Zmiana - J. Sterling

Kup ebooka

39.99 zł
29.99 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRAWDA NICZYM SEN

CASSIE

Otworzyłam oczy, bojąc się, że to wszystko było jedynie snem... cudownie zmysłowym, słodkim i romantycznym snem. Moje spojrzenie od razu zatrzymało się na śpiącym obok mnie Jacku. Puls mi przyspieszył, oparłam się pokusie obudzenia go na rundę numer dwa. A może trzy? Buzowały we mnie wszystkie emocje minionego wieczoru i nim miałam możliwość w pełni je rozgryźć, dotarło do mnie, że to szczęście. A szczęście to uczucie, którego od wielu miesięcy miałam ogromny deficyt.

Wczoraj wieczorem Jack zjawił się w progu mojego mieszkania, po sześciu miesiącach bez znaku życia. Ubrany w bluzę Metsów trzymał w ręce tuzin czerwonych róż. Popatrzył mi w oczy i oświadczył, że mnie kocha, że przeprasza i że zasłuży sobie na odzyskanie mojego zaufania. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, mało brakowało, a cała bym się rozsypała. Pragnęłam przyjąć go z powrotem do swojego życia, musiałam jednak mieć pewność, że tym razem to już na zawsze.

A teraz leżał obok mnie w łóżku. W głowie kotłowały mi się miliony pytań - dlaczego tak długo to trwało? dlaczego w ogóle się ze mną nie kontaktował? - chociaż tak naprawdę w tej chwili nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. A przynajmniej próbowałam sobie wmówić, że nie miało. Pytania mogły zaczekać, ale niezbyt długo. Taka już byłam, wszystko musiałam sobie wyjaśnić. Kto jak kto, ale Jack wiele musiał mi wytłumaczyć.

Powoli wstałam, starając się go nie obudzić. Udało mi się zaledwie postawić stopy na podłodze, kiedy oplótł mnie silnymi ramionami w talii i przyciągnął z powrotem do siebie.

- Dokąd się wybierasz? - szepnął z ustami przy mojej szyi.

- Dokąd tylko mam ochotę, to przecież moje mieszkanie - odparowałam, starając się ukryć uśmiech.

- Nie powiedziałem, że wolno ci opuścić łóżko. - W jego głosie słychać było tyle determinacji, że aż prychnęłam.

- Nie potrzebuję twojego pozwolenia - rzuciłam, a on nakrył mnie swoim ciałem i pocałował w czubek nosa.

- Nie masz pojęcia, jak mi brakowało tej twojej zadziorności.

- Cóż, mnie nie brakowało tego, że próbujesz mnie zabić swoim ciężarem. Złaź ze mnie.

- Staram się. - Na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmieszek, a dłoń zaczęła wędrować w górę mojego nagiego uda.

Trzepnęłam go w ramię i przewróciłam oczami.

- Świnia z ciebie, wiesz?

- Aha, świnia, ale twoja. - Nachylił się i przycisnął usta do moich. Odruchowo odwróciłam głowę i zacisnęłam wargi. Jack zsunął się ze mnie i położył na boku. - Co się stało?

Zasłoniłam usta dłonią.

- Nie potrafię się całować z samego rana. Najpierw muszę umyć zęby.

Kiwnął głową.

- Rzeczywiście przyda ci się spotkanie ze szczoteczką.

Otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, starając się oddychać jak najpłycej.

- Wcale nie. Zamknij się!

Roześmiał się, a mnie rozbroiły jego urocze dołeczki. Ależ się za nimi stęskniłam.

- Żartuję, Kiciu. Pachniesz różami.

- Nie pojmuję, jak mogło mi brakować kogoś tak irytującego jak ty.

- To ty jesteś niczym wrzód na tyłku i to ja muszę znosić ciebie.

- O. Mój. Boże. - Wstałam z łóżka, posłałam Jackowi groźne spojrzenie, po czym wyszłam z sypialni.

- Żartuję! Jesteś cholernym aniołem, że ze mną wytrzymujesz.

- Owszem, postaraj się o tym pamiętać! - zawołałam z korytarza.

Umyłam zęby w mojej maleńkiej łazience i wróciłam do sypialni. Jack się nawet nie ruszył. Spojrzał mi w oczy, a przez ciało przebiegł mi dreszcz wyczekiwania. Jednocześnie kochałam i nie znosiłam tego, jak na niego reaguję. Nienawidziłam, że on wie, jak na mnie działa. Ale uwielbiałam uczucie, jakie dzięki niemu wypełniało całe moje ciało.

Powinnam pewnie poszukać pomocy psychiatry.

Tłumiąc westchnienie, przysiadłam na skraju łóżka, a chwilę później położyłam się na boku twarzą do Jacka.

- Co się dzieje, Kiciu? - Brwi miał ściągnięte tak mocno, że między nimi pojawiły się dwie pionowe zmarszczki.

- Nic - skłamałam.

- Za dobrze cię znam, Cass. O co chodzi?

- Chciałam cię o coś zapytać.

- Pytaj, o co tylko chcesz - odparł szczerze.

Zawahałam się, nie miałam pewności, czy chcę od razu poruszać ten temat. Dopiero wrócił. Dopiero przyjęłam go z powrotem. A jednak mój umysł dręczyła przemożna potrzeba poznania odpowiedzi. Wiedziałam, że mi nie przejdzie, dopóki nie zaspokoję ciekawości.

- Co się działo po moim wyjeździe z Kalifornii do Nowego Jorku?

- To znaczy?

- Daj spokój, Jack. Minęło sześć miesięcy, nim się tu zjawiłeś. Sześć miesięcy! - Ton głosu miałam ostrzejszy, niż zamierzałam. Odwrócił ode mnie wzrok. Odetchnął powoli i przeczesał palcami ciemne włosy. - Przykro mi, Jack. Muszę o tym porozmawiać, inaczej będę w sobie dusić emocje, aż w końcu wybuchnę.

Spojrzał na mnie, a na jego twarzy pojawił się niewyraźny, pełen żalu uśmiech.

- Wiem, masz rację. Zasługujesz na odpowiedzi.

- Mamy czas? To znaczy musisz dziś jechać na trening? - Był przecież zawodowym baseballistą, a sezon w pełni.

- Drużyna jest na wyjeździe. Mnie przysłano tutaj, żebym się na spokojnie rozlokował. Mam się stawić jutro o dziesiątej rano.

- Okej. Możemy więc teraz porozmawiać? - Serce waliło mi jak młotem. Jack tu był, ze mną, w moim łóżku. Kochał mnie, nigdy nie przestał. Czemu więc tak bardzo się denerwowałam? - Wyjaśnij, proszę, co się wydarzyło po tym, jak wyjechałam do Nowego Jorku.

- Chodzi ci o szczegółową relację z całych sześciu miesięcy? Mogłabyś zasnąć z nudów.

Przewróciłam oczami.

- Zacznij od tych dobrych momentów.

- Gdyby to była historia składająca się choć w części z dobrych momentów, Kiciu, zjawiłbym się tutaj już dawno temu - zażartował, po czym pogładził mnie kciukiem po policzku.

Wtuliłam się w jego dłoń i zamknęłam oczy, delektując się otuchą, jaką zapewniał mi jego dotyk.

- Miałam na myśli to, co sprawiło, że pół roku czekałeś ze zjawieniem się u mnie. Opowiedz mi to w skrócie - wyszeptałam, nie mając pewności, czego się dowiem.

Jack przytulił mnie do siebie i zaczął swoją opowieść.

I tak po prostu odeszła. Ale najpierw wypowiedziała to cholerne słowo, które prześladowało mnie w snach. Ta dziewczyna zawsze kazała mi udowadniać - moją miłość i oddanie. Zasłużyłem na to po tym, przez co kazałem jej przejść. Przestała mi ufać.

Wtedy sam sobie bym nie zaufał.

Cóż za ironia losu, prawda? Tym razem to ja zostałem sam na parkingu. Przysięgam, że gdyby moje serce było w stanie wyskoczyć mi z piersi prosto w dłonie, tak właśnie by zrobiło. Wyobrażałem sobie to przez chwilę... sączącą się między palcami krew, rozpryskującą się na betonie, gdy tymczasem serce powoli przestaje bić.

Kurwa.

Moje życie bez tej dziewczyny nie ma sensu.

A teraz ona odeszła.

Znowu.

Czemu ciągle ją tracę?

Rozpiąłem guziki przy szyi i obciągnąłem bluzę na spodnie. Obejrzałem się na widoczne u szczytu schodów drzwi i powoli zacząłem iść w ich stronę. Podeszwy butów głośno stukały na chodniku. Nie byłem gotowy, by wrócić do hotelu z drużyną. Nie w tym momencie. Będą świętować dzisiejsze zwycięstwo, a ja pragnąłem opłakiwać swoją stratę.

Prześladował mnie widok odjeżdżającej taksówką Cassie. Zamknąłem oczy, pragnąc, aby ten obraz w końcu zniknął. Z oszołomienia wyrwał mnie śmiech brata i znajomy damski głos.

- O cholera, Jack? - Współczucie Melissy obecne było zarówno w jej tonie, jak i spojrzeniu.

Patrzyłem na najlepszą przyjaciółkę Cassie, stojącą na schodach w towarzystwie mojego brata. Dean był tylko parę lat ode mnie młodszy, ale zawsze będzie dla mnie małym braciszkiem, mimo że już niemal dorównywał mi wzrostem. Powieki miałem ciężkie, w głowie czułem bolesne pulsowanie. Zdobyłem się jedynie na kiwnięcie głową na przywitanie.

- Dalej, bracie, wejdźmy do środka. - Dean otoczył mnie ramieniem i pomógł wejść po betonowych stopniach, tymczasem Melissa otworzyła drzwi swojego mieszkania i weszła do środka.

- Widziałeś się z nią? - zapytała, rzucając swoje rzeczy na kuchenny stół.

- Tak - odpowiedziałem spokojnie, dorzuciłem do tego bajzlu moją czapkę. Klapnąłem na krzesło.

- No i co się stało? Co powiedziała? - zapytała ostro, gwałtownie gestykulując.

- Wyjechała. - Wzruszyłem ramionami. - Przeprowadza się do Nowego Jorku.

- Oczywiście, że się tam przeprowadza - rzekła chłodno.

Dean położył mi rękę na ramieniu, po czym wyjaśnił:

- Melissie chodzi po prostu o to, że Cassie musi zacząć żyć dla samej siebie. Musi podejmować decyzje, które nie mają związku z tobą.

Auć, zabolało. Uniosłem głowę i spiorunowałem brata wzrokiem.

- Wiem o tym. Myślisz, że nie wiem?

- Naprawdę? A może sądziłeś, że rzuci ci się w ramiona i będziecie żyli długo i szczęśliwie? - odparował Dean, a w jego głosie zabrzmiała oskarżycielska nuta.

Uśmiechnąłem się z zakłopotaniem.

- Myślałem, że mogę liczyć na jakieś rzucenie się w ramiona - wzruszyłem ramionami.

Zazwyczaj uśmiechnięta Melissa wykrzywiła twarz w grymasie.

- Co za bzdury, Jack. Spodziewasz się, że wyrzeknie się swojej kariery tylko dlatego, że ją o to poprosiłeś?

- Nie prosiłem jej o to. Sądziłem po prostu, że przynajmniej ze mną porozmawia. Przełoży lot. Da mi szansę.

- Tak jak ty dałeś jej szansę przed swoim ślubem z tą zdzirą?

- Melissa! - Dean zbeształ ją cicho, po czym dotknął jej ramienia w sposób, który jakimś cudem zmył gniew z jej twarzy.

Zacisnąłem zęby. Słowa Melissy przeszyły mnie jak sztylety.

- Myślisz, że odejście od Cassie tamtego wieczoru było dla mnie proste? Jedyne, czego wtedy pragnąłem, to zostać z nią, błagać o wybaczenie i...

- Ale tego nie zrobiłeś! Nie zostałeś z nią. Zostawiłeś ją na tym parkingu samą, całą zapłakaną, i odjechałeś z tą suką! - zawołała Melissa, zawierając w każdym słowie całą frustrację, jaką czuła z powodu tego, jak potraktowałem Cassie. Jej oskarżenia świdrowały mi czaszkę i serce.

- Wiem, co zrobiłem! - odkrzyknąłem. - Myślisz, do jasnej cholery, że nie wiem, co zrobiłem? Muszę żyć z tą świadomością każdego dnia. Spierdoliłem sprawę, okej? Wszyscy wiemy, że spierdoliłem! - Uderzyłem pięściami w stół, a jakieś drobniaki zabrzęczały i spadły na dywan, przywołując wspomnienia z mojej pierwszej randki z Cassie. Oczami wyobraźni widziałem, jak siedzi naprzeciwko mnie w małym boksie w restauracji. Przypomniało mi się, jak wyjąłem z kurtki papierową torebkę i wysypałem na stół dwudziestopięciocentówki, dumny ze swojej pomysłowości, a kilka z nich sturlało się na podłogę. Wspomnienia, które dawniej sprawiały mi radość, teraz przepełniały moje serce bólem.

- Jeśli chcesz wszystko naprawić, świadomość tego, że spierdoliłeś, to za mało. Musisz zrozumieć, co jej zrobiłeś - oświadczyła Melissa nieco łagodniejszym tonem.

Spojrzałem na nią, starając się opanować gniew.

- Więc wyjaśnij mi, co zrobiłem.

- Nim Cassie zdążyła wrócić z Alabamy, wszyscy wiedzieli, co zrobiłeś. Wszystkie gazety trąbiły o tym, że się żenisz. I Facebook. Wiesz, że mieli czelność zadzwonić do niej z tej głupiej szkolnej gazety, w której pracowała, i poprosić o twoje zdjęcia? Twierdzili, że mają tylko stare, i chcieli wiedzieć, czy ona nie ma przypadkiem nowych.

- Żartujesz? - wyrzuciłem z siebie z odrazą.

- Chciałabym.

Zacisnąłem dłonie w pięści.

- Zabiję ich, kurwa, co za ignoranckie...

Melissa wymierzyła we mnie oskarżycielski palec, uciszając mnie w pół słowa.

- Nie chodziło tylko o gazety, Facebooka i szkolny magazyn. Mierzyła się z tym wszędzie, dokąd się nie udała. Najgorzej było na uczelni. Nie mogła przejść spokojnie przez kampus, bo zewsząd słyszała komentarze i drwiące uwagi. Każdy mógł oglądać i poddawać ocenie najbardziej osobiste i bolesne chwile jej życia. A uwierz mi, że każdy miał coś do powiedzenia w kwestii waszego rozstania.

Wzdrygnąłem się. Samo słuchanie o tym było wystarczająco bolesne; nie potrafiłem sobie wyobrazić, przez co musiała przejść moja dziewczyna.

- Nie miałem pojęcia, że dzieje się coś takiego, w przeciwnym razie zrobiłbym coś, żeby położyć temu kres. Dopilnowałbym, aby nikt nigdy nie powiedział jej nic nieprzyjemnego.

- Nie mówię ci tego, żebyś się zadręczał, Jack. Chcę po prostu, żebyś zrozumiał reperkusje, jakie miały twoje czyny. Ty popełniłeś błąd, a to ona musiała za niego płacić. - Skryłem twarz w dłoniach i z frustracją pociągnąłem się za włosy. Walczyłem ze łzami, które napływały mi do oczu. - Złamałeś ją, Jack. - To był ostatni cios ze strony Melissy. Nie miałem pojęcia, że aż tak skrzywdziłem Cassie. Absolutnie nie miałem takiego zamiaru. I nigdy sobie tego nie wybaczę.

- Siebie także złamałem - przyznałem, ocierając łzę, która ośmieliła się spłynąć mi po policzku.

- Jack, posłuchaj. - Melissa usiadła naprzeciwko mnie i położyła ręce na stole. - Kocham cię, naprawdę, ale musisz jej pozwolić wyjechać.

Prawda płynąca z jej słów sprawiła, że poczułem ściskanie w klatce piersiowej. Z trudem przełknąłem ślinę.

- Pragnę ją odzyskać. Potrzebuję jej. Dla mnie istnieje albo Cassie, albo nikt.

- To nie mnie musisz o tym przekonać. - Wyciągnęła rękę i opuszkami palców dotknęła moich knykci.

Cofnąłem dłoń. Oderwałem wzrok od jej intensywnie niebieskich oczu i spojrzałem na brata.

- Wiem.

- Ona nadal cię kocha - powiedział Dean i napił się wody z trzymanej w ręce butelki. Zmrużyłem oczy. - No co? Nie wierzysz w to? Kocha cię.

- Nie chodzi o to, czy Cassie go kocha, czy nie - powiedziała Melissa.

- Trochę o to, w przeciwnym razie nie prowadzilibyśmy tej rozmowy - rzekł Dean z uśmiechem.

- Czy ty w ogóle nas słuchałeś? - zapytała żartobliwie, kręcąc głową.

- Dean ma rację - oświadczyłem. - To znaczy nie miałbym żadnej, nawet najmniejszej szansy, gdyby Cassie już mnie nie kochała.

- I co zamierzasz w związku z tym zrobić? - Melissa spojrzała na mnie znacząco.

- Po pierwsze, zamierzam anulować małżeństwo. Następnie polecę do Nowego Jorku i odzyskam swoją dziewczynę - wyrzekłem z nową determinacją.

- Jak? - zapytała.

Przeczesałem palcami włosy i westchnąłem.

- Jeszcze nie wiem.

W powietrzu unosiła się aura niepewności. Czułem presję, aby tym razem zrobić wszystko, jak należy. Skoro zamierzałem błagać Cassie o jeszcze jedną szansę, musiałem mieć pewność, że ją otrzymam. Bo jeśli to schrzanię, między nami definitywny koniec. Miałem tego świadomość.

- Mogę skorzystać z toalety? - zapytałem, po czym wstałem. Potrzebowałem pretekstu, aby wejść do pokoju Cassie. Pragnąłem bliskości czegokolwiek, co po sobie pozostawiła.

- Oczywiście.

- Może to być jej łazienka? - Nie wiem, dlaczego o to zapytałem. Co, u licha, Melissa mi odpowie - nie? I tak bym jej nie posłuchał.

- Eee, okej - odparła, przewracając oczami. Doskonale wiedziała, że mnie tym zirytuje.

Wszedłem do pokoju Cassie i prześlizgnąłem się wzrokiem po ścianach; ich pustka przyprawiała mnie o fizyczny ból. Zniknęły wszystkie zdjęcia. Właściwie to poza meblami niewiele zostało. Ale wtedy coś przyciągnęło moje spojrzenie i mocniej zabiło mi serce. Przysiadłem na skraju łóżka. Na nocnym stoliku stał słoik pełen dwudziestopięciocentówek. Ten, który jej podarowałem. Każda moneta miała być "zapłatą" za mój dotyk. Cofnąłem się myślami do chwili, gdy po raz pierwszy chwyciłem ją za ramię na imprezie bractwa. Wyrwała się z mojego uścisku i rzuciła: "Za każdym razem, kiedy mnie dotkniesz, płacisz pięćdziesiąt centów. Więcej tego nie rób". Pragnąłem, aby ta jej zadziorność na nowo zagościła w moim życiu.

Ponownie skupiłem się na słoiku. Nadal przytwierdzona była do niego karteczka z odręcznym napisem "dwudziestopięciocentówki Kici". Nie zabrała go ze sobą. Czemu tego, do diaska, nie zrobiła? To niedobry znak. Przeprowadziła się na drugi koniec kraju, pozostawiając tutaj część nas. Bardzo ważną część.

Słoik w moich dłoniach zdawał się ze mnie naigrawać, chełpił się, że jest niemal pełen, gdy tymczasem moje serce pozostawało puste. Miałem ochotę rzucić nim o ścianę i patrzeć, jak rozbija się na sto kawałków, wiedziałem jednak, że od razu bym tego pożałował.

Ta kolejka górska, którą był mój związek z Cassie, musiała się zatrzymać. Nie znaczy to, że chciałem z niej wysiąść. Pragnąłem jedynie, aby nie była już trzęsącą się, powodującą ból głowy, rozklekotaną, drewnianą kolejką z zamierzchłych czasów, lecz poruszającą się płynnie, nowoczesną, stalową, współczesną.

Odstawiłem słoik na miejsce i wyszedłem z pokoju, zostawiając resztki mojego serca gdzieś między stolikiem nocnym a podłogą.

- Czemu część jej rzeczy została? - Wróciwszy do salonu, wbiłem spojrzenie w niebieskie oczy Melissy.

- Uznałyśmy, że na razie łatwiej będzie je zostawić. Nie wiemy, na jak długo wyjechała, a ja na pewno w najbliższym czasie się nie wyprowadzam. Poza tym w Nowym Jorku łatwo jest znaleźć umeblowane mieszkanie.

- Co to znaczy, że nie wiesz, na jak długo wyjechała? - zapytałem, złakniony każdego strzępka informacji o planach Cassie.

- Może jej się tam nie spodoba. Albo praca nie wypali. Po prostu nie miała pewności.

Pokiwałem głową i przywołałem wspomnienia związane z tym mieszkaniem. Oczami wyobraźni ujrzałem Cassie w tamtej białej sukience na ramiączkach, którą miała na sobie, kiedy zabrałem ją po raz pierwszy do domu, aby poznała moją rodzinę. Skrzywiłem się i zacisnąłem powieki, poczułem przeszywający ból.

- Wszystko w porządku? - Głos Melissy zmusił mnie do otworzenia oczu.

- Walczę z duchami - odparłem, przełknąwszy z trudem ślinę.

Musiałem stamtąd wyjść. Musiałem opuścić mieszkanie, w którym unosił się zapach Cassie i z którego pochodziło tak wiele wspomnień. Przebywanie tam bez niej przepełniało mnie bólem. Nagle dotarło do mnie, co musiała czuć, kiedy wyjechałem i układałem sobie życie z inną. Jak bardzo musiało ją boleć mieszkanie tutaj ze świadomością tego wszystkiego, co nam zrobiłem. Ależ ona musiała cierpieć z powodu moich postępków. Była przecież niewinna, dlaczego więc to ona zapłaciła najwyższą cenę?

- Wracam do hotelu, bo jeszcze zaczną panikować, że się samowolnie oddaliłem. - Ruszyłem w stronę drzwi, z każdym uderzeniem serca czułem bolesne pulsowanie w głowie.

- Podrzucić cię? - zapytał Dean ze ściągniętymi brwiami.

- Chyba że chcesz, abym zabrał twoje auto do hotelu. Ale jutro z samego rana będziesz je musiał odebrać, żeby go nie odholowano. - Delikatnie mu przypomniałem, że rano drużyna wraca do Arizony.

Dean zerknął na Melissę, po czym uśmiechnął się do mnie.

- Nie. Zawiozę cię.

- Jack? Nie zapominaj, że ja także tu jestem. Możesz dzwonić o każdej porze, a jeśli tylko będę mogła, pomogę - powiedziała Melissa z miną pełną współczucia.

- Trzymam cię za słowo. - Posłałem jej wymuszony uśmiech.

- To dobrze. Bo choć jesteś głupim palantem, to jesteś jej głupim palantem i jesteście dla siebie stworzeni - szepnęła, a potem objęła mnie w pasie i uściskała z większą siłą, niż można się spodziewać po jej drobnej sylwetce.

- Udusisz mnie, kurduplu - wyrzuciłem z siebie, a ona zachichotała.

Dean objął Melissę ramieniem i spojrzał na nią.

- Później się zobaczymy, okej?

- Okej - odparła, a ja nie mogłem nie dostrzec błysku w jej oku. I w jego.

Wziąłem ze stołu klucze, założyłem czapkę Diamondbacksów i odwróciłem się ku drzwiom.

Szliśmy w milczeniu do stalowoszarego mustanga, którego kupiłem dla Deana. W mroku przyciemniane szyby wydawały się niemal czarne. Na początku protestował, upierał się, że wcale go nie potrzebuje, ale wiedziałem, że to jego wymarzony samochód, i kiedy dostałem premię za podpisanie kontraktu, chciałem sprawić mu przyjemność. Rzuciłem mu kluczyki i stanąłem przy drzwiach od strony pasażera. W wieczornej ciszy rozległy się dwa piknięcia i obaj wślizgnęliśmy się na chłodne, skórzane fotele. Zamruczał silnik, a ja wpatrywałem się przed siebie. Przez głowę przebiegało mi co najmniej kilkanaście myśli, walcząc o moją niepodzielną atencję. Pokręciłem głową i skupiłem się na bracie.

- Co się dzieje między tobą a Meli? - zapytałem, chciałem odwrócić uwagę od niespokojnych myśli.

Wyjechał z parkingu z szerokim uśmiechem, ale nie spojrzał mi w oczy.

- Nic. Czemu pytasz?

- Nie kłam. - Dałem mu żartobliwego kuksańca w ramię, przez co on skręcił gwałtownie kierownicą.

- Hej! Nie rób tak! - Zerknął na mnie szybko, po czym ponownie skupił się na drodze.

- No to mów, co się między wami kroi. Widziałem, jak na ciebie patrzyła.

- Jak? Jak na mnie patrzyła? - Dean wyprostował się na fotelu. Wyraźnie zainteresował się moimi słowami.

- Robisz sobie jaja, co? Nie widzisz, jak na ciebie patrzy? Takim wzrokiem, jakby miała ochotę cię natychmiast zjeść. Naprawdę jesteś aż tak ślepy?

Dean prychnął.

- Ona mnie wcale nie chce.

- Jak to możliwe, że jesteśmy spokrewnieni? Stary, ta dziewczyna ma na ciebie ochotę. Uwierz mi. Znam się na kobietach.

Pędziliśmy w milczeniu dwupasmówką, w samochodzie słychać było jedynie ryk silnika. Dean zerknął w końcu na mnie i przeciągle westchnął.

- Raz próbowałem ją pocałować. Sądziłem, że właściwie odczytałem wszystkie sygnały. Ale ona mnie powstrzymała - wyznał z przygnębieniem.

- Zapytałeś ją o powód?

- Nie. Przeprosiłem i tyle.

Zaśmiałem się. Nie mogę, mój brat przepraszał za to, że próbował pocałować dziewczynę, z którą spędzał każdą wolną chwilę.

- Jezu, Dean. Jestem gotów się założyć o tysiąc dolców, że ona cię pragnie.

- To dlaczego nie pozwoliła się pocałować? - Ponownie rzucił mi spojrzenie z ukosa.

- Dobre pytanie. Powinieneś zadać je Melissie - oświadczyłem. - Pora zebrać się na odwagę, braciszku. Jak byś się poczuł, gdyby zaczęła się spotykać z innym facetem?

Zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, że aż mu zbielały knykcie.

- Nie byłbym zadowolony.

- Otóż to.

Dean zajechał na hotelowy parking, a ja wysiadłem z auta, mając nadzieję, że koledzy z drużyny są teraz w swoich pokojach, a nie w barze. Przeszedłem na stronę kierowcy i wyciągnąłem rękę do brata. Ujął ją, ale dodatkowo uścisnął mnie przez opuszczoną szybę. Odsunąłem się, poklepaliśmy się po ramionach, a potem wymieniliśmy długie spojrzenie. W końcu odwróciłem się.

- Wszystko się ułoży. Odzyskasz ją - zapewnił mnie Dean z naiwną pewnością w głosie.

Odetchnąłem głęboko, po czym rzuciłem:

- Oby tak się stało, inaczej nie wiem, co zrobię.

- Pomogę ci. - Dean posłał mi uśmiech.

Kiwnąłem głową.

- Przyda mi się pomoc - przyznałem. Po raz ostatni klepnąłem go w ramię. - Zadzwonię później.

- Dobrze. Trzymaj się.

Patrzyłem, jak odjeżdża, machając mi na pożegnanie. Uniosłem rękę i odmachałem.

Ciężkim krokiem wszedłem do hotelu. Nadzieja na cichy powrót ulotniła się w chwili, kiedy w hotelowym barze i holu rozbrzmiało moje nazwisko.

- Carter! Carterrrrr! Chodź no tutaj!

Dostrzegłem, że paru moich kolegów siedzi w towarzystwie grupki atrakcyjnych kobiet. Pokręciłem głową, po czym podszedłem do nich, nie próbując nawet ukryć dezaprobaty.

- Gdzie się szwendałeś, chłopie? - zapytał Costas, pożerając wzrokiem skąpo odzianą lalkę, która siedziała mu na kolanach. Pomyślałem o jego żonie, opiekującej się w domu dziećmi podczas wszystkich jego wyjazdów, ale zdusiłem w sobie chęć powiedzenia mu czegoś nieprzyjemnego.

- Sprawy osobiste.

- Napij się z nami - powiedział i gestem przywołał jasnowłosą barmankę. Osuszyła trzymaną w dłoni szklankę, odstawiła ją i ruszyła w naszą stronę.

- Nie dzisiaj. - Pokręciłem głową.

- Tym więcej drinków dla nas. - Costas mrugnął do kolegów, a we mnie wszystko się wywróciło. Miałem ochotę wyżyć się na nim, chwycić go za fraki i zapytać, czy zdaje sobie sprawę, co robi, czym ryzykuje. Czy wie, że jedna jedyna dziewczyna... jedna pozbawiona znaczenia noc... mogą spowodować, że jego świat w ułamku sekundy się zawali? Ale nie mogłem się przecież wkurzać na Costasa za własne błędy, za moją stratę.

- Do zobaczenia rano. - Odwróciłem się, zostawiając za sobą ich uwagi.

- Biedny nowicjusz, widzieliście jego minę?

- Witaj w pierwszej lidze, chłopcze... kobiety w każdym stanie. Bez urazy, kotku.

Idioci.

Wstręt malujący się na mojej twarzy wzięli za szok. Może gdyby dane im było stracić jedyną osobę, na której im zależało, zrozumieliby, co naprawdę mówiła moja mina.

Udałem się do hotelowego pokoju i padłem na łóżko. W ręce trzymałem komórkę, wpatrywałem się w wyświetlacz, walcząc z pokusą wybrania numeru Cassie albo wysłania jej esemesa. Dotarło do mnie, że nie będzie proste trzymanie się z dala od niej, gdy tymczasem całe moje ciało pragnęło jej powrotu.

Nagle zerwałem się z łóżka i usiadłem przy biurku. Korzystając z hotelowej papeterii, chyba po raz pierwszy w życiu napisałem list.

Do niej.

Kiciu,

zrozumiałem, że jedynym sposobem na powstrzymanie się przed zadzwonieniem do Ciebie, wysłaniem e-maila czy cholernego gołębia pocztowego jest napisanie listu. I szczerze mówiąc, czuję się trochę jak mięczak. Ale jeśli tego nie zrobię, obawiam się, że zniszczę wszystko, nim w ogóle będę miał szansę to naprawić.

Pewnie się zastanawiasz, co się dzisiaj stało. Wiem, że się mnie nie spodziewałaś, i nie mam pojęcia, jak się z tym wszystkim czujesz, ale liczę, że żywisz uczucia podobne do moich. Nigdy nie przestałem Cię kochać. Wiem, że okazuję Ci to w dziwny sposób, ale wszystko Ci wynagrodzę. Zobaczysz.

Siłą muszę się powstrzymywać, żeby nie wsiąść do następnego samolotu do Nowego Jorku i nie próbować Cię odzyskać. Ale nie mogę tego zrobić, dopóki się nie uwolnię od moich przeszłych zobowiązań. Staram się zachować względem Ciebie, jak należy. Zdaję sobie sprawę, że moje pojęcie tego, jakie zachowanie jest "jak należy", nie zawsze się pokrywa z definicją innych ludzi, ale mam nadzieję, że w tym przypadku przyznasz mi rację.

Liczę, że zrozumiesz, iż zjawię się i będę błagał o wybaczenie dopiero wtedy, kiedy przestanę być mężem innej kobiety.

Pewnie myślisz, że to głupie, co?

Zawsze będę Cię kochał.

Jack

Skończył opowiadać o tamtym wieczorze, a ja zamrugałam szybko, powstrzymując łzy.

- Napisałeś do mnie list?

- Napisałem wiele listów.

Oszołomiona wydukałam:

- Chciałabym je kiedyś zobaczyć.

Nagle zaczęłam marzyć o zmianie tematu. Wiem, że sama prosiłam o opowieść, ale to tak bardzo bolało. Rozmowa o przeszłości nie powinna mieć znaczenia dla naszej przyszłości. Tylko że moje głupie serce nie dawało się uciszyć. Moje serce... małe, niemądre serce, które pragnęło trzymać mnie w zamkniętym pudełku za wysokim, betonowym murem, gdzie nikt nie będzie mógł mnie zranić. Rozum szedł na wojnę z tym głupim sercem. Szczerze wierzyłam, że jeśli serce i rozum będą mogły stoczyć we mnie bitwę, to tak właśnie zrobią. A ja w końcu umrę od tego wszystkiego.

Nie, Cassie. Musisz to usłyszeć.

Jedynym sposobem na dalsze życie bez żalu było zaakceptowanie przeszłości. Jej nie mogłam zmienić, ale naszą przyszłość owszem. A żeby szczerze wybaczyć Jackowi i na nowo nauczyć się mu ufać, musiałam się dowiedzieć, dlaczego wszystko tak długo trwało. Nie mogłam się doczekać, aby rozpocząć proces wewnętrznego uzdrowienia.

- Co było potem? - Ton głosu miałam poważny.

- Co masz na myśli? - zapytał, wyraźnie skonsternowany moim pytaniem.

- To tylko wieczór mojego wyjazdu. A co wydarzyło się potem? Mamy do nadrobienia sześć miesięcy, Carter.

- Następnego dnia sądziłem, że wyrzucą mnie z drużyny - wyznał.

Wsparłam się na łokciach.

- Pieprzysz. Co się stało?

Zmęczony i z zaczerwienionymi oczami przerzuciłem przez ramię pasek torby i wcisnąłem guzik przywołujący windę. Bawiłem się krawatem. Kiedy drzwi się rozsunęły, wsiadłem do pustej windy. W holu panował lekki rozgardiasz: pojawiało się w nim coraz więcej zawodników z mojej drużyny, ciągnących ze sobą torby, niektórym towarzyszyły dzieci. Wymeldowałem się, założyłem czapkę i ruszyłem w stronę czekającego na nas autobusu.

- Carter, chodź tutaj. - Głos trenera mnie zaskoczył. Postawiłem torbę na ziemi.

Podszedłem do niego, a on objął mnie ramieniem.

- Przejdźmy się - oświadczył.

Cholera. Tak szybko chce mnie odesłać do drugiej ligi?

Trener spojrzał mi w oczy.

- Dobry z ciebie chłopak, Carter. Lubię cię. Ale nigdy więcej nie opuszczaj przebieralni, zanim nie wyrażę na to zgody. Zrozumiano? - Głos miał życzliwy, ale słychać w nim było stalową nutę.

- Tak, trenerze. Naprawdę przepraszam...

- Nie przepraszaj, chłopcze. Po prostu więcej tak nie rób, inaczej w trymiga odeślę cię do drugiej ligi - zagroził, upewniając się, że rozumiem swoją pozycję w drużynie.

- Tak, trenerze - odpowiedziałem z szacunkiem, ciesząc się, że odeszliśmy na tyle daleko, aby nikt nie słyszał naszej rozmowy.

- Wsiadaj do autobusu. - Poklepał mnie po ramieniu.

- Ja bym się chyba poryczała - powiedziałam, krzywiąc się.

- Sam się nieźle wystraszyłem - przyznał lekko zawstydzony.

- Jasne. Okej, więc wróciłeś na mecz do Arizony. Oboje wiemy, jak się to skończyło. - Urwałam, uczyniwszy aluzję do przegranego meczu, który zakończył jego grę na ten sezon. - A co potem?

- Chyba trochę za dużą ci sprawia to przyjemność. - Wyciągnął spode mnie poduszkę i głowa opadła mi na materac.

- Hej! - zawołałam, wyciągając rękę po poduszkę. - Jack, poważnie, muszę to wiedzieć.

Rzucił moją poduszkę na drugi koniec pokoju, po czym zapraszająco poklepał swoją. Zmusiwszy mnie do położenia głowy na jego poduszce, sprawił, że nasze czoła się zetknęły.

- Chcesz usłyszeć o tym, jak zacząłem cię śledzić zaraz po powrocie do Arizony?

- Koniecznie - zapiszczałam, a on się roześmiał.

- Opowiem ci o tym przy śniadaniu. Umieram z głodu. - Mrugnął i pocałował mnie w czoło, a potem zeskoczył z łóżka. Przeciągnął się, mimowolnie demonstrując wyćwiczone mięśnie. Moje spojrzenie zatrzymało się na twardym, opalonym brzuchu. - Podoba ci się?

- Widywałam lepsze - odparłam żartobliwie, nie zamierzając karmić tej bestii, jaką było ego Jacka Cartera.

- Szczerze wątpię. - Przesunął dłonią po wyrzeźbionym brzuchu. - To, co widzisz, to najlepszej jakości towar z certyfikatem. Masz szczęście, że nie pobieram opłaty.

- Za co? Za te popisy? - Kąciki moich ust uniosły się z rozbawienia.

- Otóż to! Popisy - przekomarzał się ze mną. Skoczył na łóżko i przyszpilił mnie do materaca. Trzymał mnie mocno, podczas gdy ja próbowałam mu się wyrwać. - A ty dokąd się wybierasz?

- Myślałam, że coś zjemy - rzuciłam, przechylając głowę na bok.

Wstał.

- Niech będzie. To w końcu ty gapisz się ciągle na mnie jak na kawał mięcha.

- Sam powiedziałeś, że masz certyfikat jakości! Taki sam jak na kawałku pięknej wołowiny! - zawołałam, po czym rzuciłam w niego poduszką.

Złapał ją tuż przed twarzą.

- Skończyłaś się bawić? Sądziłem, że chcesz usłyszeć resztę historii. - Uśmiechnął się lekko drwiąco, po czym wyszedł z pokoju, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami.

STALKER

JACK

Kiedy w końcu weszła do kuchni ubrana tylko w mój T-shirt, mało brakowało, żebym kazał jej wrócić od razu do sypialni. Ignorując pulsowanie w bokserkach, zajrzałem do niemal pustej lodówki.

- Nie masz nic do jedzenia - poskarżyłem się, zamykając drzwi.

- Często jadam na mieście. - Wzruszyła ramionami. - Ale są płatki. I pieczywo.

Włożyła do tostera cztery kromki chleba, a ja zaprowadziłem ją za rękę do stołu i wysunąłem dla niej krzesło. Postawiłem przed nią pustą miskę i łyżkę, a obok mleko i pudełko z płatkami. Zająłem miejsce obok niej i nasypałem sobie do miski tego chrupiącego gówna.

- Mogę teraz usłyszeć o tym stalkingu? - zapytała, nalewając sobie mleko.

- Po pierwsze, Kiciu, musisz zrozumieć, że zawarłem z samym sobą kompromis. Do czasu, kiedy sezon dobiegnie końca, musiałem cię odsunąć na samo dno świadomości. Wiedziałem, że gdybym stracił zarówno baseball, jak i ciebie, nie miałbym w życiu już niczego. Nigdy bym się nie podniósł po takiej stracie.

Byłem pewny, że mnie rozumie, ale i tak musiałem to powiedzieć. Sama myśl o utracie baseballu czy mojej Kici wyzwalała we mnie dojmujące uczucie pustki.

- Rozumiem - rzekła łagodnie, a potem jej oczy zwęziły się diabolicznie. - Przejdziesz wreszcie do rzeczy?

Powoli włożyłem do ust pełną łyżkę płatków. Moje tempo opowiadania stanowiło dla niej udrękę, wiedziałem o tym. Lubiłem sprawiać wrażenie, że mam przewagę w sytuacji, gdy tak naprawdę wcale jej nie miałem. Cieszyłem się, że wczoraj nie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Ta dziewczyna złamała dla mnie wszelkie swoje zasady. Dam jej wszystko, czego będzie chciała. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dwa razy odpowiem na każde pytanie.

- Przeciągasz - powiedziała, wstając od stołu, aby wyjąć tosty.

Mój kompromis nie był już potrzebny w chwili, kiedy przegraliśmy ostatni mecz i skończyły się nasze posezonowe rozgrywki. Miałem dwa tygodnie na wyprowadzkę z tymczasowego mieszkania w Arizonie. Nie miałem tam wielu rzeczy, jako że większość mojego dobytku pozostawała w domu w Alabamie. Domu, który dzieliłem z tą dziwką Chrystle. Wiedziałem, że będę tam musiał wrócić i wszystko spakować, ale sama myśl o tym przepełniała mnie niechęcią. Gdybym tylko mógł, nigdy więcej nie przekroczyłbym granicy tamtego cholernego stanu. Dzięki Bogu Alabama nie miała żadnej drużyny baseballowej w pierwszej lidze.

Wszedłem do salonu i opadłem na sofę. W telefonie wyszukałem numer mojego prawnika. Wybrałem go i oparłem się wygodnie o poduszki.

- Hej, Jack, co słychać? - rozległ się donośny głos Marca. W tle słychać było jakiś hałas.

- Masz chwilę? Muszę z tobą porozmawiać.

- Oczywiście. Chwileczkę. - Zatrzasnął drzwi, a hałasy ucichły. - No dobrze, już jestem. Co się dzieje? Wszystko w porządku?

Kiwnąłem głową, zapominając na chwilę, że przecież mnie nie widzi.

- Tak. Chcę jedynie porozmawiać o tym, co muszę zrobić, aby zakończyć to małżeństwo.

- No tak - odparł szybko Marc i usłyszałem stukanie w klawiaturę. - Okej. No więc istnieją dwie opcje: rozwód albo unieważnienie.

Dotarło do mnie, że zaciskam usta. Wkurzał mnie sam fakt, że w ogóle muszę prowadzić rozmowę na ten temat.

- Unieważnienie oznacza, że będzie można uznać, iż do ślubu w ogóle nie doszło, tak?

- Tak, ale można się o nie ubiegać tylko w pewnych okolicznościach. - Kontynuował pisanie.

- Chrystle skłamała na temat ciąży.

Pragnąłem, aby to gówniane małżeństwo zniknęło z powierzchni ziemi. Okropne było to, że tak długo musiałem czekać, aż coś z tym wszystkim zrobię, ale w trakcie sezonu nie miałem możliwości podjęcia odpowiednich kroków. Gdybym musiał stawiać się w sądzie, aby zeznawać albo składać wyjaśnienia, nie mógłbym brać udziału w rozgrywkach. Życie osobiste musiało zaczekać.

- Wiem. - Czekałem, słysząc szybkie stukanie w klawiaturę. - No dobra, wygląda to tak. Złożymy wniosek o unieważnienie małżeństwa, jako powód podając oszustwo. W razie konieczności to do nas będzie należał ciężar dowodu. Jutro z samego rana przygotuję potrzebne dokumenty.

Odetchnąłem głęboko.

- Doskonale. Dziękuję, Marc.

- Nie ma za co.

- Muszę zrobić coś jeszcze? Ile to wszystko potrwa?

- Na razie nie musisz nic robić. Dowiem się, czy musisz składać wyjaśnienia przed sędzią. Kiedy tylko Chrystle się podpisze, reszta nie powinna potrwać dłużej niż kilka tygodni.

- Cholera. Poważnie? Tylko kilka tygodni? - Na twarzy pojawił mi się uśmiech od ucha do ucha.

- Tak. Wymaga to co prawda postępowania sądowego, ale niezbyt długiego. Będziemy w kontakcie.

- Dobrze. Jeszcze raz dzięki, Marc. Do usłyszenia. - Rozłączyłem się, a potem rzuciłem telefon na stolik i sięgnąłem po laptopa.

Tylko kilka tygodni. No, no!

Otworzyłem wyszukiwarkę i wpisałem: "Cassie Andrews". Kiedy pojawiła się absurdalna liczba wyników, zawęziłem wyszukiwanie: "Cassie Andrews fotograf". Wyskoczyła na pierwszej pozycji razem z linkiem do strony jej nowego pracodawcy w Nowym Jorku. Kliknąłem i otworzyła się zakładka z danymi kontaktowymi. Zacząłem gorączkowo szukać kartki i długopisu, jakby to wszystko miało zniknąć, jeśli nie zapiszę sobie tego wystarczająco szybko. Spisałem ze strony jej numer służbowy i na wszelki wypadek adres e-mail.

Na wypadek czego?

Nie możesz do niej zadzwonić, dopóki nie posprzątasz bajzlu w swoim życiu. Dopóki Chrystle nie zniknie z niego na dobre. Nie ma mowy o dzwonieniu czy pisaniu do Cassie, dopóki nie pozbędziesz się swojego bagażu.

Sprawdziłem godzinę. Dwudziesta. W Nowym Jorku była dwudziesta trzecia. Na samą myśl, że mógłbym usłyszeć jej głos, ogarnęła mnie desperacja. Nagle poczułem nieodpartą ochotę, by usłyszeć głos Cassie. Mając pewność, że o tej porze nie może jej już być w pracy, wybrałem jej numer. Serce waliło mi jak młotem.

- Tu Cassie Andrews, młodszy fotograf. - Poczułem ściskanie w żołądku. - Przykro mi, ale nie mogę odebrać telefonu, proszę o pozostawienie wiadomości, oddzwonię tak szybko, jak to możliwe. W sprawach pilnych proszę wybrać zero w celu połączenia się z recepcją. Dziękuję.

Piknięcie - szybko się rozłączyłem. Oddychałem szybko, nerwowo. Głos miała wesoły... wręcz pogodny. Serce ściskał mi ból na myśl, że może być jej dobrze beze mnie. Pragnąłem dla niej szczęścia, ale szczerze mówiąc, chciałem być jego częścią. Ta dziewczyna stała się nieodłącznym elementem mnie. Miałem problem z przypomnieniem sobie, jak to było, zanim wślizgnęła się do mojego serca. Nie pamiętałem życia bez niej. Każdy fragment mnie nierozerwalnie się z nią połączył. W tym momencie dotarło do mnie, jak rozpaczliwie pragnę, aby ona czuła to samo, i że naprawdę nie mam pojęcia, czy to jeszcze możliwe.

- Zadzwoniłeś do mojej pracy i się rozłączyłeś? To urocze. - Oparła głowę o moje ramię, a potem pocałowała mnie w policzek.

- Często to robiłem.

- Jak często?

- Prawie co wieczór - wyznałem. Wsunąłem dłoń między szczebelki krzesła i oparłem ją na dolnej części jej pleców. Miałem nadzieję, że moje zachowanie odbierze raczej jako słodkie, a nie przyprawiające o gęsią skórkę.

- Prawie co wieczór dzwoniłeś na pocztę głosową w mojej pracy, ale nigdy nie zadzwoniłeś do mnie, tak żebym mogła odebrać?

Cholera.

- Nie, bo nadal byłem... - Urwałem, nie chcąc wypowiadać słowa "żonaty". Wzdrygnąłem się.

- Czasem jesteś okropnie uparty - zbeształa mnie.

- Wiem. Ale przysięgam, że serce mam na właściwym miejscu. - Pragnąłem, aby to także zrozumiała.

- Z twoim sercem później utnę sobie pogawędkę.

- Już się nie mogę doczekać. - Uniosłem brwi, a ona trzepnęła mnie w ramię.

- Kontynuując, kiedy sezon dobiegł końca, wróciłeś do dziadków, do Kalifornii. Pamiętam, że Melissa wspominała o twoim przyjeździe.

Odsunąłem krzesło od stołu i zaniosłem nasze miski do zlewu. Później je umyję. Żeby była jasność: ja nie zmywam. Ale dla Cassie gotów byłbym pozmywać naczynia całemu miastu.

- Aha. Zaraz po zakończeniu sezonu wróciłem do babci i dziadka. Naprawdę się za nimi stęskniłem.

- Założę się, że oni za tobą także. - Jej zielone oczy zalśniły. Działo się tak, kiedy była podekscytowana albo snuła wspomnienia.

- Fajnie było znowu mieszkać w domu. W otoczeniu osób, którym rzeczywiście zależy na tobie i twojej przyszłości.

Wytarłem ręce w ścierkę do naczyń, a potem pociągnąłem Cassie za sobą na sofę. Przytuliłem jej głowę do swojej klatki piersiowej i westchnąłem, kiedy mnie objęła.

- Czy to dziwne, że bardziej tęsknię za twoimi dziadkami niż własnymi rodzicami?

- Nie, twoi rodzice są beznadziejni.

- Twoi także - odparowała, od razu się spinając.

- Co ty nie powiesz?

- Ale z nas para, dwoje nieudaczników, nie? - Wyraźnie się rozluźniła.

- Na to wygląda. - Pocałowałem ją w czubek głowy, wciągnąłem nosem zapach szamponu. Zawsze tak cholernie ładnie pachniała.

- Dziadkowie byli wkurzeni sprawą z Chrystle?

Poczułem ściskanie w żołądku.

- Przede wszystkim zasmuceni. Myślę, że babcia najbardziej to przeżyła. Bolała ją świadomość, że przytrafiło mi się coś, czego nie potrafi naprawić. Ani sprawić, bym mniej cierpiał.

Cassie pokiwała głową.

- Biedna babcia.

- Czułem się strasznie, patrząc na nią. Nadal tak się czuję.

Uniosła głowę, aby na mnie spojrzeć. Od razu zrobiło mi się zimno w miejscu, którego jeszcze przed chwilą dotykała.

- Nie rób sobie tego, Jack. Już po wszystkim. - Jej usta wygięły się w uśmiechu, a ja próbowałem odpowiedzieć tym samym, tyle że nie bardzo mi to wyszło. - Wiedzą, że tu jesteś? Ze mną? - zapytała drżącym głosem. Czemu, u licha, Cassie się denerwowała? Moi dziadkowie ją uwielbiali. Nie mogła o tym nie wiedzieć.

- Tak. Skaczą z radości.

- Naprawdę? W ogóle się nie bali, że mogę cię nie przyjąć? - Patrzyła na mnie z uwagą.

- Raczej nie. - Uśmiechnąłem się.

- Jak to "raczej nie"?

- Babcia stwierdziła, że potrafi rozpoznać prawdziwą miłość. Była przekonana, że mi wybaczysz. Wiedziała, że może nie być łatwo, ale nie miała wątpliwości, że w końcu się ze mną pogodzisz.

Na twarzy Cassie pojawił się blady uśmiech.

- Babcia jest mądra.

Przeczesywałem palcami jej długie, jasne włosy. Napawałem się tą chwilą. Tak długo czekałem, aby się tu znaleźć, przytulać tę dziewczynę, że niemal nie mogłem uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

- Wracaj do opowieści. - Jej słowa przerwały moje rozmyślania.

- Stęskniłam się za tobą! - Babcia najpierw mnie wyściskała, a potem zlustrowała uważnie, od stóp do głów. - Wyglądasz zdrowo, to dobrze. - Na jej twarzy pojawił się uśmiech, a oczy zmieniły się w półksiężyce.

- Ja też za tobą tęskniłem, babciu. - Nachyliłem się i pocałowałem ją w policzek.

- Wydajesz się jakiś większy - oświadczył dziadek z aprobatą, a ja się zaśmiałem i mocno go uścisnąłem.

- Trenuję. Na tym poziomie to konieczność.

- Zawsze trenowałeś - odezwał się Dean, wchodząc do salonu.

Odkąd wyjechałem, aby grać zawodowo, nie sądzę, aby w głowie mojego brata pojawiła się myśl o wyprowadzce. W sumie trudno mu się dziwić. Babcia i dziadek byli najlepsi i już. Zamknąłem go w niedźwiedzim uścisku, a on wydusił z siebie coś niezrozumiałego. Roześmiałem się.

- Nie aż tak. Nie do takiego stopnia, nie tyle dni ani godzin. Pierwsza liga to zupełnie inny rodzaj gry.

- Trudniejszy? - zapytał Dean.

- O wiele. Trafiają w moją piłkę, nawet jak leci z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. I wybijają ją naprawdę daleko.

- O rany.

Otworzyłem usta, żeby coś dodać, ale ubiegł mnie dziadek.

- Co u Kici? - zapytał z bezczelnym uśmiechem, a mnie zrzedła mina.

Babcia zastukała stopą w dywan.

- Pozwól Jackowi zanieść rzeczy do jego pokoju. Porozmawiamy o wszystkim przy kolacji.

Posłałem babci spojrzenie pełne wdzięczności, po czym udałem się do swojego dawnego pokoju. Od mojego wyjazdu nic się w nim nie zmieniło. Na stoliku nocnym stało oprawione w ramkę zdjęcie przedstawiające Cassie i mnie. Wziąłem je do ręki i musnąłem opuszkami palców jej twarz. Przepełniony pragnieniem zadzwonienia do niej, wziąłem jakąś luźną kartkę papieru i zacząłem pisać. Coś takiego jestem w stanie robić tylko dla niej. Dla nikogo innego. Nigdy.

Kiciu,

rozgrywki posezonowe oficjalnie dobiegły końca. Zamierzałem wyprowadzić się z mieszkania w Arizonie i lecieć prosto do Alabamy, aby spakować swoje rzeczy, ale stęskniłem się za dziadkami. Siedzę więc teraz w swoim dawnym pokoju, rozmyślając o tym ostatnim razie, kiedy byliśmy tu wszyscy razem. Tęsknię za Tobą niemal równie mocno jak dziadek. Ha!

Zdążyłem już zapomnieć, jak wielkie poczucie bezpieczeństwa zapewnia mi pobyt w domu. Może po prostu miło być otoczonym ludźmi, którzy szczerze cię kochają i troszczą się o ciebie, zamiast osobami, które próbują cię wykorzystać. Kto by pomyślał, że tak łatwo dam się zmanipulować?

Rozmawiałem z Markiem o unieważnieniu ślubu, zabrał się za tę całą papierologię. Przy odrobinie szczęścia niedługo będzie po wszystkim, a ja będę Cię błagał o wybaczenie, modląc się, abyś mnie przyjęła z powrotem.

Proszę, nie stawiaj na nas kreski.

Zawsze będę Cię kochał.

Jack.

PS. W internecie widziałem dzisiaj Twoje zdjęcia. Są naprawdę piękne, Cass. Tak bardzo jestem z ciebie dumny.

W kuchni Dean i dziadek siedzieli już przy stole, a babcia kończyła się krzątać przy piecyku.

- Pomóc ci, babciu? - zapytałem.

- Nie, kochany. Siadaj i opowiadaj.

Zaśmiałem się.

- Opowiadaj? O czym?

- Och, wiesz o czym! Co się dzieje? Kiedy rozwiedziesz się z tą okropną kobietą? - Babcia gniewnie zamachała łyżką i mruknęła coś pod nosem.

- Marc złożył wniosek o unieważnienie małżeństwa. Czekamy teraz, aż ona go podpisze. - Wzruszyłem ramionami, czując na sobie ciężar spojrzeń Deana i dziadka.

- Ale podpisze, tak? - zapytał mój brat z troską w głosie.

Dopóki nie poruszył tej kwestii, w ogóle nie myślałem, że mogłoby się stać inaczej.

- Nie rozumiem, czemu by miała tego nie zrobić. - Rozejrzałem się po niedużej kuchni, w której zjadłem większość obiadów w swoim życiu, po czym spojrzałem babci w oczy.

Dean stłumił śmiech.

- A ja rozumiem. Poznałeś ją? To stuprocentowa suka.

- Dean! Język! - Babcia zmarszczyła czoło i machnęła w stronę młodszego wnuka drewnianą łyżką.

- Przepraszam, babciu. - Dean opuścił się niżej na krześle.

Oparłem łokcie na blacie i dodałem:

- Ale między nami przecież koniec. Przed ślubem podpisała intercyzę, więc tak niczego nie zyska, nie składając swojego podpisu.

- Z wyjątkiem kontroli - stwierdził Dean.

Zagotowało się we mnie.

- O czym ty, kurwa, mówisz?

- Ile razy muszę wam obu przypominać o zważaniu na słowa? - wtrącił dziadek, zerkając na babcię.

Westchnąłem przeciągle, próbując poskromić swój temperament.

- Przepraszam, babciu.

- Chodziło mi po prostu o to, że jeśli nie podpisze papierów, będzie miała nad tobą kontrolę. Wie, jak bardzo pragniesz się wyplątać z tego małżeństwa, wcale bym się nie zdziwił, gdyby postanowiła zagrać ci na nosie.

Zastanawiałem się nad słowami brata, tymczasem babcia postawiła przed nami talerze z parującym jedzeniem.

- On ma rację, Jack. Od samego początku jest doprawdy podła. Co miałoby ją teraz powstrzymać przed robieniem trudności? - zapytała babcia drżącym głosem.

Położyłem dłoń na jej ramieniu.

- Nie wiem. Chyba po prostu liczę, że zrozumiała, że to koniec i nie ma sensu opóźniać tego, co nieuchronne.

- Obyś miał rację.

- Co u Kici? Rozmawiałeś z nią od czasu jej przeprowadzki do Nowego Jorku? - Twarz dziadka rozjaśniła się jak u dziecka w Boże Narodzenie.

- Dziadku, bo jeszcze pomyślę, że się durzysz w mojej dziewczynie - zażartowałem.

- Twojej dziewczynie? - odparował dziadek.

Mój widelec zazgrzytał o talerz.

- Owszem. Mojej dziewczynie.

Dean zaśmiał się.

- Może to ja zrobię z niej swoją dziewczynę? Tym sposobem pozostanie w rodzinie.

Spiorunowałem go wzrokiem, twarz od razu mi poczerwieniała.

- A wtedy ja cię wydziedziczę i zaraz potem wykopię...

- Chłopcy, dosyć tego.

Dean włożył sobie do buzi łyżkę ryżu i posłał mi szeroki uśmiech.

- Masz szczęście, że jest dla mnie jak siostra.

- Tak? Powiedziałbym, że to ty masz szczęście. Bo zabiłbym cię, gdybyś ją tknął, doskonale o tym wiesz.

- Jestem twoim jedynym bratem i tak mnie traktujesz?

W tym momencie wtrącił się dziadek.

- Próbujesz odebrać mu jego Kicię, Dean?

Babcia się roześmiała, a mój śmiech stał się jeszcze głośniejszy.

- Martw się swoją własną, nieistniejącą dziewczyną, braciszku, a moją zostaw w spokoju.

- Masz dziewczynę? - Uwaga babci natychmiast skupiła się na młodszym wnuku.

Dean posłał mi ostrzegawcze spojrzenie.

- Nie. Jackowi chodzi po prostu o Melissę.

- To najlepsza przyjaciółka Cassie, tak? - zapytała babcia.

- Aha.

- Porozmawiałeś z nią już? - zapytałem.

Wzruszył jednym ramieniem.

- Nie.

- Mówiłem, żebyś z nią pogadał.

- A ja ci mówiłem, że wcale jej się nie podobam - odwarknął.

- Bzdura, wiesz o tym. Zdecydowanie się jej podobasz.

- Wobec tego w czym problem? - Dziadek wsparł brodę na ręce i patrzył to na mnie, to na Deana.

- Nie wiem. Ona mówi, że nie chce chłopaka, ale mnie się wydaje, że po prostu nie chce mnie. Możemy zmienić temat? - Dean wiercił się na krześle, włożył do ust kolejną porcję ryżu.

- Która nie chciałaby ciebie jako chłopaka? Bzdura! - sapnęła nasza lojalna babcia.

- Zmiana tematu? Proszę!

Litując się nad moim biednym, zażenowanym bratem, rzuciłem:

- Znalazłem dziś w internecie parę zdjęć Cassie.

Przy stole zapadła nagła cisza; wszyscy przestali jeść i wbili spojrzenia we mnie.

- No co? - zapytałem nerwowo.

- Jak je znalazłeś? - zapytał dziadek, ocierając serwetką kącik ust.

- Wszedłem na stronę jej magazynu. Był tam duży artykuł na temat przeprowadzki do Nowego Jorku i wszystkie zdjęcia były jej autorstwa. - Puchłem z dumy, mówiąc o niej.

- To fantastycznie! Po kolacji mi je pokażesz. - W oczach dziadka pojawił się entuzjazm.

- Chwileczkę. - Dean przechylił głowę i uśmiechnął się z lekką kpiną. - Śledzisz w necie jej magazyn?

Spojrzałem mu prosto w oczy.

- A żebyś wiedział, że tak. Chcę wiedzieć, co robi w każdej chwili, której nie spędza ze mną. A jeśli robi dla tej gazety jakieś zdjęcie, chcę je zobaczyć.

- Uważam, że to urocze - stwierdziła babcia.

- A ja uważam, że mój brat to psychol - zripostował Dean.

Dla niego zmieniłem temat rozmowy, a teraz tak mi się odpłacał?

- Naprawdę, Dean? Po tym wszystkim, przez co przeszliśmy razem z Cassie, uważasz, że śledzenie przeze mnie jej pracy to coś nienormalnego?

- To trochę dziwaczne, nie sądzisz? W prawdziwym życiu nawet się do niej nie odezwiesz, ale w necie to ją śledzisz?

Krzesło zaskrzypiało, kiedy się z niego zerwałem. Oddech miałem coraz szybszy. Nikt nie będzie mówił w taki sposób o mnie i Cassie. Nawet mój brat.

- Jack, siadaj! - oświadczyła surowo babcia. - A ty, Dean, przestań mówić brzydko na brata! Zachowujecie się jak mali chłopcy.

Odetchnąłem głęboko, przysunąłem krzesło do stołu i zająłem swoje miejsce.

- Nie mogę z nią rozmawiać, dopóki nie będę wolny, okej? Więc do tego czasu owszem, będę śledził w necie wszystko, co robi Cassie. A jeśli dzięki temu magazynowi będę miał wgląd w to, w jaki sposób postrzega świat, to chętnie z tego skorzystam. Bo póki nie wrócę do jej życia, to jedyna Cassie, jaką mam. A jeśli to mnie czyni psycholem, mam to w dupie. Przepraszam, babciu - dorzuciłem, nim zdążyła mnie skarcić.

- Dostaniesz szlaban! Nie obchodzi mnie, ile masz lat - zagroziła ze śmiechem.

- To on zaczął - oświadczyłem, kiwając głową w stronę brata. - Porozmawiajmy jeszcze trochę o Melissie.

Dean uniósł ręce w geście poddania.

- Przepraszam. Rozejm?

Nim zdążyłem odpowiedzieć, babcia zapytała:

- Jak długo planujesz zostać w domu? - Dziadek podniósł wzrok znad talerza i spojrzał mi w oczy. - Cały okres do rozpoczęcia sezonu?

Przełknąłem ostatni kęs kolacji.

- Nie wiem. Poczekam, aż Marc da mi znać, co z unieważnieniem, a później polecę do Alabamy, żeby podpisać papiery i spakować swoje rzeczy.

- A potem co? - zapytał Dean.

- Będę to musiał przetransportować tutaj, ale najszybciej, jak się da, chcę lecieć do Nowego Jorku, aby naprawić wszystko z Cass - przyznałem. - Za kilka miesięcy muszę wrócić do Arizony na wiosenne treningi, a przecież powinienem najpierw poszukać jakiegoś mieszkania do wynajęcia.

- Czyli nie masz zbyt dużo czasu. - Dziadek wydawał się zaniepokojony.

- Wiem.

- Co planujesz powiedzieć Cassie? - Babcia nachyliła się w moją stronę. - Jak masz zamiar ją odzyskać?

- Jeszcze nie wiem. Ale będę się opierać na twierdzeniu, że ja jestem beznadziejny, a ona wspaniała.

Dziadek się zaśmiał.

- Bardzo romantycznie.

Dean sarkastycznie uniósł oba kciuki.

- Spadaj, Dean. Nikt cię nie pytał o zdanie.

- Wiesz, że będziesz musiał dać jej coś więcej niż miłe słowa - powiedziała babcia, posyłając mi znaczące spojrzenie.

- Zaufaj mi, babciu. Wiem.

Cassie uniosła głowę i pocałowała mnie w policzek.

- Podoba mi się, że śledziłeś mnie online. Ja ciebie także.

Zaczęła buzować we mnie adrenalina.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Nie przestałam cię kochać, Jack. Zależało mi na tobie. Chciałam wiedzieć, co u ciebie. To nie byle co, że udało ci się dostać do pierwszej ligi. Nie zamierzałam niczego przeoczyć - wyjaśniła i wzruszyła ramionami, jakby nie miała w tej kwestii wyboru.

- Więc nie uważasz mnie za psychola?

- Tego nie powiedziałam - zażartowała.

Rzuciłem się na nią, nim zdążyła mi uciec, i docisnąłem jej ciało do poduszek na sofie. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała, naprawdę nie było mi łatwo powstrzymać się przed rozerwaniem jej koszulki i zatraceniem w jej ciele. Zrobiło mi się ciasno w spodenkach, kiedy się nachyliłem, żeby ją pocałować. Musnąłem językiem jej dolną wargę. Jęknęła cicho i rozchyliła usta. Natychmiast się w nie wpiłem, a potem nasze języki przystąpiły do tańca. Miałem ochotę zedrzeć z niej ubranie i rozkoszować się każdym centymetrem jej ciała. Przyssałem się do jej szyi, a smak jej skóry doprowadzał mnie do szaleństwa. Przesunęła dłońmi po moich plecach i podciągnęła mi koszulkę. Przyciskała palce do mojej skóry, gdy tymczasem ja całowałem i lizałem jej ucho i szyję. Chwilę potem wróciłem do ust. Pragnąłem tej dziewczyny. Podniecała mnie jak żadna inna. Zachowując resztki samokontroli, oderwałem usta od jej warg, na co ona mocniej objęła mnie za szyję. Zachichotałem i zapytałem:

- Nie chcesz, bym mówił dalej?

Przyciągnęła moją twarz do swojej.

- Za chwilkę - szepnęła i przesunęła językiem po moich ustach.

Eksplorowałem jej ciało dłońmi, wreszcie zatrzymałem je na udzie.

- Pragnę cię. Doprowadzasz mnie do szaleństwa.

- Na co czekasz? - Przygryzła dolną wargę, a ja zapragnąłem, aby to nie była jej warga, lecz coś mojego.

Chwyciłem za skraj jej koszulki i ściągnąłem ją najszybciej, jak tylko potrafiłem. Cassie to samo zrobiła z moją. Wszystko we mnie płonęło, kiedy prześlizgiwała się dłońmi po moim nagim torsie. Zatrzymała się przy guziku spodenek. Opuszkami palców musnęła moją twardość, a ja zadrżałem. Wystarczył jej delikatny dotyk, a ja mało nie eksplodowałem. To niesamowite, jaką ta dziewczyna ma nade mną władzę. Zawsze tak było. Pozbywałem się spodenek, kiedy dostrzegłem, w co wpatruje się Cassie. Kusiło mnie, żeby uczynić jakąś przemądrzałą uwagę o tym, że uwielbia pożerać go wzrokiem, ale się powstrzymałem. Nie minęła jeszcze doba, odkąd wróciłem do jej życia, nie mogłem teraz nic zepsuć.

Moje spojrzenie prześlizgnęło się z jej twarzy na nagie ciało.

- Jesteś taka seksowna.

Na te słowa Cassie ponownie zagryzła dolną wargę. Pocałowałem ją w usta i zacząłem ssać tę wargę, powoli zakrywając jej ciało swoim. Gdy wreszcie się zetknęliśmy, poczułem falę gorąca. Wygłodniałe pragnienie przejęło nade mną kontrolę. Wsunąłem palce w miękkie, jasne włosy, odchyliłem jej głowę, żebym mógł obsypywać pocałunkami gładką skórę szyi.

- O Boże, Jack. Pragnę mieć cię najbliżej, jak to możliwe. Proszę, przestań się drażnić.

Naparłem na nią biodrami, a kiedy jęknęła z rozkoszy, wycofałem się.

- Do cholery, Jack. Przestań się cackać. - Zacisnąwszy palce na moich pośladkach, ponownie naprowadziła mnie do swojego wnętrza.

Bez słowa wszedłem w nią i zadrżałem, kiedy otuliło mnie jej ciepło.

- Boże, Cassie. Czemu z tobą zawsze jest tak niesamowicie? - Oddech miałem urywany, kiedy wykonywałem pchnięcie za pchnięciem. Moją uwagę przyciągnął jej sutek, potarłem go delikatnie palcem, a potem zacisnąłem na nim usta.

Cassie zajęczała, a jej ciało wygięło się w łuk. Wbiła mi paznokcie w plecy.

- Lepiej przestań tak robić - wydyszałem.

- Bo co? - droczyła się, raz jeszcze przesuwając palcami po moich plecach.

- Bo dojdę szybciej niż ty - przyznałem.

Pokręciła głową.

- Nie możemy do tego dopuścić.

- Więc się zachowuj. - Chwyciłem jej ręce i przyszpiliłem nad głową, nie przerywając zdecydowanych pchnięć. Cassie się zaśmiała, a ja przejechałem językiem po jej wargach, by chwilę później wsunąć jej go do ust. Wymamrotała coś niewyraźnie, a ja jeszcze mocniej ją pocałowałem.

- Jack - szepnęła. Oddech jej przyspieszył, a biodra unosiły się ku mnie w zgodnym rytmie z moimi ruchami. - Och.

Ponownie jęknęła i przez jej ciało przetoczył się dreszcz. Wszedłem w nią jeszcze raz, po czym eksplodowałem. Stopniowo zwalniałem, aż w końcu opadłem na nią, przyciskając ją swoim ciężarem do sofy.

- Czy tobie sprawia przyjemność przyduszanie mnie? - zapytała, napierając na moje ramiona.

- Lubię tak z tobą leżeć.

Przechyliła głowę.

- Jak z martwą mną?

Zaśmiałem się.

- Nie. Lubię być w tobie.

- Trudno, wychodź. - Uśmiechnęła się drwiąco. - Muszę iść do toalety.

Wysunąłem się z niej powoli, a ona pobiegła do łazienki.

ZOSTAŃ

CASSIE

Wróciłam do salonu, mając na sobie wyłącznie stringi. Jack siedział na sofie, spodenki miał podciągnięte, ale nie zapięte. Na podłodze leżały obie nasze koszulki. Podniosłam swoją, założyłam ją i usiadłam na sofie.

- Całkiem sympatyczny przerywnik - rzekłam, wtulając się w jego zapraszające ramiona.

Przeczesał palcami moje splątane włosy i założył mi je za uszy.

- Więcej opowieści czy więcej przerywników? - zapytał z szelmowskim błyskiem w oku.

Piknął mój telefon.

- Sprawdzę, kto napisał.

Jack kiwnął głową i klepnął mnie w tyłek, kiedy wstałam, żeby pójść do sypialni po komórkę. Wróciłam, umościłam się ponownie w jego objęciach i dopiero wtedy otworzyłam wiadomość.

- Ooch, od Melissy. - Odwróciłam głowę i spojrzałam w jego ciemnobrązowe oczy. - Wie, że tu jesteś?

Jack wzruszył ramionami.

- Mój transfer został już na pewno ogłoszony, więc może mieć pewne podejrzenia.

Rozległo się kolejne piknięcie i tym razem to Jack sięgnął po swój telefon. Roześmiał się.

- Esemes od Deana.

- Są tacy przewidywalni.

Odczytałam wiadomość od Melissy:

"O MÓJ BOŻE! CASSIE! JACKA PRZENIESIONO DO METSÓW!!!! WIEDZIAŁAŚ O TYM? JEST U CIEBIE? JEŚLI NIE, TO PEWNIE ZJAWI SIĘ NIEDŁUGO, WIĘC SZYKUJ SIĘ! I KONIECZNIE DO MNIE ZADZWOŃ!!!!!!!!"

Głośno się zaśmiałam.

- Co napisała? - zapytał Jack, unosząc brwi.

- No cóż, użyła samych wielkich liter, więc to bardzo ważna wiadomość. - Podałam mu telefon, żeby mógł przeczytać.

- Ona na ciebie krzyczy. Nie to oznaczają wielkie litery?

- Tak, ale myślę, że to jej sposób na pokazanie, jak bardzo się denerwuje. Albo ekscytuje. Albo krzyczy - przyznałam z uśmiechem.

- Szykuj się. Możliwe, że już do ciebie jadę. - Jack dotknął ustami mojego czoła, a ja zamknęłam oczy, rozkoszując się jego dotykiem. Tyle się między nami wydarzyło. O wiele więcej, niż powinno, ale proszę, jednak jesteśmy wreszcie razem.

- Lepiej jej odpiszę, inaczej nie da mi spokoju.

Szybko wystukałam odpowiedź.

"Jest u mnie. Rozmawiamy. Próbujemy sobie wszystko wyjaśnić. Zadzwonię w poniedziałek z pracy".

Chwilę później nadeszła odpowiedź.

"PONIEDZIAŁEK?!?! Nie ma mowy, żebym czekała aż tak długo!"

Roześmiałam się, napisałam ostatnią wiadomość, a potem wyciszyłam telefon.

"Wytrzymasz. Teraz nie mogę rozmawiać. Kocham Cię".

- Co napisał Dean?

Jack podał mi swój telefon.

"Stary, przenieśli cię do Metsów i nic mi o tym nie powiedziałeś? To z powodu Cassie? Oczywiście, że tak. Jak Ci się, u licha, udało ich do tego przekonać? Powodzenia. Zadzwoń do mnie po waszym spotkaniu".

- I jak tu nie kochać Deana? - Oddałam mu telefon.

Wyprostował się i nieco ode mnie odsunął.

- Dobre pytanie. Skoro mowa o Deanie, to czemu Melissa go nie kocha?

- Co takiego? - W moim głosie słychać było większe zdziwienie, niż zamierzałam.

- Poważnie. O co w tym chodzi? Dean totalnie się w niej zadurzył, ale ona zachowuje obojętność. Ja tego nie rozumiem.

Ton głosu Jacka zdradzał, że ta sytuacja napawa go niepokojem. Tak naprawdę uznałam to za słodkie. Troszczył się o młodszego brata i choć sama nie miałam rodzeństwa, które by się o mnie martwiło, uważałam to za wspaniałe.

- Ona zawsze się tak zachowuje. - Wiedziałam, że ta odpowiedź go nie usatysfakcjonuje, ale innej nie miałam.

Pokręcił głową.

- Znasz ją od zawsze, Kiciu. Nigdy nie miała chłopaka? - spytał z niedowierzaniem.

Podrapałam się po głowie, zastanawiając się nad odpowiedzią.

- W sumie to nie. To znaczy zawsze obracała się w męskim towarzystwie, ale nigdy nie była w poważnym związku.

- Dlaczego? - zapytał, wyraźnie dążąc do rozwikłania tej zagadki.

- Nie wiem.

- Kto jak kto, ale jak ty możesz tego nie wiedzieć? Jesteś przecież jej najlepszą przyjaciółką. No i jesteście dziewczynami. Dziewczyny na okrągło nawijają na takie tematy.

Od razu przybrałam obronną postawę.

- Po pierwsze, uspokój się. Po drugie, nie wiem i już. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Faceci zawsze lubili Melissę, a ona się z nimi spotykała, nigdy jednak nie wspominała, że odwzajemnia czyjeś uczucia. A ja to prostu akceptowałam. Taka już jest, tyle w temacie. I nie wiem, czemu się, do cholery, nie zakochała bez pamięci w Deanie. Może to jej powinieneś zadać to pytanie, a nie mnie.

Zaczęłam wstawać z sofy, ale Jack chwycił mnie za rękę i pociągnął. Dotknął mojej twarzy i odwrócił mnie, zmuszając, abym na niego spojrzała.

- Przepraszam, Kiciu. Nie zamierzałem się tak unosić. Po prostu tego nie rozumiem. Mój brat to porządny facet. I wiem, że ją lubi. Nie pojmuję, czemu ona nie odwzajemnia jego uczuć.

- Nie potrafię wskazać przyczyny. - Wzruszyłam ramionami, a moja irytacja zaczęła słabnąć.

- Przepraszam. Nie chciałem krzyczeć. - Usta Jacka wygięły się w uśmiech, przywołując urocze dołeczki. One zawsze potrafią mnie rozbroić.

- Wróćmy do naszej historii - zasugerował, akcentując słowo "naszej".

- Okej. Ale tak się zirytowałam, że nie pamiętam, na czym skończyliśmy - przyznałam.

Objął mnie, a ja pozwoliłam się przytulić.

- Rozmawialiśmy o babci i dziadku. Nie złość się już na mnie.

- W porządku - ustąpiłam. Mój gniew nie miał szans w starciu z jego bliskością. Czasami nie znosiłam tego, jaki ten facet ma na mnie wpływ. - Jak długo u nich mieszkałeś?

Wziął głęboki oddech, a potem nad moją głową wypuścił powietrze ustami, przez co kilka pasm włosów opadło mi na oczy. Odsunęłam je, czekając na odpowiedź.

- Znacznie dłużej, niż planowałem. Myślałem, że spędzę u nich parę tygodni, a potem udam się do Alabamy, żeby spakować swoje rzeczy i sfinalizować unieważnienie małżeństwa. Sądziłem, że wystarczą dwa do trzech tygodni. Że ta suka podpisze papiery, a ja zjawię się tu jeszcze przed Bożym Narodzeniem.

- Dobrze, że się na to nie nastawiałam.

- Ostatnie sześć miesięcy to jeden wielki dramat, Kiciu. Wcale nie żałuję, że trzymałem cię z dala od tego wszystkiego, żałuję tylko, że pozwoliłem, aby trwało to tak długo.

Odsunęłam się od ciepła jego ciała.

- Czemu to tyle zajęło? No i jak ona w ogóle mogła nie wyrażać zgody na unieważnienie?

Zadzwonił telefon, wyrywając mnie z głębokiego snu. Zmusiłem się do otworzenia oczu. Na wyświetlaczu dostrzegłem imię Marca.

- Hej, Marc - rzuciłem zaspany do aparatu.

- Jack, mamy problem.

- Jakiego rodzaju problem? - zapytałem, opierając się plecami o ścianę.

- Ona nie chce podpisać.

- Co? Kto nie chce? - zaskrzeczałem, chrząknąłem, po czym kontynuowałem normalnym głosem: - Co masz na myśli, mówiąc, że nie chce podpisać? Myślałem, że to załatwione? Prosta sprawa. - Serce waliło mi jak młotem.

- Jej prawnik twierdzi, że twoje uzasadnienie jest absurdalne. Że nie doszło do żadnego oszustwa i dlatego jego klientka nie podpisze dokumentów w takiej formie.

- Jaja sobie robisz? A w jakiej formie podpisze? - Walczyłem ze sobą i swoim gniewem.

- Nie zgadza się na unieważnienie. Zastanowi się nad podpisaniem papierów rozwodowych, choć wolałaby popracować nad waszym związkiem.

- Popracować nad związkiem? Żartujesz?

- Chciałbym.

- Musisz to załatwić, Marc. Ona udawała ciążę, żeby zmusić mnie do ślubu. To nie jest oszustwo? - Rzuciłem leżącą obok łóżka gazetą o ścianę i patrzyłem, jak spada na podłogę.

- Jest. Ale ciężar dowodu spoczywa na nas.

- Więc to udowodnijmy.

- Nie będzie to takie łatwe, ona na poparcie swoich słów ma całe mnóstwo dokumentów. - Westchnął.

- Jakich dokumentów?

- Cóż, choćby wystawionych przez lekarza.

Kurwa. Zupełnie zapomniałem, że Chrystle chodziła do lekarza, miała zalecenia i dokumentację medyczną.

- Nie możemy pozwać tego lekarza za fałszowanie dokumentów czy coś w tym rodzaju?

- Musielibyśmy dowieść, że on także kłamał, co zważywszy na okoliczności, okazałoby się wyjątkowo trudne.

Zalała mnie fala tak wielkiej wściekłości, że poczerwieniało mi przed oczami.

- To popierdolone. Co mogę zrobić?

- Nic, Jack. Na chwilę obecną chcę, żebyś został tam, gdzie jesteś, i pozwolił mi się tym zająć. - Ton głosu miał spokojny i profesjonalny.

Wbiłem palce w brzeg materaca.

- Wszystkie moje rzeczy nadal są w Alabamie.

- Nie wybieraj się do tego stanu, dopóki nie dam ci zielonego światła. Słyszysz mnie?

Cały się spiąłem.

- Zobaczymy.

- Jack, opieka nad tobą to moja praca. Choć raz mi w tym nie przeszkadzaj. Proszę.

Westchnąłem.

- Okej.

- Niedługo zadzwonię.

Rozłączyłem się i cisnąłem telefonem o ścianę. Czemu, do kurwy nędzy, tej dziewczynie tak zależało, żeby niszczyć mi życie? Czemu nie mogła wykazać się choć odrobiną przyzwoitości i podpisać tych cholernych papierów?

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Mogę wejść?

- Tak.

Dean wszedł do pokoju i spojrzał na leżący na podłodze telefon. Zamknął za sobą drzwi.

- Co się dzieje? Słyszałem twój podniesiony głos.

Spojrzałem mu w oczy.

- Miałeś rację. Ona nie chce podpisać dokumentów.

Usiadł na drugim końcu łóżka.

- Cholera. Jack, przykro mi. Co to w praktyce oznacza?

Zamknąłem oczy i uszczypnąłem się w nasadę nosa, żeby choć odrobinę złagodzić stres.

- Nie wiem. Marc nad tym pracuje.

- Chcesz się przejść? Wyjść na trochę z domu?

- Na razie chcę być sam.

Dean wstał i bez słowa wyszedł z pokoju. Wziąłem z komody notes, otworzyłem go na pustej stronie. To niesamowite, jak szybko pisanie listów zmieniło się w nawyk. Pomagało mi uporządkować myśli w chwilach, kiedy jedyne, czego pragnąłem, to wziąć do ręki telefon i wybrać numer Cassie.

- O mój Boże. Co za suka! Jakiś lekarz wystawił jej fałszywe zaświadczenie o ciąży? - Otworzyłam szeroko oczy, a szok walczył we mnie o palmę pierwszeństwa z gniewem.

- Aha.

- Nic dziwnego, że jej uwierzyłeś. - Pokręciłam głową.

- Jak to? - Cały się spiął.

- Cóż, nigdy tak do końca nie zrozumiałam, dlaczego w ogóle uwierzyłeś, że jest w ciąży. To znaczy bez sprawdzenia czy upewnienia się - próbowałam wyjaśnić.

Jack poruszył głową, a napięcie obecne w jego ciele udzielało się i mnie.

- Myślałaś, że ot tak uwierzyłem jej słowom? Że ożeniłem się z nią bez żadnego dowodu? Czemu mnie nie zapytałaś?

Zdumiał mnie jego ton pełen rozgoryczenia.

- Nie wiem. - Przyjęłam postawę obronną. - Może dlatego, że kiedy miałam okazję cię o to zapytać, zbyt mnie pochłaniało własne cierpienie. Zresztą wtedy i tak właściwie ze sobą nie rozmawialiśmy.

Położył mi dłoń na nodze. Ten jeden gest wystarczył, abym od razu zapragnęła cofnąć swoje słowa.

- Przepraszam, Jack. Ja tylko...

- Przestań. To ja przepraszam. - Uniósł rękę w geście poddania. - Nie było cię tam. Nie wiedziałaś, co się dzieje. Jestem pewny, że z zewnątrz wyglądało to podejrzanie.

Wzdrygnęłam się. Jeśli chodziło o Jacka Cartera, nigdy więcej nie chciałam znajdować się "na zewnątrz".

- Ale nie powinnam była tak zakładać.

- Nie wiedziałaś.

- Czyli chodziła do lekarza i w ogóle? - Nadal trudno mi było ogarnąć te wszystkie podstępy i kłamstwa. Jak ta dziewczyna mogła być aż tak podła?

- Wizyty, dokumentacja, witaminy, książki o dzieciach, wykresy, harmonogramy - miała wszystko.

Jack zrobił wydech, a ja ujęłam jego dłoń. Nasze palce się splotły i znowu się do niego przytuliłam.

- Mogę cię zapytać o coś jeszcze? - wydusiłam wtulona w jego tors.

Pocałował mnie w czubek głowy.

- O co tylko chcesz.

- Pomyślałeś choć raz o tym, że dziecko może nie być twoje? Rozumiem, dlaczego uważałeś, że jest w ciąży, ale czy nie przyszło ci nigdy do głowy, że to nie ty jesteś ojcem?

- Chrystle potrafiła przekonująco kłamać. Bez żadnych zastrzeżeń zgodziła się na badanie DNA, kiedy już dziecko przyjdzie na świat. Uznałem, że gdyby kłamała, denerwowałaby się albo przynajmniej próbowała mnie od tego odwieść, tymczasem ona sama na to nalegała.

A potem opowiedział mi o czasach, kiedy jego świat zaczął się walić po raz pierwszy. Kiedy mieszkał w Alabamie i grał w drużynie Diamondbacksów. O wieczorze po tym, jak zagrał idealny mecz, gdy Chrystle zarzuciła na niego sidła w barze, gdzie świętował razem z kolegami z drużyny i w końcu przestał się jej opierać. Uległ jej tamtej nocy, a moje życie już nigdy miało nie być takie samo. Przeszedł mnie dreszcz na wspomnienie tego, jak świat zaczął wokół mnie wirować, a serce zaczęło pękać na kawałki tego popołudnia, kiedy zadzwonił Jack i o wszystkim mi powiedział. Nie tylko mnie zdradził, ale dziewczyna, z którą się przespał, spodziewała się dziecka.

Zignorowałem pukanie do drzwi, zakładając, że otworzy je jeden z moich współlokatorów, i dalej składałem ubrania. Kiedy usłyszałem głos Chrystle zbliżający się do mojego pokoju, cały się spiąłem. Połączyła nas pijacka przygoda na jedną noc, a gdy wytrzeźwiałem, wyrzuciłem ją za drzwi. Co ona tutaj robiła?

Zapukała do mojego pokoju, po czym weszła i zamknęła za sobą drzwi.

- Co ty robisz? Wynoś się z mojego pokoju - warknąłem.

- Musimy porozmawiać. - Głos jej drżał.

Wypuściłem powietrze nosem, wyraźnie zniecierpliwiony.

- O co chodzi?

- Jestem w ciąży - szepnęła, a po policzkach płynęły jej łzy.

- No i? Czy to mój problem? - zapytałem i w tym momencie dotarło do mnie znaczenie jej słów. Było niczym cios w brzuch.

- Tak, bo to twoje dziecko - powiedziała i usiadła na łóżku.

Mój umysł nie chciał dać wiary jej słowom.

- Gówno prawda - warknąłem.

- Wcale nie gówno prawda, Jack! Od nocy z tobą z nikim nie byłam. Zapytaj kogokolwiek, czy widział mnie w jakimś barze. Albo czy umawiał się ze mną. Nie i koniec.

- Zapytam. I zrobię to, kurwa, od razu.

Wparowałem do salonu, gdzie trzech moich współlokatorów jadło lunch i oglądało telewizję. Kiedy ich zapytałem, czy Chrystle była z którymś z nich, zgodnie pokręcili głowami i unieśli ręce w geście zaprzeczenia. Zapytałem więc, czy widzieli ją z kimś ostatnio, i znowu padła odmowna odpowiedź. A potem mnie poinformowali, że właściwie to od kilku tygodni w ogóle jej nie widzieli.

Cholera.

Na uginających się nogach wróciłem do swojego pokoju. Świat wirował wokół mnie, a ja zaklinałem żołądek, żeby przestał się skręcać. Nie chciałem tego. Nie z nią. Nie teraz. Nigdy.

- To twoje dziecko, Jack. Przykro mi. Naprawdę. Ja też tego nie chciałam. - Skryła twarz w dłoniach, a jej ciałem wstrząsnął szloch.

Nie miałem ochoty jej pocieszać, więc wróciłem do składania ubrań.

- Co masz zamiar zrobić? - zapytałem zimno.

- To znaczy? - Spojrzała na mnie; twarz miała czerwoną i mokrą od łez.

- To znaczy, czy planujesz je urodzić?

- Powinnam była się spodziewać, że o to zapytasz.

- My się nawet nie znamy. Czemu, u licha, miałabyś chcieć urodzić to dziecko? - Na próżno gniewem próbowałem przykryć fakt, że boję się jak cholera.

- Bo to dziecko, Jack! To życie, niczemu niewinne, i ja będę je kochała, nawet jeśli ty nie!

- Chcę, żebyś wyszła.

To się nie dzieje naprawdę. Błagam, niech to się okaże tylko złym snem.

Wstała, otarła dłonią oczy i rzuciła:

- Nie potrafisz się zachować jak mężczyzna.

Podszedłem do niej, ale dłonie miałem zaciśnięte w pięści. Buzował we mnie gniew.

- Och, zachowam się jak mężczyzna, naturalnie. Zawiozę cię do kliniki. Zapłacę. A potem odwiozę cię nawet do domu. Co ty na to?

- Ale z ciebie dupek! - Próbowała mnie odepchnąć, a ja nawet nie drgnąłem.

- Jestem dupkiem. Dupkiem, który nie chce mieć dziecka z kimś zupełnie obcym.

- Trochę za późno, nie uważasz?

Pokój wirował wokół mnie, a ten wir pochłaniał życie, które istniało zaledwie pięć minut temu.

- Nie rób tego, Chrystle. Proszę cię, nie rób. Nie niszcz nam obojgu życia pijacką pomyłką.

Skrzywiła się z odrazą.

- Niczego nie niszczę.

- Wszystko niszczysz. - Głos miałem niewiele głośniejszy od szeptu. Głowę wypełniły mi myśli o Cassie. To ona była moją dziewczyną, moim całym światem, i wiedziałem już, że nigdy więcej mi nie zaufa. Nie było takiej opcji. Nigdy sobie tego nie wybaczę. Nie zasługiwałem na nią, ona zasługiwała na kogoś o wiele lepszego niż takiego popaprańca jak ja. Nie mogłem uwierzyć, że odrzuciłem najlepsze, co mnie w życiu spotkało, dla jakiejś obcej laski. W ogóle nie powinienem był się tak upijać. To żadne wytłumaczenie, ale wtedy mój mechanizm obronny kazał mi się tego uczepić. Nienawidziłem się za to.

- Przykro mi, że tak to widzisz. Mam nadzieję, że zmienisz zdanie. Może jak minie pierwszy szok. Będę w kontakcie, Jack. - Po tych słowach wyszła.

Kurwa.

Jeśli Chrystle urodzi dziecko, na pewno nie wyprowadzi się z dala od swojej rodziny. Musiałbym mieszkać tutaj, w Alabamie. Albo przynajmniej mieć tu jakieś mieszkanie, jeśli będę chciał widywać swoje dziecko. Mogłem się pożegnać z Kalifornią. Cały czas poza sezonem musiałbym spędzać tutaj. Osunąłem się na dywan, oparłem plecami o łóżko, mój świat się walił. Nie mogłem postąpić jak mój ojciec. Nie porzuciłbym swojego dziecka, tak jak on porzucił Deana i mnie. Doświadczyłem na własnej skórze, jak bardzo potrafi to zniszczyć psychikę. Jestem tego doskonałym przykładem. Nie zrobiłbym czegoś takiego własnemu dziecku. Nie poszedłbym w ślady swojego ojca.

Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze nigdy nie pragnąłem niczego tak bardzo jak tego, aby to wszystko okazało się tylko koszmarem. Abym się obudził i zalała mnie fala ulgi.

- Ta opowieść jest do bani. - Zmarszczyłam brwi.

- Mówiłem ci, że nie ma w niej nic radosnego. - Jack prześlizgnął się dłonią wzdłuż mojego ciała, a ja poczułam dreszcz.

- To już prawie koniec? - Popatrzyłam na niego z nadzieją.

- Niezupełnie.

- Chyba potrzebuję kolejnej przerwy.

- To znaczy? - Mrugnął do mnie sugestywnie.

Zmrużyłam oczy i posłałam mu udawane gniewne spojrzenie.

- Jack, naprawdę. Dopiero co to robiliśmy.

Przeżywanie na nowo czasu spędzonego osobno okazało się prawdziwym wyzwaniem. Chciałam wiedzieć o wszystkim, ale skłamałabym, mówiąc, że opowieść Jacka w ogóle nie robiła na mnie wrażenia. Właściwie to napawała mnie przerażeniem. Skoro jedna dziewczyna z małego miasteczka potrafiła być aż tak podła, do czego w takim razie były zdolne kobiety z wielkiego miasta?

- Masz ochotę wyjść na miasto? Może zjeść trójkącik? - To słowo, którym nowojorczycy określali kawałek pizzy.

- W sumie to coś bym zjadł - odpowiedział z szerokim uśmiechem, a ja się nachyliłam i ucałowałam oba jego dołeczki. Powoli się odsunęłam i coś mi przyszło do głowy.

- Chwila. Gdzie się zatrzymałeś? Masz jakieś mieszkanie albo hotel, w którym się musisz zameldować?

Cała w nerwach czekałam na jego odpowiedź. Wiedziałam, że powinnam zachować więcej rezerwy, ostrożności, ale prawda była taka, że pragnęłam, aby został ze mną i już nigdy mnie nie opuszczał.

- Jeszcze niczego nie zarezerwowałem. Przyjechałem od razu tutaj.

Jeszcze. Planował zamieszkać gdzieś indziej, a to był tylko pierwszy przystanek.

- Och. No cóż, chcesz zająć się najpierw tym? - Próbowałam ukryć rozczarowanie, ale zdradził mnie ton głosu.

Przesunął kciukiem po mojej żuchwie, zatrzymał go pod brodą.

- Nie bardzo. Wszystko, co oznacza opuszczenie ciebie, wolę odłożyć na później.

Zalała mnie fala ulgi. Zamknęłam oczy.

- W takim razie nie opuszczaj mnie - szepnęłam.

- Nie zamierzam cię już nigdy zostawić - zapewnił, a jego ciepły oddech owiał moje usta.

- Mógłbyś mieszkać tutaj. - Te słowa wydostały się z moich ust, nim zdążyłam rozważyć ten pomysł.

Jack wyraźnie się rozluźnił, a na jego twarzy pojawił się spokój.

- Tak? Chcesz, żebyśmy razem mieszkali?

Pytanie przeczyło radosnemu wyrazowi na jego twarzy, a ja w duchu zbeształam się za to, że jestem taka drażliwa.

- To tylko propozycja. Nie ekscytuj się tak.

Zdusił śmiech.

- Nic nie uszczęśliwiłoby mnie bardziej, Kiciu, niż świadomość, że mój dom jest tam, gdzie ty.

Serce obijało mi się o żebra z taką siłą, że cudem się nie przewróciłam.

- Naprawdę?

- Naprawdę. - Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. - I tak nie zamierzałem się stąd wynosić.

- Ach tak?

- Nie przeprowadziłem się do Nowego Jorku z drugiego końca kraju po to, żeby mieszkać samemu. Przeprowadziłem się, żeby być z tobą. I tak właśnie zamierzam zrobić. Być. Z. Tobą. - Patrzył mi w oczy z pełnym przekonaniem.

Zawładnęło mną pożądanie, a pomiędzy udami poczułam prawdziwy ogień.

- A gdybym się nie zgodziła? - przekomarzałam się.

Przycisnął czoło do mojego i spojrzał mi w oczy.

- Ale się zgodziłaś. Pragniesz mnie tutaj równie mocno, jak ja chcę tu zostać, wiem o tym. Nie pójdę sobie stąd, nie zmusisz mnie do tego.

- Jesteś arogancki.

- Czy jeśli ma się rację, to rzeczywiście jest arogancja? - Pocałował mnie mocno w usta. Przesunął zaczepnie językiem po mojej dolnej wardze, po czym się odsunął.

Obecność Jacka potrafiła zdziałać cuda. Pęknięcia w moim sercu powoli zaczynały się zrastać. Dusza udawała, że dawne uszkodzenia się nie liczą, ponownie stała się jednością. Choć pół roku temu ten mężczyzna złamał mnie i zniszczył, moje ciało pragnęło się uleczyć właśnie dla niego.

Dla Jacka.

Dlatego że bycie z nim mnie dopełniało bez względu na to, jak bardzo wydawało mi się to nielogiczne. Przecież to on ponosił odpowiedzialność za moją wewnętrzną jatkę. Tworzyliśmy jednak całość. Melissa miała rację, kiedy nazwała nas doskonałym bałaganem. Dotarło do mnie, że teraz w jej słowach jest jeszcze więcej prawdy niż do tej pory.

- Pizza? - zasugerowałam ponownie, mając ochotę na zmianę scenerii.

- A ubierzesz się?

Przewróciłam oczami, wiedząc, że go to wkurzy.

- Ty pierwszy.

BFF

JACK

Gdy wyszliśmy z budynku, wziąłem Cassie za rękę. Rozejrzałem się; wszystko tutaj było zupełnie inne niż w południowej Kalifornii. Nowy Jork zdecydowanie wyglądał na swój wiek, ale był przy tym niesamowicie odlotowy. Pomimo niskiej temperatury to miasto emanowało taką energią, jakiej nie ma żadne inne. Nowy Jork cechowała buta. Już go polubiłem.

- No i jesteśmy - powiedziała Cassie z uśmiechem, wskazując niedużą, zieloną markizę.

A to krótki spacer.

- Super.

Niebywale mały lokal. Otworzyłem drzwi i przepuściłem Cassie przodem, kładąc dłoń na jej tyłku.

Moje zmysły zaatakował zapach świeżego ciasta, sera i sosów. Z burczącym brzuchem studiowałem wiszące na ścianie menu, a stojący za ladą starszy mężczyzna bacznie mi się przyglądał. Byłem do tego przyzwyczajony, ale chyba niemożliwe, by wiedział, kim jestem. Jasne, ogłoszono mój transfer w prasie i internecie, tylko że jeszcze ani razu nie grałem z nową drużyną.

- Co bierzesz, mała? - zapytałem swoją dziewczynę, zafascynowany długimi, jasnymi włosami opadającymi na jej plecy.

Jest taka seksowna. Mam ochotę przywiązać te włosy do ramy łóżka.

- Wezmę dwa trójkąciki.

- A może zamówimy całą pizzę i resztę zostawimy sobie na później?

Pokiwała entuzjastycznie głową.

- Ale z ciebie głodomór, już zapomniałam, ile potrafisz zjeść - oświadczyła. Wspięła się na palce i pocałowała mnie w policzek.

- Jestem po prostu głodny. W domu nie masz nic do jedzenia. Zagłodzisz mnie, kobieto.

- Wiem, kim pan jest! - Mężczyzna pokiwał palcem. - Pan jest naszym nowym miotaczem! Jack... - zawahał się i zmrużył oczy - Carter, zgadza się?

Cassie z szeroko otwartymi ustami patrzyła to na mnie, to na mężczyznę za ladą.

- Tak, proszę pana - odparłem grzecznie.

Uścisnął mi dłoń, następnie wyciągnął rękę do Cass.

- Jestem Sal, skarbie - rzekł z szerokim uśmiechem, lustrując ją wzrokiem.

Widzisz, Kiciu, nawet starsi panowie uważają, że niezła z ciebie laska.

- Cassie. Miło pana poznać. Skąd pan wiedział, kim on jest? - zapytała z lekkim niepokojem.

Puścił jej dłoń.

- Jestem wielkim fanem Metsów. Śledzę wszystkie dostępne informacje na temat drużyny. Wszyscy jesteśmy podekscytowani, że do nas dołączyłeś. Witamy w Nowym Jorku!

W jego głosie słychać było szczery entuzjazm, zrobiło mi się ciepło na duszy.

- Dziękuję. Ja też bardzo się z tego cieszę. - Wypowiadając te słowa, popatrzyłem na Cassie.

- Jak to możliwe, że nie jesteś teraz razem z drużyną w Chicago? - Mężczyzna posłał mi pytające spojrzenie.

- Wyjątkowo dostałem wolne aż do poniedziałku. Przyleciałem od razu tutaj, żeby się zadomowić.

- To wspaniale. Mieszkacie razem na Lower East?

Zerknąłem na Cassie i odpowiedziałem:

- Na razie tak.

- Cóż, jak już mówiłem, jestem Sal. Całe zamówienie będzie na koszt firmy.

- Ojej, naprawdę nie trzeba. Dziękujemy - odpowiedziała grzecznie Cassie, nim sam zdążyłem się odezwać.

To jeden z aspektów bycia znanym, sławnym, czy jak to zwał, który dla mnie nie miał żadnego sensu. Ludzie chętnie dawali ci za darmo różne rzeczy, gdy tymczasem bez problemu mogłeś sobie na nie pozwolić. Cóż za ironia.

- Miło cię poznać, Sal. I naprawdę z największą ochotą wesprzemy twój biznes. Zakładam, że ty będziesz wspierał mój. - Uśmiechnąłem się, omiatając wzrokiem wiszące na ścianach banery Metsów i oprawione w ramki plakaty.

- Dobrze, dobrze, na co macie ochotę?

Cassie zerknęła na mnie.

- Ja na pepperoni.

- Prosimy w takim razie dwie duże pizze pepperoni.

- Już się robi, Jack. - Sal odwrócił się w stronę kuchni i zawołał: - Dwa duże placki pepperoni.

Placki? Jakby czytając mi w myślach, Cassie szepnęła mi do ucha:

- Tutaj nazywają pizzę plackiem. A kawałek to trójkącik.

Uśmiechnąłem się, wdzięczny za tę pierwszą lekcję nowojorskiego slangu. Rozejrzałem się po malutkiej pizzerii. Pod oknem stały dwa nieduże stoliki ze starymi, zielonymi krzesłami.

- Chcesz usiąść?

Kiwnęła głową i wybrała jeden ze stolików. Miałem się ochotę uszczypnąć na potwierdzenie, że to się dzieje naprawdę. Powrót Cassie do mojego życia był dla mnie niczym ponowne narodziny. Miałem wrażenie, że mogę wszystko, tylko dlatego że ta dziewczyna była ze mną.

Położyłem dłoń na stole, a chwilę później Cassie położyła na niej swoją. Jej palce musnęły moją skórę, a ja od razu się podnieciłem.

Weź się w garść.

- Nadal jestem w szoku, że Chrystle sprzeciwiała się unieważnieniu ślubu. I że miała te wszystkie fałszywe zaświadczenia. Dla mnie to szalone zachowanie - oświadczyła, kręcąc głową.

- Takie właśnie jest.

- I mściwe. I podłe. I okropne.

Westchnąłem.

- Aha. Wszystko się zgadza.

- Kiedy w końcu pojechałeś do Alabamy?

Zabrałem dłoń ze stołu, oparłem się na krześle i splotłem ręce za głową. Popatrzyłem w zielone oczy Cassie.

- Siedziałem i czekałem. Zdążył minąć cały miesiąc, a ona nadal nie podpisała papierów. Czułem się, jakbym nie miał kontroli nad swoim życiem, i zaczynało mnie to serio wkurzać.

- Hej, Dean. Pytanie: do kiedy masz ferie zimowe? - zapytałem przy kolacji.

- Eee, wracamy na uczelnię pod koniec stycznia, a czemu pytasz? Co się dzieje? - Przechylił głowę, nie przerywając jedzenia.

- Masz ochotę wybrać się do Alabamy i pomóc mi ruszyć to całe gówno z miejsca? - Spojrzałem mu w oczy.

- Jack! Język. - Babcia trzepnęła mnie w ramię.

- Przepraszam, babciu. - Zacisnąłem usta, a dziadek się roześmiał.

- Nie zachęcaj go. - Babcia posłała dziadkowi groźne spojrzenie, a on szybko spoważniał.

- Oczywiście, że pojadę - rzucił Dean, ignorując dziadków. - Kiedy?

- Po świętach. Chcę się uwolnić od tego stanu tak szybko, jak tylko się da. - W moim głosie słychać było odrazę.

Babcia uścisnęła mi ramię.

- Podpisała już papiery, skarbie?

Pokręciłem głową.

- Nadal się uchyla. Twierdzi, że nie mogę jej udowodnić oszustwa.

- Ale przecież udawała, że jest w ciąży! Oszukała cię. - Policzki babci poczerwieniały z oburzenia.

- Wiem, tyle że ona ma zaświadczenia potwierdzające ciążę. - Westchnąłem i wsunąłem do ust kolejny kęs babcinych pyszności.

- Jak to w ogóle możliwe? - Dziadek podniósł zaniepokojony wzrok znad talerza, a mnie dopadły wyrzuty sumienia na myśl, że jestem dla niego czy babci źródłem nieprzyjemności.

Przełknąłem i odpowiedziałem:

- Nie mam pojęcia. Może ten lekarz to jakiś przyjaciel? Jej rodzina mieszka tam od wielu pokoleń, mają znajomości, są ogólnie szanowani.

- Ci ludzie nie znają nawet znaczenia tego słowa - sapnęła babcia z odrazą.

- Chwileczkę. - Dean wytarł usta serwetką i odłożył ją na kolana. - Twierdzisz, że nic nie możesz z tym zrobić?

- Twierdzę jedynie, że to na mnie spoczywa ciężar udowodnienia, że Chrystle kłamała. A jak mam to udowodnić?

- Co za wyrachowana su... - Dean urwał, kiedy babcia spiorunowała go wzrokiem. - Dziewczyna. Chciałem powiedzieć: co za wyrachowana dziewczyna.

Uświadomiłem sobie, że mocno zaciskam zęby.

- Nic mi nie mów.

- Martwię się, Jack. To za długo trwa. A im dłużej, tym więcej masz do stracenia - dodała babcia.

Wiedziałem, że martwi się moim związkiem z Cassie. Ja też się martwiłem, ale prędzej mnie piekło pochłonie, niż pozwolę Chrystle wygrać.

- Wszystko załatwię, babciu. Nic się nie martw. Ona podpisze papiery.

- Tylko nie rób niczego głupiego.

- Jack, za chwilę będą wasze placki. - W maleńkim lokalu rozbrzmiał chropawy głos Sala, przywołując mnie do teraźniejszości.

- Okej, Sal. Dzięki.

- Jak Marc zareagował na wyjazd do Alabamy?

- Nic mu o nim nie powiedziałem.

Cassie się zaśmiała, przeczesując palcami włosy, a ja miałem ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć każdego kawałeczka jej ciała.

- Jakżeby inaczej.

- Ej, no daj spokój! Poradziłby mi, żebym nie jechał. Nadal płaciłem za wynajem domu, w którym nie mieszkałem. Musiałem zabrać swoje rzeczy przed lutym, nim rozpoczną się wiosenne treningi, więc został mi nieco ponad miesiąc.

- Świrowałeś? - Czoło miała zmarszczone z niepokoju, tak bardzo chciałem, żeby przestała się już martwić. Mając w pamięci jej zasady dotyczące związku, postanowiłem nie ściemniać. Zasada numer jeden: nie kłam. Zamknąłem na chwilę oczy.

- Zdecydowanie świrowałem. Widzisz, Kiciu, pomijając ten cały syf... to, że moje rzeczy nadal były w Alabamie... podpisy Chrystle... zawsze chodziło o ciebie. Zależało mi tylko na tym, aby cię odzyskać. Przepraszam, że zajęło mi to tak dużo czasu, ale...

- Nie zadręczaj się tym już - przerwała mi. - Teraz lepiej wszystko rozumiem.

Wsunąłem sobie dłonie we włosy i pociągnąłem za nie, tak jak to często robiłem w towarzystwie Cassie.

- Wiem, że pewnie powinienem był zadzwonić. Ale zafiksowałem się na tym, żeby przed przyjazdem do ciebie wszystko chodziło jak w zegarku.

- Teraz jesteś ze mną. I tylko to się liczy. - Jej śliczne oczy błyszczały, a ja wiedziałem, że spanikuję tutaj, w pizzerii, jeśli tylko się rozpłacze. Jej łzy mnie totalnie rozbrajały.

- Na wynos, tak? - zawołał Sal w naszą stronę, a ja pospiesznie zdusiłem w sobie emocje.

Zerknąłem na Cass, a ta pokiwała głową.

- Na wynos, Sal. Dzięki - odparłem.

Odsunąłem się razem z krzesłem i podszedłem do niewielkiej lady.

- Masz tu samochód, Jack? - Mężczyzna popatrzył na mnie zmrużonymi oczami.

Skonsternowany tym dziwnym pytaniem przez chwilę się zastanawiałem.

- Nie - powiedziałem z wahaniem, zastanawiając się, po co nieznajomy pyta, czy mam samochód.

- Pytam, bo mój młodszy kuzyn Matteo jest kierowcą. Na pewno nie będziesz chciał jeździć codziennie na stadion pociągiem, a zapomnij, że uda ci się złapać taksówkę. Zapiszę ci numer jego firmy, zawsze pytaj o niego. Już on się tobą zajmie. - Na odwrocie wizytówki napisał nazwisko i numer telefonu Matteo, po czym przesunął ją po ladzie w moją stronę.

Poczułem ulgę. Sal nie był przyprawiającym o gęsią skórkę stalkerem, był po prostu życzliwym człowiekiem.

- Dziękuję. W ogóle jeszcze o tym nie myślałem - rzekłem z uśmiechem. Schowałem wizytówkę do tylnej kieszeni spodni, postanawiając, że później rzeczywiście zadzwonię pod ten numer.

- Nie ma sprawy. Wpadajcie do mnie chociaż raz na jakiś czas, okej? - Podał mi dwa duże kartony.

- Jasne. - Uścisnąłem mu dłoń.

- Do zobaczenia niedługo. Dziękujemy. - Cassie otworzyła drzwi mnie i naszym dużym plackom.

Widzicie? Szybko się uczę.

Kiedy ruszyliśmy w stronę mieszkania, Cassie się roześmiała.

- Nie mogę uwierzyć, że wiedział, kim jesteś.

- Szaleństwo, prawda?

- Tak!

Wzruszyłem ramionami.

- Zawsze słyszałem, że nowojorczycy są bardzo emocjonalni.

Zatrzymała się na chwilę i uniosła brwi.

- Nie masz pojęcia jak bardzo.

- Pewnie niedługo się przekonam.

- Lepiej wygrywaj te swoje mecze - rzuciła ostrzegawczo, a w jej głosie dało się wyczuć zarówno wesołość, jak i zdenerwowanie.

Kiedy weszliśmy do budynku, drzwi windy były rozsunięte. Cassie wcisnęła guzik i się zamknęły. Miałem ochotę rzucić kartony na ziemię i przyprzeć ją do ściany. Poczułem podniecenie, kiedy moje myśli pofrunęły własnym torem. W wyobraźni nachyliłem się i przycisnąłem usta do jej szyi, a potem lizałem ją i skubałem, aż cicho jęknęła. Pocałowałem ją w usta, uciszając jęki, a nasze języki bawiły się w chowanego. Cassie zakaszlała, a ja podniosłem wzrok i przekonałem się, że przytrzymuje otwarte drzwi.

- Czy ty i winda potrzebujecie nieco czasu sam na sam? - zapytała drwiąco, a jej spojrzenie ześlizgnęło się na wybrzuszenie w moich spodniach.

- Po prostu myślałem o tym wszystkim, co chciałbym ci tutaj zrobić. - Mrugnąłem i przygryzłem dolną wargę, licząc na jakąś reakcję.

Przechyliła głowę i zwarła usta w ten swój uroczy sposób, który zawsze mnie podniecał.

- Czyżby? Windy są okropne. Fuj. - Odwróciła się do mnie plecami i włożyła klucz do zamka, a ja cicho się zaśmiałem.

Gorące jak diabli kartony z pizzą postawiłem na stole w kuchni.

- Siadaj, to opowiem ci najlepsze - zawołałem do jej oddalających się pleców.

- Oooch, naprawdę? - Obejrzała się na mnie z uśmiechem, stojąc przed łazienką. - Tylko umyję ręce.

Po krótkich poszukiwaniach wyjąłem z szafki dwa talerze i postawiłem je na blacie, po czym nalałem wodę do dwóch szklanek.

Do zapamiętania: kupić piwo.

Cassie weszła do kuchni cała rozpromieniona.

- Jestem gotowa - oświadczyła, biorąc z blatu szklanki i siadając przy stole.

- Z kim rozmawiasz?

Dean siedział na sofie. Dałem mu kuksańca w ramię.

- Z Melissą - odparł, unosząc brwi. - Meli, poczekaj chwilkę. - Zasłonił telefon dłonią. - Chce jechać z nami. - Popatrzyłem na niego z konsternacją. - Do Alabamy - wyjaśnił.

- Dlaczego? - zapytałem, nie rozumiejąc, czemu Melissa miałaby mieć ochotę na taki wyjazd.

- Twierdzi, że bez Cassie nudzi się jak mops. No i chce nam pomóc. Osobiście uważam, że po prostu za mną tęskni. - Zaśmiał się.

Przez chwilę się zastanawiałem, ale myśl o tym, że miałaby nam towarzyszyć Melissa, wcale mnie nie zirytowała.

- Jak chce, to niech jedzie.

- Naprawdę? - Na twarzy Deana pojawił się szeroki uśmiech.

- Jasne - odpowiedziałem szybko. W sumie z nią będzie weselej. No i pewnie rzeczywiście nam się przyda. W końcu to dziewczyna, a dziewczyny lubią organizować, sprzątać i zajmować się tym wszystkim, czyż nie?

- Nie pojechała z wami do Alabamy - oświadczyła Cassie.

- Ależ pojechała. Poznała nawet Chrystle. - Uśmiechnąłem się szeroko, po czym odgryzłem spory kęs pizzy.

- Jak to? - Przygarbiła się. - Nic mi nie powiedziała!

Wyciągnąłem rękę nad stołem i dotknąłem jej policzka.

- Prosiłem ją o to. Musiała mi obiecać, że nic ci nie powie, zanim do ciebie nie przyjadę.

- Ale to przecież moja najlepsza przyjaciółka - zajęczała. - I wiedziała, jak bardzo cierpię. Gdyby tylko mi powiedziała, co się dzieje, nie musiałabym przechodzić przez to wszystko.

- Uwierz mi, Cassie, bardzo się o to ze mną kłóciła. Każdego dnia chciała ci powiedzieć, a ja każdego dnia zmuszałem ją do dania mi słowa, że tego nie zrobi. Zagroziłem, że przestanę jej o czymkolwiek mówić, na co ona oświadczyła, że jeśli to zrobię, to ona w tej chwili do ciebie dzwoni i informuje cię o wszystkim. - Uśmiechnąłem się blado, próbując ukryć swój dyskomfort. - Można powiedzieć, że doszliśmy do porozumienia. Dopóki ja będę ją informował na bieżąco, ona będzie trzymała buzię na kłódkę. - Kiedy prosiłem Melissę, aby nie mówiła niczego Cassie, nie wydawało się to niczym niewłaściwym, teraz jednak, kiedy tu siedziałem, opowiadając o tym wszystkim, dotarło do mnie, że się myliłem.

Cassie skrzyżowała ręce na piersi i wydęła wargi. Moje spojrzenie zatrzymało się na jej piersiach. Jedno zerknięcie, a penis od razu zaczynał się budzić. Zmusiłem się, aby odwrócić wzrok i myśleć o czymkolwiek, byle nie o siedzącej naprzeciwko mnie, ukochanej kobiecie, której piersi unosiły się z każdym niezadowolonym oddechem.

- Przepraszam. Po prostu nie mogłem dopuścić, żeby ci powiedziała, zanim nie będzie po wszystkim. Wcześniej tak często prosiłem cię o zrozumienie. Nie chciałem prosić także o zrozumienie właśnie tego.

- Ale ja bym to zrobiła. Zrozumiałabym. - Opuściła ręce i kontynuowała: - A przynajmniej bym spróbowała.

Ona ma rację. Cholerną rację. Ale już za późno. Nie da się zmienić przeszłości. Co się stało, to się nie odstanie.

- Wiem, ale nie wydawało mi się to fair. - Musnąłem kciukiem jej policzek. - Próbowałem się zachować honorowo. A czułem, że zjawienie się u ciebie, podczas gdy dźwigam jeszcze ciężar o imieniu Chrystle, nie byłoby czymś honorowym.

- Ty i te twoje zasady... Starasz się robić wszystko, jak należy, ale jakoś nie bardzo ci to wychodzi.

- Często to słyszę.

- Jezu, Jack, to naprawdę fajny dom - oświadczyła Melissa, przesuwając ręką po granitowym blacie w kuchni wynajmowanego przeze mnie domu.

Kiwnąłem głową.

- Czynsze mają tu naprawdę niskie. - Zawahałem się, po czym dodałem: - No i sądziłem, że trochę tu pomieszkam.

- Dziękuj Bogu, że będzie inaczej! Możemy wyjść wieczorem na miasto? Proszę! Chodźmy w jakieś fajne miejsce. - Prosząco wysunęła dolną wargę.

Uśmiechnąłem się kpiąco i zerknąłem na Deana.

- Jasne. - Wzruszyłem ramionami, biorąc łyk ciepławego piwa. W tym małym miasteczku znajdowały się tylko dwa bary, a po tamtym okropnym wieczorze, kiedy na swoje nieszczęście poznałem Chrystle, przysiągłem, że w tamtym akurat lokalu moja noga nigdy więcej nie postanie. Zostawała więc tylko jedna opcja. Nie miałem pojęcia, co to za miejsce.

- Super! - zawołała Melissa, a potem popędziła na górę do łazienki dla gości. - Tylko wezmę prysznic!

Zerknąłem na brata.

- Jak wam idzie?

- Lubi się ze mną całować. - Dean uśmiechnął się jak zadurzony dureń. - Dużo całować.

- A ty co, z gimnazjum jesteś? Co to w ogóle znaczy?

Deanowi zrzedła mina, a mnie szczerze zrobiło się go szkoda. Mój brat stanowił kompletne przeciwieństwo mnie. Z własnej woli przywiązywał się do dziewczyn. Ja odcinałem wszystkie możliwe więzy - to znaczy do czasu Cassie - a on wiązał na nich potrójne węzły. Kiedy Dean się zakochiwał, to całym sercem. Czasami się zastanawiałem, czy nie robił tego na złość mnie. Po to tylko, aby udowodnić, jak bardzo się ode mnie różni.

- To znaczy, że za każdym razem, kiedy ta dziewczyna pozwoli mi się pocałować, to tak właśnie zrobię. Podoba mi się, i to bardzo. Po prostu nie sądzę, abym ja rzeczywiście podobał się jej.

Szturchnąłem go w ramię.

- No to całuj ją lepiej, ośle.

- Całuję ją całkiem dobrze, a ty się chrzań.

- Najwyraźniej nie - przekomarzałem się z nim. Wyczuwszy jednak, że przybiera postawę obronną, wycofałem się. Uwielbiałem się droczyć z młodszym bratem, ale robienie mu przykrości to zupełnie inna sprawa.

- Mam z nią pogadać w twoim imieniu? - zapytałem, zastanawiając się, o co chodzi Melissie.

Dean cały się spiął.

- W żadnym razie. Ostatnie, czego chcę, to żebyś z nią rozmawiał.

- Próbuję ci tylko pomóc, braciszku. - Pociągnąłem kolejny łyk piwa, po czym resztę wylałem do zlewu. Ciepłe smakowało jak siki. Zaczęła lecieć woda pod prysznicem i Dean zerknął w stronę schodów. - No idź tam. Powinieneś wskoczyć razem z nią pod ten prysznic - zasugerowałem ze śmiechem.

- Ale z ciebie palant - odgryzł się, idąc na górę.

- Ale mam rację - zawołałem za nim.

Siedzieliśmy wokół małego, okrągłego stolika, pijąc i śmiejąc się. Melissa walnęła drobną pięścią w drewniany blat, po czym zawołała, przekrzykując muzykę:

- Jack, zapomniałam ci powiedzieć, że wysłałam Cassie ten słoik z dwudziestopięciocentówkami!

Cofnąłem się myślami do dnia, kiedy wyjechała, a ja stałem pośrodku jej pokoju i wpatrywałem się w słoik.

- Dlaczego?

- Prosiła mnie o to. I kazała mi owinąć go w tysiąc warstw folii bąbelkowej, żeby tylko dotarł w całości.

Uniosłem brwi i uśmiechnąłem się. I w tym właśnie momencie kątem oka dostrzegłem ostatnią osobę na ziemi, którą miałem ochotę spotkać. W ślad za nią podążała jej druhna. Cały się spiąłem.

- Och, Vanessa, spójrz tylko, kto tam siedzi. Mój mąż. - W moich uszach rozległ się irytujący głos Chrystle i nagle pożałowałem, że nie jestem głuchy. - Czy to nie przypadkiem ten jego uroczy brat? Vanessa, pamiętasz Deana, prawda? Ze ślubu? - Obejrzała się na przyjaciółkę, która przestępowała z nogi na nogę skrępowana, ale nic nie powiedziała. - Cześć, Dean. Co słychać, kotku? - Chrystle zagruchała z tym swoim ckliwym akcentem, nie przestając naruszać naszej przestrzeni.

Spojrzałem na Melissę: dłonie zacisnęła w pięści, jej oczy przypominały wąskie szparki, a usta wygięły się drwiąco.

- Jezus, Jack, widać to prawda, co mówią o piwnych okularach - wypaliła, obrzucając Chrystle spojrzeniem pełnym odrazy.

Chrystle lekko opadła szczęka. Otworzyła szeroko oczy.

- Co ty powiedziałaś?

- Powiedziałam, że jesteś równie brzydka na zewnątrz, jak i w środku - warknęła Melissa. Choć filigranowa, była dziewczyną z ikrą. Ależ mi się to podobało. Melissa powiedziała Chrystle to, czego ja nie mogłem, żeby przypadkiem nie użyto tego przeciwko mnie w sądzie.

- A ty co za jedna? - Chrystle wyprostowała się i choć się starała, aby zabrzmiało to ostro, nie bardzo jej wyszło. Dostrzegłem, że Vanessa tłumi uśmiech.

- Nie twój zasrany interes - odparowała Melissa i pociągnęła łyk drinka.

- Ależ mój. Widzisz, siedzisz z moim mężem i szwagrem. - Chrystle musnęła opuszkami palców ramię Deana, który się spiął i natychmiast odepchnął jej dłoń.

- Pięknie. - Melissa przewróciła oczami. - Dotknęła cię, Dean. Pewnie jest już w ciąży.

Po tej uwadze nie byłem się w stanie dłużej powstrzymywać. Z mojego gardła wydobył się dudniący śmiech.

- No dobra, zabieraj stąd ten swój brzydki tyłek, żebyśmy mogli przyjemnie spędzić wieczór. - Melissa spojrzała na mnie. - Poważnie, Jack, jaki ty musiałeś być pijany, żeby iść z tym czymś do łóżka? - Jej głos wprost ociekał pogardą.

Chrystle nie przyszła do głowy żadna cięta riposta; oddaliła się spiesznie od naszego stolika, a po drodze potknęła się o jakieś krzesło. Vanessa szybko udała się za nią.

- A niech mnie, kurduplu, byłaś fantastyczna. - Przybiłem z Melissą piątkę nad stołem.

- Najłatwiej zaleźć dziewczynie za skórę, nazywając ją brzydką. Zwłaszcza kiedy wcale taka nie jest - oświadczyła rzeczowo.

- Dobrze wiedzieć. - Dean kiwnął głową.

- Niech ci tylko nic takiego nie przychodzi do głowy, koleś. Zasuniesz mi coś w tym stylu, a nigdy więcej się do ciebie nie odezwę.

Miałem ochotę się zaśmiać.

- Tak jest, psze pani - odpowiedział mój brat. Przyłożył butelkę do ust i pociągnął z niej spory łyk.

Pantofel.

- Ja cię kręcę, a to historia! - Cassie zmrużyła oczy i zawyła ze śmiechu.

- Rzeczywiście było dość zabawnie. - Ucieszyłem się z poprawy jej nastroju.

- Jak to możliwe, że Melissa nie pisnęła ani słówka? Ta historia jest po prostu the best!

- Pewnie nie może się doczekać, aby ci wszystko opowiedzieć - przyznałem, nękany wyrzutami sumienia, że poprosiłem jej przyjaciółkę o zatajenie tak wielu wydarzeń.

- Czy ten troll podpisał potem papiery?

Uśmiech zniknął z mojej twarzy, kiedy sobie przypomniałem, co było dalej.

- Nie.

We troje szliśmy w stronę wyjścia z baru, kiedy przede mną pojawiła się Chrystle. Chwyciła mnie za ramię. Wyrwałem się jej i zawołałem:

- Do kurwy nędzy, nie dotykaj mnie, ty szalona dziwko!

- Chcę z tobą tylko porozmawiać, Jack. - Zatrzepotała rzęsami i przechyliła głowę w bzdurnej próbie udawania słodkiej.

- Co ty na to, żebyśmy porozmawiali, jak już podpiszesz papiery?

Od razu zacisnęła usta.

- Nie podpiszę ich. Niczego nie udowodnisz i doskonale o tym wiesz.

- Tak sobie wmawiaj - zablefowałem.

- Kłamiesz.

- Zapamiętaj, ilu masz przyjaciół, nim ich wszystkich wezwę na świadków i każę zeznawać przeciwko tobie. Jeśli nakłonisz ich do kłamstwa pod przysięgą, dopilnuję, aby trafili do więzienia.

- Nie ośmieliłbyś się! - wyrzuciła z siebie.

- Założymy się? - Nachyliłem się ku jej twarzy, a moje słowa przesiąknięte były gniewem i nienawiścią.

- To i tak nic nie da. Zadbałam o wszystko w najdrobniejszych szczegółach. - Uśmiechnęła się złośliwie, a ja się zastanawiałem, co takiego zrobiłem w poprzednim życiu, że sobie na to zasłużyłem.

- Po prostu podpisz te cholerne papiery, Chrystle.

- Nie.

- Ale dlaczego?

- Bo nie zamierzam dopuścić do tego, abyś tak łatwo się mnie pozbył. - Jej słowom towarzyszył kpiący uśmiech.

- Czy to dla ciebie jakaś cholerna zabawa? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Krew zaczynała we mnie buzować.

- Chcę pozostać mężatką, więc nie podpiszę niczego, co miałoby to zmienić.

Emanowało z niej takie samozadowolenie, że walczyłem z pokusą wydarcia się na nią jak opętany.

Zachowaj spokój, Carter. Nie pozwól, aby ta szalona dziwka wyprowadziła cię z równowagi.

- Zmienić? Myślisz, że to się może nie zmienić?

- Prawdę mówiąc, tak. - Dźwięk jej głosu sprawiał, że zbierało mi się na mdłości.

- Jesteś po prostu złym człowiekiem. - Z frustracją wyrzuciłem ręce w górę.

- Tak samo jak ty! - odparowała.

- Nie. Ja jestem jedynie dupkiem, a to różnica.

Ta dziewczyna wyzwalała we mnie to, co najgorsze. Trochę miałem nadzieję, że Melissa da jej w twarz, skoro ja nie mogłem tego zrobić. Gdyby bicie dziewczyn było czymś akceptowanym społecznie, możliwe, że bym się nad tym zastanowił. Gdyby była facetem, wepchnąłbym jej zęby do gardła.

- Zrobię wszystko, co będzie trzeba, żeby się ciebie pozbyć. Słyszysz mnie? Wszystko, co będzie trzeba.

- Grozisz mi? - zapytała przesadnie głośno.

- Gdybym ci groził, wyraziłbym się nieco ostrzej, niż podpisz te cholerne papiery. - Odwróciłem się od niej i pięścią otworzyłem drzwi baru.

- Nie sądziłam, że da się jej nienawidzić jeszcze bardziej. - Cassie pokręciła z niedowierzaniem głową. - Kto robi coś takiego?

- Szalone suki. Przysięgam, że nigdy więcej nie odezwę się do żadnej dziewczyny, która nie jest tobą.

To w sumie nie taki zły pomysł. Jeśli już nigdy nie będę rozmawiał z żadną fanką, więcej nie wpadnę w tarapaty i Cassie znowu mi zaufa.

- Babci może być przykro. - Mój nowy plan zniweczył słodki głos Cass.

- No tak. Która nie jest tobą i babcią - poprawiłem się i kontynuowałem: - Chrystle następnego dnia złożyła wniosek o wydanie zakazu zbliżania się dla naszej trójki.

- Pierdolisz! Dla ciebie, Deana i Melissy?

Kiwnąłem głową.

- Twierdziła, że jej groziliśmy i że obawia się o swoje bezpieczeństwo.

- Żartujesz? Lepiej, żebym nigdy nie natknęła się na tę dziwkę, inaczej rzeczywiście może się obawiać o swoje bezpieczeństwo. - Zastukała palcami w talerz.

Zaśmiałem się głośno.

- Podoba mi się, kiedy jesteś względem mnie taka opiekuńcza, Kiciu. To urocze.

- Powinieneś ją zamknąć w psychiatryku czy podobnym miejscu, kiedy miałeś okazję. - Jej głos był pełen gniewu, a mnie samego zdumiewała ilość niedorzecznych sytuacji, jakie wydarzyły się w moim życiu przez ostatni rok. - Nadal nie mogę uwierzyć, że Meli mi o niczym nie powiedziała. Przecież tamtego wieczoru, kiedy zobaczyłam cię podczas meczu, od razu do niej zadzwoniłam. Kazała mi cię w końcu przeboleć. Powiedziała, że muszę zamknąć ten etap mojego życia, a tymczasem przez cały czas wiedziała, co robisz.

Złapałem się za kark na wspomnienie widoku Cassie z innym facetem oraz tego, jak bardzo zirytowała się Melissa.

- Aha, w tamtym momencie była już nieźle na mnie wkurzona.

- Dlaczego?

Odwróciłem się w lewo, a potem głośno wypuściłem powietrze.

- Oświadczyła, że musimy ustalić jakąś datę. Że albo do tego czasu sam ci powiem, albo ona to zrobi.

- Co to za data?

Znowu odwróciłem wzrok; prawda nadal była dla mnie bolesna.

- Wyjazd na wiosenne treningi w tym sezonie.

Przyglądałem się, jak obracają się trybiki w jej głowie. Dopasowywała żądania Melissy sprzed kilku miesięcy do ich rozmowy, jaka miała miejsce po zobaczeniu mnie na meczu kilka tygodni temu.

- Ale ona o niczym mi nie powiedziała. Ani... - Urwała, marszcząc czoło. Dotarło do niej, że choć jej przyjaciółka zagroziła, że o wszystkim jej powie, ostatecznie tego nie zrobiła. - Czemu nie powiedziała? Wiedziała, jak bardzo cierpię.

Kiwnąłem głową.

- Wiem. Oświadczyła, że w końcu jesteś tu szczęśliwa. Że dajesz ludziom szansę i podoba ci się wszystko, czego doświadczasz. Bała się, że gdyby o wszystkim ci powiedziała, wróciłabyś do dawnego smutku i że znowu byś się zamknęła w sobie. Uznała, że stanowiłoby to krok w tył zamiast do przodu.

- Chodziło jej o Joeya? - zapytała cicho.

- Tak. Mówiła, że choć to nie to samo, to jednak słyszy w twoim głosie nutkę podekscytowania za każdym razem, kiedy o nim mówisz. - Uśmiechnąłem się z przymusem, gdy tymczasem mój żołądek skręcał się z zazdrości.

- Więc dlatego tak bardzo naciskała, żebym się z nim umówiła. - Przestała skubać lakier na paznokciach i spojrzała na mnie. - Wiedziałeś o nim, tak? To znaczy przed tamtym meczem?

- Mmhmm... - wydusiłem z siebie tylko tyle. Nie miałem prawa czuć gniewu, ale na myśl o innym facecie z moją dziewczyną miałem ochotę wybić dziurę w ścianie. Albo w jego twarzy.

- Od Deana? - zapytała z ciekawością.

- Głównie tak. Po tym, jak Melissa się na mnie wkurzyła, chyba sprawiało jej przyjemność opowiadanie mi o tym, że w twoim życiu pojawił się ktoś inny. Naskoczyła na mnie jednego wieczoru, kiedy Chrystle w końcu podpisała papiery, a ja nadal do ciebie nie zadzwoniłem. Oświadczyłem jej, że próbuję sobie wszystko poukładać, ale ona zaczęła się na mnie wydzierać. - Wzdrygnąłem się na wspomnienie tamtego dnia. Jak na tak drobną osobę, dysponowała naprawdę niezłym głosem. - Zapytała co, do cholery, muszę sobie jeszcze układać. A potem kazała mi dać ci spokój raz na zawsze. - Cassie zasłoniła dłonią usta. - Wtedy akurat czekałem na odpowiedź w sprawie do transferu. Nikt nie wiedział, że próbuję do niego doprowadzić. Nawet Dean.

- Ja... - Urwała i odetchnęła. - Nie wiem nawet, co powiedzieć.

- Czuję się jak bohater cholernego filmu z kanału Lifetime. Albo tego durnego show Maury'ego Povicha. - Popatrzyłem w jej zielone oczy. Boże, ona jest taka piękna. Jak mogłem ją tak skrzywdzić? - To wszystko jest dla mnie czystym szaleństwem.

- Rzeczywiście jest tego sporo - zgodziła się Cassie.