Zmora i inne nowele - Tadeusz Jaroszyński

-
Proszę czekać

ZMORA

I.

Umyślnie nie kładę tu nawet imion ludzi, ani nie określam bliżej miejsca i czasu straszliwych wydarzeń, jakich byli aktorami, ażeby najmniejszym przypomnieniem identyczności nie wywoływać zgrozy wśród tych, którzy ich znali osobiście. Nie chciałbym też ściągać odium na krewnych i powinowatych, jakich niewątpliwie mieć muszą po świecie szerokim.

Zresztą, rzecz sama jest zbyt ponura i okropna. Może nie powinienem przerażać opowiadaniem tej historii, której motywy w swym tragizmie są nazbyt jaskrawe dla nerwów ludzi współczesnych. Może należało zabrać ze sobą do grobu tajemnicę, którą posiadam za sprawą przypadku, czy też raczej złośliwej fatalności, skoro udawało się tym nieszczęśnikom ukrywać swoją zbrodnię aż do grobu i... za grób...

Niechby zapadła raz na zawsze w mroki zapomnienia z całą swoją ohydą. Tak też miałem uczynić. Przed nikim prócz jednego mimowolnego aktora tych zdarzeń, dotąd słowem jednym nie zdradziłem się, że wiem cośkolwiek w sprawie, która przed laty emocjonowała do najwyższego stopnia opinię publiczną. Owszem sam starałem się o wszystkim zapomnieć; starałem się wyrwać z pamięci świadomość okropnego faktu, który tak potężnie wstrząsnął całym moim jestestwem i potem długo jeszcze niby koszmar męczący niepokoił mnie po nocach upiornymi widziadłami. Jeżeli teraz jednak odważam się na rozgrzebywanie tak głębokich pokładów wspomnienia i wywlekam na światło dnia białego ponurą tę sprawę, to tylko dlatego, że tkwi w niej nauka doniosłego znaczenia. Tkwi w niej mianowicie straszliwa odpowiedź tym wszystkim esprits forts, co zaufawszy własnemu rozumowi i woli przechwalają się bezwzględnym panowaniem nad mocą przyrodzonych nakazów wewnętrznych. Tkwi w tym przerażająca nauka dla tych wszystkich refraktorów od tak zwanej pogardliwie moralności stadowej, którzy w szatańskiej pysze, ufni w potęgę swej indywidualności, dowodzą, że prostym, praktycznym obliczeniem strat i korzyści mogą wytknąć sobie taką, a nie inną linię konduity, bez względu na odwieczne "przesądy i uprzedzenia".

Tamci oboje niezaprzeczalnie należeli do kategorii ludzi, których słusznie, czy niesłusznie nazywamy "esprits forts".

Oh, doprawdy, było coś nieludzkiego, żeby nie powiedzieć, nadludzkiego w tym ich absolutnym zaprzeczeniu wszelkich norm etyki ogólnej.

- Mój panie - mówił mi on, kiedy w straszliwej walce ze sobą wahałem się z ostatecznymi rewelacjami - mój panie, niepotrzebnie pan robisz sobie ze mną tyle ceremonii. Nie należę do ludzi, którzy dźwigają na sobie wiekowe obarczenia dziedzicznej nietykalności honorowej. Jako syn złodzieja i prostytutki nie mam w swej organizacji psychicznej miejsca na bezmyślne odruchy podobnej natury. Z tej strony jestem najzupełniej uodporniony, dlatego też wszelkie przypuszczalne powikłania tragiczne z góry są wykluczone.

- Ha, ha - śmiał się - bądź pan bez obawy - ludzie mojej kategorii nigdy nie stają się igraszką ślepego fatum. Potrafię zapanować nad każdą sytuacją i pójść drogą, jaką mi wskaże zdrowy rozsądek. Nie panie, nie zagram przed panem roli klasycznego bohatera - jestem kategorycznym zaprzeczeniem wszelkiego klasycyzmu.

Takie nagie, surowe, bezwzględne postawienie sprawy przejęło mnie dreszczem. Uczułem mróz w kościach, ciarki przeszły mi po mleczu pacierzowym. Sądziłem na razie, że jest to efekt niezwykłości zjawiska, wobec jakiego niespodziewanie się znalazłem, że jest to po prostu objaw ostrego zdumienia, jakie odczuwamy w chwilach, kiedy nieprzygotowani stajemy nagle oko w oko z sensacją niespodziewaną. Było to jednak coś wręcz przeciwnego. Było to mianowicie nieuświadomione przerażenie wobec rzeczy fatalnej.

Zrozumiałem to, kiedym ujrzał ich trupy straszliwe za szklaną ścianą Morgi paryskiej, ułożone w szeregu między bezimiennymi ofiarami nędzy i zbrodni wielkomiejskiej...

Musiałem wymienić Paryż, jako miejsce, gdzie rozegrały się końcowe sceny tragedii. Nie sądzę jednak, ażebym popełnił przez to niedyskrecję.

Zapewne, gdyby ktoś miał cierpliwość przejrzeć akta paryskiej prefektury, a właściwie jej wydziału, zwanego S?reté, z owych lat kilkunastu niewątpliwie ze szczegółów na jakie w ciągu opowiadania wskazać będę zmuszony - łatwo poznałby sprawę, o której mowa, zwłaszcza, że szczegóły te bynajmniej do najpospolitszych nie należą. Niemniej przecież najprzenikliwszy agent śledczy z danych, jakie tam znajdzie, rzeczywistych nazwisk bohaterów, poznać jeszcze nie zdoła.

Stało się bowiem, że pomimo całej sprawności policji francuskiej, pogrzebano ich ciała bez ostatecznego ustalenia identyczności. Denatom, którzy zapewne pragnęli, co do osób swoich zachować jak najgłębszą tajemnicę i po śmierci, udało się to zupełnie, dzięki tej, jak mniemam okoliczności, iż do Paryża przybyli z Ameryki Południowej i zamieszkali pod przybranym nazwiskiem w Passy, w jednej z najbardziej arystokratycznych dzielnic miasta, gdzie nikogo z dawnych znajomych nie spotykali. Sąsiedzi, wiedząc jedynie o ostatnim miejscu pobytu, mieli ich za Brazylijczyków, czy innych mieszkańców Ameryki Południowej. Skoro więc po wypadku należało określić osobistości ofiar ewentualnego mordu, czy samobójstwa, wszelkie poszukiwania zwrócono w tym kierunku. Oczywiście nie dały one i dać nie mogły rezultatów pozytywnych... Gnani trwogą niepojętą, chłostani karzącymi biczami Eumenid, przebiegali bez wytchnienia, jak para Żydów wiecznych tułaczy, najludniejsze stolice świata i najbardziej bezludne pustynie. Cóż stąd, że ostatnio przybywali z Rio de Janeiro, skoro nie ma żadnej pewności, iż zatrzymali się tam bodaj na dzień jeden, że pozwolili się poznać komukolwiek z mieszkańców tego miasta. Kiedy więc ciała wystawiono w Mordze dla rozpoznania, niewątpliwie, w skutek rozbudzonej przez pisma ciekawości, przed straszliwą szklaną ścianą tego ponurego przybytku, przeciągnąć musiały liczne rzesze, bawiących w Paryżu obywateli obu Ameryk, ale ani jednemu z członków polskiej koloni nie przyszło na myśl w danym mianowicie wypadku szukać tam swoich znajomych.

Zmyliło to całkowicie kierunek dochodzenia. Policja była bezsilna wobec tego w założeniu już fałszywego punktu wyjścia.

Co do mnie, to przyznaję, drżałem, ażeby ktoś z Polaków, mieszkających zwłaszcza w dzielnicy łacińskiej, nie zabłądził przypadkiem do przeklętego miejsca. Swego czasu zbyt byli w "quar-tier" popularni, ażeby ich nie znano, bodaj z widzenia. Rozumiałem, że powinni odnieść w cienie niebytu tajemnicę nieprzeniknioną. Gdyby ich poznano, dotarłoby już niezawodnie do dna okropnej treści.

Sam jednak mimo wszystko, nie mogłem się oprzeć pokusie, ażeby na własne oczy nie ujrzeć tego, co uważałem za rzecz konieczną.

Los złośliwy związał mnie fatalistycznie z tą sprawą.

Właśnie na kilka dni przed wypadkiem byłem u nich osobiście. Na zasadzie dawniejszych pełnomocnictw, otrzymałem dwanaście tysięcy rubli, stanowiących resztę majątku, jaki kobieta ta wyprocesowała od krewnych, mieszkających przeważnie w południowych guberniach Rosji. Kiedy przed kilku laty wyjeżdżałem w tamte strony, poleciła mi ona podniesienie tej sumy, na co otrzymałem najformalniej zalegalizowaną plenipotencję. Ponieważ jednak suma była chwilowo zakwestionowana, nie mogłem jej odebrać natychmiast, odesłano mi ją do Paryża w kilka miesięcy potem, ale już po ich zniknięciu z miasta bez śladu.

Znalazłem się doprawdy w nader trudnym położeniu. Nie wiedziałem, co mam z tym fantem począć. Chciałem już z powrotem odesłać pieniądze, skąd przyszły, aż pewnego wieczoru wpada do mnie niespodziewanie on, zmieniony do niepoznania, bo młody zarost, niegolony od dawna, nadawał jego twarzy wyraz, jakiego przedtem nie znałem.

Wydała mi się ta twarz dziwnie dzika i surowa.

- Miałem wiadomość - zaczął, że jej sumę dawno już wysłano dla nas na pańskie ręce.

Odczułem w tonie jakby podejrzliwość. Ubodło mnie to do żywego. Odparłem ostro:

- Pieniądze są - bynajmniej nie miałem zamiaru państwa wywłaszczać... nie wiedziałem jednak, gdzie ich szukać.

- Ach, są pieniądze! - krzyknął uradowany. - Przepraszam pana. Przyznaję - zełgałem. Nie miałem znikąd żadnej wiadomości, z nikim korespondencji nie utrzymujemy, z nikim absolutnie nie komunikujemy się... A pieniądze te są strasznie... strasznie potrzebne! Podróżowaliśmy... Wydało się moc grosza... Doskonale!

Wyciągnął rękę, jakby przypuszczał, że mu natychmiast całą należność wyliczę.

Oczywiście, nie mogłem sumy takiej trzymać w domu. Złożyłem ją do banku, więc dopiero nazajutrz mógłbym ją stamtąd wycofać i oddać komu należy. Kiedym mu to powiedział, skrzywił się.

- W takim razie przyjdę jutro do pana o tej samej godzinie. Teraz z kolei we mnie zbudziły się podejrzenia... i to nader poważne. Zacząłem przypuszczać, że chce on pieniądze wyłudzić podstępnie. Wszakże podstępu użył, ażeby się dowiedzieć, że mi je już przysłano.

Nie znałem go z tej strony. Pomimo całego cynizmu, czy może właśnie z powodu tego cynizmu, zawsze dotąd był w stosunkach pieniężnych niezmiernie prosty i szczery. Dziś puszcza się na krętactwa. To mnie uczyniło bacznym.

Powiedziałem mu otwarcie:

- Proszę pana, plenipotencję do podniesienia pieniędzy wystawiła mi pani - nie pan. Dlatego, proszę mi darować, ale to, co mi przysłano, pani, nie panu do rąk oddać uważam za stosowne.

Zachwiał się. Po chwili jednak wymienił adres, zaklinając wszakże, abym nikomu ze znajomych o ich pobycie w Paryżu nie wspomniał.

Ściśle dotrzymałem zobowiązania, ale sam byłem nazajutrz w ich domu.