Zmiany - Mo Yan

-
Proszę czekać

Mo Yan

 

Mo Yan, lau­re­at Li­te­rac­kiej Na­gro­dy No­bla 2012, na­praw­dę na­zy­wa się Guan Moye, a jego pseu­do­nim ozna­cza "Ten, któ­ry nie mówi". Uro­dził się w 1956 roku w Chi­nach. W wie­ku dwu­dzie­stu lat wstą­pił do ar­mii, gdzie peł­nił funk­cje kan­ce­li­sty, in­struk­to­ra po­li­tycz­ne­go i ofi­ce­ra pro­pa­gan­dy. W 1984 roku roz­po­czął stu­dia na wy­dzia­le li­te­ra­tu­ry Wyż­szej Szko­ły Ar­ty­stycz­nej, rok póź­niej wy­dał To­uming­de hon­glu­obo (Prze­zro­czy­sta mar­chew­ka). Jego ko­lej­na książ­ka, Klan czer­wo­ne­go sor­ga, zo­sta­ła uzna­na przez chiń­skich czy­tel­ni­ków za naj­lep­szą po­wieść roku 1986. Zhang Yimou na­krę­cił na jej pod­sta­wie film, któ­ry w 1988 roku na fe­sti­wa­lu w Ber­li­nie na­gro­dzo­no Zło­tym Niedź­wie­dziem.

Mo Yan od wie­lu lat w Chi­nach i za gra­ni­cą cie­szy się opi­nią naj­więk­sze­go ta­len­tu współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry chiń­skiej. Jego książ­ki prze­ło­żo­no na kil­ka­na­ście ję­zy­ków. W Pol­sce uka­za­ły się do tej pory dwie po­wie­ści: Kra­ina wód­ki (1992; W.A.B. 2006) oraz Ob­fi­te pier­si, peł­ne bio­dra (1996; W.A.B. 2007), obie wzno­wio­ne przez W.A.B. w 2012 roku. W 2013 roku na­kła­dem W.A.B. uka­żą się Klan czer­wo­ne­go sor­ga i Żaba, a w na­stęp­nych la­tach - ko­lej­ne książ­ki au­to­ra.

1

Tak na­praw­dę mia­łem za­miar pi­sać o tym, co wy­da­rzy­ło się po roku 1979. Moje my­śli cią­gle jed­nak co­fa­ją się głę­biej, do pew­ne­go pięk­ne­go, sło­necz­ne­go po­po­łu­dnia je­sie­nią 1969. Do­ko­ła kwi­tły zło­ci­ste chry­zan­te­my, dzi­kie gęsi od­la­ty­wa­ły na po­łu­dnie... Na­gle sta­ję się je­dy­nie tym, co pa­mię­tam. Moje wspo­mnie­nia to ja z tam­tych lat - sa­mot­ny chło­piec, któ­re­go wy­rzu­co­no z pod­sta­wów­ki. Zwa­bio­ny do­bie­ga­ją­cą zza szkol­nych mu­rów wrza­wą, nie­śmia­ło za­kra­dam się przez głów­ne wej­ście, któ­re­go nikt nie pil­nu­je. Po przej­ściu dłu­gie­go, ciem­ne­go ko­ry­ta­rza do­cie­ram do cen­tral­ne­go miej­sca szko­ły: dzie­dziń­ca oto­czo­ne­go z czte­rech stron bu­dyn­ka­mi.

Po le­wej stro­nie wzno­si się dę­bo­wy słup z umo­co­wa­ną dru­tem po­przecz­ną bel­ką, na któ­rej wisi prze­żar­ty rdzą że­la­zny dzwon. Po pra­wej znaj­du­je się pro­sty, ce­gla­ny po­dest ze sto­łem do ping-pon­ga. Ota­cza go tłum ob­ser­wu­ją­cy to­czą­cą się roz­gryw­kę. To wła­śnie stąd do­bie­ga­ją od­gło­sy pod­eks­cy­to­wa­nia. Wiej­skie szko­ły mają te­raz je­sien­ną prze­rwę - wi­dow­nia wo­kół sto­łu skła­da się więc z sa­mych na­uczy­cie­li. Oprócz nich jest tam tyl­ko kil­ka pięk­nych dziew­cząt. To za­wod­nicz­ki re­pre­zen­ta­cji szko­ły w ping-pon­gu - chlu­ba na­szej pod­sta­wów­ki. Przy­go­to­wu­ją się do mi­strzostw po­wia­tu, któ­re mają się od­być pod­czas świę­ta na­ro­do­we­go, więc za­miast od­po­czy­wać od za­jęć, nie­ustan­nie tre­nu­ją. Wszyst­kie są cór­ka­mi ka­drow­ców z na­szej ko­mu­ny rol­ni­czej; od­kar­mio­ne, do­brze roz­wi­nię­te, ja­sno­skó­re, do tego jesz­cze w ko­lo­ro­wych ubra­niach, bo prze­cież po­cho­dzą z za­moż­nych ro­dzin - na pierw­szy rzut oka wi­dać, że to zu­peł­nie inny ga­tu­nek niż wiej­ska bie­do­ta, do któ­rej za­li­cza­li­śmy się my wszy­scy. Za­wsze przy­glą­da­li­śmy im się z po­dzi­wem, lecz one nie za­szczy­ca­ły nas na­wet jed­nym spoj­rze­niem.

Je­den z za­wod­ni­ków bio­rą­cych udział w to­czą­cej się wła­śnie par­tii to mój były na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki, pan Liu Tian­gu­ang. Był ni­skie­go wzro­stu, za to miał prze­dziw­nie duże usta. Po­dob­no po­tra­fił we­pchnąć so­bie do buzi całą pięść, lecz nie­ste­ty nig­dy nie dał przed nami po­pi­su tej nie­zwy­kłej umie­jęt­no­ści. Czę­sto wi­dzę go we wspo­mnie­niach, jak zie­wa za ka­te­drą, roz­wie­ra­jąc pasz­czę na całą sze­ro­kość - był to do­praw­dy im­po­nu­ją­cy wi­dok. Ktoś nadał mu kie­dyś przy­do­mek Hi­po­po­tam - pro­blem w tym, że ża­den z uczniów nig­dy nie wi­dział hi­po­po­ta­ma. Po­nie­waż zaś sło­wo to brzmi po­dob­nie do sło­wa "żaba"1, a żaby rów­nież mają ogrom­ne usta, z bie­giem cza­su Hi­po­po­tam Liu zo­stał w na­tu­ral­ny spo­sób prze­mia­no­wa­ny na Żabę Liu. Po­mysł nie był by­najm­niej mo­je­go au­tor­stwa, ale ja­koś tak wy­szło, że wina spa­dła wła­śnie na mnie. A że Żaba był sy­nem ja­kie­goś za­słu­żo­ne­go re­wo­lu­cjo­ni­sty - do tego jesz­cze wi­ce­prze­wod­ni­czą­cym szkol­ne­go ko­mi­te­tu re­wo­lu­cyj­ne­go - nada­nie mu prze­zwi­ska uzna­no oczy­wi­ście za wiel­ką zbrod­nię. W re­zul­ta­cie zo­sta­łem bez­par­do­no­wo skre­ślo­ny z li­sty uczniów i z hu­kiem wy­le­cia­łem ze szko­ły.

Rzecz w tym, że od ma­łe­go prze­śla­do­wa­ły mnie po­gar­da i pech. Co­kol­wiek chcia­łem osią­gnąć, za­wsze wy­cho­dzi­ło na opak. Na­wet kie­dy w oczy­wi­sty spo­sób pra­gną­łem się przy­po­do­bać ja­kie­muś na­uczy­cie­lo­wi, prze­waż­nie od­bie­ra­no to jako pro­wo­ka­cję. Ileż to razy moja mat­ka wzdy­cha­ła cięż­ko, mó­wiąc: "Oj, syn­ku! Ty je­steś jak ta wro­na - na­wet jak wy­kra­czesz coś do­bre­go, nikt ci nie uwie­rzy!". I była to świę­ta praw­da. Nikt nig­dy nie do­strze­gał we mnie żad­ne­go do­bra, na­to­miast za­wsze obar­cza­no mnie od­po­wie­dzial­no­ścią za to, co złe. Więk­szość osób uwa­ża­ła, że za­wsze ro­bi­łem na prze­kór, że mia­łem zły cha­rak­ter, że nie­na­wi­dzi­łem szko­ły i na­uczy­cie­li - a prze­cież wszyst­ko to była wie­rut­na bzdu­ra! Bar­dzo lu­bi­łem cho­dzić na za­ję­cia. Co do Pasz­cza­ka Liu, to da­rzy­łem go wręcz wy­jąt­ko­wym sen­ty­men­tem, a to dla­te­go, że sam mia­łem w tam­tych cza­sach bar­dzo dużą bu­zię. Kie­dyś na­pi­sa­łem na­wet opo­wia­da­nie pod ty­tu­łem Wiel­kie usta, któ­re­go bo­ha­ter wzo­ro­wa­ny był na mnie sa­mym. Pan Liu i ja by­li­śmy to­wa­rzy­sza­mi nie­do­li. Uwa­ża­łem, że po­win­ni­śmy wspie­rać się na­wza­jem i po­cie­szać w nie­szczę­ściu. Każ­de­go mógł­bym prze­zy­wać, tyl­ko nie jego. Lecz kie­dy wy­ło­ży­łem mu ja­sno swo­je od­czu­cia, wszyst­ko zro­zu­miał na opak. Chwy­cił mnie za wło­sy i za­cią­gnął do ga­bi­ne­tu, po czym prze­wró­cił kop­nia­kiem na pod­ło­gę, wo­ła­jąc:

- Ty... ty... jesz­cze bę­dziesz mi się na­śmie­wał! Przy­ga­niał ko­cioł garn­ko­wi! Że niby sam masz ta­kie ró­ża­ne ustecz­ka!

Pró­bo­wa­łem tłu­ma­czyć, lecz pan Liu nie po­zwo­lił mi dojść do sło­wa.

I tak to wy­glą­da­ło. Ja, Pasz­czak Mo, nie­win­ny dzie­ciak, któ­ry do Pasz­cza­ka Liu ży­wił je­dy­nie ser­decz­ne uczu­cia...

W ten wła­śnie spo­sób wy­le­cia­łem ze szko­ły. Moja hań­ba sta­ła się pu­blicz­na, gdyż pan Liu ogło­sił ją w obec­no­ści ca­łe­go cia­ła pe­da­go­gicz­ne­go i wszyst­kich uczniów. Mimo to nadal ko­cha­łem swo­ją pod­sta­wów­kę, to­też co­dzien­nie za­rzu­ca­łem na ple­cy ste­ra­ny tor­ni­ster, a na­stęp­nie za­sa­dza­łem się w ocze­ki­wa­niu na oka­zję, by wśli­zgnąć się do środ­ka.

Z po­cząt­ku pan Liu wy­ga­niał mnie oso­bi­ście - wy­ga­niał i wy­ga­niał, ale nic so­bie z tego nie ro­bi­łem. Szar­pał mnie więc za ucho albo za wło­sy i wy­rzu­cał na ze­wnątrz, lecz nim zdą­żył dojść do swo­je­go ga­bi­ne­tu, ja już wkra­da­łem się z po­wro­tem. Po­tem wy­zna­czył kil­ku ro­słych ucznia­ków, żeby go wy­rę­cza­li - co też po­słusz­nie czy­ni­li. Lecz ja zno­wu nic so­bie z tego nie ro­bi­łem. Bra­li mnie więc za ręce i nogi, wy­no­si­li ze szko­ły i wy­rzu­ca­li pro­sto na uli­cę. Ale za­nim mie­li czas wró­cić do kla­sy i za­jąć swo­je miej­sca, ja by­łem już w środ­ku. Za­szy­wa­łem się w ja­kimś ką­cie i sta­ra­łem jak naj­bar­dziej skur­czyć. Raz, że nie chcia­łem zwra­cać na sie­bie uwa­gi, dwa - li­czy­łem, że tym spo­so­bem po­zy­skam so­bie współ­czu­cie in­nych. Kie­dy tak prze­my­ka­łem po szko­le, moim głów­nym za­ję­ciem było na­słu­chi­wa­nie wy­bu­chów śmie­chu i pod­pa­try­wa­nie wy­głu­pów po­zo­sta­łych uczniów. Naj­bar­dziej jed­nak lu­bi­łem przy­glą­dać się grze w ping-pon­ga. Czę­sto tak mnie to po­chła­nia­ło, że z emo­cji łza­wi­ły mi oczy i ob­gry­za­łem pa­znok­cie.

A po­tem znu­dzi­ło im się to cią­głe wy­rzu­ca­nie i dali mi spo­kój.

Tak więc tego je­sien­ne­go po­po­łu­dnia przed czter­dzie­stu laty sta­łem w ja­kimś ką­cie i pa­trzy­łem, jak Żaba wy­ma­chu­je wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­ną ra­kiet­ką do ping-pon­ga, więk­szą niż usta­wa prze­wi­du­je i kształ­tem zbli­żo­ną ra­czej do woj­sko­wej ło­pa­ty. Jego prze­ciw­nicz­ką była moja daw­na ko­le­żan­ka z ław­ki, Lu We­nli. Ona tak­że mia­ła duże usta, tyl­ko że u niej wy­glą­da­ło to na­wet ład­nie, nie tak nie­pro­por­cjo­nal­nie jak u mnie czy u pana Liu. Na­wet w tam­tych cza­sach, kie­dy peł­ne war­gi nie na­le­ża­ły do ka­no­nu uro­dy, uwa­ża­no ją za mło­dą pięk­ność. Nie mó­wiąc już o tym, że jej oj­ciec był kie­row­cą na­le­żą­cej do ko­mu­ny ra­dziec­kiej cię­ża­rów­ki mar­ki Gaz 51 - mknę­ła ona jak bły­ska­wi­ca, coś nie­sa­mo­wi­te­go. Kie­row­ca sa­mo­cho­du w tam­tych cza­sach był to bar­dzo pre­sti­żo­wy za­wód. Kie­dyś na­wet nasz wy­cho­waw­ca, pan Zhang, za­dał nam wy­pra­co­wa­nie pod ty­tu­łem "Moje ma­rze­nie" i po­ło­wa chło­pa­ków na­pi­sa­ła, że chcie­li­by jeź­dzić sa­mo­cho­dem. He Zhi­wu, naj­wyż­szy w kla­sie, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny chło­pak o twa­rzy po­kry­tej trą­dzi­kiem i z sy­pią­cym się wą­sem - spo­koj­nie mógł­by ucho­dzić za dwu­dzie­sto­pię­cio­lat­ka - na­pi­sał zwy­czaj­nie: "Mam tyl­ko jed­no ma­rze­nie... Jed­no je­dy­ne... Ma­rzę o tym, żeby zo­stać tatą Lu We­nli".

Pan Zhang miał w zwy­cza­ju wy­bie­rać naj­lep­sze i naj­gor­sze wy­pra­co­wa­nie w kla­sie, po czym od­czy­ty­wać je na głos pod­czas lek­cji. Nie mó­wił za­wcza­su, kto jest au­to­rem, a na ko­niec ka­zał nam to zga­dy­wać. W tam­tych cza­sach na wsi wy­śmie­wa­no się z osób, któ­re uży­wa­ły man­da­ryń­skie­go2 - na­wet szko­ła nie była od tego wy­jąt­kiem. Pan Zhang był u nas je­dy­nym na­uczy­cie­lem, któ­ry miał od­wa­gę wy­kła­dać w tym dia­lek­cie. Wy­glą­dał na ja­kieś dwa­dzie­ścia lat i po­sia­dał dy­plom uczel­ni pe­da­go­gicz­nej. Miał bar­dzo szczu­płą, po­cią­głą i bla­dą twarz, cze­sał się z prze­dział­kiem z boku i cho­dził w wy­bla­kłej nie­bie­skiej woj­sko­wej kurt­ce z ga­bar­dy­ny. Do koł­nie­rzy­ka przy­pi­nał dwie rzeź­bio­ne bro­sze, a na przed­ra­mie­niu no­sił gra­na­to­wy rę­ka­wek do ochro­ny przed py­łem z ta­bli­cy. Na pew­no ubie­rał się tak­że w inne bar­wy i kro­je, nie mógł prze­cież dzień w dzień przez cały rok no­sić tego sa­me­go, ale w mo­ich wspo­mnie­niach jego ob­raz jest nie­od­łącz­nie po­wią­za­ny z tym stro­jem. Za­wsze naj­pierw wi­dzę jego ochra­niacz i brosz­ki, po­tem kurt­kę, a do­pie­ro na ko­niec jawi mi się jego twarz, rysy, głos, mi­mi­ka... Gdy­bym nie ro­bił tego w ta­kiej ko­lej­no­ści, w ogó­le nie po­tra­fił­bym so­bie przy­po­mnieć jego wy­glą­du. Nie ule­ga jed­nak wąt­pli­wo­ści, że był z nie­go, jak mó­wio­no w la­tach osiem­dzie­sią­tych, "mło­dzie­niec jak ma­lo­wa­nie", "przy­stoj­niak", jak by po­wie­dzia­no w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, a dziś na­zwa­li­by­śmy go - jak? Cia­cho? Może po­ja­wi­ły się już now­sze, bar­dziej mod­ne okre­śle­nia na atrak­cyj­nych mło­dych męż­czyzn - skon­sul­tu­ję to po­tem z cór­ką są­sia­dów...

Tak czy owak, He Zhi­wu wy­glą­dał na o wie­le star­sze­go od pana Zhan­ga. Po­wie­dzieć, że mógł­by być jego oj­cem, by­ło­by pew­nie lek­ką prze­sa­dą, ale już w wuj­ka każ­dy by uwie­rzył. Tam­te­go dnia za­tem pan Zhang od­czy­tał jego wy­pra­co­wa­nie, po­słu­gu­jąc się prze­sad­ną, drwią­cą in­to­na­cją: "Mam tyl­ko jed­no ma­rze­nie... Jed­no je­dy­ne... Ma­rzę o tym, żeby zo­stać tatą Lu We­nli".

Po krót­kiej, peł­nej na­pię­cia ci­szy cała kla­sa wy­buch­nę­ła śmie­chem. Wy­pra­co­wa­nie He Zhi­wu spro­wa­dza­ło się do tych trzech krót­kich zdań. Pan Zhang chwy­cił jego ze­szyt za róg i po­ma­chał nim moc­no, nie­mal tak, jak­by chciał wy­trzą­snąć ja­kąś ukry­tą kon­tra­ban­dę.

- Co za ta­lent, co za ta­lent! - za­kpił. - Zgad­nij­cie, któ­ry ge­niusz jest au­to­rem tego dzie­ła!

Na chwi­lę wszyst­kich ogar­nę­ła kon­ster­na­cja. Roz­glą­da­li­śmy się na pra­wo i lewo, a po­tem oglą­da­li­śmy się do tyłu, usi­łu­jąc wy­pa­trzeć kla­so­we­go li­te­ra­ta. Bar­dzo szyb­ko jed­nak wszyst­kie spoj­rze­nia sku­pi­ły się na He Zhi­wu. Był on naj­wyż­szy i naj­sil­niej­szy z ca­łej kla­sy, a do tego lu­bił do­ku­czać ko­le­gom z ław­ki, to­też pan Zhang po­sa­dził go osob­no, na sa­mym koń­cu. Pod wpły­wem na­szych spoj­rzeń jego twarz jak­by po­czer­wie­nia­ła - tro­chę, ale nie za bar­dzo. Minę miał lek­ko za­wsty­dzo­ną - ale też nie­szcze­gól­nie. Zda­wa­ło się na­wet, że jest w niej odro­bi­na dumy, bo na jego ustach po­ja­wił się głup­ko­wa­ty, psot­ny, jak­by prze­bie­gły uśmie­szek. He Zhi­wu miał krót­ką gór­ną war­gę, więc gdy się uśmie­chał, na­tych­miast od­sła­niał gór­ną szczę­kę: fio­le­to­we dzią­sła i żół­te zęby, z prze­rwą mię­dzy sie­ka­cza­mi. Jego po­pi­so­wa sztucz­ka po­le­ga­ła na tym, że strzy­kał przez tę szcze­li­nę drob­ny­mi kro­pla­mi śli­ny, jed­na za dru­gą - ślicz­nie to wy­glą­da­ło, kie­dy tak fru­nę­ły w dal. Te­raz wła­śnie za­czął to ro­bić. Pan Zhang tym­cza­sem od­rzu­cił jego ze­szyt na bok. Ze­szyt po­mknął ni­czym la­ta­ją­cy spodek, lecz na­gle w sa­mym środ­ku tra­jek­to­rii opadł tuż przed wzo­ro­wą uczen­ni­cą o imie­niu Du Ba­ohua. Pod­nio­sła go dwo­ma pal­ca­mi i od­rzu­ci­ła z nie­sma­kiem do tyłu.

- Po­wiedz nam, He Zhi­wu - ode­zwał się pan Zhang - cze­mu to chciał­byś zo­stać tatą Lu We­nli?

He Zhi­wu da­lej pluł przez zęby.

- Wstań! - krzyk­nął gło­śno pan Zhang. He Zhi­wu pod­niósł się z ław­ki z wy­zy­wa­ją­cym, obo­jęt­nym wy­ra­zem twa­rzy. - No mów! Dla­cze­go chciał­byś być oj­cem Lu We­nli?

Kla­sa zno­wu huk­nę­ła śmie­chem. Na­gle jed­nak, po­śród tej we­so­ło­ści, sie­dzą­ca obok mnie Lu We­nli scho­wa­ła gło­wę w ra­mio­nach i wy­buch­nę­ła pła­czem.

Do dziś nie ro­zu­miem, o co jej cho­dzi­ło.

He Zhi­wu nadal nie od­po­wia­dał na py­ta­nie, tyl­ko przy­bie­rał co­raz to bar­dziej aro­ganc­ką minę. Płacz Lu We­nli spra­wił, że ta zu­peł­nie pro­sta kwe­stia znie­nac­ka na­bra­ła nie­pro­por­cjo­nal­nej wagi. W do­dat­ku po­sta­wa He Zhi­wu sta­no­wi­ła wy­zwa­nie dla pana Zhan­ga jako na­uczy­cie­la. Do­my­śla­łem się, że sko­ro sy­tu­acja przy­bie­ra taki ob­rót, to w przy­szło­ści pan Zhang pew­nie zre­zy­gnu­je z od­czy­ty­wa­nia na­szych wy­pra­co­wań, ale tym ra­zem było już za póź­no - mu­siał do­pro­wa­dzić spra­wę do koń­ca. Za­ci­snął więc zęby, po czym po­wie­dział:

- Wy­noś mi się stąd!3

I He Zhi­wu, kla­so­wy ge­niusz, prze­wyż­sza­ją­cy wzro­stem pana Zhan­ga, przy­ci­snął ple­cak do pier­si i na­praw­dę po­ło­żył się na pod­ło­dze, by prze­czoł­gać się mię­dzy ław­ka­mi w stro­nę drzwi. Wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem, któ­ry jed­nak na­tych­miast uwiązł nam w gar­dłach - at­mos­fe­ra była na to zbyt po­waż­na. Pan Zhang po­bladł z wście­kło­ści, a Lu We­nli nadal łka­ła spa­zma­tycz­nie. He Zhi­wu da­lej czoł­gał się do wyj­ścia. Nie szło mu to zbyt gład­ko, bo nie wi­dząc do­kład­nie, do­kąd zmie­rza, co chwi­lę tra­fiał na nogi od ła­wek albo krze­seł. Po każ­dym zde­rze­niu pro­sto­wał kurs. Pod­ło­ga kla­sy wy­ło­żo­na była czar­ny­mi ce­gła­mi, ale po­kry­wa­ła ją war­stwa na­nie­sio­ne­go przez nas bło­ta, to­też da­le­ko jej było do ide­al­nej gład­ko­ści. Spró­bo­wa­łem po­sta­wić się w sy­tu­acji He Zhi­wu i stwier­dzi­łem, że na pew­no jest mu bar­dzo nie­wy­god­nie. Pan Zhang jed­nak mu­siał czuć się jesz­cze go­rzej. Dys­kom­fort He Zhi­wu był czy­sto fi­zycz­ny, jego zaś - psy­chicz­ny. Tyl­ko łaj­dak znę­cał­by się nad dru­gim czło­wie­kiem, drę­cząc fi­zycz­nie sa­me­go sie­bie - bo­ha­te­ro­wie tak nie po­stę­pu­ją. Lecz oso­ba, któ­ra jest w sta­nie zro­bić coś ta­kie­go, nie mo­gła­by być prze­cięt­nym łaj­da­kiem. W naj­więk­szych zło­czyń­cach nie­rzad­ko kry­je się bo­ha­ter­stwo, wiel­cy bo­ha­te­ro­wie zaś rów­nie czę­sto po­sia­da­ją ce­chy nik­czem­ni­ków. Czy za­tem He Zhi­wu był wiel­kim zło­czyń­cą, czy też wiel­kim bo­ha­te­rem? Ple ple ple - mogę tak so­bie ga­dać i do ni­cze­go nie bę­dzie to pro­wa­dzić. Tak czy owak, He Zhi­wu jest jed­ną z głów­nych po­sta­ci tej opo­wie­ści, a co z nie­go za czło­wiek, to już czy­tel­nik sam osą­dzi.

W koń­cu do­czoł­gał się do wyj­ścia. Wstał, cały ob­le­pio­ny bło­tem, po czym nie oglą­da­jąc się do tyłu, ru­szył przed sie­bie.

- Stój! - krzyk­nął pan Zhang. Lecz He Zhi­wu wy­szedł, na­wet nie od­wró­ciw­szy gło­wy. Na ze­wnątrz moc­no świe­ci­ło słoń­ce. Na ro­sną­cej przed na­szą kla­są to­po­li skrze­cza­ły gło­śno dwie sro­ki. Na­gle od­nio­słem wra­że­nie, że cia­ło He Zhi­wu ema­nu­je zło­ci­stym bla­skiem. Nie wiem, co my­śle­li o tym inni, ale dla mnie w tym mo­men­cie stał się on bo­ha­te­rem. Szedł przed sie­bie, sta­wia­jąc duże, zde­cy­do­wa­ne kro­ki. Z jego ręki wy­le­cia­ła na­gle garść skraw­ków pa­pie­ru - za­wi­ro­wa­ły w po­wie­trzu i opa­dły na zie­mię. Co­kol­wiek są­dzi­ła o tym resz­ta kla­sy, moje ser­ce za­bi­ło w tej chwi­li jak sza­lo­ne. Po­darł pod­ręcz­nik! Po­darł ze­szyt z pra­cą do­mo­wą! Skoń­czył ze szko­łą! Wy­pchnął ją ze swo­jej świa­do­mo­ści i po­de­ptał na­uczy­cie­li. Był ni­czym ptak, któ­ry ule­ciał z klat­ki. Był wol­ny. Nie do­ty­czy­ły go już szkol­ne prze­pi­sy i za­sa­dy. My na­to­miast nadal pod­le­ga­li­śmy ich dyk­ta­to­wi.

To wła­śnie było w tym wszyst­kim naj­dziw­niej­sze: kie­dy He Zhi­wu wy­czoł­gał się z kla­sy i rzu­cił szko­łę, po­dzi­wia­łem go ca­łym ser­cem i wy­obra­ża­łem so­bie, że któ­re­goś dnia sam rów­nież do­ko­nam cze­goś rów­nie he­ro­icz­ne­go. Gdy jed­nak wkrót­ce po­tem Pasz­czak skre­ślił mnie z li­sty uczniów, po­pa­dłem w czar­ną roz­pacz. Na­gle po­czu­łem, że ze szko­łą łą­czą mnie ty­sią­ce nici praw­dzi­we­go przy­wią­za­nia. Kto więc był tu bo­ha­te­rem, a kto tchó­rzem? Ów drob­ny in­cy­dent nie po­zo­sta­wił co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

He Zhi­wu daw­no już znik­nął, lecz Lu We­nli nadal pła­ka­ła.

- No do­brze już, do­brze - po­wie­dział w koń­cu pan Zhang z wy­raź­nym znie­cier­pli­wie­niem. - On miał na my­śli je­dy­nie to, że chciał­by zo­stać kie­row­cą sa­mo­cho­du, tak samo jak twój oj­ciec, a nie, że na­praw­dę chciał­by nim być. A na­wet gdy­by rze­czy­wi­ście tak było, to prze­cież nie zmie­nił się na­gle w two­je­go tatę, praw­da? - Usły­szaw­szy te sło­wa, Lu We­nli wy­cią­gnę­ła ko­lo­ro­wą chu­s­tecz­kę, otar­ła łzy i prze­sta­ła pła­kać. Mia­ła ogrom­ne, sze­ro­ko osa­dzo­ne oczy. Kie­dy wbi­ja­ła w ko­goś wzrok, spra­wia­ła wra­że­nie nie­co otę­pia­łej.

Ale dla­cze­go wła­ści­wie tata Lu We­nli stał się na­szym ide­ałem? Otóż cho­dzi­ło o pręd­kość. Nie było chłop­ca, któ­ry by jej nie uwiel­biał. Je­śli pod­czas obia­du usły­sze­li­śmy od­głos sil­ni­ka, na­tych­miast rzu­ca­li­śmy je­dze­nie i pę­dzi­li­śmy na uli­cę po­pa­trzeć, jak pan Lu śmi­ga swo­im tra­wia­sto­zie­lo­nym ga­zem 51 z jed­ne­go koń­ca wio­ski na dru­gi. Dzio­bią­ce w pia­chu kury roz­pierz­cha­ły się na wszyst­kie stro­ny. Spa­ce­ru­ją­ce spo­koj­nie psy wska­ki­wa­ły na­raz do ka­na­łów na­wad­nia­ją­cych. Mó­wiąc krót­ko: uwa­ga, śle­dzie, bo sa­mo­chód je­dzie! I choć nie raz, nie dwa zda­rzy­ło się, że ja­kiś kur­czak czy pies skoń­czył pod ko­ła­mi, to auto pana Lu nadal pę­dzi­ło po sta­re­mu. A wła­ści­ciel zwie­rzę­cia w mil­cze­niu brał je na ręce lub wiózł na tacz­ce do domu. Nikt nie pro­te­sto­wał i nikt się nie skar­żył. Tak to już jest z ma­szy­na­mi - co to by było za auto, gdy­by nie jeź­dzi­ło szyb­ko. To kury i psy po­win­ny uwa­żać, a nie sa­mo­cho­dy. Ten ra­dziec­ki ga­zik po­cho­dził po­dob­no jesz­cze z cza­sów, kie­dy wspie­ra­li­śmy Ko­reę w woj­nie ze Sta­na­mi. Na ma­sce wciąż wi­dać było śla­dy po ostrza­le z ame­ry­kań­skich sa­mo­lo­tów. In­ny­mi sło­wy, był to za­słu­żo­ny po­jazd o chwa­leb­nej hi­sto­rii, któ­ry pod­czas wo­jen­nej za­wie­ru­chy mknął śmia­ło pod gra­dem po­ci­sków, a te­raz, w cza­sach po­ko­ju, da­lej pę­dził nie­ustra­sze­nie, cią­gnąc za sobą tu­ma­ny ku­rzu. Gdy tak prze­jeż­dżał na na­szych oczach, przez szy­bę mi­ga­ła nam im­po­nu­ją­ca po­stać pana Lu. Cza­sa­mi jego oczy prze­sła­nia­ły czar­ne oku­la­ry. Kie­dy in­dziej jego dło­nie kry­ły bia­łe rę­ka­wicz­ki. Naj­bar­dziej lu­bi­łem, kie­dy miał i to, i to, bo wi­dzia­łem kie­dyś film, w któ­rym bo­ha­ter - chiń­ski zwia­dow­ca - za­kła­da ta­kie wła­śnie śnież­no­bia­łe rę­ka­wicz­ki oraz ciem­ne oku­la­ry i prze­bra­ny za ofi­ce­ra wro­giej ar­mii idzie zdo­być in­for­ma­cje o po­zy­cjach nie­przy­ja­ciel­skiej ar­ty­le­rii. Wkła­da odzia­ną w bie­lut­ką rę­ka­wicz­kę dłoń do lufy, wy­cią­ga za­bar­wio­ne na czar­no pal­ce, po czym kle­pie ar­ma­tę i mówi: "I jak wy dba­cie o te dzia­ła...?".

Ten nie­przy­ja­ciel­ski mun­dur, wzo­ro­wa­ny na ame­ry­kań­skim, był po pro­stu prze­ślicz­ny. W po­łą­cze­niu z rę­ka­wicz­ka­mi i oku­la­ra­mi spra­wiał, że szpieg wy­glą­dał jak praw­dzi­wy bo­ha­ter - aż biła od nie­go aura he­ro­sa. Po obej­rze­niu tam­te­go fil­mu przez bar­dzo dłu­gi czas na­śla­do­wa­li­śmy jego za­cho­wa­nie i spo­sób mó­wie­nia: "No i jak wy dba­cie o te dzia­ła?". Ale po­nie­waż nie mie­li­śmy od­po­wied­nich re­kwi­zy­tów, ja­koś nig­dy nie wy­glą­da­ło to tak, jak na­le­ży. Wszy­scy ma­rzy­li­śmy, żeby zdo­być skądś bia­łe rę­ka­wicz­ki - o ame­ry­kań­skim mun­du­rze i ciem­nych oku­la­rach, nie wspo­mi­na­jąc już o wi­szą­cym przy pa­sie re­wol­we­rze, na­wet nam się nie śni­ło; ta­kie rze­czy były dla nas zu­peł­nie nie­osią­gal­ne. W póź­niej­szych dniach wie­lu chło­pa­ków z kla­sy, a na­wet kil­ka dziew­cząt, po­dob­nym kul­tem oto­czy­ło He Zhi­wu - nie tyl­ko dla­te­go, że w tak ory­gi­nal­ny spo­sób po­rzu­cił szko­łę, ale też dla­te­go, że wkrót­ce po­tem zno­wu dał nie­zwy­kły po­pis na oczach wszyst­kich uczniów i na­uczy­cie­li.

Był pierw­szy czerw­ca, Dzień Dziec­ka, i cała szko­ła zgro­ma­dzi­ła się na bo­isku przed głów­nym wej­ściem na uro­czy­stą ce­re­mo­nię wcią­gnię­cia fla­gi. Była to zwy­kła wiej­ska pod­sta­wów­ka na głę­bo­kiej pro­win­cji, lecz w po­bli­żu znaj­do­wa­ła się ko­mu­na rol­na, któ­rej człon­ka­mi byli po­sia­da­ją­cy nie­zwy­kłe ta­len­ty wro­go­wie re­wo­lu­cji; nie­któ­rzy z nich ce­lo­wa­li w spo­rcie lub sztu­ce i ci pra­co­wa­li jako nasi za­stęp­czy na­uczy­cie­le. To dzię­ki nim Lu We­nli zdo­by­ła mło­dzie­żo­we mi­strzo­stwo po­wia­tu Ga­omi w ping-pon­gu, a Hou De­jun wy­grał mi­strzo­stwa okrę­gu Chan­gwei w sko­ku o tycz­ce. To oni rów­nież zor­ga­ni­zo­wa­li w na­szej szko­le wca­le nie­złą or­kie­strę woj­sko­wą. Był w niej je­den wiel­ki bę­ben, dzie­sięć mniej­szych bę­ben­ków, dwie pary cym­ba­łów, dzie­sięć kor­ne­tów, dzie­sięć trom­bo­nów i jesz­cze dwie lśnią­ce trą­by o skrę­co­nych w zwo­je kor­pu­sach i wy­lo­tach skie­ro­wa­nych ku nie­bu. Na wsi przy­zwy­cza­je­ni by­li­śmy do gon­gów i tra­dy­cyj­nych bę­ben­ków: je­den gong, je­den bę­ben, jed­ne cym­ba­ły: bam bam trach, bam bam trach, bam trach bam trach bam bam trrr­ra­aach! - nic spe­cjal­ne­go, ta­kie tam wiej­skie brzę­cze­nie. Kie­dy więc szkol­na or­kie­stra woj­sko­wa po raz pierw­szy dała na bo­isku kon­cert, wszy­scy wy­trzesz­czy­li oczy i prze­cie­ra­li uszy wo­bec tej wspa­nia­ło­ści, sty­lu, ener­gii, za­chwy­ce­ni tym ener­gicz­nym dźwię­kiem, ryt­mem i me­lo­dią. Któż to wi­dział ta­kie ko­stiu­my?! Któż to sły­szał taką mu­zy­kę?! Szko­ła wy­po­sa­ży­ła wszyst­kich człon­ków or­kie­stry w spe­cjal­ne mun­dur­ki - chłop­ców w nie­bie­skie spoden­ki i bia­łe ko­szu­le, dziew­czę­ta w nie­bie­skie spód­nicz­ki i bia­łe bluz­ki, wszyst­kich zaś - w bia­łe pod­ko­la­nów­ki i pa­su­ją­ce bia­łe te­ni­sów­ki. Na twa­rzach wy­ma­lo­wa­ne czer­wo­ne ru­mień­ce, brwi pod­kre­ślo­ne na czar­no wę­glem, we wło­sach dziew­cząt - czer­wo­ne wstąż­ki, na szy­jach chłop­ców - czer­wo­ne musz­ki. Jak z ob­raz­ka. A do tego wszy­scy mie­li bie­lut­kie rę­ka­wicz­ki! Ta­kie in­stru­men­ty i stro­je mu­sia­ły kosz­to­wać for­tu­nę - dy­rek­cji nie stać by na to było, na­wet gdy­by sprze­da­ła wszyst­kie ław­ki i krze­sła, a do tego jesz­cze ten sta­ry że­la­zny dzwon z dzie­dziń­ca - lecz dla pań­stwo­wej ko­mu­ny rol­ni­czej Jia­ohe było to ni­czym jed­no pió­ro dla kury. Nie mó­wię, że jak kro­pla w oce­anie, bo to by­ła­by lek­ka prze­sa­da. Ko­mu­nę Jia­ohe opi­sy­wa­łem już w swo­ich po­wie­ściach wie­lo­krot­nie, a ra­zem z nią ze­sła­nych tam pra­wi­cow­ców, któ­rzy w mo­ich dzie­cię­cych oczach wie­dli ra­do­sne, bez­tro­skie ży­cie peł­ne roz­ry­wek. Kie­dyś na­wet na­pi­sa­łem o nich no­we­lę pod ty­tu­łem Wy­ścig sprzed trzy­dzie­stu lat - je­śli ko­goś to in­te­re­su­je, może po­czy­tać. Ale tam­to to była no­we­la i wie­le rze­czy zmy­śli­łem na po­trze­by fik­cji, te­raz zaś w za­sa­dzie spi­su­ję swo­je wspo­mnie­nia, je­śli więc co­kol­wiek od­bie­ga od rze­czy­wi­sto­ści, to tyl­ko dla­te­go, że upły­nę­ło już dużo cza­su i pa­mięć pła­ta mi fi­gle.

Ko­mu­na Jia­ohe była jed­nost­ką za­rzą­dza­ną przez pań­stwo. Na­le­ża­ła do jed­nej sie­ci z woj­sko­wy­mi za­kła­da­mi pro­duk­cyj­ny­mi, któ­re do tej pory dzia­ła­ją w pro­win­cji Xin­jiang. Skła­da­ła się w więk­szo­ści ze zde­mo­bi­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy, póź­niej zaś do­łą­czy­ła do nich jesz­cze mło­dzież in­te­li­genc­ka z Qing­dao. Na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych, gdy w na­szej wio­sce wciąż do­mi­no­wa­ły wozy cią­gnię­te przez muły oraz drew­nia­ne płu­gi, ko­mu­na mia­ła już kom­bajn pro­duk­cji so­wiec­kiej, czer­wo­ny - kie­dy po raz pierw­szy wje­chał on z ry­kiem na na­le­żą­ce do ko­mu­ny pole żyta, był to dla nas taki sam szok, jaki w roku 1900 prze­ży­ło po­ko­le­nie na­szych dziad­ków i babć, gdy przez wio­skę prze­pro­wa­dzo­no ko­lej że­la­zną re­la­cji Ji­nan - Qing­dao i przed ich ocza­mi prze­mknę­ła w kłę­bach czar­ne­go dymu nie­miec­ka lo­ko­mo­ty­wa. Dla tego ro­dza­ju ko­mu­ny spon­so­ro­wa­nie or­kie­stry w miej­sco­wej szko­le pod­sta­wo­wej było jak buł­ka z ma­słem i kasz­ka z mlecz­kiem. Tyl­ko nie de­ner­wuj­cie się, czy­tel­ni­cy, że plo­tę trzy po trzy - tych po­plą­ta­nych wspo­mnień mam w gło­wie po pro­stu za dużo i rzecz nie w tym, że ko­niecz­nie chcę je spi­sać, ale że one same siłą rwą się na ze­wnątrz.

A dla­cze­go w ogó­le ko­mu­na chcia­ła wy­po­sa­żyć tę or­kie­strę? Bo do na­szej szko­ły cho­dzi­ły dzie­ci wie­lu jej pra­cow­ni­ków. Dla­cze­go przy­sy­ła­no tych kontr­re­wo­lu­cjo­ni­stów, żeby pro­wa­dzi­li dla nas lek­cje? Do­kład­nie z tego sa­me­go po­wo­du. Spo­śród na­szych miej­sco­wych na­uczy­cie­li naj­le­piej wy­kształ­co­ny był pan Zhang, a i on miał je­dy­nie dy­plom szko­ły pe­da­go­gicz­nej. Pasz­czak skoń­czył tyl­ko gim­na­zjum. Na­to­miast ci prze­ciw­ni­cy re­wo­lu­cji za­li­cza­li się do praw­dzi­wej eli­ty in­te­lek­tu­al­nej. Mam na­dzie­ję, że zo­rien­to­wa­li­ście się już po tym, iż na­sza pod­sta­wów­ka była w owym cza­sie naj­lep­szą pla­ców­ką na ca­łym pół­wy­spie Shan­dong. Kie­dy po­sze­dłem do woj­ska, od­kry­łem, że choć wy­rzu­co­no mnie z niej już w pią­tej kla­sie, spo­koj­nie mo­głem udzie­lać lek­cji swo­im to­wa­rzy­szom bro­ni, któ­rzy mie­li za sobą li­ceum. Gdy­by po­zwo­lo­no mi ją skoń­czyć, to bar­dzo moż­li­we, że po przy­wró­ce­niu ma­tu­ry w 1977 zdo­by­te w niej wy­kształ­ce­nie po­zwo­li­ło­by mi do­stać się na uczel­nię ran­gi Uni­wer­sy­te­tu Pe­kiń­skie­go albo Qin­ghua.

Kie­dy tak słu­cha­li­śmy gra­nej wła­śnie Czer­wie­ni Wscho­du i pa­trzy­li­śmy na czer­wo­ną fla­gę z pię­cio­ma gwiaz­da­mi, pod­no­szą­cą się wol­no na masz­cie, w naj­bar­dziej wi­docz­nym punk­cie bo­iska po­ja­wił się na­gle He Zhi­wu, ubra­ny w sta­ry, spło­wia­ły od pra­nia mun­dur, cał­kiem nowy ka­pe­lusz ofi­cer­ski z sze­ro­kim ron­dem, bia­łe rę­ka­wicz­ki oraz ciem­ne oku­la­ry, ze szpi­cru­tą wła­snej ro­bo­ty w dło­ni. Py­ta­cie, dla­cze­go szkol­na or­kie­stra pod­czas wcią­ga­nia fla­gi na maszt nie gra­ła hym­nu na­ro­do­we­go, tyl­ko Czer­wień Wscho­du? Otóż dla­te­go, że za­rów­no kom­po­zy­tor, jak i au­tor tek­stu ów­cze­sne­go hym­nu zo­sta­li uzna­ni za re­ak­cjo­ni­stów. A skąd He Zhi­wu wy­trza­snął ten ko­stium? Nikt z nas nie miał wte­dy bla­de­go po­ję­cia. Wie­le lat póź­niej, kie­dy wi­dzia­łem się z nim w Qing­dao, za­py­ta­łem go o ten in­cy­dent. Od­po­wie­dział ze śmie­chem, pół żar­tem, pół se­rio, że wszyst­ko po­ży­czył od taty Lu We­nli! Oczy­wi­ście ubiór ten nie do­rów­ny­wał ko­stiu­mo­wi tam­te­go bo­ha­ter­skie­go wy­wia­dow­cy, lecz mimo to wszy­scy onie­mie­li­śmy z wra­że­nia. He Zhi­wu tym­cza­sem prze­szedł mia­ro­wym kro­kiem po­mię­dzy sto­ją­cy­mi rów­no kla­sa­mi a kie­row­nic­twem szko­ły, z pod­nie­sio­ną gło­wą i wy­pię­tą pier­sią, bez śla­du wa­ha­nia. Idąc, wy­ce­lo­wał w nas szpi­cru­tę i ode­zwał się po­gar­dli­wie:

- No i jak wy dba­cie o te dzia­ła?

Człon­ko­wie cia­ła pe­da­go­gicz­ne­go jak­by zdę­bie­li - pa­trzy­li tyl­ko ze zdu­mie­niem, jak He Zhi­wu ma­sze­ru­je try­um­fal­nie przed ich no­sa­mi, za­wra­ca, po czym skrę­ca w od­cho­dzą­cą od bo­iska alej­kę, po­gwiz­du­jąc pod no­sem ja­kąś me­lo­dię. Wszy­scy po­dą­ży­li­śmy za nim wzro­kiem. Tym­cza­sem on wspiął się na nad­rzecz­ny wał, prze­szedł na dru­gą stro­nę i znik­nął. Wie­dzie­li­śmy, że rze­ka była wez­bra­na, i za­sta­na­wia­li­śmy się, co zro­bi po do­tar­ciu nad wodę. Czy zdej­mie ubra­nie i wsko­czy się umyć? Czy też na­chy­li się, żeby po­dzi­wiać swo­je od­bi­cie? Po czymś ta­kim uro­czy­sto­ści szkol­ne stra­ci­ły wszel­ki sens - żad­na re­cy­ta­cja wznio­słych wier­szy czy ja­kieś tam że­nu­ją­ce przed­sta­wie­nie nie mo­gły ode­rwać na­szej uwa­gi od tego, co się sta­ło.

Roz­wście­czo­ny Pasz­czak sko­men­to­wał to jed­nym zda­niem:

- On musi zo­stać uka­ra­ny!

Ale nig­dy nie do­tar­ły do nas żad­ne wie­ści o po­nie­sio­nych przez He Zhi­wu kon­se­kwen­cjach. Jego oj­ciec przez pa­rę­dzie­siąt lat pra­co­wał jako rol­nik u ja­kie­goś ob­szar­ni­ka, mat­ka zaś była naj­star­szą człon­ki­nią par­tii ko­mu­ni­stycz­nej w na­szej wio­sce. Mia­ła ospo­wa­tą twarz, gru­be nogi oraz wy­bu­cho­wy cha­rak­ter. Czę­sto bez naj­mniej­sze­go po­wo­du sta­wa­ła na sto­ją­cej przed do­mem ka­mien­nej ozdo­bie w kształ­cie wal­ca i wy­dzie­ra­ła się na prze­chod­niów. Ro­biąc to, opie­ra­ła pra­wą rękę o bio­dro, a lewe ra­mię wzno­si­ła wy­so­ko, przez co wy­glą­da­ła, wy­pisz, wy­ma­luj, jak sta­ro­mod­ny im­bryk. He Zhi­wu był ich naj­star­szym dziec­kiem - poza nim mie­li jesz­cze trzech młod­szych sy­nów oraz dwie cór­ki. Ich dom skła­dał się z trzech ubo­gich i za­nie­dba­nych po­ko­jów. Na kan­gu4 nie było na­wet maty. Chło­pa­ko­wi po­cho­dzą­ce­mu z ta­kiej ro­dzi­ny nie­groź­ny był­by ani Pasz­czak, ani na­wet sam prze­wod­ni­czą­cy Mao.

Je­sie­nią roku 1973 do­sta­łem pra­cę jako ro­bot­nik do­ryw­czy w za­kła­dach ba­weł­nia­nych - za­wdzię­cza­łem to wuj­ko­wi, któ­ry był tam księ­go­wym. Choć pra­ca była tym­cza­so­wa, to mimo wszyst­ko co mie­siąc po od­da­niu dwu­dzie­stu czte­rech ju­anów5 eki­pie pro­duk­cyj­nej zo­sta­wa­ło mi jesz­cze pięt­na­ście. W tam­tych cza­sach wie­przo­wi­na kosz­to­wa­ła sie­dem jiao za jina6, a jaj­ka sześć fe­nów za sztu­kę. Pięt­na­ście ju­anów star­cza­ło więc na za­kup nie­ma­łej ilo­ści rze­czy. Ubie­ra­łem się mod­nie, za­pu­ści­łem wło­sy, śnież­no­bia­łych rę­ka­wi­czek mia­łem kil­ka par - moż­na po­wie­dzieć, że tro­chę mi się w gło­wie prze­wró­ci­ło. Któ­re­goś dnia po pra­cy przy­szedł do mnie He Zhi­wu. Był obu­ty w ja­kieś sta­re tre­py, z któ­rych wy­sta­wa­ły pal­ce u nóg, a na ple­cach niósł zło­żo­ną w kost­kę po­dar­tą bur­kę. Wło­sy miał skoł­tu­nio­ne, twarz za­ro­śnię­tą, na czo­le trzy głę­bo­kie zmarszcz­ki.

- Po­życz mi dzie­sięć ju­anów - po­wie­dział. - Chcę wy­je­chać do Gu­an­don­gu.

- Ale co się sta­nie z two­imi ro­dzi­ca­mi i ro­dzeń­stwem, je­śli ty wy­je­dziesz? - spy­ta­łem.

- Par­tia nie da im umrzeć z gło­du - od­parł.

- A co w ogó­le za­mie­rzasz ro­bić na pół­no­cy? - spy­ta­łem z ko­lei.

- Nie wiem jesz­cze, ale lep­sze to niż tu­taj gnić, praw­da? Po­patrz na mnie. Trzy­dziest­ka za pa­sem, a na­wet nie mogę so­bie zna­leźć żony. Spró­bu­ję gdzie in­dziej. Czło­wiek nie drze­wo, nie umrze, jak się go prze­sa­dzi. A wręcz prze­ciw­nie.

Szcze­rze mó­wiąc, nie bar­dzo mi się uśmie­cha­ło po­ży­czać mu te pie­nią­dze. W tam­tych cza­sach dzie­sięć ju­anów była to nie­ma­ła kwo­ta. On jed­nak na­ci­skał:

- Umów­my się tak: jak mi się po­wie­dzie, to ci nie zwró­cę. A jak nie, to od­dam, choć­bym miał wła­sną krew sprze­dać.

Zu­peł­nie nie poj­mo­wa­łem jego lo­gi­ki, ale po dłu­gim wa­ha­niu osta­tecz­nie po­ży­czy­łem mu te dzie­sięć ju­anów.

Lecz wróć­my jesz­cze na chwi­lę do daw­niej­szych dzie­jów, do tego po­po­łu­dnia, kie­dy ukry­ty w ką­cie przy­glą­da­łem się, jak Pasz­czak gra w ping-pon­ga z Lu We­nli. Miał śred­nią tech­ni­kę, ale nad­ra­biał to en­tu­zja­zmem, a przy tym naj­bar­dziej lu­bił gry­wać z uczen­ni­ca­mi. Wszyst­kie dziew­czę­ta z re­pre­zen­ta­cji szko­ły były nie­brzyd­kie, lecz Lu We­nli była z nich naj­ład­niej­sza. Pan Liu naj­bar­dziej lu­bił więc sta­wać prze­ciw­ko niej. Nie­ste­ty pod­czas gry nie­świa­do­mie otwie­rał te swo­je wiel­kie usta - ale to jesz­cze nic; go­rzej, że do­by­wał z nich ja­kiś prze­dziw­ny od­głos, tro­chę przy­po­mi­na­ją­cy re­chot, jak­by ho­do­wał w żo­łąd­ku kil­ka żab. Tak więc za­rów­no ze wzglę­du na wi­dok, jak i od­gło­sy, przy­glą­da­nie się jego grze nie było ni­czym przy­jem­nym. Wie­dzia­łem do­sko­na­le, że Lu We­nli nie cier­pia­ła z nim grać, lecz na­le­żał prze­cież do kie­row­nic­twa szko­ły - nie było jak się wy­mó­wić. Mimo to pod­czas gry nie­chęć i od­ra­za uwi­dacz­nia­ły się w wy­ra­zie jej twa­rzy i cha­otycz­nych ru­chach. Pi­szę o tych wszyst­kich dro­bia­zgach po to, żeby przy­go­to­wać sce­ne­rię dra­ma­tu. W któ­rymś mo­men­cie pan Liu, jak zwy­kle otwie­ra­jąc sze­ro­ko usta, pod­krę­cił z góry pi­łecz­kę, któ­ra po­le­cia­ła ze świ­stem. Lu We­nli za­mach­nę­ła się nie­uważ­nie pa­let­ką - i po­ły­sku­ją­ca w słoń­cu pi­łecz­ka po­mknę­ła jak po sznur­ku pro­sto do ust Pasz­cza­ka!

Sto­ją­cy do­oko­ła wi­dzo­wie zdę­bie­li, po czym ryk­nę­li śmie­chem. Pani Ma, któ­ra i bez tego za­wsze mia­ła czer­wo­ną twarz, te­raz zro­bi­ła się szkar­łat­na ni­czym ko­gu­ci grze­bień. Lu We­nli, przed­tem na­bur­mu­szo­na, rów­nież par­sk­nę­ła gło­śno. Tyl­ko ja je­den mil­cza­łem zdu­mio­ny - jak to się mo­gło stać? Przy­po­mnia­ła mi się hi­sto­ria, któ­rą usły­sza­łem kie­dyś od naj­więk­sze­go ba­ja­rza w wio­sce, dziad­ka Gui: Jiang Ziya był strasz­nym pe­chow­cem - kie­dy sprze­da­wał mąkę, zry­wał się wiatr i ją roz­wie­wał; kie­dy sprze­da­wał wę­giel drzew­ny, przy­cho­dzi­ła cie­pła zima; a jak wzniósł oczy ku nie­bu i za­czął wzdy­chać na swo­ją nie­do­lę, prze­la­tu­ją­cy górą ptak na­ro­bił mu do buzi. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej, czy­li je­sie­nią roku 1999, kie­dy je­cha­łem pe­kiń­skim me­trem do re­dak­cji dzien­ni­ka "Ogląd", gdzie wte­dy pra­co­wa­łem, do wa­go­nu wszedł ga­ze­ciarz i za­czął na­wo­ły­wać: "Czy­taj­cie, czy­taj­cie! Pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej wy­strze­lo­ny z so­wiec­kiej ar­ma­ty po­cisk za­tkał lufę hi­tle­row­skie­go dzia­ła!". Jego wo­ła­nie spra­wi­ło, że przed ocza­mi na­tych­miast sta­nął mi ob­raz Lu We­nli wbi­ja­ją­cej pi­łecz­kę wprost do ust pana Liu. A oto, co wy­da­rzy­ło się po­tem: wszy­scy śmia­li się przez chwi­lę, po czym za­uwa­ży­li, że pi­łecz­ka nie wy­pa­da, i na­gle za­pa­dła ci­sza. Nor­mal­nie pan Liu na­tych­miast wy­pluł­by pi­łecz­kę, sko­men­to­wał­by dow­cip­nie in­cy­dent - bo za­wsze lu­bił żar­to­wać - Lu We­nli spie­kła­by raka i za­czę­ła raz po raz prze­pra­szać, a na­stęp­nie wró­ci­li­by do gry. Wszyst­ko jed­nak po­to­czy­ło się zu­peł­nie in­a­czej. Pan Liu nie wy­pluł pi­łecz­ki - prze­ciw­nie: wy­cią­gnął szy­ję, oczy wy­la­zły mu na wierzch - i na­gle za­czął z wy­sił­kiem prze­ły­kać. Ra­mio­na za­drża­ły mu gwał­tow­nie, a z gar­dła wy­do­był się dziw­ny, zdu­szo­ny dźwięk - mia­łem wra­że­nie, jak­bym pa­trzył na kur­cza­ka, któ­ry po­łknął wła­śnie coś tru­ją­ce­go. Wszy­scy za­sty­gli onie­mia­li, nikt się nie po­ru­szył. W koń­cu pan Zhang wsko­czył na po­dest i za­czął kle­pać Pasz­cza­ka po ple­cach. Za nim ru­szył pan Yu, któ­ry ści­snął bie­da­ka za szy­ję, usi­łu­jąc za­blo­ko­wać prze­łyk. Pan Liu ode­pchnął ich obu, ma­cha­jąc rę­ka­mi. Wresz­cie do ak­cji wkro­czył na­uczy­ciel kontr­re­wo­lu­cjo­ni­sta, pan Wang, któ­ry ukoń­czył aka­de­mię me­dycz­ną i jako je­dy­ny miał do­świad­cze­nie w tego typu spra­wach. Przy­wo­łał pana Zhan­ga oraz pana Yu, a sam po­spiesz­nie wdra­pał się na po­dest. Wy­cią­gnął dłu­gie jak u mał­py ra­mio­na, sta­nął za Pasz­cza­kiem, ob­jął go w pa­sie, po czym ści­snął gwał­tow­nie - i na­gle pi­łecz­ka wy­sko­czy­ła z ust, upa­dła na stół, od­bi­ła się kil­ka razy, sto­czy­ła na zie­mię i nie­mal na­tych­miast za­trzy­ma­ła. Pan Wang roz­luź­nił uścisk, a pan Liu wy­do­był z sie­bie dziw­ny od­głos, jak­by gar­dło miał peł­ne bło­ta, i upadł jak ścię­ty na zie­mię. Lu We­nli rzu­ci­ła pa­let­kę na stół, za­kry­ła twarz rę­ka­mi i ucie­kła z pła­czem. Pan Wang jesz­cze przez kil­ka chwil ma­so­wał wy­cią­gnię­te­go na zie­mi pana Liu, aż w koń­cu Pasz­czak pod­niósł się, wspie­ra­ny przez in­nych na­uczy­cie­li. Sta­nął, ro­zej­rzał się do­ko­ła i spy­tał chra­pli­wym gło­sem:

- A gdzie Lu We­nli? Gdzie się po­dzia­ła ta dziew­czy­na? O mało nie przy­pra­wi­ła mnie o śmierć!