Katarzyna Prot-Klinger Problemy psychiatrii współczesnej. Przedmowa do wydania polskiego
Książka amerykańskiego dziennikarza Roberta Whitakera ukazała się po raz pierwszy w 2010 roku pod tytułem Anatomy of an Epidemic. Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America [Anatomia epidemii. Magiczne pociski, leki psychiatryczne i zadziwiający wzrost liczby chorób psychicznych w Stanach Zjednoczonych]. W 2011 zdobyła nagrodę organizacji Investigative Reporters and Editors (IRE) dla najlepszej książki w kategorii Dziennikarstwo śledcze.
Whitaker zadaje w niej pytanie, dlaczego liczba Amerykanów otrzymujących rentę inwalidzką z powodu chorób psychicznych podwoiła się w ciągu dwudziestu lat poprzedzających publikację książki. W toku wciągającego śledztwa dziennikarskiego, badając dokumenty, czytając prace naukowe, uczestnicząc w kongresach, ale także rozmawiając z pacjentami i ich rodzinami, dochodzi do wniosku, że epidemia chorób psychicznych związana jest z nadużywaniem leków psychiatrycznych. Jego zdaniem leki te są nadmiarowo przepisywane przez lekarzy, a więc także, w dużej części przypadków, niepotrzebnie przyjmowane przez pacjentów. Dotyczy to zarówno leków antypsychotycznych, przeciwdepresyjnych, uspokajających, jak i leków zapisywanych dzieciom z rozpoznaniem ADHD. Długotrwałe przyjmowanie leków prowadzi, według cytowanych przez Whitakera prac naukowych, do zmian w mózgu, które nie pozwalają na ich odstawienie bez efektu pogorszenia stanu psychicznego. Powstaje błędne koło, którego skutkiem jest statystyczny wzrost zaburzeń psychicznych w społeczeństwie.
Od momentu publikacji książka ta spotyka się zarówno z entuzjastycznym przyjęciem (przykładem może być recenzja Marcii Angell w "The New York Review of Books"), jak i z uwagami krytycznymi. Ważne jednak, żeby nie dać się ponieść jej "śledczej" atmosferze. To nie jest książka o "wielkim spisku" firm farmaceutycznych i lekarzy, którzy dla własnych korzyści wpędzają ludzi w chorobę, chociaż część krytyków to właśnie zarzuca Whitakerowi.
Jednym z obszerniejszych artykułów krytycznych jest wypowiedź doktora Edwina Fullera Torreya umieszczona na stronie organizacji Treatment Advocacy Center, której jest założycielem[1]. Torrey to znany amerykański psychiatra, jeden z czołowych przedstawicieli podejścia biomedycznego. Uważa on, że schizofrenia jest chorobą o podłożu organicznym, podobną do chorób neurologicznych. Treatment Advocacy Center lobbuje za wprowadzeniem obowiązkowego leczenia farmakologicznego pacjentów z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi. Można powiedzieć, że trudno wyobrazić sobie kogoś, czyje poglądy różniłyby się bardziej od poglądów Whitakera. Torrey jednak nie neguje całkowicie tez przedstawionych w książce. Zgadza się z krytyką szerokich kryteriów diagnostycznych chorób psychicznych według obowiązujących klasyfikacji. Uznaje też za lekkomyślne przepisywanie dzieciom leków psychiatrycznych. Uważa nawet, że Whitaker pomniejsza skalę problemu korupcyjnych działań firm farmaceutycznych.
W jednym aspekcie Torrey stanowczo nie zgadza się z wnioskami Whitakera. Dotyczy to opinii autora na temat schizofrenii i nadmiarowego stosowania leków antypsychotycznych. Nie będę tu szczegółowo omawiała zarzutów Torreya i odpowiedzi na nie Whitakera[2], zainteresowane osoby odsyłam bezpośrednio do tej wymiany argumentów. Interesujące wydaje się jednak to, że nawet tak ostra krytyka sztandarowego zwolennika zażywania leków antypsychotycznych kończy się przypomnieniem o "dobrych praktykach psychiatrycznych w zakresie stosowania leków przeciwpsychotycznych", które dla wielu pacjentów i ich rodzin mogą brzmieć rewolucyjnie, niemal jak wnioski z książki Zmącony obraz. Torrey uważa, że leki przeciwpsychotyczne należy stosować w jak najmniejszej dawce, a pacjentom, u których wystąpi pierwszy epizod psychozy, należy odstawić je kilka miesięcy po uzyskaniu remisji, gdyż mogą oni nie potrzebować stałego leczenia. Twierdzi również, że w miarę starzenia się pacjentów trzeba zmniejszyć dawkę leków lub zaprzestać ich podawania. Z mojej praktyki psychiatrycznej wiem, jak często pacjenci już po pierwszym zachorowaniu otrzymują informację, że muszą przyjmować leki przez lata, czasem nawet do końca życia.
Dlaczego książka Whitakera, napisana ponad dekadę temu, nadal jest aktualna i potrzebna? Pokazuje to dyskusja, która wywiązała się niedawno na świecie, w tym także w Polsce, po publikacji w lipcu 2022 roku metaanalizy badań dotyczących "serotoninowej teorii depresji"[3]. W konkluzji artykułu prezentującego wspomnianą metaanalizę Joanna Moncrieff ze współpracownikami piszą, że przegląd wielu badań pokazuje jasno brak związku pomiędzy poziomem serotoniny w mózgu człowieka a depresją. W szczególności nie ma powodu, żeby uważać, że depresja jest spowodowana przez niski poziom serotoniny w połączeniach nerwowych (co było zasadniczym argumentem za serotoninową teorią depresji i stosowaniem leków zwiększających poziom serotoniny w synapsie). Autorzy wspominają także o możliwości wpływu długiego okresu zażywania leków przeciwdepresyjnych na spadek poziomu serotoniny.
Opracowanie zostało opublikowane przez liczące się pismo o wysokim wskaźniku cytowań, co oznacza, że przeszło wnikliwy proces recenzyjny i jest uznane za wiarygodne. Płynie z niego wniosek, że teoria serotoninowa stanowić może przykład budowania teorii psychiatrycznych na potrzeby pacjentów i w zgodzie z interesem firm farmaceutycznych; teorii, które, jak pisze Whitaker (a potwierdzają to badania Moncrieff), nie są podparte rzetelną wiedzą naukową. Reakcje na ten artykuł w Polsce pokazały jednak, jak trudna jest spokojna rozmowa na temat dla nas wszystkich ważny - zdrowia psychicznego i leczenia zaburzeń psychicznych.
Teoria serotoninowa dotycząca depresji powstała niejako post factum. Kiedy okazało się, że leki poprawiające nastrój zwiększają poziom serotoniny w szczelinie synaptycznej, uznano, że depresja jest związana z niskim poziomem serotoniny. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, gdyby nie towarzysząca wynikom badań narracja, jakoby niedobór ten był "defektem" organizmu pacjenta, a leki przywrócą jego prawidłowe funkcjonowanie. Podobnie skonstruowano teorię "dopaminową" schizofrenii - znowu leki mają naprawiać to, co rzekomo spowodowało chorobę. Programy psychoedukacyjne oferowane pacjentom na oddziałach psychiatrycznych oraz broszury (często sponsorowane przez firmy farmaceutyczne) objaśniają mechanizm powstawania i leczenia chorób psychicznych za pomocą analogii do cukrzycy i insuliny - przyjmując lek przeciwdepresyjny lub przeciwpsychotyczny, działasz tak, jakbyś przyjmował insulinę, gdy jesteś cukrzykiem, czyli uzupełniasz brak, poprawiasz to, co sknociła natura, i logiczne jest, że będziesz to musiał robić do końca życia. W podobny sposób część lekarzy mówi o metylofenidacie - ma być dla dziecka z ADHD tym, czym są okulary dla dziecka krótkowzrocznego: trwałym elementem korygującym ewidentnie nieprawidłową soczewkę oka. W tych porównaniach istotnych jest parę elementów: zaburzenie można łatwo stwierdzić ogólnie dostępnymi metodami (badanie poziomu insuliny czy badanie wzroku), cukrzyca czy krótkowzroczność mają charakter trwały (o ile nie podejmie się zabiegów operacyjnych), a leczenie ukierunkowane jest bezpośrednio na skorygowanie jasno określonego błędu natury. Analogia sugeruje, że podobnie możemy postąpić z zaburzeniami psychicznymi. Tak jednak nie jest. Stosowane w nich leki nie naprowadzają mózgu na "właściwą" drogę, są tylko jedynymi znanymi nam substancjami, które krótkookresowo redukują objawy choroby.
Oczywiście gros chorych i rodzin powie w tym momencie, że otrzymanie leku było niewyobrażalną ulgą. Tak. Leczymy lekami, którymi dysponujemy - robię to ja jako psychiatra, robi to Joanna Moncrieff, robią to opisywani przez Whitakera lekarze, których działalność jest przykładem "dobrych praktyk". Powinniśmy jednak przyznać i zrozumieć, że leki psychiatryczne nie uzupełniają jakiegoś wyobrażonego niedoboru i nie znamy do końca mechanizmu ich działania. Dlaczego to jest ważne? Dlatego że aktualną tendencją jest medykalizacja cierpienia, czyli przepisywanie leków w sytuacjach, w których pomocne byłyby inne oddziaływania, oraz stosowanie leków ad infinitum. Jeżeli jesteśmy cukrzykami, to potrzebujemy insuliny do końca życia. O tym, jak takie myślenie w odniesieniu do zaburzeń psychicznych może być niebezpieczne, pisze Whitaker.
Wracając do teorii serotoninowej i polskiej burzy w szklance wody. Najpierw po ukazaniu się pracy Moncrieff odezwali się psychiatrzy. Przyznali, że już dawno było wiadomo, że teoria serotoninowa ma znaczenie "historyczne" i w takim kontekście jest opisywana w podręcznikach oraz że nie podważa to działania SSRI, czyli leków hamujących zwrotny wychwyt serotoniny[4]. Częściowo to prawda, rzeczywiście badacze zaczynają podważać kluczowe znaczenie serotoniny i rozważa się inne mechanizmy będące przyczyną depresji, a co za tym idzie: inne metody jej leczenia (na przykład poprzez użycie ketaminy). Dla pacjentów informacja, że leki, które przyjmują, nie działają w tak oczywisty sposób, w jaki było to im prezentowane, może być jednak ważna i skłaniać ich do przemyśleń dotyczących innych (nie tylko farmakologicznych) metod leczenia. Na co dzień nie mają oni dostępu do takiej wiedzy. Kolejnym znaczącym wątkiem w wypowiedziach psychiatrów był wyraźny paternalizm wyrażany w opinii, że upowszechnianie wyników Moncrieff "szkodzi pacjentom"[5]. To dosyć powszechny sposób na zamykanie dyskusji - traktowanie pacjentów jak osoby, które nie są w stanie leczyć się świadomie na podstawie różnych informacji. Co ciekawe, w tej dyspucie dostało się też samej Moncrieff, która w jednym z artykułów została uznana enfant terrible psychofarmakologii[6]. Mechanizm tego rodzaju dyskredytacji opisuje także Whitaker: w Stanach Zjednoczonych lekarze i firmy farmaceutyczne opisywali osoby krytykujące farmakologię jako niewartych dyskusji dziwaków. Jak widać, nawet publikacja wyników badań w ważnym piśmie nie przeszkadza forsowaniu takiej narracji.
Powyższe argumenty dotyczące "obrony pacjentów" przed niepotrzebnymi informacjami pojawiły się również w dalszym ciągu dyskusji w związku z artykułem Moncrieff. Był to już publiczny spór o charakterze medialnym pomiędzy podróżniczką Beatą Pawlikowską a psychiatrą Mają Herman na temat skuteczności (czy też nieskuteczności) leków przeciwdepresyjnych. Beata Pawlikowska, opierając się częściowo na artykule Moncrieff, wystąpiła przeciwko lekom antydepresyjnym na rzecz terapii ruchem (jej dobre rezultaty opisane są w książce Whitakera). Jednym z argumentów Mai Herman przeciwko tym pomysłom była konieczność obrony pacjentów, którzy po takiej informacji zaczną, zdaniem psychiatry, masowo odstawiać leki. Komentując tę dyskusję, zauważyłam, że wypowiadający się w tej sprawie pacjenci wydają się dojrzalsi, niż myślą o nich ich lekarze - są zaciekawieni innym punktem widzenia, ale nie bezkrytyczni[7]. Nikt nie pisał, że pod wpływem wypowiedzi Beaty Pawlikowskiej ma zamiar natychmiast odstawić leki, ale, co niepokojące, pacjenci twierdzili, że po latach leczenia wreszcie otrzymali ważne informacje dotyczące ich choroby. Pisali, że prowadzący ich lekarze nie mają dla nich czasu i wizyta często ogranicza się do przepisania kolejnej recepty na przyjmowane leki. Starcie Pawlikowskiej i Herman groziło rozprawą sądową, z której na szczęście obie się wycofały. Niemniej pokazuje to skalę emocji osób zaangażowanych w obronę "dobrego imienia" psychiatrii. Za tą reakcją stoi najpewniej obawa, że może się "wydać", iż psychiatria nie jest (tak jakby chcieli obrońcy psychofarmakologii) równoprawną dziedziną medycyny. Psychiatria lokuje się na pograniczu medycyny i nauk humanistycznych - psychologii, socjologii, filozofii, nauk o kulturze. Podejście medyczne nie wyczerpuje możliwości leczenia psychiki ludzkiej i trudności w funkcjonowaniu psychicznym metodami psycho- i socjoterapeutycznymi.
To wszystko pokazuje, jak ważna, ale też trudna może być lektura książki Whitakera dla osób, które żyły w przeświadczeniu, że wiedzą już, jaka jest geneza chorób psychicznych i jak je leczyć przyczynowo.
We wrześniu 2023 roku w magazynie "The Lancet Psychiatry" pojawił się kolejny tekst zespołu związanego z Joanną Moncrieff dotyczący skuteczności leków przeciwpsychotycznych[8]. Publikacja ta pokazuje, jak skomplikowana jest jednoznaczna interpretacja badań. W dwuletnim badaniu okazało się, że w grupie pacjentów, w której zmniejszono dawki leków przeciwpsychotycznych, częściej dochodziło do nawrotu psychozy niż w grupie, w której pozostawiono poprzednią dawkę. Świadczy to o skuteczności metody kontynuowania podawania leków w zapobieganiu nawrotom, ale... Pozostaje pytanie, czy to leki trzymają "utajoną" psychozę w karbach, czy samo odstawienie u osób długotrwale je przyjmujących sprzyja nawrotowi. 72 procent osób, które przerwały leczenie przeciwpsychotyczne w badanych grupach, nawrotu nie miało, co pokazuje, że odstawienie leków jest możliwe. Nie było też różnicy w funkcjonowaniu społecznym pomiędzy osobami przyjmującymi a redukującymi leki. Badacze są zawiedzeni tym ostatnim wynikiem, bo uważali, że redukcja dawki przyczyni się szybko do lepszego funkcjonowania społecznego, ale we wnioskach piszą, że być może okres obserwacji był zbyt krótki. Byłoby to w zgodzie z historiami pacjentów przytaczanymi przez Whitakera, w których często potrzeba było wielu lat po zaprzestaniu przyjmowania leków do powrotu do poziomu funkcjonowania przedchorobowego.
Whitaker krytykuje amerykański system diagnostyczny DSM, który - podobnie jak psychiatryczna część ICD (system klasyfikacji chorób stosowany w Europie) - powstał na podstawie biomedycznego modelu zdrowia i choroby. Biomedyczny model choroby pochodzi z XIX wieku i używa jako wzorca modelu pojawiania się i leczenia chorób zakaźnych. Podstawowym założeniem tego modelu jest to, że chorobę wywołuje jeden specyficzny czynnik, i o ile dobrze sprawdza się w przypadku chorób zakaźnych spowodowanych przez wirusy i bakterie, o tyle już gorzej w innych chorobach, a całkiem źle w chorobach psychicznych. Poza tym model biomedyczny zakłada jasną granicę pomiędzy zdrowiem a chorobą, co szczególnie w zaburzeniach psychicznych jest wątpliwe. Wrócę do tego, omawiając koncepcję "spektrum autyzmu".
Od 1980 roku, kiedy powstała kolejna edycja DSM - DSM-III - mamy w psychiatrii do czynienia z wyraźnym zwrotem w kierunku myślenia biologicznego. Główną ideą tego podejścia jest przekonanie, że choroby psychiczne mają charakter organiczny, mózgowy, a więc u podłoża widocznych objawów leży proces biologiczny, który kiedyś będzie odkryty. Jednak kolejne badania potwierdzają raczej złożony charakter zaburzeń psychicznych niż prosty biologiczny redukcjonizm.
Zgodnie z zasadami obowiązującymi w medycynie diagnoza powinna być trafna (odnosić się do rzeczywistej choroby o określonej przyczynie, prawdopodobnym przebiegu i tak dalej), rzetelna (osoba zbadana przez różnych specjalistów otrzyma to samo rozpoznanie) i użyteczna (daje wskazówki co do dalszego postępowania). Okazuje się jednak, że nadzieje pokładane we współczesnych klasyfikacjach DSM i ICD - iż dokładnie opisują przyczyny czy wewnętrzną strukturę zaburzeń, co powinno sprzyjać trafności diagnozy - się nie sprawdziły. Rzetelność diagnozy psychiatrycznej też nie przedstawia się najlepiej. Nawet doświadczeni klinicyści, dodatkowo szkoleni w kryteriach diagnostycznych, nie osiągają zgodności powyżej 50 procent[9]. Tak więc diagnozowanie według powszechnie stosowanych klasyfikacji nie jest trafne ani rzetelne. Powstaje więc wątpliwość co do jej użyteczności.
Często pacjenci (ale też chyba psychiatrzy, psycholodzy, psychoterapeuci) traktują diagnozę psychiatryczną podobnie jak rozpoznanie choroby somatycznej, nie zdając sobie sprawy z różnicy w samej koncepcji obu diagnoz. W medycynie somatycznej, jeżeli występują objawy patologiczne, poszukiwana jest przyczyna i dochodzi do weryfikacji somatycznej - potwierdzenia lub wykluczenia choroby. Na przykład u osoby, u której występują bóle głowy i zaburzenia widzenia, możemy podejrzewać guza mózgu. Wykonujemy badania neuroobrazowe i albo nasza hipoteza uzyska potwierdzenie, albo wykluczenie. Podczas diagnozy psychiatrycznej łączy się objawy i nazywa je określoną chorobą, weryfikacja nie jest potrzebna. Czyli - w powyższym przypadku - odpowiadałoby to rozpoznaniu choroby "ból głowy z zaburzeniami widzenia". Co więcej, choroby somatyczne mogą być stwierdzone bez występowania konkretnych objawów (na przykład odkrywamy guza przy wykonywaniu badania neuroobrazowego z innych przyczyn), a w zaburzeniach psychicznych choroba nie może zostać oddzielona od objawów. Dodatkowo jeden objaw psychopatologiczny w zaburzeniach psychicznych może wywoływać następny, co nie jest typowe dla zaburzeń somatycznych - na przykład gorączka nie wywołuje kaszlu, ale zaburzenia snu mogą powodować problemy z koncentracją i prowadzić do obniżenia nastroju. Tak więc diagnozy psychiatryczne należy raczej traktować jako język, którym umówiliśmy się nazywać różnego rodzaju cierpienie, a nie diagnozę w ściśle medycznym tego słowa znaczeniu.
Ciekawym przykładem dotyczącym płynności diagnozy w psychiatrii są zmiany w klasyfikacji autyzmu. Do momentu powstania klasyfikacji DSM-V (2013) i ICD-11 (2022) autyzm był ciężkim zaburzeniem rozwojowym zaczynającym się we wczesnym dzieciństwie (objawy musiały zostać stwierdzone przed trzecim rokiem życia). Do osób mających pewne cechy podobne do autyzmu, ale dobrze, a czasami nawet wysoko funkcjonujących, stosowano diagnozę zespołu Aspergera. Obecnie używamy określenia "spektrum autyzmu", w którym mieszczą się zarówno osoby osiągające duże sukcesy społeczne, jak i osoby nieporozumiewające się "naszym językiem"[10]. Oczywiście osoby zdiagnozowane jako autystycy mogą w trakcie życia zmienić swoje funkcjonowanie społeczne. Jednym z przykładów jest Temple Grandin - przeszła ona drogę od mutystycznej, niekontaktującej się z otoczeniem dziewczynki do profesorki zootechniki, działaczki na rzecz praw zwierząt. Podkreślam jej działalność społeczną, bo łączy ją to z chyba najbardziej obecnie znaną osobą w spektrum autyzmu - Gretą Thunberg, działaczką na rzecz klimatu. Klasyczna definicja "osoby z autyzmem" mówi, że jest to osoba "żyjąca we własnym świecie", "społecznie nieprzystosowana", budująca "nieprawidłowe relacje społeczne". Bliższe przyjrzenie się Temple Grandin, Grecie Thunberg czy wielu innym każe nam zastanowić się, czy nie są to jednak osoby z "nadmiarową" empatią - wysoką wrażliwością skutkującą koniecznością okresowego wycofywania się, co czyni je społecznie nieprzystosowanymi. Pojęcie "spektrum autyzmu" można rozumieć jako stopnie nasilenia cech autyzmu jako całości, ale także pewnych specyficznych cech składających się na diagnozę - sposobu używania języka, nawiązywania relacji społecznych, sposobu myślenia czy przetwarzania sensorycznego. W każdym z tych obszarów osoba autystyczna może mieć różnego rodzaju "odchylenia od normy". Okazuje się, że ludzie w spektrum autyzmu mają też częściej niż inni cechy ADHD (zaburzenia uwagi i nadaktywność).
Wszystkie te "zaburzenia" próbuje się współcześnie ująć poza obowiązującymi klasyfikacjami poprzez określenia "neuroróżnorodność" czy "neuroatypowość", które, jak się okazuje, obejmują około 20 procent populacji[11]. Są to osoby "wysoko wrażliwe"[12], wykazujące zaburzenia przetwarzania sensorycznego. Przyjmuje się w tym kontekście, że u osób w spektrum autyzmu zaburzenia powstają w sytuacji nadmiernej liczby bodźców, co prowadzi do niepokoju i wycofania, a u osób z ADHD duże natężenie bodźców powoduje przestymulowanie, ekscytację i przytłoczenie. Powstają wątpliwości, czy ADHD jest deficytem uwagi, czy trudnością w regulowaniu uwagi zgodnie z wolą. Osoby te wykazują także zaciekawienie i uwrażliwienie na nowe informacje i bodźce oraz zdolność do hiperskupienia. Obecnie uważa się, że cechy ADHD wykazywali Einstein i Mozart. Oczywiście różni znani ludzie cierpią na różne choroby, ale poprzez te przykłady chcę pokazać, że być może dzięki temu, co dziś patologizujemy, część z nas jest bardziej wrażliwa na los zwierząt, zmiany klimatu czy jest w stanie, mając niezwykłe zdolności, dokonywać wybitnych odkryć. Nie oznacza to oczywiście, że każdy nastolatek z ADHD będzie Einsteinem, tak jak nie każda osoba ze schizofrenią dokona odkryć takich jak John Nash[13], ale możemy myśleć, że odkryli coś ważnego "pomimo" choroby lub że pewne cechy związane z tym, co nazywamy chorobą (na przykład niekonwencjonalność myślenia w schizofrenii), poszerzyły ich możliwości poznawcze i niestereotypowe myślenie. Nie mamy lekarstw na autyzm, aczkolwiek osoby z tą diagnozą często otrzymują leki, które mają łagodzić ich zmiany nastroju wynikające z trudności z przystosowaniem się do otoczenia. Stosowane są natomiast powszechnie leki na ADHD z podobną argumentacją, jak przy teorii serotoninowej - trzeba "nareperować" to, z czym natura sobie nie poradziła. O epidemii przepisywania leków na ADHD w Stanach, która do Polski dotarła z pewnym opóźnieniem, pisze szeroko Whitaker. Podawane przez niego przykłady pokazują, z jakimi konsekwencjami dla dzieci wiąże się medykalizacja.
Nie znamy przyczyny ani depresji, ani psychoz (w tym schizofrenii). Propozycją raportu Brytyjskiego Towarzystwa Psychologicznego z 2017 roku jest używanie w odniesieniu do ich etiologii określenia "poziomy wyjaśnienia", a nie "przyczyny", gdyż używanie tej drugiej nazwy stanowiłoby znaczne uproszczenie[14]. Tymi poziomami byłyby podłoża biologiczne, psychologiczne i społeczne.
Zgodnie z tymi poziomami możemy planować interwencję leczniczą. W tym kontekście chciałam zwrócić uwagę, że Whitakera łatwo jest uznać za osobę "walczącą z lekami", ale przykłady, które przywołuje w swojej książce, pokazują, jak różne są scenariusze związane z wyborem leczenia i całą sytuacją życiową pacjenta i rodziny. Również żaden z profesjonalistów, których działalność w ostatniej części książki prezentowana jest jako przykład "dobrych praktyk", nie odżegnuje się od stosowania leków. Whitaker chce przede wszystkim pokazać, jak nasze myślenie zostało zdominowane przez Big Pharma. Osoby rezygnujące z leków bywają określane jako "rezygnujące z leczenia", nawet jeżeli wybierają pomagające im i o udowodnionej skuteczności naukowej metody psychoterapeutyczne. Skuteczne rozwiązania psychospołeczne są niedoceniane i lekceważone, jak chociażby interwencje mające na celu zniwelowanie zachowania antyspołecznego u dzieci[15].
Jakie byłyby wnioski płynące z tej książki? Dla lekarza brzmiałyby one następująco: w przypadku wystąpienia u pacjenta objawów depresyjnych, psychotycznych, nadpobudliwości czy innych poczekajmy chwilę, nim rozpoczniemy farmakoterapię. Część zaburzeń przechodzi sama. Pokazują to nie tylko przykłady z Ameryki, ale nasze rodzime. Czytając "opisy przypadków" przed erą neuroleptyków, widzimy, że psychoza często ustępuje samoczynnie po około dwóch-trzech tygodniach[16].
W tym czasie obserwacyjnym właściwa byłaby próba zrozumienia tego, co dzieje się z pacjentem czy jego rodziną, "przywrócenie dialogu", o czym piszę bardziej szczegółowo poniżej.
Jeżeli objawy się nasilają, stosujmy najmniejszą możliwą dawkę leku i kontynuujmy zaakceptowaną przez pacjenta formę pomocy psycho- bądź socjoterapeutycznej. Miejmy świadomość, że leki działają, ale często ich działanie jest słabe, a jeszcze częściej krótkotrwałe.
Powoli odstawiajmy leki, gdy miną ostre objawy choroby. Uważajmy na "objawy odstawienne", które mogą być także nawrotem objawów. Pacjenci nierzadko rozumieją działanie leków przepisywanych przez psychiatrów na wzór leków przeciwgorączkowych - jeżeli odstawiłem leki i nadal mam gorączkę, to znaczy, że choroba nie minęła. Jeżeli powróciły objawy psychotyczne, to znaczy, że choroba nie została pokonana. Tymczasem może to być też typowy skutek nagłego i samodzielnego odstawienia leków przez pacjentów, dlatego zniechęcajmy ich do tego.
A przede wszystkim nie wmawiajmy pacjentom, że regulujemy jakąś fikcyjną "nierównowagę biochemiczną". Brzmi dobrze, ale nie jest to prawdą.
Takie wnioski wydają się proste i zdroworozsądkowe. Dlaczego nie wdrażamy tych propozycji w praktyce? Whitaker pokazuje świat medyczny rządzony interesem firm farmaceutycznych. Dysponujemy istotnymi danymi, że wyniki sponsorowanych przez nie badań nad lekami są "dostosowywane" w taki sposób, żeby sugerowały skuteczność farmakoterapii. Pisze o tym nie tylko Whitaker. Ben Goldacre w książce Szkodliwa medycyna przywołuje jako "najbardziej haniebny" przypadek stronniczości publikacji właśnie artykuły na temat SSRI (leków przeciwdepresyjnych) z 2008 roku[17]. Badania te były powtórzone z podobnymi wynikami w 2022 roku[18]. Analiza prac naukowych dotyczących wspomnianych leków przeciwdepresyjnych, ale także leków przeciwpsychotycznych[19] pokazuje, że badania leków psychiatrycznych wypadające negatywnie nie są publikowane, a te, które wypadają pozytywnie, ogłaszane są drukiem. Dodatkowo badania negatywne bywają tak prezentowane, jakby wynik był pozytywny. Zaburza to ogląd lekarzy i daje wrażenie, że wiele badań potwierdza skuteczność leków.
Żeby było jasne, także pacjenci cieszą się, że ich cierpienie zostaje nazwane, że są na to właściwe leki. Ten sposób myślenia odpowiada ich rodzinom i innym osobom w systemie opieki psychiatrycznej. Wielu psychoterapeutów, mierząc się z bardzo trudnymi stanami pacjentów, odczuwa ulgę, gdy lekarz stawia diagnozę i przepisuje leki. Wszyscy tkwimy w tej opowieści.
Wbrew przekonaniu, że pacjentów należy chronić przed "złymi wiadomościami" dotyczącymi działania leków, uważam, że bez współpracy z uświadomionymi pacjentami wiele nie zdziałamy. Przykładem może być zmiana, jaka zaszła w obszarze stosowania benzodiazepin. Mam wrażenie, że sytuacja amerykańska opisywana przez Whitakera różni się od obecnej sytuacji w Polsce. Pacjenci z dużych miast (bo z takimi mam głównie do czynienia) panicznie boją się uzależnienia. Znają na przykład nazwę Xanax, konsekwencje długotrwałego stosowania tego środka i uważają, że nawet mała dawka zrobi z nich "ćpunów". Jest to na pewno lęk nadmiarowy, ale lepsze chyba to niż niezdawanie sobie sprawy z uzależniającej siły leku.
Gdy czytamy historie pacjentów przedstawione w książce, staje się jasne, że pomoc przychodzi za późno. Młode osoby nie otrzymują pomocy ani społecznej, ani psychologicznej w okresie, kiedy są molestowane czy traktowane przemocowo przez opiekunów bądź rówieśników. Nie otrzymują także pomocy, gdy pojawiają się pierwsze objawy inności, nieprzystosowania, cierpienia. Gdybyśmy nie koncentrowali się na "właściwej diagnozie" czy "właściwym doborze leków", a próbowali zrozumieć, co dzieje się z dzieckiem czy młodym człowiekiem, wielu opisanych i nieopisanych przez Whitakera nieszczęść można by uniknąć.
Mamy w tej chwili szereg badań pokazujących wpływ doświadczenia traumatycznego doznanego w dzieciństwie na rozwój zaburzeń psychicznych w dorosłości. Koncentrowanie się na przyczynach biologicznych i szukanie odpowiedniego leku opóźnia lub, co gorsza, wyklucza interwencję psychospołeczną, która mogłaby być bardziej skuteczna niż farmakoterapia.
Naukowe potwierdzenie hipotezy dotyczącej skuteczności wczesnej interwencji pokazują doświadczenia "otwartego dialogu" Jaakko Seikkuli, opisane w ostatniej części książki Whitakera, w której skupia się on na pozytywnych rozwiązaniach we współczesnej psychiatrii. Ten fiński psychiatra i badacz określa swoją metodę pracy jako "sposób życia"[20]. Wywodzi się ona z fińskiego modelu "leczenia dostosowanego do potrzeb"[21], który kwestionuje podejście "medycyny opartej na dowodach" (evidence-based medicine), gdzie psychiatra powinien wybrać jeden odpowiedni sposób leczenia po wcześniejszym dokładnym zdiagnozowaniu "przypadku". Podejście dostosowane do potrzeb podkreśla, że "odpowiednia" diagnoza wyłoni się podczas wspólnych spotkań, które same w sobie stanowią proces leczniczy. Interwencję opartą na ideach "otwartego dialogu" stosują profesjonaliści w placówkach medycznych. Istotna jest natychmiastowa (w ciągu dwudziestu czterech godzin) reakcja na kryzys w formie spotkania członków sieci społecznej pacjentów oraz profesjonalistów. "Dialogiczność" jest głównym celem wspólnych spotkań dla zrozumienia aktualnego kryzysu, w jakim znalazł się pacjent. Zdaniem praktyków "otwartego dialogu" relacja dialogowa wzmaga poczucie bycia wysłuchanym i traktowanym poważnie. Zadaniem profesjonalistów jest podążanie za sposobem życia pacjentów i za ich językiem, a powrót do dialogu, porozumiewania się ze światem jest miarą wyzdrowienia. Jakko Seikkula mówi o "otwartym dialogu" jako metodzie leczniczej, ale także koncepcji psychopatologicznej, w której "psychoza" jako kategoria nie istnieje, istnieją tylko psychotyczne zachowania i przeżycia, a symptomy psychotyczne nie są symptomami choroby, lecz strategią umożliwiającą umysłowi/psychice przetrwanie dziwnych doświadczeń. W tym kontekście długotrwałe zachowania psychotyczne są wynikiem niewłaściwego leczenia - nieadekwatnego lub/i rozpoczętego zbyt późno. Celem "otwartego dialogu" jako metody leczenia jest stworzenie nowego, wspólnego języka dla tych doświadczeń, które dotychczas wymykały się słowom.
Whitaker nie pisze wprost o organizacjach pacjentów, które postulują często inne wartości niż leczący ich lekarze. Jedną z koncepcji wywodzących się z ruchów pacjenckich związanych z psychozami jest "zdrowienie" (recovery). Koncepcja ta zakłada, że celem leczenia nie jest całkowite usunięcie objawów, co częstokroć stanowi cel lekarza i mierzy się w różnych badaniach naukowych. To, co jest "poprawą" dla lekarza czy badacza, nie musi być pożądane przez pacjenta. Nierzadko celem pacjenta jest życie i funkcjonowanie społeczne pomimo objawów. Wydaje się, że o tym często mówią pacjenci cytowani w książce, którzy zdecydowali się odstawić leki. Miewają lepsze i gorsze chwile, ale można uznać, że przepracowali żałobę nad projektem "idealnego stanu psychicznego" i wybrali mierzenie się ze swoimi, czasami trudnymi doświadczeniami psychicznymi.
Dobrze byłoby, gdyby książka Zmącony obraz nie doprowadziła do kolejnych "walk" pomiędzy "zwolennikami" a "przeciwnikami" leków, ale stała się propozycją do spojrzenia na zaburzenia psychiczne i ich leczenie z innej perspektywy.