Rozdział I
U barona Philippe'a de Morlux
Minęły trzy dni, odkąd baron Philippe de Morlux widział się ze swoim bratem Karlem. Minęło pięć dni, w ciągu których nie nadeszły żadne wieści od jego syna Agenora. Baron był głęboko zaniepokojony. Tymczasem, jak wszystkie słabe natury, które boją się niebezpieczeństwa i nie mają odwagi wyjść mu naprzeciw, wahał się, czy wysłać list do wicehrabiego. Jeszcze bardziej wahał się, czy odpowiedzieć teściowej, która nie widziała Agenora, chociaż ten wyjechał do Rennes.
Wreszcie czwartego dnia rano, kiedy pan de Morlux, który nie mógł jeszcze opuścić łóżka, zażądał podania swoich dzienników, lokaj przyniósł mu je, mówiąc:
- Jeśli pan baron zechce przeczytać wieczorną gazetę, znajdzie w niej coś interesującego, o czym wszyscy w Paryżu mówią od wczorajszego wieczora.
- Co się dzieje? - zapytał obojętnie baron.
- Chodzi bunt w Saint-Lazare, panie.
Pan de Morlux zadrżał na tę nazwę, po czym odprawił lokaja, a kiedy ten wyszedł, chwycił gazetę i z żarliwością ją przeczytał. Jego brat Karle był zbyt dobrze go poinformował, by w dziewczynie nie rozpoznał A..., nieszczęsne dziecko swojej rasy, aresztowanej wraz ze złodziejkami i wtrąconej do więzienia. W gazecie napisano, że dziewczyna A... nie żyje! Antoinette nie żyje! To znaczyło, że została zamordowana... i to zamordowana przez trucicieli swojej matki. Pan de Morlux przez całe życie, z powodu słabości i egoizmu, był narzędziem tego nieubłaganego człowieka, który nazywał się wicehrabia Karle de Morlux. Przez całe życie cierpiał z powodu woli i żelaznego jarzma brata. Czasami jednak próbował się buntować, czasami w jego torturowanym sercu pojawiało się uczciwe uczucie; jednak wybuch śmiechu Karle'a tłumił to uczucie.
W tym momencie jednak postać, o której od kilku dni bezskutecznie starał się zapomnieć, a która cały czas była obecna w jego myślach, a nawet we snach, postać zrozpaczona, ogarnięta długimi wyrzutami sumienia, zdawała się stać przed nim i ponownie wołać do niego:
- Nawróć się! Okaż skruchę!
Była to postać doktora Vincenta, będącego narzędziem w jego pierwszej zbrodni. Wtedy pan de Morlux pomyślał o tym biednym dziecku, które kochał jego syn i o którego pracowitej i ubogiej młodości, urodzie i cnotach mu opowiadał... Zobaczył ją leżącą bladą i zimną w trumnie, tę ofiarę krwawych bojaźni jej brata Karle'a. Nagle baron, myśląc o swoim synu, powiedział do siebie z trwogą:
- Agenor jest w stanie z tego powodu umrzeć!
Kiedy jednak poddawał się falom strachu wywoływanego wyrzutami sumienia, drzwi się otworzyły i wszedł wicehrabia Karle. Starszy z braci był spokojny, uśmiechnięty, poruszał się jak młody człowiek.
- Jak się masz? - zapytał spokojnym tonem. Następnie, widząc go bladego i wzburzonego, rzekł:
- Ale co się z tobą dzieje?
Baron podał mu gazetę i palcem pokazał artykuł noszący tytuł:
Dramat w Saint-Lazare
- Słowo honoru! - powiedział wicehrabia, uśmiechając się promiennie - że też nie ma sposobu wzbronienia im, by nie publikowali podobnych wiadomości. Po co u diabła mieszają się w te sprawy?
- Ty już o tym wiedziałeś?
Karle de Morlux spojrzał na swojego brata, jakby chciał powiedzieć: "Ależ ten chłopak jest idiotą!".
Następnie usiadł w fotelu obok łóżka barona, wyciągnął z etui cygaro i zaczął je spokojnie palić.
- Jesteś bardzo spokojny - stwierdził baron.
- Wczoraj taki nie byłem - odparł Karle.
- Ach!
- Spędziłem dzień, który nazwałbym straszliwym.
- Więc wiedziałeś, co się stało?
- Prawdę powiedziawszy, spodziewałem się tego... ale najbardziej zręczne kombinacje czasem zawodzą, a nie ma instrumentu tak dobrze zahartowanego, by nie złamał się w dłoni.
- Nie rozumiem - wyjąkał baron.
- Wiesz jednak, że zatrudniłem niejakiego Timoléona?
- Tak, wiem.
- Prawie nas zdradził.
- Dla pieniędzy?
- Nie, ze strachu. Wyobraź sobie, że ten głupiec wyobraził sobie, że mamy poważnych przeciwników, ludzi, którzy przysięgli uratować Antoinette, mianowicie niejakiego Rocambole'a, zbiegłego galernika... Słyszałeś kiedyś o Klubie Sług Serca?
- Nigdy! - odparł baron.
- Wyobraźnia tego dobrego człowieka szalała. Wszędzie widział Rocambole'a; jednak to prawda, że do tego wszystkiego był pewien powód.
- Ach!
- Czy nie jesteś leczony przez Mulata, którego tu widziałem?
- Tak, zgadza się.
- Przedwczoraj w nocy ten Mulat podał się za Rocambole'a.
Wtedy Karle de Morlux łaskawie, ze spokojem w sercu opowiedział bratu o wydarzeniach minionego dnia i o próbie aresztowania, która miała miejsce na ulicy des Dames.
Baron słuchał brata ze zdwojonym niepokojem.
- A kto ci zaręczy - powiedział w końcu - że to wszystko nie jest prawdą?
- Logika faktów.
- Wytłumacz jaśniej...
- Albo Rocambole istnieje, albo nie. Zobaczysz, jaki wniosek wyciągam z tej prawdy w sposób, w jaki zrobił to pan de la Palisse1.
- Zobaczmy - powiedział baron, którego stopniowo uspokajała zimna krew jego brata Karle'a.
Wicehrabia kontynuował:
- Jeśli Rocambole istnieje, to nie jest tak silny, jak twierdzi Timoléon, albo nigdy nie mieszał się w nasze sprawy. Co chcieliśmy zrobić? Sprawić, by Antoinette zniknęła, prawda?
- Tak, to prawda.
- Cóż, ona nie żyje...! Cel został osiągnięty, a Rocambole pokonany.
- Ale czy jesteś pewny, że ona nie żyje?
Karle de Morlux zaśmiał się.
- Myślisz więc - powiedział - że administracja więzienia bawi się, publikując fałszywe wiadomości?
- To prawda. Lecz kto ją otruł?
- To Timoléon się tym zajął, za pięćdziesiąt tysięcy franków, które wyliczysz jemu lub komukolwiek, kto przyjdzie w jego imieniu, bo za godzinę wyjeżdżam z Paryża.
- Wyjeżdżasz? - krzyknął baron. - Dokąd się wybierasz?
- Do Rosji.
Wtedy pan de Morlux dostrzegł, że jego brat jest w ubraniu podróżnym.
- Mam swój powóz na dole - powiedział wicehrabia - i zamierzam wsiąść do pociągu do Kolonii, który odjeżdża dokładnie w południe.
- Ale co zamierzasz robić w Rosji?
- Na honor, mój drogi - odparł flegmatycznie Karle - nie masz ani uncji pamięci. Antoinette ma siostrę.
- Ach, to prawda...!
- Która jest nauczycielką w Rosji.
- Agenor mówił mi o tym.
- Co się tyczy Agenora - powiedział wicehrabia - przekażę ci kilka wiadomości na jego temat.
- Wiesz, gdzie on jest?
- Dalibóg! Jest w Angers, w hotelu, w łóżku, od rany zadanej mu szpadą przez oficera. Och! - dodał wicehrabia, widząc, że jego brat zbladł - bądź pewny, że nie umrze, ale zostawi nas w spokoju przynajmniej na trzy tygodnie i zapomni o swojej drogiej Antoinette.
- Ależ, mój bracie - szepnął baron de Morlux - czy nie dość kolejnej brodni...! Nigdy nie obawiałeś się kary?
- Kara jest dla głupców, którzy dają się złapać - odpowiedział wicehrabia.
- Bracie... bracie... boję się...
- Czego się boisz?
- Och, Boga! - odparł baron, wznosząc w górę rękę.
Karle wzruszył ramionami i odpowiedział:
- A ja boję się gilotyny, słyszysz? Dlatego podejmuję środki ostrożności.
- Ale czy właśnie to nieszczęsne dziecko, które zmarło na skutek otrucia, posłałoby cię na szafot?
- Być może... czyż nie znała już nazwiska swojej matki? Czy jedno odkrycie nie prowadzi do drugiego?
Baron de Morlux pochylił głowę. Karle kontynuował:
- Ta z sióstr, która jest w Rosji, jeszcze nic nie wie...
- Ach!
- Przynajmniej tak wynika z listu, który ukradłem z domu Antoinette.
- A ta stara nauczycielka, gdzie ona jest?
- Nadal w Auteuil. Ona jest trochę szalona... Niedługo umrze.
- Ale skoro ta druga nic nie wie... - dodał baron.
- Być może pewnego dnia będzie wiedziała.
- Kto wie? Prawdopodobnie nigdy nie wróci do Francji.
- To właśnie cię zwodzi.
- Ach!
- Powiem ci nawet, że jest już w drodze.
- Dlaczego więc wyjeżdżasz?
- Zamierzam się z nią spotkać - powiedział Karle de Morlux ze złowrogim uśmiechem.
- Ach! - rzekł baron. - Czy będziemy piętrzyć zbrodnię za zbrodnią, aby zachować tę fortunę, którą ukradliśmy?
- Jesteś głupcem! - stwierdził wicehrabia, po czym wstał i dodał:
- Zresztą, po co ty się wtrącasz? Czy ja sam nie wykonałem całej pracy?
Rzekłszy to pożegnał brata.
Godzinę później Karle de Morlux wsiadł do powozu, szepcząc:
- A teraz na spotkanie z Madeleine!
1 Jacques II de Chabannes de La Palice lub la Palisse (1470-1525) - francuski arystokrata i oficer, zginął w bitwie pod Pawią.