Prima aprilis w Wilhelmshaven
Wilhelmshaven przeżywało swoje wielkie chwile. Wbrew nastrojowi do
żartów, który zwykł w dniu 1 kwietnia ogarniać ludzi, szykowała się w porcie niecodzienna uroczystość. Miasto skąpane było w czerwieni, bieli
i czerni flag, zewsząd powiewały hinduskie swastyki1, które
zwolennicy Hitlera przyjęli jako swój symbol. Miał on zgodnie z ich
wyobrażeniami odmienić świat, a przynajmniej urządzić go w ten sposób,
aby czołowi bojownicy niemieckiego narodowego socjalizmu zajęli
najlepsze stanowiska w możliwie największej liczbie krajów.
Punktualnie o godzinie jedenastej na dworzec główny wjechał pociąg
specjalny wiozący z Berlina delegację dostojników. Gdy w drzwiach wagonu
ukazała się niezgrabna figura w okrągłej czapce i żółtawym mundurze z opaską na ramieniu, od basenu Hippera dobiegł huk powitalnego salutu.
Delegacja przeszła przez szpaler pretorianów ruchu, odznaczających się
silnymi bicepsami i ponurym wyglądem, aby z kolei odebrać przed dworcem
raport dowódcy kompanii honorowej. Zaraz potem niezgrabna postać w okrągłej czapce znalazła się w czarnym mercedesie, którego waga była
większa przynajmniej o 3 tony od normalnego samochodu, a to z racji
kilkucentymetrowego pancerza, pokrywającego karoserię -?miał on chronić
Führera przed zbyt gwałtownymi odruchami przyjaciół lub wrogów.
Zmotoryzowana kawalkada władzy ruszyła w kierunku portu. Salut grzmiał
za salutem. Pancernik "Scharnhorst" i "kieszonkowy" pancernik "Admiral
Spee" biły ze swej artylerii głównej; miasto wypełniło się hukiem dział
i wyciem syren portowych. Ulice, którymi przejeżdżała delegacja
berlińska, przedstawiałyby dla psychologów ciekawy przypadek zbiorowej
psychozy. Wszystkie ręce podnosiły się w salucie. Krzyki: "Sieg Heil!,
Sieg Heil!", jednoczyły w magicznym kręgu woli tłum z niezgrabną figurą
wyciągającą obok szofera rękę do salutu. Twarz krótkowidza, który
niewiele dostrzegał z tego całego entuzjazmu, natomiast słyszał wszystko
znakomicie, wyrażała łaskawe przyzwolenie.
"Bóg i Opatrzność powołała mnie -?myślał -?abym ten naród wyrwał z poniżenia i uległości i powiódł ku zwycięstwu. Należy mu uświadomić w pełni jego zamierzchłą i niedawną wielkość, trzeba stworzyć siłę
materialną, przed którą zadrży świat. Reszty dokona mój geniusz...".
W stoczni niemieckiej marynarki wojennej wszystko było już przygotowane
do rozpoczęcia uroczystości. Tłumy zaproszonych gości otaczały kadłub
okrętu, który tkwił wysoko na torach pochylni zbiegających ku basenowi.
Obok dziobu ustawiony był rodzaj wieży z podestem na wierzchu. Na górę
można się było dostać po dość stromych schodach. Hitler wchodził na nie,
starannie ukrywając objawy zmęczenia. Tuż za nim podążała jego świta:
ministrowie i gauleiterzy Rzeszy, admirałowie Kriegsmarine, generałowie
armii lądowej i Luftwaffe. Gdzieś z tyłu, zagubiona w tłumie, dreptała
Frau von Hassel, kobieta, która miała odegrać w dzisiejszej
uroczystości niepoślednią rolę, lecz na razie pozostała niezauważona. W każdym razie widok kobiety drepczącej gdzieś z tyłu dla nikogo nie był
szokujący; mężczyzna podczas wszelkich uroczystości czy po prostu do
kawiarni kroczył zawsze pierwszy. Wynikało to zapewne z faktu, że w starej społecznej hierarchii germańskiej kobieta była zawsze mniej lub
bardziej przykrym, bo słabym dodatkiem do silnego mężczyzny.
-?Herr Großadmiral, widzimy się w ciągu tego roku już po raz drugi z powodu podobnej okazji -?mówił Hitler. -?Myślę, że nasz pancernik "G"
nie będzie gorszy od swego poprzednika z lutego, co? Muszę panu
powiedzieć szczerze, że wysoko oceniam pańskie zasługi dla Kriegsmarine.
Zrobić tyle w ciągu tak krótkiego czasu i za pomocą tak niewielkich
środków to zaiste wynik wielkiej pracy i wielkiego -?dodajmy -
czterdziestopięcioletniego doświadczenia. Mam nadzieję, że jeszcze dziś
będę mógł dać jawny wyraz szacunku, jaki dla pana żywię...
Admirał Raeder, choć wyraźnie poruszony, odpowiedział gładko:
-?Słowa pańskie głęboko zapadają mi w serce. Nie wątpię, że idąc
dotychczasową drogą, stworzymy alfabet okrętów godnych naszej wielkiej
tradycji morskiej oraz interesów naszego kraju na oceanach...
Odwracając się do reszty gości, dodał:
-?Jako gospodarz dzisiejszej uroczystości pragnąłbym zwrócić uwagę
wszystkich państwa na ten miniaturowy model przedstawiający wiernie
cechy nowego okrętu: jego wyporność, podobnie jak i pancernika
"Bismarck", który spuściliśmy na wodę w lutym, wyniesie pięćdzie... ehem
-?tu admirał lekko odkaszlnął -?trzydzieści pięć tysięcy ton. Stawia go
to w rzędzie wielkich jednostek wyprodukowanych przez inne państwa...
Z tablicy, która umieszczona była u spodu szklanej gabloty, wynikało, że
okręt posiadać będzie silniki spalinowe o mocy 138 000 koni
mechanicznych, które pozwolą na rozwinięcie szybkości 31 mil morskich na
godzinę. Główne uzbrojenie, składające się z 8 dział 380 mm, będzie w rękach oficera artylerii potężnym i ważkim argumentem w walce z każdym
przeciwnikiem, uzupełnia je 12 dział 150 mm, 32 działa przeciwlotnicze
105 mm i 37 mm oraz ogromna ilość ciężkiej broni maszynowej, która
posłuży także do zwalczania samolotów.
-?...Koszt budowy pancernika wyniesie 183 miliony marek,
wygospodarowanych bohatersko przez nasz naród, który odmawiał sobie w tym celu niejednego -?kończył admirał Raeder swą krótką przemowę.
Po tym rzeczowym interludium oraz po przemówieniu admirała von Trotha
przystąpiono do ceremonii chrztu statku, która od niepamiętnych czasów
polega na rozbiciu butelki szampana o burtę. O ile dawniej jednak
ciskano po prostu butelkę ręką, to w Wilhelmshaven 1 kwietnia 1939 roku
miano użyć bardziej skomplikowanej procedury przecięcia nożyczkami
grubej nici przytrzymującej butelkę, która uwiązana była do jedwabnego
sznurka. Ten z kolei, wprawiony w ruch wahadłowy, miał doprowadzić do
upragnionego skutku.
I teraz na plan pierwszy wypłynęła Frau von Hassel, rodzona córka
wielkiego admirała Tirpitza. Obecni na uroczystości starzy oficerowie
marynarki cesarskiej z Raederem na czele, którzy zdobywali coraz to nowe
szlify w Kriegsmarine Hitlera, nie mogli jakoś dopatrzeć się w pani von
Hassel podobieństwa do starego admirała, którego rozgałęziona, potężna
broda i ustawy rozbudowy floty spędzały sen z oczu wszystkim po kolei
pierwszym lordom admiralicji brytyjskiej z fin de siécle'u.
Hitler widział w pani von Hassel, podchodzącej właśnie do opisanej wyżej
chrzcielnicy, córkę człowieka, który odpowiadał mu całkowicie duchowo,
pragnął bowiem uczynić z Niemiec pierwsze mocarstwo morskie świata i zniszczyć bezwzględnie, jeśliby zaszła potrzeba, wszystkich ewentualnych
przeciwników z Anglią włącznie. Z jego pism wybrał i zapamiętał zdanie,
które zwykł w tym pełnym napięcia roku 1939 powtarzać:
"...Zgodnie z prawem morskim w przypadku zderzenia na morzu wina
przypisana będzie temu, kto wytworzył niebezpieczną sytuację, a nie
temu, kto popełnił błąd przy próbie uniknięcia zderzenia...".
Uważał, że Tirpitz po stokroć miał rację. Trudno było oskarżać, na
przykład Niemcy, o napaść na Belgię i Francję w 1914 roku, po prostu
musiały się bronić przeciw zagrożeniu. "Czy świat w roku 1939 był inny?
-?myślał. -?Wygra ten, kto uderzy pierwszy. A wina? Hm, wina spada
zawsze na tych, którzy przegrywają; w nowoczesnej wojnie powinien wygrać
atakujący...".
Pani von Hassel ujęła małe srebrne nożyczki, zwróciła się w stronę
wysokiego na kilka pięter dziobu okrętu i głosem pełnym powstrzymywanej
wewnętrznej emocji wypowiedziała słowa formuły chrztu:
-?Chrzczę cię imieniem TIRPITZ!
Butelka rozprysnęła się o stal pancerza, zabrzmiała melodia, którą
pobożni i lojalni Austriacy rozpoczynali przed wiekiem słowami: "Boże,
zachowaj nam cesarza", a bardziej bojowi ich północni sąsiedzi kończyli
bezapelacyjnym i pompatycznym "Deutschland, Deutschland über alles, über
alles in der Welt"2. Przy dźwiękach więc niemieckiego hymnu
narodowego, który równie silnie jak zsuwający się właśnie z pochylni
pancernik upewnił zebranych o wyższości Niemiec, w sercach zgromadzonych
wezbrała potężna fala zapalnych uczuć. I gdy ćwierćkilometrowej długości
okręt, ważący przecież dziesiątki tysięcy ton, z całą siłą uderzył rufą
o wodę, wytwarzając potężny wał fali, która rozeszła się i omal nie
wylała na nabrzeże, a następnie zakołysał się spokojnie w basenie.
Wybuch entuzjazmu był równy eksplozji fabryki prochu. Na okrzyk
dyrektora stoczni Burchardta: "Sieg Heil"! zwrócony w stronę Hitlera,
wyrósł las podniesionych rąk i z dziesiątek tysięcy piersi wyrwał się
potężny ryk. Na oczach zebranych dokonywało się połączenie starego
niemieckiego ducha przemocy i ekspansji z nowym, wielekroć jeszcze
straszliwszym, bo silniejszym. Na rufie okrętu opadła zasłona z wymalowanym herbem Wilhelmshaven, odsłaniając wielkie złote litery
nazwiska Tirpitz.
Na północ
Komandor porucznik Braun wypowiedział tylko dwa regulaminowe słowa:
"Meine Herren!" i siedzący wokół długiego stołu pokrytego zielonym
suknem zerwali się z miejsc. Do salonu wszedł komandor Topp, wysoki,
postawny mężczyzna, o typowej budowie marynarza. Promieniowała z niego
energia i pewność siebie. Po zatopieniu w maju poprzedniego roku
pancernika "Bismarck", który był bliźniakiem "Tirpitza", jemu właśnie
przypadło w udziale dowodzić tym pięknym i potężnym okrętem. Po dwóch
latach prac wykończeniowych, po wielu miesiącach prób wprowadzenia
załogi w jej nowe obowiązki, okręt przekazano wreszcie do służby. Na
początku roku 1942 nie miał on jednostki równej sobie wśród wszystkich
możliwych przeciwników. Z wypornością 52 600 ton przy pełnym obciążeniu,
zasięgiem działania 8000 mil morskich, szybkością maksymalną 31 węzłów
oraz prawie 400-milimetrowym pancerzem ochraniającym wszystkie żywotne
części okrętu mógł się nie obawiać największych nawet okrętów.
Oficjalnie podawana wyporność 35 000 ton, reklamowana przez prasę
niemiecką przed wojną z okazji wodowania okrętu, była zwykłym trickiem
propagandowym, mającym wykazać, że Niemcy stosują się do tzw. standardów
waszyngtońskich, które przewidywały dla pancerników maksymalną wyporność
tego właśnie rzędu. Setki fachowców w stoczniach i admiralicjach całego
świata łamało sobie głowę nad tym, jak można na okręcie o podobnej
wyporności ustawić tak potężną artylerię, tak potężne maszyny i tak go
silnie opancerzyć bez przekroczenia standardu. Zagadka miała zostać
rozwiązana znacznie później, gdy dane wywiadów zostały potwierdzone
przez ujawnione dokumenty.
W każdym razie nie tego rodzaju zmartwienia miał komandor Topp w styczniu 1942 roku, gdy podziękował zebranym i poprosił o zajęcie
miejsc. Po jego prawej ręce siedział korvettenkapitän Weber, pierwszy
oficer artylerii, a więc człowiek, od którego podczas boju morskiego
zależy wiele, jeśli nie wszystko. Tuż za nim siedział korvettenkapitän
Schnarke, pierwszy oficer artylerii przeciwlotniczej, bez której wielki
okręt wojenny już podczas ostatniej wojny stanowiłby coś w rodzaju
wieloryba opadniętego na płytkich wodach przybrzeżnych przez Eskimosów
uzbrojonych w mechaniczne harpuny. Po prawej zasiadł jego zastępca.
Komandor Topp zebrał swych oficerów, aby podzielić się z nimi ważnymi
nowinami. Wiedzieli oni co prawda, że okręt wziął kurs z Bałtyku na
Kanał Kiloński, ale jakie miał dalej wypełniać zadania, nie domyślali
się nawet.
W obszernej niszy, na ścianie wykładanej boazerią, wisiała wielka mapa
przeglądowa Bałtyku, cieśnin oraz Morza Północnego; widać było na niej
także zarysy Półwyspu Skandynawskiego aż po daleki Nordkap, najdalej na
północ wysunięty punkt Europy.
Losy marynarza są zmienne. W którą stronę popędzi ich wiatr
przeznaczenia?
Po kilku krótkich zdaniach wstępnych Topp przystąpił do konkretów:
-?Meine Herren, jutro rano przejdziemy Kanał Kiloński i mamy osiągnąć
rejon ujścia Łaby, stamtąd ruszymy na północ do Trondheim. Naczelne
dowództwo Werhmachtu z niepokojem śledzi od pewnego czasu oznaki
wzmagającej się aktywności nieprzyjaciela w pobliżu Norwegii. Przypomnę
tylko rajd lotniskowca "Victorious" na Kirkenes w lipcu, wysadzenie
komandosów na Lofotach, rajd krążownika "Nigeria" itd. Osobną sprawą są
konwoje idące z pomocą Rosji Sowieckiej, prędzej czy później będziemy
się musieli nimi zająć. Myślę -?dodał Topp z uśmiechem -?że będzie to
praca nad wyraz wdzięczna.
-?Nie idziemy sami -?kontynuował -?niedługo dołączą inne okręty naszych
sił plus osłona. Myślę, że nie zawiedzie lotnictwo, z którym -?jak wiemy
-?nie tak łatwo można się dogadać.
Gdy po wyjaśnieniu głównych spraw i ważniejszych szczegółów technicznych
dowódca skończył mówić, korvettenkapitän Weber, znany z dowcipu i precyzyjnego myślenia, zapytał:
-?Panie komandorze! Sądząc z Ordre de Bataille3 angielskiej
floty i doświadczeń "Bismarcka", nie mamy wielkich szans, aby wyrwać się
na Atlantyk -?jaka więc będzie nasza rola, jeśli zgrupujemy nasze
ciężkie jednostki w norweskich fiordach (bo tego należy się domyślać)?
Ostatecznie, co jest dobre dla kutrów łowiących flądry czy dorsze, nie
jest najpożyteczniejsze dla pancerników. W każdym razie rola "Fleet in
Being", floty, która trwa i która tylko swoim istnieniem działa
przeciwnikom na nerwy, nie bardzo mi się uśmiecha i nie tego chyba uczył
człowiek, którego miano nosi nasz okręt.
Weber był lekko podniecony, w oczach miał błyski, które pojawiały się
zawsze, gdy mówił o sprawach żywo go obchodzących.
Topp wpadł mu wpół słowa:
-?Herr korvettenkapitän, zdanie... o flądrach wybaczam panu ze względu
na znaną nam wszystkim żywość pańskiego umysłu. Chodzi nam jednak nie o flądry, ale o rekiny i wieloryby, jeśli już mamy używać przenośni. A zresztą, lieber Weber, jaki rezultat dała nasza kampania atlantycka i lokowanie ciężkich jednostek na wybrzeżach francuskich, pod nosem
angielskiego lotnictwa? "Scharnhorst" i "Gneisenau" do dziś nie mogą się
stamtąd wygrzebać. Dowództwo nasze stoi na słusznym, moim zdaniem,
stanowisku, że trzeba zabezpieczyć północne skrzydło tego, co nazywamy
"Festung Europa" -?Twierdzą Europejską -?sparaliżować przy okazji dowóz
materiałów wojennych dla Rosji i surowców rosyjskich dla Anglii. Czy pan
sobie wyobraża, co by się działo w Norwegii, gdyby nam tam znów wleźli
Anglicy? Ten kraj nie ma powodów, aby nas specjalnie kochać. Mówiąc
między nami, obecność cudzych wojsk, choćby najbardziej spokrewnionych
rasowo z mieszkańcami...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki