Niecne fałszerstwo
Rzymski lud raczej nie hołubił pamięci o zamierzchłych czasach sprzed reformy gregoriańskiej, kiedy świeccy mieli swój udział w wyborze następcy św. Piotra - od pokoleń ten zaszczyt należał bowiem do kardynałów. Zgodnie z tradycją konklawe powinno się rozpocząć w dziesięć dni po śmierci papieża. Latem 1492 roku nieznacznie opóźniło je oczekiwanie na Maffea Gherardiego, patriarchę Wenecji, któremu sędziwy wiek - liczył wówczas 86 lat - uniemożliwiał szybszą podróż. Nikt nie chciał obrazić Królowej Mórz, więc ostatecznie dopiero po jego przybyciu, rankiem 6 sierpnia, kardynałowie wysłuchali wspólnie mszy świętej do Ducha Świętego, modląc się o wybór nowego pontifeksa.
Czterech purpuratów - dwóch Francuzów i dwóch Hiszpanów - nie przybyło i nie spodziewano się ich przyjazdu. Pomimo ich nieobecności po raz pierwszy od czasów wielkiej schizmy kardynałowie stawili się tak karnie i licznie. Elektorów było dwudziestu trzech, w tym ośmiu nepotów poprzednich papieży i dwóch najpoważniejszych kandydatów: Giuliano della Rovere oraz Ascanio Sforza. Po mszy udali się razem do kaplicy Sykstyńskiej, wzniesionej dopiero co na miejscu średniowiecznej Cappella Magna przez papieża Sykstusa IV. Właśnie wówczas, w 1492 roku, po raz pierwszy użyto jej na potrzeby konklawe. Wcześniej kardynałowie zbierali się w kościele Santa Maria sopra Minerva lub w wydzielonych komnatach pałacu watykańskiego.
Budowa Sykstyny zakończyła się zaledwie dziewięć lat wcześniej i nie zdobiły jej jeszcze monumentalne freski Michała Anioła, tylko prace Perugina, Rossellego, Botticellego i Ghirlandaia, przedstawiające sceny z życia Mojżesza i Chrystusa. Wpatrując się w malowidła, kardynałowie mieli pamiętać, że papieże są spadkobiercami Starego i Nowego Przymierza - i z natchnienia Ducha Świętego wybrać spośród siebie najgodniejszego. W tamtych czasach krążyła po Rzymie apokryficzna opowieść wyjaśniająca pochodzenie kolegium kardynałów oraz jego rolę w wyborze następcy Rybaka. Wedle tej legendy św. Piotr zapragnął założyć w Rzymie wspólnotę podobną do tej, jaką tworzyli w Ziemi Świętej apostołowie, zanim rozproszyli się, żeby nieść Dobrą Nowinę w różne krańce świata. Powołał więc kolegium składające się z dwudziestu czterech starannie wybranych księży i diakonów; ich liczba nawiązywała do liczby starców z Księgi Apokalipsy. Z czasem zaczęto nazywać ich kardynałami. Święty Piotr zasięgał ich rady w najistotniejszych sprawach Kościoła, także w kwestii wyboru swojego następcy. Pierwotnie naznaczył nim bowiem Klemensa, lecz kiedy członkowie kolegium przedłożyli nad niego Linusa, przystał na ich wybór.
- Wybór głowy całego Kościoła powinien należeć do wielu - tłumaczyli sens tej opowieści juryści - bo osąd jednego człowieka, choćby najświętszego, łatwiej podlega błędom.
W rzeczywistości jednak XV-wieczne papiestwo co najmniej od pontyfikatu Mikołaja V zmierzało w przeciwnym kierunku i coraz mniej przypominało res publica duchownych, o której marzyli nabożni starcy w czasach św. Piotra. Przetrwawszy niewolę awiniońską oraz wielką schizmę, Kościół pod władzą renesansowych papieży upodabniał się do scentralizowanej, biurokratycznej monarchii i starał się odzyskać pozycję w środkowych i północnych Włoszech. Tereny te wymknęły się wprawdzie z rąk papiestwa podczas poprzedniego, niespokojnego stulecia, lecz następcy św. Piotra uznawali je za swoje dziedzictwo zgodnie ze starożytnym dekretem Konstantyna. Dokument ten krążył w rozmaitych wersjach i odpisach od połowy IX wieku i z dawien dawna służył papieżom za uzasadnienie wyższości władzy duchowej nad świecką, mimo że już w XII wieku pewien niemiecki uczony imieniem Wezel donosił cesarzowi Fryderykowi Barbarossie, że jest to kłamliwa i heretycka bajka.
- Rzymianie powszechnie wiedzą, że to fałszerstwo - perorował. - Nikt naprawdę nie wierzy, jakoby Konstantyn miał nadać papieżowi Sylwestrowi władzę cesarską. Nawet przekupnie i ladacznice pouczają w tej mierze uczonych.
Kłamliwy czy nie, tekst zwany Donacją Konstantyna okazał się dla kurii niezmiernie użyteczny, zwłaszcza odkąd uznano go za dokument kanoniczny i stanowiący podstawę do rozstrzygnięć prawnych. Opisywał, jak to papież Sylwester nauczał cesarza Konstantyna, nawrócił go na prawdziwą wiarę oraz uleczył z trądu, symbolizującego grzechy pogaństwa. Cesarz odwdzięczył się, nadając biskupowi Rzymu zwierzchność nad innymi potężnymi i starożytnymi ośrodkami chrześcijaństwa - biskupstwami Aleksandrii, Antiochii, Konstantynopola oraz Jerozolimy - czyniąc go zwierzchnikiem całej chrześcijańskiej ekumeny, za najważniejszą świątynię chrześcijaństwa uznał zaś Bazylikę Świętego Jana na Lateranie. Przyznał również papieżowi prawo do noszenia korony cesarskiej, czym Sylwester skromnie wzgardził na rzecz białej czapki oraz purpurowego płaszcza i tuniki. Przede wszystkim jednak dał mu władzę nad Rzymem oraz miastami i prowincjami Italii oraz całego Zachodu.
- Odtąd nad Zachodem miał panować papież - chełpili się rzymianie - a cesarz miał usunąć się w cień i wybudować sobie nową stolicę na Wschodzie.
Nic dziwnego, że Donacja Konstantyna była przez wieki po wielokroć podważana i kontestowana przez cesarzy oraz królów, jak również biskupów, którzy na soborach forsowali inną, kolegialną i duchową, wizję Kościoła. Wśród jej krytyków byli tacy myśliciele, jak Wilhelm Ockham, Dante czy Mikołaj z Kuzy, który na soborze w Bazylei dowodził, że dekret jest apokryfem. Najgwałtowniejszy atak przypuścił na dokument włoski humanista Lorenzo Valla, dowodząc z zapałem w 1440 roku, że Donacja Konstantyna jest niecnym fałszerstwem i sprowadza jedynie chaos i wojny na rozdrobnioną Italię.
- O, gdybym mógł doczekać czasów, kiedy papież będzie jedynie namiestnikiem Chrystusa, a nie także cezarem! - lamentował.
Valla z brutalną zajadłością wyrzucał papieżom, że wydają wojny spokojnym ludom i sieją niezgodę pomiędzy narodami i książętami, że pragną bogactwa innych, trwoniąc przy tym własne, a jako źródło zarobku wykorzystują nie tylko swoje państwo, lecz nawet Kościół i Ducha Świętego. Nie ośmielił się jednak ogłosić swego dzieła drukiem. Spod pras wyszło ono kilka dekad później, w 1506 roku w Strasburgu, kipiącym już od religijnej gorączki, z której niebawem miał się wyłonić protestantyzm.
Co zabawne, w przeciwieństwie do niemieckich ewangelików, którzy mieli z rozkoszą cytować jego jeremiady, Valla nie był wcale przeciwnikiem rzymskiego Kościoła. Należał po prostu do tłumu wygłodniałych humanistów do wynajęcia, szukających szczęścia na królewskich dworach i ubierających w gładkie frazy nowej łaciny potrzeby swoich mocodawców. Demaskatorski traktat napisał na zamówienie króla Alfonsa V Aragońskiego, który, wzorem wielu wcześniejszych monarchów, próbował podważyć doktrynę zwierzchności papieża nad ziemskimi władcami w chwili, gdy papież popierał jego rywala do tronu. Niemniej Valla nie gardził kurią ani tym bardziej doczesnymi dobrami, które kuria miała do zaoferowania. Zanim rozpoczął karierę na neapolitańskim dworze króla Alfonsa, starał się - na próżno - o posadę papieskiego sekretarza. Dopiero w osiem lat po opublikowaniu Donacji Konstantyna i po serii upokarzających zabiegów u kardynałów zdołał wreszcie uzyskać upragniony urząd. Został nawet kanonikiem Bazyliki Świętego Jana na Lateranie.
- A jeszcze niedawno denuncjował w tym swoim paszkwilu Bazylikę Laterańską jako "serce fałszywej donacji" - kpili za jego plecami konkurenci do papieskich synekur.
Życie bywa przewrotne. Przedziwny kaprys losu sprawił, że ostatecznie Valla został pochowany w świątyni, której portyk zdobiły od XII wieku postaci papieża i cesarza, wspólnie unoszących rzekomy dekret.
W 1492 roku zgromadzeni w kaplicy Sykstyńskiej kardynałowie nie rozmyślali jednak nad dziwnymi kolejami losu Lorenza Valli, tylko pod freskiem Pietra Perugina, przedstawiającym św. Piotra otrzymującego od Chrystusa klucze do królestwa, mozolili się nad wyborem, komu te klucze teraz przekazać. Wielu sądziło, że wyłonienie nowego Wikariusza Chrystusa jest sprawą zbyt poważną, by powierzać ją wyłącznie Duchowi Świętemu.
- Nie będziesz przyjmował podarków, ponieważ podarki zaślepiają dobrze widzących - przestrzegali kaznodzieje.
Na próżno. Podczas konklawe ulicami Wiecznego Miasta zazwyczaj dreptały muły objuczone srebrem i złotem, a w kantorach bankowych liczono gotowiznę zdeponowaną na potrzeby niezbędnych łapówek. Kupowano głosy i przysługi, rozdawano złoto, zaszczyty i obietnice. Monety przechodziły z rąk do rąk, a ponad nimi niepostrzeżenie krystalizowało się imię przyszłego najwyższego kapłana oraz kształt papieskiego dworu, jeśli nie całego chrześcijaństwa.
- Wszystko jest na sprzedaż, nawet natchnienie Ducha Świętego - kwitowała rzymska ulica.
W 1492 roku najlepszym kupcem okazał się, całkiem nieoczekiwanie, kardynał Rodrigo Borgia.
BORGIOWIE należeli do drobnego rycerstwa i nie szczycili się żadnymi wyjątkowymi parantelami. Po prostu wyjątkowo dobrze wykorzystywali okazje.
Jego rodzina wywodziła się z Hiszpanii, z miasta Yátiva nieopodal Walencji, i od dawna służyła królom Aragonii. Żeby dodać sobie godności, Borgiowie, wzorem wielkich rodów epoki, sfabrykowali rodowód sięgający Juliusza Cezara, który przed wiekami pełnił urząd kwestora Hiszpanii. Ale pokrewieństwo z największym z rzymskich władców nie zaspokoiło ich ambicji. W przyszłości pewien pomysłowy dominikanin, Annius z Viterbo, miał napisać dla Rodriga nową genealogię, wywodząc go od egipskiego boga Ozyrysa, co wydaje się przesadzonym komplementem nawet w ustach ówczesnych dworskich apologetów. W rzeczywistości Borgiowie należeli do drobnego rycerstwa i nie szczycili się żadnymi wyjątkowymi parantelami. Po prostu wyjątkowo dobrze wykorzystywali okazje.
Rodrigo zrobił błyskawiczną karierę w Kościele dzięki protekcji wuja, Alonsa Borgii, który jako papież Kalikst III szeroko otworzył bramy Rzymu dla swych krewnych, przyjaciół oraz rodaków. Ogromnie oburzył tym rodowitych rzymian. Po prawdzie elity Wiecznego Miasta zdążyły przywyknąć do rozlicznych papieskich pociotków czerpiących oburącz ze złotonośnych zasobów kurii, ale gorszyło je, kiedy po bogactwa papiestwa sięgali cudzoziemcy.
- Po cóż mają się bogacić obcy, skoro mogą się bogacić swoi - powtarzali odwieczną mądrość żebracy, z dziada pradziada przesiadujący pod portykami rzymskich kościołów i z jednaką łatwością oskubujący pątników, co i podbierający datki sprzed ołtarzy, bo mieli szczere prawo, by traktować Stolicę Piotrową jak jedną wielką sakiewkę i sięgać do niej wedle woli. - Cudzoziemcy powinni przynosić do miasta bogactwa, a nie wywozić je precz.
- Borgiowie tylko udają Katalończyków - posykiwali zazdrośni kurialiści, gdyż w tamtych czasach w Rzymie powszechnie nazywano Hiszpanów Katalończykami - ale w rzeczywistości to parszywi żydzi, mordercy naszego Pana.
- Niektórym - mamrotały rzymskie przekupki - na przykład tym paskudnym katalońskim przechrztom, powinno się podgrzać zadki dobrze roznieconym stosem.
Jednakże w sobotni poranek 11 sierpnia 1492 roku szczęście uśmiechnęło się do Rodriga Borgii. Wybór kardynałów przyjął z wrodzonym wdziękiem, o którym wspominało zresztą później wielu jego współczesnych. Nawet udał zawstydzenie i zdziwienie, choć w rzeczywistości bardzo ciężko zapracował na decyzję konklawe.
- Borgia zdobył papiestwo dzięki wyładowanym srebrem mułom, które kazał wyprawić do pałacu kardynała Ascania Sforzy - plotkowała rzymska ulica. - Sforza, jak drugi Judasz, sprzedał papiestwo za garść srebrników.
Ale mówiło się również, że król Francji Karol VIII Walezjusz przeznaczył 200 tysięcy dukatów na łapówki dla ludzi gotowych poprzeć jego kandydata, Giuliana della Roverego. Francuskie dukaty, jeżeli rzeczywiście zmieniały właścicieli, okazały się jednak mniej skuteczne niż srebro Borgiów.
- Sforzowie to sprzedajni zdrajcy. - Rzymscy patrycjusze z pogardą wydymali wargi. - Stary Sforza sprzedawał swój miecz każdemu, kto dobrze zapłacił, jego syn sprzedawał swoich przyjaciół, a kardynał Ascanio sprzedał się za cenę urzędu wicekanclerza.
Inni purpuraci skłonni poprzeć Borgię także nie mieli powodów do narzekań.
- Zaraz po wyborze papież rozdzielił swój majątek pomiędzy biednych - skwitował złośliwie jeden ze współczesnych.
Ale złośliwości niewiele mogły zmienić. Konklawe zbyt często okazywało się podatne na ziemskie wpływy, by doświadczeni kurialiści naprawdę gorszyli się zachowaniem Borgii. Reagowało zarówno na wrzaski rzymskiego plebsu, jak i na żądania ościennych królów, którzy poprzez reprezentantów swoich nacji usiłowali forsować własne interesy bądź kształtować papiestwo według własnych wyobrażeń. Nawet Giuliano della Rovere, wielki przegrany konklawe i zajadły wróg Borgii, przyłączył się do najsilniejszej partii.
Kiedy Borgia ogłosił, że przyjmuje wybór i obiera imię Aleksandra VI, dziarski kardynał Federico di Sanseverino pochwycił go w ramiona i zaniósł przed ołtarz. Nowego następcę św. Piotra rozebrano z kardynalskich szat, które zgodnie ze zwyczajem rozdzielono pomiędzy uczestników konklawe, po czym przekazano mu pierścień Rybaka. Następnie każdy z elektorów podchodził do Aleksandra VI i całował go trzykrotnie: w stopy, ręce oraz oczy.
Papieża obrano jednogłośnie. Kardynałowie woleli zagłosować na rywala, niż doznać porażki.
Federico di Sanseverino nie był zaś odosobniony w swoim entuzjazmie. Wedle współczesnych relacji wybór Borgii wywołał wielką radość. Rzymianie i kurialiści zdążyli wyrobić sobie o nim zdanie, bo nosił kardynalski kapelusz od paru dekad i dał się poznać jako zręczny zarządca oraz utalentowany dyplomata. Poza tym miał tylko nieco ponad sześćdziesiąt lat.
- Cieszy się dobrym zdrowiem - roznosili plotki mnisi z żebraczych zakonów - i ma znacznie więcej energii niż jego poprzednik, który od dawna niedomagał. Może też jego synowie są mniej rozpaskudzeni niż ten niecnota Franceschetto, syn Innocentego.
Członkowie kurii mieli nadzieję, że Rodrigo, jako cudzoziemiec pozbawiony na ziemi włoskiej zobowiązań, interesów oraz gromady krewnych i powinowatych, stanie się arbitrem w doraźnych politycznych konfliktach i nie będzie usiłował stworzyć własnego państwa z papieskich posiadłości. Podniosły się oczywiście głosy, że Borgia zawdzięcza swój wybór nieprawości oraz przekupstwu, ale rzymianie dobrze rozumieli, że więcej się osiągnie miodem niźli octem i nie dziwili się przesadnie łapownictwu. Królowa Izabela Kastylijska była ponoć bardziej pryncypialna i wyrażała niezadowolenie z powodu niemoralności elekta, lecz papieski legat, opowiedziawszy jej o występkach innych kandydatów, szybko pokonał jej opór.
Rzym miał więc nowego papieża, a kolegium kardynalskie okazywało swoją jedność oraz radość z podjętego wyboru, choć niektórzy zapewne robili to z zaciśniętymi zębami.
Rzecz jasna wszyscy wiedzieli, że nowy pontifeks ma gromadkę nieślubnych dzieci. Ostatecznie chowały się w cieniu pałacu watykańskiego, a Rzym pozostawał w tamtych czasach niewielką mieściną i trudno w nim było zachować taką rzecz w sekrecie.
- Lecz który ich nie ma? - śmiały się dobrodusznie przekupki i żony majstrów kamieniarskich, bo pod koniec XV wieku nieślubne potomstwo nie było w kolegium kardynalskim niczym nadzwyczajnym.