ZMIERZCH. Słońce w mroku - Stephenie Meyer

Kup ebooka

39.92 zł
31.14 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?
Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuMidnight Sun
Okładka ? 2020 by Hachette Book Group, Inc. projekt Dave Caplan i Gail Doobinin fot. ? 2020 by Roger Hagadone
Ilustracja na stronie tytułowej Antonio Canowa, Psyche i Kupidyn, Włochy, 1794-1799 The State Hermitage Museum, St. Petersburg fot. ? The State Hermitage Museum / photo by Vladimir Terebenin
Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
Część dialogów zaczerpnięto z tomu Zmierzch w przekładzie JOANNY URBAN, Wydawnictwo Dolnośląskie 2007. Przekład rozdziałów 19, 20, 24-27 ANNA GRALAK Przekład rozdziałów 21, 22 i Epilogu TOMASZ SZLAGOR
RedakcjaURSZULA ŚMIETANA
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA, URSZULA WŁODARSKA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright ? 2020 by Stephenie Meyer
Polish edition ? Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-6081-2
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl
?

1 PIERWSZE SPOTKANIE

To była pora dnia, w której niemal żałowałem, że nie jestem w stanie zasnąć.

Czas lekcji.

Szkoła średnia - a może "czyściec" byłby tu lepszym słowem? Jeśli istniała dla mnie możliwość odkupienia grzechów, szkoła powinna choćby częściowo odegrać tę rolę. Nie potrafiłem przywyknąć do nudy, każdy dzień wydawał się jeszcze bardziej monotonny od poprzedniego.

Może wręcz powinienem był uważać, że to taka moja własna forma snu - o ile snem można określić czas bezczynności i letargu pomiędzy okresami aktywności.

Wpatrywałem się w pęknięcia tynku w odległym narożniku stołówki, wyobrażając sobie, że tworzą nieistniejące w rzeczywistości wzory. To był jeden ze sposobów na wyciszenie głosów świdrujących mój umysł ustawicznym trajkotem.

Kilkaset z tych nudnych głosów po prostu ignorowałem.

Wszystko to już słyszałem dziesiątki razy. Dzisiaj myśli uczniów koncentrowały się wokół banalnej atrakcji, jaką stanowiło pojawienie się Nowej w szkole. I to wystarczyło, aby wszystkich aż tak podekscytować. Widziałem tę twarz w ich myślach, i to pod każdym z możliwych kątów. Zwyczajna dziewczyna. Fascynacja jej przybyciem była męcząco przewidywalna - taką samą reakcję wywołałby jakiś błyszczący przedmiot rzucony grupce kilkulatków. Połowa męskich byczków wyobrażała już sobie, jak się w Nowej zakochuje tylko dlatego, że to świeżynka. Wysiliłem swój umysł, by wyciszyć te głosy.

Tylko cztery osoby blokowałem z czystej uprzejmości, a nie z obrzydzenia: moich dwóch braci i dwie siostry, którzy zresztą byli tak przyzwyczajeni do braku prywatności w mojej obecności, że nie zwracali na to uwagi. Tak czy inaczej, starałem się nie słuchać, jeśli tylko było to możliwe.

Starałem się, ale... i tak wiedziałem, o czym myślą.

Rosalie - jak zwykle - rozmyślała o samej sobie. Jej umysł był jak stojąca woda stawu, w której rzadko pojawia się cokolwiek niespodziewanego. Dostrzegła odbicie swojego profilu w czyichś okularach i analizowała właśnie swoją idealną urodę. Nikt inny nie miał włosów w kolorze tak zbliżonym do prawdziwego złota. Niczyja sylwetka nie przypominała tak stylowej klepsydry. Nikt nie mógł się poszczycić tak symetrycznie owalną, nieskazitelną twarzą. Ale Rosalie nie porównywała się do obecnych tu śmiertelników, takie zestawienie byłoby wręcz absurdalne. Myślała raczej o podobnych do nas, z których i tak nikt nie mógł się z nią mierzyć.

Zwykle beztroska mina Emmetta teraz ustąpiła miejsca grymasowi frustracji. Mimo że minęło już trochę czasu, nadal przeczesywał wielką dłonią hebanowe loki, a palce jego drugiej ręki zaciskały się w pięść. Nie mógł przeboleć, że poprzedniej nocy przegrał z Jasperem, i niecierpliwie wyczekiwał końca lekcji, żeby zorganizować rewanż. Gdy słuchałem myśli Emmetta, nigdy nie miałem wrażenia, że jestem wścibski - Emmett mówił wszystko to, co myślał, a myśli wprowadzał w czyny. Kiedy jednak czytałem myśli pozostałych, czułem wyrzuty sumienia, wiedziałem bowiem, że są wśród nich rzeczy, których woleliby nie zdradzać. Jeśli umysł Rosalie przypominał staw ze stojącą wodą, umysł Emmetta był jak jezioro o krystalicznie przejrzystych toniach.

A umysł Jaspera... był cierpieniem. Z trudem powstrzymałem westchnienie.

Edward. Alice zawołała mnie po imieniu w myślach, czym natychmiast zwróciła moją uwagę. W niczym nie różniło się to od zawołania mnie na głos. Cieszyłem się, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat moje imię straciło na popularności. W przeszłości irytowało mnie, że gdy tylko ktoś pomyślał o jakimś Edwardzie, od razu odwracałem głowę.

Tym razem jednak nawet nie drgnąłem. Byliśmy z Alice całkiem dobrzy w prowadzeniu prywatnych rozmów w myślach i rzadko komukolwiek udało się nas na tym przyłapać. Cały czas wbijałem wzrok w pęknięcia na ścianie.

Jak on się trzyma?, zapytała.

Skrzywiłem się, ale była to tylko nieznaczna zmiana układu ust, nic, co mogłoby zaniepokoić pozostałych. Można było przypisać to mojemu znudzeniu.

Jasper zbyt długo siedział niczym posąg. Nie wykonywał charakterystycznych ludzkich odruchów, o których wszyscy musimy pamiętać, żeby się nie wyróżniać w tłumie. Emmett dotykał swoich włosów, Rosalie raz po raz zakładała nogę na nogę, Alice stukała palcami stóp w linoleum, a ja kręciłem głową, by spoglądać na kolejne wzory w tynku. Jasper siedział wyprostowany jak struna, niczym sparaliżowany, nawet jego miodowe włosy pozostawały niewzruszone mimo intensywnie działającej wentylacji.

Alice wydawała się bardzo zaniepokojona, wyczytałem z jej myśli, że obserwuje Jaspera kątem oka. Czy istnieje jakieś niebezpieczeństwo? Zajrzała do najbliższej przyszłości, prześlizgnęła się przez wizje nudy i monotonii, szukając przyczyny mojego grymasu. Przez cały czas pamiętała, żeby się choć trochę poruszać. Regularnie mrugała, szpiczasty podbródek oparła o drobną piąstkę, odgarnęła z oczu kosmyk krótkich czarnych włosów.

Odwróciłem głowę powoli w lewo, jakbym oglądał cegły na ścianie, westchnąłem i skierowałem ją w prawo, ku pęknięciom sufitu. Pozostali z pewnością uznają, że udaję człowieka, tylko Alice wiedziała, że w ten sposób zaprzeczam.

Od razu się rozluźniła. Daj znać, jeśli się pogorszy.

Poruszyłem jedynie oczami, w górę, a potem z powrotem w dół.

Dzięki.

Byłem zadowolony, że nie muszę odpowiadać jej na głos. Bo co miałbym powiedzieć? "Cała przyjemność po mojej stronie"?

Nie czerpałem żadnej przyjemności, wsłuchując się w wewnętrzną walkę Jaspera. Nie rozumiałem, dlaczego ten eksperyment jest konieczny. Czy nie byłoby bezpieczniej przyznać, że Jasper nigdy nie nauczy się kontrolować swojego pragnienia tak jak my, i nie wystawiać jego wytrzymałości na próbę? Jaki sens miało igranie z ogniem?

Od naszego ostatniego polowania minęły już dwa tygodnie. Dla reszty z nas nie był to jakiś wyjątkowo długi i niemożliwy do przetrwania okres. Owszem, od czasu do czasu czuliśmy się niekomfortowo - jeśli jakaś istota ludzka podeszła zbyt blisko albo wiatr zawiał w niewłaściwą stronę. Na szczęście ludzie trzymali się od nas z daleka. Intuicja podpowiadała im to, czego ich świadomość nie byłaby w stanie ogarnąć: że jesteśmy niebezpieczeństwem, którego muszą za wszelką cenę unikać.

Jasper był w tym momencie bardzo niebezpieczny.

Taka sytuacja nie zdarzała się często, ale czasami uderzała mnie całkowita nieświadomość otaczających nas ludzi. My już się przyzwyczailiśmy, nie spodziewaliśmy się niczego innego, ale oni? Nie zauważali ryzyka siedzącego przy zniszczonym stoliku stołówki, choć stado wygłodniałych tygrysów stwarzałoby mniejsze zagrożenie niż my. Widzieli jedynie pięcioro dziwacznie wyglądających istot, na tyle podobnych do ludzi, że za nich właśnie nas brali. Aż trudno było sobie wyobrazić, że ktoś o tak niesamowicie przytępionych zmysłach może przetrwać na tym świecie.

W tej samej chwili przy sąsiednim stole zatrzymała się drobna dziewczyna, by porozmawiać z koleżanką. Grzejniki dmuchnęły w naszą stronę jej zapachem. Zdołałem się przyzwyczaić do reakcji, jakich doświadczałem w takiej sytuacji: suche pieczenie w gardle, pustka w żołądku, mimowolny skurcz mięśni i nagły napływ jadu do ust.

Całkiem normalny odruch, zwykle łatwy do zignorowania. Tym razem było mi nieco trudniej - monitorując Jaspera, odczuwałem wszystko w dwójnasób.

A Jasper dawał się ponieść fantazji. Wyobrażał sobie, jak wstaje i rusza ku dziewczynie. Myślał o tym, że się pochyla, jakby chciał szepnąć jej coś do ucha, a jego wargi dotykają łuku jej szyi. Wyobrażał sobie, jak by to było poczuć na ustach gorące uderzenia jej pulsu pod cienką skórą...

Kopnąłem krzesło, na którym siedział.

Popatrzył na mnie, przez moment w jego czarnych oczach czaiła się niechęć, ale zaraz spuścił wzrok. Słyszałem, jak wstyd i bunt toczą ze sobą walkę w jego głowie.

- Przepraszam - wymamrotał.

Wzruszyłem ramionami.

- Nie zrobiłbyś nic złego - szepnęła Alice, łagodząc jego zażenowanie. - Widziałam.

Powstrzymałem grymas, który od razu zdradziłby, że kłamała. Musieliśmy trzymać się razem, Alice i ja. Nie było łatwo grać rolę dziwaków wśród tych, którzy sami byli dziwakami, ale chroniliśmy wzajemnie swoje tajemnice.

- Trochę pomaga, kiedy myśli się o nich jak o ludziach - zasugerowała Alice. Jej wysoki melodyjny głos wypowiadał słowa zbyt szybko, żeby ludzkie ucho mogło je zrozumieć - o ile jakieś znalazłoby się odpowiednio blisko, żeby cokolwiek usłyszeć. - Ma na imię Whitney. Uwielbia swoją maleńką siostrę. Jej matka zaprosiła Esme na garden party, pamiętasz?

- Wiem, kto to jest - odparł Jasper krótko. Odwrócił się i wbił wzrok w jedno z małych okienek rozmieszczonych wzdłuż ścian podłużnej stołówki. Ton jego odpowiedzi zakończył całą rozmowę.

Będzie musiał wybrać się na łowy. Idiotyzmem było ryzykowanie w taki sposób, poddawanie go próbie po to tylko, by rozwijać w nim siłę i wytrzymałość. Jasper powinien zaakceptować swoje ograniczenia i żyć tak, by nie wychodzić poza ich granice.

Alice westchnęła w milczeniu i wstała, zabierając ze sobą tacę z jedzeniem - rekwizyt, można powiedzieć. Wiedziała, że czas zostawić go samego, dość już tego wsparcia. Co prawda Rosalie i Emmett bardziej afiszowali się ze swoim związkiem, ale to Alice i Jasper znali się na wylot. Zupełnie jakby i oni potrafili czytać w myślach, ale tylko swoich nawzajem.

Edward.

Odruchowa reakcja. Odwróciłem się na dźwięk swojego imienia, chociaż nie zostało wypowiedziane, zaledwie pomyślane.

Na ułamek sekundy mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem dużych czekoladowobrązowych oczu osadzonych w bladej twarzy o sercowatym kształcie. Znałem tę twarz, chociaż do tej pory nie miałem okazji zobaczyć jej osobiście. Po prostu tego dnia była obecna w myślach niemal wszystkich osób w szkole. Nowa uczennica, Isabella Swan. Córka komendanta tutejszej policji, która przeprowadziła się do naszego miasta w związku z tym, że z jakiegoś powodu opiekę nad nią przyznano teraz jej ojcu. Tak zwana Bella. Poprawiała każdego, kto użył jej pełnego imienia.

Odwróciłem głowę, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie w jej myślach wyczytałem swoje imię.

Oczywiście, od razu wpadli jej w oko Cullenowie, usłyszałem dalszy ciąg myśli.

Teraz rozpoznałem ten "głos".

Jessica Stanley. Już dawno nie nękała mnie swoją wewnętrzną paplaniną. Czułem ulgę, kiedy minęła jej fascynacja moją osobą, bo ucieczka przed jej nieustannymi idiotycznymi marzeniami na jawie była wyczynem z kategorii: nierealne. Żałowałem w pewnym momencie, że nie mogę jej precyzyjnie unaocznić, co by się stało, gdyby moje usta - a także znajdujące się za nimi zęby - zetknęły się z jej skórą. Z pewnością to uciszyłoby te jej irytujące fantazje. Na samą myśl o jej spodziewanej reakcji aż się uśmiechnąłem pod nosem.

I co to jej da, ciągnęła teraz Jessica. Nawet nie jest ładna. Nie mam pojęcia, dlaczego Eric tak się na nią gapi... i Mike.

Przy tym drugim imieniu wzdrygnęła się w myślach. Jej nowy obiekt uczuć, cieszący się popularnością w szkole Mike Newton, zupełnie nie zwracał na nią uwagi. Ale najwidoczniej od razu zauważył Nową. Ot, kolejny dzieciak wyciągający rękę po błyszczącą zabawkę. Oczywiście, to nadało jej myślom złośliwy ton, chociaż na zewnątrz nie dawała tego po sobie poznać. Potraktowała nowicjuszkę serdecznie i zaczęła jej wyjaśniać to, co opinia publiczna wiedziała na temat mojej rodziny. Widocznie dziewczyna o nas pytała.

Ale na mnie też dzisiaj wszyscy patrzą, pomyślała Jessica z wyższością. Jakie szczęście, że Bella ma ze mną dwie lekcje. Mike na pewno podejdzie do mnie, żeby zapytać o...

Próbowałem nie dopuszczać do siebie tej bezsensownej paplaniny, bojąc się, że jej banalność i jałowość doprowadzą mnie do szaleństwa.

- Jessica Stanley prezentuje Swanównie wszystkie brudy klanu Cullenów - mruknąłem do Emmetta, żeby odwrócić swą uwagę od strumienia świadomości dziewczyny.

Zaśmiał się pod nosem.

Mam nadzieję, że się postarała, odpowiedział mi w myślach.

- Niestety, zabrakło jej wyobraźni. Zaledwie cień skandalu. Ani grama horroru. Jestem odrobinę zawiedziony.

A ta nowa? Też jest rozczarowana plotkami?

Wsłuchałem się w myśli Belli, żeby dowiedzieć się, co sądzi o rewelacjach przedstawionych przez koleżankę. Co widzi, patrząc na dziwne blade rodzeństwo, którego wszyscy starają się unikać?

Czułem, że poznanie jej reakcji jest moim obowiązkiem. Można powiedzieć - z braku lepszego określenia - że stałem na czatach naszej rodziny. Żeby nas chronić. Gdyby ktokolwiek nabrał podejrzeń, ostrzegłbym wszystkich odpowiednio wcześnie i moglibyśmy się łatwo ewakuować. Zdarzało się to już przedtem - jakaś istota ludzka o bujnej wyobraźni widziała w nas bohaterów książkowych albo filmowych. Zwykle się mylili, ale lepiej było przenieść się w bezpieczne miejsce, niż ryzykować głębszą analizę naszych zwyczajów. Rzadko - naprawdę rzadko - zdarzało się, że ktoś odgadł, kim jesteśmy. Nigdy nie dawaliśmy tej osobie szansy na zweryfikowanie hipotezy. Znikaliśmy, stając się jedynie przerażającym wspomnieniem.

Ale tego rodzaju rozpoznanie nie zdarzyło się od kilkudziesięciu lat.

Nie usłyszałem niczego, chociaż skupiłem się mocno na bezmyślnym wewnętrznym monologu Jessiki. Zupełnie jakby nikt nie siedział obok niej. Dziwne. Czyżby Dziewczyna zmieniła miejsce? Mało prawdopodobne, Jessica bowiem nadal do niej mówiła. Czułem się zdezorientowany, podniosłem głowę. Nigdy dotąd nie musiałem sprawdzać, czy mój dodatkowy "słuch" działa prawidłowo.

I znów mój wzrok napotkał spojrzenie dużych brązowych oczu. Dziewczyna siedziała na tym samym krześle co wcześniej i patrzyła w naszą stronę - co, jak przypuszczałem, było całkiem naturalne, skoro Jessica cały czas zarzucała ją plotkami o Cullenach.

Rozmyślanie o nas byłoby w takiej sytuacji również bardzo na miejscu.

A jednak nie słyszałem nawet szeptu.

Ciepły, zachęcający rumieniec oblał jej policzki. Spuściła wzrok, zawstydzona gafą, jaką był fakt, że została przyłapana na gapieniu się na obcą osobę. Dobrze, że Jasper nadal wyglądał przez okno, nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, jak by zareagował na taki ewidentny napływ świeżej krwi.

Emocje malujące się na twarzy Dziewczyny były tak jasne, jak gdyby wypowiedziała je na głos: zaskoczenie, gdy nieświadomie zarejestrowała subtelne różnice pomiędzy naszym gatunkiem a jej własnym; ciekawość, gdy słuchała opowieści koleżanki; ale i coś więcej... Fascynacja? Taka reakcja nie byłaby nowością, naszym potencjalnym ofiarom jawiliśmy się jako osobniki o wyjątkowej urodzie. No i wreszcie - wstyd.

A jednak, chociaż jej myśli tak wyraźnie odznaczały się w jej dziwnych oczach - dziwnych, ponieważ miały zadziwiającą głębię - z miejsca, które zajmowała, dobiegała mnie jedynie cisza. Cisza, i nic więcej.

Poczułem się nieswojo.

Nic takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło, czy coś było ze mną nie tak? Przecież czułem się normalnie. Zaniepokojony wsłuchałem się mocniej.

Wszystkie głosy, które blokowałem, uderzyły we mnie zbiorowym krzykiem.

...Ciekawe, jaką muzykę lubi... Może powinienem wspomnieć jej o mojej nowej płycie..., rozmyślał Mike Newton siedzący dwa stoliki dalej. Oczywiście o Belli Swan.

Jak on się na nią gapi. Jakby mało mu było, że połowa dziewczyn w szkole tylko czeka, aż on... Zgryźliwe myśli Erica Yorkiego także koncentrowały się wokół Dziewczyny.

...obrzydliwe. Można by pomyśleć, że jest sławna, czy coś w tym stylu... Nawet Edward Cullen na nią patrzy... Lauren Mallory aż kipiała zazdrością, cud, że nie zzieleniała na twarzy. A Jessica obnosi się ze swoją nową przyjaźnią. Żenada... Jad nadal sączył się z jej myśli.

...Pewnie wszyscy ją o to pytają. Ale chętnie bym z nią pogadała. Może coś bardziej oryginalnego przyjdzie mi do głowy?, zastanawiała się Ashley Dowling.

...Może będzie chodziła ze mną na hiszpański..., łudziła się June Richardson.

...tyle dzisiaj do zrobienia! Trygonometria i jeszcze sprawdzian z angielskiego. Mam nadzieję, że mama...

Angela Weber, cicha, niezwykle przyjaźnie usposobiona, jako jedyna nie wykazywała obsesji na punkcie Belli.

Słyszałem ich wszystkich, każdą nic nieznaczącą myśl, która przemknęła im przez głowę. Wszystko, ale nic ze strony nowej uczennicy o zwodniczo rozmownych oczach.

Oczywiście słyszałem, co Nowa powiedziała do Jessiki, kiedy się w końcu odezwała. Nie musiałem czytać jej w myślach, by usłyszeć niski, wyraźny głos dochodzący z przeciwległego końca stołówki.

- A ten z rudawymi włosami to który? - zapytała. Pokusiła się, by zerknąć raz jeszcze kątem oka, ale natychmiast odwróciła wzrok, gdy się zorientowała, że nadal na nią patrzę.

Jeśli liczyłem na to, że dźwięk jej głosu pomoże mi rozpoznać jej myśli, srogo się zawiodłem. Zwykle ludzkie myśli mają podobne brzmienie jak ich fizyczny głos, jednak ten cichy, nieśmiały ton był mi zupełnie obcy. Miałem stuprocentową pewność, że nie słyszałem go pośród setek myśli kłębiących się w stołówce. Kompletna nowość.

Powodzenia, kretynko!, pomyślała Jessica, zanim odpowiedziała na pytanie.

- To Edward. Wiem, wygląda zabójczo, ale nie zawracaj nim sobie głowy. Z nikim się nie spotyka. Najwyraźniej żadna z miejscowych dziewczyn nie jest dla niego dostatecznie dobra - dodała, prychając.

Odwróciłem głowę, by ukryć uśmiech. Jessica i jej koleżanki nie miały pojęcia, jakimi są szczęściarami, że żadna z nich nie wydała mi się nigdy szczególnie pociągająca.

Ale pod powłoką humoru poczułem dziwaczny impuls, którego sam do końca nie rozumiałem. Miał coś wspólnego ze złośliwością Jessiki i naiwnością Belli Swan... Poczułem nagle dziwne pragnienie, by stanąć pomiędzy nimi i zasłonić Dziewczynę przed agresją myślową koleżanki. Cóż za dziwne uczucie. Próbując wytropić przyczynę tego impulsu, jeszcze raz przyjrzałem się uważnie Nowej, tym razem oczami Jessiki. Swoim wgapianiem się niepotrzebnie zwracałem na siebie uwagę.

Być może był to jakiś dawno zapomniany instynkt - silnej jednostki, która chce bronić słabszej. W końcu Dziewczyna wyglądała na bardziej kruchą i delikatną niż jej koleżanki z klasy. Jej skóra wydawała się niemal przezroczysta, aż trudno było uwierzyć, że w jakikolwiek sposób chroni ją przed światem zewnętrznym. Pod tym cieniutkim bladym naskórkiem dostrzegałem rytmiczne pulsowanie krwi w żyłach... Nie, nie powinienem się na tym skupiać. Doskonale sobie radziłem w życiu, na które się zdecydowałem, ale odczuwałem podobne pragnienie jak Jasper. Kuszenie losu nie miało najmniejszego sensu.

Pomiędzy brwiami Dziewczyny rysowała się nieznaczna zmarszczka, z której istnienia nie zdawała sobie chyba sprawy. Jakie to wszystko musiało być frustrujące! Widziałem, że ledwo wytrzymuje siedzenie w stołówce, prowadzenie rozmowy z tyloma obcymi osobami, bycie w samym środku uwagi. W sposobie, w jaki lekko garbiła chude ramiona - jak gdyby w każdej chwili spodziewała się odtrącenia - wyczuwałem jej nieśmiałość. Wszystko to jednak tylko widziałem i domyślałem się tego, przez cały czas bowiem umysł tej zwyczajnej ludzkiej istoty pozostawał dla mnie zamknięty. Nic nie słyszałem. Nic. Jak to było możliwe?

- Idziemy? - szepnęła Rosalie, przerywając moje rozmyślania.

Z niekłamaną ulgą odwróciłem uwagę od Dziewczyny. Nie miałem zamiaru pogłębiać poczucia porażki - te były dla mnie doświadczeniem niemalże nieznanym, więc tym bardziej mnie irytowały. Nie planowałem także rozwijać zainteresowania jej ukrytymi myślami tylko dlatego, że były ukryte. Nie miałem wątpliwości, że kiedy je rozszyfruję - a wiedziałem, że na pewno znajdę na to sposób - okażą się tak samo trywialne i małostkowe jak myśli wszystkich innych ludzi. Niewarte wysiłku włożonego w ich odczytanie.

- I jak, Nowa już się nas boi czy jeszcze nie? - zapytał Emmett, nadal czekając na odpowiedź na swoje poprzednie pytanie.

Wzruszyłem ramionami, a on najwyraźniej nie zamierzał ciągnąć mnie za język. Wstaliśmy od stołu i wyszliśmy ze stołówki.

Emmett, Rosalie i Jasper udawali uczniów czwartej klasy, więc ruszyli na swoje lekcje. Ja odgrywałem rolę młodszego, w związku z czym udałem się na biologię, przygotowując się psychicznie na straszną nudę. Wątpiłem, żeby pan Banner, człowiek o bardzo przeciętnym intelekcie, wykrzesał ze swoich zajęć cokolwiek na tyle ciekawego, by zaskoczyć kogoś, kto skończył dwa kierunki medyczne.

Wszedłem do klasy, zająłem miejsce i wyłożyłem na ławkę książki i zeszyty - znów tylko rekwizyty normalnego życia, nie zawierały ani jednej informacji, której bym nie znał. Jako jedyna osoba w sali miałem całą ławkę do swojej dyspozycji. Istoty ludzkie były zbyt mało inteligentne, by wiedzieć, że się mnie boją, jednak ich wrodzony instynkt przetrwania wystarczył, by trzymały się ode mnie z daleka.

Klasa wypełniała się powoli uczniami wracającymi z przerwy obiadowej. Rozparłem się na krześle i wziąłem na przeczekanie, znów żałując, że nie jestem w stanie zasnąć. A ponieważ wcześniej rozmyślałem o Dziewczynie, gdy Angela Weber wprowadziła ją do środka, jej imię od razu wdarło mi się do głowy.

Bella wydaje się tak samo nieśmiała jak ja. Pewnie ten dzisiejszy dzień jest dla niej bardzo trudny. Chciałabym coś powiedzieć... ale pewnie cokolwiek wymyślę, zabrzmi głupio.

Yes!, pomyślał Mike Newton i okręcił się na krześle, żeby popatrzeć na wchodzących do sali.

Ze strony Dziewczyny nadal płynęła do mnie cisza. Puste miejsce, w którym powinny znajdować się jej myśli, męczyło mnie i drażniło.

A co, jeśli mój dar w ogóle zniknie? Jeśli to po prostu pierwszy objaw spadku umysłowej formy?

Często żałowałem, że nie potrafię uciec przed kakofonią dźwięków, że nie jestem normalny - na tyle, na ile było to możliwe. Teraz jednak na samą myśl, że mogłoby tak się stać, ogarniała mnie panika. Kim byłbym bez swoich zdolności? Nigdy nie słyszałem jednak o możliwości utraty tego daru. Postanowiłem, że zapytam o to Carlisle'a.

Dziewczyna ruszyła przejściem obok mojej ławki, zmierzając do biurka nauczyciela. Biedaczka. Jedyne wolne miejsce w klasie znajdowało się obok mnie. Natychmiast zwolniłem połowę ławki, składając swoje rzeczy na jedną kupkę. Wątpiłem, żeby czuła się komfortowo w moim sąsiedztwie, no cóż - czekał ją długi semestr, przynajmniej na biologii. Ale może siedząc obok niej, wyłuskam jej myśli z czeluści umysłu... Nie, żeby potrzebna mi była do tego bliskość fizyczna. Nie, żebym spodziewał się znaleźć tam cokolwiek wartego mojej uwagi.

W tym momencie Bellę Swan owiał podmuch ogrzanego powietrza, które napływało w moją stronę z wywietrznika.

Jej zapach uderzył we mnie jak taran, jak eksplodujący granat. Nie istnieją słowa, którymi mógłbym opisać siłę tego, co mną wtedy owładnęło.

Doświadczyłem natychmiastowego przeobrażenia. Przestałem przypominać istotę ludzką, nie została we mnie ani cząstka człowieczeństwa, którym omotałem się w ciągu wielu lat swojego życia.

Przerodziłem się w drapieżnika, a ona stała się moją ofiarą. Wszystko inne na świecie przestało się liczyć.

W jednej chwili z horyzontu zniknęło szkolne pomieszczenie pełne świadków - w moim umyśle jawili się oni jako przypadkowe, ale konieczne ofiary. Zapomniałem o zagadkowości jej nieczytelnych myśli - w końcu przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, wiedziałem, że nie będzie jej dane długo myśleć.

Byłem wampirem, a ona miała najsłodszą krew, jaką wyczułem od ponad osiemdziesięciu lat.

Nawet sobie nie wyobrażałem, że taki zapach istnieje. Gdybym zdawał sobie z tego sprawę, już dawno wybrałbym się na poszukiwanie jego źródeł. Przeryłbym całą planetę, byleby ją znaleźć. Już czułem na języku ten smak...

Pragnienie paliło mnie w gardle żywym ogniem, w ustach mi zupełnie wyschło, a świeży napływ jadu tylko pogłębiał te doznania.

Mój żołądek skręcał się z głodu, który był echem tego pragnienia. Wszystkie moje mięśnie napięły się do skoku.

Ale wszystko to razem trwało może pół sekundy. Dziewczyna nadal znajdowała się w połowie kroku, który zaczęła stawiać.

Gdy jej stopa dotknęła ziemi, jej wzrok powędrował w moją stronę, w sposób, który zapewne miał być ukradkowy. Jej oczy napotkały moje, zobaczyłem w nich swoje odbicie.

Szok, jaki odmalował się na jej twarzy, ocalił jej życie na kilka denerwujących chwil.

Nie ułatwiała mi zadania. Na widok mojej miny krew znów napłynęła jej do policzków, zabarwiając cerę najbardziej apetycznym kolorem, jaki kiedykolwiek widziałem. Jej zapach oszołomił mnie tak, że ledwo mogłem zebrać myśli. Instynkt aż we mnie buzował, opierając się samokontroli, dziki i szalony.

Bella Swan przyspieszyła kroku, jakby wyczuwała potrzebę ucieczki. Ten pośpiech tylko wzmógł jej niezdarność - potknęła się i niemal wpadła na dziewczynę siedzącą tuż przede mną. Słaba i bezbronna. Nawet bardziej niż typowa istota ludzka.

Próbowałem skupić się na twarzy odbitej w jej oczach - twarzy, którą z obrzydzeniem rozpoznawałem. To było oblicze tkwiącego we mnie potwora, którego próbowałem zdławić przez lata wielkim wysiłkiem i bezlitosną dyscypliną. Jakże łatwo teraz wyskoczył na powierzchnię!

Znów omiótł mnie zapach Dziewczyny, rozpraszając moje myśli i niemal katapultując mnie z ławki.

Nie.

Zacisnąłem palce na krawędzi stolika, próbując utrzymać się na krześle. Niestety, drewno nie wytrzymało naporu i moja ręka przeszła przez blat. Kiedy ją uniosłem, zobaczyłem w swojej garści drewnianą miazgę, a na ocalałym fragmencie ławki - wgłębienie po moich palcach.

Zniszczyć dowody - tak brzmiała podstawowa zasada. Koniuszkami palców natychmiast zmiażdżyłem odciśnięty kształt, tak że została tylko wystrzępiona dziura w blacie i kupka trocin na podłodze, którą natychmiast roztarłem butem.

Zniszczyć dowody. Pozbyć się świadków...

Wiedziałem, co teraz nastąpi. Dziewczyna usiądzie obok mnie, a ja będę musiał ją zabić.

Niewinne przypadkowe ofiary, osiemnaścioro dzieciaków i jeden mężczyzna - nie będą mogli wyjść stąd żywi po tym, co zobaczą.

Wzdrygnąłem się na myśl o tym, co muszę zrobić. Nawet na najgorszym etapie swojego życia nie posunąłem się do takich okropności. Nigdy nie zabiłem niewinnego człowieka, a teraz planowałem pozbawić życia aż dwadzieścia osób.

Twarz tkwiącego we mnie potwora zdawała się ze mnie drwić.

Ale chociaż jakaś część mnie pragnęła od niego uciec, inna część już planowała kolejne kroki.

Jeśli zabiję najpierw Dziewczynę, będę miał zaledwie piętnaście, może dwadzieścia sekund, zanim pozostali zareagują. Może odrobinę więcej, jeśli nie zorientują się od razu, co robię. Ona nie zdąży nawet krzyknąć czy choćby poczuć bólu. Nie zamierzałem być okrutny, choć tyle mogłem dać tej obcej istocie o szalenie apetycznej krwi.

Później jednak musiałbym zapobiec rejteradzie pozostałych. Oknami się nie przejmowałem, znajdowały się zbyt wysoko i były zbyt małe, żeby stanowić potencjalną drogę ucieczki. Zostawały jedynie drzwi - wystarczyło je zablokować, aby wszyscy znaleźli się w pułapce.

Uśmiercenie miotającej się w amoku dwudziestki wymagałoby więcej czasu i zachodu, ale oczywiście nadal było możliwe. Tyle że wygenerowałoby hałas. Dałoby im czas na wrzaski. Ktoś z zewnątrz z pewnością by to usłyszał... Zostałbym zmuszony do zamordowania kolejnych niewinnych ludzi.

W tym czasie jej krew by stygła.

Jej zapach ukarał mnie, zamknął mi gardło palącym bólem...

Czyli najpierw świadkowie.

Rozrysowałem to sobie w głowie. Siedziałem na końcu środkowego rzędu. Najpierw zabrałbym się do tych z prawej strony. Zakładałem, że mógłbym skręcić cztery, pięć karków na sekundę. Cicha robota. Prawa strona miałaby zatem szczęście doświadczyć nagłej i niespodziewanej śmierci. Potem ruszyłbym do przodu, a stamtąd zabrałbym się do lewej strony. Powinienem pozbawić wszystkich życia w nie więcej niż pięć sekund.

To zapewne wystarczyłoby, żeby Dziewczyna domyśliła się, co ją czeka. Żeby poczuła strach. A jeśli szok jej kompletnie nie sparaliżuje - żeby wydała z siebie krzyk. Jeden cichy krzyk, na który jednak nikt nie zareaguje.

Wziąłem głęboki wdech, a zapach Dziewczyny niczym kula ognia popędził przez moje wyschnięte żyły, paląc po drodze wszystkie dobre instynkty i reakcje, do jakich byłem zdolny.

Bella się odwróciła. Jeszcze chwila, a usiądzie kilka centymetrów ode mnie.

Tkwiący we mnie potwór nie posiadał się z radości.

Ktoś z lewej zatrzasnął głośno segregator. Nie podniosłem głowy, by sprawdzić, który ze skazanych na nieuchronną śmierć uczniów tak hałasuje, ale ruch powietrza na moment zmącił zapachową aurę Nowej.

Na chwilę odzyskałem jasność myśli i oczami wyobraźni ujrzałem obok siebie dwie twarze.

Jedna należała do mnie - kiedyś. Twarz czerwonookiego potwora, który zamordował tyle osób, że w którymś momencie przestałem je liczyć. Usprawiedliwione, uzasadnione zbrodnie. Byłem zabójcą zabójców, mordercą innych, słabszych ode mnie potworów. Przyjąłem do wiadomości, że mam coś w rodzaju kompleksu Boga - decydowałem, kto zasłużył sobie na karę śmierci. To był mój kompromis z samym sobą. Musiałem żywić się ludzką krwią, wybierałem więc taką, która płynęła w żyłach kreatur dopuszczających się tak przerażających praktyk, że niemal pozbawiały ich sprawców prawa przynależności do gatunku ludzkiego.

Druga twarz należała do Carlisle'a.

Nie było między nimi podobieństwa - jasny dzień i noc najczarniejsza z czarnych.

Nie istniał zresztą żaden powód, dla którego miałyby przypominać siebie nawzajem. Carlisle nie był moim biologicznym ojcem, nie mieliśmy więc wspólnych genów. Podobieństwo cery wynikało z przynależności do gatunku: każdy wampir był blady jak trup. Podobieństwo koloru oczu brało się jednak z czegoś zupełnie innego - z naszego osobistego wyboru.

Ale chociaż nic nie wskazywało na to, abyśmy byli z Carlisle'em do siebie zewnętrznie podobni, wyobrażałem sobie, iż moja twarz zaczyna w pewien sposób upodabniać się do jego twarzy: a to dlatego, że w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat powtórzyłem jego wybory i poszedłem jego ścieżką. Moje rysy się nie zmieniły, ale miałem wrażenie, że odcisnął się na nich cień jego mądrości, że z układu moich warg przebija odrobina jego empatii, a na czole można dostrzec łagodną linię jego cierpliwości.

Tyle że te wszystkie drobne ulepszenia zginęły teraz w chmurze okrucieństwa potwora, którym byłem. Jeszcze chwila, a nie zostanie ani śladu mojego twórcy, mentora i ojca w najlepszym tego słowa znaczeniu. Moje oczy rozbłysną czerwienią jak diabelskie ślepia i wszelkie podobieństwo zostanie na zawsze utracone.

Oczy Carlisle'a, które widziałem w myślach, wcale mnie nie osądzały. Wiedziałem, że wybaczy mi dokonane zbrodnie, ponieważ mnie kocha. Ponieważ uważa, że tak naprawdę nie jestem taki zły.

Bella Swan usiadła na krześle obok, dość sztywno i niezdarnie - zapewne mocno przestraszona - a zapach jej krwi otoczył mnie słodką mgłą, od której nie było ucieczki.

Zdawałem sobie sprawę, że za moment udowodnię ojcu, jak bardzo się mylił co do mojej osoby. Rozpacz, z jaką sobie to uświadomiłem, piekła mnie niemal tak samo mocno jak ogień w przełyku.

Zohydzony potworem, wręcz owładniętym krwiożerczym pragnieniem, odsunąłem się od Dziewczyny z obrzydzeniem.

Dlaczego musiała się tu pojawić? Po co musiała istnieć? Dlaczego musiała zniszczyć tę odrobinę spokoju, jaką znalazłem w swoim niby-życiu? Jaki był powód, dla którego tak irytująca istota ludzka przyszła na świat? Chyba tylko po to, by mnie zniszczyć.

Odwróciłem od niej głowę, oblała mnie bowiem fala gwałtownej irracjonalnej nienawiści.

Nie chciałem być potworem! Nie chciałem zabijać całej klasy bezbronnych dzieciaków! Nie chciałem tracić wszystkiego, co udało mi się osiągnąć przez tyle lat poświęcenia i wyrzeczeń!

O nie!

Nie zmusi mnie do tego.

Problemem był zapach, ten nieodparcie pociągający aromat jej krwi.

Gdyby tylko istniał sposób, by mu się oprzeć... Gdyby jakiś podmuch świeżego powietrza rozjaśnił mój umysł...

Bella Swan potrząsnęła w moim kierunku długimi, gęstymi, ciemnymi włosami. Czy ona postradała zmysły?

Nie czekała mnie żadna pomocna bryza. Ale przecież nie musiałem oddychać.

Natychmiast zatrzymałem napływ powietrza do płuc. Ulga była momentalna, ale zaledwie częściowa, ponieważ w pamięci nadal miałem wspomnienie zapachu Dziewczyny, czułem go też na języku. Wiedziałem, że długo mu się nie oprę. Dopóki ona i ja znajdujemy się w jednym pomieszczeniu, wszystkim pozostałym grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Powinienem uciekać. Chciałem to zrobić, wydostać się spod fali bijącego od niej ciepła, zwiać przed piekącym bólem w gardle, nie byłem jednak pewien, czy kiedy zmuszę zablokowane mięśnie do ruchu - ba, nawet do wstania - nie rzucę się na nią i nie popełnię zbrodni, którą już sobie przecież zaplanowałem.

Może jednak udałoby mi się wytrzymać godzinę? Czy godzina wystarczy, by odzyskać kontrolę nad własnym ciałem? Wątpiłem w to, ale postanowiłem się zmusić. Zrobić wszystko, by sześćdziesiąt minut wystarczyło na wydostanie się z sali pełnej ludzi, którzy być może wcale nie musieli jednak paść ofiarą moich żądz. Gdyby tylko udało mi się wytrwać przez jedną krótką godzinę.

Czułem się nieswojo, wstrzymując się od oddychania. Mój organizm nie potrzebował tlenu, ale brak oddechu był dla mnie czymś nienaturalnym. W chwilach stresu opierałem się przede wszystkim na zmyśle powonienia, to właśnie węch dominował podczas polowań, jako pierwszy ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Rzadko trafiałem na cokolwiek, co byłoby groźniejsze ode mnie samego, ale instynkt samozachowawczy był u wampirów tak samo silny jak u przeciętnego człowieka.

Czułem się więc nieswojo, ale mogłem sobie z tym poradzić - z pewnością lepiej niż z wąchaniem zapachu Belli i powstrzymywaniem się przed zatopieniem zębów w tej delikatnej, cienkiej, niemal przezroczystej skórze nad gorącą, wilgotną, pulsującą...

Godzina! Tylko jedna godzina. Nie wolno mi w tym czasie myśleć o tym zapachu i smaku.

Dziewczyna milczała i pochylała się tak, że jej włosy tworzyły kurtynę między nami. Nie widziałem jej twarzy, nie mogłem więc wyczytać emocji czających się w jej oczach. Czy próbowała ukryć je przede mną? Ze strachu? Z nieśmiałości? Żeby utrzymać swoje tajemnice?

Moja wcześniejsza irytacja faktem, że nie słyszę jej myśli, była niczym w porównaniu z pragnieniem i nienawiścią, jakie mną teraz owładnęły. Nie cierpiałem tej kruchej istoty siedzącej obok mnie, nienawidziłem tak samo zajadle, jak trzymałem się swojego dawnego "ja", swojej miłości do rodziny i marzeń, że jestem kimś lepszym niż w rzeczywistości. Ta nienawiść - do niej i do emocji, jakie we mnie wyzwoliła - okazała się odrobinę pomocna. I ta wcześniejsza irytacja - choć słaba i blada - także. Skupiałem się na każdej myśli, która odwracała moją uwagę od tego, jak smakowałaby...

Nienawiść i irytacja. Oraz zniecierpliwienie. Czy ta godzina nigdy nie minie?

A gdy wreszcie się skończy... ona wyjdzie z klasy. Co wtedy zrobię?

Jeśli uda mi się zapanować nad czyhającym we mnie potworem, przekonać go, że zwłoka będzie warta zachodu... Mógłbym przedstawić się Belli: "Cześć, nazywam się Edward Cullen. Mogę cię odprowadzić na następną lekcję?".

Z pewnością się zgodzi, tego wymaga uprzejmość. I chociaż już się mnie bała, byłem pewien, że postąpi zgodnie z powszechnie przyjętym zwyczajem i przyjmie propozycję. Nietrudno będzie ją poprowadzić w niewłaściwym kierunku. Las niemal wdzierał się od tyłu na szkolny parking. Mógłbym skłamać, że zostawiłem podręcznik w samochodzie...

Czy ktokolwiek zapamiętałby, z kim ją ostatnio widziano? Padało, jak zwykle. Dwa płaszcze przeciwdeszczowe przemieszczające się w złą stronę nie zwróciłyby szczególnej uwagi i nie zdradziły mojej tożsamości.

Tyle że nie tylko ja zauważyłem Bellę, choć nikt inny nie był aż tak boleśnie świadomy jej obecności. W szczególności Mike Newton wydawał się wyczulony na każdy ruch jej ciała, gdy wierciła się na krześle - siedzenie tak blisko mnie sprawiało jej widoczny dyskomfort, jak się spodziewałem, zanim jeszcze jej zapach rozwiał wszelkie moje oznaki miłosierdzia. Mike Newton zauważyłby, gdyby wyszła z klasy razem ze mną.

Jeśli wytrzymam godzinę, czy nie wytrzymałbym dwóch?

Skrzywiłem się, tak mnie paliło w przełyku.

Bella wróci do pustego domu, komendant Swan pracował osiem godzin dziennie. Znałem jego dom, tak samo jak wszystkie inne budynki w tej małej mieścinie. Budynek stał przytulony do gęstego lasu, w najbliższym sąsiedztwie nikt nie mieszkał. Nawet gdyby miała czas krzyczeć - a nie będzie go miała - i tak nikt by jej nie usłyszał.

To byłby odpowiedzialny sposób załatwienia tej sprawy. Ponad siedem dekad obywałem się bez ludzkiej krwi, jeśli wstrzymam oddech, wytrzymam co najmniej dwie godziny. A kiedy znajdę się z nią sam na sam, nikt inny nie ucierpi. "No i nie będziesz musiał się spieszyć" - zgodziła się bestia w mojej głowie.

Głupotą z mojej strony było mniemać, że jeśli dzięki wysiłkowi i cierpliwości ocalę życie dziewiętnastu istot ludzkich w tej klasie i zamorduję tylko jedną niewinną dziewczynę, okażę się mniejszym potworem.

Co prawda jej nienawidziłem, ale miałem stuprocentową świadomość, że moja nienawiść nie ma podstaw. Tak naprawdę nienawidziłem samego siebie. Wiedziałem także, że kiedy zamorduję Dziewczynę, moja nienawiść jeszcze się spotęguje.

Tę nieszczęsną godzinę przetrwałem, wizualizując sobie najlepsze sposoby zabijania. Starałem się unikać myślenia o samej czynności, bo to mogłoby okazać się dla mnie zbyt wiele. Dlatego planowałem wyłącznie strategię i nic więcej.

Raz, pod koniec lekcji, Bella spojrzała na mnie zza kurtyny swoich włosów. Czułem, jak emanuje ze mnie niczym nieusprawiedliwiona nienawiść, a gdy nasz wzrok się spotkał, ujrzałem odbicie tej nienawiści w jej przestraszonych oczach. Krew podbiła czerwienią jej policzki, zanim zdołała z powrotem ukryć się za włosami, a ja prawie straciłem nad sobą kontrolę.

Na szczęście zadzwonił dzwonek i nas - cóż za frazes - uratował. Ją - od śmierci. Mnie, na krótki czas, od stania się koszmarną bestią, której nie cierpiałem i której się bałem.

Czas było się ruszyć.

Nawet gdybym skupił uwagę na najprostszych czynnościach, i tak nie byłbym w stanie iść tak wolno, jak powinienem. Wypadłem z klasy jak szalony. Gdyby ktokolwiek mi się przyglądał, z pewnością mógłby uznać, że poruszam się z nienaturalną prędkością. Ale nikt nie patrzył, myśli wszystkich uczniów kręciły się wokół Dziewczyny, która miała zginąć za trochę więcej niż godzinę.

Schowałem się w samochodzie.

Wolałem nie myśleć o tym jako o ukrywaniu się, wyglądało to bowiem na tchórzostwo. Chwilowo jednak brakowało mi samokontroli, nie chciałem więc przebywać wśród istot ludzkich. Tak bardzo skoncentrowałem się na tym, by nie zabić jednej z nich, że brakło mi sił na oparcie się pozostałym. To byłaby niepowetowana strata: skoro już miałem oddać pola wewnętrznej bestii, chciałem, żeby gra była przynajmniej warta świeczki.

Włączyłem płytę, która mnie zwykle uspokajała - tym razem nie podziałała. Najbardziej pomocne okazało się zimne, wilgotne powietrze, które wpadało wraz z deszczem przez opuszczone szyby. Choć bardzo wyraźnie pamiętałem zapach krwi Belli Swan, ten świeży powiew jakby wymywał infekcję z wnętrza mojego organizmu.

Znów byłem sobą. Mogłem myśleć i walczyć - z tym, czym nie chciałem się stać.

Nie musiałem jechać do niej do domu, nie musiałem jej zabijać. Przecież byłem rozsądną, myślącą istotą i miałem wybór. Zawsze istniał wybór.

W klasie tego nie czułem, ale teraz... Teraz znajdowałem się daleko od niej.

Czy koniecznie musiałem sprawić zawód swojemu ojcu? Narażać swoją matkę na stres, zgryzotę... cierpienia?

Bo tak, to zraniłoby także i moją przybraną matkę, osobę niezwykle łagodną, delikatną i kochającą. Przysporzenie bólu komuś takiemu jak Esme byłoby po prostu niewybaczalne.

A może, gdybym naprawdę starannie unikał Dziewczyny, wcale nie musiałbym wywracać swojego życia do góry nogami? Dlaczego jakiś nieznośny, ale smakowity nikt miałby mi zepsuć mój poukładany świat?

Cóż za ironia - pomyśleć, że chciałem chronić Dziewczynę przed śmiesznie żałosnym niebezpieczeństwem złośliwych myśli Jessiki Stanley. Byłem ostatnią osobą, która powinna zgłaszać się do ochrony Isabelli Swan. W istocie, jeśli potrzebna jej była jakakolwiek obrona, to wyłącznie przede mną.

Gdzie jest Alice? Czy nie widziała w myślach, jak zabijam tę ludzką istotę na tysiąc rozmaitych sposobów? Dlaczego nie pospieszyła mi na pomoc - żeby mnie powstrzymać albo pomóc zatrzeć ślady? Czyżby tak się zaangażowała w pilnowanie Jaspera, że nie zwróciła uwagi na znacznie gorszą ewentualność? A może byłem silniejszy, niż mi się wydawało? Czy to możliwe, że w rzeczywistości i tak nie skrzywdziłbym tej dziewczyny?

Nie. To nieprawda. Widocznie Alice była bardzo skupiona na Jasperze.

Zacząłem lustrować miejsce, w którym spodziewałem się zastać swoją siostrę - niewielki pawilon, gdzie odbywały się lekcje angielskiego. Szybko zlokalizowałem jej znajomy "głos". Jak się okazało, miałem rację. Była całkowicie pochłonięta nadzorowaniem Jaspera, wnikliwie analizowała każdą jego decyzję.

Żałowałem, że nie mogę poprosić jej o radę, ale jednocześnie cieszyłem się, że tkwi w nieświadomości i nie ma pojęcia, do czego jestem zdolny. Poczułem, jak oblewa mnie kolejna piekąca fala - wstydu. Wolałem, żeby nikt z moich najbliższych nie poznał prawdy o mnie.

Gdyby udało mi się unikać Belli Swan, może bym jej nie zabił - już na samą myśl bestia we mnie zaczęła się wiercić i zgrzytać zębami z frustracji - a wtedy nikt nie musiałby nawet poznać moich zamiarów. Gdybym tylko potrafił trzymać się z daleka od jej zapachu...

Nic nie stało na przeszkodzie, aby spróbować zastosować tę strategię. Dokonać właściwego wyboru, podjąć wysiłek bycia takim, za jakiego miał mnie Carlisle.

Ostatnia lekcja dobiegała powoli końca. Postanowiłem niezwłocznie wprowadzić swój plan w życie. Lepsze to niż siedzenie na parkingu - zawsze mogła znaleźć się w pobliżu i zaprzepaścić cały mój wysiłek. Ponownie poczułem do niej nieuzasadnioną nienawiść.

Ruszyłem szybko - zbyt szybko, na szczęście nie było świadków - przez boisko do sekretariatu.

Recepcjonistka nie zauważyła, jak się bezszelestnie wsuwam do środka.

- Dzień dobry.

Kobieta o nienaturalnie rudych włosach podniosła głowę przestraszona. Zawsze wytrącaliśmy ich z równowagi, było w nas coś, czego nie rozumieli, bez względu na to, jak często nas widywali.

- Och - wydukała zmieszana i wygładziła bluzkę.

To głupota, pomyślała. On jest tak młody, że prawie mógłby być moim synem.

- Witaj, Edwardzie. W czym mogę pomóc? - Jej rzęsy zatrzepotały za grubymi szkłami.

Zakłopotanie. Wiedziałem jednak, że potrafię być czarujący, jeśli tylko tego zechcę. Przychodziło mi to z łatwością, ponieważ od razu dowiadywałem się, jak zostały przyjęte mój gest czy słowo.

Pochyliłem się do przodu, jakbym wpatrywał się głęboko w jej nieco mdłe brązowe oczy. Myśli krążyły jej bezładnie po głowie - to ja wywołałem u niej taki efekt. Zadanie powinno być proste.

- Chciałem zapytać, czy pomogłaby mi pani nieco zmodyfikować mój plan lekcji - odezwałem się najdelikatniejszym głosem, którego używałem, gdy nie chciałem przestraszyć istot ludzkich.

Słyszałem, jak przyspiesza jej puls.

- Oczywiście, Edwardzie. Co mogę zrobić?

Za młody, za młody, powtarzała w duchu.

Jakże się myliła - byłem starszy od jej dziadka.

- Chciałbym przenieść się z biologii na jakieś zajęcia na poziomie klasy czwartej. Może fizyka?

- Czy jest jakiś problem z panem Bannerem?

- Nie, tylko ja już to wszystko przerobiłem...

- W tej szkole z zaawansowanym programem na Alasce? Rozumiem. - Zacisnęła wargi, zastanawiając się.

Oni powinni być już na studiach. Słyszałam, jak nauczyciele narzekają. Najwyższa średnia, żadnego wahania przy udzielaniu odpowiedzi, nawet najmniejszego błędu na sprawdzianach - jakby znaleźli sposób, żeby ściągać na każdym przedmiocie. Pan Varner prędzej uwierzy, że ktoś oszukuje, niż przyzna, że uczeń może być lepszy od niego z trygonometrii. Pewnie ich matka daje im lekcje...

- Tak się składa, że na fizyce mamy komplet uczniów. Pan Banner nie życzy sobie grup liczących więcej niż dwadzieścia pięć osób...

- Nie będę sprawiał kłopotu.

Oczywiście, że nie. Przecież to jeden z idealnych Cullenów.

- Wiem, Edwardzie. Tyle że w klasie nie ma tylu miejsc i...

- Czy w takim razie mogę zrezygnować z biologii? Mógłbym wykorzystać okienko na indywidualną naukę.

- Chcesz zrezygnować z biologii? - Kobieta otworzyła usta ze zdziwienia.

To jakieś szaleństwo. Dlaczego tak trudno mu wysiedzieć na przedmiocie, z którego materiał ma już opanowany? Na pewno jest jakiś problem z panem Bannerem.

- Nie otrzymasz oceny potrzebnej, żeby dostać się na studia.

- Nadrobię to w przyszłym roku.

- Może najpierw powinieneś porozmawiać o tym z rodzicami.

Za moimi plecami otworzyły się drzwi, ale ktokolwiek wszedł do sekretariatu, nie poświęcił mi ani jednej myśli, więc zignorowałem go i skupiłem się na pani Cope. Przysunąłem się jeszcze bliżej i udałem, że zaglądam jej głęboko w oczy. Moja strategia zadziałałaby lepiej, gdyby moje oczy miały kolor złoty, a nie czarny. Czerń przerażała ludzi - tak jak powinna.

Kobieta cofnęła się, zdezorientowana mieszanymi uczuciami.

- Bardzo proszę - wymruczałem tak łagodnie i zachęcająco, jak tylko się dało, i jej awersja natychmiast ustąpiła. - Może jest jakiś inny przedmiot, na który mógłbym się przenieść? Na pewno są gdzieś miejsca. Biologia na szóstej godzinie nie może być jedyną opcją...

Uśmiechnąłem się, ale tak, żeby za mocno nie pokazywać zębów i znów jej nie wystraszyć.

Jej serce zabiło jeszcze mocniej.

Zbyt młody, napomniała samą siebie.

- Może mogłabym porozmawiać z Bobem... Znaczy, z panem Bannerem...

Wystarczyła sekunda, by wszystko się zmieniło: atmosfera w pomieszczeniu, moja misja, powód, dla którego przysuwałem się do tej rudowłosej kobiety... By zmienił się cel moich działań.

W ciągu tej sekundy Samantha Wells weszła do sekretariatu, wrzuciła usprawiedliwienie do stojącego przy drzwiach koszyka i pospiesznie wyszła, zapewne chcąc jak najszybciej znaleźć się poza szkołą. Uderzył we mnie nagły podmuch powietrza z otwartych drzwi, a wtedy zrozumiałem, dlaczego ta pierwsza osoba nie zalała mnie potokiem swoich myśli.

Odwróciłem się, chociaż w zasadzie było to zbyteczne.

Bella Swan opierała się plecami o ścianę przy drzwiach, w palcach ściskała kartkę. Gdy napotkała moje wściekłe nieludzkie spojrzenie, jej oczy rozszerzyły się jak spodki.

Zapach jej krwi nasączył każdą cząsteczkę powietrza w tym ciasnym, dusznym pomieszczeniu. Mój przełyk zapłonął żywym ogniem.

Z jej oczu spojrzało na mnie znowu odbicie bestii, zła w czystej postaci.

Moja ręka zawahała się nad blatem. Nawet nie musiałbym się odwracać, żeby chwycić sekretarkę za szyję i uderzyć jej głową o biurko z taką siłą, że zginęłaby na miejscu. Dwa morderstwa zamiast dwudziestu. Dobry deal.

Potwór czekał, aż to zrobię - zniecierpliwiony i wygłodniały.

Ale przecież zawsze istniał wybór - na pewno.

Odciąłem dopływ powietrza do płuc i wyobraziłem sobie twarz Carlisle'a. A potem odwróciłem się do pani Cope i zarejestrowałem jej wewnętrzne zaskoczenie na widok zmiany w mojej twarzy. Odsunęła się ode mnie, ale jej strach nie uformował się w żadne słowa.

W moich płucach znajdowało się akurat tyle powietrza, by wystarczyło na jedną krótką wypowiedź. Wykorzystując więc całą samokontrolę, jakiej nauczyłem się w ciągu kilkudziesięciu lat wyrzeczeń, spokojnym, zrównoważonym tonem powiedziałem:

- Trudno. Widzę, że rzeczywiście nic nie da się zrobić. Dziękuję za fatygę.

Okręciłem się na pięcie i wypadłem na zewnątrz, starając się zignorować ciepło bijące od ciała Dziewczyny, którą musiałem minąć przy drzwiach.

Zatrzymałem się dopiero przy samochodzie, przez całą drogę pędziłem jak szalony. Większość uczniów już rozjechała się do domów, nie miałem więc zbyt wielu świadków. Słyszałem tylko, jak chłopak z drugiej klasy, D.J. Garret, spostrzega mnie, ale szybko to bagatelizuje...

Skąd tu się znalazł nagle Cullen? Normalnie, jakby spadł z nieba... No i znów ta moja bujna wyobraźnia. Mama ciągle powtarza...

Gdy wsiadłem do volvo, pozostali byli już na swoich miejscach. Próbowałem zapanować nad oddechem, ale dyszałem tak ciężko, jakbym się dusił.

- Edward? - W głosie Alice słychać było niepokój.

Pokręciłem tylko głową.

- Co ci się, do cholery, stało? - zapytał Emmett, zapominając na moment o tym, że Jasper nie jest w nastroju do rewanżu.

Zamiast im odpowiadać, wrzuciłem wsteczny. Musiałem wyjechać z parkingu, zanim Bella Swan i tu mnie znajdzie. Mój własny demon, wystawiający mnie na najgorsze tortury...

Zakręciłem gwałtownie i przyspieszyłem. Zanim wyjechałem z parkingu, miałem już siedemdziesiątkę na liczniku, a jeszcze przed pokonaniem pierwszego zakrętu wskazówka pokazywała sto dwadzieścia kilometrów na godzinę.

Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, że Emmett, Rosalie i Jasper popatrzyli jednocześnie na Alice. Ta wzruszyła ramionami. Nie widziała przecież, co się stało, jedynie to, co miało nastąpić.

Spojrzała na mnie, oboje przetworzyliśmy to, co pojawiło się w jej głowie, i oboje zareagowaliśmy zaskoczeniem.

- Wyjeżdżasz? - szepnęła.

Pozostali wbili we mnie wzrok.

- A wyjeżdżam? - zapytałem przez zaciśnięte zęby. Dopiero wtedy wszystko zobaczyła - gdy moja silna wola się zachwiała i inne rozwiązanie popchnęło moją przyszłość w mroczniejszym kierunku.

- Och - westchnęła.

Martwa Bella Swan. Moje oczy błyszczące purpurą od świeżej krwi. Poszukiwania zaginionej. Starannie odmierzony czas na odczekanie, aż minie niebezpieczeństwo, a potem wyprowadzka z Forks i budowanie życia od nowa...

- Och - powtórzyła.

Obraz zyskał wyrazistość, mogłem teraz dostrzec detale. Po raz pierwszy ujrzałem wnętrze domu komendanta Swana, Bellę w małej kuchni z żółtymi szafkami, odwróconą do mnie tyłem, podczas gdy ja nachodziłem ją z ciemności, pozwalałem, by jej zapach przyciągał mnie...

- Przestań! - jęknąłem. Nie byłem w stanie znieść więcej.

- Przepraszam - szepnęła.

Potwór nie posiadał się z radości.

Wizja w jej umyśle znów zyskała nową odsłonę. Pusta autostrada w nocy, drzewa wzdłuż drogi obsypane śniegiem, mijane z prędkością ponad trzystu trzydziestu kilometrów na godzinę.

- Będę za tobą tęsknić - powiedziała. - Nawet jeśli znikniesz na krótko.

Emmett i Rosalie spojrzeli po sobie czujnie.

Dotarliśmy niemal do zjazdu w długą szosę prowadzącą do naszego domu.

- Wypuść nas tutaj - poinstruowała mnie Alice. - Powinieneś osobiście powiedzieć Carlisle'owi.

Kiwnąłem głową, samochód zatrzymał się z piskiem hamulców.

Emmett, Rosalie i Jasper wysiedli w milczeniu. Z pewnością wypytają Alice o szczegóły, kiedy zostaną sami. Alice dotknęła mojego ramienia.

- Zrobisz to, co właściwe - szepnęła. Tym razem polecenie, a nie wizja. - Charlie Swan ma tylko ją. To by go zabiło.

- Tak - zgodziłem się, ale wyłącznie z ostatnim zdaniem.

Alice dołączyła do reszty, marszcząc brwi z niepokojem. Cała czwórka wtopiła się w las i zniknęła mi z pola widzenia, zanim zdążyłem zawrócić.

Wiedziałem, że wizje Alice zaczną się zmieniać z mrocznych w jasne, jak w kalejdoskopie. Pędziłem sto pięćdziesiąt na godzinę, niepewien, co właściwie robię. Żegnam się z ojcem? Czy raczej akceptuję tkwiącego we mnie potwora?

?

2 OTWARTA KSIĘGA

Oparłem się o miękką zaspę, a suchy miałki śnieg zmienił kształt pod ciężarem mojego ciała. Moja skóra ochłodziła się, przyjmując temperaturę powietrza, drobinki lodu pod moim dotykiem zyskiwały gładkość aksamitu.

Nad głową miałem czyste niebo, rozświetlone mnóstwem gwiazd, czasem niebieskich, czasem żółtych. Wszystkie razem tworzyły majestatyczne wirujące formy na tle czarnej pustki wszechświata: zaiste, niesamowity widok. Wyjątkowo piękny. Czy raczej powinienem powiedzieć, że byłby wyjątkowo piękny, gdybym był w stanie go docenić.

Sytuacja wcale się nie poprawiała. Minęło sześć dni, odkąd ukryłem się w dzikich ostępach Denali, a mimo to od wolności oddzielała mnie taka sama przepaść jak wtedy, gdy po raz pierwszy poczułem zapach Belli.

Gdy wpatrywałem się w rozgwieżdżone niebo, miałem wrażenie, że jakaś przeszkoda utkwiła pomiędzy jego pięknem a moim wzrokiem. Tą przeszkodą była twarz: przeciętna ludzka fizjonomia, której obrazu nie mogłem się pozbyć.

Nadchodzące myśli usłyszałem, zanim jeszcze dotarł do mnie dźwięk towarzyszących im kroków. Te zresztą brzmiały jedynie jak delikatny szmer na śniegu.

Nie byłem zaskoczony tym, że Tanya przyszła tu w ślad za mną. Wiedziałem, że przez ostatnie dni rozmyśla nad rozmową ze mną, odkładając ją do momentu, gdy nie zyska pewności, co dokładnie chce powiedzieć.

Wyskoczyła z lasu, jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, po czym wzbiła się w powietrze i wylądowała na wystającej czarnej skale, utrzymując równowagę na podbiciu gołych stóp.

Jej skóra wydawała się srebrzysta w świetle gwiazd, a długie jasne loki połyskiwały blado, jakby lekko zabarwione na różowo. Bursztynowe oczy rozbłysły na mój widok, a jej pełne wargi powoli ułożyły się w uśmiech.

Wyśmienicie. Gdybym tylko rzeczywiście potrafił ją dostrzec. Westchnąłem.

Nie ubrała się dla ludzkiego oka - miała na sobie wyłącznie cienki bawełniany stanik i szorty. Przykucnęła na wielkiej skale, dotykając jej powierzchni koniuszkami palców, a jej ciało naprężyło się.

Kula armatnia, pomyślała.

Rzuciła się w powietrze. Jej sylwetka stała się ciemnym wirującym kształtem, wdzięcznie poruszającym się pomiędzy mną a gwiazdami. W ostatniej chwili zwinęła się w kulkę i uderzyła całym ciałem w znajdującą się obok mnie zaspę.

Otoczyła mnie zamieć śnieżna. Gwiazdy zgasły, a ja wpadłem głęboko w otchłań lodowych kryształków.

Westchnąłem raz jeszcze, wdychając lód, ale nie ruszyłem się nawet, by się wydostać spod śniegu. Otaczający mnie teraz mrok ani nie popsuł, ani nie poprawił widoku. I tak miałem ciągle przed oczami tę samą twarz.

- Edwardzie?

Tanya natychmiast mnie odkopała, po czym strzepnęła biały puch z mojej skóry, nie patrząc mi przy tym w oczy.

- Przepraszam - szepnęła. - To był żart.

- Wiem. Całkiem zabawny.

Przygryzła wargę.

- Irina i Kate twierdziły, że powinnam cię zostawić w spokoju. Uważają, że cię denerwuję.

- Skądże - zapewniłem. - Wręcz przeciwnie - to ja jestem nieuprzejmy, i to bardzo. Przepraszam za to.

Wracasz do domu, prawda?, zapytała w myślach.

- Ja... Jeszcze nie postanowiłem... do końca.

Ale tu nie zostajesz, pomyślała ze smutkiem.

- Nie. To mi raczej nie... nie pomaga.

Wydęła wargi.

- To moja wina, prawda?

- Oczywiście, że nie. - Faktycznie, niczego mi nie ułatwiała, ale jedynym problemem tak naprawdę była prześladująca mnie twarz.

Nie bądź dżentelmenem.

Uśmiechnąłem się.

Przy mnie czujesz się nieswojo, zarzuciła mi.

- Nie.

Uniosła brew, na jej twarzy malowało się tak oczywiste niedowierzanie, że aż parsknąłem śmiechem. Jeden krótki śmiech, a po nim kolejne westchnienie.

- No dobrze - przyznałem. - Trochę.

Ona też westchnęła i oparła brodę na dłoniach.

- Jesteś tysiąckrotnie piękniejsza od gwiazd, Tanyo. Oczywiście, od dawna o tym wiesz, ale nie chciałbym, żeby mój upór osłabił twoją pewność siebie - wyznałem i zaśmiałem się, takie to było nieprawdopodobne.

- Nie jestem przyzwyczajona do odmowy - powiedziała. Jej dolna warga wydęła się atrakcyjnie.

- Oczywiście, że nie - odparłem, próbując bezskutecznie zablokować jej myśli, gdy przelotnie przesiewała wspomnienia tysięcy udanych podbojów miłosnych. Tanya preferowała zwłaszcza mężczyzn rasy ludzkiej. Po pierwsze, było ich znacznie więcej niż wampirów, po drugie - byli delikatni i tacy ciepli. No i zawsze chętni.

- Sukkub[1] - zakpiłem, z nadzieją, że to przerwie ciąg obrazów przesuwających się w jej myślach. Uśmiechnęła się szeroko, ukazując zęby. - I to w najczystszej postaci.

W przeciwieństwie do Carlisle'a Tanya i jej siostry bardzo powoli odkrywały swoje sumienie. Ostatecznie zwyciężyła słabość do mężczyzn rasy ludzkiej i tym samym skończyły się rzezie. Teraz mężczyźni, którzy im się spodobali... przeżywali.

- Gdy się tu zjawiłeś - zaczęła pomału - pomyślałam, że...

Wiedziałem, co sobie pomyślała. I powinienem był się tego domyślić. Tyle że ja w tym momencie nie byłem zdolny do analitycznego myślenia.

- Pomyślałaś, że zmieniłem zdanie.

- Tak. - Skrzywiła się.

- Mam wyrzuty sumienia w związku z tym, że tak igrałem z twoimi oczekiwaniami. Nie chciałem... Nie przemyślałem tego. Po prostu... wyjechałem w pośpiechu.

- Zapewne nie powiesz mi, jaka była przyczyna?

Usiadłem, prostując ramiona, i skrzyżowałem ręce na piersi.

- Wolałbym o tym nie rozmawiać. Wybacz mi, proszę, moją powściągliwość.

Zamilkła, próbując dociec, o co chodzi. Ignorowałem ją, starając się - nadaremno - podziwiać piękno gwiazd.

Po chwili dała za wygraną, a jej myśli poszybowały w innym kierunku.

Dokąd się udasz, Edwardzie, jeśli opuścisz to miejsce? Wrócisz do Carlisle'a?

- Raczej nie - szepnąłem.

Dokąd się udam? Nie istniało żadne miejsce na całej kuli ziemskiej, które by mnie interesowało. Niczego nie chciałem zobaczyć ani zrobić. W gruncie rzeczy, gdziekolwiek bym pojechał, nie byłaby to droga do, ale ucieczka przed.

Bardzo mi się to nie podobało. Kiedy stałem się takim tchórzem?

Tanya objęła mnie szczupłym ramieniem. Zastygłem, ale nie wzdrygnąłem się pod jej dotykiem. Chciała tylko okazać mi przyjacielskie wsparcie. Chyba.

- Myślę jednak, że wrócisz - powiedziała. W jej głosie pojawił się cień dawno zapomnianego rosyjskiego akcentu. - Bez względu na to, co... czy kto... cię prześladuje. Zmierzysz się z tym bezpośrednio, taki już jesteś.

Jej myśli niosły w sobie taką samą pewność jak słowa. Próbowałem przyswoić sobie jej wizję kogoś, kto mierzy się bezpośrednio z problemem. Miło było znów móc o sobie pomyśleć w takich kategoriach. Zanim zdarzyła się ta okropna lekcja biologii, nigdy nie powątpiewałem we własną odwagę i umiejętność radzenia sobie z kłopotami.

Pocałowałem Tanyę w policzek i odsunąłem się gwałtownie, gdy odwróciła do mnie twarz. Uśmiechnęła się posępnie, widząc mój unik.

- Dziękuję ci, Tanyo. Właśnie takie słowa były mi potrzebne.

- Nie ma za co. - Nadąsała się. - Chyba. Powinieneś podchodzić do wszystkiego z większym rozsądkiem, Edwardzie.

- Przykro mi. Wiesz, że jesteś dla mnie za dobra. Ja po prostu... Nie znalazłem jeszcze tego, czego szukam.

- Jeśli wyjedziesz, zanim się zobaczymy... Żegnaj, Edwardzie.

- Żegnaj, Tanyo. - Ledwo wypowiedziałem to pożegnanie, a już ujrzałem siebie wyjeżdżającego. Znajdującego w sobie siłę, by wrócić do jedynego miejsca, w którym chciałem się znaleźć. - I jeszcze raz dziękuję.

Zerwała się na nogi jednym zręcznym ruchem i popędziła tak szybko, że jej stopy nie miały czasu, by zapaść się w śnieg. Nie zostawiała za sobą żadnych śladów. Nie obejrzała się za siebie. Moja odmowa bolała ją bardziej, niż dała to po sobie poznać. Nie zamierzała się już ze mną spotkać przed moim wyjazdem.

Zasępiłem się. Nie chciałem ranić Tanyi, choć jej uczucia były płytkie i niezbyt czyste, i z całą pewnością nie mogłem ich odwzajemnić. A jednak nie czułem się dżentelmenem, do którego mnie porównała.

Oparłem brodę o kolana i ponownie spojrzałem w gwiazdy. Nagle ogarnęła mnie nieprzemożona ochota powrotu do domu. Wiedziałem, że Alice ujrzy to w myślach i powiadomi resztę. Będą szczęśliwi - zwłaszcza Carlisle i Esme. Jeszcze przez moment wpatrywałem się w niebo, próbując zobaczyć cokolwiek innego niż bezustannie pojawiającą się w moich myślach twarz Belli. Pomiędzy mną a migoczącymi srebrzyście punkcikami widniała para zdziwionych czekoladowobrązowych oczu, zastanawiających się nad motywami moich poczynań. Zdających się pytać, co moja decyzja będzie oznaczać dla niej. Oczywiście nie miałem pewności, czy takiej wiedzy rzeczywiście szuka, bo nawet w wyobraźni nie słyszałem jej myśli. Oczy Belli Swan wpatrywały się we mnie pytająco, gwiazdy ciągle umykały przed moim spojrzeniem, przesłonięte wizją Dziewczyny. Westchnąłem ciężko, podniosłem się i ruszyłem w drogę. Wiedziałem, że jeśli puszczę się biegiem, dotrę do samochodu Carlisle'a w ciągu niecałej godziny.

Śpiesząc się do rodziny i pragnąc być Edwardem, który mierzy się bezpośrednio z problemami, popędziłem pod rozgwieżdżonym niebem, nie zostawiając ani śladu na białej połaci śniegu.

***

- Będzie dobrze - szepnęła Alice. Wzrok miała mglisty, Jasper podtrzymywał ją lekko pod łokieć i prowadził do przodu. Szliśmy zwartą grupką przez środek stołówki, z Emmettem i Rosalie na czele. Emmett wyglądał idiotycznie, niczym bodyguard na wrogim terenie. Rose wydawała się niespokojna, ale raczej rozdrażniona niż opiekuńcza.

- Oczywiście, że będzie - mruknąłem. Zachowywali się niedorzecznie. Gdybym nie miał pewności, że dam radę, zostałbym przecież w domu.

Nagłe przeobrażenie naszego normalnego, wręcz radosnego porannego zachowania - w nocy padał śnieg, Emmett i Jasper wykorzystali moje roztargnienie, by obrzucić mnie śnieżkami, a gdy znudził ich brak reakcji z mojej strony, zaczęli atakować siebie nawzajem - w tę przesadną czujność byłoby komiczne, gdyby aż tak bardzo nie działało na nerwy.

- Nie ma jej jeszcze, ale... kiedy wejdzie... Jeśli usiądziemy tam, gdzie zawsze, znajdzie się od zawietrznej.

- Oczywiście, że usiądziemy tam, gdzie zawsze. Przestań, Alice, denerwujesz mnie. Dam radę.

Zamrugała raz, gdy Jasper posadził ją na krześle, a jej wzrok wreszcie skoncentrował się na mojej twarzy.

- Hmm... - Wydawała się zaskoczona. - Chyba masz rację.

- Oczywiście, że mam - mruknąłem.

Bardzo, ale to bardzo nie podobało mi się, że to na mnie skupiła się cała ich uwaga. Poczułem nagłe współczucie dla Jaspera, przypominając sobie, ile razy wisieliśmy mu nad głową, by go chronić. Spotkał moje spojrzenie i uśmiechnął się szeroko.

Wkurzające, co?

Popatrzyłem na niego z wściekłością.

Nie mogłem uwierzyć, że zaledwie kilka dni wcześniej to obskurne pomieszczenie wydawało mi się śmiertelnie nudne. Że będąc tu, czułem się, jakbym zapadał w śpiączkę.

Teraz moje nerwy były napięte do granic możliwości - jak struny fortepianu, gotowe zagrać przy najlżejszym muśnięciu. Wszystkie moje zmysły tkwiły w gotowości bojowej, rejestrowałem każdy dźwięk, każdy ruch powietrza muskającego moją skórę, każdą myśl - zwłaszcza myśli. Tylko jeden zmysł trzymałem na uwięzi, nie decydując się go użyć. Węch, rzecz jasna. Dlatego nie oddychałem.

Spodziewałem się usłyszeć więcej na temat Cullenów w myślach, które skanowałem. Przez cały dzień szukałem osoby, której Bella Swan mogła się zwierzyć, chciałem bowiem oszacować, jak formują się nowe plotki, ale na nic nie trafiłem. Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na wampiry w stołówce, tak jak to było, zanim Dziewczyna się tu przeprowadziła. Kilkoro uczniów nadal o niej myślało, mniej więcej to samo co w zeszłym tygodniu. A ja, zamiast śmiertelnego znudzenia, poczułem rosnącą fascynację.

Czyżby z nikim o mnie nie rozmawiała?

To niemożliwe, żeby nie zauważyła mrocznego, morderczego spojrzenia moich czarnych oczu. Widziałem przecież jej reakcję. Doznała szoku i byłem pewien, że komuś o tym wspomni - może nawet ubarwi nieco swoją opowieść, by lepiej zabrzmiała. Włoży w moje usta parę złośliwości.

Poza tym słyszała, jak próbuję wymigać się od wspólnej lekcji biologii. Zapewne dostrzegłszy moją minę, zastanawiała się, czy to ona jest przyczyną tej dezercji. Normalna dziewczyna popytałaby innych, porównała swoje doświadczenia z ich spostrzeżeniami, starając się znaleźć jakiś wspólny mianownik, żeby nie czuć się napiętnowaną. Istotom ludzkim szalenie zależy na normalności, na dopasowaniu się do grupy. Wtopieniu się w tłum podobnych do siebie osobników, pozbawionych jakichkolwiek cech wyróżniających. To pragnienie wydawało się szczególnie nasilone w trudnym okresie dojrzewania, a ta nowa na pewno nie była wyjątkiem.

Nikt jednak nie zwracał na nas uwagi. Uznałem, że Bella musi być wyjątkowo nieśmiała, skoro nikomu się nie zwierzyła. Być może rozmawiała z ojcem, może to z nim miała najlepsze relacje... Co wydawało się mało prawdopodobne, zważywszy na to, iż tyle czasu mieszkali osobno. Z pewnością bliższa jej była matka. Wkrótce będę musiał przejść obok komendanta Swana, żeby posłuchać, o czym myśli.

- Coś nowego? - zapytał Jasper.

Skupiłem się i pozwoliłem, by chmara cudzych myśli znów zaatakowała mój umysł. Nic jednak nie zwróciło mojej uwagi - nikt o nas nie myślał. Najwidoczniej niepotrzebnie się martwiłem, mój dar bowiem wydawał się tak samo funkcjonalny jak wcześniej - nie licząc niesłyszalnej Dziewczyny. Po powrocie do domu podzieliłem się wątpliwościami z Carlisle'em, ale on słyszał wyłącznie o rozwijaniu umiejętności dzięki ich praktykowaniu, nigdy o ich całkowitym zaniku.

Jasper czekał niecierpliwie.

- Nic. Widocznie... nic nie powiedziała.

Wszyscy unieśli brwi.

- Może wcale nie jesteś tak przerażający, jak ci się wydaje - rzucił Emmett ze śmiechem. - Założę się, że ja bym ją bardziej przestraszył.

Tylko przewróciłem oczami.

- Zastanawiam się, dlaczego... - Znowu próbował znaleźć wyjaśnienie fenomenu niesłyszalności myśli Swanówny, o którym im opowiedziałem.

- Już o tym rozmawialiśmy. Nie wiem.

- Idzie - szepnęła Alice, a ja zastygłem. - Spróbuj wyglądać jak istota ludzka.

- Istota ludzka? - zapytał Emmett.

Wyciągnął prawą rękę, w zaciśniętej dłoni trzymał grudkę śniegu. Nie rozpuściła się, ścisnął ją w kostkę lodu. Wpatrywał się w Jaspera, ja jednak zorientowałem się, w jakim kierunku zmierzają jego myśli. Oczywiście, Alice także. Kiedy więc cisnął w nią nagle lodem, odrzuciła go od siebie niedbałym ruchem palców. Lodowa bryła odbiła się rykoszetem, przeleciała przez całą długość stołówki - zbyt szybko dla ludzkiego oka, by mogło to zauważyć - i rozbiła się na kawałki, uderzając w ceglaną ścianę. Cegła pękła.

Głowy wszystkich siedzących w tamtej części pomieszczenia odwróciły się, by popatrzeć na kupkę pokruszonego lodu na podłodze, po czym zaczęły się obracać w poszukiwaniu winowajcy. Oczywiście, tylko w najbliższej okolicy, w naszym kierunku nikt nawet nie spojrzał.

- Faktycznie, to było bardzo ludzkie, Emmett - zganiła go Rosalie. - Może od razu przebij pięścią ścianę, skoro już masz takie pomysły?

- Będzie to wyglądało znacznie bardziej imponująco, jeśli ty to zrobisz, moja piękna.

Próbowałem skupić na nich uwagę, utrzymać uśmiech przyklejony do twarzy, jakbym przekomarzał się razem z nimi. Nie pozwoliłem sobie popatrzeć w stronę kolejki, w której stała Bella. Ale nasłuchiwałem wyłącznie z tamtego kierunku.

Słyszałem zniecierpliwione myśli Jessiki, Dziewczyna bowiem wydawała się roztargniona - co i rusz blokowała ruch kolejki. Dowiedziałem się, że policzki Belli Swan są znów zaróżowione od napływu krwi.

Wziąłem kilka płytkich oddechów, gotów całkowicie zrezygnować z oddychania, jeśli tylko w powietrzu wyczuję choćby cień jej zapachu.

Dziewczynom towarzyszył Mike Newton. Gdy wypytywał Bellę o jej kłopoty, słyszałem oba jego głosy - zarówno ten na zewnątrz, jak i wewnętrzny. Czułem niesmak, gdy jego myśli owijały ją kokonem, gdy wyczuwałem zapowiedź fantazji, które zaczynały przesłaniać jego umysł, podczas kiedy na nią patrzył. Dziewczyna została wyrwana nagle z zadumy, zaskoczona, jakby zapomniała zupełnie, że znajduje się w szkolnej stołówce.

- Nic, nic - usłyszałem cichy, wyraźny głos Belli. Zadźwięczał jak dzwon zagłuszający trajkotanie uczniów, ale wiedziałem, że to tylko wrażenie, ponieważ bardzo usilnie starałem się go wyłowić z tłumu. - Wezmę tylko napój - dodała, przesuwając się do przodu.

Nie mogłem się powstrzymać i rzuciłem jedno przelotne spojrzenie w jej kierunku. Dziewczyna wbiła wzrok w podłogę, krew powoli odpływała jej z twarzy. Odwróciłem szybko głowę i popatrzyłem na Emmetta, który roześmiał się na widok mojej zbolałej miny.

Wyglądasz nieszczególnie, drogi bracie.

Zmieniłem wyraz twarzy na bardziej naturalny i swobodny.

Tymczasem Jessica zastanawiała się nad brakiem apetytu swojej koleżanki.

- Nie jesteś głodna?

- Zrobiło mi się tak jakoś niedobrze. - Dziewczyna powiedziała to ciszej, ale nadal bardzo wyraźnie.

Dlaczego tak mnie dotknęła ta opiekuńczość i troska, które nagle zaczęły przebijać z myśli Mike'a Newtona? Co z tego, że wyczuwałem w nich pewną zaborczość? Przecież to nie moja sprawa, jeśli chłopak niepotrzebnie się o nią martwił. Może ona właśnie takie uczucia wzbudzała u wszystkich dookoła? Czy i ja sam nie próbowałem instynktownie jej chronić? Oczywiście zanim owładnęło mną pragnienie, by ją zabić...

A może ona rzeczywiście była chora?

Trudno było to ocenić, miała półprzezroczystą skórę, więc wydawała się taka krucha... W tym samym momencie uświadomiłem sobie, że zamartwiam się o nią tak samo jak ten półgłówek, zmusiłem się więc do porzucenia rozmyślań o jej zdrowiu.

Tak czy inaczej, nie podobało mi się śledzenie jej oczami Mike'a, dlatego przerzuciłem się na Jessicę, obserwując uważnie, jak cała trójka wybiera sobie stolik. Na szczęście zajęli miejsce obok koleżanek Jessiki, przy jednym z pierwszych stołów. Nie od nawietrznej - a więc dokładnie tak, jak zapewniała Alice.

Która teraz trąciła mnie łokciem.

Niebawem na ciebie spojrzy. Udawaj, że jesteś normalnym człowiekiem.

Zacisnąłem zęby, nie przestając się sztucznie uśmiechać.

- Wyluzuj, Edwardzie - poradził Emmett. - Naprawdę. Najwyżej zabijesz jedną istotę ludzką, to jeszcze nie koniec świata.

- Ty coś o tym wiesz - mruknąłem.

Zaśmiał się.

- Musisz się nauczyć godzić z pewnymi sprawami, tak jak ja. Wieczność to za długo, żeby nurzać się w poczuciu winy.

W tym samym momencie Alice cisnęła mniejszą garść ukrytego wcześniej lodu prosto w twarz niespodziewającego się niczego Emmetta.

Ten zamrugał zaskoczony i uśmiechnął się szeroko.

- Sama się o to prosiłaś - powiedział. Pochylił się nad stołem i potrząsnął w jej stronę ośnieżonymi włosami. Roztapiający się w ciepłym pomieszczeniu zamarznięty śnieg rozprysnął się ni to lodem, ni to wodą.

- Ble! - Rose się skrzywiła i obie z Alice odsunęły się, by uniknąć zamoczenia.

Alice wybuchnęła śmiechem, wszyscy do niej dołączyliśmy. Widziałem w jej myślach, jak drobiazgowo zaaranżowała tę perfekcyjną scenkę. Dziewczyna - powinienem przestać o niej tak myśleć, jakby była jedyną dziewczyną na świecie - Bella zobaczy, jak się śmiejemy i wygłupiamy, że wyglądamy na szczęśliwych, na ludzi, na nierealistyczne ideały jakby prosto z obrazu Normana Rockwella.

Alice nadal się śmiała i trzymała tacę jak tarczę. Przypuszczałem, że Dziewczyna - to znaczy Bella - się na nas gapi.

...i znów się gapi na Cullenów, pomyślał ktoś, zwracając od razu moją uwagę.

Popatrzyłem mimowolnie w stronę źródła tego spostrzeżenia, z łatwością rozpoznając głos - wsłuchiwałem się w niego od rana.

Tyle że mój wzrok prześlizgnął się po Jessice i skupił na przenikliwym spojrzeniu Dziewczyny.

Natychmiast opuściła głowę, schowała się za kurtyną gęstych włosów.

O czym myślała? Z czasem moja frustracja zamiast maleć - rosła. Próbowałem - niepewnie, bo po raz pierwszy w życiu - swoim umysłem wywierać nacisk na otaczającą ją ciszę. Mój dar działał zazwyczaj spontanicznie, nigdy nie musiałem się gimnastykować i wytężać. Teraz się skupiłem, żeby przebić się przez otaczającą ją zbroję.

Nic, tylko cisza.

Co jest w niej takiego?, pomyślała Jessica, werbalizując moją irytację.

- Edward Cullen się na ciebie gapi - szepnęła do ucha Belli Swan i zachichotała. W jej głosie nie było ani cienia zazdrości, najwyraźniej miała talent do udawania przyjaźni.

Słuchałem z nadmiernym zaangażowaniem, jak zabrzmi odpowiedź.

- Nie jest wściekły, prawda?

A więc zauważyła moją dziką reakcję w minionym tygodniu. Oczywiście, że tak.

Pytanie zdezorientowało Jessicę. Ujrzałem własną twarz w jej myślach, gdy lustrowała moją minę, ale nie popatrzyłem jej w oczy. Cały czas skupiałem się na Dziewczynie, próbując usłyszeć cokolwiek. Niestety, nawet maksymalna koncentracja w niczym nie pomagała.

- Nie - zapewniła Jessica, chociaż widziałem, że wolałaby udzielić odpowiedzi twierdzącej. Moje gapienie się nie dawało jej spokoju, ale rzecz jasna, nie zdradziła się z tym. - A powinien?

- Chyba za mną nie przepada - szepnęła Dziewczyna i położyła głowę na rękach, jakby poczuła się nagle zmęczona. Próbowałem zrozumieć ten gest, mogłem się jednak tylko domyślać. Może rzeczywiście była zmęczona.

- Cullenowie nikogo nie lubią - zapewniła ją Jessica. - Zresztą trudno, żeby lubili, skoro na nikogo nie zwracają uwagi. - Nigdy. W jej myślach wyraźnie pobrzmiewała nuta dezaprobaty. - Ale on nadal się na ciebie gapi.

- A ty na niego. Przestań - poprosiła nerwowo i podniosła głowę, by sprawdzić, czy koleżanka wykonała polecenie.

Jessica zaśmiała się, ale spełniła prośbę.

Przez kolejną godzinę Dziewczyna wpatrywała się w blat swojego stolika. Uznałem - choć, rzecz jasna, nie miałem pewności - że to celowe. Miałem wrażenie, że chciałaby na mnie spojrzeć, jej ciało kierowało się bowiem nieznacznie w moją stronę, jej broda zaczynała się odwracać, po czym Dziewczyna przyłapywała się na tym, brała głęboki wdech i wbijała wzrok w swojego rozmówcę.

Ignorowałem myśli otaczających ją osób, ponieważ jej nie dotyczyły. Mike Newton planował po lekcjach bitwę na śnieżki na szkolnym parkingu, jakby nie zdawał sobie sprawy, że śnieg przerodził się w deszcz. Miękkie uderzenia płatków o dach ustąpiły bardziej typowemu bębnieniu deszczowych kropli. Czyżby nie zauważył różnicy? Dla mnie była bardzo widoczna.

Gdy skończyła się przerwa obiadowa, zostałem na miejscu. Istoty ludzkie wypłynęły wartkim strumieniem ze stołówki, a ja przysłuchiwałem się, czy nie odróżnię jej kroków od reszty, jakby miało być w nich coś ważnego bądź niezwykłego. Co za głupota z mojej strony.

Moje rodzeństwo też ani drgnęło - wszyscy czekali na mój ruch.

Czy pójdę na lekcję, usiądę obok Dziewczyny, gdzie będę czuł absurdalnie silny zapach jej krwi, a jej ciepły puls przeniesie się przez powietrze na moją skórę? Czy byłem wystarczająco silny, by to przetrwać? Czy może na jeden dzień wystarczy wrażeń?

Przedyskutowaliśmy tę scenę w rodzinnym gronie - i to pod każdym kątem. Carlisle był przeciwny podejmowaniu ryzyka, ale nie narzucał mi swojej woli. Jasper zapatrywał się podobnie, ale raczej ze strachu przed zdemaskowaniem niż z troski o życie ludzkie. Rosalie martwiła się wyłącznie tym, w jaki sposób moje działanie może wpłynąć na jej życie. Alice widziała tyle niejasnych, wzajemnie się wykluczających wersji przyszłości, że jej wizje okazały się nietypowo nieprzydatne. Esme uważała, że nie zrobię nic złego. Natomiast Emmett chciał jedynie porównać moją historię ze swoimi własnymi przeżyciami związanymi ze spotkaniem wyjątkowo atrakcyjnych zapachów. Wyciągnął Jaspera na wspominki, chociaż Jasper nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w kwestii samokontroli i raczej nigdy nie stoczył podobnej walki wewnętrznej. Emmett pamiętał dwa takie incydenty, jednak jego historie nie brzmiały zachęcająco. Z drugiej strony był wtedy młodszy, mniej zdolny do kontrolowania pragnienia. Ja byłem chyba silniejszy?

- Ja... Wydaje mi się, że będzie dobrze - odezwała się Alice z wahaniem. - Masz konkretny plan. Chyba przetrwasz tę lekcję.

Ale Alice doskonale wiedziała, jak łatwo można zmienić plany.

- Po co kusić los, Edwardzie? - zapytał Jasper. Co prawda nie chciał triumfować, że chociaż raz to ja okazałem się słabszy, ale wyczuwałem cień dumy w jego głosie. - Wracaj do domu. Wybierz metodę pojedynczych kroków.

- Przecież to nic takiego - zaoponował Emmett. - Albo ją zabije, albo nie. Tak czy inaczej, lepiej to już mieć z głowy.

- Nie chcę się jeszcze stąd wyprowadzać i zaczynać wszystkiego od nowa - wtrąciła Rosalie. - Już prawie skończyliśmy szkołę średnią, Emmett. Wreszcie.

Czułem się rozdarty. Bardzo, bardzo chciałem uniknąć kolejnej ucieczki od problemu, wolałem zmierzyć się z nim bezpośrednio, z drugiej jednak strony nie zamierzałem zbytnio ryzykować. W zeszłym tygodniu przetrzymanie Jaspera tak długo bez polowania okazało się błędem, czy mój plan był równie bezsensowny?

Nie miałem zamiaru psuć szyków swojej rodzinie, nikt by mi za to nie podziękował.

Ale chciałem pójść na tę biologię. Uświadomiłem sobie, że pragnę znowu zobaczyć twarz Belli.

To przeważyło szalę. Ciekawość, za którą sam byłem na siebie zły. Czy nie obiecałem sobie, że nie pozwolę, by dziwna cisza otaczająca umysł Dziewczyny wzbudziła u mnie niepożądane zainteresowanie jej osobą? A tu, proszę bardzo - okazałem się zainteresowany w bardzo niepożądany sposób.

Chciałem wiedzieć, o czym ona myśli. Umysł miała zamknięty, jednak jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Być może udałoby mi się z nich cokolwiek wyczytać.

- Nie, Rose. Naprawdę uważam, że będzie dobrze - powiedziała Alice. - Ta wizja się... stabilizuje. Jestem na dziewięćdziesiąt trzy procent pewna, że jeśli Edward pójdzie na lekcję, nic złego się nie wydarzy.

Spojrzała na mnie pytająco, zastanawiając się, co takiego zmieniło się w moich myślach, że jej wizja się wykrystalizowała. Czy moja ciekawość wystarczy, by utrzymać Bellę Swan przy życiu?

Emmett miał jednak rację - dlaczego nie mieć tego z głowy, cokolwiek to oznacza? Zamierzałem stawić czoła pokusie.

- Idźcie na lekcję - zakomenderowałem, wstając. Odwróciłem się i odszedłem, nie oglądając się za siebie. Ciągnął się za mną niepokój Alice, dezaprobata Jaspera, wsparcie Emmetta oraz rozdrażnienie Rosalie.

Wziąłem głęboki wdech przed drzwiami sali lekcyjnej, zamknąłem powietrze w płucach i wszedłem do niewielkiego ciepłego pomieszczenia.

Nie spóźniłem się, pan Banner nadal przygotowywał materiały i narzędzia do dzisiejszych doświadczeń. Dziewczyna siedziała przy moim - naszym - stoliku, z opuszczoną głową, wpatrując się w kartkę, na której coś bazgrała. Przyjrzałem się szkicom, podchodząc bliżej, zainteresowany nawet tak banalnym wytworem jej umysłu, jakim był rysunek - ten jednak okazał się pozbawiony sensu. Ot, przypadkowe kółka i pętelki. Być może nie koncentrowała się na wzorze, tylko o czymś rozmyślała.

Odsunąłem krzesło tak gwałtownie, że aż zaskrzypiało na linoleum. Wiedziałem, że istoty ludzkie czują się bardziej komfortowo, gdy hałas obwieszcza czyjeś nadejście.

Dziewczyna z pewnością to usłyszała. Nie podniosła głowy, ale jej ręka zadrżała i rysowane kółko wyszło krzywe.

Dlaczego na mnie nie spojrzała? Zapewne się bała. Tym razem musiałem koniecznie wywrzeć na niej inne wrażenie, by doszła do wniosku, że wcześniej wyobraźnia spłatała jej figla.

- Hej - powiedziałem cichym głosem, którego używałem, gdy chciałem, by ludzie poczuli się dobrze w mojej obecności. Moje usta ułożyły się w uprzejmy uśmiech, nieukazujący ani śladu zębów.

Podniosła wzrok, jej duże brązowe oczy wydawały się przestraszone i pełne pytań. Dokładnie to samo spojrzenie prześladowało mnie przez ostatni tydzień.

Gdy wpatrywałem się w te dziwnie przepastne oczy - w kolorze mlecznej czekolady, ale przejrzystej jak mocna herbata, z drobnymi plamkami wokół źrenicy, w których migały zieleń agatu i złoty karmel - poczułem, że nagle wyparowała gdzieś cała moja niechęć do tej istoty, winnej tylko tego, że istnieje. Teraz, gdy nie oddychałem, nie czułem jej zapachu, trudno było mi wierzyć, że ktoś tak delikatny i kruchy mógłby zasługiwać na nienawiść.

Policzki nabiegły jej rumieńcem, ale się nie odezwała.

Nadal wbijałem w nią wzrok, skupiałem się na pytającej głębi jej oczu, starając się ignorować apetyczny kolor dziewczęcej skóry. Miałem wystarczająco dużo powietrza w płucach, by powiedzieć coś jeszcze bez konieczności oddychania.

- Nazywam się Edward Cullen. - Uznałem, że to będzie uprzejmy początek rozmowy, chociaż przecież Dziewczyna już znała moje imię i nazwisko. - Nie miałem okazji przedstawić się w zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bella Swan.

Wydawała się zdezorientowana, na jej czole bowiem pojawiła się pionowa bruzda. Odpowiedź zajęła jej sekundę dłużej niż powinna.

- Skąd wiesz, jak mam na imię? - zapytała. Głos jej zadrżał nieznacznie.

Widocznie naprawdę ją przestraszyłem, od razu zrobiło mi się głupio. Zaśmiałem się cicho - wiedząc, że ten dźwięk działa uspokajająco na istoty ludzkie.

- Chyba wszyscy to wiedzą. Całe miasteczko żyło twoim przyjazdem. - Powinna spodziewać się, że znajdzie się w centrum zainteresowania tego małego, dość nudnego światka.

Skrzywiła się, jakby była to nieprzyjemna wiadomość. Uznałem, że dla kogoś tak wyjątkowo nieśmiałego znalezienie się w samym środku uwagi musi być bardzo kłopotliwe - oczywiście dla większości ludzi byłoby wręcz przeciwnie. Nawet jeśli nie chcieli wyróżniać się z tłumu, jednocześnie konformistycznie pragnęli znaleźć się w świetle reflektorów.

- Nie o to mi chodziło. Skąd wiedziałeś, że jestem "Bella", a nie "Isabella"?

- Wolisz pełne imię? - zapytałem zdumiony, że nie do końca wiem, dokąd prowadzi jej pytanie. Przecież pierwszego dnia wyraźnie dała to wszystkim do zrozumienia. Czyżby nie sposób było zrozumieć istot ludzkich, nie mając przewodnika w postaci ich myśli? Najwyraźniej całkowicie zaufałem swojemu darowi. Czy bez niego byłbym ślepy jak kret?

- Absolutnie nie - odparła, przechylając głowę w bok. Jej mina - o ile byłem w stanie ją odczytać prawidłowo - oscylowała pomiędzy zakłopotaniem a dezorientacją. - Ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata, nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Dlatego nikt inny w szkole nie użył tego zdrobnienia. - Jej policzki oblały się różem.

- Ach tak. - Szybko odwróciłem wzrok.

Uświadomiłem sobie właśnie, co oznaczają jej pytania. Popełniłem błąd, dałem się przyłapać. Gdybym nie podsłuchiwał wszystkich dookoła pierwszego dnia pobytu Dziewczyny w szkole, nie zwróciłbym się do niej, używając zdrobnienia. Od razu to zauważyła.

Zrobiło mi się nieswojo. Tak szybko wyłapała moje potknięcie, była bardzo bystra, zwłaszcza jak na kogoś, kogo powinna przerażać moja obecność.

Chwilowo jednak miałem większe problemy niż jej podejrzenia co do mojej osoby.

Zaczynało brakować mi powietrza. Jeśli miałem się jeszcze odezwać, musiałem koniecznie zrobić wdech.

Trudno byłoby milczeć do końca lekcji. Niestety, siadając przy moim stoliku, Bella stała się moją partnerką, a to oznaczało, że będziemy razem pracować na zajęciach. Byłoby dziwne - i szalenie grubiańskie - gdybym ignorował ją podczas doświadczeń. Wzmogłoby to jej lęk i podejrzenia.

Odsunąłem się najdalej, jak to było możliwe bez przemieszczania krzesła, i odwróciłem głowę. Przygotowałem się psychicznie, napiąłem wszystkie mięśnie, po czym wciągnąłem do płuc wielki haust powietrza, oddychając wyłącznie przez usta.

Aaaaaa!

Bolało tak, jakbym połknął rozżarzony węgiel. Nawet nie czując jej zapachu, na języku wyczuwałem jej smak. Pragnienie było tak samo silne jak wtedy, gdy po raz pierwszy się z nią zetknąłem.

Zacisnąłem zęby i próbowałem wziąć się w garść.

- Do dzieła - zakomenderował pan Banner.

Uśmiech i ponowne spojrzenie na wbijającą wzrok w blat ławki Dziewczynę wymagały ode mnie zmobilizowania całej samokontroli, jaką wypracowałem w ciągu siedemdziesięciu czterech lat ogromnego wysiłku.

- Jak sądzisz, partnerko, panie przodem? - zapytałem.

Popatrzyła na mnie i mina jej zrzedła. Czy coś było nie tak? W jej oczach dostrzegłem odbicie mojej twarzy, zwyczajna mina, przyjazna istotom ludzkim. Fasada prezentowała się nienagannie. Czy ona znów się wystraszyła? Nie odpowiedziała na moje pytanie.

- Albo może ja zacznę, jeśli nie masz nic przeciwko - odezwałem się cicho.

- Nie, nie - odparła i znów się zarumieniła. - Już się biorę do roboty.

Wbiłem wzrok w zdezelowany sprzęt - stary mikroskop i pudełko ze szkiełkami. Wolałem nie patrzeć na krew pulsującą pod jej niemal przezroczystą skórą.

Wziąłem kolejny szybki wdech - przez zaciśnięte zęby - i aż się skrzywiłem, gdy przełyk zapłonął mi żywym ogniem.

- Profaza - oznajmiła, ledwo zerknąwszy na szkiełko. I od razu zaczęła je wyjmować.

- Pozwolisz, że zerknę? - Intuicyjnie - idiotycznie, jakby była jedną z nas - dotknąłem jej dłoni, by powstrzymać ją przed wyjęciem szkiełka. Przez ułamek sekundy ciepło jej skóry paliło moją rękę. To było jak porażenie prądem - gorąca fala wystrzeliła przez moje palce i popłynęła w górę ręki. Bella wyrwała dłoń.

- Przepraszam - wybąkałem. Ponieważ musiałem wbić gdzieś wzrok, chwyciłem mikroskop i zerknąłem na szkiełko. Miała rację.

- Profaza - potwierdziłem.

Byłem zbyt wytrącony z równowagi, żeby na nią spojrzeć. Oddychałem cicho przez zaciśnięte zęby, próbując nie zwracać uwagi na pragnienie wypalające mi gardło, i skupiłem się na prostym zadaniu. Wpisałem odpowiednie słowo we właściwym miejscu na karcie pracy, po czym zmieniłem próbkę.

Ciekawiło mnie, o czym ona myśli. Jak się poczuła, gdy dotknąłem jej ręki. Moja skóra musiała wydać się obrzydliwie lodowata, nic dziwnego, że Dziewczyna zamilkła.

Spojrzałem na szkiełko.

- Anafaza - mruknąłem pod nosem i zapisałem nazwę w odpowiedniej rubryce.

- Pozwolisz? - zapytała.

Podniosłem głowę, zaskoczony tym, że patrzy wyczekująco, z ręką wyciągniętą w stronę mikroskopu. Nie wyglądała na przestraszoną, czyżby naprawdę podejrzewała, że popełniłem błąd?

Uśmiechnąłem się na widok nadziei malującej się na jej twarzy i przesunąłem mikroskop w jej stronę.

Popatrzyła w okular z zaangażowaniem, które jednak prędko zgasło. Kąciki jej ust wygięły się w dół.

- Preparat numer trzy? - zapytała wyczekująco. Nie podniosła głowy znad mikroskopu, ale wyciągnęła rękę. Upuściłem kolejne szkiełko na jej dłoń, starając się jej nie dotknąć. Zajmowanie miejsca obok niej było jak siedzenie pod lampą grzewczą. Czułem wręcz, jak podnosi się temperatura mojego ciała.

Dziewczyna nie przyglądała się zbyt długo preparatowi.

- Interfaza - zawyrokowała nonszalancko - być może na pokaz - i przesunęła mikroskop w moją stronę. Nie dotknęła kartki, czekała, aż zapiszę odpowiedź. Sprawdziłem - znów poprawnie zidentyfikowała próbkę.

Do końca pracowaliśmy w ten sposób - wypowiadając pojedyncze słowa i nie patrząc sobie w oczy. Skończyliśmy jako pierwsi, reszta klasy miała problemy z wykonaniem zadania. Mike Newton nie mógł się skoncentrować, ciągle obserwował mnie i Bellę.

Gdziekolwiek wyjechał w zeszłym tygodniu, mógł już tam zostać, pomyślał, przyglądając mi się z niekłamaną niechęcią. Interesujące. Nie sądziłem, że chłopak żywi do mnie tak negatywne uczucia. To była nowość, najwyraźniej mająca związek z pojawieniem się Belli. A co jeszcze ciekawsze, odkryłem - ku mojemu ogromnemu zdziwieniu - że odwzajemniam jego uczucia.

Popatrzyłem na Dziewczynę, zdumiony rewolucją, jaką - pomimo swojego przeciętnego, niegroźnego wyglądu - wprowadziła w moje życie.

Nie, żebym nie rozumiał, skąd się wzięło zainteresowanie Mike'a. Bella była dość ładna jak na istotę ludzką, choć w nietypowy sposób. Jej twarz miała w sobie coś lepszego niż urodę - nieprzewidywalność. Lekko niesymetryczna, z wąskim podbródkiem niepasującym do szerokich kości policzkowych, bardzo kontrastowa kolorystycznie, o jasnej cerze i ciemnych włosach, no i te oczy - zbyt duże jak na taką drobną buzię, niepokojąco tajemnicze...

Oczy, które nagle bacznie zlustrowały moją twarz. Nie odwróciłem głowy, próbowałem rozszyfrować choć jedną z tych fascynujących tajemnic.

- Nosisz szkła kontaktowe? - zapytała nagle.

Cóż za dziwne pytanie.

- Nie - odparłem, niemal się uśmiechając na myśl, że ja miałbym poprawiać sobie sztucznie wzrok.

- Ach - wymamrotała. - Wydawało mi się, że masz jakby inne oczy.

Oblał mnie zimny pot, gdy uświadomiłem sobie, że nie tylko ja próbuję dzisiaj posiąść cudze tajemnice.

Wzruszyłem ramionami i popatrzyłem przed siebie, na nauczyciela.

Oczywiście, że miałem inne oczy, niż kiedy patrzyła w nie ostatnim razem. Żeby przygotować się na dzisiejsze zmagania i pokusy, spędziłem cały weekend na polowaniach, sycąc pragnienie tak, jak to było możliwe. W zasadzie to przesadnie. Opiłem się potwornie krwi zwierzęcej, co i tak nie zmieniło sytuacji: nadal nęcił mnie ten niesamowity zapach Dziewczyny. Gdy ostatnio wbijałem w nią wściekłe spojrzenie, moje oczy były czarne z pragnienia. Teraz, kiedy w moim ciele płynęło mnóstwo krwi, oczy przybrały kolor ciepłego bursztynu.

Kolejne potknięcie. Gdybym domyślił się, do czego zmierza, zadając swoje pytanie, odpowiedziałbym twierdząco. Przez dwa lata siedziałem w szkole obok istot ludzkich, a ona jako pierwsza przyjrzała mi się na tyle dobrze, by zauważyć zmianę w kolorze tęczówek. Inni, choć podziwiali urodę członków naszej rodziny, raczej zawsze odwracali wzrok, gdy wyczuli na sobie nasze spojrzenia. Płoszyli się i instynktownie ignorowali szczegóły naszego wyglądu, byleby tylko tkwić w błogiej nieświadomości.

Dlaczego akurat ona musiała tyle zauważać?

Pan Banner podszedł do naszego stolika. Natychmiast zaczerpnąłem czystego powietrza, które ze sobą przyniósł - zanim zdążyło wymieszać się z jej zapachem.

- Nie pomyślałeś, Edwardzie, że dobrze byłoby dać szansę Isabelli? - zapytał, zerkając na arkusz odpowiedzi.

- Belli - poprawiłem go odruchowo. - Sama zidentyfikowała trzy z pięciu.

Nauczyciel sceptycznie przyjął tę informację.

- Przerabiałaś to już wcześniej? - zapytał.

Przyglądałem się, jak Dziewczyna uśmiecha się nieco zakłopotana.

- Nie z komórkami cebuli.

- Na blastuli siei?

- Tak.

Był zaskoczony. Dzisiejsza lekcja obejmowała materiał z programu klasy czwartej. Pokiwał głową w milczeniu.

- W Phoenix chodziłaś na biologię dla zaawansowanych? - zapytał w końcu.

- Tak.

A więc była zaawansowana, inteligentna jak na istotę ludzką. Wcale mnie to nie zdziwiło.

- Cóż - skwitował pan Banner. - W takim razie dobrze się złożyło, że siedzicie razem. - Odchodząc, wymamrotał jeszcze pod nosem: - Dzięki temu inni też będą mieli szansę czegoś się nauczyć.

Dziewczyna raczej tego nie słyszała, powróciła do gryzmolenia po kartce.

Dwa lapsusy w ciągu zaledwie trzydziestu minut, wyjątkowo kiepsko z mojej strony. Nie miałem przy tym pojęcia, co Dziewczyna o mnie myśli - jak bardzo się boi i ile podejrzewa. Musiałem bardziej się postarać, żeby zatrzeć negatywne pierwsze wrażenie. Robić coś, co rozmyje wspomnienia po naszym ostatnim - barbarzyńskim - spotkaniu.

- Szkoda, że ze śniegu nic nie zostało, prawda? - zapytałem, powtarzając tekst błahej pogawędki, który słyszałem dzisiaj wielokrotnie z ust uczniów naszej szkoły. Pogoda - zawsze bezpieczny, choć szalenie nudny temat do rozmów.

Popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, co było nietypową reakcją na bardzo typowe słowa.

- Ja tam się cieszę - odparła.

Musiałem ponownie skierować rozmowę na banalną ścieżkę. Dziewczyna mieszkała wcześniej w jasnym, ciepłym regionie - mimo wrodzonej bladości jej skóra zdawała się to w jakiś dziwny sposób odzwierciedlać - więc panujący w Forks ziąb z pewnością nie był dla niej komfortowy. Tak samo jak mój lodowaty dotyk.

- Nie lubisz zimna - zgadłem.

- Ani wilgoci - potwierdziła.

- Musisz się tu męczyć.

Może nie powinnaś była tu przyjeżdżać, miałem ochotę dodać. Może powinnaś wrócić tam, gdzie twoje miejsce.

Właściwie to nie byłem pewien, czy tego właśnie chciałem. Wiedziałem, że nigdy nie zapomnę zapachu jej krwi, czy miałaby jakąkolwiek gwarancję, że nie wyruszę jej tropem? Poza tym gdyby wyjechała, jej umysł już na zawsze pozostałby dla mnie tajemnicą, nieustannie dręczącą mnie zagadką.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo - odparła cicho, wpatrując się w jakiś niezidentyfikowany punkt.

Jej odpowiedzi mnie zaskakiwały i rodziły kolejne pytania.

- To dlaczego tu przyjechałaś? - zapytałem, zdając sobie sprawę, że ton mojego głosu zabrzmiał oskarżycielsko, zbyt poważnie jak na błahą rozmowę. Moje pytanie okazało się niegrzeczne, wścibskie.

- To trochę skomplikowane.

Zamrugała gwałtownie, ale nie ciągnęła tematu, a ja omal nie wyskoczyłem ze skóry, tak mnie zżerała ciekawość. Paliła mnie w przełyku niemal tak samo jak pragnienie. Jednocześnie jednak odkryłem, że odrobinę łatwiej jest mi oddychać. Zaczynałem przyzwyczajać się do piekącego bólu, przez co stawał się łatwiejszy do zniesienia.

- Chyba się nie pogubię - odparłem. Być może z czystej uprzejmości postanowi odpowiedzieć na moje pytania, o ile będę miał czelność je zadawać. Dziewczyna wbiła wzrok w swoje dłonie. Zniecierpliwiłem się. Miałem ochotę chwycić ją za brodę i unieść jej głowę, żeby widzieć oczy. Oczywiście, nie zdobyłbym się na to, by dotknąć ponownie jej skóry.

Gwałtownie podniosła wzrok, a ja poczułem ulgę, dostrzegając emocje w jej oczach. Gdy się odezwała, mówiła szybko.

- Moja mama ponownie wyszła za mąż.

Ach, to było całkiem łatwe do zrozumienia. Smutek zasnuł jej twarz, wróciła niewielka bruzda na czole.

- To akurat nie jest zbyt skomplikowane - powiedziałem łagodnym tonem, co przyszło mi automatycznie, bez żadnego wysiłku. Jej przygnębienie wywołało we mnie dziwną bezradność, jakbym żałował, że nie mogę jej pomóc. Dziwaczny impuls. - Kiedy?

- We wrześniu. - Wypuściła gwałtownie powietrze z ust, co wcale nie było westchnieniem. Zamarłem na moment, bo jej ciepły oddech omiótł mi twarz.

- A ty nie przepadasz za ojczymem? - domyśliłem się.

- Nie, jest w porządku - zweryfikowała moje przypuszczenia. Kąciki jej pełnych warg uniosły się nieznacznie w cieniu uśmiechu. - Może trochę za młody, ale to sympatyczny gość.

Ta odpowiedź kłóciła się ze scenariuszem, który już tworzyłem w myślach.

- To dlaczego nadal z nimi nie mieszkasz? - Mój głos brzmiał zbyt nachalnie, jakbym był wścibski. Byłem, niestety.

- Phil dużo podróżuje. Jest zawodowym baseballistą. - Uśmiechnęła się wyraźniej, jak gdyby bawił ją taki wybór ścieżki zawodowej.

Ja również się uśmiechnąłem - i to całkiem bezwolnie. Wcale nie starałem się złagodzić jej dyskomfortu, po prostu jej uśmiech wywoływał uśmiech na mojej twarzy.

- Czy istnieje możliwość, że znam jego nazwisko? - zapytałem, przeszukując w głowie listę znanych mi graczy i zastanawiając się, o którego Phila może chodzić.

- Raczej nie. Nie jest jakoś specjalnie dobry. - Kolejny uśmiech. - Nigdy nie trafił do pierwszej ligi. Często się przeprowadza.

Lista w mojej głowie natychmiast wygasła, na jej miejsce pojawiła się niezwłocznie inna - obejmująca dalsze możliwości. Mój umysł już prokurował nowe scenariusze.

- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć - skonstatowałem, uznając, że moje spekulacje wydobywają z niej więcej informacji niż bezpośrednie pytania. Tym razem też zadziałało. Dziewczyna zrobiła hardą minę.

- Nikt mnie nie przysyłał - odparła nowym, ostrym tonem. Moje przypuszczenie ją zdenerwowało, choć nie miałem pojęcia, dlaczego. - Sama się przysłałam.

Nie wiedziałem, co ma na myśli i jaki jest powód jej rozdrażnienia.

- Nie rozumiem - przyznałem się do porażki.

Westchnęła i spojrzała mi w oczy dłużej niż jakakolwiek inna istota ludzka.

- Początkowo została ze mną, ale tęskniła za nim - wyjaśniła. Z każdym kolejnym słowem jej ton głosu stawał się coraz bardziej posępny. - Było jej ciężko... Postanowiłam, że będzie lepiej, jeśli wreszcie spędzę trochę czasu z Charliem.

Bruzda na jej czole się pogłębiła.

- Ale teraz to tobie jest ciężko - szepnąłem. Wygłaszałem na głos swoje przypuszczenia z nadzieją, że dowiem się czegoś więcej. Tym razem jednak najwyraźniej chybiłem.

- No i co z tego? - zapytała, jakby w ogóle nie brała takiego aspektu pod uwagę.

Nadal wpatrywałem się w jej oczy, czując, że wreszcie udało mi się zajrzeć do jej duszy. Wyłowiłem z niej to, co najwyraźniej stawiała na szczycie listy priorytetów. Inaczej niż u innych istot ludzkich jej własne potrzeby zajmowały dolne rejestry.

Bezinteresowność.

Gdy to zrozumiałem, rozwiała się nieco tajemniczość Dziewczyny ukrytej za milczącym umysłem.

- To chyba nie fair - powiedziałem, wzruszając ramionami dla podkreślenia niedbałości.

Zaśmiała się, ale to był śmiech pozbawiony radości.

- Nikt ci jeszcze nie uświadomił, że takie właśnie jest życie? - zapytała.

Też miałem ochotę się zaśmiać, choć również nie czułem radości. Miałem jako takie rozeznanie w niesprawiedliwościach tego świata.

- Chyba coś obiło mi się o uszy - przyznałem.

Popatrzyła na mnie, najwyraźniej zdezorientowana. Na moment odwróciła wzrok, ale zaraz z powrotem go we mnie wbiła.

- Życie nie jest fair i tyle - podsumowała.

Nie byłem gotów na zakończenie rozmowy. Nie dawała mi spokoju ta zmarszczka między jej oczami, ślad po smutku.

- Robisz dobrą minę do złej gry - powiedziałem powoli, zastanawiając się nad swoją nową hipotezą. - Ale założę się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak naprawdę cierpisz.

Skrzywiła się. Zwęziła oczy, jej usta wygięły się niesymetrycznie. Popatrzyła przed siebie. Nie podobało jej się, gdy wysuwałem słuszne przypuszczenia. Najwidoczniej nie należała do typowych cierpiętników i nie lubiła, gdy jej smutek miał widownię.

- Czy się mylę? - zapytałem. Drgnęła, ale udawała, że mnie nie słyszy. Uśmiechnąłem się. - Tak myślałem.

- Czy to ma dla ciebie jakieś znaczenie? - zapytała, nie patrząc na mnie.

- Dobre pytanie - przyznałem, raczej przed sobą samym niż przed nią. Wydawała się bardziej przenikliwa ode mnie - dostrzegała samo sedno spraw, podczas gdy ja błądziłem po bocznych ścieżkach, po omacku przesiewając wskazówki. Rzeczywiście, szczegóły z życia istot ludzkich nie powinny mieć dla mnie żadnego znaczenia. Popełniałem błąd, przejmując się jej opiniami, w końcu ludzkie myśli były dla mnie istotne tylko wtedy, gdy chodziło o utrzymanie mojej rodziny z dala od wszelkich podejrzeń.

Przywykłem, że w każdej grupie to ja wykazywałem się największą intuicją. Najwyraźniej zbytnio polegałem na swoim darze i wcale nie byłem tak spostrzegawczy, jak mi się wydawało.

Dziewczyna westchnęła i popatrzyła wilkiem w stronę frontu sali lekcyjnej. Było coś zabawnego w jej sfrustrowanej minie - zresztą cała sytuacja, cała nasza rozmowa wydawały mi się humorystyczne. Nikomu nigdy nie groziło z mojej strony takie niebezpieczeństwo jak tej drobnej dziewczynie - w każdym momencie, idiotycznie pochłonięty konwersacją, mogłem się zapomnieć, wciągnąć powietrze nosem i rzucić się na nią, zanim zdołałbym logicznie pomyśleć - a ona była zirytowana, ponieważ nie odpowiedziałem na jej pytanie.

- Przepraszam, czy ja cię denerwuję? - Aż się uśmiechnąłem, takie to wszystko było absurdalne.

Zerknęła na mnie przelotnie, po czym odniosłem wrażenie, że mój wzrok przyciągnął jej spojrzenie jak magnes.

- Jeśli już, to jestem zła na siebie - odparła. - Mama zawsze powtarza, że moja twarz to otwarta księga. Jej zdaniem wszystkie myśli mam wypisane na czole. - To mówiąc, skrzywiła się, niezadowolona.

Wpatrywałem się w nią zdumiony. Była zła, ponieważ jej zdaniem zbyt łatwo ją rozszyfrowałem. Cóż za kuriozalna sytuacja! Jeszcze nigdy w życiu nie podjąłem takiego wysiłku, by zrozumieć drugiego człowieka - choć "życie" nie jest tu raczej właściwym słowem, prędzej "egzystencja".

- Wręcz przeciwnie - powiedziałem. Czułem się dziwnie... ostrożny, jakby gdzieś czaiło się niebezpieczeństwo niewidzialne dla mojego oka. Rzecz jasna, oprócz oczywistego zagrożenia. Było coś jeszcze, a dziwne przeczucie sprawiało, że siedziałem jak na szpilkach. - Trudno mi cię przejrzeć.

- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów - zgadła. Także i to przypuszczenie, jak poprzednie, było słuszne.

- Zazwyczaj nie - zgodziłem się. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, ukazując dwa rzędy bielutkich, mocnych jak stal zębów.

Wiem, głupota, ale poczułem nagłe i niespodziewane pragnienie, by wysłać jej jakiś znak ostrzegawczy. Przysunęła się do mnie nieświadomie podczas rozmowy, a wszystkie drobne alerty, które zwykle odstraszały inne istoty ludzkie, na nią zdawały się nie działać. Dlaczego nie kuliła się przede mną ze strachu? Chyba dostrzegała moją mroczną stronę na tyle, by zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa?

Nie dane mi było przekonać się, czy moje ostrzeżenie wywarło zamierzony efekt, ponieważ pan Banner poprosił o uwagę, a Bella natychmiast się ode mnie odwróciła. Miałem wrażenie, że poczuła ulgę, więc być może coś tam dotarło do jej podświadomości.

A przynajmniej miałem taką nadzieję.

Rozpoznałem rodzącą się we mnie fascynację, choć od razu próbowałem stłumić ją w zarodku. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by Bella Swan wydała mi się interesująca. Czy raczej, to ona nie powinna sobie na to pozwalać. A jednak już nie mogłem się doczekać kolejnej rozmowy, chciałem dowiedzieć się czegoś o jej matce, życiu sprzed przyjazdu do Forks, relacjach z ojcem. Poznać te wszystkie nic nieznaczące szczegóły, które dookreślą jej charakter. Jednak każda spędzona ze mną sekunda była błędem, ryzykiem, którego nie powinna podejmować.

Z roztargnieniem zarzuciła gęste włosy na plecy w tym samym momencie, w którym pozwoliłem sobie na kolejny wdech. Natychmiast poczułem jej wyjątkowo skoncentrowany zapach.

Uderzył we mnie obuchem tak samo jak pierwszego dnia, a od palącej suchości w gardle dostałem zawrotów głowy. Znów musiałem chwycić się krawędzi ławki, żeby pozostać na krześle. Tym razem jednak miałem odrobinę więcej samokontroli i przynajmniej niczego nie zniszczyłem. Tkwiący we mnie potwór zaryczał, ale nie mógł sycić się moim bólem - był zbyt mocno uwiązany. Chwilowo.

Przestałem oddychać i odsunąłem się najdalej, jak się dało.

Nie, nie mogłem ulec tej fascynacji. Im bardziej Bella mnie intrygowała, tym większe było prawdopodobieństwo, że w końcu pozbawię ją życia. Już i tak dzisiaj zaliczyłem dwa potknięcia. Czy czeka mnie jeszcze trzecie, tym razem nie tak brzemienne w skutki?

Gdy tylko zabrzmiał dzwonek, uciekłem z klasy. Zapewne przekreśliłem tym samym wrażenie dobrego wychowania, jakie mogłem wywołać w ciągu ostatniej godziny. Kiedy znalazłem się na zewnątrz, aż zachłysnąłem się świeżym wilgotnym powietrzem. Wybiegłem ze szkoły, żeby jak najbardziej oddalić się od Dziewczyny.

Emmett czekał na mnie pod drzwiami sali do hiszpańskiego. Przez chwilę przyglądał mi się badawczo.

Jak poszło?, zapytał ostrożnie w myślach.

- Nikt nie zginął - wymamrotałem.

To chyba dobrze. Kiedy zobaczyłem, jak Alice wybiega pod koniec lekcji, pomyślałem, że...

Wchodząc do klasy, przyjrzałem się jego wspomnieniom sprzed kilku minut: widziałem je przez otwarte drzwi sali, w której mieli ostatnią lekcję. Alice idąca żwawym krokiem w stronę skrzydła z laboratoriami. Wyczułem, jak pragnął do niej dołączyć, ale ostatecznie postanowił zostać. Uznał, że jeśli Alice będzie potrzebowała jego pomocy, z pewnością o nią poprosi.

Zamknąłem oczy z przerażenia i wstydu i opadłem na krzesło.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że było tak blisko. Nie sądziłem, że mogę... Nie wiedziałem, że jest aż tak źle - szepnąłem.

Nie było, zapewnił mnie. Nikt nie zginął, prawda?

- Prawda - odparłem przez zaciśnięte zęby. - Nie tym razem.

Może z czasem zrobi się łatwiej?

- Jasne.

Albo ją zabijesz. Wzruszył ramionami. Nie byłbyś pierwszym, który wszystko zepsuł. Nikt nie miałby ci tego za złe, po prostu czasami ktoś pachnie zbyt kusząco. Jestem pod wrażeniem, że tak długo wytrwałeś.

- Wcale mi nie pomagasz, Emmett.

Oburzało mnie, iż tak łatwo zaakceptował, że mogę zabić Dziewczynę - że to nieuchronne. Czy to jej wina, że tak cudownie pachniała?

Pamiętam, jak to było ze mną... i zabrał mnie w podróż do przeszłości, pięćdziesiąt lat wstecz, do wiejskiej drogi o zmierzchu, gdzie kobieta w średnim wieku zdejmowała suchą pościel ze sznurka zawieszonego pomiędzy jabłoniami. Widziałem to już wcześniej, najbardziej wyraźne z jego dwóch spotkań. Tym razem wspomnienie wydawało się wyjątkowo żywe, być może dlatego, że przełyk piekł mnie nadal po godzinie palącego bólu. Emmett pamiętał unoszący się w powietrzu zapach jabłek - było już po zbiorach, na ziemi leżały porzucone owoce, a z ich obitej skórki unosił się kuszący aromat. Tło stanowiło świeżo skoszone pole z sianem - idealna kompozycja. Emmett szedł drogą - nieświadomy istnienia kobiety - wypełniając zadanie wyznaczone przez Rosalie. Nad sobą miał fioletowe niebo, na zachodzie mieniące się żółtymi refleksami nad górami. Szedłby dalej krętą ścieżką i nie miałby żadnego powodu, by zapamiętać tamten wieczór, gdyby nagły powiew wiatru nie wydął prześcieradeł na wzór żagli i nie uderzył go w twarz zapachem nieznajomej.

- Aaaa - jęknąłem cicho. Jakby wspomnienie mojego własnego pragnienia mi nie wystarczyło.

Wiem. Wytrzymałem pół sekundy. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby się powstrzymywać.

Jego wspomnienie było zbyt intensywne, żebym mógł je wytrzymać. Zerwałem się na równe nogi, zaciskając mocno zęby.

- Esta?s bien, Edward? - zapytała pani Goff, przestraszona moim nagłym ruchem. Z jej myśli wyczytałem, że nie wyglądam dobrze.

- Perdo?name - wymamrotałem, biegnąc do drzwi.

- Emmett, por favor, puedes ayudar a tu hermano? - poprosiła, pokazując bezradnie w moją stronę.

- Oczywiście - odparł i zaraz znalazł się tuż za mną.

Przeszedł razem ze mną na drugi koniec budynku i położył mi rękę na ramieniu.

Strąciłem ją z niepotrzebną siłą - gdyby był zwyczajną istotą ludzką, pogruchotałbym mu wszystkie kości.

- Przepraszam, Edwardzie.

- Wiem. - Nabierałem hausty powietrza, próbując oczyścić umysł i płuca.

- Jest aż tak źle? - zapytał, starając się nie przywoływać wspomnienia zapachu i smaku - bezskutecznie.

- Gorzej, Emmett. Gorzej.

Zamilkł na chwilę.

Może...

- Nie, wcale nie będzie lepiej, jeśli się z tym uporam. Wracaj na lekcję. Chcę zostać sam.

Odwrócił się bez słowa - i myśli - i szybko odszedł. Wiedziałem, że powie nauczycielce hiszpańskiego, że źle się czuję albo poszedłem na wagary, albo straciłem kontrolę nad swoją śmiertelnie niebezpieczną naturą wampira. Czy jego tłumaczenie będzie miało jakiekolwiek znaczenie? Być może nie wrócę. Może jednak będę musiał opuścić Forks.

Poszedłem do samochodu, by przeczekać w nim do końca lekcji. Ukryć się. Znowu.

Powinienem w tym czasie podejmować konkretne decyzje pomagające mi utwierdzić się w moim przekonaniu, jednak, jak przystało na kogoś zmagającego się z uzależnieniem, zacząłem przesiewać plątaninę myśli sączących się z budynku szkolnego. Na pierwszy plan wybijały się znajome głosy, jednak ja nie byłem zainteresowany słuchaniem narzekań Rosalie i opowieści Alice o wizjach. Z łatwością wyłowiłem myśli Jessiki, ale Belli z nią nie było, więc szukałem dalej. Moją uwagę zwrócił Mike Newton, więc w końcu udało mi się zlokalizować Dziewczynę. Była razem z nim na sali gimnastycznej. Chłopak wydawał się nieszczęśliwy, ponieważ rozmawiałem z nią na biologii. Analizował właśnie, jak zareagowała, gdy jej o tym wspomniał.

Nigdy nie widziałem, żeby powiedział coś więcej niż pojedyncze słowo do kogokolwiek w szkole. Oczywiście, musiał wybrać sobie Bellę. Nie podoba mi się, jak na nią patrzy. Dobrze, że chociaż ona nie widzi w nim nic szczególnego. Jak to ujęła? "Zastanawiam się, o co mu chodziło w zeszły poniedziałek?" Coś w tym stylu. Raczej nie jest zainteresowana, widocznie ta ich rozmowa nie była jakaś szczególnie...

Pocieszał się myślą, że Bella nie była urzeczona rozmową ze mną. To mnie zirytowało, więc przestałem wsłuchiwać się w jego myśli.

Włączyłem CD z ostrymi brzmieniami i podkręciłem tak głośno, by zagłuszyć wszystkich dookoła. Musiałem mocno skoncentrować się na muzyce, bo mój umysł ciągle próbował wrócić do Mike'a Newtona i dalej szpiegować niczego się niespodziewającą Bellę.

W ciągu godziny kilkakrotnie poddałem się pokusie, tłumacząc sobie, że wcale nie szpieguję, tylko staram się być przygotowany. Musiałem wiedzieć, kiedy dokładnie wyjdzie z zajęć na parking, żeby mnie nie zaskoczyła.

Gdy uczniowie zaczęli wysypywać się z budynku, gdzie znajdowała się sala gimnastyczna, wysiadłem z samochodu, niepewny, dlaczego to robię. Siąpił deszcz, ale zignorowałem krople powoli wsiąkające mi we włosy.

Czy chciałem, by mnie zobaczyła? Czy miałem nadzieję, że podejdzie, by ze mną porozmawiać? Co ja w ogóle robiłem?

Nie ruszyłem się, chociaż próbowałem zmusić się do powrotu do samochodu, zdając sobie sprawę, że to wszystko nie ma sensu. Ręce skrzyżowałem na piersi, oddychałem płytko i obserwowałem, jak rusza pomału w moim kierunku. Nie patrzyła na mnie, kilkakrotnie zerknęła na chmury, krzywiąc się tak, jakby ją osobiście obraziły.

Poczułem rozczarowanie, gdy okazało się, że nie musi mnie wyminąć, żeby dojść do swojego auta. Czy gdyby jednak musiała, odezwałaby się do mnie? Albo ja do niej?

Wsiadła do wypłowiałego czerwonego chevroleta, starszego zapewne niż jej ojciec. Przyglądałem się, jak przekręca kluczyk w stacyjce - wiekowy silnik zaryczał głośniej niż inne silniki na szkolnym parkingu - i wyciąga ręce w stronę wywietrzników. Nie czuła się dobrze, gdy było zimno. Nie lubiła chłodu. Przeczesała palcami gęste włosy, chwytała poszczególne kosmyki i podsuwała pod wywietrznik, jakby chciała je wysuszyć. Zacząłem wyobrażać sobie, jak pachnie wnętrze auta, ale szybko wyparłem tę myśl.

Rozejrzała się dookoła, przygotowując się do wyjazdu z parkingu, i wreszcie spojrzała w moją stronę. Zatrzymała na mnie wzrok na ułamek sekundy, wyczytałem w jej oczach zaskoczenie, ale szybko odwróciła głowę. Wrzuciła wsteczny, zaraz jednak zatrzymała się z piskiem hamulców, bo tyłem samochodu niemal uderzyła w auto Nicole Casey.

Spojrzała w lusterko wsteczne i otworzyła szeroko usta, przerażona tym, jak blisko była stłuczki. Kiedy koleżanka ją wyminęła, Bella dwa razy się upewniła, czy nikogo za nią nie ma, i dopiero wtedy wyjechała powoli na szosę. Uśmiechnąłem się pod nosem. Jakby uważała, że może stanowić zagrożenie w tym zdezelowanym wozie.

Na samą myśl, że Bella Swan może stanowić jakiekolwiek zagrożenie w jakimkolwiek pojeździe, wybuchnąłem śmiechem i śmiałem się nadal, gdy mnie wymijała, patrząc prosto przed siebie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki