponował armią z prawdziwego zdarzenia. Armia powstańcza, wojsko powstańcze, to była improwizacja, natomiast tutaj mieli do czynienia z regularną armią państwa, które uchodziło za mocarstwo europejskie i to nie bez powodu. No więc wynik mógł być tylko jeden. Po powstaniu styczniowym na naród polski w zaborze rosyjskim zwaliła się katastrofa. Inna sytuacja panowała w zaborze austriackim.
J.K.: Tam mieliśmy bardzo duże wpływy polityczne. Kazimierz Badeni był premierem.
S.M.: To później, kiedy już doszło do ugody. Pierwszym namiestnikiem Cesarstwa (ze stolicą we Lwowie) był Agenor Romuald Gołuchowski herbu Leliwa arystokrata polski, galicyjski, hrabia, austriacki polityk konserwatywny, minister spraw wewnętrznych Austrii w latach 1859-1861, namiestnik Galicji w latach 1849-1859, 1866-1868 oraz 1871-1875 i I ordynat na Skale.
Gołuchowski był ministrem spraw wewnętrznych Austrii, to znaczy Austro-Węgier, bo przedtem było Cesarstwo Austriackie, ale po 1846 roku po Wiośnie Ludów na Węgrzech wybuchła rewolucja i polityka Wiednia się zmieniła. Odtworzone zostało Królestwo Węgierskie, którego królem został austriacki cesarz, toteż wszystko było cesarsko-królewskie. Nastąpiła też, jak na garbatego prosta, normalizacja stosunków z Polakami.
Cesarz Franciszek Józef przyjechał do Krakowa i zwiedzał Wawel. Zgromadziło się tam grono najwybitniejszych reprezentantów społeczeństwa polskiego z Galicji w strojach polskich. Cesarz popatrzył na wawelskie krużganki, na kontusze i powiedział: "Rozumiemy się, panowie!". Gołuchowski spolszczył administrację, szkolnictwo, tak że można powiedzieć, że Galicja cieszyła się bardzo dużym zakresem autonomii w cesarstwie austriackim.
J.K.: Formalnie wprowadzono tę autonomię w 1861 roku. Mieliśmy, można powiedzieć, własny rząd.
S.M.: To nie był skutek powstania styczniowego tylko Wiosny Ludów, która w Europie oznaczała triumf ideologii nacjonalistycznych. Przedtem tego nie było, w XVIII wieku z czymś takim się nie spotykamy.
Dopiero w XIX wieku pojawia się ideologia nacjonalistyczna, a za akuszera tej ideologii uważają niektórzy Napoleona, który odwoływał się do sentymentów narodowych. Ta idea nacjonalistyczna, której najtwardszym jądrem jest pogląd, że każda wspólnota etniczna powinna się politycznie zorganizować w państwo, zaczęła w Europie robić konkietę. Połowa XIX wieku, a konkretnie 1846 rok, to tryumf tej zasady w Europie w postaci Wiosny Ludów. Warto zwrócić uwagę na odmienne skutki, jakie ideologia nacjonalistyczna wywierała na poszczególne państwa europejskie; mówię o tych trzech państwach rozbiorowych.
O ile nacjonalizm wzmacniał Rosję i Niemcy (Prusy), o tyle Austro-Węgierską monarchię osłabiał. Działo się tak, bo poza terenami zaborów w Niemczech właściwie wszyscy byli narodowości niemieckiej i mówili po niemiecku. Żadne obce języki nie wchodziły w grę.
W Rosji poza obszarem Królestwa, intensywnie rusyfikowanego po upadku powstania, żywioł rosyjski był dominujący. W monarchii Austro-Węgierskiej - nie. Tam żywioł niemiecki czy niemieckojęzyczny stanowił mniejszość. Austria, jak na piasku, zbudowana była na narodowościach obcych i dopóki w polityce dominowała zasada legitymizmu, nikomu to nie przeszkadzało, natomiast gdy pojawił się nacjonalizm to on tę monarchię, to cesarstwo rozsadzał, bo wszystkie narodowości, które wchodziły w skład monarchii Austro-Węgierskiej, nagle chciały się od niej oderwać i stworzyć własne państwa. Stąd taka ustępliwa polityka Habsburgów, cesarza Franciszka Józefa, żeby jakoś ten proces i te skutki hamować, łagodzić.
Konstantin Pietrowicz Pobiedonoscew (ur. w 1827, zm. 10 marca 1907) - rosyjski prawnik i polityk, oberprokurator Świątobliwego Synodu Rządzącego w latach 1880-1905. Był jednym z najwybitniejszych ideologów rosyjskiego konserwatyzmu.
No i stąd to: "Rozumiemy się, panowie!".
Natomiast w zaborze pruskim początkowo taki ucisk nie występował; on pojawił się też za sprawą nacjonalizmu pruskiego. Prusy nie były państwem pierwszej kategorii i gdyby Austria weszła do Związku Niemieckiego, to oczywiście ona by ten związek zdominowała. Do tego Bismarck nie chciał dopuścić, bo uważał, że to Prusy powinny być kierownikiem politycznym tego związku i jak mógł, tak pozycję Austrii osłabiał, ale też nie do końca, bo po bitwie pod Sadową w roku 1866, kiedy to wojsko pruskie rozgromiło armię austriacką, Bismarck nie pozwolił, aby wojska pruskie zajęły Wiedeń. Nie dążył do rozbicia czy upokorzenia Austrii. Wystarczyło mu to, że została osłabiona i że została poza Związkiem Niemieckim. Po wojnie (1870-1871) Bismarck utworzył Cesarstwo Niemieckie z Prusami jako kierownikiem politycznym i królem pruskim jako cesarzem niemieckim. I to cesarz Franciszek Józef funkcjonował obok cesarza niemieckiego. Austria została zdegradowana do roli klienta cesarstwa niemieckiego w niemieckojęzycznej części Europy. To wielkie zwycięstwo polityki Bismarcka. Więc nic dziwnego, że w tej sytuacji cesarz Franciszek Józef próbował łagodzić.
Tymczasem Bismarck o żadnym łagodzeniu ani myślał. Zainicjował Kulturkampf, czyli walkę z Kościołem katolickim, powstało też stowarzyszenie Hakata, którego celem było dokonanie, jak dziś byśmy powiedzieli, czystki etnicznej, ale nie tak jak to się odbywało później, tylko innymi, powiedzmy, cywilizowanymi metodami.
J.K.: Tu, panie Stanisławie, warto powiedzieć, że ofensywa niemiecka rozpoczęła się od wygranej z największym wrogiem, czyli Francją. Bismarck, eliminując głównego wroga, poczuł się na tyle mocno, żeby wejść na teren Poznańskiego, czuł tę moc, uznał, że teraz już może się zająć tymi terenami.
S.M.: Ówcześni Polacy wiązali rozmaite nadzieje z Napoleonem III, który w ogóle nie chciał o tym słyszeć, zdając sobie sprawę, że konfrontacja z Prusami, które stoją na czele Związku Niemieckiego, skończy się dla niego źle! No i się skończyła! Właściwie wojna francusko-pruska została sprowokowana przez Bismarcka przy pomocy tak zwanej depeszy emskiej. Bismarck ją trochę skrócił, tak że przybrała formę prawie obraźliwą. W rezultacie Francja nie miała innego wyboru, musiała się skonfrontować z Prusami. Bismarckowi na tym właśnie zależało i armia francuska została rozgromiona. Przy okazji chciałbym przypomnieć ciekawy incydent.
Napoleon III stanął na czele armii i ruszył w rejon walk. Cierpiał na pęcherz, szczególnie przy jeździe konnej i musiał często schodzić z siodła. Akurat wypadło mu to w jakiejś wsi. Stanął przy płocie, zbiegli się chłopi i przyglądali mu się z zainteresowaniem i szacunkiem. Kiedy Napoleon już ochłonął z bólu, zapytał tych chłopów, jak się nazywają farmy leżące w pobliżu? Na to chłopi, że ta tutaj, to Moskwa, tamta dalej, to Lipsk, a ta najdalsza, to Obłęd. Napoleon na to: "Dookoła mnie upiory!".
Franciszek Józef I (ur. 18 sierpnia 1830, zm. 21 listopada 1916) - od 1848 cesarz Austrii i król Węgier, Czech i Chorwacji.
Francja przegrała wojnę i to skłoniło Bismarcka do następnego kroku w ujednoliceniu narodowości. Stąd Kulturkampf i Hakata. Kulturkampf miał na celu odcięcie społeczeństwa polskiego od Kościoła katolickiego, bo Prusy były protestanckie, a Poznańskie było katolickie i de facto duchowieństwo katolickie w Poznańskim pełniło trochę rolę przywódcy politycznego, zresztą z bardzo dobrym skutkiem.
Bismarck dostrzegł to niebezpieczeństwo, postanowił mu zaradzić i stąd obok Kulturkampfu, tak zwane "rugi pruskie" i Hakata. Chodziło o to, żeby podciąć ekonomiczne podstawy egzystencji ludności polskiej, żeby utraciła ona siłę ekonomiczną i tak się rozpoczęła "najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", w której społeczność polska jakoś tam sobie radziła.
J.K.: Dobrze sobie radziła, chociaż w założeniach niemieckich jej wygranej nie brano pod uwagę. Dochodziło do tego, że wspierano rzemieślników niemieckich dotacjami, żeby Polacy mieli gorsze warunki i żeby z ich konkurencją przegrywali.
S.M.: Ale Polacy dawali sobie radę.
J.K.: Na przykład słynny ksiądz Wawrzyniak...
S.M.: Rzecz nie do pomyślenia, gdyby Niemcy nie były - jednak - państwem praworządnym.
J.K.: Bo przecież tam właśnie Drzymała trzymał się wiele lat.
S.M.: Za bolszewików byłoby to niemożliwe! No i opinia europejska miała w tym czasie coś do powiedzenia, a wielka w tym zasługa Henryka Sienkiewicza, który wtedy był już laureatem literackiej Nagrody Nobla za Quo vadis. Zachowywał się inaczej niż pani Olga Tokarczuk, która buduje swój prestiż na obsrywaniu Polski. Natomiast Sienkiewicz się Polsce ogromnie przysłużył. Kiedy rugi pruskie się objawiły, Sienkiewicz, jako laureat, rozesłał do wszystkich osobistości i intelektualistów europejskich listy, w których przedstawiał łajdactwo tej niemieckiej polityki. Rezonans był potężny! Prusy przez znaczną część opinii europejskiej zostały uznane za kraj barbarzyński, takich nowoczesnych barbarzyńców. Bismarckowi na pewno na było to w smak, ale tak się stało i to za sprawą Henryka Sienkiewicza. Nawet Tołstoj zareagował pozytywnie. Tołstoj nie był nacjonalistą rosyjskim. On był - jest takie słowo rosyjskie; tak nazwał Lwa Tołstoja Cat Mackiewicz: "samodur". U nas odpowiednikiem jest "sobiepan", ale to nie do końca to samo, bo sobiepan to tylko arogant, podczas gdy w przypadku samodura mamy pewną domieszkę, jeśli nie szaleństwa, to z pewnością doktrynerstwa. Więc Tołstoj był takim samodurem, co zawsze chodził własnymi drogami z potężną domieszką dziwactwa. Jednak w Rosji cieszył się ogromnym szacunkiem, mimo tego, że rząd zwalczał tołstojowców. Bo tołstojowcy odmawiali służby wojskowej i za to szli do więzień, ale jak Tołstoj szedł ulicą, to policjanci mu salutowali.
Opinia europejska miała w tym czasie coś do powiedzenia a wielka w tym zasługa Henryka Sienkiewicza, który wtedy był już laureatem literackiej nagrody Nobla za "Quo Vadis". Zachowywał się inaczej niż pani Olga Tokarczuk, która buduje swój prestiż na obsrywaniu Polski.
Kiedyś Tołstoj napisał jakąś broszurę i gubernator Moskwy uznał, że w krytyce cara za daleko się posunął, więc przysłał do niego oficera, żeby Tołstoja zaprosił do gubernatora. Tołstoj odpowiedział: "Powiedzcie księciu, że nie bywam w obcych domach", no i na tym się skończyło.
Jak po tym widać panowały inne stosunki, niż te, do których my zdążyliśmy się przyzwyczaić, nie mówiąc już o bolszewikach lub hitlerowcach.
A tak na marginesie... Muszę powiedzieć, że Trzecia Rzesza, chociaż oczywiście była państwem bandyckim, ale pewne zasady praworządności tam jednak obowiązywały. To bardzo ciekawa historia i nie za bardzo znana. Otóż podczas wojny z Rosją grupą Armii Środek dowodził generał Erich Hoepner. Hitler był niezadowolony z powodu jego sposobu dowodzenia i nie tylko pozbawił go dowództwa, ale w ogóle wyrzucił z wojska.
J.K.: Czy to nie było po 1941 roku? Kiedy nie zdobył Moskwy?
S.M.: Właśnie z tego powodu. Tymczasem generał Hoepner zbliżał się już do wieku emerytalnego i zwrócił się do sądu, że decyzja Hitlera narusza jego prawa nabyte. I wygrał! A Hitler po prostu się wściekł i zlikwidował wszystkie prawa nabyte. W porównaniu z bolszewikami nawet Trzecia Rzesza, nie mówiąc już o Cesarstwie Niemieckim, gdzie jednak jakichś praw przestrzegano, była praworządna. Dlatego ta najdłuższa wojna polskiej ludności zaboru pruskiego okazała się w ogóle możliwa.
J.K.: Z czego wynikało to, że zabór pruski najlepiej rozwijał się gospodarczo? W porównaniu do zaboru austriackiego, gdzie były swobody, ale i ubóstwo?
S.M.: Osławiona "nędza galicyjska" oczywiście była. Jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie w Galicji pojawił się ruch ludowy, ruch chłopski, jako siła polityczna, za sprawą takich trochę dziwacznych postaci. Do ojców ruchu ludowego zaliczał się ksiądz Stanisław Stojałowski, którego nawet w związku z tym suspendowano, ale to był demagog pierwszej klasy! Co on robił? Kiedy było zebranie z chłopami, a on planował przegłosować jakiś wniosek, na który ci nie bardzo chcieli się zgodzić, to ksiądz Stojałowski zdejmował krzyż ze ściany i mówił tak: "Dzieci! Kto jest za wnioskiem, niech klęknie tu ze mną i zaśpiewamy "Serdeczna Matko"".
A jak ksiądz klęka i śpiewa, to chłopom niezręcznie taki wniosek odrzucić. Ale go bijali za to! Kilka razy księdza Stojałowskiego pobili. Jednak to właśnie oni dali początek ruchowi ludowemu w Galicji, a takie organizacje polityczne nie powstają, kiedy panuje nędza, tylko wtedy, kiedy się trochę polepsza. Proszę zwrócić uwagę, że za Stalina to żadna organizacja nie powstała!
W Galicji niczego takiego nie było. Gołuchowski spolszczył oświatę, więc nauczyciele ludowi też robili swoje i to przyniosło rezultaty. Stronnictwa chłopskie miały reprezentację w wiedeńskim parlamencie. Wincenty Witos był posłem w parlamencie wiedeńskim, wtedy zaczęła się jego kariera. Więc, mimo "nędzy galicyjskiej", ma pan z drugiej strony taką scenkę z Wesela Wyspiańskiego, kiedy Czepiec mówi do dziennikarza: "Co tam panie w polityce, Chińczyki trzymają się mocno?". A dziennikarz na to: "A czy wy przynajmniej wiecie, gdzie Chiny leżą?".
Przysłowiowa nędza galicyjska oczywiście była. Jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie w Galicji pojawił się ruch ludowy, ruch chłopski, jako siła polityczna, za sprawą takich trochę dziwacznych postaci. Jednym z ojców ruchu ludowego był ksiądz Stanisław Stojałowski. Demagog pierwszej klasy.
Na to Czepiec oburzył się na podejrzenie, że on może tego nie wiedzieć i mówi dziennikarzowi: "Pon się boją we wsi ruchu. Pon nos obśmiwają w duchu".
Ale ideologia nacjonalistyczna oddziaływała również na społeczność polską. Powstała organizacja narodowa skupiająca wybitnych Polaków z trzech zaborów, Liga Narodowa.
J.K.: Właściwie we wszystkich trzech zaborach mamy do czynienia z działalnością polityczną, najpierw może nie partii, ale pewnych ruchów. Zacznijmy od zaboru austriackiego. Mamy Stańczyków krakowskich, ruch konserwatywny, ugodowy, bardzo mocno krytykowany ze strony narodowej demokracji, obśmiewany przez Romana Dmowskiego wyszydzany nawet...
S.M.: Dmowski miał inne podejście do zagadnień narodowościowych niż Stańczycy. Dopiero później rozwinęła się chłopomania, podczas gdy Liga Narodowa postawiła właśnie na taką działalność, pracę u podstaw nad tymi warstwami społecznymi, które wtedy nazywano "upośledzonymi", czyli chłopstwem, mieszczaństwem, robotnikami. Oni uznali, i słusznie, że jeżeli tym społecznościom nie zaszczepi się idei narodowych, to polski nacjonalizm przegra, nie będzie miał szans rozwoju, dlatego trzeba koniecznie wciągnąć w swoją orbitę te środowiska. To się w znacznym stopniu udało między innymi dlatego, że polscy intelektualiści i twórcy w tym kierunku działali.
Żeromski wspomina zdarzenie na poczcie w Staszowie, gdy przed południem zgromadził się w tym urzędzie tłum czeladników, rzemieślników, ludzi żyjących z pracy rąk i czekali na gazetę. Kiedy wreszcie dotarła, naczelnik poczty czytał im z niej na głos Ogniem i mieczem, bo Henryk Sienkiewicz drukował tę powieść w odcinkach. Ziemiaństwo też odegrało ważną rolę. Przedstawiciele ziemiaństwa zakładali szkoły, a kiedy używanie języka polskiego w szkołach stało się możliwe, to rola szkół w kształtowaniu świadomości narodowej jeszcze się zwiększyła. Natomiast Stańczykom z ich: "Przy tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy", chodziło o to, żeby nie dopuszczać do żadnych insurekcji, bo powstanie styczniowe pokazało, do czego to prowadzi. Do katastrofy. Oni uważali, że insurekcja jest zgubna. Natomiast, dzięki normalizacji stosunków z Wiedniem, będzie można doprowadzić do normalizacji życia polskiego w Galicji, prowadzić pracę u podstaw. Nie byli żadnymi renegatami.
J.K.: Roman Dmowski i narodowa demokracja, chcieli stworzyć wielką Polskę jeszcze w granicach przedrozbiorowych, Polska miała być dużym imperium, szczególnie w porównaniu do innych koncepcji, na przykład koncepcji Józefa Piłsudskiego, który widział Polskę jako takie państewko na licencji Niemiec w obrębie zaboru rosyjskiego.
S.M.: Niezupełnie. Przywołam wspomnienia Mieczysława Jałowieckiego Na skraju imperium. Jałowiecki znał osobiście Dmowskiego. Spędzali wspólnie, w jakimś dworze, święta Bożego Narodzenia. Z jego zapisków wynika, że Dmowski w swojej koncepcji odrodzenia Polski poświęcił żywioł polski na terenie Kresów Wschodnich, żeby w przyszłym państwie nie było za dużo mniejszości etnicznych. Później to się odbiło czkawką podczas negocjowania traktatu ryskiego. Polska delegacja parlamentarna, ku zaskoczeniu delegacji sowieckiej, na której czele stał Adolf Joffe, odrzuciła propozycję bolszewików, żeby granicę wytyczyć na wschód od Mińska.
Roman Dmowski i narodowa demokracja, chcieli stworzyć wielką Polskę jeszcze w tych granicach przedrozbiorowych, Polska ma być tym wielkim imperium, w porównaniu do innych koncepcji, na przykład koncepcji Józefa Piłsudskiego, że Polska to ma być takie państewko na licencji Niemiec w obrębie zaboru rosyjskiego.
Wracając do traktatu ryskiego, to delegacja sowiecka zaproponowała, żeby granice w tym rejonie wytyczyć na wschód od Mińska. Natomiast polska delegacja postanowiła, że będzie na zachód od Mińska. W ten sposób około dwóch milionów Polaków zostawiła za kordonem, na pewną śmierć. Toteż podczas posiedzenia sejmu poświęconego ratyfikacji traktatu ryskiego do posła referującego traktat ktoś krzyknął z galerii: "Kainie Grabski".
Dmowski był, jak pisze Jałowiecki, zwolennikiem ewakuacji politycznej Polski z terenów, które nazywamy Kresami Wschodnimi. Polska miała być jednolita etnicznie, bo Dmowski uważał, że Polska i tak ma problem z powodu Żydów. Przecież Żydzi stanowili około dziesięć procent i to nie była społeczność spolszczona!
J.K.: Problemem było to, że sami Rosjanie wyrzucali ich ze swojego terytorium.
S.M.: Zaraz to wyjaśnię. Otóż za panowania Katarzyny II została ustanowiona tak zwana "czerta osiedłosti", to znaczy linia osiedlenia, która mniej więcej pokrywała się z granicą polsko-rosyjską sprzed pierwszego rozbioru. Ta linia osiedlenia oznaczała, że na wschód od niej nie wolno było osiedlać się Żydom, chyba że byli kupcami pierwszej gildii. Kupiec pierwszej gildii musiał mieć dwadzieścia pięć tysięcy rubli kapitału. Wtedy to była fortuna. W związku z tym żywioł żydowski był bardzo licznie reprezentowany właśnie na Kresach Wschodnich i dominował w małych miasteczkach. Dmowski się tego obawiał i był zwolennikiem takiego samoograniczenia politycznego Polski, żeby nie wybiegała za daleko na wschód, bo wtedy te proporcje narodowościowe byłyby jeszcze bardziej niekorzystne. Wreszcie w polityce polskiej pojawił się jeszcze trzeci nurt - nurt socjalistyczny.
J.K.: Nurt socjalistyczny, który później się podzielił na trzy. Mieliśmy nurt komunistyczny od Karola Marksa, gdzie zaliczali się też socjaliści. Ciekawe, że teraz jest takie wyodrębnienie komunista - socjalista. A w XIX wieku to były synonimy: komunista to był socjalista. Zresztą na podstawie Polskiej Partii Socjalistycznej Królestwa Polskiego i Litwy. Oni się nazywali socjaldemokratami.
S.M.: No tak, to była partia... żeby nie wchodzić w te talmudyczne szczegóły, w których ja, mówiąc szczerze, nie mam specjalnego rozeznania. Tam każdy drobiazgowo podkreślał doktrynalne różnice, co może wynikało po trosze z tego, że w ruchu socjalistycznym dominowali Żydzi, którzy zawsze mieli skłonność do takiego talmudycznego dzielenia włosa na czworo.
J.K.: Mamy tu ruch socjalistyczny. Chyba trzeba się skupić najbardziej na ugrupowaniu PPS Frakcja Rewolucyjna?
S.M.: Ogólnie biorąc, nurt, nazwijmy to, komunistyczny (i to już w SDKPiL się wyraża) negował potrzebę odzyskania przez Polskę niepodległości, podczas gdy PPS była ugrupowaniem socjalistycznym, ale nastawionym na odbudowanie państwa polskiego. To nawet długo potem, po II wojnie światowej się zaznaczyło. Jan Olszewski, w swoich niedawno wydanych wspomnieniach, pisze, że na zjeździe zjednoczeniowym PPR i PPS Gomułka wygłosił przemówienie, w którym przekonywał, że w tym fragmencie należy odrzucić tradycję KPP, właśnie z powodu negowania potrzeby odzyskania niepodległości. Właśnie z tego powodu! Gomułka był komunistą, ale to był fragment jego "prawicowo-nacjonalistycznych" odchyleń, za które trafił do Miedzeszyna pod opiekę Józefa Światły.
J.K.: Mamy głównego przedstawiciela tego ruchu lewicowego, czyli Józefa Piłsudskiego. Wtedy dochodzi do podziału na PPS Lewica i PPS Frakcja Rewolucyjna. Jeżeli mówimy o Piłsudskim, to nie omieszkam wspomnieć o jego działalności terrorystycznej oraz próbach wywołania kolejnego powstania na terenie Polski.
S.M.: Nie tylko Piłsudski był reprezentatywny dla ruchu socjalistycznego. Jeszcze bardziej należy tu wskazać na Ignacego Daszyńskiego. On był posłem do parlamentu wiedeńskiego, podczas gdy Piłsudski, no cóż... konspiratorem bez politycznego wpływu.
J.K.: Tutaj akurat skupiam się na zaborze rosyjskim...
S.M.: Daszyński... Nie wiem, czy on akurat Marksa przestudiował. Za to Piłsudski raczej na pewno nie! Zresztą sam o sobie mówił, że traktuje socjalizm instrumentalnie. Wysiada z "czerwonego tramwaju" na przystanku "niepodległość". Pod hasłami socjalistycznymi Piłsudski był też w pewnym sensie niepodległościowcem. Widział dwie możliwości: robotnicy, pracownicy najemni zostaną uwiedzeni przez bolszewików, przez komunę, przez SDKPiL. W związku z tym wydawało mu się, że lepiej będzie, jak on ich będzie uwodził przy pomocy socjalistycznych hasełek, ale ich odciągnie od komuny w kierunku niepodległości. Coś takiego. No i Piłsudski, korzystając z tej galicyjskiej wolności, właśnie tam organizował Strzelca. Socjalizm w jego przypadku był pretekstem.
J.K.: On za wszelką cenę chciał zbrojnego wybuchu, był zwolennikiem powstania. Na tym terenie. Wytworzyły się dwa nurty i trzeba wspomnieć o słynnym spotkaniu Piłsudski - Dmowski. Tu cytat z Jędrzeja Giertycha, który opowiadał o tym spotkaniu: Dmowski pisze: "Usiłowałem ich przekonać, że to, co chcą zrobić, jest nonsensem i zbrodnią wobec Polski. W odpowiedzi usłyszałem porcję mętnych frazesów wygłoszonych z ogromną pewnością siebie".
To właśnie dotyczyło spotkania tych dwóch panów i tego, w jaki sposób zostały przedstawione te wizje. Piłsudski za wszelką cenę chciał przekonać Japonię, żeby wesprzeć finansowo powstanie na terenie byłego Królestwa, a z drugiej strony Dmowski nie chciał doprowadzić do kolejnej katastrofy.
S.M.: To ilustruje różnicę między dwoma sposobami ówczesnego myślenia działaczy polskich, polskich podkreślam, nie renegatów. Były dwie takie wizje dróg do odzyskania niepodległości państwowej. Ugodowcy uważali, że największą tragedią narodu polskiego nie jest utrata niepodległości, tylko rozbiory. Ponieważ Polska została podzielona na trzy części, te trzy części stanowią fragment mocarstw europejskich: - Niemiec, Austrii i Rosji. W związku z tym porywanie się na zbrojne odzyskanie niepodległości oznacza wojnę z tymi mocarstwami. Jej wynik jest z góry wiadomy, dlatego że Polacy na skutek pozbawienia niepodległości są pozbawieni możliwości korzystania z bogactw, jakie wytwarzają, więc te bogactwa zostaną obrócone przeciwko nim przez przywódców państw zaborczych. Ta strategia prowadzi zatem do oczywistej katastrofy.
Nie tylko Piłsudski był reprezentatywny dla ruchu socjalistycznego. Jeszcze bardziej reprezentatywny był Ignacy Daszyński. On był posłem do parlamentu wiedeńskiego, podczas gdy Piłsudski, no cóż... konspiratorem bez politycznego wpływu.
Ugodowcy uważali, że należy doprowadzić najpierw do scalenia wszystkich zaborów. W związku z tym trzeba, żeby siłą jednego zaborcy, doprowadzić do zjednoczenia polskich ziem. A jak już to nastąpi, można będzie wystąpić przeciwko niemu, licząc na pomoc dwóch pozostałych mocarstw, które nie będą chciały, żeby trzeci zaborca za bardzo się wzmocnił.
Był więc nurt ugodowy i nurt insurekcyjny. Ale historia potoczyła się całkiem inaczej. Jest taka anegdota o prymasie Wyszyńskim. To ciekawa scenka: przyjechała do niego delegacja Polonii amerykańskiej, żeby go przekonać, by duszpasterzem polonijnym zrobił jakiegoś biskupa. Podali mu osiemdziesiąt osiem powodów, dla których powinien tak uczynić. Prymas Wyszyński wysłuchał delegacji uprzejmie, po czym pożegnał słowami: "Inaczej będzie!". Tutaj podobnie, wszystko się rozstrzygnęło w całkiem innych kategoriach w wyniku pierwszej wojny światowej. W całkiem innych kategoriach.
Piłsudski napisał: "Grzybów należy do wspomnień, które nieraz pieszczę. Należy do pieszczot mojego życia".
Tam socjaliści ogłosili, że będzie manifestacja, roznosili ulotki po całym mieście. Po mszy wyszli ludzie. Policjanci, wiedząc, że coś się szykuje, też tam się obok zgrupowali. W pewnym momencie przed ludzi wyszli socjaliści i zaczęli strzelać do policjantów, po czym uciekli do kościoła. A policjanci zaczęli strzelać do tych biedaków. Nikomu z socjalistów nic się nie stało, ale zginęło kilku policjantów i cywile. Piłsudski podsumował to, że "było zabawnie!"
ROZDZIAŁ 2
PROBLEMY ETNICZNE
J.K.: W XIX wieku pojawia się tożsamość narodowa Litwinów. Jak to wpłynęło na nasze relacje w zaborze rosyjskim?
S.M.: Rzeczywiście, podobnie jak u innych narodów, tak i wśród Litwinów idee nacjonalistyczne znajdowały rezonans.
J.K.: Wspierane przez Niemców.
S.M.: Tak, ale to nie Niemcy tam byli czynni, tylko przede wszystkim księża litewskiego, żmudzkiego pochodzenia. Jest taka historia, zresztą prawdziwa. Już po pierwszej wojnie światowej rozmawiają dwaj Litwini, mieszkańcy Wielkiego Księstwa Litewskiego, którzy sami siebie uważali za Litwinów. Niepodległa Litwa akurat wprowadziła zasadę, że językiem urzędowym będzie litewski i obywatele powinni znać ten język i się nim swobodnie posługiwać. Więc jeden mówi, że chciałby obywatelstwo litewskie. A drugi: "Ty nie możesz, bo przecież nie znasz litewskiego". A on na to: "Jak to nie znam, a po jakiemu ja do ciebie mówię?". A rozmawiali po polsku!
Ta "etniczna" Litwa to Żmudź. Za sprawą księży pochodzenia żmudzkiego nastąpiło rozprzestrzenienie ideologii nacjonalistycznej również wśród Litwinów - Żmudzinów. Nacjonalizm litewski miał bardzo silne ostrze antypolskie. Zresztą ma do dzisiaj, częściowo za sprawą Niemców, którzy rzeczywiście ekscytowali takie eksperymenty, ale też i z tego powodu, że właściwie kultura litewska... nie jest zbyt imponująca w porównaniu z kulturą polską. Nacjonaliści litewscy obawiali się, że kultura polska, jako atrakcyjniejsza, zdominuje litewską, dlatego tamtejszy nacjonalizm był antypolski. To doprowadziło do napiętych stosunków z Polską, zresztą nie tylko na tle nacjonalistycznym, ale też politycznym.
W październiku 1920 roku dywizja litewsko-białoruska, złożona z żołnierzy pochodzących z Wileńszczyzny i Białorusi, dostała rozkaz, by się "zbuntować" i powrócić "do domu". Rozkaz wydał Józef Piłsudski, któremu nie mieściło się w głowie, by rodzinne Wilno znalazło się poza Polską. Generał Lucjan Żeligowski, jako lojalny generał, "zbuntował się", ale zażądał rozkazu na piśmie. Żeby się zbuntować. Na czele dywizji litewsko-białoruskiej zajął Wilno i proklamował powstanie nowego państwa pod nazwą Litwa Środkowa.
Bardzo ciekawa była konferencja prasowa generała po tej proklamacji. Dziennikarze chcieli się dowiedzieć, co to jest za państwo i zadawali generałowi Żeligowskiemu rozmaite pytania. Obok generała stał kapitan Prystor i jak jakieś pytanie padło do generała, to on obracał się w stronę kapitana Prystora, a ten wyprężał się i mówił: "Pan generał uważa, że..." i tak dalej. W 1922 roku zebrał się Sejm Litwy Środkowej, który uchwalił przyłączenie Litwy Środkowej do Polski.
Nacjonalizm litewski miał bardzo silne ostrze antypolskie. Zresztą ma do dzisiaj, częściowo za sprawą Niemców, którzy rzeczywiście inicjowali takie eksperymenty, ale też i z tego powodu, że właściwie kultura litewska... nie jest taka imponująca, w porównaniu z kulturą polską.
To spowodowało bardzo duże napięcie. Polska nie miała z Litwą żadnych stosunków dyplomatycznych, bo Litwini uważali Litwę Środkową za swoje terytorium, a za swoją stolicę Wilno. W 1927 roku Litwa i ZSRR wysłały do Ligi Narodów skargę na Polskę, że planuje agresję przeciwko Litwie.
Polska odpowiedziała, że to nieprawda, że tylko chce przywrócenia normalnych stosunków dyplomatycznych i handlowych. W grudniu 1927 roku spór polsko-litewski był rozpoznawany przez Ligę Narodów. Do Genewy przyjechał Piłsudski i bezpośrednio zwrócił się do litewskiego premiera Augustinasa Voldemarasa, żeby mu odpowiedział na pytanie, czy w stosunkach między Polską a Litwą panuje pokój czy wojna? Voldemaras przyparty w ten sposób do muru (nawiasem mówiąc, byłem w tej sali, gdzie ta rozmowa się odbywała), odpowiedział, że pokój. Na to Piłsudski: "To bardzo się cieszę, każę bić w dzwony w całej Polsce". Potem jednak odbiło się to czkawką podczas drugiej wojny, no i odbija się do dzisiejszego dnia.
J.K.: Na czym polegała ta niechęć Żmudzinów, Litwinów w końcu XIX wieku wobec Polski?
S.M.: Oni do dziś uważają, że Władysław Jagiełło to był zdrajca! Witold to co innego. Głównym bohaterem litewskim jest Witold. A Jagiełło i jego następcy doprowadzili do tego, że Litwa została kulturowo zdominowana przez Polskę. To jest taki rozwód Jadwigi z Jagiełłą, te stosunki polsko-litewskie. Czasami to przybiera groteskowe formy. Byłem w Parku Zdrojowym w Druskiennikach na Litwie. Stoi tam pomnik króla Zygmunta Augusta. Po jednej stronie jest napis, że Zygmunt August był wielkim księciem litewskim. Myślałem, że po drugiej stronie znajdę napis, że był też królem Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale nic z tego! A przecież tytuł królewski jest wyższy rangą niż tytuł wielkoksiążęcy! To trochę śmieszne, ale do dzisiejszego dnia trwają skutki tamtych uprzedzeń, obaw i incydentów.
Żywioł żydowski przez stulecia żyje na uboczu i kitwasi się we własnym sosie. Zwrot został dokonany podczas rewolucji francuskiej, gdy Żydów zrównano w prawach. Następnego kroku dokonał Napoleon.
J.K.: No i wreszcie bardzo istotny z punktu widzenia europejskiego żywioł żydowski.
S.M.: Żywioł żydowski przez stulecia żyje na uboczu i kitwasi się we własnym sosie. Zwrot został dokonany podczas rewolucji francuskiej, gdy Żydów zrównano w prawach. Następnego kroku dokonał Napoleon. Kiedy już został Cesarzem Francuzów, to wszystkim Żydom z tej części Europy, którą kontrolował, kazał przyjechać do Paryża, na zgromadzenie, które nazwał Wielkim Sanhedrynem. Potem wymusił na nim zajęcie stanowiska asymilacyjnego, czyli: "Jak chcecie równouprawnienia, to musicie być tacy jak my!".
W rezultacie pojawiły się dwa odłamy społeczności żydowskiej: Żydzi zachodnioeuropejscy, zasymilowani, którzy ani strojem, ani mową nie odróżniali się od narodów, pośród których żyli oraz Żydzi ortodoksyjni ze Wschodniej Europy, którzy odróżniali się strojem i językiem, bo w większości nie mówili językiem kraju, w którym mieszkali.
Mówili w jidysz, tak zwanym "żargonem", bo to jest średniowieczna gwara na bazie niemieckiego. Stąd też Żydzi na ogół dobrze znali język niemiecki, więc często wykorzystywano ich jako tłumaczy. W XIX wieku idee nacjonalistyczne oddziałują również na społeczność żydowską. Przejął się nimi paryski korespondent wiedeńskiej gazety "Neue Freie Presse" Theodor Herzl, który doszedł do wniosku, że naród żydowski jest takim samym narodem, jak wszystkie inne, w związku z tym też powinien się politycznie zorganizować w państwo. Te swoje przemyślenia zawarł w broszurze Der Judenstaat, czyli Państwo żydowskie.
Z tym państwem żydowskim był jednak pewien problem, bo o ile inne narody miały określone geograficznie siedziby narodowe, to Żydzi nie mieli. Od 135 roku po Chrystusie, kiedy to cesarz Hadrian zlikwidował królestwo judzkie, na skutek stłumienia powstania Bar-Kochby, czyli Syna Gwiazdy. To powstanie wybuchło za panowania cesarza Trajana i objęło spory obszar Cesarstwa, bo Żydzi byli osiedleni na dosyć dużych terenach Azji Mniejszej i Bliskiego Wschodu. Cesarz Trajan, który akurat prowadził wojnę z Królestwem Partów, zorientował się, że na tyłach jego wojsk doszło do powstania. Pośpiesznie zawarł pokój z Królestwem Partów i rozpoczął marsz ku Morzu Śródziemnemu, likwidując po drodze to powstanie. Te trudy tak go zmogły, że umarł. Jego następcą, zresztą adoptowanym, został cesarz Hadrian. Część jego dokonań jest znana do dzisiejszego dnia. Między innymi w Wielkiej Brytanii można oglądać Mur Hadriana. Cesarz Hadrian dokończył pacyfikację powstania Bar-Kochby i zburzył Jerozolimę. Zakazał Żydom pod karą śmierci zbliżania się do miasta i na miejscu Jerozolimy założył kolonię rzymską Aelia Capitolina. Od tej pory zaczyna się dla Żydów okres diaspory. Żyją w rozproszeniu, wśród różnych krajów i narodów. Z jednej strony żyją w diasporze, ale przeważnie w gettach.
J.K.: Tak, sami je tworzą...
S.M.: Nie dlatego, żeby ktoś ich zmuszał. Getta nie były jakimś owocem prześladowania społeczności żydowskich, tylko po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej przez Tytusa w 66 roku po Chrystusie, na długo przed Hadrianem, kierownikiem, również politycznym, społeczności żydowskiej była kasta kapłańska. Po zburzeniu Świątyni straciła znacznie tak religijne, jak i polityczne. Na plan pierwszy wysunęli się rabini interpretatorzy Tory, którzy uznali, że jak Żydzi będą rozproszeni na całym obszarze miast, to oni nie będą w stanie ich fizycznie kontrolować. Ta społeczność może się rozpłynąć wśród narodu, z którym mieszka. Dlatego nalegali na utworzenie gett, zwartych skupisk społeczności żydowskich. Bo wtedy społeczność stawała się łatwiejsza do kontrolowania.
J.K.: Jaki był pomysł żydowski? Gdzie chcieli stworzyć swoje państwo?
S.M.: Właśnie to był problem! Wszystkie narody miały określone siedziby narodowe. A oni nie. Z tego powodu syjonizm (Teodor Herzl nazwał nacjonalizm żydowski syjonizmem) skupiał się na znalezieniu dla Żydów siedziby narodowej. Syjonizm nie był popularny w społecznościach żydowskich, zarówno wśród Żydów zasymilowanych, jak i tych ortodoksyjnych. Ale w każdym przypadku z innego powodu. Żydzi zasymilowani uważali, że Teodor Herzl to ein myszygene Kopf, jakiś wariat. Oni w krajach swojego osiedlenia zajmują poważne stanowiska, są lekarzami, finansistami, prawnikami, profesorami, a on im mówi, że mają to wszystko rzucić i zająć się budowaniem państwa żydowskiego, w dodatku nie wiadomo gdzie.
Lucjan Żeligowski (ur. 17 października 1865, zm. 9 lipca 1947) - pułkownik piechoty Armii Imperium Rosyjskiego oraz generał broni Wojska Polskiego. Znany z tzw. buntu Żeligowskiego, podczas którego zajął Wilno, proklamując powstanie tzw. Litwy Środkowej, kawaler Orderu Virtuti Militari.
J.K.: Po co im państwo?
S.M.: Uznali, że to kompletne wariactwo. Natomiast Żydzi ortodoksyjni ze Wschodniej Europy odrzucali syjonizm z pobudek religijnych. Uważali, że skoro szatan nie potrafił zwieść Izraela prześladowaniami, teraz podsuwa im pokusę w postaci państwa, które jeszcze w dodatku może będzie demokratyczne?! To już jest całkowicie sprzeczne z zasadami mojżeszowymi, bo Mojżesz mówił: "Idź i zbierz starszych Izraela". Zalecał zatem ustrój arystokratyczny, a nie republikański czy demokratyczny, i dlatego odrzucali syjonizm. Ich zdaniem najważniejsze jest odbudowanie Świątyni Jerozolimskiej, a państwo? To się później zobaczy. Jednak ta sytuacja się zmieniła i tu, i tam. I na Zachodzie, i w Europie Wschodniej. W Europie Zachodniej duży wpływ miała na to sprawa Dreyfusa.
J.K.: Teraz słynna dzięki filmowi...
S.M.: Dreyfus pochodził z rodziny alzackiej, żydowskiej, ale zasymilowanej od pokoleń. Jak się okazało, że jest podejrzany o zdradę, to nagle pochodzenie żydowskie zaczęło odgrywać wielką rolę. No i Żydzi z Zachodniej Europy uznali, że ten cały syjonizm, nie jest tak całkiem pozbawiony podstaw i rzeczywiście trzeba by się o żydowskie państwo zatroszczyć.
Natomiast na Żydów z Europy Wschodniej oddziaływał negatywnie nacjonalizm rosyjski, który się objawił między innymi w pogromach ludności żydowskiej.
Politycy rosyjscy próbowali nacjonalizm rosyjski, taki wielkoruski, podsycać, wzmocnić, pokazując nieubłaganym palcem wroga. Pojawiły się "czarne sotnie" z hasłem "Biej Żydow, spasaj Rassiju!" ("bij Żydów, ratuj Rosję"), no i oczywiście Żydzi na to reagowali. Wyodrębniły się dwa nurty: jeden syjonistyczny, drugi socjalistyczny.
W 1897 roku mamy do czynienia ze zwycięstwem ideologii nacjonalistycznej w diasporze żydowskiej. Wtedy odbył się pierwszy kongres syjonistyczny w Bazylei, na którym przyjęto, że syjonizm stanowi podstawową doktrynę polityczną społeczności żydowskiej. Doktrynę dominującą.
Problem jednak pozostawał nadal ten sam - gdzie to państwo ma być? Beniamin Disraeli, Żyd, co prawda wychrzczony, był premierem Wielkiej Brytanii, która rządziła połową świata, ale nawet i on nie potrafił znaleźć takiego miejsca, chociaż podobno próbował. Sytuacja zmieniła się pod tym względem w czasie I wojny światowej. Brytyjski premier i minister spraw zagranicznych Artur Balfour, żeby pozyskać fundusze na kontynuowanie wojny, w 1917 roku, złożył mglistą obietnicę działaczom żydowskim, że rząd brytyjski będzie wspierał ich działania w kierunku znalezienia siedziby narodowej dla Żydów, najlepiej na terenie Palestyny.
Po zakończeniu I wojny, Wielka Brytania uzyskała mandat Ligi Narodów nad Palestyną. Wtedy przedstawiciele społeczności żydowskiej zwrócili się do Brytyjczyków - no to teraz czas na spełnienie obietnicy! Nolens volens Anglicy musieli się zgodzić na osadnictwo żydowskie na terenie Palestyny. Do niedawna w okolicach Placu Szembeka w Warszawie było takie gospodarstwo rolne, szkoleniowe, w którym młodzi Żydzi - chaluce - którzy mieli emigrować do Palestyny - uczyli się rolnictwa, bo to był przecież żywioł miejski i z rolnictwem nie mieli nic wspólnego. A tam mieli pracować na pardesach, czyli plantacjach założonych przez Rothschilda. Więc trzeba było ziemię uprawiać, ale oni przecież tego nie umieli, musieli się nauczyć. Syjonizm od kongresu w Bazylei do dziś jest podstawową doktryną polityczną światowej społeczności żydowskiej, z tym że on sam też ewoluuje.
Thomas Woodrow Wilson (ur. 28 grudnia 1856, zm. 3 lutego 1924) - 28. prezydent Stanów Zjednoczonych (1913-1921).
J.K.: Co z komunistami Żydami?
S.M.: O tym później, zaraz do tego dojdziemy, ale jeszcze dokończę o ewolucji syjonizmu. Wyjściowym założeniem Teodora Herzla było, że Żydzi są takim samym narodem, jak wszystkie inne. On z tego wywodził ich prawo do posiadania własnego państwa. Tymczasem współczesny syjonizm nabiera cech szowinistycznych. Żydzi nie są takim samym narodem jak inne, są narodem szczególnym, w związku z czym współcześni syjoniści wyprowadzają z tego prawo do instrumentalnego traktowania innych narodów. To oczywiście jest widoczne i nic dziwnego, że budzi różne reakcje.
Na naszych oczach rodzi się nowa religia, religia Holokaustu. Co stanowiło spoiwo społeczności żydowskiej w okresie diaspory? Religia! Przecież oni mieszkali w różnych państwach, ale wielkim spoiwem był judaizm. Jednak pod koniec XIX wieku pojawił się na świecie prąd, który zaczął oddziaływać na wszystkie narody, na naród żydowski również. To sekularyzacja, taki indyferentyzm religijny.
Na naszych oczach rodzi się nowa religia, religia holokaustu. Co było spoiwem społeczności żydowskiej w okresie diaspory? Religia!
J.K.: Wielu Żydów stało się niewierzącymi.
S.M.: Sekularyzacja oddziałuje na wszystkie narody. Jednak narody, które mają określone geograficznie siedziby narodowe i własne państwa, oprócz religii mają mnóstwo innych wyznaczników tożsamości. Natomiast w diasporze żydowskiej zniweczenie tej jedynej podstawy, która od stuleci utrzymywała naród w spoistości, było bardzo groźne! Pojawiło się niebezpieczeństwo, że te społeczności rozpłyną się wśród narodów swego osiedlenia, jak sól w ukropie. Znikną. Problem z sekularyzacją wśród Żydów polegał na tym, że wielu utraciło pewność, czy ma wierzyć, że Morze Czerwone rzeczywiście się rozstąpiło, bo cała religia mojżeszowa jest ufundowana na tym traumatycznym przeżyciu wyjścia z Egiptu. Plagi, słup ognisty, morze i tak dalej. Nie wszyscy byli pewni, czy powinni wierzyć w takie rzeczy. Tymczasem po drugiej wojnie światowej pojawiło się traumatyczne przeżycie w postaci masakry Żydów europejskich przez Niemców. Przez Trzecią Rzeszę. W to nie trzeba było wierzyć, bo każdy o tym wiedział! Problem polegał tylko na tym, żeby narzucić światu pogląd, że ta masakra, czyli Holokaust, była wydarzeniem bez precedensu w historii świata. To oczywiście nieprawda, bo mamy wiele przykładów takich precedensów, jak choćby rzeź Ormian przez Turków, rewolucja bolszewicka w Rosji czy kolektywizacja. Jeśli jednak uznamy, że mordowanie Żydów jest gorsze od mordowania ziemian, księży czy chłopów, to jasne, wtedy tak! Tyle że to jest pogląd rasistowski.
J.K.: Wróciłbym jeszcze do problemu z początku XX wieku, czyli do kwestii Judeopolonii. To jest problem z pierwszej wojny światowej.
S.M.: Judeopolonia to pomysł niemiecki. W czasie I wojny światowej Niemcy wpadli na pomysł podboju Rosji. Nie sądzę, żeby mieli nadzieje na skolonizowanie całej Rosji, chociaż Anglicy ich w tym właśnie kierunku dyskretnie popychali: "Chcecie kolonii, to skolonizujcie sobie Rosję!". I bardzo wielu Niemcom ten pomysł się spodobał, oczywiście nie całą Rosję, bo na to Niemców było za mało, ale w związku z tym pojawiła się koncepcja ograniczonych celów, czyli idea Judeopolonii. Wtedy jeszcze nie było takich obyczajów, żeby wszystkich pokonanych wymordować co do jednego, więc Niemcy postanowili tylko odgrodzić się od Rosji "kordonem sanitarnym" i to była właśnie Judeopolonia. Pomysł polegał na tym, żeby od Zatoki Ryskiej na północy do Morza Czarnego na południu utworzyć pas, złożony głównie z guberni, które po pierwszym rozbiorze Polski były włączone do Rosji, albo czarnomorskich, które przyłączyła do Rosji Katarzyna Wielka.
Na tym obszarze zamierzano utworzyć zależny od Niemiec organizm polityczny, który nazwano właśnie Judeopolonią. Dlaczego? Dlatego że wedle szacunków ludność żydowska stanowiłaby tam czterdzieści procent, ludność polska mniej więcej tyle samo, a pozostała reszta to inne narodowości: "tutejsi", Ukraińcy, Tatarzy, co pan tylko chce, Litwini i tak dalej. Ponieważ tradycyjne polskie centra polityczne znajdowałyby się poza tym obszarem, to siłą rzeczy polityczne kierownictwo sprawowaliby (oczywiście pod niemieckim protektoratem) Żydzi. Niemcy nie mieli wtedy jeszcze takiego bzika antyżydowskiego, a i Żydzi byli bardzo proniemieccy.
Niemcy przegrały wojnę między innymi na skutek tego, że do wojny przeciwko nim przystąpiła Ameryka. Mimo że bardzo dobrze się udała niemiecka operacja wywołania w Rosji rewolucji bolszewickiej. W następstwie tego bolszewicy podpisali z Niemcami separatystyczny pokój w Brześciu w 1917 roku.
To z kolei umożliwiło Niemcom przerzucenie części wojska na front zachodni, ale to już było tylko przedłużenie wojny, bo bez tego zakończyłaby się ona trochę wcześniej. W każdym razie zaraza bolszewicka zaczęła dawać przerzuty i wybuchł bunt marynarzy w Kilonii, a później, pod naciskiem prezydenta Wilsona, nastąpiła likwidacja Cesarstwa Niemieckiego. Wilhelm II uciekł do Holandii, nastała Republika Weimarska.
Wtedy jeszcze nie było takich obyczajów, żeby wszystkich pokonanych wymordować do gołej ziemi, więc Niemcy postanowili tylko odgrodzić się od Rosji "kordonem sanitarnym" i to była właśnie Judeopolonia.
Teraz jeszcze wróćmy do tego drugiego nurtu w społeczności żydowskiej, mianowicie socjalistycznego. Do jego pojawienia przyczyniły się pogromy w Rosji i agitacja socjalistyczna rozwinięta przez "spółkę autorską" Marx i Engels, która w 1848 roku opublikowała Manifest Komunistyczny. Ideologia komunistyczna wychodziła naprzeciw marzeniom sporej części społeczności żydowskiej, bo socjalizm, stanowi znakomity mechanizm służący panowaniu mniejszości nad większością. Jaką mamy pierwszą podstawową konsekwencję socjalizmu, którego najtwardszym jądrem jest likwidacja - gwałtowna, jak u bolszewików albo stopniowa, jak u socjaldemokratów - własności prywatnej? Socjalizm uzależnia ekonomicznie wszystkich ludzi od władzy. Ludzie nie tylko podlegają zależności jako obywatele, bo w każdym państwie tak jest, że muszą słuchać, muszą przestrzegać praw i to uważam za normalne. W socjalizmie dochodzi jeszcze jedno uzależnienie: ekonomiczne, bo państwo jest jedynym pracodawcą.
J.K.: Rady Pracownicze?
S.M.: Nie. Posłużę się tu cytatem z filmu Zanussiego Kontrakt. Tam Janusz Gajos gra tam takiego partyjnego buca i mówi tak: "No, demokracja demokracją, ale przecież ktoś musi tym kierować!". No a kto? Partia! Partia! Socjalizm to są "rządy filozofów". Partia posiadła nadzwyczajną wiedzę tajemną. Spenetrowała dziejowe prawa rządzące rozwojem historii. Więc to ona - partia - ma rządzić, reszta ma się słuchać. A kto stanowił trzon partii socjalistycznych? Żydzi!
Socjalizm uzależnia ekonomicznie wszystkich ludzi od władzy. Ludzie nie tylko są uzależnieni jako obywatele, bo w każdym państwie tak jest, że muszą słuchać, muszą przestrzegać praw i to jest normalne. W socjalizmie dochodzi jeszcze jedno uzależnienie: ekonomiczne, bo państwo jest jedynym pracodawcą.
J.K.: Ale w jakiś sposób musieli uzyskać większość.
S.M.: Jeszcze raz powtórzę, że socjalizm to znakomita recepta na panowanie mniejszości nad większością. Za pomocą czego tę sytuację się osiąga? Za pomocą destrukcji wszystkich organicznych, tradycyjnych więzi społecznych, które tamte społeczności utrzymują w istnieniu jako wspólnoty.
J.K.: Jak to się stało, że większość w partiach komunistycznych, socjalistycznych osiągnęli Żydzi? Co sprawiło, że mała mniejszość zdobywa wszystkie stanowiska?
S.M.: Żydzi w ruchu socjalistycznym, w każdym państwie, zawsze tworzyli taką "partię wewnętrzną", która funkcjonowała wprawdzie w ramach partii socjalistycznej czy komunistycznej, ale już na zasadzie nacjonalistycznej. A przecież Żydzi też głosili internacjonalizm proletariacki, a jakże! Tyle że sami doskonale wiedzieli, co jest dobre. Innym zalecali internacjonalizm, ale sami organizowali się na zasadzie nacjonalistycznej. Tak jest do dzisiaj.
J.K.: Obecne państwo Izrael walczy z wszelkimi przejawami nacjonalizmu, ale z drugiej strony uprawia już politykę nie tylko nacjonalistyczną, ale wręcz szowinistyczną.
S.M.: To prawda. Walczy z nacjonalizmem, ale u innych, podczas gdy niedawna uchwała Knesetu głosi, że Izrael jest państwem żydowskim. A w Izraelu ten przymiotnik ma ściśle określone znaczenie prawne. Co to znaczy być Żydem? To, że ktoś się urodził z matki Żydówki. Decydują zatem więzy krwi. Przecież Hitler nie głosił nic innego.
J.K.: Mamy jeszcze do omówienia jedną znaczącą mniejszość przed I wojną światową.
S.M.: Ukraińcy zyskali świadomość narodową, jako Rusini, za sprawą wpływów niemieckich oraz monarchii austro-węgierskiej, która w jakimś stopniu normalizowała stosunki z Polakami, ale nie do końca. Na czym od niepamiętnych czasów polega polityka? Dziel i rządź! "Divide et impera". Rusini byli potrzebni Wiedniowi, żeby Polaków na wszelki wypadek trzymać w ryzach. To się udało, nacjonalizm ukraiński nabrał cech antypolskich. Po pierwsze ze względów kulturowych (z takich samych przyczyn jak nacjonalizm litewski). Po drugie, z tego szczucia niemieckiego. To odbiło się straszliwą czkawką podczas II wojny światowej w postaci masakry Polaków na Wołyniu. Nacjonalizm ukraiński okrzepł i nabrał takich demonicznych cech, za sprawą Dmytra Iwanowycza Doncowa, który podzielił społeczność ukraińską na "wodza", "elitę" i "czerń". Uważał, że nie należy się cofać przed żadnymi metodami, żeby zapewnić etniczną dominację. A najprostszą metodą zapewnienia etnicznej dominacji jest eksterminacja innych narodowości. Właśnie Doncow stanął na takim stanowisku. Do jego wybitnych wyznawców należał Stefan Bandera. To była ideologia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i tę ideologię przejęła potem Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), która rekrutowała się głównie z policji ukraińskiej, utworzonej przez Niemców na początku II wojny światowej. Ta policja w pewnym momencie z bronią przeszła do konspiracji, w szeregi UPA.
J.K.: Warto wspomnieć o dywizji Waffen SS.
S.M.: Niemcy tworzyli organizacje zbrojne "askarysów". Mamili Ukraińców obietnicami utworzenia wolnej Ukrainy pod protektoratem niemieckim, ale Hitler, a zwłaszcza Erich Koch, który był komisarzem Rzeszy dla Ukrainy, nie chciał w ogóle o tym słyszeć. Minister Alfred Rosenberg zamierzał w taki właśnie sposób rozczłonkować Związek Sowiecki, poprzez odwoływanie się do nacjonalizmów miejscowych, i różne takie programy próbował wcielać w życie, ale Erich Koch na Ukrainie mu to bardzo brutalnie skasował.
J.K.: Jeszcze się chciałem odnieść do kwestii żydowskiej na przykładzie polityki, bo w każdym z tych zaborów doszło do pewnej demokratyzacji. Od 1906 roku były wybory do dumy carskiej. Żydzi, którzy byli wybierani do dumy, często nie wchodzili do koła polskiego tylko przechodzili do komunistów, podobnie też przy sejmie pruskim starali się omijać koło polskie. Ale przypadek...
S.M.: W ogóle społeczność żydowska w tamtym czasie wcale nie była pozytywnie ustosunkowana do pomysłu odbudowy państwa polskiego. Społeczność żydowska dobrze się czuła w Cesarstwie Rosyjskim, może poza okresem, kiedy były pogromy.
Natomiast pod panowaniem niemieckim czuła się znakomicie i pomysłów, żeby odbudować państwo polskie, wcale nie przyjmowała entuzjastycznie. Dlatego między innymi Dmowski, który był zwolennikiem odbudowy państwa polskiego w pewnych granicach, stał się antysemitą. Pierwotnie nie był. Bo albo my, albo oni, to jasne!
Warto przypomnieć rozmowę, która miała miejsce w 1919 roku podczas konferencji wersalskiej w Paryżu, na podstawie relacji Hipolita Korwin Milewskiego Siedemdziesiąt lat wspomnień. U hrabiego Orłowskiego odbyło się śniadanie, na którym był Rothschild i Hipolit Korwin Milewski. Rothschild mówi tak: "Panie hrabio, panuje przekonanie, że wszyscy Żydzi mają jednakowe poglądy na wszystkie tematy, ale to nieprawda. Na przykład pan Trocki i ja! Różnimy się zasadniczo w kwestiach ekonomicznych. Ale w jednej sprawie cały Izrael [używa tego terminu na określenie diaspory] ma pogląd jednakowy. Tą sprawą jest honor Izraela". I dalej powiada tak: "Dopóki ten pan [ma na myśli Dmowskiego, ale nie wymawia jego nazwiska] będzie wchodził w skład polskiej delegacji na konferencję w Wersalu, to my to traktujemy jako policzek wymierzony w Izrael. My znamy wasze cele i spotkacie nas na wszystkich drogach; na drodze do Gdańska, do Wilna, do Lwowa, na drodze do Śląska Pruskiego [Górnego Śląska], na drodze do Śląska Cieszyńskiego, wszędzie nas spotkacie. Chciałbym, żeby pan hrabia to wiedział i przekazał, komu trzeba".
Społeczność żydowska w tamtym czasie wcale nie była pozytywnie ustosunkowana do pomysłu odbudowy państwa polskiego. Społeczność żydowska dobrze się czuła w Cesarstwie Rosyjskim, może poza okresem, kiedy były pogromy.
W tej rozmowie, jak w soczewce, skupia się stosunek społeczności żydowskiej do niepodległości Polski. I jeszcze "kropka nad i" - po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, w sejmie, który miał przygotować konstytucję, był klub parlamentarzystów żydowskich. Wystąpił on z postulatem, żeby w konstytucji umieścić zapis, że zwarte skupiska żydowskie w miastach i miasteczkach otrzymają status eksterytorialny. To nie przeszło, konstytucja marcowa z 1921 roku utrzymała unitarny charakter państwa, poza Górnym Śląskiem, który miał autonomię i swój sejm. I paradoksalnie dopiero Niemcy podczas II wojny światowej ten postulat zrealizowali, oczywiście po swojemu. Nie sądzę, żeby Żydom akurat na tym zależało.
WSTĘP
Ostatni, co tak opowiadać umie! - tak można powiedzieć o Stanisławie Michalkiewiczu, parafrazując Adama Mickiewicza. Niezwykła erudycja, fantastyczna pamięć i dar posługiwania się ojczystym językiem powoduje, że spotkania z Nim są zawsze fascynujące, sala trzymana jest w napięciu do ostatniej chwili (a nie są to spotkania krótkie, o nie) i nikt nie wychodzi zawiedziony. Autor potrafi też posługiwać się emocjami. To nie są suche, nudnawe wykłady akademickie, to słowo żywe, które w słuchaczach zostaje.
Niniejsza książka to zapis rozmów Autora z red. Jarosławem Kornasiem, który umiejętnie zadaje pytania, aby wydobyć z Mistrza jak najwięcej wiedzy. I to się dzieje. W dawnych latach, gdy nie było radia, telewizji, internetu (tak, dziatwo, były takie czasy!) pozorną pustkę wypełniali gawędziarze. To słowo zostało zapomniane, co więcej, wypaczony został jego sens. A byli to ludzie, którzy potrafili nie tylko rozmawiać, ale przede wszystkim opowiadać, w dodatku bardzo ciekawie, trzymając w napięciu słuchaczy. Dziś, gdy się stale stykamy w mediach, w przestrzeni publicznej z wszelkiego rodzaju c(w)elebrytami, zaczynającymi od yyyy..., eeee...., wplatającymi w swe slogany brudnosłowie ("że tak powiem", "prawda, że prawda", "no", "tutej" etc) aż trudno uwierzyć, że są jeszcze Polacy z takim rozmachem tematycznym, w dodatku erudyci pierwszej jakości.
Taki jest Stanisław Michalkiewicz. Można go nie lubić, można się z nim sprzeczać, ale nie można przejść obok niego obojętnie. I o to chodzi, on pobudza do myślenia, daje argumenty, uczy praktycznej logiki. Jak to możliwe, że taki człowiek nie istnieje w mediach publicznych? Że nie chcą go radia i telewizje, skazując tym samym na istnienie poza ich sferą oddziaływania?
Zapis niniejszych rozmów to systematyczny wykład subiektywnej (w najlepszym znaczeniu tego słowa, bo autorskiej) historii Polski i historii powszechnej ostatniego 150-lecia, od Powstania Styczniowego poczynając. Autor podaje ją w bardzo przystępny sposób, każdy dosłownie akapit obfituje w wiedzę, jakiej nie ma w szkole. Aby taką zgromadzić, trzeba czytać, czytać i jeszcze raz czytać, w dodatku wiedzieć co konkretnie.
Wiele stwierdzeń może być dla nas nowych, wiele może budzić sprzeciw: jak to, przecież to nie tak!, ale przecież na tym polega dialektyka i uroda wszelkiej dyskusji. Nie jest bowiem tak, jak w tym żydowskim dowcipie, gdy po latach niewidzenia spotykają się dwaj uznani i cenieni rabini. Przy nich zaś gromadki uczniów, ostrzą sobie zęby, oczekując na treściwą dysputę. A oni skłonili się sobie w milczeniu, posiedzieli naprzeciw długi kwadrans, następnie ponownie się sobie pokłonili i rozeszli w milczeniu. Jeden z uczniów nie wytrzymał i zapytał swego mistrza: jak to, przecież czekaliśmy na taką rozmowę! A on na to: ja wszystko wiem, on wszystko wie, o czym tu rozmawiać?
No właśnie, nie wiemy wszystkiego, nie jesteśmy talmudystami, nie dzielimy włosa na czworo. Ale rozmawiać chcemy, chciwie czekamy na takie opowieści, nadrabiając braki szkolne i luki w lekturach. Tym zaś, którzy wybrzydzają, że to nie zaspokaja ich oczekiwań, zadajmy pytanie: w takim razie kto, jak nie On, Stanisław Michalkiewicz, mistrz słowa mówionego i pisanego. Zaiste, to ostatni, co...
Czytelników zachęcam do uważnej lektury tego dzieła. Delektując się, nie będziecie tego żałować.
Leszek Żebrowski