Zmierzch świata rycerzy. O kobietach, którym zawdzięczamy nowożytność - Anna Brzezińska

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (46,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

W po­cząt­kach XVII wieku Mi­guel de Ce­rvan­tes uczy­nił swo­jego bo­ha­tera za­kład­ni­kiem ro­man­sów ry­cer­skich. Don Ki­chot tak się w nich roz­sma­ko­wał, że dnie i noce tra­wił na lek­tu­rze, na­peł­nia­jąc swój umysł cza­rami, uro­kami, za­bi­ja­ty­kami, po­tycz­kami, ra­nami, mi­ło­ściami, ser­co­wymi ża­ło­ściami, za­pa­łami, udrę­cze­niami, sro­go­ściami i tym po­dob­nymi nie­do­rzecz­no­ściami. Z ich po­wodu za­nie­chał tro­ski o go­spo­dar­stwo i my­śliw­skich roz­ry­wek, a na­wet sprze­dał sporą część ma­jęt­no­ści, by do­ku­pić ko­lej­nych ry­cer­skich ksią­żek. Pod zgub­nym wpły­wem lek­tur ży­cie splo­tło mu się z fik­cją tak cia­sno, że po­czuł się błęd­nym ry­ce­rzem i wy­ru­szył na po­szu­ki­wa­nie przy­gód, z opła­ka­nym, jak wia­domo, skut­kiem.

- Nic in­nego, tylko te z pie­kła ro­dem książ­czy­ska wa­riac­kie, do któ­rych go raz w raz sza­tan ku­sił, mu­siały mu w gło­wie po­psuć - la­men­to­wała wierna słu­żąca Don Ki­chota.

- Wu­ja­szek czę­sto po dwa dni i dwie noce ka­mie­niem sie­dział nad tymi prze­klę­tymi księ­gami - ubo­le­wała jego sio­strze­nica.

Prze­bie­głe nie­wia­sty, po­cho­dzące z kraju, gdzie ka­ce­rze na­der czę­sto od­cho­dzili ku wiecz­no­ści po­przez ogień, po­sta­no­wiły uczy­nić nad zgubną li­te­ra­turą sąd, zwień­czony, po­dob­nie jak pro­cesy he­re­ty­ków, oka­za­łym sto­sem. A że w bi­blio­tece Don Ki­chota znaj­do­wało się po­nad sto fo­lia­łów oraz nie­prze­brane mnó­stwo mniej­szych to­mów ry­cer­skiej kon­tra­bandy, ko­biety z bez­li­to­sną pa­sją wrzu­cały w pło­mie­nie dzieło za dzie­łem, bez­pow­rot­nie nisz­cząc przy­gody Ama­disa z Wa­lii, Or­landa, ry­ce­rzy Ka­rola Wiel­kiego i wielu, wielu in­nych.

Ten ogień, roz­pa­lony przez dwie ko­biety nie­wąt­pli­wie pełne do­brych in­ten­cji, trzeźwe i nie­podatne na uroki fan­ta­zji, wciąż pło­nie. Epoka no­wo­żytna obe­szła się bo­wiem bar­dzo su­rowo za­równo z bo­ha­te­rami ry­cer­skich ro­man­sów, jak i ich czy­tel­ni­kami. Po­tom­ko­wie sio­strze­nicy i go­spo­dyni Don Ki­chota nie roz­sma­ko­wali się w opo­wie­ściach o pa­la­dy­nach Ka­rola Wiel­kiego i nie szu­kali w nich in­spi­ra­cji dla wła­snych ży­cio­wych de­cy­zji, uwię­ziw­szy ich wraz z Ry­ce­rzami Okrą­głego Stołu w ja­ło­wej kra­inie szkol­nych lek­tur. W sa­mym Don Ki­cho­cie, za­pa­mię­ta­łym mi­ło­śniku ry­cer­skiej przy­gody, wi­dziano ana­chro­nicz­nego dzi­waka lub zwy­czaj­nego obłą­kańca, nie­zdol­nego od­dzie­lić fik­cji od praw­dzi­wego ży­cia, w któ­rym trzeba iść z po­stę­pem i gro­ma­dzić grosz, by za­ła­tać dziu­rawy dach i przy­odziać grzbiet.

Jed­nakże wielcy mo­nar­cho­wie póź­nego śre­dnio­wie­cza, za­równo ci po­cho­dzący z uzna­nych ro­dów, jak i am­bitni par­we­niu­sze, żyli jesz­cze w świe­cie, gdzie li­te­racka fik­cja nie­ustan­nie mie­szała się z rze­czy­wi­sto­ścią, sta­no­wiąc źró­dło pre­stiżu, in­spi­ra­cji oraz ge­ne­alo­gii. Gdyby bo­ha­te­ro­wie Iliady lub Ene­idy ock­nęli się znie­nacka w XV-wiecz­nej Eu­ro­pie, ze zdu­mie­niem od­kry­liby, że mo­nar­sze dwory oraz ary­sto­kra­tyczne zamki za­lud­nia nie­prze­brane mro­wie ich po­tom­ków, na do­da­tek po­cho­dzą­cych od in­dy­wi­duów nie­od­no­to­wa­nych w li­te­ra­tu­rze kla­sycz­nej lub po­czę­tych w prze­dziw­nych li­te­rac­kich oko­licz­no­ściach. Nie jest bo­wiem prawdą, że wieki śred­nie nie znały li­te­ra­tury kla­sycz­nej. Prze­ciw­nie. Śre­dnio­wie­cze ko­chało an­tycz­nych bo­ha­te­rów. Po pro­stu wy­obra­żało ich so­bie jako ry­ce­rzy, naj­wspa­nial­szych na świe­cie, oraz - oczy­wi­ście - jako wła­snych pro­to­pla­stów.

Lecz fa­buły i li­te­rac­kie mo­dele ście­rały się ze sobą. Cza­sami rów­nie za­ja­dle jak bo­ha­te­ro­wie ry­cer­skich epo­sów.

Jak wia­domo, re­ne­sans za­czął się od ksią­żek, od wiel­kiego po­lo­wa­nia na sta­ro­żytne ma­nu­skrypty, wy­szu­ki­wane za­chłan­nie w bi­blio­te­kach od­le­głych klasz­to­rów, tłu­ma­czone z grec­kich czy arab­skich źró­deł. Jed­nakże hu­ma­ni­styczni eru­dyci, pa­try­cju­sze z miej­skich re­pu­blik wy­da­jący ma­ją­tek na kla­syczne księ­go­zbiory czy se­kre­ta­rze z ku­rii pa­pie­skiej z pa­sją wer­tu­jący grec­kie i he­braj­skie tek­sty wy­obra­żali so­bie prze­szłość zu­peł­nie ina­czej niż ry­ce­rze na­pę­dzani śre­dnio­wieczną tra­dy­cją. Ich wiel­kim pa­tro­nem stał się Pe­trarka, który w zbio­rze li­stów O spra­wach bli­skich z bez­li­to­sną su­ro­wo­ścią oce­nił epokę, jaka trwała od przy­ję­cia przez Rzym chrze­ści­jań­stwa aż do cza­sów mu współ­cze­snych, czyli wieku XIV, i po­gar­dli­wie na­zwał ją ciemną.

Dla Pe­trarki oraz dla jego uczniów, mi­ło­śni­ków i na­stęp­ców od­kry­wana na nowo kul­tura kla­syczna i piękna li­te­racka ła­cina stały się świa­tłem wy­do­by­wa­ją­cym świat ze stu­leci bar­ba­rzyń­skiego mroku. Choć tak wielu hu­ma­ni­stów było słu­gami Ko­ścioła, prze­mil­czali ze wzgardą, że na­wet ta klu­czowa me­ta­fora mrocz­nego śre­dnio­wie­cza zo­stała przez ich mi­strza skra­dziona in­nym daw­nym mi­strzom i ob­ró­cona prze­ciwko wła­snej prze­szło­ści. Bo prze­cież wieki śred­nie rów­nież prze­sy­cało świa­tło, choć in­nego ro­dzaju. Wraz z na­ro­dzi­nami w Be­tle­jem roz­bły­sło po wie­kach po­gań­skiej ciem­no­ści. Tyle że jego źró­dło biło w Ewan­ge­lii, nie zaś w pi­smach Pla­tona i Ary­sto­te­lesa.

Pe­trarka, a wraz z nim wielcy hu­ma­ni­ści wi­dzieli w swo­jej epoce mo­ment prze­łomu i ze­rwa­nia ze śre­dnio­wie­czem, które z ko­lei wy­parło się kla­sycz­nych idei, za­sad i in­sty­tu­cji. Jed­nakże nie do­strze­gli bądź nie chcieli zo­ba­czyć, że kla­syczne dzie­dzic­two ni­gdy nie zo­stało za­po­mniane. Po­cząw­szy bo­wiem od św. Pawła, wielcy my­śli­ciele chrze­ści­jań­stwa po­dej­mo­wali próby - mniej lub bar­dziej udane, ocho­cze i in­te­lek­tu­al­nie uczciwe - po­jed­na­nia an­tyku z nową re­li­gią i no­wymi cza­sami. Kla­syczne dzie­dzic­two prze­trwało w ję­zyku i li­tur­gii Ko­ścioła, w pra­wie i in­sty­tu­cjach, księ­gach i bu­dow­lach, we wspo­mnie­niach o chwale ce­sar­stwa rzym­skiego i opo­wie­ściach o pod­bo­jach Alek­san­dra Wiel­kiego. Po­nie­waż jed­nak spu­ści­zna an­tyku po­zo­sta­wała żywa, pod­le­gała nie­ustan­nej zmia­nie i cią­głym re­in­ter­pre­ta­cjom, od­da­la­jąc się nie­uchron­nie od pier­wo­wzoru, bo tylko prze­szłość jest nie­zmienna, pod­czas gdy pa­mięć o niej utrwa­lana jako hi­sto­ria ni­gdy nie za­styga na do­bre.

Nie ist­niała więc jedna opo­wieść o an­tyku. Nie po­wstała też jedna opo­wieść o re­ne­san­sie.

Hu­ma­ni­ści mieli po­czu­cie do­nio­sło­ści swo­ich od­kryć i swo­jej wi­zji świata, obej­mu­ją­cej nową na­ukę i nową sztukę. Prze­świad­cze­nie o po­czątku no­wej epoki było w XV-wiecz­nych Wło­szech po­wszechne. Wy­brzmie­wało w nie­zli­czo­nych tek­stach, po­cząw­szy od dzieł pierw­szego wiel­kiego re­ne­san­so­wego hi­sto­ryka Fla­via Bionda z Forl? - który pa­trio­tyzm łą­czył z przy­wią­za­niem do kla­sycz­nych ko­rzeni wło­skiej kul­tury i który upo­wszech­nił okre­śle­nie wie­ków śred­nich jako epoki trwa­ją­cej od upadku Rzymu do jego współ­cze­sno­ści - aż po prze­kazy flo­renc­kich pa­try­cju­szy, zgod­nie z ów­cze­snym zwy­cza­jem spi­su­ją­cych pry­watne dzien­niki. Qu­at­tro­cento, jak na­zywa się XV stu­le­cie we wło­skiej kul­tu­rze, ufało w moc ludz­kiego du­cha. Wie­rzyło, że dzięki nie­stru­dzo­nym wy­sił­kom my­śli­cieli i ar­ty­stów zdoła przy­wró­cić utra­cony Złoty Wiek.

Nowe, re­ne­san­sowe książ­czy­ska z pie­kła ro­dem po­woli zmie­niały śre­dnio­wieczną Eu­ropę, ale też utrwa­lały jej prze­fil­tro­wany przez ma­rze­nia i mnie­ma­nia hu­ma­ni­stów ob­raz dla przy­szłych po­ko­leń.

Re­ne­sans, jaki zna więk­szość z nas, zro­dził się bo­wiem za przy­czyną książki - mo­nu­men­tal­nego dzieła Gior­gia Va­sa­riego, opu­bli­ko­wa­nego po raz pierw­szy w 1550 roku, a na­stęp­nie w po­pra­wio­nej i roz­sze­rzo­nej wer­sji w roku 1568. Va­sari, na­dworny ar­ty­sta Co­sima, pierw­szego księ­cia To­ska­nii z rodu Me­dy­ce­uszy, stwo­rzył re­ne­sans ta­kim, ja­kim po­znaje go więk­szość z nas, bez­względ­nie wy­wyż­sza­jąc wło­ską, przede wszyst­kim to­skań­ską, tra­dy­cję kul­tu­ralną i ar­ty­styczną. Nie­za­chwia­nie wie­rzył w po­stęp - pod tym wzglę­dem rów­nież był he­rol­dem ro­dzą­cej się wła­śnie no­wo­żyt­no­ści - a jako oj­ców no­wej sztuki na­ma­ścił ma­la­rza Cen­niego di Pepo, zwa­nego Ci­ma­bue, i jego ucznia Giotta di Bon­done, któ­rzy po wie­kach go­tyc­kiej ka­ta­strofy od­no­wili ma­lar­stwo i przy­wró­cili mu dawną świet­ność. Pod pió­rem Va­sa­riego sztuka stała się lep­sza dzięki ze­rwa­niu ze śre­dnio­wie­czem, z go­ty­kiem, po­gar­dza­nym jako ob­mier­zła ma­niera te­de­sca, którą za­stą­piła war­to­ściow­sza hu­ma­ni­styczna bu­ona ma­niera. Na kar­tach jego Ży­wo­tów naj­sław­niej­szych ma­la­rzy, rzeź­bia­rzy i ar­chi­tek­tów ko­lejni wy­bitni ar­ty­ści udo­sko­na­lali tę nową sztukę, aż po Mi­chała Anioła, nie­do­ści­gnio­nego i wszech­stron­nego ge­niu­sza, który zda­niem Va­sa­riego prze­wyż­szył sta­ro­żyt­nych. W li­te­ra­tu­rze w po­dobny spo­sób mi­strzem no­wej sztuki ogło­szono Dan­tego Ali­ghieri, który - jak pi­sał w 1363 roku Gio­vanni Boc­cac­cio - po­now­nie za­pro­sił do Ita­lii muzy i od­no­wił mar­twą sztukę po­ezji.

Nowa sztuka szybko zy­ski­wała no­wych pa­tro­nów, uwal­nia­jąc się spod ku­ra­teli Ko­ścioła oraz feu­dal­nych elit. Ban­kie­rzy, kupcy i rze­mieśl­nicy ze Sieny, z Flo­ren­cji, Ge­nui czy Pizy utoż­sa­miali swoje mia­sta z an­tycz­nymi re­pu­bli­kami i opi­sy­wali je ję­zy­kiem za­czerp­nię­tym z an­tycz­nych źró­deł, utwier­dza­jąc się w lo­kal­nej du­mie, oby­wa­tel­skim du­chu i prze­ko­na­niu o wyż­szo­ści swo­jego stylu ży­cia nad resztą świata.

- Tylko zwie­rzęta żyją na wsi - za­uwa­żył z po­gardą pi­sarz i han­dlarz zbo­żem Pa­olo da Cer­taldo, syn flo­renc­kiego no­ta­riu­sza.

Dla jego są­sia­dów to wła­śnie mia­sta, z ich an­ty­feu­dalną ide­olo­gią, oso­bi­stą wol­no­ścią, po­li­tyczną ak­tyw­no­ścią i nie­ustanną kon­ku­ren­cją, da­wały szansę na ży­cie naj­lep­sze z moż­li­wych i pie­lę­gno­wa­nie cnoty. Wła­śnie tam, w al­che­micz­nym miej­skim ty­glu, lu­dzie, sta­jąc się oby­wa­te­lami, w nie­do­rów­nany spo­sób do­sko­na­lili się i na­bie­rali ogłady, w prze­ci­wień­stwie do wie­śnia­ków, trwa­ją­cych upar­cie w sta­nie na poły zwie­rzę­cej dzi­ko­ści, oraz ar­cha­icz­nego i nie­oględ­nego ry­cer­stwa. Mia­sta ko­lo­ni­zo­wały za­równo prze­strzeń, jak i wy­obraź­nię. Kiedy bo­gaci pa­try­cju­sze za­czy­nali re­zy­do­wać w pod­miej­skich wil­lach i do­ce­niać siel­skie roz­ko­sze w sta­ran­nie za­aran­żo­wa­nej sce­ne­rii win­nic i oliw­nych ga­jów, nie przej­mo­wali wiej­skich upodo­bań, tylko za­własz­czali wieś i prze­szcze­piali tam wła­sne wzorce.

Bu­dząca się wła­śnie epoka no­wo­żytna pra­gnęła jed­nak słu­chać Fran­ce­sca Pe­trarki i jego na­stęp­ców, któ­rzy mieli po­czu­cie wy­jąt­ko­wo­ści i do­nio­sło­ści swych cza­sów i któ­rzy z ca­łego serca pra­gnęli je od­dzie­lić od po­nu­rej, jak wie­rzyli, prze­szło­ści, za­po­mi­na­jąc, jak głę­boko byli w niej za­nu­rzeni i za­dłu­żeni. Dla­tego w ko­lej­nych stu­le­ciach opo­wieść o re­ne­san­sie jako prze­ło­mo­wym mo­men­cie, kiedy wło­scy ge­niu­sze dzięki an­tycz­nemu dzie­dzic­twu na nowo od­kryli ro­zum, na­ukę i po­tęgę czło­wieka, roz­wi­jano i wzbo­ga­cano o nowe ele­menty. Dla wiel­kich my­śli­cieli oświe­ce­nia, przy­wią­za­nych do wi­zji hi­sto­rii jako roz­woju i po­stępu, Wło­chy stały się ko­lebką no­wo­cze­snego świata, wy­zwo­lo­nego z jarzma śre­dnio­wiecz­nych prze­są­dów re­li­gij­nych. Dla ro­man­ty­ków - trium­fem in­dy­wi­du­ali­zmu i ludz­kiego du­cha, uosa­bia­nego przez wło­skich mi­strzów, któ­rzy naj­pierw po­pchnęli ku zwy­cię­skiej przy­szło­ści swo­ich ro­da­ków, po­tem zaś resztę świata. Dzie­więt­na­sto­wieczni hi­sto­rycy wy­chwa­lali du­cha przed­się­bior­czo­ści, jaki po­wo­do­wał wło­skimi kup­cami, ban­kie­rami i rze­mieśl­ni­kami, a także miej­ski styl ży­cia, jaki przed­kła­dali nad dawne feu­dalne eks­cesy. Czy­nili ich tym sa­mym pro­to­pla­stami ka­pi­ta­li­stycz­nego miesz­czań­stwa i wcie­le­niem in­dy­wi­du­ali­zmu, we Flo­ren­cji na­to­miast wi­dzieli źró­dło no­wo­cze­snego re­pu­bli­ka­ni­zmu i de­mo­kra­cji li­be­ral­nej.

W ten spo­sób re­ne­sans wło­skich miast od­dzie­lił się nie­po­strze­że­nie od feu­dal­nego śre­dnio­wie­cza. Pe­rio­dy­za­cja na­rzuca jed­nak wy­obraźni oczy­wi­ste ogra­ni­cze­nia. Uwy­pu­kla róż­nice i od­wraca uwagę od cią­gło­ści - od idei, mo­ty­wów i es­te­tyk, które na­kła­dały się na sie­bie, hy­bry­dy­zo­wały i prze­obra­żały pod wza­jem­nymi wpły­wami. W rze­czy­wi­sto­ści miesz­kańcy re­ne­san­so­wych Włoch czę­ściej się­gali po ry­cer­skie ro­manse niż po trak­taty Ary­sto­te­lesa. Pierw­szy wło­ski ry­cer­ski po­emat epicki z końca XV wieku, Or­lando in­na­mo­rato (Ro­land za­ko­chany) pióra Mat­tea Ma­rii Bo­iarda, dwo­rza­nina z Fer­rary, był tak po­pu­larny, że w ciągu pięt­na­stu lat do­cze­kał się czter­na­stu wy­dań, by po tej krót­kiej chwili chwały ulec kom­plet­nemu za­po­mnie­niu. Jed­nakże jesz­cze w cza­sach naj­więk­szej po­pu­lar­no­ści po­ematu jego au­to­rowi za­rzu­cano, że nie trak­tuje ma­te­rii kla­sycz­nej z od­po­wied­nią pie­czo­ło­wi­to­ścią.

- Nie dość, że prze­kształca i wzbo­gaca o nowe wątki an­tyczne opo­wie­ści, to na do­da­tek osa­dza je w dzi­wacz­nej kra­inie śre­dnio­wiecz­nego ro­mansu ry­cer­skiego - gde­rali pu­ry­ści, gdyż słu­żąca i sio­strze­nica Don Ki­chota miały wielu god­nych pro­to­pla­stów, któ­rzy może nie ośmie­lali się pu­blicz­nie pa­lić ry­cer­skich ma­nu­skryp­tów, ale bez skru­pu­łów oka­zy­wali im po­gardę.

Po raz ostatni po­emat Or­lando in­na­mo­rato wy­dano dru­kiem w 1544 roku, po czym po­padł w za­po­mnie­nie i trwał je­dy­nie w wid­mo­wej bi­blio­tece Don Ki­chota. Za­ćmiła go, wraz z jego świa­tem dwor­nej mi­ło­ści i ry­cer­skiej przy­gody, inna wi­zja re­ne­sansu. Nowi mi­strzo­wie z pa­sją kwe­stio­no­wali tra­dy­cyjną dwor­ską kul­turę. Zmie­niały się gu­sty i upodo­ba­nia. W pa­ła­co­wych kom­na­tach za­ma­lo­wy­wano stare fre­ski z wy­obra­że­niami po­lo­wań i dam przy­pa­tru­ją­cych się zma­ga­niom ry­ce­rzy w szran­kach. Wy­mie­niano me­ble, prze­ra­biano klej­noty i suk­nie. Przede wszyst­kim zaś jedna po dru­giej od­cho­dziły w nie­pa­mięć dy­na­stie, które hoł­do­wały ry­cer­skim tra­dy­cjom i na­gra­dzały ich piew­ców oraz kro­ni­ka­rzy rzeką złota.

- To Ho­mer uczy­nił Aga­mem­nona zwy­cięzcą, a Tro­jan zwy­czaj­nymi tchó­rzami i zmie­nił Pe­ne­lopę w wierną mał­żonkę, ofiarę ty­siąca krzywd za­lot­ni­ków - na­pi­sał cy­nicz­nie Lu­do­vico Ario­sto, ko­lejny wielki wło­ski re­ne­san­sowy twórca z Fer­rary, który za­in­spi­ro­wany dzie­łem Bo­iarda kon­ty­nu­ował opo­wieść o lo­sach Ro­landa w swoim wspa­nia­łym po­ema­cie Or­lando fu­rioso (Ro­land sza­lony).

Bur­gundzcy Wa­le­zju­sze, Yor­ko­wie, Bor­gio­wie, Sfo­rzo­wie z Me­dio­lanu czy Es­to­wie z Fer­rary nie do­cze­kali się swo­jego Ho­mera. Lecz ich matki, żony i córki do­brze znały los Pe­ne­lopy, usi­łu­ją­cej prze­trwać i za­cho­wać ro­dzinne dzie­dzic­two, pod­czas gdy męż­czyźni, któ­rych wy­obraź­nię ukształ­to­wały po­dróże Ody­se­usza, prze­wagi Hek­tora oraz przy­gody Lan­ce­lota, Par­si­fala i Ga­la­hada, wy­ru­szali na swoje wojny i kru­cjaty. Za­pewne wiele z nich roz­pa­czało nad po­kło­siem tych z pie­kła ro­dem książ­czysk wa­riac­kich, jak je z po­gardą na­zwała słu­żąca Don Ki­chota, kiedy po­słańcy przy­no­sili z pól bi­tew tra­giczne wie­ści. Jed­nakże te ko­biety, roz­bit­ki­nie po wi­dzia­dło­wych dy­na­stiach, oka­zy­wały się mi­strzy­niami prze­trwa­nia i nie­stru­dzo­nymi straż­nicz­kami pa­mięci. Dla­tego wła­śnie one są w tej książce prze­wod­nicz­kami po kra­inie re­ne­sansu, który na­le­żał za­równo do ry­ce­rzy, jak i do skry­bów, do­póki nie roz­pa­liła się nowa epoka, po­chła­nia­jąc ry­cer­skie czyny i ry­cer­skie książki.

Nie po­chło­nęła ich wszak do­szczęt­nie.

***

Kilka wie­ków póź­niej pewna dziew­czynka, choć za­pewne nie ona jedna, do­ra­stała w domu przy­po­mi­na­ją­cym bi­blio­tekę. Jej ro­dzinny księ­go­zbiór nie do­rów­ny­wał oczy­wi­ście ksią­żę­cej bi­blio­tece Es­tów i nie był wy­po­sa­żony tak bo­gato jak bi­blio­teka Don Ki­chota, ale ukształ­to­wał jej wy­obraź­nię opi­sami po­dróży Ody­se­usza, prze­wag Hek­tora, tę­sk­not Tri­stana, przy­gód Lan­ce­lota, Par­si­fala i Ga­la­hada. Pew­nego razu, wę­dru­jąc swo­bod­nie w gąsz­czu pó­łek i to­mów, się­gnęła po Je­ro­zo­limę wy­zwo­loną To­rqu­ata Tassa, by z za­sko­cze­niem spo­strzec, że coś go łą­czy ze śle­pym grec­kim pie­śnia­rzem, ale i z au­to­rami ro­man­sów ry­cer­skich. Z tam­tego dzie­cię­cego zdu­mie­nia i za­chwytu po­wstała dzi­siaj ta książka. Za przy­czyną daw­nych opo­wie­ści, które prze­po­czwa­rzają się i zmie­niają w cza­sie, a je­śli słabną, to po­tem od­zy­skują siły i po­ra­stają no­wymi sło­wami, jak rów­nież z po­wodu prze­szło­ści, jaka się w tych opo­wie­ściach prze­gląda i się za nimi ukrywa.

Wła­śnie te opo­wie­ści ukształ­to­wały Eu­ropę.

Dla­tego, co tu kryć, jest to także książka o bar­dzo sta­rej mi­ło­ści.

Ca­put Mundi, Głowa Świata

W tam­tych cza­sach pa­pież wy­stę­po­wał w wielu ro­lach: po pierw­sze, jako bi­skup Rzymu i zwierzch­nik du­cho­wień­stwa Wiecz­nego Mia­sta, po dru­gie, jako bi­skup Ko­ścioła po­wszech­nego, na­miest­nik Chry­stusa na ziemi i pa­sterz wszyst­kich wier­nych, ale też - po trze­cie - jako ziem­ski mo­nar­cha w pań­stwie, któ­rym na­le­żało za­rzą­dzać, chro­niąc je przed za­ku­sami lo­kal­nej ary­sto­kra­cji oraz ob­cych po­tęg. Jego po­zy­cja była więc szcze­gólna i je­dyna w swoim ro­dzaju. Spra­wo­wał wła­dzę ab­so­lutną i naj­wyż­szą, lecz nie dzie­dzi­czył tronu. Pa­skudne do­świad­cze­nia XIV wieku - nie­wola ba­bi­loń­ska w Awi­nio­nie oraz wielka schi­zma za­chod­nia - prze­ko­nały pa­pieży, że nie uda im się osią­gnąć praw­dzi­wej nie­za­leż­no­ści, je­żeli nie stwo­rzą we Wło­szech wła­snego, moc­nego pań­stwa. Wła­śnie temu ce­lowi pod­po­rząd­ko­wała swoje pon­ty­fi­katy więk­szość XV-wiecz­nych pa­pieży, za­nie­dbu­jąc tro­skę o du­chowe aspekty pa­pie­stwa i ku zgor­sze­niu wszyst­kich pa­mię­ta­ją­cych słowa Chry­stusa: "Kró­le­stwo moje nie jest z tego świata".

Na­iw­no­ścią ze strony pa­pieży by­łoby szu­ka­nie sprzy­mie­rzeń­ców wśród po­tęż­nych ro­dów, które pie­lę­gno­wały wła­sne am­bi­cje i pod­czas peł­nego tur­bu­len­cji XIV wieku bez skru­pu­łów wy­ko­rzy­stały sła­bość na­miest­ni­ków św. Pio­tra, żeby po­wy­kra­wać so­bie z pa­pie­skiej do­meny wła­sne pań­stewka. Wąt­pli­wymi so­jusz­ni­kami po­zo­sta­wali rów­nież kar­dy­na­ło­wie. Re­ne­san­sowi pa­pieże mieli w pa­mięci losy Urbana VI, który wpraw­dzie nie na­le­żał do naj­god­niej­szych na­stęp­ców św. Pio­tra, lecz cał­kiem roz­sąd­nie ude­rzył w pod­stawy ko­le­gium kar­dy­nal­skiego, kiedy za­ka­zał jego człon­kom przyj­mo­wa­nia do­dat­ko­wych be­ne­fi­cjów oraz ja­kich­kol­wiek da­rów czy pen­sji od świec­kich wład­ców. Na wieść o tej de­cy­zji po­łowa pur­pu­ra­tów zbun­to­wała się i wy­po­wie­działa gło­wie Ko­ścioła po­słu­szeń­stwo, po czym zwo­łała wła­sne kon­klawe i wy­brała no­wego pa­pieża, ini­cju­jąc w 1378 roku nie­sławną wielką schi­zmę za­chod­nią i dra­ma­tyczny upa­dek au­to­ry­tetu pa­pie­stwa.

Pod­czas wiel­kiej schi­zmy jed­no­cze­śnie dwóch, a nie­kiedy na­wet trzech pa­pieży przy­pi­sy­wało so­bie prawo do pier­ście­nia Ry­baka. Ich spór roz­dzie­rał cały chrze­ści­jań­ski świat, gdyż różni świeccy władcy wspie­rali róż­nych pre­ten­den­tów do pa­pie­skiego tronu. Kres wiel­kiej schi­zmie po­ło­żyło do­piero du­cho­wień­stwo z ca­łej Eu­ropy ze­brane w 1417 roku na so­bo­rze w Kon­stan­cji. Mocno za­wa­żyły na tym także na­ci­ski świec­kich. Nowy pa­pież zo­stał wy­brany nie tylko przez kar­dy­na­łów, ale też - co było pre­ce­den­sem na­der nie­bez­piecz­nym dla ko­le­gium kar­dy­nal­skiego - przed­sta­wi­cieli na­cji ob­ra­du­ją­cych na so­bo­rze.

Ob­rany w Kon­stan­cji pa­pież, Mar­cin V, sta­nął przed bar­dzo trud­nym za­da­niem: na­le­żało po­łą­czyć trzy ist­nie­jące ko­le­gia kar­dy­nal­skie, po­pie­ra­jące do­tąd róż­nych pa­pieży, w jedną sku­teczną pa­pie­ską ad­mi­ni­stra­cję, zdolną po jego śmierci obro­nić jed­ność chrze­ści­jań­stwa. Nowy pon­ti­feks mu­siał rów­nież sta­wić czoło kon­cy­lia­ry­zmowi, czyli tren­dowi we­wnątrz Ko­ścioła dą­żą­cemu do pod­po­rząd­ko­wa­nia pa­pieża so­bo­rowi, a także wy­peł­nić ocze­ki­wa­nia świec­kich wład­ców, któ­rym za­wdzię­czał wy­nie­sie­nie na tron św. Pio­tra. Ci zaś oba­wiali się, by pa­pie­stwo znów, jak pod­czas nie­woli awi­nioń­skiej (1309-1377), nie stało się za­kład­ni­kiem in­te­re­sów jed­nej dy­na­stii. Z ich in­spi­ra­cji wy­bór Mar­cina V zo­stał ob­wa­ro­wany wa­run­kami obej­mu­ją­cymi funk­cjo­no­wa­nie ko­le­gium kar­dy­nal­skiego, które od­tąd miało być zgro­ma­dze­niem pa­pie­skich do­rad­ców ze wszyst­kich stron chrze­ści­jań­skiego świata.

Jed­nakże te wa­runki, choć z per­spek­tywy trud­nych do­świad­czeń pa­pie­stwa w XIV wieku uza­sad­nione i ro­zumne, zo­stały Mar­ci­nowi V na­rzu­cone. Ku­ria nie przy­jęła tego upo­ko­rze­nia naj­le­piej. Co wię­cej, uznała je za im­puls do grun­tow­nej prze­bu­dowy pa­pie­stwa, tak by pa­pież, jako na­stępca św. Pio­tra, znów stał się praw­dziwą głową chrze­ści­jań­stwa i zwierzch­ni­kiem wszyst­kich świec­kich ksią­żąt.

- Od cza­sów ce­za­rów Rzym jest pa­nem, nie sługą - pe­ro­ro­wali w ru­inach am­fi­te­atrów i pa­ła­ców rzym­scy rze­zi­miesz­ko­wie, bo do­ra­sta­jąc wśród ar­te­fak­tów mi­nio­nej chwały, nie go­dzili się ła­two z upły­wem czasu. - Rzym nie może ule­gać bar­ba­rzyń­com zza Alp.

Żeby stać się istotną siłą po­li­tyczną, pa­pieże po­trze­bo­wali gor­li­wych i god­nych za­ufa­nia współ­pra­cow­ni­ków, za­równo świec­kich, jak i du­chow­nych. Nie było o nich ła­two, zwa­żyw­szy na to, że księży obo­wią­zy­wał ce­li­bat, a pon­ty­fi­kat z za­sady trwał krótko. Dla­tego na­stępcy św. Pio­tra, obie­ra­jąc stra­te­gię, na­śla­do­wali świec­kich wło­skich ksią­żąt, któ­rzy chęt­nie zwra­cali się ku młod­szym ga­łę­ziom rodu i dzie­ciom z nie­pra­wego łoża. Od XV wieku, dą­żąc do stwo­rze­nia sil­nego pa­pie­skiego pań­stwa w cen­tral­nych Wło­szech, pa­pieże mar­gi­na­li­zo­wali zna­cze­nie rady kar­dy­na­łów i przed­kła­dali nad nią za­ufa­nych do­rad­ców oraz krew­nych. Pro­te­go­wani, wdzięczni za świeżo zdo­byte urzędy oraz do­bra, a także za­leżni od pa­pie­skiej ła­ski, w spra­wach ziem­skich czę­ściej po­zo­sta­wali uży­teczni i lo­jalni niż roz­po­li­ty­ko­wani i ho­łu­biący wła­sne cele pur­pu­raci bądź rzym­scy ba­ro­no­wie.

Oczy­wi­ście ro­dzinna so­li­dar­ność rów­nież miała ogromne zna­cze­nie. Choć mi­nęło kilka wie­ków od wpro­wa­dze­nia ce­li­batu i po­tom­stwo du­chow­nych od dawna nie mo­gło dzie­dzi­czyć ko­ściel­nych dóbr i urzę­dów, więzi ro­dzinne nie zo­stały ze­rwane; zmie­nił się je­dy­nie ich cha­rak­ter. Lu­dzie Ko­ścioła na­dal ko­chali naj­bliż­szych i usi­ło­wali im za­pew­nić bez­pieczną, do­stat­nią przy­szłość.

Wielu z po­przed­ni­ków i na­stęp­ców Ka­lik­sta III z rodu Bor­giów dbało o krew­nych i bez­wstyd­nie wy­ko­rzy­sty­wało ma­je­stat oraz za­soby pa­pie­stwa, by na dłu­gie lata za­pew­nić swo­jej ro­dzi­nie do­bro­byt. Sza­cuje się, że po­mię­dzy ro­kiem 1417 a 1799 pra­wie 10 pro­cent ko­le­gium kar­dy­nal­skiego sta­no­wili człon­ko­wie wiel­kich dy­na­stii kar­dy­nal­skich, za­po­cząt­ko­wa­nych przez nie­ślubne, acz le­gi­ty­mi­zo­wane dzieci pa­pieży. Je­żeli do pa­pie­skiego po­tom­stwa w ko­le­gium kar­dy­nal­skim do­li­czymy ich ne­po­tów, prze­ko­namy się na przy­kład, że w epoce wcze­sno­no­wo­żyt­nej rody Ca­rafa i Co­lonna do­cho­wały się po 14 kar­dy­na­łów, Bor­gio­wie 13, Me­dici 11, a Or­sini 10, co do­wo­dzi, jak wielki wpływ na po­li­tykę ku­rii oraz wy­nik kon­klawe, które po­winno dbać o do­bro ca­łej chrze­ści­jań­skiej eku­meny, miała wą­ska grupa kilku spo­wi­no­wa­co­nych ze sobą ro­dzin.

Współ­cze­śni Ro­driga Bor­gii nie po­tę­piali ne­po­ty­zmu. Prze­ciw­nie, co do za­sady uwa­żali, że do­bry oby­czaj wy­maga, by ci, któ­rym się po­szczę­ściło w ży­ciu, wspo­ma­gali po­zo­sta­łych człon­ków rodu. Jak pi­sał w Su­mie teo­lo­gicz­nej św. To­masz z Akwinu, wielki teo­log śre­dnio­wie­cza i au­to­ry­tet mo­ralny, mamy obo­wią­zek trosz­czyć się o swych bli­skich, dzie­lić się z nimi ma­jąt­kiem i wspie­rać ich w osią­ga­niu suk­ce­sów. Po­bożny czło­wiek po­wi­nien dbać o cno­tli­wych i pra­co­wi­tych krew­nych, tak by pod­nieść sta­tus ca­łego rodu, a za­ra­zem czer­pać ko­rzy­ści z ich lo­jal­no­ści. Pa­pieże zaś bez wąt­pie­nia byli po­boż­nymi ludźmi, więc zgod­nie z się­ga­jącą śre­dnio­wie­cza tra­dy­cją umiesz­czali swych krew­nych na klu­czo­wych sta­no­wi­skach. Tym­cza­sem kar­dy­na­ło­wie - choć w XV wieku stali się prze­pysz­nymi ksią­żę­tami Ko­ścioła, utrzy­my­wali wła­sne dwory, wy­stę­po­wali z wielką pompą wła­ściwą świec­kim i upięk­szali Rzym pa­ła­cami - stop­niowo tra­cili wpływy po­li­tyczne i sta­wali się co­raz bar­dziej za­leżni od pa­pieża.

Już Mar­cin V w po­cząt­kach XV wieku zmie­nił ne­po­tyzm w na­rzę­dzie spra­wo­wa­nia wła­dzy. Ka­likst III prze­war­to­ścio­wał tę prak­tykę i wy­zna­czył jej nowy sens, a za­ra­zem bar­dziej da­le­ko­siężne cele. Choć po­wszech­nie za­rzu­cano mu chci­wość, nie pra­gnął dla bli­skich wy­łącz­nie bo­gac­twa. Chciał, by Ro­drigo, jego ulu­biony i nie­zmier­nie uta­len­to­wany sio­strze­niec kar­dy­nał, po­mimo mło­dego wieku wspiął się na naj­wyż­sze ko­ścielne god­no­ści i był w przy­szło­ści kan­dy­da­tem do tronu Pio­tro­wego, a od świec­kich człon­ków rodu ocze­ki­wał mi­li­tar­nego wspar­cia pa­pie­stwa i wstą­pie­nia do naj­wyż­szej rzym­skiej ary­sto­kra­cji.

Ale wszystko to nie roz­wie­wało wąt­pli­wo­ści rzym­skiego plebsu.

Pa­pie­ska me­tresa

O wcze­snych la­tach pa­pie­skiej ko­chanki, Van­nozzy Cat­ta­nei, nie wia­domo zbyt wiele. Nie­któ­rzy kro­ni­ka­rze uwa­żają, że jej ro­dzina po­cho­dziła z Man­tui i na­zy­wają ją "ku­śnierką z Man­tui". Lecz rów­nie do­brze mo­gła wy­wo­dzić się z Fer­rary czy Ge­nui, bo wszę­dzie tam znano na­zwi­sko Cat­ta­nei. Sama Van­nozza po­dobno uro­dziła się i wy­cho­wała w Rzy­mie. Część hi­sto­ry­ków uważa ją za córkę nie­ja­kiego Ja­kuba o przy­domku Ma­larz. Na­wet je­żeli jest to prawdą, Ja­kub z pew­no­ścią nie na­le­żał do naj­wy­bit­niej­szych i naj­bar­dziej zna­nych ar­ty­stów epoki, gdyż nie za­cho­wała się wie­dza o jego dzie­łach ani o pa­tro­nach, dla któ­rych two­rzył.

Nie wiemy rów­nież, w ja­kich oko­licz­no­ściach Van­nozza na­tknęła się na męż­czy­znę, który miał od­mie­nić jej przy­szłość. Ku­sząca jest myśl, że spo­tkała go w pra­cowni ojca lub że za­chwy­cił się jej twa­rzą na ma­lo­wi­dle, na któ­rym uwiecz­niono ją pod po­sta­cią jed­nej z wiel­kich świę­tych Ko­ścioła. Lecz rów­nie do­brze mo­gła przy­kuć jego wzrok na ulicy czy bło­niu, w win­nicy lub ko­ściele, albo w każ­dym in­nym miej­scu, gdzie zda­rzało się by­wać uczci­wej rzym­skiej pan­nie.

Kiedy się po­znali, Van­nozza znacz­nie prze­kro­czyła już dwu­dzie­sty rok ży­cia, nie była więc jedną z tych mło­dziut­kich pa­nien, pięk­nych jak nie­za­pi­sane płótno i bu­dzą­cych nie­po­skro­mioną na­mięt­ność, które z roz­ma­rze­niem opi­sy­wali no­we­li­ści wło­skiego re­ne­sansu i które zna­la­zły od­bi­cie w po­staci Szek­spi­row­skiej Ju­lii. Jej ko­cha­nek, Ro­drigo Bor­gia, rów­nież nie był mło­dzień­cem. Miał trzy­dzie­ści sześć lat i bo­gate do­świad­cze­nie w spra­wach mi­ło­ści, wła­dzy oraz Ko­ścioła, ale coś go przy­kuło do Van­nozzy na ko­lejne dłu­gie lata. Może wy­goda, może mi­łość, ni­gdy się nie do­wiemy. Lecz na­wet je­żeli tego pra­gnął, ze względu na świę­ce­nia nie mógł po­ślu­bić ko­chanki i uzdro­wić ich re­la­cji w oczach Boga oraz świata.

Moż­liwe, że Van­nozza znaj­do­wała w związku z Ro­dri­giem ra­dość, ale jako panna była po­datna na oskar­że­nia i przy­kro­ści na­wet w roz­pust­nym Rzy­mie, gdyż epoka znacz­nie wię­cej wy­ba­czała męż­czy­znom, choćby du­chow­nego stanu, niźli ko­bie­tom. Tym­cza­sem sta­tus mę­żatki do­da­wał god­no­ści, a opieka męża by­wała uży­teczna w róż­nych oko­licz­no­ściach także dla dam, które nie sta­no­wiły przy­kładu tra­dy­cyj­nych cnót mał­żeń­skich. Dla­tego w 1469 roku, w parę lat po na­wią­za­niu ro­mansu z kar­dy­na­łem Bor­gią, dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia panna Cat­ta­nei po­ślu­biła Do­me­nica da Ri­gnana. Być może jej mał­żeń­stwo zo­stało za­aran­żo­wane przez Bor­gię, który wy­szu­kał dla fa­wo­ryty spo­koj­nego czło­wieka, ro­zu­mie­ją­cego, jaką rolę ma od­gry­wać.

- Ro­gacz - kpiono za ple­cami pana da Ri­gnano - musi być ślepy i głu­chy, by się cie­szyć owo­cami kar­dy­nal­skiej ła­ski i sztuki swo­jej żony.

Re­ne­san­sowa Ita­lia nie wie­rzyła w bajkę o wsze­tecz­nym Kop­ciuszku po­ślu­bia­ją­cym księ­cia. Po­zo­sta­wała spo­łe­czeń­stwem ści­śle zhie­rar­chi­zo­wa­nym, gdzie po­zy­cja kur­ty­zany, choćby pięk­nej, bo­ga­tej i wpły­wo­wej, była kru­cha i nie­pewna. Ko­biety pa­ra­jące się nie­rzą­dem pod­le­gały licz­nym za­ka­zom. Wła­dze miej­skie do­kła­dały sta­rań, żeby je kon­tro­lo­wać i od­róż­niać od uczci­wych nie­wiast. Za­ka­zy­wano im no­sze­nia kosz­tow­no­ści i nad­mier­nie stroj­nych su­kien, które by je upo­dab­niały do uczci­wych ma­tron i pa­nien, a także ogra­ni­czano ich obec­ność w prze­strzeni pu­blicz­nej. W wielu wło­skich mia­stach na­rzu­cano im, jak ży­dom, hań­biący żółty ko­lor. Sta­no­wiło to przy­krość tak do­tkliwą, że słynna flo­rencka kur­ty­zana i pi­sarka Tul­lia d'Ara­gona za­de­dy­ko­wała swój Dia­log o nie­skoń­czo­no­ści mi­ło­ści księ­ciu Ko­smie Me­dy­ce­uszowi I z wdzięcz­no­ści, że oszczę­dził jej żół­tego we­lonu.

Wy­siłki pa­pie­stwa w walce z nie­rzą­dem po­zo­sta­wały jed­nak nie­sku­teczne, zwłasz­cza w przy­padku kur­ty­zany wy­po­sa­żo­nej w po­tęż­nych pro­tek­to­rów lub dość za­so­bów, by prze­ku­py­wać zbyt na­chal­nych urzęd­ni­ków. Wy­tworne rzym­skie la­dacz­nice uwa­żały się za sługi ku­rii. Upo­rczy­wie wdzie­wały stroje rzym­skich pa­try­cju­szek, łącz­nie z wo­al­kami, ja­kie wów­czas no­siły za­cne mał­żonki. Ale i po­śled­niej­sze córy We­nery nie kryły się po­kor­nie w rzym­skich za­uł­kach. W 1512 roku dwo­rza­nin księż­nej Iza­beli d'Este opi­sy­wał swo­jej pani od­pust św. Se­ba­stiana; wi­dząc tłumy oby­wa­teli ru­sza­jące do ko­ścioła, żeby po­dzi­wiać re­li­kwie mę­czen­nika, ze zdu­mie­niem skon­sta­to­wał, że spie­szyło tam rów­nież nie­mało kur­ty­zan, jedne ubrane z prze­py­chem, inne prze­brane za męż­czyzn; jedne je­chały na ko­niu, inne na mule.

- Mam poza tym wra­że­nie, że jest ich pe­łen cały Rzym - za­koń­czył ze zdzi­wie­niem.

Rzym­skie wła­dze nie eg­ze­kwo­wały zbyt ry­go­ry­stycz­nie praw wy­mie­rzo­nych w la­dacz­nice, być może ro­zu­mie­jąc, że są one nie­zbędną tu­ry­styczną atrak­cją w mie­ście przy­cią­ga­ją­cym przy­by­szów z ca­łego świata oraz że wy­peł­niają do­tkliwą lukę w ku­rii, bę­dą­cej wszak dwo­rem wy­łącz­nie mę­skim. Przez długi czas walka z nie­rzą­dem po­zo­sta­wała w Rzy­mie grą, któ­rej za­sady znały i re­spek­to­wały obie strony. Na przy­kład w po­ło­wie XVI wieku za­ka­zano "kur­ty­za­nom, dziw­kom i źle pro­wa­dzą­cym się ko­bie­tom" jeż­dże­nia w po­wo­zach, sta­no­wią­cych wów­czas rzadki i po­żą­dany sym­bol sta­tusu. Za zła­ma­nie za­kazu gro­ziły pu­bliczna chło­sta oraz wy­gna­nie z pań­stwa pa­pie­skiego, lecz za­le­d­wie pięć lat po jego wpro­wa­dze­niu mo­ra­li­ści stwier­dzili po­nuro, że kur­ty­zany nic so­bie z niego nie ro­bią, a zła­pa­nym na go­rą­cym uczynku za­miast upo­ka­rza­ją­cych kar wy­mie­rza się po pro­stu grzywnę. Tym spo­so­bem wszy­scy byli za­do­wo­leni: bo­gate kur­ty­zany ko­rzy­stały z po­wo­zów, a ku­ria cie­szyła się z do­dat­ko­wych do­cho­dów. Do­piero su­rowy pa­pież Syk­stus V po­ło­żył kres tej za­ba­wie w cho­wa­nego.

Jed­nakże na­wet kur­ty­zana mo­gła zo­stać uczciwą ko­bietą, je­żeli zna­la­zła męż­czy­znę go­to­wego po­pro­wa­dzić ją do oł­ta­rza. Cza­sami ob­rotne córy We­nus po pro­stu ku­po­wały so­bie mał­żon­ków, lecz nie dzie­liły z nimi stołu ani łoża. Tak po­stą­piła XVI-wieczna bo­gata dama Lu­cre­zia Gel­letta, kiedy w 1566 roku zo­stała wraz z in­nymi rzym­skimi kur­ty­za­nami ska­zana edyk­tem Piusa V na opusz­cze­nie Wiecz­nego Mia­sta. Po­nie­waż mę­żat­kom po­zwo­lono po­zo­stać w do­mach, Lu­cre­zia Gal­letta prze­bie­gle po­ślu­biła pra­cow­nika banku, który wcze­śniej ob­ra­cał jej po­kaź­nym ka­pi­ta­łem. Zy­skaw­szy sta­tus mę­żatki, po­zo­stała w Rzy­mie.

- I żyła do­kład­nie tak samo jak wcze­śniej - kpiła rzym­ska ulica, bo ple­be­ju­sze by­wali okrutni wo­bec la­dacz­nic, ale bar­dziej od nie­rządu brzy­dziły ich za­kazy i po­datki, więc umieli do­ce­nić, kiedy ktoś je omi­jał.

Zło­śliwi rzym­scy miesz­cza­nie, któ­rzy po­tra­fili się bez skru­pu­łów na­igra­wać z na­stępcy św. Pio­tra, ra­czej nie uwie­rzyli, że Van­nozza po za­mąż­pój­ściu cno­tli­wie przę­dzie wełnę i strzeże do­mo­wego ogni­ska. Ale mał­żeń­stwo da­wało ochronę, także prawną, a za­tem wszy­scy mieli po­wody do za­do­wo­le­nia, choć mo­men­tami by­wało w tym związku tłoczno.

Van­nozza z pew­no­ścią nie była skłonna do za­zdro­ści, skoro udało się jej prze­trwać u boku Ro­driga tyle lat. Jej mąż rów­nież mu­siał wy­ka­zać się wy­ro­zu­mia­ło­ścią, to­le­ru­jąc obec­ność ka­ta­loń­skiego kar­dy­nała w ży­ciu i łożu ko­biety, która ślu­bo­wała mu wier­ność i uczci­wość mał­żeń­ską. Moż­liwe, że po pro­stu od­wra­cał wzrok i my­ślał o pie­nią­dzach. Van­nozza była do­brą par­tią. Dys­po­no­wała, za­pewne z ła­ski ko­chanka, po­kaź­nym po­sa­giem w wy­so­ko­ści 310 du­ka­tów. Po ślu­bie mał­żon­ko­wie za­in­we­sto­wali w dom przy Via del Pel­le­grino, nie­opo­dal Campo di Fiori. Nie­wy­klu­czone, że i do tego przy­czy­nił się Ro­drigo, a kupno wy­god­nego, prze­stron­nego domu z pry­watną cy­sterną na wodę i sa­dem było formą za­dość­uczy­nie­nia dla męża, który, co tu kryć, stał się w oczach wszyst­kich ro­ga­czem. Ale moż­liwe też, że Bor­gia za­dbał po pro­stu o wy­godę swo­jej me­tresy, a po tro­chu i o wła­sną. Miesz­kał nie­opo­dal, na Via dei Ban­chi Vec­chi, w pięk­nym pa­łacu z wiel­kim we­wnętrz­nym dzie­dziń­cem, ogro­dem oraz - dla bez­pie­czeń­stwa - wieżą i blan­kami.

Van­nozza spę­dziła u boku Do­me­nica pięć spo­koj­nych lat. W 1474 roku jej mąż zmarł, uczy­niw­szy ją za­sobną wdową, wła­ści­cielką nie jed­nego, ale dwóch do­mów. Już po jego śmierci uro­dziła kar­dy­na­łowi Bor­gii pierw­szego syna. Chłopcu nadano imię Ce­sare. W rok póź­niej na świat przy­szedł ko­lejny - Juan - a w roku 1480 na­ro­dziła się córka. Dziew­czynkę na­zwano imie­niem Lu­kre­cji, rzym­skiej pa­try­cjuszki, która wo­lała sa­mo­bój­stwo od hańby. W ho­ro­sko­pie, spo­rzą­dzo­nym zgod­nie ze zwy­cza­jem dla nowo na­ro­dzo­nej dziew­czynki, gwiazdy zwia­sto­wały jej świetną przy­szłość.

- Oj­ciec o nią dba, a to naj­lep­sza wróżba - wzru­szały ra­mio­nami mło­dziut­kie słu­żące, które zbie­gały się do Rzymu z oko­licz­nych wio­sek, a po­tem, szo­ru­jąc po­sadzki w do­mach dla piel­grzy­mów, skro­biąc ryby i ła­ta­jąc miesz­czań­skie ku­braki, szybko tra­ciły mło­dość, zdro­wie i szansę na lep­szą przy­szłość.

Nie wia­domo, ile lat Lu­kre­cja spę­dziła pod da­chem matki. Wkrótce po jej na­ro­dzi­nach Van­nozza wy­szła za mąż po raz drugi - za po­cho­dzą­cego z Me­dio­lanu Gior­gia della Cro­cego. Przed ślu­bem zdą­żyła jesz­cze uro­dzić Bor­gii ko­lej­nego syna, imie­niem Jo­fré, ale ich zwią­zek się psuł. Kar­dy­nał chyba ro­bił się z wie­kiem bar­dziej po­dejrz­liwy, bo nie­po­koił się, że nie jest oj­cem chłopca. Nie­ba­wem roz­stał się z wie­lo­let­nią ko­chanką, choć nie ode­pchnął jej od sie­bie i nie ode­słał z mia­sta. Na­dal da­rzył Van­nozzę przy­wią­za­niem i sza­cun­kiem jako matkę swo­ich dzieci i za­pewne po­ma­gał jej fi­nan­sowo.

Co­kol­wiek czuła po roz­sta­niu z wie­lo­let­nim ko­chan­kiem, matka Lu­kre­cji prag­ma­tycz­nie uło­żyła so­bie ży­cie u boku no­wego męża. Może zresztą wcze­śniej­sze do­my­sły kar­dy­nała nie były zu­peł­nie bez­pod­stawne i da­rzyła Gior­gia uczu­ciem lub choćby dys­kret­nym przy­wią­za­niem. W 1486 roku uro­dziła mu syna, Ot­ta­viana. Nie­stety dziecko zmarło w nie­mow­lęc­twie. W parę mie­sięcy po­tem ze świa­tem roz­stał się także jego oj­ciec.

Owdo­wiała po raz drugi Van­nozza li­czyła czter­dzie­ści sześć lat, co w tam­tych cza­sach ucho­dziło za wiek sta­tecz­nej ma­trony. Jej ma­ją­tek znów uległ po­mno­że­niu, po­nie­waż tym ra­zem odzie­dzi­czyła po mężu trzy domy w cen­trum Rzymu. Wdowa prze­pro­wa­dziła się do no­wej sie­dziby przy Piazza Branca.

- Nie­rząd po­płaca - ko­men­to­wały są­siadki, grze­sząc za­równo ob­mową, jak i nie­spra­wie­dli­wo­ścią, bo Van­nozza nie do­ro­biła się ma­jątku w po­ścieli swego je­dy­nego ko­chanka.

Nie­mniej matka Lu­kre­cji stała się bo­gatą ko­bietą. W ko­lejny zwią­zek wnio­sła po­sag w wy­so­ko­ści 1000 du­ka­tów. Przy­pusz­cza się, że kan­dy­data na trze­ciego męża znów wy­szu­kał jej Ro­drigo, który chciał oczy­ścić re­pu­ta­cję matki swo­ich dzieci i za­pew­nić jej opiekę męż­czy­zny. Wy­bran­kiem oka­zał się Carlo Ca­nale z Man­tui, sługa kar­dy­nała Gia­coma Scla­fe­tana, czło­wiek wy­kształ­cony i znany wśród tam­tej­szych hu­ma­ni­stów oraz na dwo­rze Gon­za­gów. O ile wia­domo, Carlo Ca­nale bez wstrętu przy­stał na zwią­zek z byłą na­łoż­nicą pur­pu­rata. Wie­dział, ile jest warta wdzięcz­ność kar­dy­nała, a ewen­tu­alne przy­kro­ści osło­dziły mu ma­ją­tek Van­nozzy i po­sada pa­pie­skiego se­kre­ta­rza, którą nie­ba­wem ob­jął praw­do­po­dob­nie wsku­tek wsta­wien­nic­twa Bor­gii.

Póź­niejsi hi­sto­rycy oskar­żali Van­nozzę o za­chłan­ność i spe­ku­lo­wali, że Ro­drigo szybko od­su­nął ją od po­tom­stwa, żeby nie prze­jęło od matki pa­skud­nych cech cha­rak­teru. Rze­czy­wi­ście, kar­dy­nał spra­wo­wał nad­zór nad dziećmi. Zde­cy­do­wał, że mała Lu­kre­cja, po­dob­nie jak jej bra­cia, bę­dzie wy­cho­wy­wała się pod da­chem Ad­riany de Mili, krew­niaczki Bor­giów wy­da­nej za mąż za członka po­tęż­nego i sza­no­wa­nego rodu Or­si­nich. Moż­liwe także, że dziew­czynka ja­kiś czas spę­dziła w klasz­to­rze San Si­sto, gdzie w przy­szło­ści miała się chro­nić w trud­nych chwi­lach. Ale taka edu­ka­cja z dala od ro­dzin­nego domu nie była wów­czas ni­czym szcze­gól­nym. Dziew­częta z pra­wo­wi­tego łoża rów­nież nie za­wsze do­ra­stały pod opieką ma­tek. Wy­sy­łano je na dwór lub pod opiekę usto­sun­ko­wa­nych krew­nych, żeby na­brały ogłady i szla­chet­nych ma­nier, poza tym co­raz mod­niej­sza wśród wło­skich elit sta­wała się klasz­torna edu­ka­cja dziew­cząt.

CÓRKI, choć po­śled­niej­sze od sy­nów, by­wały uży­tecz­nym na­rzę­dziem po­li­tyki.

Nie ma po­wo­dów są­dzić, by Van­nozza, która przez wiele lat żyła przy pa­pie­skim dwo­rze i ro­zu­miała za­sady rzą­dzące ku­rią i krę­gami rzym­skiej ary­sto­kra­cji, była prze­ciwna de­cy­zjom Ro­driga. Znała re­guły świata, w któ­rym los nie­ślub­nych có­rek zro­dzo­nych przez ko­biety z ludu za­le­żał wy­łącz­nie od przy­chyl­no­ści ich po­tęż­nych oj­ców. W XVI wieku Vi­cino Or­sini, książę Bo­ma­rzo, bru­tal­nie pod­su­mo­wał w li­ście do przy­ja­ciela przy­szłość swo­jej nowo na­ro­dzo­nej nie­ślub­nej córki: "Nie wiem, czy uro­dziła się, by zo­stać damą, czy chłopką; kiedy tro­chę pod­ro­śnie, bę­dzie to ła­twiej roz­strzy­gnąć". Je­żeli więc Van­nozza chciała, by jej córka zo­stała damą, mu­siała po­le­gać na ła­sce Bor­gii i we wszyst­kim ule­gać jego woli. Roz­sier­dzeni po­stę­po­wa­niem swo­ich kon­ku­bin ary­sto­kraci po­tra­fili bo­wiem się mścić, od­da­la­jąc dzieci, które do­tąd wy­cho­wy­wały się pod ich da­chem. Poza tym Ro­drigo Bor­gia miał po­tom­stwo z nie­pra­wego łoża także z in­nymi ko­bie­tami, w tym co naj­mniej trzy córki, które - wraz z mat­kami - mo­gły ry­wa­li­zo­wać o jego ła­skę oraz ma­ją­tek.

Szczę­śli­wie dla dzieci Van­nozzy Ro­drigo naj­więk­sze na­dzieje wią­zał wła­śnie z nimi i wcze­śnie za­czął pla­no­wać ich przy­szłość. Był młody, jak na kar­dy­nała oczy­wi­ście, pe­łen sił i ma­rzył, że na ży­znej ziemi Ro­ma­nii wy­ho­duje so­bie wła­sną dy­na­stię. Ko­chał Lu­kre­cję, a córki, choć po­śled­niej­sze od sy­nów, by­wały uży­tecz­nym na­rzę­dziem po­li­tyki, po­sta­no­wił za­tem wy­cho­wać córkę Van­nozzy na pannę szla­chet­nego rodu. Jej matka wy­wo­dziła się z plebsu i na­wet je­śli dzięki la­tom spę­dzo­nym u boku Ro­driga jej ma­niery wy­szla­chet­niały, cią­gnęła się za nią re­pu­ta­cja pa­pie­skiej ko­cha­nicy. Nie mo­gła za­pew­nić córce sto­sow­nego wy­cho­wa­nia ani przy­go­to­wać jej do przy­szłego ży­cia. Usu­wa­jąc się w cień, po­zwa­lała Lu­kre­cji i jej bra­ciom być dziećmi wpły­wo­wego kar­dy­nała Bor­gii, nie zaś rzym­skiej mieszczki o świe­żym ma­jątku i na­der wąt­pli­wej re­pu­ta­cji. W ten spo­sób Ce­sare, Juan, Lu­kre­cja i Jo­fré stali się z cza­sem po pro­stu dziećmi pa­pieża, zu­peł­nie jakby ni­gdy nie mieli matki i ni­czym Atena wy­sko­czyli z głowy Zeusa.

Co o tym wszyst­kim my­ślała Van­nozza? Trudno zgad­nąć. Na­wet je­śli roz­pa­czała na myśl, że jej je­dyna córka na­zywa matką Ad­rianę de Milę i że wła­śnie do niej zwraca się w chwi­lach trwogi, hi­sto­ria, nie­odmien­nie skon­cen­tro­wana na wiel­kich czy­nach wiel­kich mę­żów, nie opi­sała jej łez.

Nie­cne fał­szer­stwo

Rzym­ski lud ra­czej nie ho­łu­bił pa­mięci o za­mierz­chłych cza­sach sprzed re­formy gre­go­riań­skiej, kiedy świeccy mieli swój udział w wy­bo­rze na­stępcy św. Pio­tra - od po­ko­leń ten za­szczyt na­le­żał bo­wiem do kar­dy­na­łów. Zgod­nie z tra­dy­cją kon­klawe po­winno się roz­po­cząć w dzie­sięć dni po śmierci pa­pieża. La­tem 1492 roku nie­znacz­nie opóź­niło je ocze­ki­wa­nie na Maf­fea Ghe­rar­diego, pa­triar­chę We­ne­cji, któ­remu sę­dziwy wiek - li­czył wów­czas 86 lat - unie­moż­li­wiał szyb­szą po­dróż. Nikt nie chciał ob­ra­zić Kró­lo­wej Mórz, więc osta­tecz­nie do­piero po jego przy­by­ciu, ran­kiem 6 sierp­nia, kar­dy­na­ło­wie wy­słu­chali wspól­nie mszy świę­tej do Du­cha Świę­tego, mo­dląc się o wy­bór no­wego pon­ti­feksa.

Czte­rech pur­pu­ra­tów - dwóch Fran­cu­zów i dwóch Hisz­pa­nów - nie przy­było i nie spo­dzie­wano się ich przy­jazdu. Po­mimo ich nie­obec­no­ści po raz pierw­szy od cza­sów wiel­kiej schi­zmy kar­dy­na­ło­wie sta­wili się tak kar­nie i licz­nie. Elek­to­rów było dwu­dzie­stu trzech, w tym ośmiu ne­po­tów po­przed­nich pa­pieży i dwóch naj­po­waż­niej­szych kan­dy­da­tów: Giu­liano della Ro­vere oraz Asca­nio Sfo­rza. Po mszy udali się ra­zem do ka­plicy Syk­styń­skiej, wznie­sio­nej do­piero co na miej­scu śre­dnio­wiecz­nej Cap­pella Ma­gna przez pa­pieża Syk­stusa IV. Wła­śnie wów­czas, w 1492 roku, po raz pierw­szy użyto jej na po­trzeby kon­klawe. Wcze­śniej kar­dy­na­ło­wie zbie­rali się w ko­ściele Santa Ma­ria so­pra Mi­ne­rva lub w wy­dzie­lo­nych kom­na­tach pa­łacu wa­ty­kań­skiego.

Bu­dowa Syk­styny za­koń­czyła się za­le­d­wie dzie­więć lat wcze­śniej i nie zdo­biły jej jesz­cze mo­nu­men­talne fre­ski Mi­chała Anioła, tylko prace Pe­ru­gina, Ros­sel­lego, Bot­ti­cel­lego i Ghir­lan­daia, przed­sta­wia­jące sceny z ży­cia Moj­że­sza i Chry­stusa. Wpa­tru­jąc się w ma­lo­wi­dła, kar­dy­na­ło­wie mieli pa­mię­tać, że pa­pieże są spad­ko­bier­cami Sta­rego i No­wego Przy­mie­rza - i z na­tchnie­nia Du­cha Świę­tego wy­brać spo­śród sie­bie naj­god­niej­szego. W tam­tych cza­sach krą­żyła po Rzy­mie apo­kry­ficzna opo­wieść wy­ja­śnia­jąca po­cho­dze­nie ko­le­gium kar­dy­na­łów oraz jego rolę w wy­bo­rze na­stępcy Ry­baka. We­dle tej le­gendy św. Piotr za­pra­gnął za­ło­żyć w Rzy­mie wspól­notę po­dobną do tej, jaką two­rzyli w Ziemi Świę­tej apo­sto­ło­wie, za­nim roz­pro­szyli się, żeby nieść Do­brą No­winę w różne krańce świata. Po­wo­łał więc ko­le­gium skła­da­jące się z dwu­dzie­stu czte­rech sta­ran­nie wy­bra­nych księży i dia­ko­nów; ich liczba na­wią­zy­wała do liczby star­ców z Księgi Apo­ka­lipsy. Z cza­sem za­częto na­zy­wać ich kar­dy­na­łami. Święty Piotr za­się­gał ich rady w naj­istot­niej­szych spra­wach Ko­ścioła, także w kwe­stii wy­boru swo­jego na­stępcy. Pier­wot­nie na­zna­czył nim bo­wiem Kle­mensa, lecz kiedy człon­ko­wie ko­le­gium przed­ło­żyli nad niego Li­nusa, przy­stał na ich wy­bór.

- Wy­bór głowy ca­łego Ko­ścioła po­wi­nien na­le­żeć do wielu - tłu­ma­czyli sens tej opo­wie­ści ju­ry­ści - bo osąd jed­nego czło­wieka, choćby naj­święt­szego, ła­twiej pod­lega błę­dom.

W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak XV-wieczne pa­pie­stwo co naj­mniej od pon­ty­fi­katu Mi­ko­łaja V zmie­rzało w prze­ciw­nym kie­runku i co­raz mniej przy­po­mi­nało res pu­blica du­chow­nych, o któ­rej ma­rzyli na­bożni starcy w cza­sach św. Pio­tra. Prze­trwaw­szy nie­wolę awi­nioń­ską oraz wielką schi­zmę, Ko­ściół pod wła­dzą re­ne­san­so­wych pa­pieży upo­dab­niał się do scen­tra­li­zo­wa­nej, biu­ro­kra­tycz­nej mo­nar­chii i sta­rał się od­zy­skać po­zy­cję w środ­ko­wych i pół­noc­nych Wło­szech. Te­reny te wy­mknęły się wpraw­dzie z rąk pa­pie­stwa pod­czas po­przed­niego, nie­spo­koj­nego stu­le­cia, lecz na­stępcy św. Pio­tra uzna­wali je za swoje dzie­dzic­two zgod­nie ze sta­ro­żyt­nym de­kre­tem Kon­stan­tyna. Do­ku­ment ten krą­żył w roz­ma­itych wer­sjach i od­pi­sach od po­łowy IX wieku i z da­wien dawna słu­żył pa­pie­żom za uza­sad­nie­nie wyż­szo­ści wła­dzy du­cho­wej nad świecką, mimo że już w XII wieku pe­wien nie­miecki uczony imie­niem We­zel do­no­sił ce­sa­rzowi Fry­de­ry­kowi Bar­ba­ros­sie, że jest to kłam­liwa i he­re­tycka bajka.

- Rzy­mia­nie po­wszech­nie wie­dzą, że to fał­szer­stwo - pe­ro­ro­wał. - Nikt na­prawdę nie wie­rzy, ja­koby Kon­stan­tyn miał nadać pa­pie­żowi Syl­we­strowi wła­dzę ce­sar­ską. Na­wet prze­kup­nie i la­dacz­nice po­uczają w tej mie­rze uczo­nych.

Kłam­liwy czy nie, tekst zwany Do­na­cją Kon­stan­tyna oka­zał się dla ku­rii nie­zmier­nie uży­teczny, zwłasz­cza od­kąd uznano go za do­ku­ment ka­no­niczny i sta­no­wiący pod­stawę do roz­strzy­gnięć praw­nych. Opi­sy­wał, jak to pa­pież Syl­we­ster na­uczał ce­sa­rza Kon­stan­tyna, na­wró­cił go na praw­dziwą wiarę oraz ule­czył z trądu, sym­bo­li­zu­ją­cego grze­chy po­gań­stwa. Ce­sarz od­wdzię­czył się, na­da­jąc bi­sku­powi Rzymu zwierzch­ność nad in­nymi po­tęż­nymi i sta­ro­żyt­nymi ośrod­kami chrze­ści­jań­stwa - bi­skup­stwami Alek­san­drii, An­tio­chii, Kon­stan­ty­no­pola oraz Je­ro­zo­limy - czy­niąc go zwierzch­ni­kiem ca­łej chrze­ści­jań­skiej eku­meny, za naj­waż­niej­szą świą­ty­nię chrze­ści­jań­stwa uznał zaś Ba­zy­likę Świę­tego Jana na La­te­ra­nie. Przy­znał rów­nież pa­pie­żowi prawo do no­sze­nia ko­rony ce­sar­skiej, czym Syl­we­ster skrom­nie wzgar­dził na rzecz bia­łej czapki oraz pur­pu­ro­wego płasz­cza i tu­niki. Przede wszyst­kim jed­nak dał mu wła­dzę nad Rzy­mem oraz mia­stami i pro­win­cjami Ita­lii oraz ca­łego Za­chodu.

- Od­tąd nad Za­cho­dem miał pa­no­wać pa­pież - cheł­pili się rzy­mia­nie - a ce­sarz miał usu­nąć się w cień i wy­bu­do­wać so­bie nową sto­licę na Wscho­dzie.

Nic dziw­nego, że Do­na­cja Kon­stan­tyna była przez wieki po wie­lo­kroć pod­wa­żana i kon­te­sto­wana przez ce­sa­rzy oraz kró­lów, jak rów­nież bi­sku­pów, któ­rzy na so­bo­rach for­so­wali inną, ko­le­gialną i du­chową, wi­zję Ko­ścioła. Wśród jej kry­ty­ków byli tacy my­śli­ciele, jak Wil­helm Ockham, Dante czy Mi­ko­łaj z Kuzy, który na so­bo­rze w Ba­zy­lei do­wo­dził, że de­kret jest apo­kry­fem. Naj­gwał­tow­niej­szy atak przy­pu­ścił na do­ku­ment wło­ski hu­ma­ni­sta Lo­renzo Valla, do­wo­dząc z za­pa­łem w 1440 roku, że Do­na­cja Kon­stan­tyna jest nie­cnym fał­szer­stwem i spro­wa­dza je­dy­nie chaos i wojny na roz­drob­nioną Ita­lię.

- O, gdy­bym mógł do­cze­kać cza­sów, kiedy pa­pież bę­dzie je­dy­nie na­miest­ni­kiem Chry­stusa, a nie także ce­za­rem! - la­men­to­wał.

Valla z bru­talną za­ja­dło­ścią wy­rzu­cał pa­pie­żom, że wy­dają wojny spo­koj­nym lu­dom i sieją nie­zgodę po­mię­dzy na­ro­dami i ksią­żę­tami, że pra­gną bo­gac­twa in­nych, trwo­niąc przy tym wła­sne, a jako źró­dło za­robku wy­ko­rzy­stują nie tylko swoje pań­stwo, lecz na­wet Ko­ściół i Du­cha Świę­tego. Nie ośmie­lił się jed­nak ogło­sić swego dzieła dru­kiem. Spod pras wy­szło ono kilka de­kad póź­niej, w 1506 roku w Stras­burgu, ki­pią­cym już od re­li­gij­nej go­rączki, z któ­rej nie­ba­wem miał się wy­ło­nić pro­te­stan­tyzm.

Co za­bawne, w prze­ci­wień­stwie do nie­miec­kich ewan­ge­li­ków, któ­rzy mieli z roz­ko­szą cy­to­wać jego je­re­miady, Valla nie był wcale prze­ciw­ni­kiem rzym­skiego Ko­ścioła. Na­le­żał po pro­stu do tłumu wy­głod­nia­łych hu­ma­ni­stów do wy­na­ję­cia, szu­ka­ją­cych szczę­ścia na kró­lew­skich dwo­rach i ubie­ra­ją­cych w gład­kie frazy no­wej ła­ciny po­trzeby swo­ich mo­co­daw­ców. De­ma­ska­tor­ski trak­tat na­pi­sał na za­mó­wie­nie króla Al­fonsa V Ara­goń­skiego, który, wzo­rem wielu wcze­śniej­szych mo­nar­chów, pró­bo­wał pod­wa­żyć dok­trynę zwierzch­no­ści pa­pieża nad ziem­skimi wład­cami w chwili, gdy pa­pież po­pie­rał jego ry­wala do tronu. Nie­mniej Valla nie gar­dził ku­rią ani tym bar­dziej do­cze­snymi do­brami, które ku­ria miała do za­ofe­ro­wa­nia. Za­nim roz­po­czął ka­rierę na ne­apo­li­tań­skim dwo­rze króla Al­fonsa, sta­rał się - na próżno - o po­sadę pa­pie­skiego se­kre­ta­rza. Do­piero w osiem lat po opu­bli­ko­wa­niu Do­na­cji Kon­stan­tyna i po se­rii upo­ka­rza­ją­cych za­bie­gów u kar­dy­na­łów zdo­łał wresz­cie uzy­skać upra­gniony urząd. Zo­stał na­wet ka­no­ni­kiem Ba­zy­liki Świę­tego Jana na La­te­ra­nie.

- A jesz­cze nie­dawno de­nun­cjo­wał w tym swoim pasz­kwilu Ba­zy­likę La­te­rań­ską jako "serce fał­szy­wej do­na­cji" - kpili za jego ple­cami kon­ku­renci do pa­pie­skich sy­ne­kur.

Ży­cie bywa prze­wrotne. Prze­dziwny ka­prys losu spra­wił, że osta­tecz­nie Valla zo­stał po­cho­wany w świą­tyni, któ­rej por­tyk zdo­biły od XII wieku po­staci pa­pieża i ce­sa­rza, wspól­nie uno­szą­cych rze­komy de­kret.

W 1492 roku zgro­ma­dzeni w ka­plicy Syk­styń­skiej kar­dy­na­ło­wie nie roz­my­ślali jed­nak nad dziw­nymi ko­le­jami losu Lo­renza Valli, tylko pod fre­skiem Pie­tra Pe­ru­gina, przed­sta­wia­ją­cym św. Pio­tra otrzy­mu­ją­cego od Chry­stusa klu­cze do kró­le­stwa, mo­zo­lili się nad wy­bo­rem, komu te klu­cze te­raz prze­ka­zać. Wielu są­dziło, że wy­ło­nie­nie no­wego Wi­ka­riu­sza Chry­stusa jest sprawą zbyt po­ważną, by po­wie­rzać ją wy­łącz­nie Du­chowi Świę­temu.

- Nie bę­dziesz przyj­mo­wał po­dar­ków, po­nie­waż po­darki za­śle­piają do­brze wi­dzą­cych - prze­strze­gali ka­zno­dzieje.

Na próżno. Pod­czas kon­klawe uli­cami Wiecz­nego Mia­sta za­zwy­czaj drep­tały muły ob­ju­czone sre­brem i zło­tem, a w kan­to­rach ban­ko­wych li­czono go­to­wi­znę zde­po­no­waną na po­trzeby nie­zbęd­nych ła­pó­wek. Ku­po­wano głosy i przy­sługi, roz­da­wano złoto, za­szczyty i obiet­nice. Mo­nety prze­cho­dziły z rąk do rąk, a po­nad nimi nie­po­strze­że­nie kry­sta­li­zo­wało się imię przy­szłego naj­wyż­szego ka­płana oraz kształt pa­pie­skiego dworu, je­śli nie ca­łego chrze­ści­jań­stwa.

- Wszystko jest na sprze­daż, na­wet na­tchnie­nie Du­cha Świę­tego - kwi­to­wała rzym­ska ulica.

W 1492 roku naj­lep­szym kup­cem oka­zał się, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie, kar­dy­nał Ro­drigo Bor­gia.

BOR­GIO­WIE na­le­żeli do drob­nego ry­cer­stwa i nie szczy­cili się żad­nymi wy­jąt­ko­wymi pa­ran­te­lami. Po pro­stu wy­jąt­kowo do­brze wy­ko­rzy­sty­wali oka­zje.

Jego ro­dzina wy­wo­dziła się z Hisz­pa­nii, z mia­sta Yátiva nie­opo­dal Wa­len­cji, i od dawna słu­żyła kró­lom Ara­go­nii. Żeby do­dać so­bie god­no­ści, Bor­gio­wie, wzo­rem wiel­kich ro­dów epoki, sfa­bry­ko­wali ro­do­wód się­ga­jący Ju­liu­sza Ce­zara, który przed wie­kami peł­nił urząd kwe­stora Hisz­pa­nii. Ale po­kre­wień­stwo z naj­więk­szym z rzym­skich wład­ców nie za­spo­ko­iło ich am­bi­cji. W przy­szło­ści pe­wien po­my­słowy do­mi­ni­ka­nin, An­nius z Vi­terbo, miał na­pi­sać dla Ro­driga nową ge­ne­alo­gię, wy­wo­dząc go od egip­skiego boga Ozy­rysa, co wy­daje się prze­sa­dzo­nym kom­ple­men­tem na­wet w ustach ów­cze­snych dwor­skich apo­lo­ge­tów. W rze­czy­wi­sto­ści Bor­gio­wie na­le­żeli do drob­nego ry­cer­stwa i nie szczy­cili się żad­nymi wy­jąt­ko­wymi pa­ran­te­lami. Po pro­stu wy­jąt­kowo do­brze wy­ko­rzy­sty­wali oka­zje.

Ro­drigo zro­bił bły­ska­wiczną ka­rierę w Ko­ściele dzięki pro­tek­cji wuja, Alonsa Bor­gii, który jako pa­pież Ka­likst III sze­roko otwo­rzył bramy Rzymu dla swych krew­nych, przy­ja­ciół oraz ro­da­ków. Ogrom­nie obu­rzył tym ro­do­wi­tych rzy­mian. Po praw­dzie elity Wiecz­nego Mia­sta zdą­żyły przy­wyk­nąć do roz­licz­nych pa­pie­skich po­ciot­ków czer­pią­cych obu­rącz ze zło­to­no­śnych za­so­bów ku­rii, ale gor­szyło je, kiedy po bo­gac­twa pa­pie­stwa się­gali cu­dzo­ziemcy.

- Po cóż mają się bo­ga­cić obcy, skoro mogą się bo­ga­cić swoi - po­wta­rzali od­wieczną mą­drość że­bracy, z dziada pra­dziada prze­sia­du­jący pod por­ty­kami rzym­skich ko­ścio­łów i z jed­naką ła­two­ścią osku­bu­jący pąt­ni­ków, co i pod­bie­ra­jący datki sprzed oł­ta­rzy, bo mieli szczere prawo, by trak­to­wać Sto­licę Pio­trową jak jedną wielką sa­kiewkę i się­gać do niej we­dle woli. - Cu­dzo­ziemcy po­winni przy­no­sić do mia­sta bo­gac­twa, a nie wy­wo­zić je precz.

- Bor­gio­wie tylko udają Ka­ta­loń­czy­ków - po­sy­ki­wali za­zdro­śni ku­ria­li­ści, gdyż w tam­tych cza­sach w Rzy­mie po­wszech­nie na­zy­wano Hisz­pa­nów Ka­ta­loń­czy­kami - ale w rze­czy­wi­sto­ści to par­szywi ży­dzi, mor­dercy na­szego Pana.

- Nie­któ­rym - mam­ro­tały rzym­skie prze­kupki - na przy­kład tym pa­skud­nym ka­ta­loń­skim prze­chrztom, po­winno się pod­grzać za­dki do­brze roz­nie­co­nym sto­sem.

Jed­nakże w so­botni po­ra­nek 11 sierp­nia 1492 roku szczę­ście uśmiech­nęło się do Ro­driga Bor­gii. Wy­bór kar­dy­na­łów przy­jął z wro­dzo­nym wdzię­kiem, o któ­rym wspo­mi­nało zresztą póź­niej wielu jego współ­cze­snych. Na­wet udał za­wsty­dze­nie i zdzi­wie­nie, choć w rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo ciężko za­pra­co­wał na de­cy­zję kon­klawe.

- Bor­gia zdo­był pa­pie­stwo dzięki wy­ła­do­wa­nym sre­brem mu­łom, które ka­zał wy­pra­wić do pa­łacu kar­dy­nała Asca­nia Sfo­rzy - plot­ko­wała rzym­ska ulica. - Sfo­rza, jak drugi Ju­dasz, sprze­dał pa­pie­stwo za garść srebr­ni­ków.

Ale mó­wiło się rów­nież, że król Fran­cji Ka­rol VIII Wa­le­zjusz prze­zna­czył 200 ty­sięcy du­ka­tów na ła­pówki dla lu­dzi go­to­wych po­przeć jego kan­dy­data, Giu­liana della Ro­ve­rego. Fran­cu­skie du­katy, je­żeli rze­czy­wi­ście zmie­niały wła­ści­cieli, oka­zały się jed­nak mniej sku­teczne niż sre­bro Bor­giów.

- Sfo­rzo­wie to sprze­dajni zdrajcy. - Rzym­scy pa­try­cju­sze z po­gardą wy­dy­mali wargi. - Stary Sfo­rza sprze­da­wał swój miecz każ­demu, kto do­brze za­pła­cił, jego syn sprze­da­wał swo­ich przy­ja­ciół, a kar­dy­nał Asca­nio sprze­dał się za cenę urzędu wi­ce­kanc­le­rza.

Inni pur­pu­raci skłonni po­przeć Bor­gię także nie mieli po­wo­dów do na­rze­kań.

- Za­raz po wy­bo­rze pa­pież roz­dzie­lił swój ma­ją­tek po­mię­dzy bied­nych - skwi­to­wał zło­śli­wie je­den ze współ­cze­snych.

Ale zło­śli­wo­ści nie­wiele mo­gły zmie­nić. Kon­klawe zbyt czę­sto oka­zy­wało się po­datne na ziem­skie wpływy, by do­świad­czeni ku­ria­li­ści na­prawdę gor­szyli się za­cho­wa­niem Bor­gii. Re­ago­wało za­równo na wrza­ski rzym­skiego plebsu, jak i na żą­da­nia ościen­nych kró­lów, któ­rzy po­przez re­pre­zen­tan­tów swo­ich na­cji usi­ło­wali for­so­wać wła­sne in­te­resy bądź kształ­to­wać pa­pie­stwo we­dług wła­snych wy­obra­żeń. Na­wet Giu­liano della Ro­vere, wielki prze­grany kon­klawe i za­ja­dły wróg Bor­gii, przy­łą­czył się do naj­sil­niej­szej par­tii.

Kiedy Bor­gia ogło­sił, że przyj­muje wy­bór i obiera imię Alek­san­dra VI, dziar­ski kar­dy­nał Fe­de­rico di San­se­ve­rino po­chwy­cił go w ra­miona i za­niósł przed oł­tarz. No­wego na­stępcę św. Pio­tra ro­ze­brano z kar­dy­nal­skich szat, które zgod­nie ze zwy­cza­jem roz­dzie­lono po­mię­dzy uczest­ni­ków kon­klawe, po czym prze­ka­zano mu pier­ścień Ry­baka. Na­stęp­nie każdy z elek­to­rów pod­cho­dził do Alek­san­dra VI i ca­ło­wał go trzy­krot­nie: w stopy, ręce oraz oczy.

Pa­pieża ob­rano jed­no­gło­śnie. Kar­dy­na­ło­wie wo­leli za­gło­so­wać na ry­wala, niż do­znać po­rażki.

Fe­de­rico di San­se­ve­rino nie był zaś od­osob­niony w swoim en­tu­zja­zmie. We­dle współ­cze­snych re­la­cji wy­bór Bor­gii wy­wo­łał wielką ra­dość. Rzy­mia­nie i ku­ria­li­ści zdą­żyli wy­ro­bić so­bie o nim zda­nie, bo no­sił kar­dy­nal­ski ka­pe­lusz od paru de­kad i dał się po­znać jako zręczny za­rządca oraz uta­len­to­wany dy­plo­mata. Poza tym miał tylko nieco po­nad sześć­dzie­siąt lat.

- Cie­szy się do­brym zdro­wiem - roz­no­sili plotki mnisi z że­bra­czych za­ko­nów - i ma znacz­nie wię­cej ener­gii niż jego po­przed­nik, który od dawna nie­do­ma­gał. Może też jego sy­no­wie są mniej roz­pa­sku­dzeni niż ten nie­cnota Fran­ce­schetto, syn In­no­cen­tego.

Człon­ko­wie ku­rii mieli na­dzieję, że Ro­drigo, jako cu­dzo­zie­miec po­zba­wiony na ziemi wło­skiej zo­bo­wią­zań, in­te­re­sów oraz gro­mady krew­nych i po­wi­no­wa­tych, sta­nie się ar­bi­trem w do­raź­nych po­li­tycz­nych kon­flik­tach i nie bę­dzie usi­ło­wał stwo­rzyć wła­snego pań­stwa z pa­pie­skich po­sia­dło­ści. Pod­nio­sły się oczy­wi­ście głosy, że Bor­gia za­wdzię­cza swój wy­bór nie­pra­wo­ści oraz prze­kup­stwu, ale rzy­mia­nie do­brze ro­zu­mieli, że wię­cej się osią­gnie mio­dem niźli octem i nie dzi­wili się prze­sad­nie ła­pow­nic­twu. Kró­lowa Iza­bela Ka­sty­lij­ska była po­noć bar­dziej pryn­cy­pialna i wy­ra­żała nie­za­do­wo­le­nie z po­wodu nie­mo­ral­no­ści elekta, lecz pa­pie­ski le­gat, opo­wie­dziaw­szy jej o wy­stęp­kach in­nych kan­dy­da­tów, szybko po­ko­nał jej opór.

Rzym miał więc no­wego pa­pieża, a ko­le­gium kar­dy­nal­skie oka­zy­wało swoją jed­ność oraz ra­dość z pod­ję­tego wy­boru, choć nie­któ­rzy za­pewne ro­bili to z za­ci­śnię­tymi zę­bami.

Rzecz ja­sna wszy­scy wie­dzieli, że nowy pon­ti­feks ma gro­madkę nie­ślub­nych dzieci. Osta­tecz­nie cho­wały się w cie­niu pa­łacu wa­ty­kań­skiego, a Rzym po­zo­sta­wał w tam­tych cza­sach nie­wielką mie­ściną i trudno w nim było za­cho­wać taką rzecz w se­kre­cie.

- Lecz który ich nie ma? - śmiały się do­bro­dusz­nie prze­kupki i żony maj­strów ka­mie­niar­skich, bo pod ko­niec XV wieku nie­ślubne po­tom­stwo nie było w ko­le­gium kar­dy­nal­skim ni­czym nad­zwy­czaj­nym.

Pra­cu­jąca dziew­czyna

Za­zwy­czaj Van­nozzę oce­niano wy­łącz­nie przez pry­zmat jej związku z Ro­dri­giem Bor­gią. Spra­gnieni sen­sa­cji pi­sa­rze i twórcy kul­tury ma­so­wej oskar­żali ją o naj­roz­ma­it­sze nik­czem­no­ści, uza­sad­nia­jąc jej zgub­nym wpły­wem póź­niej­sze wy­stępki pa­pie­skich sy­nów. Przy­pi­sy­wano jej za­chłan­ność, lu­bież­ność, tru­ci­ciel­skie skłon­no­ści i spo­rzą­dza­nie na­po­jów mi­ło­snych. Tym­cza­sem ży­cie Van­nozzy było wy­star­cza­jąco nie­zwy­kłe i bez ta­kich wy­du­ma­nych ozdob­ni­ków. Ow­szem, zgro­ma­dziła pewne środki w al­ko­wie kar­dy­nała, lecz zwie­lo­krot­niła je już dzięki wła­snej ener­gii i pra­co­wi­to­ści. Hi­sto­ria trzech mał­żeństw Van­nozzy jest za­ra­zem hi­sto­rią świa­do­mego i kon­se­kwent­nego po­mna­ża­nia ma­jątku, in­we­sto­wa­nia w nie­ru­cho­mo­ści i bu­do­wa­nia ho­te­lo­wego im­pe­rium w spo­łe­czeń­stwie, które nie opie­rało się na sa­mo­dziel­no­ści i przed­się­bior­czo­ści ko­biet.

Suk­ces Van­nozzy trzeba wi­dzieć jako część hi­sto­rii Rzymu, prze­ży­wa­ją­cego w XV wieku nie­zwy­kły boom urba­ni­styczny. Od po­wrotu pa­pie­stwa z nie­woli awi­nioń­skiej do po­czątku XVI wieku jego po­pu­la­cja wzro­sła po­nad dwu­krot­nie. Na uli­cach, wraz z ro­do­wi­tymi rzy­mia­nami, kłę­bili się piel­grzymi po­cho­dzący z naj­dal­szych krań­ców Eu­ropy, do tego pe­tenci, mnisi, księża, do­stoj­nicy ko­ścielni, dwo­rza­nie i słu­dzy pa­pieża oraz or­szaki kar­dy­na­łów, po­sło­wie i am­ba­sa­do­ro­wie mo­nar­chów czy wiel­kich pa­nów, a także kupcy i ban­kie­rzy na usłu­gach ku­rii. Wszyst­kich ich trzeba było wy­ży­wić i za­kwa­te­ro­wać. Pięt­na­sto­wieczni pa­pieże nie po­dźwi­gnęli jesz­cze z ruin swo­ich daw­nych re­zy­den­cji ani nie wy­bu­do­wali no­wych pięk­nych pa­ła­ców, nie byli więc w sta­nie ugo­ścić na­wet naj­do­stoj­niej­szych go­ści.

Miejsc dla przy­by­szów po­szu­ki­wano szcze­gól­nie w la­tach ju­bi­le­uszo­wych. Jak za­świad­cza współ­cze­sny kro­ni­karz, w roku 1450 piel­grzy­mom bra­ko­wało chleba i miejsc noc­le­go­wych, tak że nie­któ­rzy z nich mu­sieli sy­piać w przy­ulicz­nych pod­cie­niach lub win­ni­cach. By­strzy rzy­mia­nie - oraz rzy­mianki - na­tych­miast do­strze­gli w tym nie­do­bo­rze szansę. W związku z roz­wi­ja­ją­cym się ru­chem piel­grzym­ko­wym i roz­bu­dową mia­sta nie­ru­cho­mo­ści sta­wały się bez­pieczną i zy­skowną in­we­sty­cją, więc z roku na rok za­częło ich przy­by­wać.

Ho­tele czę­sto ofe­ro­wały miej­sca noc­le­gowe wraz z wy­ży­wie­niem. Nad ich bra­mami umiesz­czano spe­cjalne znaki, ma­jące zwa­bić go­ści i prze­ko­nać ich, że wśród mo­rza rzym­skich ruin i ru­der oraz po­mimo zwy­cza­jo­wych oszustw i ho­te­lar­skiego zdzier­stwa aku­rat tu­taj mają do czy­nie­nia z sza­cow­nym i uczci­wym do­mo­stwem. Nie­które były tak prze­stronne i kom­for­towe, że pa­pież kwa­te­ro­wał w nich swo­ich go­ści.

W 1469 roku nie­opo­dal Campo di Fiori, w pew­nym ho­telu na­le­żą­cym do nie­ja­kiej Rity de Ca­lvi, owdo­wia­łej szlach­cianki, umiesz­czono 28 go­ści i 26 koni z or­szaku ce­sa­rza Fry­de­ryka III Habs­burga. W tym sa­mym ho­telu w 1471 roku za­kwa­te­ro­wano or­szak Borsa d'Este, mar­kiza Fer­rary, pod­czas jego spek­ta­ku­lar­nej piel­grzymki do Rzymu. Ale zda­rzało się rów­nież, że pa­pież prze­zna­czał dla swo­ich go­ści ho­tele pro­wa­dzone przez ko­biety niż­szego rodu. Naj­wy­raź­niej sama płeć wła­ści­cie­lek nie sta­no­wiła dla niego żad­nej prze­szkody.

- Każ­demu, na­wet ce­sa­rzowi, za­leży po pro­stu na smacz­nych po­sił­kach, po­jem­nych staj­niach, świe­żej po­ścieli i do­brze wy­peł­nio­nych ma­te­ra­cach - ko­men­to­wały do­bro­tli­wie rzym­skie mieszczki.

Cho­ciaż w XV wieku ko­biety we Wło­szech, po­dob­nie jak w ca­łej Eu­ro­pie, miały ogra­ni­czone prawa, losy ho­te­la­rek do­wo­dzą, że przy sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach rzut­kie nie­wia­sty po­tra­fiły spraw­nie i na wła­sny ra­chu­nek za­rzą­dzać ma­jąt­kiem, a na­wet go po­mna­żać. We wło­skich mia­stach żony za­cho­wy­wały od­rębną oso­bo­wość prawną i wła­sne fi­nanse, zwłasz­cza je­śli po­sia­dały środki z po­przed­nich mał­żeństw lub do­stały je w spadku po mat­kach albo in­nych krew­nych. Nie od­po­wia­dały za długi mał­żon­ków, to­też ma­gi­straty nie­kiedy pro­siły je o po­twier­dza­nie mę­żow­skich zo­bo­wią­zań. Ale roz­dziel­ność ma­jąt­kowa miała swoją cenę. Żony nie dzie­dzi­czyły po mę­żach. Ro­dzinny ma­ją­tek tra­fiał do dzieci lub in­nych człon­ków rodu mał­żonka. Lecz mąż rów­nież nie mógł prze­jąć ma­jątku żony. Co prawda pod­czas trwa­nia mał­żeń­stwa to on ob­ra­cał po­sa­giem, ale po owdo­wie­niu, po uzna­niu mał­żeń­stwa za nie­ważne lub w trak­cie se­pa­ra­cji żona - nie­kiedy z po­mocą pań­stwa, bo w We­ne­cji wy­so­kość po­sa­gów za­pi­sy­wano w re­je­strach pań­stwo­wych - mo­gła żą­dać wy­płaty ca­łej kwoty.

Od ko­biet ocze­ki­wano, że będą sta­ran­nie za­rzą­dzały go­spo­dar­stwem do­mo­wym, co obej­mo­wało rów­nież wy­da­wa­nie i oszczę­dza­nie pie­nię­dzy, ale przede wszyst­kim łą­czyło się z dba­ło­ścią o wszyst­kich do­mow­ni­ków oraz go­ści. Być może dla­tego z przy­chyl­no­ścią spo­glą­dano wów­czas na nie­wia­sty pro­wa­dzące ho­tele i ta­werny, wi­dząc w tej dzia­łal­no­ści roz­sze­rze­nie tra­dy­cyj­nej roli go­spo­dyni i pani domu. Ko­biece in­we­sty­cje w ho­tele nie były bo­wiem wy­łącz­nie rzym­ską spe­cjal­no­ścią. Po­dob­nie działo się w in­nych mia­stach, na przy­kład w Ne­apolu. Poza tym nie­ru­cho­mo­ści wy­da­wały się bez­pieczną formą in­we­sto­wa­nia, tak jak po­ży­cza­nie pie­nię­dzy pań­stwu, w czym rów­nież ko­biety miały znaczny udział. W XIV-wiecz­nej Ge­nui sta­no­wiły one aż dwie trze­cie jego wie­rzy­cieli.

- Pa­trio­tyzm jest cnotą - kon­sta­to­wały przed­się­bior­cze ge­nu­enki - zwłasz­cza je­śli to­wa­rzy­szy mu 8 pro­cent zy­sku rocz­nie.

Van­nozza wy­naj­mo­wała i na­by­wała nie­ru­cho­mo­ści przez dwie de­kady. In­we­sto­wała głów­nie w po­bliżu Campo di Fiori, czyli w oko­licy bę­dą­cej wów­czas cen­trum tu­ry­styki re­li­gij­nej, bo wła­śnie tam naj­czę­ściej za­trzy­my­wali się piel­grzymi od­wie­dza­jący sto­licę chrze­ści­jań­skiego świata. Jej naj­więk­szy dom był kil­ku­pię­trowy. Na par­te­rze miał po­miesz­cze­nia użyt­kowe: sklep z mię­sem, sklep z bu­tami, sklep z wi­nem, za­kład fry­zjer­ski. Ra­zem z trze­cim mę­żem we­szła też w po­sia­da­nie win­nicy po­ło­żo­nej za mu­rami miej­skimi - za­pewne dla ko­rzy­ści, ale i dla pre­stiżu oraz wła­snej przy­jem­no­ści, po­nie­waż za­możni miesz­cza­nie chęt­nie wy­po­czy­wali w ta­kich po­sia­dło­ściach. Naj­czę­ściej jed­nak na­by­wała domy. Za ży­cia Carla za­częła wy­naj­mo­wać piel­grzy­mom po­koje, za­pewne ze śnia­da­niem, i kon­ty­nu­owała tę dzia­łal­ność po jego śmierci w 1503 roku. Sza­cuje się, że pod ko­niec XV wieku była wła­ści­cielką 10 pro­cent miejsc noc­le­go­wych wo­kół Campo di Fiori i jedną z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ko­biet in­te­resu w mie­ście.

Wśród osób, które pa­rały się taką dzia­łal­no­ścią, Van­nozza była w sy­tu­acji szcze­gól­nej. Jako ko­chanka wpły­wo­wego kar­dy­nała, a po­tem pa­pieża mo­gła li­czyć na jego przy­chyl­ność, radę i być może także na re­alną po­moc. Nie­wy­klu­czone, że Ro­drigo za­chwa­lał jej ho­tele i kie­ro­wał do niej pa­pie­skich go­ści, co da­wało pewny zysk, bo ku­ria była wy­pła­calna i po­kry­wała koszty ich za­kwa­te­ro­wa­nia. Ale samo po­par­cie pa­pieża nie tłu­ma­czy jej suk­cesu. Ro­drigo miał jesz­cze kil­koro in­nych nie­ślub­nych dzieci, lecz nie sły­chać, by ich matki in­we­sto­wały w grunty i rok po roku po­więk­szały swój stan po­sia­da­nia. Van­nozza po pro­stu umiała za­ra­biać. Jak się miało oka­zać, córka odzie­dzi­czyła po niej żyłkę do in­te­re­sów.

Po śmierci trze­ciego męża Van­nozza nie szu­kała ko­lej­nego związku. Po­zo­stała wdową, ale za­częła pod­pi­sy­wać się Van­nozza Cat­ta­nei de Bor­gia, jaw­nie przy­zna­jąc się do związku z pa­pie­żem. Z cza­sem sta­wała się co­raz bar­dziej na­bożna: albo z po­trzeby serca, albo świa­do­mie bu­du­jąc wi­ze­ru­nek sza­cow­nej wdowy. Hoj­nie ob­da­ro­wy­wała in­sty­tu­cje ko­ścielne. Swój naj­więk­szy ho­tel po­da­ro­wała szpi­ta­lowi San Sa­lva­dore. Jemu też za­pi­sała w te­sta­men­cie po­zo­stały ma­ją­tek, cał­ko­wi­cie po­mi­ja­jąc córkę Lu­kre­cję, pod­ów­czas po­wszech­nie sza­no­waną księżnę Fer­rary.

Umarła w 1518 roku, prze­żyw­szy ko­chanka i wszyst­kich sy­nów; Rzym po­że­gnał ją bar­dzo uro­czy­ście, nie­mal jak kar­dy­nała.

- Ode­szła wielka pani - wzdy­chano. - Je­dyna w swoim ro­dzaju.

Być może rzym­ski po­polo po­sta­no­wił uczcić w niej jedną ze swo­ich: ple­be­juszkę, która, jak całe mia­sto, po­dźwi­gnęła się z ni­zin, od­nio­sła nie­wy­obra­żalny suk­ces i zo­ba­czyła swoje dzieci wśród naj­więk­szych epoki, a nie­szczę­ścia przyj­mo­wała z god­no­ścią i w mil­cze­niu, któ­rego po wielu wie­kach nie da się już zła­mać. Je­dy­nie we­necki hi­sto­ryk i se­na­tor Ma­rino Sa­nuto z przy­ganą od­no­to­wał tę pompę, nie­sto­sowną, jak pi­sał, dla ko­biety, która dzie­liła łoże z pa­pie­żem. Ale cóż o Van­noz­zie, tej nie­zwy­kłej córce rzym­skiego ma­la­rza, mógł wie­dzieć czło­wiek, który całe swoje ży­cie spę­dził wśród czci­god­nych ksiąg; czło­wiek, który co prawda sam do­cho­wał się dwóch nie­ślub­nych có­rek, lecz wo­lał ży­cie opi­sy­wać, za­miast czer­pać z niego gar­ściami?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Kur­ty­zana, czyli nie­rząd­nica uczciwa

Dzięki życz­li­wo­ści wuja pa­pieża Ro­drigo Bor­gia zo­stał kar­dy­na­łem w wieku dwu­dzie­stu sze­ściu lat. Współ­cze­śni zgod­nie pod­kre­ślali jego wy­jąt­kowe kom­pe­ten­cje in­te­lek­tu­alne, urok i zręcz­ność dy­plo­ma­tyczną. Poza tym umiał się do­pa­so­wy­wać. Po­zo­stał w kręgu wła­dzy także za ko­lej­nych pa­pieży: Piusa II, Pawła II, Syk­stusa IV i In­no­cen­tego VIII. Wszy­scy wi­dzieli w nim lo­jal­nego i kom­pe­tent­nego współ­pra­cow­nika.

Acz­kol­wiek nie żył jak mnich. Kiedy po­znał Van­nozzę, naj­słyn­niej­szą ze swo­ich ko­cha­nek, matkę Ce­sa­rego i Lu­kre­cji, od de­kady był już wi­ce­kanc­le­rzem pa­pie­skim. Sta­no­wi­sko dało mu za­równo ogromne wpływy, wy­kra­cza­jące da­leko poza pań­stwo pa­pie­skie, jak i po­tężny ma­ją­tek, któ­rym po­tra­fił się cie­szyć. Opi­sy­wano go jako pięk­nego, mło­dego męż­czy­znę, elo­kwent­nego i cza­ru­ją­cego.

- Przy­cią­gał ko­biety jak ma­gnes opiłki i sam rów­nież nie po­tra­fił się im oprzeć - za­no­to­wał nie bez apro­baty XV-wieczny hu­ma­ni­sta Ga­spare da Ve­rona.

Nie wszy­scy byli rów­nie po­błaż­liwi. W 1460 roku Ro­drigo tak szam­pań­sko ba­wił się w Sie­nie z miej­sco­wymi pięk­no­ściami, że zgor­szony pa­pież Pius II na­pi­sał do niego list, wzy­wa­jąc kar­dy­nała do opa­mię­ta­nia.

- Na­wet po­dró­żu­jąc, zwykł za­bie­rać ze sobą ko­biety w mę­skim prze­bra­niu - ob­ma­wiano go ty­leż z przy­ganą, co za­zdro­ścią.

Re­pu­ta­cja Ro­driga spra­wiła, że Van­nozzę czę­sto uznaje się za jedną z la­dacz­nic, ja­kie za­lud­niały w tam­tych cza­sach ulice Rzymu i szu­kały za­robku na pa­pie­skim dwo­rze oraz w tłu­mie pąt­ni­ków. Nie ma jed­nak na to żad­nych do­wo­dów. Nie ma też do­wo­dów, by poza kar­dy­na­łem miała in­nych ko­chan­ków. Jak to zwy­kle wów­czas by­wało, w ta­kim związku wier­ność obo­wią­zy­wała tylko jedną ze stron. Ro­drigo nie był mo­no­ga­mi­stą, co­kol­wiek mia­łoby to zna­czyć w przy­padku kar­dy­nała. Jed­nakże po­mimo roz­licz­nych mi­ło­stek i choć miał dzieci z in­nymi ko­chan­kami, da­rzył Van­nozzę dłu­go­trwa­łym i cie­płym przy­wią­za­niem.

W tam­tych cza­sach Wieczne Mia­sto, ko­lebka eu­ro­pej­skiego chrze­ści­jań­stwa, od cza­sów św. Pio­tra uświę­cone nie­zli­czo­nymi re­li­kwiami, było za­ra­zem wiel­kim i prze­bo­ga­tym w roz­rywki lu­pa­na­rem. Piel­grzymi nie przy­by­wali do pa­pie­skiej sto­licy wy­łącz­nie z po­boż­no­ści. Także pur­pu­raci chęt­nie szu­kali ko­bie­cego to­wa­rzy­stwa, bo wszak wielu z nich wy­cho­wało się na re­ne­san­so­wych dwo­rach, gdzie świet­nie wy­kształ­cone ko­biety peł­niły istotne funk­cje ad­mi­ni­stra­cyjne i to­wa­rzy­skie. Pra­gnąc za­tem ko­bie­cej bli­sko­ści, po­wszech­nie utrzy­my­wali nie­le­galne, acz cał­kiem jawne i wręcz ofi­cjalne na­łoż­nice.

Pięt­na­sto­wieczny kro­ni­karz Ste­fano In­fes­sura, który jako se­kre­tarz rzym­skiego se­natu był wy­jąt­kowo do­brze po­in­for­mo­wany, uwiecz­nił uro­kliwą aneg­dotę o tym, jak to wi­ka­riusz pa­pie­ski Gia­como Botta wy­dał w roku 1490 de­kret, za­ka­zu­jąc pod groźbą eks­ko­mu­niki oraz, co gor­sza, utraty wszel­kich pre­bend i za­szczy­tów utrzy­my­wa­nia kon­ku­bin. Kiedy wieść o tym do­tarła do pa­pieża In­no­cen­tego VIII, zbesz­tał swo­jego wi­ka­riu­sza srogo i na­ka­zał mu na­tych­miast wy­co­fać de­kret, tłu­ma­cząc, że kon­ku­bi­nat wcale nie jest za­bro­niony. Z tego po­wodu, skwi­to­wał ką­śli­wie In­fes­sura, w Rzy­mie nie było ani jed­nego ka­płana, który nie utrzy­my­wałby na­łoż­nicy.

- Nie przyj­mo­wał­bym kur­ty­zany Por­tii ani bym jej nie od­wie­dzał - tłu­ma­czył się w po­ło­wie XVI wieku, kiedy oby­czaje sta­wały się su­row­sze, przy­dy­bany o po­ranku z la­dacz­nicą bi­skup Po­li­gnano - gdy­bym wie­dział, że ist­nieje w tym wzglę­dzie ja­kiś za­kaz Jego Świą­to­bli­wo­ści pa­pieża i jego mi­ni­strów, zwłasz­cza że na ca­łym dwo­rze za­uwa­ża­łem po­wszechną to­le­ran­cję dla po­dob­nego za­cho­wa­nia bi­sku­pów, kar­dy­na­łów i in­nych pra­ła­tów.

Nie zdało się to jed­nak na wiele. Bi­skupa po­zba­wiono god­no­ści i uwię­ziono. Poj­maną z nim kur­ty­zanę wy­chło­stano pu­blicz­nie i wy­gnano z pań­stwa pa­pie­skiego, co bar­dzo zdzi­wiło współ­cze­snych.

- Dziwka pła­ciła uczci­wie po­datki od swego rze­mio­sła i rze­tel­nie je wy­ko­ny­wała - ko­men­to­wali w go­spo­dach przy­kładni oj­co­wie ro­dów - i w prze­ci­wień­stwie do bi­skupa nie ła­mała żad­nych ślu­bów. Nie ma spra­wie­dli­wo­ści na tym świe­cie.

Plebs kpił, lecz swa­wole rzym­skiej ku­rii spo­ty­kały się z kry­tyką na długo przed Mar­ci­nem Lu­trem, który mia­sto znane jako Głowa Świata, Ca­put Mundi, szy­der­czo prze­zwał Anus Mundi, Za­dkiem Świata. Dla mo­ra­li­stów i ka­pła­nów ma­rzą­cych o po­wro­cie do czy­sto­ści z cza­sów apo­stol­skich wszel­kie nie­rząd­nice, czy to wy­cze­ku­jące na klien­tów na pla­cach, czy też bry­lu­jące w pa­ła­cach kar­dy­na­łów, sta­no­wiły do­wód iście ba­bi­loń­skiej nie­pra­wo­ści pa­pie­stwa. Na próżno naj­wy­bit­niejsi ka­zno­dzieje re­ne­sansu po­dej­mo­wali wy­siłki, by je na­wró­cić, stra­sząc mę­kami pie­kiel­nymi.

- Be­zecne kon­ku­biny sza­tana! Ob­lu­bie­nice dia­bła! - grzmiał ka­zno­dzieja w Ży­wo­tach kur­ty­zan nie­oce­nio­nego Pie­tra Are­tina i choć jego tekst jest na­tu­ral­nie sa­tyrą, to po­brzmie­wają w nim echa praw­dzi­wych ka­zań. - Smoki pie­kielne po­żrą wa­sze du­sze, spalą je! Cze­kają was ko­tły pełne wrzą­cej siarki, uśmie­chają się do was roz­ża­rzone do czer­wo­no­ści rożna. Roz­szar­pią was łapy de­mo­nów, które wbiją szpony w wa­sze drżące ciała, bi­czami was będą chło­stać przez całą wiecz­ność!

Dla du­chow­nych wszyst­kie la­dacz­nice były rów­nie na­ra­żone na wieczne po­tę­pie­nie. Za ży­cia jed­nak damy ne­go­cjo­wal­nej cnoty dzie­liły się na bar­dzo różne ka­te­go­rie. Na­wet w do­ku­men­tach miej­skich z po­czątku XVI wieku na­zy­wano je zgoła od­mien­nymi ter­mi­nami: cor­te­sana one­sta, cor­te­sana pu­tana, cor­te­sana da lume o da can­dela, cor­ti­sana de la mi­nor sorte. Nie wszyst­kie żyły w ten sam spo­sób.

Kur­ty­zana, czyli nie­rząd­nica uczciwa - qu­edam cor­te­giana, hoc est me­re­trix ho­ne­sta - opi­sał pewną damę w swo­jej Li­ber No­ta­rum pa­pie­ski mistrz ce­re­mo­nii Jo­han­nes Burc­khardt, co dla jego czy­tel­ni­ków stało się przy­czyn­kiem do nie­koń­czą­cych się roz­wa­żań, ja­kimże spo­so­bem nie­rząd­nica może po­zo­stać uczciwa. Zdaje się, że Burc­khardt, człek trzeźwy i z ra­cji spra­wo­wa­nego urzędu po­zba­wiony złu­dzeń, nie przy­pi­sy­wał to­wa­rzysz­kom bi­sku­pów i kar­dy­na­łów cnót, któ­rych nie po­sia­dały. Chcąc jed­nak pod­kre­ślić spe­cjalny sta­tus, jaki w XV-wiecz­nym Rzy­mie zy­skały naj­świet­niej­sze i naj­bar­dziej fe­to­wane z la­dacz­nic - dworne, pełne ogłady i nie­jed­no­krot­nie świet­nie wy­kształ­cone - okre­ślił je sło­wem cor­te­giana, co pier­wot­nie zna­czyło damę dworu. Po­dob­nie my­ślał Pie­tro Are­tino, który w swych słyn­nych Ży­wo­tach kur­ty­zan na­pi­sał, że kur­ty­zana jest la­dacz­nicą w łóżku, a damą wszę­dzie in­dziej. Z ko­lei w li­ście do zna­nej we­nec­kiej kur­ty­zany An­geli Zaf­fetty kom­ple­men­to­wał ad­re­satkę, że nie zdra­dza ani nie po­py­cha męż­czyzn do za­zdro­ści, jest dys­kretna, mą­dra, piękna, nie plot­kuje, nie kła­mie, nie za­zdro­ści i nie jest po­dejrz­liwa.

- Kur­ty­zana pod wszel­kimi wzglę­dami przy­po­mina damę - ar­gu­men­to­wał Are­tino. - Brak jej je­dy­nie dwóch za­let: nie jest szla­chet­nie uro­dzona ani cno­tliwa.

Chcemy rzy­mia­nina!

- Na­wet je­śli krew­niacy Co­lon­nów czy Or­si­nich kra­dli tyle samo co Ka­ta­loń­czycy - mam­ro­tali ho­dowcy owiec, szewcy i han­dla­rze oliwy - to przy­naj­mniej po­tra­fili się dzie­lić. A kto wie, czego się te­raz spo­dzie­wać po tych przy­błę­dach?

Miesz­kańcy Rzymu nie byli bo­wiem zu­peł­nie bez­in­te­re­sowni w swych po­glą­dach na pa­pie­stwo. Przez wieki z godną po­dziwu sta­ło­ścią po­pie­rali rzym­skich lub przy­naj­mniej wło­skich kan­dy­da­tów do pa­pie­skiej tiary, ocze­ku­jąc, że ci będą ro­zu­mieli ich po­trzeby i przed­kła­dali in­te­resy Wiecz­nego Mia­sta po­nad mrzonki ja­kichś od­le­głych i bar­ba­rzyń­skich kró­lestw. A po­trzeby mieli pro­ste i prze­wi­dy­walne. Od cza­sów an­tycz­nego im­pe­rium ży­ją­cemu w cie­niu Ko­lo­seum lu­dowi za­le­żało przede wszyst­kim na ta­nim i przy­zwo­itej ja­ko­ści chle­bie - czyli bia­łym, a nie ciem­nym, jaki je­dzono na pro­win­cji - oraz na roz­ryw­kach. Utrzy­ma­nie pu­blicz­nego po­rządku i wy­mie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści rów­nież miały zna­cze­nie, lecz dla wier­nych zgro­ma­dzo­nych wo­kół świą­tyni, w któ­rej ob­ra­do­wało kon­klawe, li­czyło się głów­nie uczu­cie sy­to­ści. Je­śli wśród ludu zro­dziło się wra­że­nie, że jego do­bro­byt jest za­gro­żony fan­ta­sma­go­riami kar­dy­na­łów, vox po­puli po­tra­fił wy­brzmieć bar­dzo gło­śno.

Do­bit­nie prze­ko­nali się o tym elek­to­ro­wie kon­klawe 1378 roku. Rzym­scy kra­ma­rze, słu­dzy, wo­zi­wo­do­wie, po­ga­nia­cze mu­łów oraz tra­ga­rze być może nie ro­zu­mieli się na mię­dzy­na­ro­do­wej po­li­tyce, ale po­tra­fili ra­cho­wać. Wśród elek­to­rów było je­de­na­stu Fran­cu­zów, je­den Hisz­pan i za­le­d­wie czte­rech Wło­chów, co da­wało Fran­cu­zom naj­więk­szy wpływ na wy­bór na­miest­nika św. Pio­tra. Tego zaś w Rzy­mie nikt nie chciał.

- Ro­mano vo­lemo! - wy­dzie­rały się tłumy. - Chcemy rzy­mia­nina!

Miesz­kańcy Wiecz­nego Mia­sta nie stwo­rzyli wiel­kich ban­ków, ja­kie za­pew­niły wspa­nia­łość Flo­ren­cji, ani nie bu­do­wali uzbro­jo­nych ga­ler, na któ­rych do We­ne­cji spły­wały bo­gac­twa z ca­łego świata. Od póź­nego an­tyku toż­sa­mość Rzymu okre­ślało pa­pie­stwo, choć jak inne wło­skie mia­sta po­sia­dał on też wła­dze ko­mu­nalne. Pa­pieże byli dla rzym­skich oby­wa­teli nie tylko źró­dłem dumy, ale też bar­dzo kon­kret­nych ko­rzy­ści i do­cho­dów. Wspo­ma­gali miesz­kań­ców na wiele spo­so­bów: od jał­mużny i roz­da­wa­nia chleba w cza­sie głodu po sub­sy­dio­wa­nie nie­zbęd­nych prac i urzę­dów miej­skich. Bez­pie­czeń­stwo ty­sięcy miesz­kań­ców za­le­żało od obec­no­ści bi­skupa Rzymu i jego dworu, od nie­stru­dzo­nego na­pływu pąt­ni­ków spra­gnio­nych wi­doku świę­tych miejsc, od praw­ni­ków i skry­bów pra­cu­ją­cych dla ku­rii, od księży, za­kon­ni­ków oraz dy­plo­ma­tów, któ­rzy zo­sta­wiali swoje pie­nią­dze na tar­gach, w ho­te­lach, obe­rżach, skle­pach oraz za­mtu­zach.

Nie­stety pa­pież, zgod­nie ze sta­ro­żytną dok­tryną spi­saną przez św. Am­bro­żego: ubi Pe­trus, ibi Ec­c­le­sia, ibi Deus, czyli: "gdzie jest Piotr, tam jest Ko­ściół, tam jest Bóg", mógł prze­by­wać wszę­dzie.

- Na przy­kład - uty­ski­wali bo­le­śnie do­świad­czeni przez los wła­ści­ciele oberż oraz kra­mów bła­wat­nych - w pro­wan­sal­skim mie­ście Awi­nion. Oby kar­dy­na­ło­wie ra­czej wy­zdy­chali, niż zno­wuż do tego do­pro­wa­dzili!

Po­mni daw­nych nie­szczęść, w 1378 roku dzielni rzy­mia­nie wzięli sprawy w swoje ręce. Zre­wol­to­wany tłum, po­dej­rze­wa­jąc, że pur­pu­raci pod wpły­wem stron­nic­twa fran­cu­skiego wy­biorą Fran­cuza, wdarł się na ob­rady kon­klawe. Elek­to­rzy w oba­wie o swoje ży­cie za­ta­ili, że pa­pie­żem ob­rano Bar­to­lo­mea Pri­gnana, ar­cy­bi­skupa Bari, po­cho­dzą­cego z Kró­le­stwa Ne­apolu, zwa­nego wów­czas po pro­stu Re­gno. Skła­mali, że pa­pie­żem zo­stał ro­do­wity rzy­mia­nin, po­wszech­nie lu­biany kar­dy­nał Fran­ce­sco Te­bal­de­schi, ar­chi­pre­zbi­ter Ba­zy­liki Świę­tego Pio­tra.

- Viva San Pie­tro! - za­krzyk­nął tłum.

Na­stęp­nie schwy­tano prze­ra­żo­nego Te­bal­de­schiego, zmu­szono go, by przy­wdział pa­pie­skie szaty, i wbrew jego woli po­sa­dzono na tro­nie Pio­tro­wym, po czym w eu­fo­rii złu­piono jego pa­łac, co sta­no­wiło nie­ofi­cjalną i nie­po­żą­daną przez wła­dze, ale nie­stety uświę­coną tra­dy­cją część kon­klawe. Tym­cza­sem wielu kar­dy­na­łów wy­ko­rzy­stało za­mie­sza­nie, żeby czmych­nąć z Rzymu. Po­zo­stali za­ba­ry­ka­do­wali się w Ca­stel Sant'An­gelo i w swo­ich wa­row­nych pa­ła­cach, skąd ogło­sili, że pra­wo­wi­cie wy­bra­nym pa­pie­żem jest jed­nak Pri­gnano. Oczy­wi­ście nie po­lep­szyło to na­stro­jów wśród ludu.

Kiedy Bar­tło­miej Pri­gnano przy­był wresz­cie do Rzymu, owce i ba­ranki, które zgod­nie z Chry­stu­so­wym na­ka­zem miał od­tąd pa­sać jako na­stępca św. Pio­tra, w pierw­szym od­ru­chu usi­ło­wały uto­pić go w Ty­brze. Sy­tu­ację z tru­dem udało się uspo­koić. Trzeba jed­nak przy­znać, że rzy­mia­nie nie po­my­lili się w oce­nie ar­cy­bi­skupa Bari, który po opa­no­wa­niu roz­ru­chów przy­brał imię Urbana VI. Wpraw­dzie oparł się za­ku­som fran­cu­skiego króla i nie wy­je­chał do Awi­nionu, ale oka­zał się pa­skudną kre­aturą, skłonną do okru­cień­stwa i de­spo­ty­zmu. Szybko wpę­dził pa­pie­stwo w ko­lejny kry­zys.

Nic dziw­nego, że po przy­krych do­świad­cze­niach z cu­dzo­ziem­cami rzym­ski po­polo był po­dejrz­liwy i nie­chętny przy­by­szom.

- Wszy­scy ci Bor­gio­wie, Sfo­rzo­wie i Me­dy­ce­usze to nie­na­sy­cone, za­chłanne ro­bac­two, które prze­żera i mar­no­trawi dzie­dzic­two Świę­tego Pio­tra - iry­to­wali się pa­try­cju­sze w swo­ich pa­ła­cach. - Je­dy­nie my, rzy­mia­nie, mamy do niego uczciwe prawo.

Po­dobne oskar­że­nia mu­siały prze­śla­do­wać Ro­driga już wów­czas, gdy na koszt i z po­le­ce­nia wuja kształ­cił się na uni­wer­sy­te­cie w Bo­lo­nii, mie­ście słyn­nym z naj­star­szej wło­skiej wszech­nicy, wy­śmie­ni­tych stu­diów praw­nych, jak rów­nież do­sko­na­łej, sy­cą­cej kuchni. Na­wet je­śli nie pa­łał na­mięt­no­ścią do ksiąg, po­trze­bo­wał so­lid­nego wy­kształ­ce­nia - lub choćby jego po­zoru - by zro­bić ka­rierę w ku­rii. So­bór w Ba­zy­lei za­le­cił nie­dawno, by kan­dy­daci na kar­dy­na­łów po­sia­dali co naj­mniej dok­to­rat z prawa ka­no­nicz­nego lub teo­lo­gii; Ro­drigo mo­zo­lił się za­tem nad praw­ni­czymi trak­ta­tami i za­pewne nie nad­uży­wał ku­li­nar­nych spe­cja­łów Ro­ma­nii, bo nie sły­nął z ob­żar­stwa. W mię­dzy­cza­sie jego wuj, Ka­likst III, nie chcąc po­wie­rzać przy­szło­ści wy­łącz­nie wy­ro­kom Opatrz­no­ści, z za­pa­łem umiesz­czał ro­da­ków w ku­rii i kan­ce­la­rii pa­pie­skiej, wy­po­sa­żał ich w do­bra, jak rów­nież czy­nił po­de­stami oraz do­wód­cami w ar­mii pa­pie­skiej.

- Sio­strzeńcy, wszę­dzie sio­strzeńcy - wzdy­chali w za­py­lo­nych ar­chi­wach i kan­ce­la­riach świet­nie wy­kształ­ceni urzęd­nicy pa­pie­scy, pa­trząc, jak naj­tłust­sze sy­ne­kury wpa­dają w łapy za­chłan­nych przy­błę­dów. - Można by rzec, że wszy­scy ci Ka­ta­loń­czycy są ze sobą spo­krew­nieni.

Pa­pież szcze­gól­nie ce­nił dwóch swo­ich sio­strzeń­ców: Lu­isa Ju­ana de Milę oraz wła­śnie Ro­driga Bor­gię. Obu mło­dzień­ców ob­da­rzył ka­pe­lu­szami kar­dy­nal­skimi oraz licz­nymi be­ne­fi­cjami, za nic ma­jąc opi­nię ka­no­ni­stów, któ­rzy od XIV wieku prze­strze­gali, że pa­pież po­wi­nien wy­no­sić do kar­dy­nal­skiej pur­pury mę­żów peł­nych za­sług oraz do­świad­czo­nych, i nie chłop­ców, lecz mę­żów doj­rza­łych. Brata Ro­driga, Pe­dra Lu­isa Bor­gię, mia­no­wał gon­fa­lo­niere, czyli cho­rą­żym, i ka­pi­ta­nem ge­ne­ral­nym wojsk ko­ściel­nych, a także za­rządcą Spo­leto, pre­fek­tem Rzymu i kasz­te­la­nem Ca­stel Sant'An­gelo. W ten spo­sób naj­bar­dziej pre­sti­żowe ty­tuły świec­kie w pań­stwie ko­ściel­nym - a nie ofe­ro­wało ono wielu moż­li­wo­ści lu­dziom spoza stanu du­chow­nego - zna­la­zły się w ręku jed­nego mło­dzieńca.

- Na do­da­tek cu­dzo­ziemca! - po­hu­ki­wali w pa­ła­co­wych pod­cie­niach sta­jenni wiel­kich pa­nów, bo je­śli któ­ryś z pa­try­cju­szy wspi­nał się po scho­dach ku­rii ku for­tu­nom i za­szczy­tom, wraz z nim wspi­nała się cała gro­mada sług i bli­skich, kar­mią­cych się okru­chami z jego stołu, tak że każda ka­riera nie­spo­strze­że­nie ob­ra­stała w dzie­siątki po­mniej­szych ka­rier. - Cóż ten mło­dzie­niec po­siada, czego nie mają nasi pa­no­wie? Bo na pewno nie by­stry umysł ani świetne ko­nek­sje. Może służy wu­jowi nie tylko jako gon­fa­lo­niere!

Pa­pież wią­zał z Pe­drem Lu­isem wiel­kie na­dzieje, lecz ary­sto­kra­tyczne wło­skie rody i rzym­ski lud, z któ­rym nie kon­sul­to­wano kwe­stii nadań oraz no­mi­na­cji, byli obu­rzeni. Plebs dał temu do­bit­nie wy­raz, z za­ja­dło­ścią pu­sto­sząc pa­łace krew­nych i zwo­len­ni­ków Bor­giów, kiedy tylko la­tem 1458 roku ro­ze­szła się wieść, że ka­ta­loń­ski pa­pież leży na łożu śmierci.

- Pon­ty­fi­katy - wzdy­chali na­boż­nie księża - z sa­mej swej na­tury są na­zna­czone kru­cho­ścią śmier­tel­nego losu i ni­gdy nie trwają długo.

- I chwa­lić Boga - wzru­szali ra­mio­nami pa­triar­cho­wie wiel­kich wło­skich ro­dów. - Oby tym ra­zem Duch Święty na­tchnął kon­klawe lep­szą na­dzieją.

Ka­likst III wła­dał za­le­d­wie trzy lata. Na wieść o śmierci wuja Pe­dro Luis, po­dob­nie jak wielu in­nych pro­te­go­wa­nych, zbiegł po­spiesz­nie z Wiecz­nego Mia­sta, gdzie szy­ko­wano się już do no­wego pon­ty­fi­katu. Na­stępcą Ka­lik­sta III zo­stał Ene­asz Syl­wiusz, po­cho­dzący z sie­neń­skiej ro­dziny Pic­co­lo­mi­nich. Rzy­mia­nie za­ini­cjo­wali jego pa­no­wa­nie zwy­cza­jo­wym wy­bu­chem prze­mocy, pu­sto­sząc w unie­sie­niu po­sia­dło­ści jego rodu oraz do­bra wielu in­nych sie­neń­czy­ków.

- Ra­do­ścią trzeba się dzie­lić! - szy­dzili ulicz­nicy, wy­no­sząc z kom­nat cenne ru­cho­mo­ści. - Oto Rzym po­biera swój po­da­tek od pa­pie­stwa.

Ene­asz, który przy­brał imię Piusa II, prędko za­pro­wa­dził w mie­ście po­rzą­dek. Nie­po­koił się jed­nak, że Pe­dro Luis zbun­tuje się i zbroj­nie ude­rzy na sto­licę, bo ro­dziny zmar­łego pa­pieża nie za­wsze do­brze przyj­mo­wały nie­zbędne zmiany. W 1431 roku, po śmierci Mar­cina V, jego krewni z rodu Co­lon­nów byli tak nie­za­do­wo­leni z de­cy­zji kon­klawe, że chcąc skło­nić kar­dy­na­łów do prze­my­śleń i roz­wa­że­nia in­nych kan­dy­da­tur, za­ata­ko­wali ich w Ca­stel Sant'An­gelo, mau­zo­leum ce­sa­rza Ha­driana na pra­wym brzegu Ty­bru, które od po­ko­leń słu­żyło za pa­pie­ską for­tecę.

W 1458 roku Bor­gio­wie nie mieli jed­nak w Rzy­mie ani ułamka wpły­wów i bo­gactw zgro­ma­dzo­nych przez ko­lejne ge­ne­ra­cje Co­lon­nów. Co gor­sza, nie sprzy­jała im for­tuna. Pe­dro Luis zmarł wkrótce po swoim wuju, w za­le­d­wie dwu­dzie­stym szó­stym roku ży­cia. Pius II przy­jął jego zgon z nie­skry­waną ulgą, po czym ener­gicz­nie za­czął za­stę­po­wać pro­te­go­wa­nych Bor­gii wła­snymi. Trzech swych bra­tan­ków mia­no­wał kar­dy­na­łami, prze­wyż­sza­jąc tym sa­mym osią­gnię­cia po­przed­nika.

- Jakże wiele musi się zmie­nić - kpili ro­do­wici rzy­mia­nie - by wszystko po­zo­stało po sta­remu.

Jed­nakże muza Klio nie jest spra­wie­dliwą pa­nią, więc po wie­kach nikt nie pa­mięta o wy­stęp­kach zwy­cięz­ców. Pius II zo­stał uwiecz­niony w an­na­łach jako pierw­szy wielki hu­ma­ni­sta na pa­pie­skim tro­nie i nie­stru­dzony orę­dow­nik kru­cjaty, pod­czas gdy Ka­likst III ucho­dzi za pre­kur­sora obrzy­dli­wych prak­tyk, które do do­sko­na­ło­ści miał do­pro­wa­dzić jego sio­strze­niec, Ro­drigo Bor­gia, wraz ze swym nie­chlub­nym po­tom­stwem - Ce­sa­rem, Ju­anem i Lu­kre­cją. Lecz, o czym dziw­nie ła­two się za­po­mina, jego dzieci miały rów­nież matkę.

Chwila grozy

La­tem 1492 roku dni In­no­cen­tego VIII były po­li­czone. W Rzy­mie, cier­pią­cym z po­wodu upału oraz wy­zie­wów Ty­bru, który zwy­kle o tej po­rze roku wy­rzu­cał z sie­bie fale mo­ro­wego po­wie­trza, wrzało, a mię­dzy do­mami uno­siła się woń śmierci. Kró­lo­wie, jak wia­domo, ni­gdy nie umie­rają, a ry­tuał po­grze­bowy i ko­ro­na­cyjny pod­kre­śla cią­głość mo­nar­chii oraz ist­nie­nie po­li­tycz­nego ciała króla: ide­al­nego i od­ręb­nego od ułom­nego, śmier­tel­nego ciała, które za­sia­dało na tro­nie. W prze­ci­wień­stwie do świec­kich wład­ców pa­pieże za­wsze umie­rali na do­bre. Po­mię­dzy ich śmier­cią a wy­bo­rem na­stęp­ców na­sta­wał prze­dziwny czas sede va­cante, czyli czas pu­stego tronu, kiedy dwór pa­pie­ski za­mie­rał i całe Wieczne Mia­sto za­nu­rzało się w pu­stce.

Nie sta­no­wiono prawa, nie wy­da­wano wy­ro­ków ani nie spra­wo­wano wła­dzy. Na ulice, nie­bez­pieczne na­wet w zwy­czajny czas, wy­le­wała się spie­niona fala prze­stęp­czo­ści. Nie­je­den spo­kojny do­tych­czas prze­ku­pień się­gał po nóż, żeby ure­gu­lo­wać z nie­lu­bia­nym są­sia­dem spór o drzewo oliwne czy nie­czy­sto­ści wy­le­wane przed skle­pem. Mę­żo­wie pod­rzy­nali gar­dła nie­wier­nym - albo i wier­nym - żo­nom, a ciała zrzu­cali do wy­schnię­tych studni bądź to­pili w Ty­brze. Maj­stro­wie gru­cho­tali ko­ści py­ska­tym cze­lad­ni­kom i z mściwą sa­tys­fak­cją plą­dro­wali składy cu­dzo­ziem­ców, któ­rym zbyt do­brze po­wo­dziło się w in­te­re­sach. Ko­cha­jące sio­stry kłó­ciły się na wa­rzyw­nym targu i oskar­żały na­wza­jem o he­re­zję, a ubo­gie, bo­go­bojne sta­ruszki w prze­bły­sku sza­leń­stwa lub dla kilku drob­nych mo­net mor­do­wały pąt­ni­ków śpią­cych w pod­cie­niach rzym­skich ko­ścio­łów.

- Je­ste­śmy na swo­jej wła­snej ziemi, u sie­bie! Je­ste­śmy rzy­mia­nami! W cza­sie sede va­cante to my je­ste­śmy pa­nami i to lud jest władcą! - wy­krzy­ki­wał w XVI wieku pe­wien za­pal­czywy rzym­ski ary­sto­krata, Pa­olo de Grassi, wy­kła­da­jąc do­sad­nie po­gląd ca­łej rzym­skiej spo­łecz­no­ści. - Lu­dzie gu­ber­na­tora gwałcą na­sze żony i sio­stry, więc nie­zbędne jest, że­by­śmy my, rzy­mia­nie, zjed­no­czyli się i spa­lili jego pa­łac!

Piotr Da­miani w XI wieku na­zwał sede va­cante "chwilą grozy", w któ­rej Ko­ściół jest bez­bronny i po­zba­wiony głowy. Jed­nakże lud­ność Rzymu, za­miast mo­dlić się i roz­my­ślać nad ulot­no­ścią ży­cia, po­strze­gała ją jako cenną oka­zję, by swo­bod­nie wy­ar­ty­ku­ło­wać pre­ten­sje pod ad­re­sem moż­nych tego świata. Nie­jed­no­krot­nie fu­ria mo­tło­chu nie oszczę­dzała na­wet mar­twego ciała pa­pieża. Pa­pie­ski mistrz ce­re­mo­nii Jo­han­nes Burc­khardt opi­sał w swoim dzien­niku, że w 1484 roku urzęd­nicy przy­łą­czyli się do gra­bieży i wy­nie­śli z pa­łacu pa­pie­skiego wszystko, tak że po­mimo ca­łej swej gor­li­wo­ści nie mógł zna­leźć ani ręcz­nika, ani lnia­nego płótna, ani na­czy­nia, żeby na­peł­nić je wi­nem, wodą i won­nymi zio­łami po­trzeb­nymi do ob­my­cia ciała, ani też maj­tek czy czy­stej ko­szuli, żeby je przy­odziać.

Na­tu­ral­nie wy­buch lu­do­wej prze­mocy - za­mieszki, mordy, plą­dro­wa­nie ko­ścio­łów i pa­ła­ców - dzia­łał mo­ty­wu­jąco na elek­to­rów, któ­rzy wie­dząc, że także ich mie­nie jest wy­sta­wione na ła­skę roz­hu­la­nego plebsu, sta­rali się bez zbęd­nej zwłoki uka­zać mia­stu no­wego pa­pieża. W XV wieku czas jego wy­boru mie­rzono za­tem w dniach, nie zaś mie­sią­cach czy la­tach. Nie za­wsze jed­nak tak było; in­sty­tu­cja kon­klawe wy­kluła się wła­śnie pod­czas jed­nego z ta­kich pa­skud­nych im­pa­sów, gdy pur­pu­raci nie po­tra­fili dojść do po­ro­zu­mie­nia w spra­wie na­stępcy św. Pio­tra.

Można rzec, że kon­klawe wy­na­leźli w roku 1271 miesz­kańcy Vi­terbo, sta­ro­żyt­nego mia­steczka w re­gio­nie La­cjum. Po trzech la­tach prze­dłu­ża­ją­cych się ob­rad po śmierci Kle­mensa IV za­cni oby­wa­tele Vi­terbo, zdru­zgo­tani nie­od­po­wie­dzial­no­ścią kar­dy­na­łów, któ­rzy nie umieli dojść do po­ro­zu­mie­nia, oraz kosz­tami ich po­bytu, za­mknęli pur­pu­ra­tów na klucz w pa­łacu bi­sku­pim; wła­śnie od zwrotu "na klucz", czyli cum clave, po­cho­dzi na­zwa kon­klawe. Na­stęp­nie, żeby wzmoc­nić mo­ty­wa­cję ob­ra­du­ją­cych, zdjęli część da­chu, za­mu­ro­wali okna i bramy i za­częli skąpo wy­dzie­lać je­dze­nie oraz na­pi­tek.

- My bez mszy prze­ży­jemy, wy bez je­dze­nia nie! - oznaj­mili twardo przed­sta­wi­ciele ma­gi­stratu, co na­tych­miast przy­spie­szyło pro­cesy de­cy­zyjne wśród ksią­żąt Ko­ścioła.

W ten spo­sób w ty­sięcz­nym szó­stym dniu in­ter­re­gnum wy­brano no­wego pa­pieża, Teo­balda Vi­scon­tiego, który przy­jął imię Grze­go­rza X. W trzy lata póź­niej tenże Grze­gorz X, świa­dom per­tur­ba­cji, ja­kie po­prze­dziły jego pon­ty­fi­kat, ogło­sił na so­bo­rze w Lyonie kon­sty­tu­cję Ubi pe­ri­cu­lum, re­gu­lu­jącą za­sady kon­klawe. Od­tąd kar­dy­na­ło­wie mieli ko­le­gial­nie wy­bie­rać na­stępcę św. Pio­tra od­izo­lo­wani od ze­wnętrz­nego świata, za­mknięci na klucz w jed­nej kom­na­cie, a sa­mot­no­ści do­świad­czać je­dy­nie w to­a­le­cie. Po trzech dniach ja­ło­wych ob­rad ich po­siłki ogra­ni­czano do trzech po­traw, wy­da­wa­nych rano, w po­łu­dnie i wie­czo­rem, zaś po ósmym dniu - do chleba i wody.

Kon­sty­tu­cja Grze­go­rza X na­tu­ral­nie obu­rzyła pur­pu­ra­tów i jako zbyt su­rowa zo­stała od­wo­łana już przez na­stęp­nego pa­pieża, lecz jej za­sady przy­wró­cono w XIV wieku. Szy­ku­jąc się w 1492 roku do od­osob­nie­nia i ma­jąc w pa­mięci wy­padki z ostat­nich kon­klawe - na przy­kład kiedy po śmierci Syk­stusa IV plebs spu­sto­szył pa­łac jego sio­strzeńca Gi­ro­lama, tak że zo­stały je­dy­nie pu­ste ściany i po­wy­ry­wano na­wet krzewy w ogro­dzie, a co gor­sza splą­dro­wano spi­chle­rze z ziar­nem i dwa statki za­ła­do­wane wi­nem oraz zde­wa­sto­wano szpi­tal - ko­le­gium kar­dy­nal­skie za­wczasu pod­jęło środki, by ogra­ni­czyć za­męt i znisz­cze­nia. Kar­dy­nał Giu­liano della Ro­vere, ucho­dzący za naj­pew­niej­szego kan­dy­data do pa­pie­skiej tiary, zdo­łał prze­ko­nać wiel­kie rzym­skie rody, które zbro­iły się w ocze­ki­wa­niu na ko­niec pon­ty­fi­katu In­no­cen­tego VIII, do ro­zejmu. Kar­dy­na­ło­wie wy­na­jęli setkę kusz­ni­ków i ośmiu­set do­dat­ko­wych zbroj­nych, żeby do­pil­no­wać po­rządku w pa­łacu wa­ty­kań­skim i na głów­nych pla­cach mia­sta. Pa­try­cju­sze zaś, cze­ka­jąc na roz­wój wy­pad­ków, za­po­bie­gli­wie zmie­niali swoje pa­łace w for­tece.

Krą­żyły naj­dziw­niej­sze plotki.

- Pa­pież jest tak wy­cień­czony - szep­tali do­brze po­in­for­mo­wani kle­rycy - że ni­kogo nie wi­duje. Ode­słał na­wet swo­jego syna.

- Nie może już utrzy­mać w żo­łądku żad­nego po­karmu. Jak nie­mowlę, pije je­dy­nie z piersi ma­mek - uża­lały się tkli­wie la­dacz­nice.

Ko­biece mleko ucho­dziło wów­czas za cu­downe re­me­dium na roz­ma­ite przy­pa­dło­ści, łącz­nie ze śle­potą. Tym ra­zem jed­nak nie po­mo­gło. Pięt­na­stego lipca In­no­centy wy­spo­wia­dał się i przy­jął ko­mu­nię świętą po raz ostatni. Miał z czego się spo­wia­dać, bo jako pierw­szy wpro­wa­dził na dwór pa­pie­ski swe le­gi­ty­mi­zo­wane po­tom­stwo, a na­stęp­nie wbrew wszel­kiej przy­zwo­ito­ści ce­le­bro­wał tam za­ślu­biny swo­jego roz­pa­sku­dzo­nego syna, Fran­ce­schetta, z Mad­da­leną de Me­dici, córką Waw­rzyńca Wspa­nia­łego.

Pa­pież był otyły, od lat cier­piał na fe­brę i na­wroty go­rączki, praw­do­po­dob­nie prze­żył udar; dwa lata wcze­śniej po­seł księ­cia Fer­rary na­wet ogło­sił go mar­twym. Za każ­dym ra­zem jed­nak uda­wało mu się pod­nieść z cho­roby. I cho­ciaż jego śmierć wy­da­wała się bli­ska i pewna, także tym ra­zem li­czono na cud.

Znany plot­karz, kro­ni­karz Ste­fano In­fes­sura, za­pi­sał, że za radą ży­dow­skiego me­dyka usi­ło­wano ra­to­wać In­no­cen­tego trans­fu­zją krwi od trzech dzie­się­cio­let­nich chłop­ców. Każ­demu obie­cano zło­tego du­kata.

- I wszy­scy umarli z mo­ne­tami w za­ci­śnię­tych pię­ściach, a za­raz po nich pa­pież, któ­remu wle­wano w gar­dło ich krew - opo­wia­dały so­bie ze zgrozą rzym­skie mieszczki.

Wśród tych ma­ka­brycz­nych opo­wie­ści pon­ty­fi­kat In­no­cen­tego VIII nie­po­strze­że­nie do­biegł końca.