Żmijojad - Wiktor Suworow

Reflow text when sidebars are open.
- Czyli przez całe swoje życie nie zabiłeś ani jednej osoby?
- Tak jest: ani jednej.
- W ogóle żadnej?
- Tak jakoś wypadło.
- Nigdy przenigdy?
Zupełnie się chłopak speszył:
- Nigdy...
- Masz ci los! Niedługo skończysz dwadzieścia jeden lat, a ty...
- Tak życie się układało, że...
- Przypomnij sobie. Może w młodości... No, chociaż jedną... Albo może w dzieciństwie?
- Nie zabiłem.
- Więc po co cię do nas przysłali?
- Nie wiem. Podpisano rozkaz stawienia się u was, więc się stawiłem. Dowództwo wie lepiej.
- A kim byłeś przedtem?
- Zwiadowcą-obserwatorem na ósmym peronie Dworca Jarosławskiego.
Wykonawcy wymienili spojrzenia, gwizdnęli: to dopiero kariera!
- Chłopie, widocznie dobrze żyjesz z górą: ze zwiadowcy-obserwatora od razu na pomocnika wykonawcy w Lefortowie! Takiego skoku przed tobą nikt nie wykonał. Taki rozkaz mógł podpisać tylko osobiście komisarz ludowy towarzysz Jagoda.
- No właśnie on podpisał.
- Kto ciebie ciągnie z taką prędkością po drabinie służbowej?
- Nie wiem, kto ciągnie. Słowo komsomolca, nie wiem. Nie mam pleców. Jestem sierotą. Z bezdomnych. Znacie w Bolszewie zakład reedukacyjny NKWD dla marginesu? Imienia towarzysza Dzierżyńskiego. Stamtąd jestem. Wychowano, reedukowano - i do wywiadu. Przez dwa lata pracowałem jako obserwator na dziesiątym peronie, później awansowali mnie, rzucili na ósmy. Rok tam zasuwałem, obiecali na siódmy przenieść za pilną pracę, a tu nagle hop: rozkaz - pomocnik wykonawcy...
- Coś tu nie gra. To się nie zdarza. Żeby zajść na takie szczyty, ludzie przez całe życie harują. Kolejka do naszej grupy jest dłuższa od Kanału Białomorsko-Bałtyckiego. Do nas proszą się zasłużeni ludzie, nie bierzemy... Do nas rwą się wykonawcy z republikańskich komisariatów, wirtuozi z wieloletnim doświadczeniem...
- A mnie od razu do was...
- A może nie przyjmiemy cię, niegramotnego, do naszego kolektywu! Po kiego licha ty nam?
- Tak mam zameldować w sekretariacie towarzysza Jagody? Rozkaz podpisał własnoręcznie.
- Rozkaz - poważna sprawa. Ale nasz kolektyw jest zgrany. Nie zgrasz się z nami - wyrzucimy. I towarzysz Jagoda nie pomoże. Sam się od nas wyprosisz. Mamy poważną pracę. W każdej sprawie stawiamy ostatnią kropkę. Tu trzeba myśleć. Teraz sprawdzimy cię na bystrość. Gotów?
- Gotów.
- Zobacz, przed wykonaniem wyroku należy się upewnić, że to jest właśnie ten, kogo nam potrzeba. Z tej przyczyny klienta przywożą tu do nas. Prosto do tego gabinetu. Klient nie wie, że go od razu - ten tego. Warunki u nas, jak widzisz, są odpowiednie ku temu, nawet firaneczki w oknie. Siedzę przy biurku. Akta przede mną. Przerzucam kartki. My tu przestrzegamy manier. Proponuję mu, żeby usiadł. I pytanka - imię, nazwisko, rok urodzenia... A na biurku z prawej mam paczkę kazbeków i zapałki. Co byś z lewej położył?
Chłopak rzucił spojrzenie w sufit. Ale na suficie nie było odpowiedzi. Spojrzał w okno. Ale i tam nie znalazł nic ciekawego. Trzeba było myśleć samemu. I domyślił się:
- Paczkę miętowych pierników.
Wykonawcy wymienili spojrzenia. Zgodzili się w milczeniu: chłopak dobrze rozumuje.
- Nazywam się Jolanta.
- A ja... - Przez chwilę zastanawiał się. - A ja Iwan Iwanowicz.
- No to się poznaliśmy, Iwanie Iwanowiczu.
- Ile masz, Jolanto, latek?
- Już osiemnaście - bez mrugnięcia, z wprawą zełgała Jolanta.
- I... ile to kosztuje?
- Trzy ruble.
- Oszalałaś?
- Poszukajcie taniej.
- Dam dwa.
Jolanta zmierzyła taksującym wzrokiem otchłań nieba i zgodziła się:
- Niech będzie dwa, tylko najpierw kasa.
Tak szybko się zgodziła, że nawet pożałował: można było zaproponować rubla albo półtora. Ale propozycja padła i została przyjęta.
- Dobra. A gdzie?
- Mam miejsce.
- Co za miejsce?
- Przez plac dworcowy, przez tory tramwajowe, za rogiem, tam, w zaułku - szynk, za szynkiem - stajnia, na strychu - siano. Nikogo na tym strychu nie ma.
- Dobrze. Tylko zapłacę, jak dojdziemy. Żebyś nie zwiała z kasą.
- Ach, jacy jesteśmy nieufni... Proszę za mną, tylko po tamtej stronie ulicy. I nie gapcie się na mnie przez cały czas. Spacerujecie. Mnie nie znacie i nie zauważacie.
- A więc od samego początku.
- Towarzyszu generalny komisarzu bezpieczeństwa państwowego, wszystko było jak zawsze. Ale tym razem pękła opona...
- Trzeba było wymienić.
- Zapasowa okazała się dziurawa.
- Trzeba było zadzwonić.
- Dzwoniłem, nikt nie odbierał, znowu...
- Krótko mówiąc, jak bardzo się spóźniliście?
- Dwie godziny i dziewięć minut.
- Dalej.
- Byłem na Dworcu Jarosławskim z opóźnieniem. Wszystko przeszukałem. Nie było go.
- Zgłaszaliście na milicję?
- Oczywiście, że nie.
- Słusznie. Więc gdzie jest?
- Nie wiem, jak pod ziemię się zapadł.
- Władywostok-Moskwa przyjechał na pierwszy peron?
- Jak zawsze na pierwszy.
- Ustaliliście, kto pracował na pierwszym?
- Powinien być Zwonariow, pseudonim Bryl. Ale jest na szkoleniu. Zamiast niego pracował Żmijojad z ósmego peronu.
- Dzień dobry, Żmijojadzie.
- Czołem, towarzyszu ludowy ko...
- W domu jestem po prostu Gienrich Grigorjewicz.
- Dzień dobry, towarzyszu Gienrichu Grigorjewiczu.
Gienrich Grigorjewicz podał rękę. Żmijojad uścisnął delikatną białą dłoń ludowego komisarza spraw wewnętrznych.
- Siadajcie.
Żmijojad siada, a przy tym zauważa: ludowy komisarz niepostrzeżenie pod stołem wytarł rękę chusteczką batystową z wyhaftowanymi literkami, po czym wyrzucił ją do kosza na śmieci. Również niepostrzeżenie. Ale Żmijojad nie na próżno odstał trzy lata jako zwiadowca-obserwator na Dworcu Jarosławskim. Żmijojad wszystko widzi. Tylko nie pokazuje, że widzi. Tak go nauczono. Wielka władza, wiadoma sprawa, ma szacunek dla własnych rąk. Poprzednik towarzysza Jagody, towarzysz Mienżyński, miał taką samą manierę - przyjeżdżał do zakładu reedukacyjnego do Bolszewa, podawał rękę całej chuliganerii. A potem czasami zachodził za róg, żeby nikt nie widział, i ze specjalnego kanistra lali mu spirytus. Bezdomni powiedzieli mu kiedyś, że byłoby lepiej, gdyby nie podawał im ręki i nie odkażał dłoni spirytusem, a od razu oddał im baniak, bo wtedy by go jeszcze bardziej kochali...
- A więc, drogi Żmijojadzie, macie teraz nową pracę.
Pomyślał Żmijojad, co by takiego odpowiedzieć, ale nic mądrego nie wymyślił. Zamiast odpowiedzi skinął głową.
- Podoba się?
- Jeszcze jak!
- To ja was wciągnąłem na ten szczyt.
- Dziękuję, Gienrichu Grigorjewiczu.
- Rozkaz na razie tymczasowy, ale jeśli będziecie dobrze pracować... podpiszę rozkaz ostatecznie.
- Postaram się.
- Teraz do rzeczy. Przede wszystkim podpiszcie ten papier. To kwit o zachowaniu tajemnicy. Wy, Żmijojadzie, nigdy nie byliście w mojej daczy, nigdy mnie nie spotkaliście, nigdy ze mną nie rozmawialiście.
- Zrozumiałem.
- Skoro zrozumiałeś, podpisz. Wyjdziemy do ogrodu. Duszno tu.
- Luśka!
- Tak.
- Luśka, kogo, dziwko, przyprowadziłaś?
- Klienta.
- Przecież to czekista.
- A skąd mogę to wiedzieć?
- Towarzyszu Żmijojadzie, oto dziesięć zdjęć. Czy widzieliście któregoś z tych ludzi wczoraj na pierwszym peronie Dworca Jarosławskiego?
- Tego widziałem. Kurier Władywostok-Moskwa przyjechał o 15.10. Wysiadł z szóstego wagonu.
- Chwilę... W pociągu jest dwanaście wagonów. W Moskwie wysiadają wszyscy pasażerowie. Tłumy spotykających. Wasza zmiana - osiem godzin. W ciągu zmiany tyle pociągów przyjeżdża i odjeżdża. A wy jednego dojrzeliście? Jednego zapamiętaliście? Czymś zwrócił uwagę?
- Nie, ten nie rzucał się w oczy. Ale ja wszystkich oglądam. Taka praca.
- Mówcie dalej.
- Ten był w szarym garniturze, w kapeluszu, z teczką. Myślę sobie, czekista. Kierownik średniego szczebla.
- Nie, nie. To nie czekista. A dlaczego tak uznaliście?
- Po prostu sporo ich widziałem w swoim życiu. Założyłem...
- Pomyliliście się.
- Jakieś piętnaście minut później, kiedy tłum ruszył, znowu pojawił się na peronie. Wyraźnie kogoś szukał.
- A potem?
- Potem poszedł sobie.
- Ten człowiek zniknął. Jak myślicie, gdzie mógł się podziać?
- Wariant najbardziej prawdopodobny: kolesie wystawili lalę uliczną i złapali klienta na przynętę.
Skrzywił się ludowy komisarz:
- Możecie po rosyjsku?
- Przepraszam, Gienrichu Grigorjewiczu. Człowiek podróżował prawie dwa tygodnie pociągiem, przedtem, być może, płynął statkiem na kontynent cztery, a to mogło trwać i pięć dni, wymęczył się, a tu - Moskwa, wysiadł na peronie, nikogo nie spotkał, przespacerował się, czekał, znowu się przespacerował, a na placu Trzech Dworców polują uliczne dziewczynki...
- I co potem?
- Potem zaprowadzi taka larwa do cichego zaułka, zaproponuje na początek coś wypić. Sama łachudra paskudna oczywiście pije pierwsza, potem jemu polewa. W tym momencie decyduje zwinność rąk. On łyknie i ścina go z nóg. Tu pojawiają się partnerzy, ściągają ubranie, portfel, bransoletki...
- A co z nim?
- Jego wyrzucą pod most albo w krzaki na cmentarz. Golutki ocknie się następnego dnia - w głowie huk, nic nie pamięta. Tylko jeżeli to czekista - tym gorzej dla niego.
- Dlaczego gorzej?
- Dlatego że złodzieje zajrzą do portfela, zrozumieją, kogo rąbnęli. Czekista tak po prostu tego nie zostawi, później będzie ich szukał całe życie. Więc żeby nie szukał...
- Słuchajcie, Żmijojadzie, trzeba tego człowieka znaleźć. Być może jeszcze żyje. To jest bardzo ważne. Zapewniłem wam niebywały awans, jeszcze dam mieszkanie, zadbam o przyszłość, w nowej pracy - najwyższa pensja i sporo wolnego czasu. Cały czas wolny macie przeznaczyć na poszukiwania. Meldować tylko mnie. Jak planujecie szukać?
- Tu, towarzyszu generalny komisarzu bezpieczeństwa państwowego, nie ja powinienem wam podpowiadać - trzeba powiadomić wydziały rejonowe NKWD Moskwy i okolic, przetrząsnąć wszystkie strychy i piwnice, wszystkie pustkowia, rumowiska, ogrody, parki, rozesłać zdjęcie: zaginął człowiek...
- Nie, nie, tylko nie to...
- To jest tylko jedno wyjście: szukać przynęty. Znam wszystkie lale, które regularnie się kręcą na Trzech Dworcach. Miejscowa larwa nie odważy się na coś takiego. Nikt jej nie pozwoli. Do takiej akcji nadaje się tylko przyjezdna.
- I wy wczoraj na dworcu... zauważyliście nową, przyjezdną?
- Zauważyłem.
- Czego potrzebujecie do poszukiwań?
- Dajcie mi kartotekę wszystkich młodocianych dziwek i złodziejek Związku. Najlepiej według regionów - od Moskwy po same kresy. Poza tym w każdej moskiewskiej szkole, w każdej klasie, na koniec roku szkolnego robi się zdjęcia grupowe... Trzeba zebrać wszystkie zdjęcia ze wszystkich szkół, domów dziecka, kolonii dla nieletnich za ostatnie dwa, trzy lata... Nazbyt niedojrzała się trafiła.
- Nie trzeba zbierać zdjęć. Mamy w NKWD wszystkie w komplecie. Przydzielę wam lokal. Ale jeżeli... Jeżeli... nie jest z Moskwy?
- Wtedy będę szukał jarosławskich, tulskich, twerskich...
- Macie dużo pracy na jutro w Lefortowie?
- Nie, mam dwa dni wolnego, a potem musimy wykonać wyrok tylko na jednym zinowiewcu z procesu.
- Zrobimy tak. W ogrodzie za jabłoniami i bzem jest nieduży domek. Nikogo tam nie ma. Przygotują wam miejsce do pracy, posłanie, zapewnią wyżywienie. U kucharza zamawiajcie wszystko, czego dusza zapragnie. Mój sekretarz Pawieł Pietrowicz dostarczy katalogi nieletnich kryminalistek. Później dowiezie zdjęcia ze wszystkich szkół Moskwy. Zabierajcie się do roboty natychmiast.
Dacza, a raczej posiadłość, ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRR, generalnego komisarza bezpieczeństwa państwowego Gienricha Grigorjewicza Jagody, znajduje się w osadzie Kommunarka. W tym samym miejscu - poligon egzekucyjny, który w rozmachu działalności bynajmniej nie ustępuje poligonom w Baryszu, Butowie, Strumilinie i nawet w Kuropatach.
Dobre to, że do Moskwy jest zupełnie blisko. Najważniejszych wrogów rozwala się w moskiewskich więzieniach. Ale to, można powiedzieć, ręczna robota. Mało której nocy - kilkudziesięciu. A jeżeli trzy, cztery setki naraz, to wtedy za tamtą ciężką bramę.
Jeszcze to jest dobre, że nie trzeba marnować sił na ochronę wielu obiektów. W Kommunarce wszystko w jednym - i dacze kierownictwa, i dom wypoczynkowy czekistów, i centrum szkoleniowe z niedużą strzelnicą, i oczywiście specjalna parcela za wysokim szarym płotem.
Wspaniałość przyrody nie do opisania. I cisza, kiedy nie ma egzekucji. Ale i te specjalnie nie zakłócają ciszy. Wiekowe sosny i zielone świerki skutecznie zagłuszają strzały.
Ogród ludowego komisarza jest ogromny. Jabłonie, wiśnie, agrest, porzeczka czerwona i czarna, jeżyny. A dalej w głębi - morze bzu i czeremchy. W gąszczu - drewniany domek. Pawieł Pietrowicz Bułanow, sekretarz ludowego komisarza, wypełnił ten domek zdjęciami. Stopień towarzysza Bułanowa - starszy major bezpieczeństwa państwowego. Na naszywkach ma po dwa romby, jak u armijnego dowódcy dywizji. U burżujów nazywano by go generałem porucznikiem. A w państwie robotniczo-chłopskim generałów nie ma i być nie może. Generał to przeżytek przeklętej przeszłości.
Pawieł Pietrowicz jest uprzejmy. Ciągle pyta, czy jakoś nie pomóc. A jak Żmijojadowi można pomóc? Tylko on zauważył ładniutką twarzyczkę w tłumie i już wtedy zrozumiał, że dziewczyna nie przyjechała i nie wyjeżdża, nie spotyka się z nikim i nikogo nie odprowadza. Kto jeszcze się kręci na dworcach i w okolicy? Tylko taki, co tutaj pracuje. Albo taki, który ma tu jakiś interes.
Żmijojad zna wszystkich, którzy pracują na Dworcu Jarosławskim. Ona do nich nie należy. A zatem...
Cała podłoga zawalona teczkami ze zdjęciami. Wszystkie stoły i półki. Żmijojad pracuje. Tylko czasami odrywa go od pracy kucharz. Osobistemu kucharzowi narkoma nie wolno wejść do tego domku. O pracy Żmijojada wiedzą tylko towarzysz Jagoda i towarzysz Bułanow. Kucharz ma trzy razy dziennie do drzwi cichutko zapukać: Czego pan sobie życzy?
Żmijojad życzył sobie wódeczki żurawinowej oraz pierogów z wiśniami i śmietaną. Wódeczki tak odrobinkę. Na apetyt. A pierogów - do oporu. A co na śniadanie? I na śniadanie - pierogi. I na obiad. I tak co dzień.
Kucharz w ogrodzie pod drzewami przykrywa stół niebieskim obrusem. W cieniu. To najlepszy czas na to, żeby najeść się do syta i zasnąć pod wiśniami. Ale nie ma na to czasu. Noc, dzień, i jeszcze noc i dzień. Trzy godziny snu, potem jeszcze dwie, i kolejne trzy.
- Ta.
- Jesteście pewni?
- Bardzo podobna.
Na Krasnej Priesni tuż obok więzienia - wysokie mury. Ponad murami dodatkowo drut kolczasty. Wjazd - przez stalową bramę z czerwonymi gwiazdami, wejście - przez portiernię ze srogimi uzbrojonymi strażnikami. To wojskowy punkt przesyłowy - WPP.
Za murami - budynki w typie baraków. Jednak baraki te są z cegły, solidnie zbudowane jeszcze za cara Mikołaja Aleksandrowicza. Okna - prawie pod sufitem. Metr wysokości, po dwa i pół szerokości. Jakoś przypominają otwory strzelnicze. Przy wejściu sala z podłogą wyłożoną płytkami. Przy wejściu - dyżurny. Byle kogo tu nie wpuszczają. Po prawej i lewej stronie od głównej sali - sypialnie. Łóżka - żołnierskie, żelazne. Piętrowe. 160 miejsc w sypialni po prawej. 160 - po lewej. To hotel dla kawalerów 1. grupy bojowej 5. Wydziału Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego (GUGB) NKWD ZSRR. Tu mieszka Żmijojad. Ma nieograniczone przejście za bramę: chce - wyjdzie, chce - wróci. Może o północy, może o świcie. Żmijojad ma własne miejsce do spania i szafkę, w żelaznej szafie jest prywatna sekcja z kłódką. W szafie - płaszcz wojskowy z odprutymi naszywkami, para butów z cielęcej skóry, buty gumowe, półbuty z fabryki Skorochod, płaszcz brezentowy, kożuch, czapka kubanka, walonki z gumowymi kaloszami, trzy koszule, zapasowa para portek, rewolwer z nabojami i kastet.
Kastet z ołowiu Żmijojad zrobił sobie sam. Nazbierał pocisków na strzelnicy, stopił ołów, zrobił formę i odlał. Noszenie kastetu jest niewygodne, wypycha kieszenie. Dlatego Żmijojad zamówił u rymarza skórzaną torbę przez ramię. Na służbę chodzi z rewolwerem, a kastet zabiera ze sobą po prostu na wszelki wypadek. Fiedia Świerszcz, który wie wszystko, kiedyś wytłumaczył Żmijojadowi, że kastet to wyraz francuski, casser - roztrzaskiwać, t?te - głowa. Casse-t?te - łamigłówka. Ale Rosjanie obce określenie przetłumaczyli zbyt dosłownie.
Żmijojad siedzi na łóżku, na niebieskim sukiennym kocu w czarne paski, zastanawia się. Niby wszystko dobrze. I coś jest nie tak. Nowa praca pomocnika wykonawcy jest ciekawa, fascynująca, darzona szacunkiem, dobrze płatna. W dni egzekucji należy się ustawowe sto gram, ale dają, ile chcesz, bez oglądania się na normy. I karmią kaszą gryczaną z masłem, z mielonym. Czy to źle? Ale, nie wiadomo dlaczego, nie podoba się Żmijojadowi historia pasażera, który zaginął na Dworcu Jarosławskim.
W najdalszym kącie Fiedia Świerszcz czyta książkę. Fiedia zawsze czyta. Bez przerwy. Żmijojad przysiadł się do niego.
- Posłuchaj, okularniku, a jak za cara Iwana prowadzono dochodzenia?
- Dwa warianty: ze śladami i bez.
- Jak to - ze śladami?
- Najprostszy sposób - przecierano powrozami ręce, nogi, brzuch albo jeszcze inne delikatne miejsca.
- A bez śladów?
- Masa sposobów. Kładą na plecy, ręce, nogi rozciągają i krępują, na brzuch i piersi - żelazna taca, na tacy - jeden ciężki odważnik, drugi, jeśli mało - trzeci...
- Jaka zbrodnia była najcięższa?
- Wiadomo: zamach na cara. Krzyknie służebny Iwaszka "Słowo i czyn" i lawina rusza.
- Co to znaczy "Słowo i czyn"?
- To takie hasło. Krzyknął na placu, krzyknął w szynku, nikt ci po tym nie miał prawa nic zrobić. Przeciwnie, każdy powinien ciebie chronić. Zawołanie to świadczyło, że wiesz coś o spisku. Każdy miał obowiązek zaprowadzić cię prosto do cara. A kto będzie ci przeszkadzał, tego będą ogniem palić: dlaczego prawdzie drogę zamykasz?
- A jeżeli ja dla żartu krzyknę "Słowo i czyn"? Jeżeli krzyknę, a nic nie wiem?
- Wtedy cię w rzeźni na haku pod żebro powieszą. Żeby się ciebie żarty nie trzymały. Albo wsadzą do kotła z wodą, rozpalą duży ogień i ugotują. I nie pozwolą wyskoczyć. Po to krzepcy chłopi z młotkami są przydzieleni. Jeszcze mogą powiesić na dwóch powrozach za nogi, tak żeby je w różnych kierunkach rozciągnąć. I piłą przez krocze na pół rozciąć. Wzdłuż kręgosłupa do głowy.
- Jasne - powiedział Żmijojad, po czym z jakiegoś powodu westchnął ciężko i przeciągle.
Wrócił do swojego kąta, wyciągnął kartkę szarego papieru, kopertę, kałamarz i pióro ze skrzypiącą stalówką. Najpierw napisał na kopercie: "Krasnaja Priesnia. WPP. Zapytać o Żmijojada".
Długo milczał, niewidzącym spojrzeniem wpatrując się w pustą kartkę. Potem zdecydowanie wykaligrafował wielkimi literami: "Słowo i czyn".