Glastonbury Tor
Agnieszka miała chłopaka w Anglii. Poznała go w ENVY, był niższy od niej i bardzo szczupły. "Maszkaron się przyczepił!" - komentował Mirek, widząc, że Ben chodzi jak cień za dziewczyną. Anglik nie imponował posturą, był jednak inteligentny. Należał do spokojnych i pobłażliwych osób, które dają pewne poczucie bezpieczeństwa. Wymienili się numerami telefonów; pierwszy tydzień upłynął im na wymienianiu SMS-ów o treści zalotno-informacyjnej. Kiedy pierwsze lody zostały przełamane, umówili się na randkę w zacisznym pubie. W sobotni wieczór zdenerwowana dziewczyna przyprawiała Monikę o paroksyzmy śmiechu.
- Tak się trzęsiesz, jakby ci mieli łeb obciąć! Wyluzuj, na litość boską! - pouczała przyjaciółkę Monika.
Randka minęła całkiem przyjemnie. Ben próbował nauczyć się jej polskiego nazwiska, komplementował nos i stwierdził, że dobrze mówi po angielsku. Podobało mu się, że Agnieszka umiała słuchać.
- Mam wrażenie, że widzisz mnie takiego, jakim jestem! - powiedział.
Nieoczekiwanie dla siebie, znalazła chłopaka. Nie była to wielka miłość, lecz wszyscy kogoś mieli; więc cieszyła się, że i ona też. Ich krótki związek przypominał romans nastolatków, Ben czekał na nią przed biblioteką, chodzili do kawiarni na ciastka i herbatę z mlekiem. Raz poszła do jego mieszkania - był wielbicielem kina grozy i zapełnił cały regał horrorami. Sporo rozmawiali, opowiedział Agnieszce o najważniejszej kobiecie swego życia, starszej od niego mężatce. Jego polska dziewczyna nie miała zbyt wiele do wyznania w tych sprawach.
Po miesiącu sielanki Ben zdecydował, że zakończy związek, wysłał jej SMS z tradycyjnym: "Lepiej, jeśli zostaniemy przyjaciółmi". Zrobiło się jej przykro i nawet płakała, myśląc, że nikt jej nigdy nie nazwie: "moja dziewczyno". Miało to miejsce w czwartek; w niedzielę Ben wysłał SMS: "Tylko ty widzisz mnie takiego, jakim jestem...". Być może naiwna Agnieszka wzięłaby go z powrotem, doniesiono jej jednak, że w sobotę bawił się w najlepsze w ENVY. Takich rzeczy się nie wybacza!
***
Słowo tor w języku Celtów oznacza wzgórze; z daleka wyglądało jak piramida z wieżą na szczycie. W części centralnej widać trzy wijące się, spiralne ścieżki, znane jako "Droga Pielgrzyma". Uważa się, że kapłani Słońca wspinali się tędy na szczyt, gdzie stała świątynia. W zamierzchłych czasach stał tu krąg masywnych kamieni, zupełnie jak w otwartej świątyni Słońca w Stonehenge. Kiedy pogaństwo zostało zastąpione przez chrześcijaństwo, kamienny krąg został obalony i rozebrany na kawałki, które posłużyły do budowy katedry Glastonbury Abbey. Obecnie pozbawiona dachu wieża na szczycie to jedyna pozostałość z kościoła św. Michała Archanioła; jej wnętrze uważane jest za centrum magicznych sił.
Pewnego ponurego i deszczowego popołudnia Agnieszka wspinała się na Glastonbury Tor. Na szczycie wzgórza uwieńczonego ruinami kościoła widać było niewyraźną sylwetkę, w której po pewnej chwili rozpoznała Gava. Nie była zadowolona ze spotkania. Udając, że go nie widzi, podeszła do masywnej wieży z szarego kamienia. Widoczne tu i ówdzie małe okienka pozwalały zobaczyć imponującą grubość muru; w słoneczne dni wpadało przez nie światło.
Uniosła głowę i patrzyła na ołowiane niebo. Po dłuższej chwili wyszła na zewnątrz, z Toru rozciągał się przyjemny widok na łąki i miasteczko, z miejsca, gdzie stała, szare dachy i białe ściany domów zdawały się tworzyć rodzaj zakola. Zerknęła w stronę mężczyzny stojącego parę kroków dalej i zaczęła schodzić na dół. Nie zdziwiła się, kiedy po chwili Gavin zrównał się z nią.
- Masz chusteczkę? - zapytał.
- Nie mam - odparła.
Spojrzał na nią z ukosa: nachmurzona mina nie zdradzała chęci do rozmowy, dziewczyna wyglądała na zasępioną. W milczeniu zeszli ze wzgórza, znaleźli się na wyłożonej kamieniami dróżce, którą od ulicy prowadzącej do miasteczka odgradzała zbita z nielicznych desek bramka - zapora dla krów, pasących się często na Torze. Przestało padać, krople deszczu błyszczały na bujnym żywopłocie, rosnącym przy drodze.
Agnieszka zerknęła na Gava - czterdziestolatek był blady i wyglądał smutno. Przystojną twarz mężczyzny okalały bardzo jasne włosy, których pozazdrościć mogła niejedna dziewczyna. Gęste, w kolorze platyny, ładnie się układały; Gav nosił je dosyć długie. Odwzajemnił spojrzenie, w szaroniebieskich oczach widać było zmęczenie i rezygnację. Zabiło jej serce, zagapiła się w leżące na ziemi liście. Niedawno minął dzień Świętego Walentego; szczęśliwie zakochana Monika poprosiła Agnieszkę, która miała akurat wolne, by kupiła prezencik dla Tobiego. Być samotną i kupować upominki dla cudzego chłopaka - cóż za upokorzenie...
- Mieszkasz w Street, zabiorę cię tam, nie będziesz musiała czekać na autobus! - odezwał się.
- Dobrze. Czemu nie? - odparła Agnieszka.
Ruszyli z miejsca, Gav otworzył zbitą z desek bramę i przepuścił dziewczynę. Szli obok siebie, starała się zachować dystans, trzymała się jednak zbyt blisko mokrego żywopłotu i liście moczyły jej kurtkę.
***
Siedzieli po dwóch stronach stolika w wyłożonym boazerią pubie; pili piwo i jedli frytki z małego talerzyka. Pozwoliła sobie skomplementować w myślach proste zęby i ładne oczy Anglika. Ze zdziwieniem zauważyła, że zaczynał się jej podobać.
- Jak ci się żyje w Anglii? - odezwał się Gavin.
- Wiesz... myślałam, że wyjadę stąd po dwóch miesiącach. Przyjechałam w czerwcu zeszłego roku. Planowałam zobaczyć trochę świata, pouczyć się języka. Minęło już sześć miesięcy i chciałabym jeszcze tu zostać! - odparła.
- Masz przyjaciół w Street?
- Tak, znam trochę Polaków... No i jest Monika. A tobie jak się żyje w Glastonbury?
- Dosyć... - zaczął mówić i przerwał, słychać było dzwonek telefonu.
Agnieszka wyjęła komórkę z torebki.
- To Monika.
Gav uczynił przyzwalający gest i wypił łyk piwa.
- Hej, Monika, co tam? Co? Jaki wypadek? Jesteś z Mirkiem? Gdzie jesteście, przy drodze? Samochód jest na chodzie? - wyrzucała z siebie szybko Agnieszka. - Monika, nie wiem, co robić, jestem w pubie... Co? Z Gavem, później ci opowiem. Tak, ma samochód, ale nie wiem, czy mogę poprosić... Dobrze, zapytam.
Skończyła rozmowę i włożyła telefon do torebki.
- Wszystko z nią w porządku? - zapytał Gav.
- Niestety, ma kłopoty. Ona i nasz przyjaciel Mirek jechali do Wells, samochód wyskoczył z drogi i ugrzązł. Nie poradzą sobie, potrzebują kogoś z autem, kto pomoże.
- Mogę się przydać!
- Nie chcę ci sprawiać kłopotów.
- Nie przejmuj się, musimy tylko zrozumieć, gdzie się dokładnie znajdują.
- Dzięki Gav, bardzo to miłe z twojej strony - rzekła Agnieszka. - Powiem, że przyjeżdżamy!
Na poboczu pustawej jezdni widać było dwa samochody. Jeden utknął w rowie, drugi zaś wyciągał go na jezdnię. Padał deszcz. Ubrana w minispódniczkę i kozaki na koturnie Monika paliła papierosa. Samochód Mirka wydostał się w końcu na jezdnię, chłopak wyszedł z auta i zlustrował je dokładnie. Gav zaparkował na poboczu i podszedł do niego.
- No, jużeśmy pojechali do Wells! Teraz aby nam się do Streetu dostać! - rzekł Mirek.
- Myślisz, że dojedziesz do Street? - zapytała Agnieszka.
- Zobaczym. Powiedz temu swojemu, żeby jechał za nami. Jakby co, zatrzyma się, pomoże.
- Jakiemu "mojemu"? - Rzuciła mu oburzone spojrzenie. - Spotkałam go przypadkiem na Torze!
- Dobra, dobra! - Mirek machnął ręką.
- Dzięki za pomoc, Gav - powiedziała Agnieszka. - On nie jedzie do Wells, chce wracać do Street... Pyta, czy możesz jechać za nim, żeby pomóc mu znowu, jeżeli będzie miał kłopoty.
- W porządku. Jedziesz z nim czy ze mną?
- Z tobą.
Również Monika wsiadła do auta Gava. Mirek ruszył ostrożnie; w pewnym momencie spod kół zaczął sypać się snop iskier. Chłopak nie zatrzymał się jednak i obydwa samochody znikły w ciemnościach i deszczu. Po pół godzinie znaleźli się w Street - wjechali w uliczkę jednopiętrowych domków, zaparkowali w pobliżu jednego z nich i wysiedli z samochodów.
- Ja bym u was przenocował dzisiaj, dziewczyny - powiedział Mirek. - W takim stanie nie dojadę do Butleigh.
- Jak chcesz... Dzięki, Gav! - rzekła Monika, po czym rzuciła po angielsku do Agnieszki. - Cześć, skarbie!
- To i ja już pójdę - powiedział Mirek. - Dzięki!
- Nie ma za co, na razie! - odparł Gav.
Monika i Mirek znikli za drzwiami jednego z domów, pozostawiając Agnieszkę i Anglika na dworze.
- Dzięki za pomoc! - odezwała się dziewczyna.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Oczywiście. Czemu nie? Na razie!
Gav wsiadł do auta i odjechał. Agnieszka przekręciła klucz w zamku i weszła do domu. W saloniku znajdowali się Monika i Mirek, oglądali telewizję, paląc papierosy i popijając jakieś napoje.
- Cześć, skarbie! Gdzie go dorwałaś?
- Na Torze. Poszłam na spacer i on tam był.
- Mmm, jaka romantyczna historia! Masz jego telefon? - spytała Monika.
- Tak. Monika, idę spać, dość mam na dzisiaj.
- Idzie śnić o Gavinie! - zażartował Mirek. - Z nim lepiej uważaj!
Agnieszka wyszła z saloniku; jej przyjaciele wpatrywali się w śnieżący, czarno-biały ekran telewizora.
***
W egipskich ciemnościach mieszkania na Woodsbatch rozległ się donośny dzwonek do drzwi, potem znowu i jeszcze raz. Agnieszka zapaliła światło i spojrzała na zegarek: była trzecia w nocy. Nałożyła sweter na pidżamę i zeszła na dół, w salonie na kanapie siedział rozespany Mirek, który również włączył lampkę.
- Idziesz otworzyć? - zapytał Mirek.
- Tak.
Zeszła po schodkach na parter i otworzyła drzwi, w ciemności widać było dwóch policjantów.
- Mieszkasz tutaj? - zapytał jeden z nich.
- Tak. Co się stało?
- Ukradziono samochód tej nocy. - poinformował ją policjant. - Powiedziano nam, że osoba, która dokonała przestępstwa znajduje się w tym domu.
- Pozwolisz nam wejść? - zapytał drugi.
- Myślę, że tak...
Przepuściła ich; skierowali się na górę i weszli do saloniku, w którym oprócz Mirka znajdowała się również Monika. Przyglądali się Polakowi.
- Dzień dobry, przepraszamy za zakłócenie odpoczynku. Szukamy osoby, która ukradła samochód - rzekł jeden z policjantów
- Ja nie pijany! Ja nie pijany! - mówił Mirek.
- Nazywasz się Antoni Dziechciaruk?
Mirek patrzył na policjantów przerażonym wzrokiem, podniósł się z kanapy i szukał obuwia.
- Nie nazywa się Antoni Dziechciaruk, to Mirosław Plizło - rzekła Monika.
- Masz dowód osobisty? - zapytał policjant.
Mirek nakładał buty w pośpiechu, wpatrując się w policjantów.
- Pytają, czy masz dowód! - powtórzyła Monika.
- Nie mam, został w domu!
- Nie ma dowodu - poinformowała policjantów Monika.
- Prosimy udać się z nami.
- Masz iść z nimi, ale szukają kogoś, kto ukradł samochód, zaraz cię wypuszczą.
Przestraszony chłopak opuścił salonik w towarzystwie policjanta. Schodząc po schodach, słyszał, jak jego kolega zwraca się do dziewcząt.
- Chciałbym zadać wam kilka pytań, jeśli nie macie nic przeciwko temu!
Przed domem stał radiowóz; siedzący w środku Robert wyglądał na zdezorientowanego i głupio się uśmiechał.
- Czy to on, Rob? - zapytał policjant.
- Nie, to nie on! Nazywa się Mirek.
Policjant popchnął lekko Mirka do środka auta, wszedł za nim i zasunął za sobą drzwi.