Zmiany - Mo Yan

Reflow text when sidebars are open.
Mo Yan
Mo Yan, laureat Literackiej Nagrody Nobla 2012, naprawdę nazywa się Guan Moye, a jego pseudonim oznacza "Ten, który nie mówi". Urodził się w 1956 roku w Chinach. W wieku dwudziestu lat wstąpił do armii, gdzie pełnił funkcje kancelisty, instruktora politycznego i oficera propagandy. W 1984 roku rozpoczął studia na wydziale literatury Wyższej Szkoły Artystycznej, rok później wydał Toumingde hongluobo (Przezroczysta marchewka). Jego kolejna książka, Klan czerwonego sorga, została uznana przez chińskich czytelników za najlepszą powieść roku 1986. Zhang Yimou nakręcił na jej podstawie film, który w 1988 roku na festiwalu w Berlinie nagrodzono Złotym Niedźwiedziem.
Mo Yan od wielu lat w Chinach i za granicą cieszy się opinią największego talentu współczesnej literatury chińskiej. Jego książki przełożono na kilkanaście języków. W Polsce ukazały się do tej pory dwie powieści: Kraina wódki (1992; W.A.B. 2006) oraz Obfite piersi, pełne biodra (1996; W.A.B. 2007), obie wznowione przez W.A.B. w 2012 roku. W 2013 roku nakładem W.A.B. ukażą się Klan czerwonego sorga i Żaba, a w następnych latach - kolejne książki autora.
Tak naprawdę miałem zamiar pisać o tym, co wydarzyło się po roku 1979. Moje myśli ciągle jednak cofają się głębiej, do pewnego pięknego, słonecznego popołudnia jesienią 1969. Dokoła kwitły złociste chryzantemy, dzikie gęsi odlatywały na południe... Nagle staję się jedynie tym, co pamiętam. Moje wspomnienia to ja z tamtych lat - samotny chłopiec, którego wyrzucono z podstawówki. Zwabiony dobiegającą zza szkolnych murów wrzawą, nieśmiało zakradam się przez główne wejście, którego nikt nie pilnuje. Po przejściu długiego, ciemnego korytarza docieram do centralnego miejsca szkoły: dziedzińca otoczonego z czterech stron budynkami.
Po lewej stronie wznosi się dębowy słup z umocowaną drutem poprzeczną belką, na której wisi przeżarty rdzą żelazny dzwon. Po prawej znajduje się prosty, ceglany podest ze stołem do ping-ponga. Otacza go tłum obserwujący toczącą się rozgrywkę. To właśnie stąd dobiegają odgłosy podekscytowania. Wiejskie szkoły mają teraz jesienną przerwę - widownia wokół stołu składa się więc z samych nauczycieli. Oprócz nich jest tam tylko kilka pięknych dziewcząt. To zawodniczki reprezentacji szkoły w ping-pongu - chluba naszej podstawówki. Przygotowują się do mistrzostw powiatu, które mają się odbyć podczas święta narodowego, więc zamiast odpoczywać od zajęć, nieustannie trenują. Wszystkie są córkami kadrowców z naszej komuny rolniczej; odkarmione, dobrze rozwinięte, jasnoskóre, do tego jeszcze w kolorowych ubraniach, bo przecież pochodzą z zamożnych rodzin - na pierwszy rzut oka widać, że to zupełnie inny gatunek niż wiejska biedota, do której zaliczaliśmy się my wszyscy. Zawsze przyglądaliśmy im się z podziwem, lecz one nie zaszczycały nas nawet jednym spojrzeniem.
Jeden z zawodników biorących udział w toczącej się właśnie partii to mój były nauczyciel matematyki, pan Liu Tianguang. Był niskiego wzrostu, za to miał przedziwnie duże usta. Podobno potrafił wepchnąć sobie do buzi całą pięść, lecz niestety nigdy nie dał przed nami popisu tej niezwykłej umiejętności. Często widzę go we wspomnieniach, jak ziewa za katedrą, rozwierając paszczę na całą szerokość - był to doprawdy imponujący widok. Ktoś nadał mu kiedyś przydomek Hipopotam - problem w tym, że żaden z uczniów nigdy nie widział hipopotama. Ponieważ zaś słowo to brzmi podobnie do słowa "żaba"1, a żaby również mają ogromne usta, z biegiem czasu Hipopotam Liu został w naturalny sposób przemianowany na Żabę Liu. Pomysł nie był bynajmniej mojego autorstwa, ale jakoś tak wyszło, że wina spadła właśnie na mnie. A że Żaba był synem jakiegoś zasłużonego rewolucjonisty - do tego jeszcze wiceprzewodniczącym szkolnego komitetu rewolucyjnego - nadanie mu przezwiska uznano oczywiście za wielką zbrodnię. W rezultacie zostałem bezpardonowo skreślony z listy uczniów i z hukiem wyleciałem ze szkoły.
Rzecz w tym, że od małego prześladowały mnie pogarda i pech. Cokolwiek chciałem osiągnąć, zawsze wychodziło na opak. Nawet kiedy w oczywisty sposób pragnąłem się przypodobać jakiemuś nauczycielowi, przeważnie odbierano to jako prowokację. Ileż to razy moja matka wzdychała ciężko, mówiąc: "Oj, synku! Ty jesteś jak ta wrona - nawet jak wykraczesz coś dobrego, nikt ci nie uwierzy!". I była to święta prawda. Nikt nigdy nie dostrzegał we mnie żadnego dobra, natomiast zawsze obarczano mnie odpowiedzialnością za to, co złe. Większość osób uważała, że zawsze robiłem na przekór, że miałem zły charakter, że nienawidziłem szkoły i nauczycieli - a przecież wszystko to była wierutna bzdura! Bardzo lubiłem chodzić na zajęcia. Co do Paszczaka Liu, to darzyłem go wręcz wyjątkowym sentymentem, a to dlatego, że sam miałem w tamtych czasach bardzo dużą buzię. Kiedyś napisałem nawet opowiadanie pod tytułem Wielkie usta, którego bohater wzorowany był na mnie samym. Pan Liu i ja byliśmy towarzyszami niedoli. Uważałem, że powinniśmy wspierać się nawzajem i pocieszać w nieszczęściu. Każdego mógłbym przezywać, tylko nie jego. Lecz kiedy wyłożyłem mu jasno swoje odczucia, wszystko zrozumiał na opak. Chwycił mnie za włosy i zaciągnął do gabinetu, po czym przewrócił kopniakiem na podłogę, wołając:
- Ty... ty... jeszcze będziesz mi się naśmiewał! Przyganiał kocioł garnkowi! Że niby sam masz takie różane usteczka!
Próbowałem tłumaczyć, lecz pan Liu nie pozwolił mi dojść do słowa.
I tak to wyglądało. Ja, Paszczak Mo, niewinny dzieciak, który do Paszczaka Liu żywił jedynie serdeczne uczucia...
W ten właśnie sposób wyleciałem ze szkoły. Moja hańba stała się publiczna, gdyż pan Liu ogłosił ją w obecności całego ciała pedagogicznego i wszystkich uczniów. Mimo to nadal kochałem swoją podstawówkę, toteż codziennie zarzucałem na plecy sterany tornister, a następnie zasadzałem się w oczekiwaniu na okazję, by wślizgnąć się do środka.
Z początku pan Liu wyganiał mnie osobiście - wyganiał i wyganiał, ale nic sobie z tego nie robiłem. Szarpał mnie więc za ucho albo za włosy i wyrzucał na zewnątrz, lecz nim zdążył dojść do swojego gabinetu, ja już wkradałem się z powrotem. Potem wyznaczył kilku rosłych uczniaków, żeby go wyręczali - co też posłusznie czynili. Lecz ja znowu nic sobie z tego nie robiłem. Brali mnie więc za ręce i nogi, wynosili ze szkoły i wyrzucali prosto na ulicę. Ale zanim mieli czas wrócić do klasy i zająć swoje miejsca, ja byłem już w środku. Zaszywałem się w jakimś kącie i starałem jak najbardziej skurczyć. Raz, że nie chciałem zwracać na siebie uwagi, dwa - liczyłem, że tym sposobem pozyskam sobie współczucie innych. Kiedy tak przemykałem po szkole, moim głównym zajęciem było nasłuchiwanie wybuchów śmiechu i podpatrywanie wygłupów pozostałych uczniów. Najbardziej jednak lubiłem przyglądać się grze w ping-ponga. Często tak mnie to pochłaniało, że z emocji łzawiły mi oczy i obgryzałem paznokcie.
A potem znudziło im się to ciągłe wyrzucanie i dali mi spokój.
Tak więc tego jesiennego popołudnia przed czterdziestu laty stałem w jakimś kącie i patrzyłem, jak Żaba wymachuje własnoręcznie wykonaną rakietką do ping-ponga, większą niż ustawa przewiduje i kształtem zbliżoną raczej do wojskowej łopaty. Jego przeciwniczką była moja dawna koleżanka z ławki, Lu Wenli. Ona także miała duże usta, tylko że u niej wyglądało to nawet ładnie, nie tak nieproporcjonalnie jak u mnie czy u pana Liu. Nawet w tamtych czasach, kiedy pełne wargi nie należały do kanonu urody, uważano ją za młodą piękność. Nie mówiąc już o tym, że jej ojciec był kierowcą należącej do komuny radzieckiej ciężarówki marki Gaz 51 - mknęła ona jak błyskawica, coś niesamowitego. Kierowca samochodu w tamtych czasach był to bardzo prestiżowy zawód. Kiedyś nawet nasz wychowawca, pan Zhang, zadał nam wypracowanie pod tytułem "Moje marzenie" i połowa chłopaków napisała, że chcieliby jeździć samochodem. He Zhiwu, najwyższy w klasie, potężnie zbudowany chłopak o twarzy pokrytej trądzikiem i z sypiącym się wąsem - spokojnie mógłby uchodzić za dwudziestopięciolatka - napisał zwyczajnie: "Mam tylko jedno marzenie... Jedno jedyne... Marzę o tym, żeby zostać tatą Lu Wenli".
Pan Zhang miał w zwyczaju wybierać najlepsze i najgorsze wypracowanie w klasie, po czym odczytywać je na głos podczas lekcji. Nie mówił zawczasu, kto jest autorem, a na koniec kazał nam to zgadywać. W tamtych czasach na wsi wyśmiewano się z osób, które używały mandaryńskiego2 - nawet szkoła nie była od tego wyjątkiem. Pan Zhang był u nas jedynym nauczycielem, który miał odwagę wykładać w tym dialekcie. Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat i posiadał dyplom uczelni pedagogicznej. Miał bardzo szczupłą, pociągłą i bladą twarz, czesał się z przedziałkiem z boku i chodził w wyblakłej niebieskiej wojskowej kurtce z gabardyny. Do kołnierzyka przypinał dwie rzeźbione brosze, a na przedramieniu nosił granatowy rękawek do ochrony przed pyłem z tablicy. Na pewno ubierał się także w inne barwy i kroje, nie mógł przecież dzień w dzień przez cały rok nosić tego samego, ale w moich wspomnieniach jego obraz jest nieodłącznie powiązany z tym strojem. Zawsze najpierw widzę jego ochraniacz i broszki, potem kurtkę, a dopiero na koniec jawi mi się jego twarz, rysy, głos, mimika... Gdybym nie robił tego w takiej kolejności, w ogóle nie potrafiłbym sobie przypomnieć jego wyglądu. Nie ulega jednak wątpliwości, że był z niego, jak mówiono w latach osiemdziesiątych, "młodzieniec jak malowanie", "przystojniak", jak by powiedziano w latach dziewięćdziesiątych, a dziś nazwalibyśmy go - jak? Ciacho? Może pojawiły się już nowsze, bardziej modne określenia na atrakcyjnych młodych mężczyzn - skonsultuję to potem z córką sąsiadów...
Tak czy owak, He Zhiwu wyglądał na o wiele starszego od pana Zhanga. Powiedzieć, że mógłby być jego ojcem, byłoby pewnie lekką przesadą, ale już w wujka każdy by uwierzył. Tamtego dnia zatem pan Zhang odczytał jego wypracowanie, posługując się przesadną, drwiącą intonacją: "Mam tylko jedno marzenie... Jedno jedyne... Marzę o tym, żeby zostać tatą Lu Wenli".
Po krótkiej, pełnej napięcia ciszy cała klasa wybuchnęła śmiechem. Wypracowanie He Zhiwu sprowadzało się do tych trzech krótkich zdań. Pan Zhang chwycił jego zeszyt za róg i pomachał nim mocno, niemal tak, jakby chciał wytrząsnąć jakąś ukrytą kontrabandę.
- Co za talent, co za talent! - zakpił. - Zgadnijcie, który geniusz jest autorem tego dzieła!
Na chwilę wszystkich ogarnęła konsternacja. Rozglądaliśmy się na prawo i lewo, a potem oglądaliśmy się do tyłu, usiłując wypatrzeć klasowego literata. Bardzo szybko jednak wszystkie spojrzenia skupiły się na He Zhiwu. Był on najwyższy i najsilniejszy z całej klasy, a do tego lubił dokuczać kolegom z ławki, toteż pan Zhang posadził go osobno, na samym końcu. Pod wpływem naszych spojrzeń jego twarz jakby poczerwieniała - trochę, ale nie za bardzo. Minę miał lekko zawstydzoną - ale też nieszczególnie. Zdawało się nawet, że jest w niej odrobina dumy, bo na jego ustach pojawił się głupkowaty, psotny, jakby przebiegły uśmieszek. He Zhiwu miał krótką górną wargę, więc gdy się uśmiechał, natychmiast odsłaniał górną szczękę: fioletowe dziąsła i żółte zęby, z przerwą między siekaczami. Jego popisowa sztuczka polegała na tym, że strzykał przez tę szczelinę drobnymi kroplami śliny, jedna za drugą - ślicznie to wyglądało, kiedy tak frunęły w dal. Teraz właśnie zaczął to robić. Pan Zhang tymczasem odrzucił jego zeszyt na bok. Zeszyt pomknął niczym latający spodek, lecz nagle w samym środku trajektorii opadł tuż przed wzorową uczennicą o imieniu Du Baohua. Podniosła go dwoma palcami i odrzuciła z niesmakiem do tyłu.
- Powiedz nam, He Zhiwu - odezwał się pan Zhang - czemu to chciałbyś zostać tatą Lu Wenli?
He Zhiwu dalej pluł przez zęby.
- Wstań! - krzyknął głośno pan Zhang. He Zhiwu podniósł się z ławki z wyzywającym, obojętnym wyrazem twarzy. - No mów! Dlaczego chciałbyś być ojcem Lu Wenli?
Klasa znowu huknęła śmiechem. Nagle jednak, pośród tej wesołości, siedząca obok mnie Lu Wenli schowała głowę w ramionach i wybuchnęła płaczem.
Do dziś nie rozumiem, o co jej chodziło.
He Zhiwu nadal nie odpowiadał na pytanie, tylko przybierał coraz to bardziej arogancką minę. Płacz Lu Wenli sprawił, że ta zupełnie prosta kwestia znienacka nabrała nieproporcjonalnej wagi. W dodatku postawa He Zhiwu stanowiła wyzwanie dla pana Zhanga jako nauczyciela. Domyślałem się, że skoro sytuacja przybiera taki obrót, to w przyszłości pan Zhang pewnie zrezygnuje z odczytywania naszych wypracowań, ale tym razem było już za późno - musiał doprowadzić sprawę do końca. Zacisnął więc zęby, po czym powiedział:
- Wynoś mi się stąd!3
I He Zhiwu, klasowy geniusz, przewyższający wzrostem pana Zhanga, przycisnął plecak do piersi i naprawdę położył się na podłodze, by przeczołgać się między ławkami w stronę drzwi. Wybuchnęliśmy śmiechem, który jednak natychmiast uwiązł nam w gardłach - atmosfera była na to zbyt poważna. Pan Zhang pobladł z wściekłości, a Lu Wenli nadal łkała spazmatycznie. He Zhiwu dalej czołgał się do wyjścia. Nie szło mu to zbyt gładko, bo nie widząc dokładnie, dokąd zmierza, co chwilę trafiał na nogi od ławek albo krzeseł. Po każdym zderzeniu prostował kurs. Podłoga klasy wyłożona była czarnymi cegłami, ale pokrywała ją warstwa naniesionego przez nas błota, toteż daleko jej było do idealnej gładkości. Spróbowałem postawić się w sytuacji He Zhiwu i stwierdziłem, że na pewno jest mu bardzo niewygodnie. Pan Zhang jednak musiał czuć się jeszcze gorzej. Dyskomfort He Zhiwu był czysto fizyczny, jego zaś - psychiczny. Tylko łajdak znęcałby się nad drugim człowiekiem, dręcząc fizycznie samego siebie - bohaterowie tak nie postępują. Lecz osoba, która jest w stanie zrobić coś takiego, nie mogłaby być przeciętnym łajdakiem. W największych złoczyńcach nierzadko kryje się bohaterstwo, wielcy bohaterowie zaś równie często posiadają cechy nikczemników. Czy zatem He Zhiwu był wielkim złoczyńcą, czy też wielkim bohaterem? Ple ple ple - mogę tak sobie gadać i do niczego nie będzie to prowadzić. Tak czy owak, He Zhiwu jest jedną z głównych postaci tej opowieści, a co z niego za człowiek, to już czytelnik sam osądzi.
W końcu doczołgał się do wyjścia. Wstał, cały oblepiony błotem, po czym nie oglądając się do tyłu, ruszył przed siebie.
- Stój! - krzyknął pan Zhang. Lecz He Zhiwu wyszedł, nawet nie odwróciwszy głowy. Na zewnątrz mocno świeciło słońce. Na rosnącej przed naszą klasą topoli skrzeczały głośno dwie sroki. Nagle odniosłem wrażenie, że ciało He Zhiwu emanuje złocistym blaskiem. Nie wiem, co myśleli o tym inni, ale dla mnie w tym momencie stał się on bohaterem. Szedł przed siebie, stawiając duże, zdecydowane kroki. Z jego ręki wyleciała nagle garść skrawków papieru - zawirowały w powietrzu i opadły na ziemię. Cokolwiek sądziła o tym reszta klasy, moje serce zabiło w tej chwili jak szalone. Podarł podręcznik! Podarł zeszyt z pracą domową! Skończył ze szkołą! Wypchnął ją ze swojej świadomości i podeptał nauczycieli. Był niczym ptak, który uleciał z klatki. Był wolny. Nie dotyczyły go już szkolne przepisy i zasady. My natomiast nadal podlegaliśmy ich dyktatowi.
To właśnie było w tym wszystkim najdziwniejsze: kiedy He Zhiwu wyczołgał się z klasy i rzucił szkołę, podziwiałem go całym sercem i wyobrażałem sobie, że któregoś dnia sam również dokonam czegoś równie heroicznego. Gdy jednak wkrótce potem Paszczak skreślił mnie z listy uczniów, popadłem w czarną rozpacz. Nagle poczułem, że ze szkołą łączą mnie tysiące nici prawdziwego przywiązania. Kto więc był tu bohaterem, a kto tchórzem? Ów drobny incydent nie pozostawił co do tego najmniejszych wątpliwości.
He Zhiwu dawno już zniknął, lecz Lu Wenli nadal płakała.
- No dobrze już, dobrze - powiedział w końcu pan Zhang z wyraźnym zniecierpliwieniem. - On miał na myśli jedynie to, że chciałby zostać kierowcą samochodu, tak samo jak twój ojciec, a nie, że naprawdę chciałby nim być. A nawet gdyby rzeczywiście tak było, to przecież nie zmienił się nagle w twojego tatę, prawda? - Usłyszawszy te słowa, Lu Wenli wyciągnęła kolorową chusteczkę, otarła łzy i przestała płakać. Miała ogromne, szeroko osadzone oczy. Kiedy wbijała w kogoś wzrok, sprawiała wrażenie nieco otępiałej.
Ale dlaczego właściwie tata Lu Wenli stał się naszym ideałem? Otóż chodziło o prędkość. Nie było chłopca, który by jej nie uwielbiał. Jeśli podczas obiadu usłyszeliśmy odgłos silnika, natychmiast rzucaliśmy jedzenie i pędziliśmy na ulicę popatrzeć, jak pan Lu śmiga swoim trawiastozielonym gazem 51 z jednego końca wioski na drugi. Dziobiące w piachu kury rozpierzchały się na wszystkie strony. Spacerujące spokojnie psy wskakiwały naraz do kanałów nawadniających. Mówiąc krótko: uwaga, śledzie, bo samochód jedzie! I choć nie raz, nie dwa zdarzyło się, że jakiś kurczak czy pies skończył pod kołami, to auto pana Lu nadal pędziło po staremu. A właściciel zwierzęcia w milczeniu brał je na ręce lub wiózł na taczce do domu. Nikt nie protestował i nikt się nie skarżył. Tak to już jest z maszynami - co to by było za auto, gdyby nie jeździło szybko. To kury i psy powinny uważać, a nie samochody. Ten radziecki gazik pochodził podobno jeszcze z czasów, kiedy wspieraliśmy Koreę w wojnie ze Stanami. Na masce wciąż widać było ślady po ostrzale z amerykańskich samolotów. Innymi słowy, był to zasłużony pojazd o chwalebnej historii, który podczas wojennej zawieruchy mknął śmiało pod gradem pocisków, a teraz, w czasach pokoju, dalej pędził nieustraszenie, ciągnąc za sobą tumany kurzu. Gdy tak przejeżdżał na naszych oczach, przez szybę migała nam imponująca postać pana Lu. Czasami jego oczy przesłaniały czarne okulary. Kiedy indziej jego dłonie kryły białe rękawiczki. Najbardziej lubiłem, kiedy miał i to, i to, bo widziałem kiedyś film, w którym bohater - chiński zwiadowca - zakłada takie właśnie śnieżnobiałe rękawiczki oraz ciemne okulary i przebrany za oficera wrogiej armii idzie zdobyć informacje o pozycjach nieprzyjacielskiej artylerii. Wkłada odzianą w bielutką rękawiczkę dłoń do lufy, wyciąga zabarwione na czarno palce, po czym klepie armatę i mówi: "I jak wy dbacie o te działa...?".
Ten nieprzyjacielski mundur, wzorowany na amerykańskim, był po prostu prześliczny. W połączeniu z rękawiczkami i okularami sprawiał, że szpieg wyglądał jak prawdziwy bohater - aż biła od niego aura herosa. Po obejrzeniu tamtego filmu przez bardzo długi czas naśladowaliśmy jego zachowanie i sposób mówienia: "No i jak wy dbacie o te działa?". Ale ponieważ nie mieliśmy odpowiednich rekwizytów, jakoś nigdy nie wyglądało to tak, jak należy. Wszyscy marzyliśmy, żeby zdobyć skądś białe rękawiczki - o amerykańskim mundurze i ciemnych okularach, nie wspominając już o wiszącym przy pasie rewolwerze, nawet nam się nie śniło; takie rzeczy były dla nas zupełnie nieosiągalne. W późniejszych dniach wielu chłopaków z klasy, a nawet kilka dziewcząt, podobnym kultem otoczyło He Zhiwu - nie tylko dlatego, że w tak oryginalny sposób porzucił szkołę, ale też dlatego, że wkrótce potem znowu dał niezwykły popis na oczach wszystkich uczniów i nauczycieli.
Był pierwszy czerwca, Dzień Dziecka, i cała szkoła zgromadziła się na boisku przed głównym wejściem na uroczystą ceremonię wciągnięcia flagi. Była to zwykła wiejska podstawówka na głębokiej prowincji, lecz w pobliżu znajdowała się komuna rolna, której członkami byli posiadający niezwykłe talenty wrogowie rewolucji; niektórzy z nich celowali w sporcie lub sztuce i ci pracowali jako nasi zastępczy nauczyciele. To dzięki nim Lu Wenli zdobyła młodzieżowe mistrzostwo powiatu Gaomi w ping-pongu, a Hou Dejun wygrał mistrzostwa okręgu Changwei w skoku o tyczce. To oni również zorganizowali w naszej szkole wcale niezłą orkiestrę wojskową. Był w niej jeden wielki bęben, dziesięć mniejszych bębenków, dwie pary cymbałów, dziesięć kornetów, dziesięć trombonów i jeszcze dwie lśniące trąby o skręconych w zwoje korpusach i wylotach skierowanych ku niebu. Na wsi przyzwyczajeni byliśmy do gongów i tradycyjnych bębenków: jeden gong, jeden bęben, jedne cymbały: bam bam trach, bam bam trach, bam trach bam trach bam bam trrrraaach! - nic specjalnego, takie tam wiejskie brzęczenie. Kiedy więc szkolna orkiestra wojskowa po raz pierwszy dała na boisku koncert, wszyscy wytrzeszczyli oczy i przecierali uszy wobec tej wspaniałości, stylu, energii, zachwyceni tym energicznym dźwiękiem, rytmem i melodią. Któż to widział takie kostiumy?! Któż to słyszał taką muzykę?! Szkoła wyposażyła wszystkich członków orkiestry w specjalne mundurki - chłopców w niebieskie spodenki i białe koszule, dziewczęta w niebieskie spódniczki i białe bluzki, wszystkich zaś - w białe podkolanówki i pasujące białe tenisówki. Na twarzach wymalowane czerwone rumieńce, brwi podkreślone na czarno węglem, we włosach dziewcząt - czerwone wstążki, na szyjach chłopców - czerwone muszki. Jak z obrazka. A do tego wszyscy mieli bielutkie rękawiczki! Takie instrumenty i stroje musiały kosztować fortunę - dyrekcji nie stać by na to było, nawet gdyby sprzedała wszystkie ławki i krzesła, a do tego jeszcze ten stary żelazny dzwon z dziedzińca - lecz dla państwowej komuny rolniczej Jiaohe było to niczym jedno pióro dla kury. Nie mówię, że jak kropla w oceanie, bo to byłaby lekka przesada. Komunę Jiaohe opisywałem już w swoich powieściach wielokrotnie, a razem z nią zesłanych tam prawicowców, którzy w moich dziecięcych oczach wiedli radosne, beztroskie życie pełne rozrywek. Kiedyś nawet napisałem o nich nowelę pod tytułem Wyścig sprzed trzydziestu lat - jeśli kogoś to interesuje, może poczytać. Ale tamto to była nowela i wiele rzeczy zmyśliłem na potrzeby fikcji, teraz zaś w zasadzie spisuję swoje wspomnienia, jeśli więc cokolwiek odbiega od rzeczywistości, to tylko dlatego, że upłynęło już dużo czasu i pamięć płata mi figle.
Komuna Jiaohe była jednostką zarządzaną przez państwo. Należała do jednej sieci z wojskowymi zakładami produkcyjnymi, które do tej pory działają w prowincji Xinjiang. Składała się w większości ze zdemobilizowanych żołnierzy, później zaś dołączyła do nich jeszcze młodzież inteligencka z Qingdao. Na początku lat sześćdziesiątych, gdy w naszej wiosce wciąż dominowały wozy ciągnięte przez muły oraz drewniane pługi, komuna miała już kombajn produkcji sowieckiej, czerwony - kiedy po raz pierwszy wjechał on z rykiem na należące do komuny pole żyta, był to dla nas taki sam szok, jaki w roku 1900 przeżyło pokolenie naszych dziadków i babć, gdy przez wioskę przeprowadzono kolej żelazną relacji Jinan - Qingdao i przed ich oczami przemknęła w kłębach czarnego dymu niemiecka lokomotywa. Dla tego rodzaju komuny sponsorowanie orkiestry w miejscowej szkole podstawowej było jak bułka z masłem i kaszka z mleczkiem. Tylko nie denerwujcie się, czytelnicy, że plotę trzy po trzy - tych poplątanych wspomnień mam w głowie po prostu za dużo i rzecz nie w tym, że koniecznie chcę je spisać, ale że one same siłą rwą się na zewnątrz.
A dlaczego w ogóle komuna chciała wyposażyć tę orkiestrę? Bo do naszej szkoły chodziły dzieci wielu jej pracowników. Dlaczego przysyłano tych kontrrewolucjonistów, żeby prowadzili dla nas lekcje? Dokładnie z tego samego powodu. Spośród naszych miejscowych nauczycieli najlepiej wykształcony był pan Zhang, a i on miał jedynie dyplom szkoły pedagogicznej. Paszczak skończył tylko gimnazjum. Natomiast ci przeciwnicy rewolucji zaliczali się do prawdziwej elity intelektualnej. Mam nadzieję, że zorientowaliście się już po tym, iż nasza podstawówka była w owym czasie najlepszą placówką na całym półwyspie Shandong. Kiedy poszedłem do wojska, odkryłem, że choć wyrzucono mnie z niej już w piątej klasie, spokojnie mogłem udzielać lekcji swoim towarzyszom broni, którzy mieli za sobą liceum. Gdyby pozwolono mi ją skończyć, to bardzo możliwe, że po przywróceniu matury w 1977 zdobyte w niej wykształcenie pozwoliłoby mi dostać się na uczelnię rangi Uniwersytetu Pekińskiego albo Qinghua.
Kiedy tak słuchaliśmy granej właśnie Czerwieni Wschodu i patrzyliśmy na czerwoną flagę z pięcioma gwiazdami, podnoszącą się wolno na maszcie, w najbardziej widocznym punkcie boiska pojawił się nagle He Zhiwu, ubrany w stary, spłowiały od prania mundur, całkiem nowy kapelusz oficerski z szerokim rondem, białe rękawiczki oraz ciemne okulary, ze szpicrutą własnej roboty w dłoni. Pytacie, dlaczego szkolna orkiestra podczas wciągania flagi na maszt nie grała hymnu narodowego, tylko Czerwień Wschodu? Otóż dlatego, że zarówno kompozytor, jak i autor tekstu ówczesnego hymnu zostali uznani za reakcjonistów. A skąd He Zhiwu wytrzasnął ten kostium? Nikt z nas nie miał wtedy bladego pojęcia. Wiele lat później, kiedy widziałem się z nim w Qingdao, zapytałem go o ten incydent. Odpowiedział ze śmiechem, pół żartem, pół serio, że wszystko pożyczył od taty Lu Wenli! Oczywiście ubiór ten nie dorównywał kostiumowi tamtego bohaterskiego wywiadowcy, lecz mimo to wszyscy oniemieliśmy z wrażenia. He Zhiwu tymczasem przeszedł miarowym krokiem pomiędzy stojącymi równo klasami a kierownictwem szkoły, z podniesioną głową i wypiętą piersią, bez śladu wahania. Idąc, wycelował w nas szpicrutę i odezwał się pogardliwie:
- No i jak wy dbacie o te działa?
Członkowie ciała pedagogicznego jakby zdębieli - patrzyli tylko ze zdumieniem, jak He Zhiwu maszeruje tryumfalnie przed ich nosami, zawraca, po czym skręca w odchodzącą od boiska alejkę, pogwizdując pod nosem jakąś melodię. Wszyscy podążyliśmy za nim wzrokiem. Tymczasem on wspiął się na nadrzeczny wał, przeszedł na drugą stronę i zniknął. Wiedzieliśmy, że rzeka była wezbrana, i zastanawialiśmy się, co zrobi po dotarciu nad wodę. Czy zdejmie ubranie i wskoczy się umyć? Czy też nachyli się, żeby podziwiać swoje odbicie? Po czymś takim uroczystości szkolne straciły wszelki sens - żadna recytacja wzniosłych wierszy czy jakieś tam żenujące przedstawienie nie mogły oderwać naszej uwagi od tego, co się stało.
Rozwścieczony Paszczak skomentował to jednym zdaniem:
- On musi zostać ukarany!
Ale nigdy nie dotarły do nas żadne wieści o poniesionych przez He Zhiwu konsekwencjach. Jego ojciec przez parędziesiąt lat pracował jako rolnik u jakiegoś obszarnika, matka zaś była najstarszą członkinią partii komunistycznej w naszej wiosce. Miała ospowatą twarz, grube nogi oraz wybuchowy charakter. Często bez najmniejszego powodu stawała na stojącej przed domem kamiennej ozdobie w kształcie walca i wydzierała się na przechodniów. Robiąc to, opierała prawą rękę o biodro, a lewe ramię wznosiła wysoko, przez co wyglądała, wypisz, wymaluj, jak staromodny imbryk. He Zhiwu był ich najstarszym dzieckiem - poza nim mieli jeszcze trzech młodszych synów oraz dwie córki. Ich dom składał się z trzech ubogich i zaniedbanych pokojów. Na kangu4 nie było nawet maty. Chłopakowi pochodzącemu z takiej rodziny niegroźny byłby ani Paszczak, ani nawet sam przewodniczący Mao.
Jesienią roku 1973 dostałem pracę jako robotnik dorywczy w zakładach bawełnianych - zawdzięczałem to wujkowi, który był tam księgowym. Choć praca była tymczasowa, to mimo wszystko co miesiąc po oddaniu dwudziestu czterech juanów5 ekipie produkcyjnej zostawało mi jeszcze piętnaście. W tamtych czasach wieprzowina kosztowała siedem jiao za jina6, a jajka sześć fenów za sztukę. Piętnaście juanów starczało więc na zakup niemałej ilości rzeczy. Ubierałem się modnie, zapuściłem włosy, śnieżnobiałych rękawiczek miałem kilka par - można powiedzieć, że trochę mi się w głowie przewróciło. Któregoś dnia po pracy przyszedł do mnie He Zhiwu. Był obuty w jakieś stare trepy, z których wystawały palce u nóg, a na plecach niósł złożoną w kostkę podartą burkę. Włosy miał skołtunione, twarz zarośniętą, na czole trzy głębokie zmarszczki.
- Pożycz mi dziesięć juanów - powiedział. - Chcę wyjechać do Guandongu.
- Ale co się stanie z twoimi rodzicami i rodzeństwem, jeśli ty wyjedziesz? - spytałem.
- Partia nie da im umrzeć z głodu - odparł.
- A co w ogóle zamierzasz robić na północy? - spytałem z kolei.
- Nie wiem jeszcze, ale lepsze to niż tutaj gnić, prawda? Popatrz na mnie. Trzydziestka za pasem, a nawet nie mogę sobie znaleźć żony. Spróbuję gdzie indziej. Człowiek nie drzewo, nie umrze, jak się go przesadzi. A wręcz przeciwnie.
Szczerze mówiąc, nie bardzo mi się uśmiechało pożyczać mu te pieniądze. W tamtych czasach dziesięć juanów była to niemała kwota. On jednak naciskał:
- Umówmy się tak: jak mi się powiedzie, to ci nie zwrócę. A jak nie, to oddam, choćbym miał własną krew sprzedać.
Zupełnie nie pojmowałem jego logiki, ale po długim wahaniu ostatecznie pożyczyłem mu te dziesięć juanów.
Lecz wróćmy jeszcze na chwilę do dawniejszych dziejów, do tego popołudnia, kiedy ukryty w kącie przyglądałem się, jak Paszczak gra w ping-ponga z Lu Wenli. Miał średnią technikę, ale nadrabiał to entuzjazmem, a przy tym najbardziej lubił grywać z uczennicami. Wszystkie dziewczęta z reprezentacji szkoły były niebrzydkie, lecz Lu Wenli była z nich najładniejsza. Pan Liu najbardziej lubił więc stawać przeciwko niej. Niestety podczas gry nieświadomie otwierał te swoje wielkie usta - ale to jeszcze nic; gorzej, że dobywał z nich jakiś przedziwny odgłos, trochę przypominający rechot, jakby hodował w żołądku kilka żab. Tak więc zarówno ze względu na widok, jak i odgłosy, przyglądanie się jego grze nie było niczym przyjemnym. Wiedziałem doskonale, że Lu Wenli nie cierpiała z nim grać, lecz należał przecież do kierownictwa szkoły - nie było jak się wymówić. Mimo to podczas gry niechęć i odraza uwidaczniały się w wyrazie jej twarzy i chaotycznych ruchach. Piszę o tych wszystkich drobiazgach po to, żeby przygotować scenerię dramatu. W którymś momencie pan Liu, jak zwykle otwierając szeroko usta, podkręcił z góry piłeczkę, która poleciała ze świstem. Lu Wenli zamachnęła się nieuważnie paletką - i połyskująca w słońcu piłeczka pomknęła jak po sznurku prosto do ust Paszczaka!
Stojący dookoła widzowie zdębieli, po czym ryknęli śmiechem. Pani Ma, która i bez tego zawsze miała czerwoną twarz, teraz zrobiła się szkarłatna niczym koguci grzebień. Lu Wenli, przedtem naburmuszona, również parsknęła głośno. Tylko ja jeden milczałem zdumiony - jak to się mogło stać? Przypomniała mi się historia, którą usłyszałem kiedyś od największego bajarza w wiosce, dziadka Gui: Jiang Ziya był strasznym pechowcem - kiedy sprzedawał mąkę, zrywał się wiatr i ją rozwiewał; kiedy sprzedawał węgiel drzewny, przychodziła ciepła zima; a jak wzniósł oczy ku niebu i zaczął wzdychać na swoją niedolę, przelatujący górą ptak narobił mu do buzi. Dwadzieścia lat później, czyli jesienią roku 1999, kiedy jechałem pekińskim metrem do redakcji dziennika "Ogląd", gdzie wtedy pracowałem, do wagonu wszedł gazeciarz i zaczął nawoływać: "Czytajcie, czytajcie! Podczas drugiej wojny światowej wystrzelony z sowieckiej armaty pocisk zatkał lufę hitlerowskiego działa!". Jego wołanie sprawiło, że przed oczami natychmiast stanął mi obraz Lu Wenli wbijającej piłeczkę wprost do ust pana Liu. A oto, co wydarzyło się potem: wszyscy śmiali się przez chwilę, po czym zauważyli, że piłeczka nie wypada, i nagle zapadła cisza. Normalnie pan Liu natychmiast wyplułby piłeczkę, skomentowałby dowcipnie incydent - bo zawsze lubił żartować - Lu Wenli spiekłaby raka i zaczęła raz po raz przepraszać, a następnie wróciliby do gry. Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej. Pan Liu nie wypluł piłeczki - przeciwnie: wyciągnął szyję, oczy wylazły mu na wierzch - i nagle zaczął z wysiłkiem przełykać. Ramiona zadrżały mu gwałtownie, a z gardła wydobył się dziwny, zduszony dźwięk - miałem wrażenie, jakbym patrzył na kurczaka, który połknął właśnie coś trującego. Wszyscy zastygli oniemiali, nikt się nie poruszył. W końcu pan Zhang wskoczył na podest i zaczął klepać Paszczaka po plecach. Za nim ruszył pan Yu, który ścisnął biedaka za szyję, usiłując zablokować przełyk. Pan Liu odepchnął ich obu, machając rękami. Wreszcie do akcji wkroczył nauczyciel kontrrewolucjonista, pan Wang, który ukończył akademię medyczną i jako jedyny miał doświadczenie w tego typu sprawach. Przywołał pana Zhanga oraz pana Yu, a sam pospiesznie wdrapał się na podest. Wyciągnął długie jak u małpy ramiona, stanął za Paszczakiem, objął go w pasie, po czym ścisnął gwałtownie - i nagle piłeczka wyskoczyła z ust, upadła na stół, odbiła się kilka razy, stoczyła na ziemię i niemal natychmiast zatrzymała. Pan Wang rozluźnił uścisk, a pan Liu wydobył z siebie dziwny odgłos, jakby gardło miał pełne błota, i upadł jak ścięty na ziemię. Lu Wenli rzuciła paletkę na stół, zakryła twarz rękami i uciekła z płaczem. Pan Wang jeszcze przez kilka chwil masował wyciągniętego na ziemi pana Liu, aż w końcu Paszczak podniósł się, wspierany przez innych nauczycieli. Stanął, rozejrzał się dokoła i spytał chrapliwym głosem:
- A gdzie Lu Wenli? Gdzie się podziała ta dziewczyna? O mało nie przyprawiła mnie o śmierć!