2 SĄ TAKIE DNI
Jezu! - zdołała tylko wykrztusić Amy Cross na widok byłego męża, który wszedł do jej domu kulejąc. Zanim wybrała, czy się na niego wydrzeć, czy też go pielęgnować, z zadumy wyrwał ją Andy, wbiegając do salonu w poszukiwaniu tego, co mu Layton przyniósł. On również stanął jak wryty. Później sobie przypomniał.
- Czy to przez armatę? Wystrzelili cię z armaty?
- Aha - przypomniała sobie Amy - Mardi Gras.
- Co sobie złamałeś tym razem, tato?
Layton nie był pewien. Czuł wyraźnie cały prawy bok: nadgarstek bolał przy obrocie, odczuwał rwanie w biodrze, noga była posiniaczona, a otarcie na ramieniu paliło żywym ogniem. Nie przypomniał sobie, by zanim cyngiel puścił go w ruch, ktokolwiek mówił mu o przewrocie przed wpadnięciem w siatkę. Było za późno, by zrobić coś konkretniejszego niż lekki skręt, po którym prawy bok ciała walnął z impetem w krawędź siatki. A kiedy ocknął się po chwilowym omdleniu i wystarczająco dużo scen z życia przesunęło mu się przed oczami, zaczął żałować, że w ogóle pomyślał o tym numerze. Na pewno nie wyglądało to dobrze, ale przynajmniej udało mu się zejść z pola o własnych siłach, machając do tłumu lewą ręką. Czy podczas tej czynności uśmiechał się czy nie, zobaczy w wieczornych wiadomościach.
- Będziesz mógł w tym stanie poradzić sobie z dziećmi? - zapytała Amy.
Layton spojrzał na jej dwie zapakowane torby od Larka stojące przy drzwiach i przytaknął, starając się nie skrzywić.
- Bo ja jeszcze mogę zmienić rezerwację. Nie jest mi to na rękę, ale gdybyś potrzebował pomocy...
- Nie ma takiej potrzeby - odparł Layton. - Dzieci się mną zajmą. Gdzie jest Leanne?
- Bawi się z u sąsiadów. Zawołam ją.
- Nie, nie trzeba.
- I tak musi wrócić, skoro masz mnie zawieźć na lotnisko. Chcesz, żebym zadzwoniła po taksówkę?
- Poprowadzę. Udało mi się przecież tu przyjechać. Dobrze cię widzieć, Amy.
- Jestem zaskoczona, że w ogóle coś widzisz tym okiem. Spuchło jak diabli.
- Jakbyś dostał w limo - dodał Andy, a Layton próbował uśmiechnąć się do swego syna. - Jak to jest, gdy cię wystrzeliwują?
Andy chciał wraz z mamą obserwować lot taty, ale Amy nie uważała za dobry pomysł, by siedmiolatek stał się świadkiem wydarzenia, które mogło zakończyć się zejściem ojca. Poza tym musiała się spakować i uporządkować wszystko przed odlotem do Michigan na spotkanie ze swoją matką.
Layton wyciągnął lewe ramię i palcem przywołał Andy'ego bliżej. Położył synowi rękę na głowie i powiedział: "To był dopiero huk".
Layton Cross był gwiazdą filmową, której blask zaczynał już blaknąć. W wieku dwudziestu sześciu lat jego twarz pojawiła się na okładce "Newsweeka". Był to nie lada wyczyn, gdyż tego samego roku De Niro, Duvall i Peter O'Toole zdobyli uznanie za Wściekłego byka, Wielkiego Santiniego i Kaskadera. Jego cztery pierwsze filmy zarobiły w sumie dwieście milionów dolarów, co plasowało go na szczycie listy kasowych aktorów, a nie były to filmy akcji dla nastolatków. Z czterema kolejnymi już nie było tak dobrze, ale wciąż zarabiały nieźle - średnio po trzydzieści milionów każdy. Cross był postrzegany przez aktorów nowej ery jako pozostałość poprzedniej epoki. Często porównywano go z Humphreyem Bogartem, chociaż w ogóle go nie przypominał. Był o dobre trzydzieści centymetrów wyższy niż "Bogie", miał mocną, kanciastą szczękę, którą bezsensownie skrywał pod zarostem, grube, ciemne, kręcone włosy i jasnoszare oczy. Orli niegdyś nos był teraz nieco skrzywiony, bo w miejscu, w którym jego pierwsza żona, Samantha Sanders, uderzyła go mosiężną szuflą przeciwpożarową, pękła w nim kość. Koronki założyli mu bardzo starannie, ale pozostał mu po tym wydarzeniu nieco krzywy, nigdy nieskorygowany zgryz. Zjednał sobie tym powszechną sympatię krytyków.
Grał u boku najsłynniejszych aktorów, pod okiem najlepszych reżyserów i nakręcił trzy filmy zagraniczne - jeden we Włoszech, drugi we Francji, a trzeci w Australii. "Newsweek" nazywał go współczesnym Syzyfem, egzystencjalnym Everymanem, który dźwigał na ramionach brzemię swego pokolenia. To porównanie nic Laytonowi nie mówiło, kupił więc sobie mitologię grecką. Niewiele zrozumiał.
Podobnie jak wielu aktorów stał się ofiarą własnej ignorancji i upodabniał do swojego wizerunku w prasie. Etykietkę "egzystencjalisty" kojarzono z latami sześćdziesiątymi i Wietnamem. W dekadzie zachłanności, jaką miały się stać lata osiemdziesiąte, nie był to powszechnie stosowany przydomek. Layton utracił poczucie humoru, przestał brać LSD i trochę ześwirował. Te wszystkie przygody kosztowały go utratę małżeństw, dobrze zapowiadającej się kariery, tożsamości, a nawet członkostwa w klubie tenisowym. Teraz, kiedy u władzy znajdowali się demokraci, wciąż starał się ponownie stanąć na nogach.
- Mam propozycję nakręcenia filmu w Hiszpanii - powiedział Layton do Amy, która wrzucała kosmetyki i przybory toaletowe do bagażu podręcznego.
- Poczekaj z tym wyjazdem, aż wrócę - ostrzegła go, wpatrując się w jego odbicie w łazienkowym lustrze. - Jak zostawisz dzieci same...
- To niezwykle ciekawy scenariusz - kontynuował Layton. Jego posiniaczone ciało wciąż tętniło tępym bólem, ale nie mógł się powstrzymać. - O facecie, który morduje swoją byłą żonę, ponieważ ta wciąż stara się zmienić go na swój obraz i podobieństwo.
- Ja już dawno dałam za wygraną - odparła Amy. - Jak można zmienić kogoś, kto nawet nie wie, kim chciałby być, kiedy dorośnie?
- Słuchaj - powiedział Layton. - Przecież wiesz, że nigdy nie chciałem dorosnąć.
Starał się uśmiechnąć, ale zbladł na twarzy, bo nagle poczuł się tak, jakby jego ciało za chwilę miało się rozpaść.
Kiedy doszedł do siebie, leżał na plecach w łóżku Amy. Było ciemno i słyszał tylko odgłosy dobiegające z telewizora w salonie. Kiedy Amy weszła do sypialni, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje, przybrał minę zbitego psiaka.
- Myślałem, że miałaś być w Michigan - powiedział.
- Mam drugi lot jutro po południu. Będzie to kosztować dodatkowe sześć stów, ale wiem, że tyle jeszcze masz.
- Przepraszam, Amy.
- Miałeś swoje pięć minut w wiadomościach o piątej. Wyglądało bardzo ładnie, no może z wyjątkiem lądowania. Ale Andy jest z ciebie dumny, więc...
Layton zamknął oczy, starając się o wszystkim zapomnieć.
Amy była o jedenaście lat młodsza od Laytona, choć na to nie wyglądała. Lubiła pić, palić, ćpać i miała wory pod oczami, przypominające kształtem niewielkie sakwy pod ślepiami baseta. Pomimo tego wciąż była jako tako atrakcyjna.
Wprowadziła się z Laytonem na Hollywood Hills tuż po tym, jak zalegalizowali swój związek, w czasie kiedy kwitnące ceny rynku nieruchomości strzelały wysoko w górę, jak popcorn. Gdyby kupili dom trzy lata wcześniej albo cztery lata później, spłata hipoteki wyniosłaby ich nie więcej niż dwa tysiące dolarów miesięcznie, a tak miała ciężki orzech do zgryzienia w postaci dwa razy większej kwoty. Jednak w latach, w których tu mieszkała, zarówno z Laytonem jak i bez niego, czuła się stosunkowo bezpiecznie: tylko raz skradziono rowery dzieci, pocztę dwa razy i raz włamano się do domu podczas ich nieobecności. Nikogo nie obrabowano tu z bronią w ręku, żaden łachmaniarz nie wysprejował swojego inicjału na ścianie domu, żaden piroman nie puścił ich z dymem; dom nie ucierpiał też podczas trzęsienia ziemi o sile 6,8, które miało epicentrum w Northridge, czyli niecałe czterdzieści kilometrów dalej, i mówiąc uczciwie, był to swoisty rekord jak na Los Angeles.
Kiedy Layton odszedł od niej, nauczyła się sama zarabiać na siebie i dzieci. Pracowała jako wolny strzelec przy filmowej edycji dźwięku. Nie kończyła żadnych szkół, ale miała dwóch przyjaciół, którzy wykonywali ten zawód i zaproponowali, że ją tego nauczą. W końcu kupiła używaną movieolę i zaczęła zbierać ścinki taśm, często wyrzucane w studiach montażowych, w których terminowała. Te skrawki zostały później dokładnie poukładane, a ona zaczęła budować bibliotekę dźwięków filmowych, starannie opisanych na pudełkach z taśmą: dźwięki anatomiczne pod A, balangi pod B, ciężkie kroki pod C, dynamit i eksplozje pod D i E, zakład fryzjerski pod F i tak dalej. W ten sposób mogła w domu dopasowywać odpowiednie dźwięki do filmów. Tym samym była na miejscu, kiedy potrzebowały jej dzieci, i mogła pracować nad filmem, kiedy miała czas, co często oznaczało wczesny ranek i noc. Nie zarabiała tyle co aktorzy, ale udawało się jej utrzymywać ciągłość zleceń i nie była zależna od pieniędzy Laytona.
Obudziły go dźwięki psa szczekającego w kanionie, a może był to kojot polujący na królika czy innego gryzonia. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że Amy śpi obok. Przywykła już do odgłosów zwierząt. Minęło sporo czasu, może ze cztery lata, odkąd przestała z nim sypiać, i chociaż teraz ciało miał obolałe, do mózgu zaczynały dochodzić inne sygnały.
Cicho podniósł się na łóżku i spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta. Wstał, żeby zrobić siusiu. Następnie poszedł korytarzem do pokojów dzieci i postał chwilę nad każdym z nich, patrząc, jak śpi. Wszedł do łazienki Leanne i wyszorował zęby jej szczoteczką. Po powrocie do sypialni Amy rozebrał się do naga i ponownie położył do łóżka. Dotknął prawą stopą palców jej lewej stopy. Spała na plecach. Delikatnie wsunął jej dłoń pod koszulkę. Poczuł gładki brzuch i miękkie piersi. Sutki stwardniały jak orzeszki, więc palcami zaczął wodzić wokół nich. Kiedy jego ręka powędrowała niżej, Amy zaczęła się odwracać w jego stronę.
- Layton, co ty wyrabiasz? - zapytała jeszcze przez sen.
- Wspominam sobie.
- Myślałam, że wszystkie kości cię bolą.
- Jedna kość zawsze jest sprawna.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - powiedziała Amy i zaczęła otwierać oczy.
- Jutro wyjeżdżasz - powiedział Layton.
- No i co z tego?
- To z tego, że to już było tak dawno, Amy.
- Może dla ciebie, Layt.
Zabrał rękę z jej krocza i zmarszczył brwi. To były bezwzględne słowa, lecz Amy nie była pewna, czy chce się z nim kochać. Był ojcem jej dzieci i kiedyś bardzo go kochała, ale wyrządził jej tak wielką krzywdę, że wolałaby o wszystkim zapomnieć. Od jakiegoś czasu jej były mąż należał już do przeszłości.
- Mam rozumieć, że to znaczy "nie"? - zapytał Layton.
- Mam okres - powiedziała, starając się go zniechęcić nie odtrącając.
- No i co z tego?
- Nie przeszkadza ci to? Zawsze ci przeszkadzało.
- Raczej obydwojgu nam przeszkadzało - odparł Layton.
Pewnie robię głupstwo - pomyślała Amy - ale był taki jakiś... pokorny, taki smutny. Mógł się zabić po wystrzeleniu z tej armaty.
- Przyniosę ręcznik - wyszeptała. - Właśnie zmieniłam pościel.
Layton kochał się jak aktor. Czasem był Donaldem Sutherlandem w Nie oglądaj się za siebie. Czasem, upalony, był jak Marlon Brando w Ostatnim tangu w Paryżu czy Nicholson w Listonosz zawsze dzwoni dwa razy. Umiał być delikatny i czuły, zimny i bezwzględny. Nie potrafił natomiast wcielić się w rolę Laytona Crossa. Nie pomagały lata kuracji. Każdy akt był osobną sceną. Czasami grał siebie z dawnego filmu. Od czasu do czasu, kiedy męskość zawodziła na całej linii, stawał się Clydem Barrowem w kreacji Warrena Beatty. Było to dla niego bardzo kłopotliwe, ponieważ nie chciał otwarcie przyznać się przed sobą, że podczas aktu myślał o innych aktorach. To on był gwiazdą i nie chciał iść w ślady innych gwiazd. Był to jego największy problem. Ponieważ kiedyś obsadzano go w głównych rolach, teraz miał spore trudności z przyjęciem ról drugoplanowych. I z tego właśnie powodu w Hollywood rzadko mu cokolwiek proponowano. W Hiszpanii wciąż mógł grać główne role. Ale płacono mu tyle, co za ogony w Hollywood. Bez względu na to, jakie proponowano mu warunki finansowe, dumę stawiał na pierwszym miejscu. Nie mógł się pogodzić z tym, że lepiej być drugim halabardzistą z prawej, niż siedzieć w domu. W tych kategoriach kręcenie filmu w Hiszpanii nie przypominało nawet grania halabardy.
- He venido - powiedział Layton, kiedy było już po wszystkim. - Tu?
- A więc się zdecydowałeś - stwierdziła Amy, zakładając świeży tampon. - Czy to przynajmniej jakiś przyzwoity scenariusz?
- Jeszcze go nie mam. Perce Dent mi o nim opowiadał. Jutro go wysyła. Tak naprawdę za kilka godzin.
- Nawet go nie przeczytałeś? Layt, jesteś kopnięty jak zawsze.
- Nie mów tak do mnie - powiedział Layton. - Mów mi: ty mój Iron Manie albo Długi Jasiu Wędrowniczku, albo Głęboki Sztychu, ale nie mów, że jestem kopnięty.
- To może lepiej skończmy tę dyskusję, a ja zadzwonię dopiero od mamy, żeby sprawdzić, co u dzieci? - powiedziała Amy, odwróciła się na bok i zasnęła.
- Tatusiu - odezwała się cicho Leanne, kiedy Layton wszedł do jej pokoju. - Popatrz. - Otworzyła małe usteczka i pokazała mu szczerbę w miejscu ząbka. - Wczoraj wypadł.
- Włożyłaś ząbek pod poduszkę, dla wróżki? - zapytał Layton.
- Zapomniałam.
- Ale wciąż wierzysz w dobre wróżki, prawda?
- Nie lubię, kiedy mi zabiera ząbki. Chcę je sobie zatrzymać.
- No to napisz do niej taką prośbę. Nigdy nie wiadomo.
- Zaraz napiszę - powiedziała Leanne, wstając z łóżka, żeby napisać liścik.
Kiedy skończyła, pokazała mu go. Było tam napisane, że chce pieniążka, lecz chce też mieć ząbek i gdyby miała wybierać, to zatrzymałaby jedno i drugie.
- Włożę go sobie dzisiaj pod poduszkę - powiedziała.
Była niezwykłym dzieckiem, niezależnym, twórczym, posiadającym umiejętność bawienia się we własnym towarzystwie. Od wczesnego dzieciństwa potrafiła całymi godzinami szukać sobie interesującego zajęcia. Nigdy specjalnie nie lubiła zabawek, za to wyszukiwała kamyki, na których malowała zwierzęta i kwiaty, albo zbierała dzikie kwiaty i robiła z nich perfumy czy bukiety. Sama wyplatała bransoletki dla koleżanek, robiła plecionki do kluczy z plastikowych rurek i grała ze słuchu na pianinie.
Layton spojrzał w błyszczące zielone oczy, na gęste, miękkie brwi i nieznaczne wybrzuszenie na piersiach. Jakże ona rośnie i jaka wciąż jest młoda i niewinna. Wiek dziesięciu lat odznacza granicę między fantazją a rzeczywistością. Dobra wróżka pójdzie w ślady świętego Mikołaja i zniknie bardzo niedługo w warstwie ozonowej. Żeby tak w ogóle nie wierzyć we wróżki... jakie to niezwykłe.
- Tato, wstałeś, co się dzieje?
Andy był wciąż w piżamie, miał zmierzwioną czuprynę, a w oczach łobuzerski błysk, jak jeden z Dead End Kids oglądanych w młodości przez Laytona w telewizji. Chłopak był w przyjacielskim nastroju, ale wiedział, że po wyjeździe mamy nie będzie tak jak dawniej. Dorastał przyzwyczajony do chłopaków Amy, którzy zawsze znosili mu prezenty, zanim poszli z nią do łóżka. Przy tacie zapanuje większa dyscyplina, głównie dlatego, że tata nie ma cierpliwości, a to oznaczało, że Andy'emu skończyła się laba. Nie będzie mógł na przykład kimać na kanapie przed telewizorem. Nie wymiga się od uprzątnięcia swojej części bałaganu, który zaczął już wtapiać się w wystrój domu. Nie będzie mógł jeść tego, na co ma ochotę, czyli wszystkiego niezdrowego, z całkowitym wyłączeniem warzyw. Lista była długa, ale do tej pory wszystko to uchodziło mu na sucho, bo zawarł pakt z mamą, że w zamian za pewne ustępstwa nie zakabluje ojcu, że ona pije, kiedy Layton przyjedzie, żeby zabrać jego i Leanne na weekend.
Leanne za to nie miała najmniejszych powodów do zmartwień. Przywykła do prac domowych, które wykonywała, gdy jej matka była zbyt zmęczona czy naćpana, by włączyć pralkę czy wrzucić zamrożony obiad do mikrofalówki. Była już prawdziwym ekspertem w wyprawianiu siebie i Andy'ego do szkoły, we wkładaniu ciasta do gofrownicy czy sporządzaniu listy brakujących produktów spożywczych. A kiedy jej mama wychodziła wieczorem, nie miała nic przeciwko temu, by zostać sama z bratem, bez opiekunki.
Kurier Federal Express stanął pod drzwiami, kiedy dzieci miały wychodzić do szkoły. Przesyłka była adresowana do Laytona, co zrobiło na Andym wielkie wrażenie, ale u Amy wywołało uczucie podejrzliwości.
- To musi być scenariusz - powiedział Layton, kiedy mu ją przyniosła.
Położył na telewizorze kopertę ze swoim nazwiskiem wypisanym czarnym markerem. Za grubymi literami kryła się jakaś waga. By rozsmakować się w niej, nie śpieszył się z otwarciem koperty. Wewnątrz, wiedział o tym, znajdowały się słowa, mało istotne słowa. Ale jako wolny strzelec, który nie dostawał często przesyłek, wiedział również, co oznaczała dostawa z Federal Express: że jeszcze nie umarł, że ktoś wyściubił dwadzieścia, trzydzieści dolców, by mu coś posłać. Że ten ktoś potrąci to sobie z jego wypłaty, jeśli dojdzie aż do tego, albo też zapisze na jego rachunek, jeśli nie dojdzie, ale nie miało to znaczenia. Znaczenie miało natomiast to, że poprawnie zapisano jego nazwisko. Cross - krzyż. Jak ostatni przystanek Jezusa.
Kiedy przyjechała taksówka po Amy, Layton udawał, że wciąż chce ją odwieźć na lotnisko, ale wszystko tak go bolało, że był wdzięczny, iż nie musi tego robić. Pocałowała go w czoło i ostrzegła, co mu zrobi, jak nie będzie się zachowywał odpowiedzialnie. Następnie uśmiechając się powiedziała, że nie było wcale tak źle w nocy. Layton nic nie pamiętał. Pomachał jej na do widzenia, następnie wrócił do domu i włączył telewizor, by zabić przedpołudnie za pomocą programu, w którym Shelly Winters i Zsa Zsa Gabor kłóciły się o to, która z nich spała z większą liczbą mężczyzn. Winters zebrała punkty, kiedy powiedziała, iż nie dość, że lista Gabor jest dłuższa niż jej, to w dodatku wychodziła za mąż za każdego mężczyznę, z którym poszła do łóżka. Zsa Zsa zagroziła, że opuści studio. Layton znał to uczucie. Pojawiał się we wszystkich talk-shows w różnych stadiach swej kariery i wyszedł przynajmniej z kilku programów. W miarę podupadania kariery pytania stawały się coraz paskudniejsze. Prowadzący program czuli, że mogli pozwolić sobie na więcej z przebrzmiałymi gwiazdami. Winters i Gabor już były reliktami zamierzchłej przeszłości, które zupełnie nie pasowały do najlepszego czasu antenowego ani do popołudnia z Oprah czy Sally. Layton miał przed sobą jeszcze jedną, dwie dekady, zanim do tego dojdzie.
Amy nie było prawie tydzień. Leanne i Andy nie byli zachwyceni nieregularnymi godzinami, w jakich funkcjonował ich ojciec. Wyjazd do McDonalda na Sunset o godzinie dwudziestej pierwszej mógł się spodobać przez pierwsze dwa wieczory, choć Andy dosłownie leciał przez ręce.
- Ja już dawno powinienem spać - powiedział Andy trzeciego wieczora. - Kiedyś byłeś bardziej stanowczy.
- No to korzystaj z tego - odpowiedział Layton. - Może wolisz krokiety z groszku i fasoli?
- Nie lubię tego świństwa. A jak nie będę spał, to nie urosnę.
- Bzdura, rośnie się bez względu na wszystko. Nawet jakbyś sobie przyszpilił powieki do czoła i łaził jak zombie, to i tak będziesz rosnąć.
Zajechali pod McDonalda i zamówili burgery z frytkami.
- Może gdybyś się porozglądał wokół siebie, nauczyłbyś się czegoś w czasie, który chcesz przespać.
- Wielkie mi rzeczy - powiedział Andy w chwili, w której corvetta walnęła w hyundaia excela na parkingu.
- Aleee, patrzcie tam! - wykrzyknął Andy.
- Widzisz, a nie mówiłem?
- Uczysz go nie tego, co trzeba - powiedziała Leanne. - Będzie dorastał skrzywiony.
Właściciel hyundaia wybiegł z McDonalda, krzycząc coś do właściciela corvetty. Kiedy nachylił się do okna, by spojrzeć prosto w oczy chłopakowi, który stuknął jego samochód, dostał w twarz otwierającymi się drzwiami corvetty. Chłopak wyskoczył na zewnątrz i błyskawicznie kopnął zaskoczonego młodzieńca w jaja, tak że tamten upadł. Poprawił cios jeszcze kopniakiem w głowę.
- Widzieliście to? - wykrzyknął Andy.
- Tatusiu! - zawołała Leanne.
Nie lubiła przemocy, poza tym nie uważała tej walki za uczciwą.
Layton wysiadł i stanął między kopanym a kopiącym.
- No dobra, dość już tego. Może wymienicie się chłopaki danymi z ubezpieczalni i zjecie sobie trochę frytek?
- Uważaj facet - powiedział właściciel corvetty. - Ej, czy ty nie jesteś Layton Cross?
Layton uśmiechnął się porozumiewawczo i pokiwał głową.
- Byłem twoim wielkim fanem. Co się stało?
Jeszcze tylko tego potrzebował. Nastoletniego krytyka filmowego.
- To się stało, że kopnąłeś go w jaja, oto co się stało.
- Ej, chłopie, ten facet chciał mnie zabić, bo zarysowałem mu furę, kumasz? Miałem jakiś wybór?
- Tak, przy drugim kopie.
Ale może mały miał rację, pomyślał Layton. Może i on tak właśnie powinien zrobić, kiedy kopali go w dupę. Zaatakować pierwszy i przetrwać. Ale był na to za grzeczny. Marlon Brando pozwał swoich producentów za używanie wizerunku ojca Supermana i trafił w sedno. James Garner pozwał wytwórnię Universal za The Rockford Files i zyskał to samo. Za to Kim Basinger dała ciała, bo nie zachowała się jak wyrachowana suka i nie odrzuciła w porę kretyńskiego scenariusza o kobiecie, której odcinają kończyny i wpychają do skrzyni. Kosztowało ją to odszkodowanie w wysokości ośmiu milionów dolarów. Nie można być gwiazdą filmową w tym mieście będąc zbyt układnym.
Drugi młodzian podniósł się z ziemi na kolana, a z nosa ciekła mu krew.
- Ty skurwysynu! - wykrzyknął.
- Przepraszam pana, panie Cross - powiedział zaczepiony.
Layton cofnął się o krok i patrzył, jak właściciel hyundaia zbiera trzeciego kopa, tym razem w korpus.
- Tatusiu! Zrób coś! - krzyknęła Leanne z wnętrza samochodu.
- Dobra - powiedział Layton. - Straszysz mi dziecko.
- Bo widzi pan, panie Cross, ja zawsze chciałem zostać aktorem - powiedział szybkostopy chłopak. - Może dałby mi pan kilka rad.
- Chyba powinieneś zostać kaskaderem - powiedział Layton.
- Mówię poważnie. No to jak?
Layton popatrzył na chłopaka i pomyślał, że może on również mógłby się nauczyć czegoś od niego.
- Jasne - odparł. - Przyjedź do mnie jutro, to pogadamy.
Dał mu swój adres i wrócił do Leanne i Andy'ego.
- No proszę - powiedział - zjedliście wszystkie frytki.
Kiedy nazajutrz pojawił się chłopak, Layton myślał, że to kurier z kolejnym scenariuszem. Andy i Leanne byli w szkole, a Layton upalał się przy Młodych gniewnych.
- Chcesz trochę? - zaproponował mu skręta, uświadamiając sobie, że to wczorajszy kopacz.
- A dobre to zioło?
- Jak się nazywasz? - zapytał Layton.
Nikt nigdy wcześniej nie kwestionował jakości jego skrętów. Nie palił tyle, ile kiedyś, a kiedy to robił, wiele mu nie było trzeba.
- Barry Levine.
- A od kiedy Żyd tak kopie?
- Chodziłem na karate od ósmego roku życia.
Wziął macha.
- Jak za słabe, to poszukam strzykawki - powiedział Layton.
- Mieszają teraz ziele z innym gównem. Mamy z kolegami plantację. Tak jest bezpieczniej.
- Masz coś przy sobie?
Barry otworzył portfel, wyciągnął trzy cienkie skręty i podał je Laytonowi.
- Spróbuję twojego - powiedział Layton przypalając. - A więc co robisz, żeby zarobić na taki samochód?
- Wóz to była prawdziwa okazja. Zajmuję się parkowaniem samochodów w The Palm. Dlaczego nigdy pana tam nie widziałem? Na ścianie jest namalowana pana twarz.
- Właśnie dlatego. Nigdy nie jedz w miejscu, w którym musisz patrzeć na swoją karykaturę.
- Ja to robię co wieczór. Studiuję aktorstwo w każdej wolnej chwili.
- Chodzisz na jakieś kursy?
- Eee tam, po prostu gapię się w telewizor.
- No tak - powiedział Layton. - Wiem, o czym mówisz.
Wypalili trzy jointy i tego, którego Layton palił wcześniej, a z tego, co usłyszał, zrozumiał tylko tyle, że Barry wyświadczył jakimś facetom przysługę, więc oni sprzedali mu corvettę w cenie toyoty tercel.
Po przyjściu do domu Leanne i Andy zastali ojca podczas pierwszej lekcji karate. Layton trzymał kuchenny nóż w prawej ręce i atakował. Barry zrobił blok, odbił cios z góry Laytona, chwycił go za nadgarstek i wytrącił mu nóż na podłogę. Następnie uniósł stopę i kopnął Laytona w klatkę piersiową. Leanne krzyknęła, a Andy ruszył taranem w stronę krocza Levine'a. Kiedy Barry zwinął się z bólu, Andy ponowił atak i skoczył mu pod brodę, tak że tamten przyciął sobie język zębami. Layton był pod wrażeniem.
- Myślę, że uczy mnie nie ten chłopak, co trzeba - powiedział.
- Chyba odgryzłem sobie język - zauważył Levine, a krew skapywała mu na koszulkę.
Leanne zabrała go do łazienki.
Zanim wyszedł, Layton dał mu kopertę ze scenariuszem w środku.
- Przeczytaj to - polecił - powiesz mi, co o tym myślisz.
- Tatusiu - odezwała się Leanne - nawet jej nie otworzyłeś.
- Zobaczmy, jak jemu będzie się to czytało - powiedział Layton. - To prawdziwy sprawdzian wojownika.
* * *
Kiedy Amy zadzwoniła z lotniska, Layton na tyłach domu ćwiczył właśnie kopnięcia, zmieniając kanały radiowe między Howardem Sternem, który jak zwykle promował głównie siebie, a doniesieniami stacji KCRW na temat pożarów w okolicy, które były dziełem podpalaczy, oraz wiadomością o próbie zamachu na burmistrza. Dlaczego ktoś miałby strzelać do mera Los Angeles - to nie mieściło mu się w głowie; w tym mieście nigdy nie było kogoś, kto wart był tyle zachodu. Można było sprzątnąć kogoś o większym znaczeniu, wypruć cały magazynek w Michaela Ovitza albo szefa planowania przestrzennego, lub naczelnego wydziału komunikacji. W końcu puścił bąka słuchając bajdurzeń Sterna na żywo i poczuł dziwny kontakt z rzeczywistością.
- Podaj mi telefon, Andy - krzyknął Layton. Zostawiłem go w domu.
- Nie mogę, gram w Genesis.
- Masz się przygotowywać do wyjścia do szkoły.
- Nawet jeszcze nie ma siódmej. Dobrze jest, tata.
Layton przechylił się przez otwarte okno, by odebrać telefon. Dzwoniła Amy, ubzdryngolona.
- Przyjedź po mnie - powiedziała.
- Będą poranne korki, weź taksówkę.
- Nie mam pieniędzy.
- Zapłacę, jak przyjedziesz.
- Zapomniałam adresu.
- Nie wiesz, gdzie mieszkasz? Co jest z tobą?
- A co u dzieci?
- Czemu do nich nie dzwoniłaś?
- Zapomniałam numeru.
- Łap taksówkę i niech cię wiezie do Ralpha na Sunset. Będę tam czekał za godzinę.
- Zrobi mi się niedobrze.
- Nie zapomnij bagaży.
- O Boże.
- Co?
- Nie mam żadnych bagaży.
- Wciąż jesteś na lotnisku, odbierz je.
- Zostawiłam w Michigan.
Wystarczająco dawno opuścił Amy, by zapomnieć, dlaczego to zrobił. Jak na kobietę, która nie była aktorką, była o wiele zbyt egocentryczna i nieodpowiedzialna - wyleciała z college'u i zaczęła pracować w pralni chemicznej. On przynajmniej zarobił na swoje samolubstwo. Zapomniał tylko, że Amy wyuczyła się zawodu i nigdy go o nic nie prosiła; ale to nastąpiło po ich rozstaniu i takiej Amy już nie znał. Teraz, kiedy wracała w takim stanie - czy mógł ją zostawić z dziećmi? Bardziej niż one potrzebowała opieki. Jego problem polegał na tym, że z ledwością potrafił opiekować się sobą, nie mówiąc już o rodzinie. Próbował dwa razy i za każdym razem mu nie wychodziło. Ale ten tydzień szybko minął, poza tym lubił przebywać w towarzystwie Leanne i Andy'ego. Gdyby Amy nie miała nic przeciwko temu - jeśli w ogóle była w stanie czemukolwiek się sprzeciwić - pewnie zostałby na dłużej. No, powiedzmy na jakiś czas.
* * *
- Dlaczego nie lubisz mamy? - zapytała Leanne.
- A ty lubisz tequilę?
- Ja jej nie chcę zabijać.
- Czemu wróciłeś? - zapytał Andy.
- A kto jest twoim ojcem?
- No, ty jesteś.
- Proszę o kolejny zestaw pytań.
Andy nie dawał za wygraną.
- A dlaczego mama ma różnych chłopaków?
- A skąd wiesz, że ma?
- Widuję ich.
- Ja też - powiedziała Leanne. - Czasami to z nimi aż krzyczy z radości.
- Słyszałaś?
- Tylko w nocy, kiedy mamy spać.
- A przy tobie kiedyś krzyczała z radości? - zapytał Andy.
- Nie będziemy na ten temat rozmawiać przed waszym wyjściem do szkoły. Szykować się i jazda mi stąd.
- Nie krzyczy przy tatusiu, bo za niego wyszła - wyjaśniała bratu Leanne po drodze do kuchni.
Layton poszedł za nimi. Nie tylko musiał brać na siebie odium złych recenzji, ale jeszcze dostawał po uszach od własnych dzieci za to, że był kiepski w łóżku.
- No to powiedz mi Leanne - zaczął oblewając syropem jej płatki - jak dorośniesz, będziesz krytykiem?
- Krytycy to dupy wołowe - stwierdziła Leanne.
- Kto ci to powiedział?
- Ty tak zawsze mówisz.
- Nigdy. Zawsze mówię, że krytycy mają dupę w miejscu głowy.
Zamiast się roześmiać, Leanne zaczęła płakać. Layton powiedział jej, żeby przestała, bo się jej mascara rozmyje. Dopiero to ją rozbawiło.
- Jak można zmoczyć masakrę? - zastanawiał się Andy.
- Jadę do Ralpha po waszą matkę.
- Myślałem, że jest w Michigan - zdziwił się Andy.
- Wróciła.
- Musimy iść do tej szkoły? - zapytała Leanne. - Nie możemy zostać w domu i się z nią przywitać?
- To nie jest dobry pomysł.
- Pewnie chce ją mieć tylko dla siebie, tak żeby krzyczała z radości - zawyrokował Andy.
- Na litość boską, a niby dlaczego? - zapytał Layton.
- Bo mama jest zawsze taka radosna, jak już się wykrzyczy.
* * *
- Jestem nieodpowiedzialna! Ja!
- I na dodatek śmierdzisz whisky.
- To ty sobie poszedłeś. Ty nauczyłeś mnie, jak się odchodzi.
- Jesteś chora, Amy, wiesz? I myślisz, że dzieci staną po twojej stronie?
- Co mi chcesz powiedzieć?
- One widzą wszystko. Słyszą wszystko.
- Ale najwyraźniej nie zauważyły, że zniknąłeś na trzy lata.
- Być może dlatego, że straciły rachubę facetów przechodzących przez twoje łóżko.
- Cóż, przynajmniej niczego przed nimi nie ukrywałam.
- Nawet tych wrzasków. Sąsiedzi mogli regulować zegarki według twoich orgazmów.
- Chcesz, żebym wyjechała? Zabierz mnie na lotnisko. Dzieci możesz sobie zatrzymać.
- Świetnie. Zabiorę je z sobą do Hiszpanii.
- Nie zabierzesz ich do Hiszpanii, za dobrze by tam miały.
- Za dobrze to byłoby wtedy, gdyby miały ojca podczas swych freudowskich lat życia, ty świrusko.
Tego samego dnia wieczorem, kiedy Amy brała kąpiel, Layton usiadł na klozecie. Zastanawiał się, czy wrócić do swego mieszkania, czy też zostać z nimi jeszcze kilka dni. Amy pozostawiła jemu tę decyzję. Gdyby został, mógłby spać w jej montażowni.
- Zupełnie nie pojmuję, czemu tak mnie to bawi - powiedział Layton.
Była to pociągająca perspektywa. Podczas upojnych nocy mógłby przekradać się do łóżka Amy albo ona wślizgiwałaby się do jego sypialni. Może i miała za sobą różne przejścia, ale wciąż była atrakcyjną kobietą, z kształtnymi nogami i wspaniałym tyłkiem. Podobnie jak on lubiła nieuzależniające narkotyki niskiego ryzyka. Różnili się tylko w podejściu do alkoholu. On już miał te lata za sobą i nie wracał więcej do zagadnienia. Ona zdawała się mieć pewną skłonność do śmiałych połączeń.
Layton patrzył na nią w wannie. Leżała z twarzą przykrytą ręcznikiem, a jej brązowe sutki wielkości monet zaznaczały się nad linią wody. Zdjął ubranie i wsunął się do wanny koło niej.
- Co robisz? - zapytała stanowczo, odkrywając rąbek ręcznika z oka.
- Skoro mam tu zostać, to równie dobrze możemy razem utrzymywać czystość.
* * *
Następnego dnia rano pojawił się Barry Levine i powiedział, że nie rozumie scenariusza. Layton stwierdził, że to kiepsko, bo wiązał z nim duże nadzieje. "Ja po prostu nie uczyłem się hiszpańskiego" - odparł Levine. Layton spojrzał na niego, po czym przekartkował scenariusz. Po hiszpańsku? To jakiś żart czy też wysłali mu złą wersję? Wiedział, że jego gwiazda nieco przyblakła, ale przecież nie zgasła dokumentnie. Zapalił jednego z jointów Levine'a i zadzwonił do swego agenta, który był równie zaskoczony, co Layton zdenerwowany.
- Niby czemu miałbym coś takiego zrobić? - zapytał Perce Dent.
- Dlatego właśnie dzwonię, Perce. Myślałem, że czytałeś scenariusz.
- Daj spokój, Layton, kto miałby czas na czytanie? Do mego biura trafia codziennie sto scenariuszy. Kiedy myślą o jakimś konkretnym aktorze, przekazuję mu scenariusz, gdy wiem, że potrzebuje roboty. Ty potrzebujesz roboty. Wyglądało mi na to, że wszystko jest w porządku. No i jeszcze Hiszpania. Mogłoby być fajnie.
Nazwisko Dent doskonale do niego pasuje - pomyślał Layton. Zniszczony*. Dense byłoby idealne**. Perce Dent był niegdyś tym wśród agentów, kim Cross był wśród aktorów - niezwykłą siłą, wschodzącą gwiazdą, ale kiedy jego klienci zaczęli podupadać, podupadła również siła Denta. W czasach, kiedy menadżerowie kręcili biznesem, zostawił Williama Morrisa dla kina klasy B. Działo się to w tym samym miesiącu, w którym Jimmy Carter zostawił Biały Dom i założył własną agencję menadżerską. Dent nie był jednak asem, dlatego kilka lat później wrócił do roli agenta. Wyszukiwał klientów w szkołach aktorskich, takich jak Strasberg Institute, u Miltona Katselasa czy na kursach Howarda Fine'a i był dobry w znajdowaniu im pracy w reklamówkach, ale poważne roboty - fabularne, cotygodniowe seriale i miniserie - przechodziły mu koło nosa. Jednak pozostał lojalny wobec Laytona, ponieważ wierzył w jego talent, szczególnie w czasach pierwszych czterech filmów, kiedy reprezentował go Charlie Greenbloom. Znał Laytona od dwudziestu lat i gdy propozycje nieco się przerzedziły, został jego agentem, choć wiedział, że donikąd to go nie zaprowadzi.
- Miałeś pełne prawo się zdenerwować.
- Zdenerwować? Ja, Perce? Dlaczego miałbym się denerwować? Oddam chętnie scenariusz twojej gosposi, możesz ją sobie obsadzić w tym filmie.
- A to dobre. Poczekaj sekundeczkę, ktoś do mnie wydzwania.
Layton odwiesił słuchawkę. Czy gdyby nazywał się Tom Hanks, kazano by mu czekać? Niech sam oddzwoni - pomyślał kierując się do lodówki. Naszła go ochota na wyczyszczenie lodów swoich dzieci. Barry Levine siedział przy stole i widać było, że już wziął na siebie to trudne zadanie.
- Te są najlepsze - powiedział Levine. - Ben & Jerry's nawet koło nich nie stały. Lubię wsadzić cały kubek do mikrofali i pić je jak koktajl.
- Będziesz miał cholesterol na poziomie Mount Everestu - powiedział Layton i porwał swoje klucze ze stołu.
Levine posłał mu głupkowaty uśmiech upalonego nastolatka, powtarzając "Mount Everest" głosem Homera Simpsona. Sarkazm Laytona w uszach Levin'a zabrzmiał jak komplement.
- Mam tu czekać czy co? - krzyknął Levine za wychodzącym Laytonem.
- A rób, co chcesz - wymamrotał Layton. - Jak skończysz lody, w lodówce jest jeszcze kawałek selera i serek topiony.
* * *
Layton postanowił odwiedzić Theo.
- Layton, mój chłopie, to ty? Jestem w łazience.
Theo Soris delikatnie przeczesywał włosy grzebieniem. Layton przyjrzał się książkom pokrywającym wszystkie ściany. Jego agent nie miał czasu na czytanie, a jego najlepszy przyjaciel dekorował sobie dom książkami, z których ani jednej nie nabył legalną drogą.
- Znasz hiszpański? - zapytał Layton, spoglądając w odbicie Theo w lustrze.
- Si, hablo Espa?ol un poco, por que? - Ile z tych książek przeczytałeś?
- Tu nie chodzi o czytanie, ale o estetykę, przecież wiesz, Layton. Poza tym większość z nich to pierwsze wydania, a pierwszych wydań się nie czyta. W tym salonie znajduje się mnóstwo wiedzy. Jakby tak człowiek dłużej tu posiedział, to zacząłby ją nieświadomie chłonąć.
- Włoski się pojawiły?
- No popatrz tylko - jeszcze trzy miesiące temu na przodzie nie było ani jednego. Teraz stałem się zupełnie kimś innym. Czterdzieści dolców za cebulkę, dwieście cebulek - włosy na zamówienie. Jestem o dziesięć lat młodszy za ile, osiem koła? Dlaczego tak długo zwlekałem?
- Wyglądają prawie naturalnie.
- Pierdol się ze swoim "prawie". To moje włosy. Po prostu przenieśli je z tyłu na przód.
- Powinni ci powyrywać je z dupy, a głowę zostawić w spokoju.
- Łysi pewnie tak mają. No to o co chodzi z tym hiszpańskim?
- Daj spokój. A co to ostatnio podwędziliśmy?
- Pożyczyliśmy, Layt. Słowo "kradzież" nie występuje w moim słowniku.
Od kiedy poznał Theo, nie mógł wyjść z podziwu dla jego sprawnych palców i złodziejskiej moralności oraz tego, co uznawał za uczciwe, a co za nieuczciwe. Według Theo złe było nękanie dziwek. Głodujące dzieci, korupcja w sferach rządowych, brak legalizacji narkotyków i bazy nuklearne były złe. Zabieranie czy też - jak wolał to określać - "pożyczanie" od bogatego, by wzbogacić umysł, napełnić żołądek, było - według niego - całkiem w porządku. I szczycił się tym, że każdą książkę, którą kiedykolwiek upchał w spodniach czy wyniósł pod pachą, przynajmniej raz przejrzał. Tyle można się było z nich dowiedzieć, ale kogo na to wszystko stać? Z pewnością nie aktora takiego, jak on sam, który częściej nie miał pracy, niż pracował. Ale jego rozumowanie załamywało się za każdym razem, kiedy padały słowa "biblioteka publiczna"; na samą myśl o oddawaniu używanych książek w wyznaczonym terminie dostawał dreszczy. Faktycznie jednak, jeśli jakiejś książki nie można było "wypożyczyć" z księgarni, Theo nie zawahał się wymknąć z nią pod czujnym okiem bibliotekarki. Layton widział to na własne oczy.
Ich przyjaźń zaczęła się na kursach aktorskich w Nowym Jorku. Zgodzili się razem opracować Zoo Story Edwarda Albee i ćwiczyli codziennie całymi tygodniami, podczas których Layton miał okazję zaobserwować sposób życia Theo: jak "pożyczał" mięso z supermarketu, zegarki od jubilera i wody kolońskie z działu kosmetyków. Życie było wtedy beztroskie i Theo traktował miasto jak jedną wielką cukiernię na wyspie, gdzie wszystko aż prosiło się, żeby brać. Nie trzeba mieć pieniędzy, by wieść ekstrawaganckie życie. Tylko jaja.
Ale to nie poglądy Theo na świat ani jego lepkie palce najbardziej fascynowały Laytona, lecz jego talent do wyłgiwania się z opresji. Raz, kiedy przyłapano go na kradzieży paczki papierosów, powiedział właścicielowi kiosku, że ćwiczy do roli drobnego złodziejaszka, który zostaje przyłapany, i był tak przekonujący, że właściciel nawet pozwolił mu zatrzymać tę paczkę. Kiedy zdarzyło się to ponownie, z zapalniczką marki Colibri w sklepie z elektroniką, Theo bardzo się na siebie zdenerwował. Nie za to, że coś zabrał, ale że go przyłapali, co było świadectwem porażki. Godzinami stał przed lustrem i ćwiczył zręczność rąk.
Layton nigdy nie brał niczego ani nie zachęcał do tego Theo. Jego przyjaciel był jedną z tych szalonych postaci, które brały życie za rogi, a Layton z ciekawością przyglądał się temu, jakby śledził losy postaci z książki. Mijały lata i powiększał się stosik pożyczonych książek, a Theo stawał się częścią historii Laytona. Mieli wystarczająco dużo wspólnych wspomnień, wciągnęli wystarczająco dużo prochów, przećwiczyli na tyle dużo sztuk, żeby traktować się jak członkowie jednej rodziny. Aktorzy często konkurują ze sobą, ale Layton i Theo bardziej przypominali kuzynów. Wspierali się, kiedy jeden z nich wpadał w kłopoty, podtrzymywali się na duchu i rozumieli walkę toczoną z rzeczywistością. Kiedy Layton żenił się z Samanthą Sanders, Theo był na weselu i nie pożyczył nawet widelca. Kiedy Layton przełamał złą passę i został gwiazdą, Theo kraśniał cały jak dumny krewniak, przechwalając się wśród znajomych, że Layton Cross jest jego najlepszym przyjacielem, i miał w dupie to, że mu nie wierzą. A kiedy Layton mógł załatwić dla niego jakąś małą rólkę, Theo był mu wdzięczny.
- Czy masz zamiar kiedykolwiek zwrócić te książki?
- Po mojej śmierci. Zapisałem to w testamencie. Każda księgarnia dostanie działkę. Jak ich nie zechcą, to rozdam je wśród bezdomnych z Santa Monica Boulevard. Chcesz niucha?
- Czym chrzczona?
- Nawet okiem nie mrugniesz. Prawie bez domieszek.
To Theo wprowadził Laytona w świat kokainy. Wcześniej palił trawę, łykał od czasu do czasu kwas, ale koka była tak cudowna, taka ożywcza, że Theo nie mógł się doczekać, by podzielić się z Laytonem swoim odkryciem. Miało to miejsce tuż po tym, jak Layton dostał swoją pierwszą główną rolę, która dała mu poczucie ładu i niezwykłą pewność siebie. Przez lata nigdy nie brał na tyle często, żeby się uzależnić, ale kokaina dodawała mu ciężaru istnienia. Mieszał narkotyk z rosnącymi wątpliwościami, przez co jego osobowość stawała się o wiele bardziej złożona - ledwie sobie z tym radził. Skończyło się na tym, że zyskał reputację osoby "trudnej". Czyli, mówiąc innymi słowy, czasami niezrozumiałej, a innym razem splątanej. Spowodowało to również zbliżenie z garstką ludzi, którzy go znali i trzymali blisko.
- Posłuchaj tylko - powiedział Theo - mój menadżer załatwił mi rolę w sztuce Tennessee Williamsa na scenie Coronet w La Cienega. Główną rolę.
- No to świetnie - powiedział Layton.
- Jebany Tennessee Williams! Nawet nie wiedziałem, że to napisał, to jego ostatnia sztuka. Nadszedł czas na nowego Marlona Brando, taka jego mać!
- Należało ci się to.
- Kurde, ten gruby flejtuch. Sławy pragnę, a nie krwi. A ty coś masz?
- Przyglądam się. Mam taki tekst, po hiszpańsku. Pierdolona prowincja... Jest z tej sztuki jakaś kasa?
- A jebać szmal. Światła rampy. Ludzie przyjdą na Tennessee Williamsa. W tym mieście teatr leży i kwiczy, wiesz przecież.
- Jak się na to załapałeś?
- Mój menadżer, skubany, zna różnych ludzi. Spider Ray.
- Był agentem Samanthy po tym, jak Greenbloom przeszedł do Foxa.
- Jasne. No pewnie, że pamiętam. Samantha, chłopie, poszła szybko do przodu. Tak jak ten obciągacz Greenbloom. Teraz gnojek jest szefem studia i bez kija nie podchodź. Pamiętam, jak miał nas wszystkich - ciebie, mnie, Samanthę. Wciąż trzymasz się Perce'a Denta?
- Taa. Wysyła mi scenariusze po hiszpańsku.
- Spław go. Czy to nie on zmienił branżę, chciał zostać menadżerem i nie wyrobił? Ray wybił się i wciąż jest na fali. Agenci nie ruszą dla ciebie palcem, czekają tylko, żebyś sam im coś podsunął, żeby mogli skasować swoje dziesięć procent. Jesteś artystą, Layton, gówno wiesz o interesach. Agenci dopinają kontrakty, które sam sobie musisz nawinąć. Dlatego nie masz roboty. Czy Dent zrobił coś dla ciebie przez ostatnie pół roku? No co? Pojawiłeś się na chwilę w telewizorze.
- Do tego propozycja roli genetycznie zmienionego potwora w horrorze, rola śmieciarza, no i ten hiszpański knot.
- Żadna z nich nie przysporzy ci reklamy ani nie poprawi reputacji. Masz wielkie nazwisko, Layton, a on żeruje na tym jak pijawka. Powinieneś przynajmniej trzaskać reklamy w Japonii, po milion dolców za sztukę. Odetnij się i spierdalaj. Spider Ray jest większym przekręciarzem niż Perce Dent. Jest drapieżniejszy. Idź do niego. Ma wobec ciebie dług.
- Nikt mi niczego nie wisi.
- Masz rację. No to powiedz, jak to jest wrócić na łono rodziny?
- Dzieci są wspaniałe. Amy doprowadza mnie do szału.
* * *
- A kim ty jesteś, do kurwy nędzy? - zapytała Amy po wejściu do kuchni, wycierając włosy ręcznikiem.
- Nie macie w domu suszarki? - zapytał Barry Levine, owijając gałązkę naci selera plastrem sera.
- To zabójcze dla włosów. No, kto ty jesteś?
- Jestem kolegą Laytona.
- Zaprzyjaźniony diler, co?
- Wiem, co w trawie piszczy.
- Jestem pewna.
Levine przedstawił się, a Amy zaparzyła kawę i zaproponowała lufę tequili. Zanim Leanne i Andy wrócili ze szkoły, osuszyli całą butelkę. Amy chciała, żeby ją przeleciał, ale Barry bał się, że Layton pojawi się niespodziewanie w domu, więc musiała zadowolić się palcówką w kuchni. Zaskoczyło go nie to, że szybko doszła, ale to, jak głośno krzyczała.
- Sąsiedzi pomyślą, że zapisałam się do chóru i ćwiczę w domu - powiedziała mu, kiedy odzyskała mowę.
- Jezu, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak się darł. To było coś.
- Masz zręczne paluszki, Barry.
- Poczekaj, aż poczujesz język.
- Jak będziesz częściej wpadał do swego kolegi, to na pewno dowiem się, o czym mówisz.
Andy był zaskoczony widokiem Barry'ego w kuchni i powiedział matce wszystko na jego temat, kiedy tylko Barry wyszedł. Amy nie lubiła przemocy, ale w tym chłopaku było coś elektryzującego.
* * *
Layton siedział już na powrót w swoim wozie i jechał do Perce'a Denta, by go wylać z roboty. Na światłach zatrzymał się i uśmiechnął do dwóch nastolatek w kabriolecie miata. Chichotały do siebie porozumiewawczo, po czym jedna z nich zapytała:
- Nie grałeś czasem w The Man, The Cat, and The Wild?
Layton przytaknął i powiedział:
- Ale pytanie brzmi, czy byłem kotem, czy dzikusem?
- Jejku, naprawdę podobał mi się ten film.
Druga dziewczyna, za kierownicą, krzyknęła:
- Dokąd tak suniesz?
- Śledzę was - odparł Layton.
- Odlot.
Wyjechała przed niego po zmianie świateł.
Dziewczyny zajmowały wspólne mieszkanie w Westwood. Miały wspólną sypialnię i nie miały ochoty ciągnąć losów, która pierwsza pójdzie tam z Laytonem, na co ten zaproponował, żeby poszli do łóżka w trójkę.
- Nikt w to nie uwierzy! - powiedziała dziewczyna o imieniu Linda.
- Oczywiście, że uwierzą - odparła druga dziewczyna, Sally.
- Warren Beatty ciągle sypiał z nieznajomymi dziewczynami.
- Ale nie po Madonnie - wtrąciła Linda.
- Warren jest moim kolegą - powiedział Layton - i tak się złożyło, iż wiem, że nie śpi ze wszystkimi, które mówią, że z nim spały.
- Może i z nimi nie śpi, ale je obraca - odparła Sally. - Mam trzy koleżanki, które mu dały.
- Przed czy po Annette? - zapytał Layton. - A czy został na noc?
- Faktycznie, nie został. Ale nie to się liczy.
Layton wykonywał ten sam zawód. Ale Beatty nie był nawet jego znajomym. Gdyby tak było, to dlaczego do niego nie dzwonił? Dlaczego nie obsadził go w jednym ze swoich filmów? Pierdolić Warrena.
- A znasz Toma Cruise'a? - zapytała Linda.
Layton zignorował to pytanie. Posadził ją na łóżku, zdjął jej bluzkę i rozpinając swoje spodnie powiedział: "Masz, zajmij się czymś pożytecznym". Wciąż bolała go głowa i oral był maksimum tego, na co go było stać.
- Nie lubię robić loda - powiedziała Linda.
- Ale lubisz, jak tobie ktoś robi dobrze języczkiem, co?
- To co innego. Niech Sally ci obciągnie. Ja sobie popatrzę.
- Dziewczyny, nigdy byście nie dotarły w ten sposób do Howarda Sterna. Co ty na to Sally?
- Myślę, że powinniśmy spróbować tego - powiedziała Sally wyciągając niewielką fiolkę z GHB. - To dobry towar.
Layton nigdy nie próbował gammahydroksybutyratu, ale jak miało to podjarać dziewczyny, gotów był spróbować. Linda zaproponowała do tego jointa z mikrofalówki nasączonego ecstasy. Layton wciąż miał zapał. Jednak po zmieszaniu wszystkich tych sztucznych prochów nikt nie miał już ochoty na seks. Dziewczyny chciały się tylko obejmować, przytulać i gadać o gwiazdach filmowych. Layton musiał zaczerpnąć świeżego powietrza.
Włożył ptaszka z powrotem w spodnie.
- Zrobimy to niebawem jak należy. - Dziewczyny uśmiechały się blado, kiedy wychodził z mieszkania. Kilka lat temu takie dziewczyny wyszarpywałyby sobie jego fiuta z rąk na parkingu i nie zawahałyby się nawet przed połykiem w biały dzień.
Tak właśnie poznał Amy.
Miała dziewiętnaście lat. Studiowała w Santa Monica City College, po tym jak przyjechała sama z Michigan z mocnym postanowieniem doświadczenia "prawdziwego życia", które okazało się życiem u boku gwiazdy filmowej. I to nie jakiejś tam wschodzącej gwiazdy, ale prawdziwej sławy Hollywood, która właśnie rozwodziła się z inną personą z Tinseltown, Samanthą Sanders.
Amy mieszkała w kawalerce w Zachodnim Los Angeles. Layton miał dom w Bel Air, hotelowy apartament w Beverly Wilshire, rozległe lokum w Santa Monica oraz mieszkanie przy Central Park West w Nowym Jorku. Ich ścieżki przecięły się u Ralpha, gdzie Layton wpadł po zielonego melona, a Amy kupowała tofu, wodę, szparagi i fasolkę szparagową. Layton powiedział coś głupiego na temat zawartości koszyka Amy, a ona rozpoznała go od razu, bo właśnie widziała go na okładce "Newsweeka". Ta okładka udała się psim swędem w czasie względnego spokoju między protestami przeciwko poborowi a aprobatą dla ERA, w roku najazdu Sowietów na Afganistan, wycofania się Ameryki z Olimpiady w Moskwie, kiedy w "Nightline" liczono dni przetrzymywania zakładników w Teheranie, a Roman Polański pokazał wała systemowi prawnemu Ameryki i uciekł do Francji w przeddzień wydania na niego wyroku za dymanie nieletniej.
Może z wyjątkiem zakładników, Layton miał wszystko gdzieś. Zaangażował swojego psychiatrę, by pomógł mu uniknąć poboru, więc ciężar spadł mu z ramion. Polański rozmawiał z nim o jakiejś współpracy, ale Laytonowi nie podobała się jego obsesja na punkcie nastolatek. Nie żeby Layton miał coś przeciwko nastolatkom i był z innej gliny, ale wolał pełnoletnią Amy. Po przejściu przez kasę flirtowali już na całego. Kiedy Amy zobaczyła jaguara Laytona, wiedziała, że zaraz zrobi coś, czego nigdy dotąd nie robiła na tylnym siedzeniu samochodu. Widywała to tylko w reklamach.
Layton prawdziwie kochał swoją żonę, ale kiedy Samantha stwierdziła, że nie pasują do siebie, wpadł w głęboką depresję i zaczął szukać ukojenia w przygodnych kontaktach, nawiązywanych w supermarketach, restauracjach, domach przyjaciół, na stacjach benzynowych, na zapleczach, wszędzie, gdzie się pojawił. Było to niezwykle podniecające w chwili, kiedy trwało, ale po fakcie zmieniało się w incydenty miałkie i bez znaczenia. Z Amy było inaczej. Była taka młoda, taka świeża i miała takie sprawne usta. Wziął od niej numer telefonu, a po czterech latach wydała na świat Leanne. Wkrótce potem pobrali się. Rozstawali się trzykrotnie, zanim trzy lata później pojawił się Andy i Amy zgubiła każdy gram swej naiwności, która tak bardzo podobała się Laytonowi. Odkryła natomiast butelkę, którą zajęła się z takim zaangażowaniem, z jakim Irlandzka Armia Republikańska wzięła się za podkładanie bomb i porwania. Dwa lata po narodzinach Andy'ego, w 1986 roku, Layton zniknął z jej życia. Byli ze sobą przez osiem lat, w tym cztery w małżeństwie, dwukrotnie dłużej, niż wskazywałyby przepowiednie Jeanne Dixon w "Enquirer", i siedem i pół roku dłużej, niż Samantha Sanders uważała za możliwe. Layton, który nigdy nie przebolał utraty pierwszej żony, nawet w najśmielszych snach nie podejrzewałby, że będą ze sobą przez większość dekady.
* * *
- Co ty wygadujesz, jak to mnie zwalniasz? - zapytał Perce Dent podnosząc słuchawkę telefonu, wywoływany przez sekretarkę.
- Jak dla mnie jesteś, kurwa, zbyt zajęty, Perce.
- Poczekaj minuteczkę - wyszeptał Perce. - Mam agenta Dusty'ego na linii.
- A jebać to, Perce. Mam to w dupie, nawet jakby na linii wisiał sam Dusty. Albo Jeff Katzenberg czy Charles Greenbloom. Nie będziesz kazał mi czekać, kiedy stoję w tym pierdolonym biurze, ty gnoju!
Layton porwał telefon z biurka Denta i cisnął nim o ścianę. Dent, przypominając sobie, jak gwałtowny był Richard Pryor w podobnych sytuacjach, starał się zachować spokój.
- Co ty brałeś, Layton? Jesteś strasznie nierozsądny. Robię, co mogę.
- To za mało. Hiszpańskie filmy po hiszpańsku to za mało. Weź sobie moje dziesięć procent z niczego i zapłać sobie rachunek za telefony w moich sprawach, których już nie będziesz więcej prowadził.
- I co będziesz robił, Layt? W twojej sytuacji nie możesz grymasić i przebierać w propozycjach.
- Znajdę sobie kogoś, kto się zna na tej robocie i potrafi przeczytać scenariusz, zanim go wyśle do kogoś. Nie pójdę z tobą na dno, Perce.
- Jesteśmy ze sobą od tak dawna, Layt. Spotkajmy się w przyszłym tygodniu na lunchu i obgadajmy wszystko.
- Ja się nie spotykam na lunchu, Perce, ja jem.
- Mówię jako twój przyjaciel.
- Wolałbym, żebyś zachowywał się jak mój agent.
- W takim razie, co było, minęło, tak Layt?
- Pierdol się Perce.
- Jasne.
Wspaniałe uczucie. Musiał uratować to, co zostało z połowy życia spędzonego w Los Angeles. Pojawił się tu z Broadwayu i traktowano go z szacunkiem. I Samantha nie miała tu nic do rzeczy. No cóż, może trochę, ale i tak to miasto otworzyło się przed nim jak uda nierządnicy. Bierz, co chcesz. Kawałek po kawałku. Tony scenariuszy. Sześciocyfrowe honoraria w czasach, kiedy pieniądz był coś wart, kiedy Pacino dostał tylko trzydzieści pięć tysięcy dolarów za pierwszego Ojca Chrzestnego. Limuzyny wiozące go na przedpremierowe pokazy. Pośrednicy nieruchomości pokazujący, jak żyją gwiazdy. Nazwisko ukazujące się w rubryce towarzyskiej "Timesa", kiedy pokazywał się publicznie. Stoliki zarezerwowane w Chasen's, La Famiglia, Imperial Gardens, których nie trzeba było zamawiać. Przyjęcia, na których oklaskiwano go, kiedy tylko wszedł. Dodatki, operacje giełdowe, procenty od całości. Kupowanie antyków. To wszystko w wieku dwudziestu sześciu lat.
Przypomniał sobie antyki, które kupowali z Samanthą. Zatrzymał się w The Antique Guild, żeby coś kupić, chociaż jakąś starą spluwaczkę. Zakręciło mu się w głowie. Cała forsa, posiadłość, samochody - wszystko zostało rozpieprzone przez opętanych żądzą księgowych, beztroski management i jego własne niedbalstwo. Już nie było go stać na ekstrawagancję. Wątpił też, by Amy chciała szorować starą spluwaczkę.
Niewielki, wymalowany ręcznie napis u wjazdu do Bel Air od strony kanionu Stone informował, że zorganizowano tam "wyprzedaż garażową". Layton skręcił z Sunset i pojechał za strzałkami. Wyprzedaże w Bel Air zawsze były warte grzechu. Znów jakiś niedojda topił się w hollywoodzkim marzeniu.
Starannie przystrzyżone zielone trawniki, równie rozległe jak domy, pozwalały poczuć się po królewsku. Kraina z bajki. Zaparkowane samochody sąsiadów, którzy na podobieństwo sępów wyszukiwali co smaczniejsze kęski za bezcen. Mercedesy, BMW, rollsy, range rovery i cały wybór amerykańskich luksusowych samochodów. Na podjeździe stał daimler z napisem SAM na tablicy rejestracyjnej. Mógł się tego spodziewać. Jego była miała nosa do tych spraw. Pomimo swoich milionów nigdy nie przepuszczała dobrych okazji. Uważała, że właściciele sklepów i robotnicy liczą sobie od niej do trzydziestu procent więcej niż od innych, bo była tym, kim była, co jednocześnie powodowało, że chciała ów procent odebrać sobie przy innych okazjach. To z kolei sprawiało, że sprzedawcy windowali swoje ceny na towary i usługi o czterdzieści procent. Nawet na wyprzedażach garażowych trzeba było mieć końską wytrzymałość. Mieszkańcy Bel Air uważali, że nie przystoi targować się jak przekupa. Podawało się cenę, kupujący proponował inną i dochodziło się do porozumienia w ciszy i spokoju. Samantha nigdy nie dochodziła do porozumienia w ten sposób. Zbyt przywykła do stawiania na swoim. Została niekoronowaną królową Hollywood, grała więc swoją rolę do końca. Taka właśnie była.
- Myślałem ostatnio o Marku - zaczął Layton, kiedy tylko ją zobaczył.
Ich syn był jedynym powodem ich sporadycznych kontaktów. Mieszkał z matką i Layton rzadko go widywał.
- Nie zaczynaj - wyszeptała Samantha. - Wiesz, jak nie lubię scen.
Miała na sobie szare, jedwabne spodnie, pasującą do nich jedwabną bluzę, czerwoną wstążkę akcji na rzecz chorych na AIDS wpiętą nad lewą piersią. Czarne okulary od Armaniego na nosie, złoty naszyjnik, czerwone buty od Cole Haan i czerwoną czapkę - bejsbolówkę.
- Nie, ta wiedza jest mi całkowicie obca - odparł Layton.
- Czy mam sobie stąd pójść, czy zostawisz mnie w spokoju?
Skóra wystająca spod daszka czapki była tak lśniąca i gładka, że można byłoby sobie zrobić ścieżkę z kokainy na jej policzku. Nie zawsze tak było, ale nawet powiększone pory kurczą się, kiedy pieniądze nie stanowią problemu, a najznakomitsi artyści od pielęgnacji skóry są na wyciągnięcie ręki.
Nie widział jej zielonych oczu, bo okulary od Armaniego opierały się lekko na małym, prostym nosie ze ściągniętymi nozdrzami - ich właścicielka spała w młodości na plecach, z zaciśniętą na nozdrzach klamerką do wieszania prania. Miała zmysłowe, ponętne usta, na których zawsze błąkał się nieznaczny, cierpki uśmieszek. Tak jak Garbo, której twarz można było podzielić na cztery równe ćwiartki, Samantha Sanders posiadała ową rzadką równowagę rysów, którą kamera zdawała się pieścić i hołubić. Miała długie nogi, muskularne od ćwiczeń i doskonale utrzymane ciało, ów doskonały wygląd sportsmenki u szczytu kariery, która tylko czeka na strzał, by wystartować do maratonu. Takiej, która wie, że bez względu na rodzaj zawodów, jest klasą dla samej siebie.
- Chcę przyjść do Marka i obejrzeć jego pokój. Powiedział mi, że go wyremontowałaś.
- Nie chcę cię widzieć w moim domu.
- Chłopak mnie potrzebuje. Nie uprawia żadnych sportów. Zmieniasz go w babę.
- Jest wysublimowanym dzieckiem i dlatego go nie rozumiesz. Jest artystą. Gra na saksofonie. Nawet komponuje.
- Ma piętnaście lat, powinien ganiać za piłką.
- Przykro mi, nie podziela twoich młodzieńczych fascynacji.
- W jakich kolorach urządziłaś mu pokój, w różu i fiolecie?
- Jest cały w mahoniu, jeśli musisz wiedzieć.
- Muszę.
Poczuł gwałtowne uderzenie adrenaliny, a jego serce zaczęło kołatać coraz szybciej, w mózgu kołowało mu się od mieszanki kokainy, trawy, ecstasy i GHB. Robił, co mógł, by powstrzymać znany mu już dobrze pełnoobjawowy atak niepokoju.
- Zrobi zdjęcia swojego pokoju polaroidem i przekaże ci je przy kolejnych odwiedzinach.
- Czemu taka jesteś? Stać cię na wielkoduszność, zdejmij tę pokrywkę, wpuść trochę słońca.
- Nie mogę znieść, jak tak mówisz. Znów ten sam narkomański bełkot.
- Chciałaś powiedzieć, że nie rozumiesz. A to dlatego, że nie chcesz słuchać. Słyszysz tylko wtedy, gdy ktoś ci przytakuje.
Ludzie na podjeździe zaczęli dyskretnie łowić wypowiadane przez nich słowa. Była to jedna z takich rozmów, jakie wypełniają umieszczane na pierwszych stronach gazet artykuły autorstwa Roberta Osborna albo działy plotek z towarzystwa. Gdyby w pobliżu znajdował się jakiś fotograf, żyłby dostatnio przez co najmniej trzy miesiące z jednego zrobionego tu zdjęcia. Samantha nienawidziła fotografów. Layton witał ich zawsze z uśmiechem. Ale wokół nie było widać ani jednego aparatu. Tylko chmara bogatych ludzi, którzy, udając zainteresowanie lampami i fotelami, starali się uchwycić to, co mówiła para rozwodników.
Samantha odeszła od Laytona, ale on podążył w ślad za nią. Jak za starych, dobrych czasów. Znane doskonale mdłości wezbrały w nim jak tsunami. Zawsze mu to robiła: czuł się przy niej mały i nic nie warty.
- Mark jest też moim synem! - krzyknął za nią.
Widział wyraźnie, jak mięśnie na jej szyi naprężyły się jak postronki. Nie musiał oglądać jej twarzy, by wiedzieć, że wydęła wargi i zmrużyła oczy. Ale nie spodziewał się, że zakręci się na pięcie i wysyczy:
- To jedno, czego żałuję - że jesteś jego ojcem.
- A jak myślisz, jak on się czuje ze świadomością, że jego matka to wredna pizda?
Wielki błąd.
- Przynajmniej nie ma matki łajzy. Nie musi się za mnie tłumaczyć przed kolegami.
- On nie ma żadnych kolegów - wypalił Layton. - Na tym między innymi polega jego problem. Nikt nie jest wystarczająco dobry dla niego.
- A już z całą pewnością nie jego ojciec - odparowała Samantha.
Wtedy właśnie Layton objął ją lewą ręką za ramię i walnął pięścią w brodę, strącając z twarzy okulary. Samantha upadłaby, gdyby jej nie podtrzymał. Jej kierowca i trzech innych mężczyzn skoczyło jej na pomoc. Chwycili Laytona i odciągnęli go od niej.
- Pożałujesz tego - warknęła jak zła disneyowska wiedźma.
- Od trzynastu lat czułem, że w końcu się doprosisz.
- Skontaktują się z tobą moi prawnicy.
Jej wężowe oczy wolno omiotły spojrzeniem przyglądający się wszystkiemu tłumek, po czym zniknęła we wnętrzu daimlera. Layton roztarł pięść i z uśmiechem zdeptał jej okulary. Wspaniała widownia. Brakowało mu jedynie ich oklasków.
* * *
Nie mógł teraz wrócić do Amy. Chwila była zbyt doniosła. Wieści podróżują szybko i Layton znów pojawi się w gazetach. Jak za dawnych czasów. Samantha i Layton walczą na całego, tylko że tym razem będzie paskudniej. Szkoda, że mu nie oddała. To był zawsze jego problem - nigdy nie dostawał roli faceta, któremu każdy współczuł. Publiczność się z nim nie utożsamiała. Ten cios był prawie nieunikniony. Szczególnie z narkotykami w organizmie. Gdyby tylko dało się jej przemówić do rozsądku. Ale do tego trzeba było być z nią na równej stopie, a nikt na świecie nie spełniał tego warunku. Pani kazała, sługa musiał. Chciał mieć przyznaną opiekę nad Markiem, ale teraz żaden sędzia na kuli ziemskiej nie stanąłby po jego stronie. Nawet gdyby nie była, kim była. Layton nie był wystarczająco stateczny. Przecież już raz zostawił swoje dzieci. Przedkładał pracę nad rodzinę, szczególnie wtedy, kiedy nie pracował. Za bardzo się przejmował. Bał się, że umrze, zanim zdoła wrócić na szczyt. George Segal, Rod Steiger, Elliott Gould - wszyscy oni zniknęli ze świadomości publicznej; ale Jimmy'emu Caanowi udało się powrócić, dostał drugą szansę. Layton należał do następnego pokolenia. Nie chciał zniknąć jak te młode wilki ekranu, którzy nastali po nim i mieli swoje pięć minut. Rob Lowe. Judd Nelson. Molly Ringwald. Nie był przygotowany do tego, by o nim zapomniano, jak o Margot Kidder, Valerie Perrine. Za dużo miał do udowodnienia i zdecydowanie za mało okazji ku temu. To bezlitosna branża. Wielu ludzi w skrytości ducha będzie się cieszyć z tego ciosu. A już najbardziej Spider Ray. Naprawdę porządnie go wydymała.
Skręcił w Aleję Gwiazd w Century City i zaparkował na podziemnym parkingu. Windą wjechał na trzydzieste czwarte piętro. Powiedział recepcjonistce, że chce się widzieć z jej szefem. Zapytała, z którym - Ray'em, Methusą czy Mahoney'em?
- Z tym pierwszym - odparł Layton.
Zapytała go o nazwisko i aż się skrzywił.
- Pracuje pani tutaj i nie rozpoznaje ludzi?
- Powinnam pana znać? Jest pan naszym klientem?
Powiedział, że był kiedyś mężem Samanthy Sanders i to poskutkowało. Zaczął się zastanawiać, czy nie zaczyna naprawdę nienawidzić kobiet.
Spider Ray był zajętym człowiekiem, ale znalazł czas dla Laytona. Obydwu łączyła zadra, która pozostała po królewskim dymanku przez Samanthę, więc była jakaś podstawa do porozumienia.
- Dobrze wyglądasz - zaczął Ray. - Nieco przyciężko, ale w ogóle w porządku.
- Nie wstawaj - powiedział Layton.
Ray był gruby i rzadko opuszczał swój fotel, gdy ktoś wchodził do jego biura. Naprawdę trzeba było mieć niezłe przody u Spider Raya, by wstał, aby uścisnąć komuś dłoń.
- A więc co u rodzinki? - zapytał Ray.
- Katastrofa, jak wszędzie. Theo Soris mówi, że załatwiłeś mu dobrą sztukę, jest ci bardzo wdzięczny.
- Nic wielkiego, ale zawsze coś. Tennessee nie napisał niczego od lat. Wziąłem Theo ze względu na jego matkę. Kiedyś z nią łaziłem. Co mogę dla ciebie zrobić?
- Dziś po południu walnąłem Samanthę w dziób.
- I bardzo dobrze, zasłużyła sobie.
- Wokół byli jacyś ludzie.
- A to już gorzej.
- Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć, zanim o tym przeczytasz.
- Zrobiłeś jej krzywdę?
- Wątpię. Ma szczenę z żelaza. Mówi, że mnie pozwie.
- Potrzebujesz prawnika?
- A po co? Im trzeba płacić, a jestem spłukany. Cóż może zyskać poza złym rozgłosem? Nie będzie naciskać.
- Ona jest ponad złymi językami ludzi. Może spełnić groźbę. Zależy, jak bardzo przywaliłeś jej w dumę.
- Dosłownie wytarłem nią chodnik.
Spider Ray poruszał swoją brodą dwoma palcami i patrzył na Laytona przez dłuższą chwilę. Layton wetknął cynamonowego tridenta do ust i schował papierek do kieszeni.
- A wiesz - zaczął Ray - może ci to i na dobre wyjdzie.
Layton nie rozważał żadnych pozytywnych skutków. Nie żałował tego ciosu, ale też z pewnością nie myślał o jakichkolwiek korzyściach, jakie mógłby wynieść z tego wydarzenia. Serce zaczęło mu bić normalnym rytmem, niepokój zaczął znikać. Nie żałował, że przyszedł zobaczyć się ze Spidermanem.
- Kto zajmuje się twoją reklamą? - zapytał Ray.
- Al Low. Nie rozmawiałem z nim od miesięcy.
- Płacisz mu coś?
- Wiszę mu.
- Al to dobry facet. Ma w sobie taką łagodną zjadliwość. Może być dobrym buforem w tym starciu.
- Nie chcę płacić za nagłaśnianie tego. Wydostanie się na światło dzienne bez mojej pomocy.
- Ale wtedy nie będziesz miał nad tym kontroli. Nieważne, czy prasa jest dobra, czy zła, o ile nad nią panujesz. Z takim sojusznikiem możesz być uchwytny bądź nieuchwytny, dawać informacje oficjalne i nieoficjalne. Pobicie Sam to dobry materiał. Low może wybrać, których dziennikarzy dopuścić do źródełka. Możesz dać kilka wywiadów na wyłączność. Ludzie bardzo szybko zapominają, a w ten sposób zapamiętają to na dłużej.
- Że kiedyś miałem sukę za żonę? Nie chcę, żeby tylko z tego powodu pamiętano o mnie.
- Że wciąż żyjesz. Masz coś w planach?
- Zabieram Andy'ego na mecz Dodgersów w przyszłym tygodniu.
- Perce Dent wciąż jest twoim agentem?
- Od dwóch i pół godziny już nie.
- Długo z nim byłeś.
- I popatrz, dokąd mnie to zawiodło.
- A więc co zamierzasz?
- Theo uważa, że powinienem pogadać z tobą na ten temat.
- Chcesz mnie? Nie jestem odpowiedni dla ciebie, a i tak mam już zbyt wielu klientów. Theo wyświadczyłem przysługę.
Wyraz twarzy Spider Raya powiedział coś jeszcze. Że Layton nie jest już wystarczająco wielki. Dużo pracy i wynik niepewny.
- Ile bierzesz, dwadzieścia procent? - zapytał Layton.
Ray przytaknął, żartując, że dlatego skończył z pracą wyłącznie jako agent. Layton wyczekał na odpowiedni moment.
- To i tak jak na mnie za dużo.
- Przykro mi, Layton. To nic osobistego. Sam rozumiesz. Jestem po prostu zawalony pracą. To nie byłoby w porządku.
- Business is business. Ale jak wrócę na szczyt, to przybiegniesz w te pędy, mam rację?
- Zasypię cię faksami - powiedział Ray, sięgając po telefon, co oznaczało, że spotkanie dobiegło końca. - Miłego oglądania meczu. Nie widziałem Dodgersów, od kiedy opuścili Brooklyn. Idź do Ala Lowa, warto.
Ray wciskał już guziki telefonu, kiedy Layton zamykał za sobą drzwi. Nie podali sobie dłoni i nie miało to większego znaczenia.
Layton przeszedł kładką łączącą biurowiec ze sklepem po drugiej stronie ulicy, zatrzymując się tylko na chwilę, by posłuchać śpiewającego kwiaciarza. To Harry Sales, który niegdyś był aktorem charakterystycznym, aż wrzody przywołały go do porządku. Kilku mijających go klientów sklepu zignorowało jego występ, ale nie zraziło to Harry'ego, który już do tego przywykł.
- Jak się masz, Harry? - zapytał Layton.
- Layton Cross, czy to ty? Hej!
- Śpiewaj dalej, Harry, lubię, jak śpiewasz.
- To dopiero coś, no nie? Najdłuższy koncert w Los Angeles - zaśmiał się.
- Ładne masz te kwiaty.
- Codziennie świeże. Każdego dnia rano chodzę na targ kwiatowy. Ci od sushi wybierają rybki, a ja kwiaty. Nikt nikogo nie zaczepia. A ty co, pracujesz?
Typowo aktorskie pytanie.
- Tu i ówdzie.
- I tak właśnie doprowadzili mnie do stanu, w którym łykam tylko mleczko - powiedział Harry. - A teraz codziennie śpiewam. Dzieci mnie uwielbiają.
Wdusił klawisz magnetofonu i zaśpiewał Oh My Papa, co przywiodło Laytonowi na myśl jego ojca, który zawsze wyrokował, że każdy aktor skończy jako żebrak. Tylko matka go wspierała.
W dziale z modą męską u Bullocka Layton kupił koszulkę polo do rugby w granatowo-białe pasy i kazał ją sobie zapakować na prezent. Sprzedawczyni uśmiechnęła się, więc mrugnął do niej filuternie. Nic nie powiedziała, ale wiedziała, kto zacz. Nawet gdyby nie nakręcił żadnego nowego filmu, to ta pani i tak by zawsze wiedziała. Kupon odcinany od sławy.
Z Century City pojechał na wschód przez Santa Monica Boulevard do Melrose, skręcił w prawo w Robertson, w lewo w Trzecią i stanął przy parkomacie na wprost Cedars-Sinai Hospital. Pojechał windą w północnym skrzydle na siedemnaste piętro i zapukał do zamkniętych drzwi o numerze 7118. Judith Lee otworzyła drzwi i uśmiechnęła się na jego widok.
- Właśnie o tobie rozmawialiśmy - skłamała. - Farrell pytał o ciebie.
- Kochana jesteś - powiedział Layton, całując ją w policzek. Judith była dobrą, zdecydowaną kobietą. Miała połowę lat swego słynnego męża i urodę modelki, która nieco już przeminęła, choć jej twarz nie wymagała jeszcze liftingu; malował się na niej wyraz szczerości, który od razu uderzał niezwykłą naturalnością. Nikt jej nigdy nie oskarżył o polowanie na pieniądze męża, co nie znaczyło, że nie myśleli tak koledzy jej męża i jego pierwsze trzy żony. Nie była jeszcze pogodzona z niechybną śmiercią Farrella Lee. Jeszcze nie. Był zbyt ważny w jej życiu, zbyt cenny, by mogła zostać sama. Być może nie był w stanie już grać, ale wciąż mogli liczyć na jego nazwisko do swoich celów. Szanowani reklamodawcy, tacy jak banki i firmy elektroniczne, chcieli jego wsparcia. Szkoły filmowe zapraszały go jako gościa honorowego na retrospektywne festiwale. Politycy szukali z nim kontaktu, ponieważ wiedzieli, że był w stanie zmienić sceptycznych wyborców w szczerze oddanych zwolenników. Gdyby wydobrzał, zawsze mógł liczyć na serię lukratywnych wykładów.
Layton spojrzał na starego aktora, leżącego płasko na plecach z rurkami wystającymi z nosa, i nawet nie starał się zapytać go o zdrowie. Zbyt słaby, by unieść dłoń, Farrell wystawił tylko pogardliwie środkowy palec i Layton wszystko zrozumiał.
- Przyniosłem ci coś, urwisie - powiedział podając Judith pudełko. - Żebyś miał, jak w końcu przestaniesz symulować.
Farrell zamrugał oczami, a Layton odebrał to jako podziękowanie. Judith wyjęła koszulkę z opakowania i rozciągnęła tak, żeby mąż mógł zobaczyć. Prezent był dziwny, ale w końcu czego można się było spodziewać po Laytonie Crossie. Nigdy nie potrafił Laytona zrozumieć. Miał zbyt wybuchowy temperament, brał za dużo narkotyków i zachowywał się bardzo nieprofesjonalnie. Aktor powinien być jak cieśla - zawsze piłować od siebie. Farrell pochodził ze starej szkoły aktorstwa, w której pracowało się cały czas, nie kwestionując ról, w których chciano aktora obsadzić. Nie było bardziej przygnębiającego widoku niż bezrobotny aktor. Teraz pełno ich było w mieście. Kelnerowali, parkowali samochody, pracowali jako urzędnicy w bankach, ogrodnicy, sprzedawcy, ubezpieczyciele, agenci nieruchomości, ratownicy, ustawiali się w kolejkach po zasiłek, pobierali czeki, wbijali sobie igły w ręce, wdychali jakieś prochy, opary i byli ciągle na żałosnym haju.
Layton nie musiał nic mówić. Ze spojrzenia Farrella można było wywnioskować, iż wie, że dobrze nie jest. Judith mówiła za niego - wypytywała Laytona o rodzinę, najbliższy film dla telewizji, wychwalała jego dawne role. W odróżnieniu od swego męża była bardzo dobra w tego rodzaju pogaduszkach. Do Farrella mówiło się, kiedy miało się coś do powiedzenia, w innym przypadku należało się zamknąć i słuchać. Obserwując i słuchając można było więcej nauczyć się na temat aktorstwa, niż gadając o niczym przez cały czas. Ale w towarzyskim biznesie, jakim jest branża filmowa, ktoś taki jak Judith był konieczny, a on nigdy się nie skarżył, ani jej, ani nikomu innemu.
Kiedy w końcu Judith przeprosiła i poszła sprawdzić u pielęgniarki leki Farrella, Layton przysunął krzesło bliżej starca i zapytał go, czy umrze.
- Wciąż masz dużo do zrobienia - powiedział Layton. - Potrzebujemy cię.
Staruszek chciał powiedzieć: "A po co?", ale był to dla niego zbyt duży wysiłek. Jego kariera należała już do historii kina, a jeśli Layton myślał inaczej, to był większym głupcem, niż Farrell przypuszczał. I tak jednak był to pierwszy raz, kiedy ktoś w jego obecności wspomniał o śmierci. Wszyscy o tym myśleli, ale nikt nie odważył się tego głośno powiedzieć, jakby chodziło o śmierdzący chuch czy gila zwieszającego się z nosa.
- Judith jest wspaniała - powiedział Layton. - Masz szczęście. - Farrell lekko skinął głową. - Dużo ci dają tabletek?
Spojrzenie Farrella powędrowało w stronę stolika przy łóżku.
- Chyba nie boli, co? I jeszcze te wszystkie prochy. Jak zombie, mam rację? Nie ma różnicy między nocą a dniem, brak energii i ochoty, żeby się stąd wyrwać. - Layton nachylił się jeszcze bliżej Farrella. - Przełamuj pigułki na pół.
Na twarzy Farrella znów zagościło pytające spojrzenie, ale jego umysł już zastanawiał się nad tym, co usłyszał. To była prawda - brał za dużo leków, nie miał siły i przestało mu zależeć, czy wydobrzeje, czy już tak zostanie, leżąc na plecach, z powtykanymi tu i ówdzie rurkami.
Stary aktor wzrokiem zachęcił Laytona, by znów się nachylił. Layton przyłożył ucho do ust Farrella i usłyszał, jak z wielkim wysiłkiem wyszeptuje słowo "pracuj". Był to sposób Farrella na odwzajemnienie się za usłyszaną radę. I jednocześnie jedyne przesłanie, które miało jakikolwiek sens.
* * *
Biuro Ala Lowa znajdowało się w biurowcu pod numerem 9255 na zachodnim krańcu Sunset Strip. Pracował dla Sawyers & Roberts, jednej z trzech wielkich firm PR, która kasowała tysiąc pięćset dolarów miesięcznie od każdego klienta, który chciał wyeksponować bądź ukryć swoje nazwisko przed głodnym okiem mediów. Świadczyli również usługę pośrednictwa w rozmowach z prasą, między tymi, którzy chcieli przeprowadzić wywiad lub zdobyć komentarz, a tymi gwiazdami, które wolały wybierać ludzi, z którymi musieli się kontaktować. Jedynie największe gwiazdy płaciły, żeby utrzymywać wszystko w tajemnicy. Marlon Brando nigdy nie korzystał z usług firm piarowskich. Ani z usług agenta. Ale to był Brando.
Layton Cross był winny firmie Sawyers & Roberts za pół roku, ale ponieważ robili dla niego tak niewiele, uważał, że zasługuje na zniżkę. Za dziewięć tysiaków opinia publiczna nie powinna się zastanawiać, co się z nim stało. Al Low powinien pomyśleć o jakiejś kampanii, jakimś numerze, który zapewniłby mu miejsce w mediach. Nie powinien był obarczać tym samego Laytona. Najpierw armata, teraz pięść. Ale co się stało, to się nie odstanie - Spider Ray miał rację, musi się zobaczyć z Lowem i przedyskutować sposób, w jaki można by obrócić to, co się stało, na jego korzyść.
Low był smukłym i dość śliskim facetem, gejem, który potrafił, jeśli chciał, być równie agresywny i obelżywy jak każdy w tym biznesie. Pod tym względem nie przypominał w niczym większości ludzi zajmujących się PR-em, którzy, zwykle starali się zachować pozory sympatii wobec prasy. Low nigdy nie ukrywał swojej pogardy. Widział się w roli przyszłego producenta albo szefa studia i wolał kultywować ten wizerunek, niż kreować się na osobę, która gładkimi słówkami jest w stanie wyłgać się ze wszystkiego.
Aż mu iskry zabłysły w oczach, kiedy Layton opowiedział, co się stało na podjeździe w Bel Air podczas wyprzedaży. Był to materiał pierwsza klasa.
- Być może to twoje najmądrzejsze posunięcie od lat - powiedział. - Pewnie cię obsmarują, ale wyjdziesz na tym na swoje. Halo Idaho, zgłasza się Kansas. Mamy dla was prawdziwą bombę!
Layton zatopił się w zabytkowym skórzanym fotelu i wydął wargi. Poczuł, że zaraz zacznie drzemać.
- Masz coś do palenia? - zapytał.
Low rzucił mu paczkę gaulois'ów. Layton wywrócił oczami w kierunku sufitu, mówiąc:
- Ja nie palę papierosów.
- A ja nie lubię smrodu trawy w moim biurze - odparł Low, podsuwając mu fiolkę kokainy.
- Następnym razem przyniosę ci odświeżacz powietrza - powiedział Layton, zagłębiając miniaturową łyżeczkę w fiolce.
- Wiesz, co myślę? Zanim to też wymknie ci się z rąk, powinieneś pójść do Samanthy i ją przeprosić. Nieważne, czy będą to szczere przeprosiny. To będzie lepiej wyglądało, gdy szopy dostaną wścieku.
Low określał dziennikarzy mianem szopów praczy.
- Wielu z nich nienawidzi Samanthy. Nie sądzę, żeby chcieli mnie zaatakować.
- Masz rację. I właśnie to rozwścieczy ją jeszcze bardziej. Dlatego powinieneś się z nią zobaczyć. Żeby nie wyglądało, że to sobie zaplanowałeś.
- Mam ją wykorzystać, co?
- No właśnie.
Low miał rację. Jeśli prasa zrobi sobie poligon jej kosztem, to będzie chciała urwać Laytonowi jaja tak bardzo, jak komar chce dorwać się do świeżej krwi. A była na tyle potężna, że każdy, kto żywił nadzieję, iż kiedykolwiek coś z nią nakręci, nie będzie chciał mieć z nim nic wspólnego. Nigdy.
- Gówniany ten nasz interes - stwierdził Layton.
- Wymień jakiś, w którym tak nie jest. Ale to gówno w złotku. Dlatego siedzisz tutaj, a nie sprzedajesz kopiarek czy telefonów komórkowych.
- A jak się stoi na pierwszej bazie u Yankeesów? - zapytał Layton.
- To jest to samo co tu. Trzeba się spinać, przyciągnąć tłumy, które za to zapłacą, albo z powrotem wypad na wiochę do krów.
- Pójdę, ale ona nie będzie chciała mnie widzieć, mogę ci to z góry powiedzieć.
- Nieważne. Zrobisz gest w jej stronę. Później poślij jej liścik. Albo kup kartkę z przeprosinami. Ja wykonam kilka telefonów i dowiem się, czy historia się roznosi. Jeśli tak, to napuszczę na nią kilka szmatławców, żeby poszczuły ją swymi szopami, a oni już to ugryzą. Założę się, że "Entertainment Tonight" albo "Inside Edition" łyknie temat, gdy będziemy chcieli to upublicznić. Wprawdzie nie dotyczy to seksu z prezydentem w Gabinecie Owalnym, ale i tak jest to news i jeśli do którejś z tych gazet wcześniej on nie dotrze, sprawi to mój telefon.
- I to ma wpłynąć na mój powrót?
- Jak dobrze to rozegramy, to może ci nawet przysporzyć pieniędzy. Jest mnóstwo ról dla takich, co leją żony. Tylko muszą cię dostrzec, to wszystko. Teraz jesteś niewidzialny.
- Nie biję żony. Jestem tylko bokserem byłych żon.
Laytonowi spodobało się to. Damski bokser.
Jadąc do domu Layton przypomniał sobie, kiedy pierwszy raz spotkał Samanthę. Charlie Greenbloom zaproponował, żeby się spotkali. Lubił, gdy jego klienci się znali, a ta dwójka była młoda i piękna. Greenbloom był uznanym agentem, który miał własne marzenia o zakulisowym gwiazdorstwie. Często przerywał Laytonowi, kiedy ten rzucał rozentuzjazmowane uwagi na temat Hollywood dojrzałego jak młoda dziewczyna, która tylko czeka, by ją wyrwać, wyssać i wypieprzyć bez mydła. Ponieważ Greenbloom prowadził swój interes z dala od Brooklynu, Layton myślał, że jest jeszcze jednym drobnym graczem bez znaczenia. Ale Greenbloom miał szczwany plan, polegający na tym, że z pomocą niektórych swoich klientów pewnego dnia stanie się prawdziwą grubą rybą w branży. Największym atutem Greenblooma była Samantha Sanders, której talent odkrył bardzo wcześnie. Była młodą kobietą o powalającej prezencji i potrafiła grać. Greenbloom zwykle porównywał ją do Teda Williamsa. Wiedział, że mając właściwe role i najlepszych reżyserów będzie nie do pobicia.
Co do Laytona - nie był samorodnym talentem, ale miał w sobie tę iskrę, energię, którą trzeba było podsycać. Jak Floyd Patterson.
Już pierwszego poranka, kiedy się poznali - na śniadaniu w Carnegie Deli na Manhattanie - Layton i Samantha uświadomili sobie, że mają sobie wiele do zaoferowania: Samantha siłę i bezpośredniość; Layton wrażliwość i skrzywione postrzeganie rzeczywistości. Po tym dniu stali się nierozłączni.
Greenbloom był zadowolony, że odegrał rolę Amora, ale kiedy gwiazda Samanthy zaczęła świecić mocnym światłem, pracownicy jego biura zaczęli mieć wątpliwości dotyczące ich związku. Greenbloom choć był żonaty i miał czwórkę dzieci, był zauroczony Samanthą. Mądrze kierując jej karierą, dbał również o swoją - zaczął angażować się w projekty Foxa, następnie mianowano go wiceprezesem kreatywnego rozwoju w Universalu. W końcu spełnił swoje marzenia zostając szefem Quickstart Studios.
Samantha robiła dla niego filmy, gdziekolwiek się przeniósł, tak samo jak Layton, aż do chwili ich rozstania. Później, kiedy tylko Layton pojawiał się z wizytą, Charlie Greenbloom był bardzo zajęty. Kiedy jednak Laytonowi udawało się zobaczyć ze swym byłym agentem, jedynym poruszanym tematem był Mark. Nigdy nie rozmawiali na temat Samanthy.
Layton widział, jak bardzo zmienił się świat, odkąd pojawił się na nim Mark. Jakby dzięki narodzinom syna zyskał nową parę oczu. Zarówno on, jak i Samantha byli już wtedy sławami i każdy ich ruch odbywał się w świetle reflektorów, przy wtórze okrzyków: "Patrz tam, o tam, widzisz, kto to jest?!" Nie przeszkadzało mu to. Reporterzy i kamerzyści też mieli swoją pracę, też mieli dzieci i rodziny do wyżywienia. Często wygłupiał się przed obiektywami, a oni rewanżowali się jeszcze większą liczbą zdjęć i materiałów filmowych. Natomiast niezwykle irytowali Samanthę, która wściekła pędziła zawsze na złamanie karku, gdziekolwiek by się nie pojawili. Nigdy się nawet nie uśmiechnęła. Media określiły ich parę Szczęśliwy i Ponuraczka, czyli Layton i Samantha. Ale kiedy urodził się Mark, Layton nie chciał, żeby dorastał w błyskach fleszy i prosił fotografów, żeby oszczędzili dziecko. Co było niemal jak zaproszenie - sfotografować małego nie będzie łatwo, więc jak zrobię mu zdjęcie, to będzie ono o wiele więcej warte. Czasami robiło się nieprzyjemnie. Zbierał się tłum, ludzie pchali się na siebie. Raz przewrócili Samanthę z Markiem na ręce. Layton dostał szału i wściekle młócił tych najbliżej. Potrzebowali eskorty policyjnej, żeby się przedostać przez tłum, a ich życie po tym incydencie uległo zmianie. Sam nie chciała już nigdzie ruszać się bez ochrony, a Layton zaczął się czuć jak więzień.
Bez wątpienia miało to wpływ na Marka. Zaczął mówić dopiero w wieku dwóch lat. Był nerwowym, niezdarnym dzieckiem, które zawsze wydawało się być czymś zmartwione. Layton uważał, że jest za delikatny i zamiast obchodzić się z nim jak z jajkiem, starał się go rozruszać, wymyślając energiczne zabawy. Chłopak zaczynał płakać, kiedy tylko tato sadzał go na huśtawkę. Płakał, kiedy słuchał kłótni rodziców, a ponieważ często darli się na siebie, płakał równie często. Z wiekiem przybrał eteryczny wygląd dziecka, które żyje wyłącznie życiem wewnętrznym. Kiedy Layton i Samantha w końcu się rozstali, na początku 1980 roku, Mark w ogóle nie płakał. Jakby nie wierzył, że to byli jego prawdziwi rodzice. Miał wtedy cztery lata i Layton nie pamiętał, żeby się kiedykolwiek śmiał. Samantha zawsze powtarzała, że jest z nim wszystko w porządku, że jest tylko bardzo nerwowy, podobnie jak ona. I podobnie jak ona wyrośnie na wyobcowanego, broniącego się przed wszystkim neurotyka.
Kiedy Layton parkował, Andy wspinał się na drzewo.
- Cześć - zawołał.
- Ojej, gadające drzewo - powiedział Layton.
- To ja, Andy.
- Żatujesz sobie. W domu mam syna o imieniu Andy. Co za zbieg okoliczności.
Andy przesuwał się po gałęzi, aż znalazł się nad ojcem i puścił się z piskiem.
- Masz dobry humor.
- Udało mi się dotrzeć do Królestwa Olbrzymich Jumungas. Pobiłem rekord!
- Fan-tas-ty-cznie - powiedział Layton.
Zaczął się zastanawiać, jak w ogóle udało mu się przejść przez dzieciństwo bez gier wideo.
- A w szkole też byłeś?
- Ten facet z corvettą był tu dzisiaj. Czemu sobie nie kupisz takiego samochodu?
- A coś jest nie tak z moim samochodem?
- To nie samochód, to jeep. Nie jeździ szybko.
- Kiedy uderzy w nas kometa i to wszystko zamieni się w pustynię, będziesz się jeszcze cieszył, że mamy jeepa.
- Jak to jest, że zawsze sobie żartujesz, kiedy pytam o coś na poważnie? Jak niby ma się tu zrobić pustynia?
- Pamiętasz ostatnie trzęsienie ziemi i jak mówiłeś, że cały dom trząsł się tak, jakby jakiś olbrzym chciał go podnieść? Cóż, gdyby przyszło silniejsze trzęsienie i Kalifornię zalałby ocean, to tutaj zostałaby tylko pustynia. Daje do myślenia, co?
- Ty mnie ciągle straszysz.
- Eee tam. Ja mam jeepa.
Leanne odrabiała lekcje z matematyki przy kuchennym stole. Podniosła wzrok na Laytona, kiedy wszedł do kuchni, i posłała mu uśmiech. "Tatuś jechał czterysta siedemdziesiąt kilometrów z St. Louis do Chicago - przeczytała. - Później mamusia przejechała sześćset siedemdziesiąt kilometrów z Chicago do Toronto. Ile kilometrów przejechali razem?"
- Czterysta siedemdziesiąt - odparł Layton.
- To nie może być rozwiązanie. Trzeba dodać.
- Powiedziałaś razem, prawda? Po tym, jak przyjechali do Chicago, matka zostawiła ojca śpiącego w motelu i sama pojechała do Toronto.
- Tu tak nie piszą - zaprotestowała Leanne.
- Nie muszą. Tak jest zawsze.
- Rozwiązanie to tysiąc sto czterdzieści kilometrów. Tu trzeba dodawać.
- Myślałem, że to zadanie rodzinne.
- Tu nie chodzi o nas, tato. To tylko matma.
Zawsze podziwiał zdolność swej córki do racjonalizowania problemów. Kiedy miała cztery lata, a on jeszcze mieszkał z nimi, nauczył ją zasad pokera, które błyskawicznie podchwyciła. Zamiast czytać jej przed snem bajki, grali razem w teksańskie rozdanie. Prawie zawsze wygrywała. Mamrotał coś o szczęściu nowicjusza, a ona stwierdziła, że po stu rozdaniach już nowicjuszką nie jest. Jej koleżanki były początkujące i takie pozostały, bo nie chciały się uczyć grać. Ich ojcowie nie byli aktorami.
- No to gdzie jest matka?
- Śpi.
- W czasie kolacji?
- Powiedziała, że ty powinieneś nam coś przygotować.
Layton obrzucił wzrokiem plastikowy worek na śmieci w rogu i spostrzegł w nim pustą butelkę po tequili. Poszedł do sypialni, w której Amy leżała rozłożona na łóżku, a jej prawa noga zwisała przy podłodze.
- Cóż - powiedział dzieciom - no to gdzie będziemy jeść?
- Na plaży - zaproponowała Leanne.
- Trochę daleko - odparł Layton, ale pomysł mu się spodobał.
Wciąż jeszcze było całkiem jasno i trasa w dół Sunset do Gladstone zabrała im czterdzieści minut. Jadąc przez kanion Layton spostrzegł młodego jelenia z rogami na trzydzieści centymetrów. Wcześniej nigdy nie widział przy tej drodze żadnego zwierzęcia. Raz widzieli dwa jelenie na Mulholland Drive; wpatrywały się w światła przejeżdżających samochodów.
Ale droga wiodąca przez kanion była o wiele bardziej kręta i węższa. Jeleń najwyraźniej szukał jakiejś kryjówki albo zaginionej przyjaciółki. Leanne i Andy chcieli się zatrzymać, lecz nie było tu miejsca, żeby zjechać, a nawet gdyby było, to co by zrobili? Krzepiące było to, że w kanionach uchowały się jeszcze resztki dzikiej przyrody i że kojoty nie przepłoszyły wszystkich jeleni.
- Czy ludzie jedzą jelenie? - zapytała Leanne.
- Jasne - odparł Layton. - Jelenie, krowy, bizony, konie, króliki, żaby. Mięso to mięso.
- Ja tam nigdy bym nie zjadła jelenia - powiedziała.
- Ja też nie - potwierdził Andy. - Ja nawet nie lubię ryby.
- Jaka szkoda - powiedział Layton - bo jedziemy do restauracji rybnej. Próbowałeś kiedyś rekina?
Andy nie wiedział, że można jeść rekiny. Powiedział, że chciałby spróbować. Layton przypomniał Leanne, że zawsze lubiła ryby i że kiedy miała cztery lata, najbardziej lubiła chodzić nad ocean i gonić uciekające rybki na płyciźnie.
- Zawsze pamiętasz, co robiła Leanne, a co ja robiłem, to już nie - nadąsał się Andy.
- To nieprawda, mały gnojku - powiedział Layton. - Ja tylko znam Leanne kilka lat dłużej niż ciebie.
- A co pamiętasz o mnie? - zapytał Andy.
- Pamiętam, że ciągle tupałeś. Pamiętam, że za każdym razem, kiedy włączałem w samochodzie jakąkolwiek symfonię Beethovena, ty siedząc w foteliku dyrygowałeś paluszkiem. Miałeś wtedy jakiś rok. Gdy miałeś dwa lata, lubiłeś słuchać Caruso, bo myślałeś, że płacze.
- A kto to jest Caruso?
- Jeden z największych tenorów, jaki kiedykolwiek żył na świecie.
- Ja tam nawet nie wiem, co to tenor. Tylko tyle pamiętasz?
- Śmiałem się, kiedy skakałeś dookoła pokoju w takt muzyki i robiłeś "uhu, gołąbek". Albo jak udawałeś, że śpisz, bo chciałeś, żebym dźgał cię palcem. Wtedy mówiłeś: "Ernie, czemu mnie budzisz?" Tylko że ci się całkiem pomyliło, bo powinno to brzmieć: "Ernie, czemu się tak brudzisz?" A potem śmiałeś się bez końca i mówiłeś: "O mój Boże".
- To pamiętam - powiedział Andy.
- A pamiętasz potwory w pupce? A mleko psi-psi i sok żygu-żygu?
- I też paszteciki kupa-kupa!
- Ohyda - skomentowała Leanne.
- Ale to ty powiedziałaś mu o potworach - powiedział do niej Layton. - Ty też je miałaś, tylko że twoje potwory to byli faceci z ogonami.
- Tatusiu! To nieprawda.
- Jasne, że tak.
- A ja - zapytał Andy - co ze mną?
- Pamiętasz, jak niemal się przekręcił od porażenia prądem? - zapytała Leanne.
- Jak mógłbym zapomnieć? Wepchnąłeś drut do kontaktu i musiałem cię odciągać. Jejku, jak ty wtedy płakałeś.
- Jak zawsze, kiedy ty i mama zostawialiście nas z opiekunką - powiedziała Leanne.
- Wcale że nie - zaprotestował Andy.
W Gladstone Andy'emu nie smakował rekin, Leanne nie była zachwycona swoją płastugą, a Layton jadł już lepsze filety z soli, ale i tak świetnie się bawili, pomimo średniej jakości jedzenia. Po kolacji poszli na spacer po plaży, gdzie zobaczyli martwego delfina i przyglądali mu się w zadumie. Andy dźgał go palcem w oczy. Leanne wrzeszczała na niego, żeby go zostawił w spokoju. Layton zapytał ich, co to, według nich, jest śmierć.
- Śmierć - odparł Andy - to delfin.
Było to stwierdzenie, którego Layton nie zapomni do końca życia.
* * *
Kiedy dzieci już spały, tak samo jak Amy, Layton włączył telewizor. Leciały Wściekłe psy, ale nie miał ochoty oglądać tego ponownie. Jak na jeden dzień miał dosyć przemocy. Naciskał przyciski w pilocie bez konkretnego celu, przełączając się z sitcomów na dramaty rodzinne, z CNN na telezakupy, a nawet na odkodowane kanały dla dorosłych. Także przy większej liczbie kanałów wybór był bardzo ograniczony i schematyczny. Springsteen miał rację - pięćdziesiąt siedem kanałów i nie ma co oglądać. Jak to możliwe, żeby w takim zalewie programów nie było niczego wartego oglądania?
Wyłączył pudło i siedział tak w ciemnościach. Rano miał iść do Samanthy, ale mu się to wcale nie uśmiechało. Gdyby tylko mogli żyć w przyjaźni. Naturalnie, że ją kochał. Gdyby chciała go z powrotem, spakowałby się w minutę. Amy nie była osobą, do której się wraca. Nie mogła odnaleźć niczego, co miałoby dla niej znaczenie. Nic na dłuższą metę nie przyciągało jej uwagi. Ani dzieci, ani książki, telewizja, filmy, znajomi, a już z pewnością nie on. Tylko picie. I zastanawiał się, czy naprawdę sprawia jej to przyjemność, czy tylko wmusza w siebie kolejnego drinka, by wznieść się na poziom, na którym mogła wszystko znosić. Lubiła seks, ale ile to mogło trwać? Ilu orgazmów potrzebowała, by przetrwać kolejny dzień? Wciąż na niego działała, lecz nie tak jak kiedyś. Nie mówił sprośnych słów, które chciała słyszeć. Nie podobało mu się wiązanie jej i zlizywanie sherry z ud. Do tego nie przeszkadzała mu myśl o niej z innymi mężczyznami. Jak miał przeżyć ten trudny okres?
Co jeszcze mógł zrobić ze swym życiem? Nie miał innego zawodu. Jak to wolny strzelec, żył od jednej roli do drugiej, ale dobre propozycje się urwały, a te, które dostawał, nie były tak korzystne finansowo. Doszło do tego, że brał wszystkie ochłapy, jakie mu rzucano, czyli tyle pracy, na ile pozostało mu sławy. Rozpoznawano jego twarz, a to wciąż jeszcze coś znaczyło. Skoro jest tyle kanałów telewizyjnych, to zawsze znajdzie coś do roboty. Ale nawet tu musiał się nabiegać. Setki aktorów dotarło do tego samego etapu i oni również walczyli o przetrwanie. Jedynie garstka zachowała status gwiazd. W większości przypadków aktorzy byli jak modelki. Rozkwitali w młodości, a potem wtapiali się w tło.
Jego dzieci rosły jak na drożdżach. Widział cząstkę siebie w obojgu. Również w Marku. Zatopionym w myślach, wiecznie zmartwionym Marku.
Rozmyślał o rolach, jakie chętnie by zagrał, mając pozycję Samanthy. Chciałby nakręcić remake Dr Jekylla i Mr Hyde'a. Byłby w tym dobry. I Draculę. Nie na modłę Francisa Coppoli, który zrobił z niego potwora, czy George'a Hamiltona, który zrobił z niego głupka, ale tak, jak to zagrał Bela Lugosi. Największego, najbardziej przerażającego kochanka na świecie.
Zachciało mu się płakać. Do kogo mógł zadzwonić? Kevin Costner? Oliver Stone? Gary Oldman? Denzel Washington? Miał ich numery, ale cóż miał im powiedzieć? Pogramy w piłę? Pójdziemy na babki? Będziemy się kumplować? Mieli własne problemy, nie potrzebowali go. A on nie chciał być dla nikogo ciężarem. Dlaczego życie aktora jest takie samotne? Był gwiazdą filmową. Byłą gwiazdą. Obecnie porażką. Niewidzialnym człowiekiem. To właśnie powinien nakręcić. Nie musiałby nawet wychodzić przed kamerę.
- Layton? Jesteś tu? - zapytała Amy wchodząc na chwiejnych nogach do ciemnego pokoju. - Przestraszyłeś mnie - powiedziała, kiedy już dostrzegła zarys jego sylwetki. - Co ty tu robisz po ciemku?
- Mam czarne myśli.
- Dokąd zabrałeś dzieci?
- A gdybym dzisiaj tu nie wrócił?
- Wiedzą, gdzie jest jedzenie w domu, potrafią same się nakarmić.
- Chcę, żebyś poczuła brzemię odpowiedzialności.
- Pysznie, przydałyby mi się wakacje.
- Właśnie z nich wróciłaś.
- Wizyta u mojej matki to żadne wakacje. Bardzo mnie denerwuje.
- Nie zapalaj światła.
- Chcę cię zobaczyć.
- Nie zmieniłem się nic a nic.
- I to właśnie jest najbardziej przerażające.
- Wracaj do łóżka.
- Głowa mnie boli.
- Ciekawe, dlaczego.
- Wymasujesz mi szyję?
- Nie.
- Czego ty chcesz, Layton?
- Życia.
- Przecież je masz.
- I ty to nazywasz życiem?
- A ja? Co ja mam? Z tym się nie liczysz.
- Nie obchodzi mnie twój los. Może lepiej zacznij dbać o siebie.
- Wyrobię się.
- Nie o tym mówię.
- Przeżyję. To raczej ty powinieneś się martwić.
Layton westchnął. Gdyby mógł pstryknąć palcami i sprawić, żeby zniknęła, zrobiłby to bez wahania. Czy to był jego syzyfowy głaz? Czy to Amy była owym natchnieniem egzystencjalnym? Czy był w stanie ją zabić i uwolnić od cierpień? O, mój Boże.
- W domu nie ma aspiryny - powiedziała Amy.
- Weź sobie witaminę.
- Możesz mi kupić?
- To z pięć kilometrów kanionem. Nie chcę już wychodzić. Już byłem na dworze.
- No to ja pojadę.
- Jedź.
- Proszę. Moja głowa. Oczy, oczy chcą mi wypłynąć. Nie mogę tak prowadzić.
- Chryste, Amy, ciebie też powinienem walnąć.
- Też? Czy biłeś dzieci?
Layton wstał, spojrzał na nią w ciemności i wyszedł. Zapytała, dokąd idzie, na co odparł, że wróci.
Zobaczył kojota biegnącego w jego stronę z odległości około kilometra, a później widok przesłonił mu dom. Dalej światła jego samochodu oświetliły coś leżącego na drodze - pewnie przewrócony kubeł na śmieci. Kiedy się zbliżył, zobaczył, że to jeleń leżący w poprzek drogi, któremu z nosa ciekła krew. Miał oczy otwarte i Layton dostrzegł, że z trudem oddycha. Zatrzymał samochód i podszedł do konającego zwierzęcia. Na nadgryzionym pysku widać było ślady zębów. Jeleń był za duży dla kojota. Na pewno został potrącony przez samochód, a potem pojawił się kojot, by go wykończyć. Jeleń był jedzony żywcem.
Layton nic nie mógł zrobić, by uratować zwierzę, ale nie chciał, żeby cierpiało. Dlatego też wrócił do jeepa i podjechał trochę do przodu, następnie wycofał, stając tyłem przy jeleniu. Ale jeleń był zbyt duży, żeby go najechać. Layton rozważał przejechanie po głowie, tylko że rogi mogły uszkodzić podwozie pojazdu. Sfrustrowany, bardzo chciał skrócić cierpienia zwierzęcia, wysiadł więc z samochodu i podszedł do leżącego jelenia. W jego oczach widział błaganie o pomoc przed kojotem, który wrócił i obserwował Laytona z drugiej strony drogi. Layton nie widział kojota, ale dostrzegł przerażenie w oczach jelenia. Przypomniał sobie film dokumentalny o lwach, które pokonywały większe zwierzęta, takie jak bawoły, zamykając pyskiem dopływ powietrza przez pysk i nozdrza i dusząc je. Poszedł do swego jeepa i zdjął worek marynarski z tylnego siedzenia, wyjął z niego strój gimnastyczny, po czym wrócił do jelenia. Założył worek na skrwawiony pysk zwierzęcia i przytrzymał go mocno. Na początku jeleń się nie poruszał, ale potem jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne spazmy. Layton, przytłoczony rozpaczliwym smutkiem tej czynności, poczuł, jak gorące łzy wzbierają mu w oczach. Na podobnieństwo George'a z Myszy i ludzi Steinbecka litościwie zabijał jedno z bożych istot. Tylne racice jelenia wierzgały wściekle, ale było jasne, że zwierzę było zbyt słabe, by walczyć ze śmiercią krążącą już w jego ciele. Po ledwie kilku minutach jego życie zgasło.
Worek marynarski był zbyt skrwawiony, by go zatrzymać. Layton chwycił przez materiał rogi jelenia i przeciągnął go na pobocze. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył kojota - głodnego, kościstego zwierza z ciałem poharatanym przez inne drapieżniki, być może psy albo szopy, czy też oposy. Wyliniałego, z wytartymi plackami sierści i widocznymi gdzieniegdzie otwartymi ranami. Wyrwany ze swego naturalnego środowiska i zmuszony do myszkowania w kubłach na śmieci, polowania na szczury, czasami bezpańskie koty i małe psy, kojot nie zamierzał odpuścić takiej uczty jak jeleń. Layton uniósł worek w powietrze i pomachał nim, by odstraszyć padlinożercę, ale kojot stał dalej w miejscu bez ruchu. Layton nie mógł nic na to poradzić. Jeleń był martwy. Kojot był głodny. Layton wrócił więc do swego jeepa i pojechał kanionem w stronę miasta. Do Amy wrócił dopiero rano. Nie pytała, co się stało.
* dent (ang.) - wgnieciony, stuknięty
** dense (ang.) - tępy