Zły - Leopold Tyrmand

Kup ebooka

49.90 zł
42.91 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wszyst­kie po­sta­cie, zda­rze­nia, sy­tu­acje oraz dia­lo­gi wy­stę­pu­ją­ce na kar­tach po­niż­szej opo­wie­ści są fik­cyj­ne i nie mają żad­nych kon­kret­nych od­po­wied­ni­ków w re­al­nym ży­ciu. Są zwy­kłym two­rem ima­gi­na­cji.

Le­opold Tyr­mand

Oso­by, któ­re sty­ka­ły się bez­po­śred­nio lub po­śred­nio ze ZŁYM w po­cią­gach pod­miej­skich, tram­wa­jach, au­to­bu­sach, tro­lej­bu­sach, ba­rach mlecz­nych, knaj­pach, noc­nych lo­ka­lach, na dan­sin­gach, w re­stau­ra­cjach, za­kła­dach zbio­ro­we­go ży­wie­nia, bu­fe­tach sta­cyj­nych, ka­wiar­niach, na uli­cach War­sza­wy, pla­cach, skwer­kach, mo­stach, dwor­cach ko­le­jo­wych, przy­stan­kach tram­wa­jo­wych, tar­go­wi­skach, ba­za­rach, Ko­szy­kach, "ciu­chach", przed ki­na­mi, sta­dio­na­mi spor­to­wy­mi, ap­te­ka­mi, śli­zgaw­ka­mi, w skle­pach, w do­mach to­wa­ro­wych, w warsz­ta­tach sa­mo­cho­do­wych, w ga­ra­żach i reszt­kach ruin, i wszę­dzie in­dziej:

Mar­ta Ma­jew­ska - se­kre­tar­ka

Wi­told Hal­ski - le­karz

Edwin Ko­lan­ko - dzien­ni­karz

Ju­liusz Ka­lo­dont - kio­skarz

Eu­ge­niusz Śmi­gło - szo­fer MPK

Fry­de­ryk Kom­pot - cu­kier­nik

Mi­chał Dziar­ski - po­rucz­nik MO

Jo­nasz Drob­niak - bu­chal­ter

Fi­lip Me­ry­nos - pre­zes spół­dziel­ni "Wo­re­czek"

Anie­la - słu­żą­ca

Ro­bert Kru­szy­na - były bok­ser

Al­bert Wil­ga - in­ży­nier

Je­rzy Me­te­or - hochsz­ta­pler

Oby­wa­tel Ku­dła­ty - herszt

Ku­buś Wi­rus - re­por­ter

Wie­sław Mech­ciń­ski - ło­buz

Lowa Zyl­bersz­tajn - dzia­łacz spor­to­wy

Olim­pia Szu­war - ko­bie­ta do­rod­na przed czter­dziest­ką

Jó­zef Siup­ka - ko­le­jarz

Ha­waj­ka - bu­fe­to­wa

Fran­ci­szek Życz­li­wy - ogrod­nik

An­to­ni Pa­jąk - li­sto­nosz

Sza­ja - drań

Me­fi­sto­fe­les Dziu­ra - fry­zjer

Roma Le­opard - par­kie­cia­ra, czy­li ko­ciak

Ze­non - ho­ke­ista

Edward Łom - bi­le­ter

Zo­fia Chwa­ła - sę­dzia

Jan Wcze­śniak - urzęd­nik

Ju­suf Ali Chas­sar - Egip­cja­nin

Ki­twa­szew­ski - me­cha­nik

Ma­cie­jak - star­szy sier­żant MO

Meto - ban­dzior

Izy­dor Tka­czyk - kra­wiec

Klu­siń­ski - wy­wia­dow­ca

Dok­tor Dzi­dzia­szew­ski - gi­ne­ko­log

Sio­stra Le­oka­dia - pie­lę­gniar­ka

Pa­ciuk - maj­ster

i wie­lu, wie­lu in­nych.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Je­stem ład­na - po­my­śla­ła Mar­ta Ma­jew­ska, uj­rzaw­szy się w lu­strze. Ap­te­ka mia­ła sta­re, wy­peł­nio­ne me­blo­wą po­li­tu­rą wnę­trze. Szu­flad­ki, wie­życz­ki z rżnię­te­go w bej­co­wa­nym drew­nie go­ty­ku, zma­to­wia­łe ze sta­ro­ści bo­aze­rie. I lu­stra; tro­chę wy­szczer­bio­ne, tro­chę zżół­kłe, za szkłem ga­blot w łu­ko­wych, niby ro­mań­skich opra­wach - wszę­dzie lu­stra. Chy­ba je­stem ład­na? - za­sta­na­wia­ła się Mar­ta, gdy skrę­co­ny w śli­mak, na­bi­ty ludź­mi ogo­nek wy­pchnął ją tuż przed ladę, za któ­rą były lu­stra. - To bzdu­ra - po­wie­dzia­ła nie­mal szep­tem - jaka tam ład­na? Przy­jem­na i tyle. Zno­śna. W lu­strze wi­dać było nie­wy­so­ką po­stać, szczu­płą twarz z za­dar­tym no­skiem, ciem­no­blond wło­sy, któ­rych nie­re­gu­lar­nie a mod­nie roz­rzu­co­ne ko­smy­ki wy­my­ka­ły się spod zgrab­ne­go czar­ne­go be­re­tu. Mam za duże usta i za ja­sne brwi. Głu­pia! O czym my­śli. Mimo woli uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc rów­ne, bia­łe zęby, i wte­dy twarz jej na­bra­ła ja­kiejś ja­snej, tkli­wej we­so­ło­ści, ja­kie­goś uj­mu­ją­ce­go cie­pła. Ory­gi­nal­na - oto wła­ści­we - sło­wo - za­kon­klu­do­wa­ła z sa­tys­fak­cją - nie ład­na, żad­na tam pięk­ność, ale ory­gi­nal­na... - Za­raz też do­da­ła: - Nie­wiel­ka sztu­ka być ory­gi­nal­ną w tym tłu­mie za­gry­pio­nych, kasz­lą­cych, za­ka­ta­rzo­nych, oku­ta­nych w chust­ki i sza­li­ki klien­tów ap­te­ki.

Ko­lej­ka przed­sta­wia­ła wi­dok przy­gnę­bia­ją­cy. Ta po­go­da... - my­śla­ła Mar­ta z naj­wyż­szą nie­chę­cią. Za okna­mi za­ci­nał deszcz ze śnie­giem, plac Trzech Krzy­ży to­nął w bło­cie, w mi­go­tli­wym, męt­nym świe­tle roz­chy­bo­ta­nych wy­so­ko lamp, otu­lo­nych brud­nym we­lo­nem sło­ty. Co chwi­la ktoś mo­kry, pa­ru­ją­cy wil­go­cią i zim­nem, wci­skał się do cie­płej, prze­peł­nio­nej ap­te­ki. Por­ce­la­no­we sło­iki z czar­ny­mi skró­ta­mi ła­ciń­skich nazw, rów­ne ema­lio­wa­ne ta­blicz­ki na szu­flad­kach bu­dzi­ły sym­pa­tię i za­ufa­nie. Tu była po­moc prze­ciw wi­chrom i gry­pom, prze­ciw doj­mu­ją­ce­mu zim­nu i przej­mu­ją­cej dresz­czem wil­go­ci. - Her­ba ru­tae... - prze­czy­ta­ła ci­chut­ko Mar­ta. Znów się uśmiech­nę­ła. - Ma­gia ap­te­ki... Ta­jem­ni­cze ła­ciń­skie sło­wa, ozna­cza­ją­ce zwy­kłą tra­wę... Za­czę­ła czy­tać przy­szpi­lo­ne plu­skiew­ka­mi na­pi­sy: "Ci­ba­sol tyl­ko na re­cep­ty le­kar­skie" - ogła­sza­ła Na­czel­na Izba Ap­te­kar­ska; "Tu sprze­daż od­ręcz­na". Za­pra­co­wa­na far­ma­ceut­ka po dru­giej stro­nie lady li­czy­ła bły­ska­wicz­nie ko­lu­mien­ki ma­łych cy­fe­rek na re­cep­tach. My­śli Mar­ty po­wę­dro­wa­ły do domu. Bied­na mama, tak ją w nocy bo­la­ło... - To wy­cze­ki­wa­nie w nie­koń­czą­cym się ogon­ku nu­ży­ło. - Tyle dziś do ro­bo­ty, a chcia­ła­bym się spo­tkać jesz­cze z Ze­no­nem.

Za­pra­co­wa­na far­ma­ceut­ka au­to­ma­tycz­nym ru­chem wy­ję­ła Mar­cie re­cep­tę z ręki. - Bi­la­mi­du nie ma. Eks­trakt z czar­nej rzod­kwi wy­co­fa­ny z le­ko­spi­su... - po­wie­dzia­ła szyb­ko, po czym otwo­rzy­ła ja­kiś sko­ro­widz i cze­goś szu­ka­ła. - To... może jest coś za­stęp­cze­go? - bąk­nę­ła Mar­ta za­sko­czo­na. - Jest. Iso­chol za­miast bi­la­mi­du. I sok z dziu­raw­ca albo cho­le­sol. Ale musi pani przy­nieść nową re­cep­tę albo za­pła­cić peł­ną cenę. - Co za pech! - rze­kła ci­cho Mar­ta. - Ci le­ka­rze - sark­nę­ła ja­kaś ko­bie­ta w opa­tu­lo­nym sza­li­kiem ka­pe­lu­szu, tuż za Mar­tą - za­pi­su­ją le­kar­stwa, któ­rych nie ma w ap­te­kach... - Pro­szę pani... - za­czę­ła Mar­ta, ale nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć. Sta­nął jej w gło­wie cały ko­ło­wrót od nowa: zwol­nie­nie z pra­cy dla mat­ki, skie­ro­wa­nie do ośrod­ka zdro­wia, cze­ka­nie go­dzi­na­mi na le­ka­rza re­jo­no­we­go, nie­uda­na rand­ka z Ze­no­nem. Na wy­kup spe­cy­fi­ków bez re­cep­ty nie star­czy mi z pew­no­ścią pie­nię­dzy. - Tyle za­cho­du... - szep­nę­ła zno­wu, po czym do­da­ła gło­śniej:

- Ile to bę­dzie kosz­to­wać bez re­cep­ty, pro­szę pani? - Far­ma­ceut­ka wy­mie­ni­ła cenę. Z tyłu ko­lej­ki ktoś po­wie­dział cał­kiem gło­śno: - Co tak dłu­go? Nie moż­na tak dłu­go za­ła­twiać jed­nej oso­by... - Pro­szę pani, mama... - za­czę­ła Mar­ta. Ze zmę­czo­nej twa­rzy, spod si­wych, schlud­nie upię­tych wło­sów spoj­rza­ły na nią prze­lot­nie by­stre oczy far­ma­ceut­ki. - To dla pani? - spy­ta­ła. - Nie - rze­kła szyb­ko Mar­ta - dla mo­jej mat­ki. Wą­tro­ba i wo­re­czek żół­cio­wy. - Far­ma­ceut­ka zde­cy­do­wa­nym ru­chem ołów­ka prze­kre­śli­ła na­zwy le­ków na re­cep­cie i wpi­sa­ła nowe, po czym wy­pi­sa­ła kwit ka­so­wy. Mar­ta uśmiech­nę­ła się z wdzięcz­no­ścią. Coś na kształt uśmie­chu roz­luź­ni­ło sku­pio­ną twarz far­ma­ceut­ki. Po­wie­dzia­ła: - Kto na­stęp­ny, pro­szę... - Tak już było, że uśmiech Mar­ty bu­dził uśmiech na twa­rzach in­nych lu­dzi na za­sa­dzie ja­kie­goś cza­ro­dziej­skie­go me­cha­ni­zmu.

Za­mknę­ła za sobą drzwi ap­te­ki i sta­ła przez chwi­lę na pro­gu. Wi­cher, śnieg, deszcz, bło­to, mżą­ce, nie­pew­ne świa­tło, gę­sta maź lu­to­we­go wie­czo­ru, w któ­rej lu­dzie bie­gną szyb­ko, ucie­ka­jąc przed tym, co jest w po­wie­trzu, tło­czą się do tram­wa­jów, spie­szą się, nie pa­trząc na ni­ko­go. Dłu­gi rząd sku­lo­nych po­sta­ci drep­tał w błot­ni­stej pap­ce tro­tu­aru, cze­ka­jąc na 113, nie­co da­lej taki sam sze­reg wy­pa­try­wał nie­cier­pli­wie żo­li­bor­skie­go au­to­bu­su. Mar­ta szyb­kim kro­kiem, prze­cho­dzą­cym nie­mal w bieg, ru­szy­ła w stro­nę Wiej­skiej.

Kie­dy i jak to się sta­ło, tego nie po­tra­fi­ła­by w pierw­szej chwi­li po­wie­dzieć. W tej sa­mej se­kun­dzie oczy wy­peł­ni­ły jej się łza­mi i gry­zą­cy żal za­lał jej ser­ce. Tyle tru­du, tyle sta­rań, ta­kie po­trzeb­ne, ta­kie strasz­nie po­trzeb­ne... - kłu­ły szpil­ki bez­sil­nej go­ry­czy. Oby­dwa fla­ko­ny le­ża­ły roz­bi­te na bru­ku; z jed­ne­go są­czył się płyn, z dru­gie­go wy­sy­pa­ły się i zmie­sza­ły z bło­tem ta­blet­ki.

To była pierw­sza re­ak­cja. Na­stęp­ną była wście­kłość, a chwi­lę po­tem prze­ra­że­nie.

- Spo­koj­nie, ko­cha­na... Złość pięk­no­ści szko­dzi... - se­ple­nił wy­so­ki wy­ro­stek, za­ta­cza­ją­cy się z lek­ka. Miał tłu­ste blond wło­sy, spo­co­ną twarz i roz­pię­tą na szyi bar­cha­no­wą ko­szu­lę. To on gwał­tow­nym ru­chem wy­trą­cił jej fla­ko­ny z ręki. Przy­pa­dek, za­czep­ka czy nie­uwa­ga, któ­rej win­na jest po­go­da, bło­to, po­śpiech? Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści - fa­cet był pi­ja­ny. I nie był sam. Obok za­śmie­wał się ni­ski, gru­zło­wa­ty chło­pak w let­nim płasz­czu.

- Zwa­rio­wał pan!... Jak pan cho­dzi?... Pro­szę się od­su­nąć!... - za­wo­ła­ła Mar­ta. Wy­so­ki usi­ło­wał ją ob­jąć.

- Po co ten krzyk, ko­le­żan­ko?... Po­zbie­ra się, oczy­ści... he, he, he! - za­śmie­wał się gru­zło­wa­ty, wgnia­ta­jąc bu­tem ta­blet­ki w brud­no­czar­ną maź.

Z po­bli­skie­go ogon­ka do 116 za­czę­li się od­wra­cać lu­dzie. Paru prze­chod­niów przy­sta­nę­ło w pew­nej od­le­gło­ści.

- Co pan zro­bił z le­kar­stwem?!... Mi­li­cja!... - za­czę­ła krzy­czeć Mar­ta. Żal, złość i oba­wa dy­go­ta­ły w jej gło­sie. Czu­ła woń nie­my­te­go cia­ła i brud­ne­go ubra­nia na­pie­ra­ją­ce­go na nią wy­rost­ka.

Od od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o trzy kro­ki kio­sku "Ru­chu" ode­rwa­ła się ja­kaś po­stać. Był bez czap­ki, no­sił wel­we­to­wą, roz­pię­tą kurt­kę. Jed­nym sko­kiem do­padł do wy­so­kie­go i Mar­ty. Wo­kół nich na­ra­stał tłum nie­pew­ny, ciem­ny, nie­wy­raź­ny jak po­go­da.

- Mie­tek! Gub się! Po co ten ha­łas... - Pchnął wy­so­kie­go w bok, po czym szyb­kim, bez­czel­nym ge­stem ujął Mar­tę za pod­bró­dek i bru­tal­nie po­de­rwał jej gło­wę do góry.

- Sio­stro! - rzu­cił przez zęby. - Sio­strzycz­ko... Uwa­żaj, jak cho­dzisz... Sły­szysz!... Nie ła­duj się na spo­koj­nych lu­dzi, bo bę­dziesz pła­kać!... A te­raz...

- No, tak... - do­dał szyb­ko ni­ski gru­zło­wa­ty - wpa­ko­wa­ła się na ko­le­gę jak tor­pe­da i ma żal...

- Sam wi­dzia­łem - rzu­cił ktoś z tłu­mu, zbie­ra­ją­ce­go się bli­żej wo­ko­ło - ta pani bie­gła jak sza­lo­na...

- Wia­do­mo - tłum oży­wił się - mło­dy chło­pak za­ba­wił się... trze­ba mu dać dro­gę...

- Nie­praw­da! - za­grzmia­ło na­raz z boku.

Z kio­sku wy­chy­la­ła się czer­stwa twarz, zdob­na w siwy, su­mia­sty wąs i uwień­czo­na pięk­ną ma­cie­jów­ką z lśnią­cym dasz­kiem.

- Nie­praw­da, pro­szę pań­stwa! Ten ło­buz wi­nien! Wszyst­ko do­brze wi­dzia­łem! Za­cze­piał, szcze­niak, wy­trą­cił tej pani!... Ja bym cie­bie, dra­niu... - Z okien­ka wy­nu­rzy­ła się su­cha, ko­ści­sta pięść, gro­żą­ca wy­so­kie­mu wy­rost­ko­wi.

- Dzia­dziu - rzekł ni­ski, opie­ra­ją­cy się łok­cia­mi o kiosk - za­mknij japę, do­brze?...

- Co te­raz bę­dzie?! - za­wo­ła­ła Mar­ta.

Głos się jej ła­mał, nie mo­gła ode­rwać oczu od spo­nie­wie­ra­nych le­karstw.

- Oje­jej... Żeby tacy chłop­cy! Jak to moż­na... - po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło ja­kaś ko­bie­ci­na w chu­st­ce.

- A pani co? - szarp­nął się ku niej ten w wel­we­to­wej kurt­ce. - Do domu! Ka­le­so­ny prać! Już...

Na­gle zwi­nął się nie­ocze­ki­wa­nie, gwizd­nął prze­szy­wa­ją­co przez zęby, pchnął z ca­łej siły Mar­tę na kiosk, roz­trą­cił pierw­szych z brze­gu i krzyk­nął:

- Chło­pa­ki! Cho­du!...

To, co na­stą­pi­ło te­raz, było ro­dza­jem snu, sen ten prze­śni­ło kil­ka­na­ście osób w cią­gu ułam­ka se­kun­dy. Kie­dy prze­tar­li oczy - było już po wszyst­kim. W bło­cie tro­tu­aru le­żał wy­ro­stek w wel­we­to­wej kurt­ce, krwa­wiąc ob­fi­cie. Mały gru­zło­wa­ty klę­czał pod kio­skiem, trzy­ma­jąc się obu­rącz za gło­wę. Pod­no­sił się po­wo­li, spoj­rzał błęd­nym wzro­kiem cięż­ko po­bi­te­go czło­wie­ka, za­to­czył się, spiął wszyst­kie siły i za­czął ucie­kać w stro­nę ko­ścio­ła św. Alek­san­dra. Pi­ja­ny znikł gdzieś bez śla­du. Tłum ock­nął się, za­ko­ły­sał, za­czę­to wo­łać ze wszyst­kich stron: - Po­go­to­wie! Mi­li­cja! Czło­wiek ran­ny!... - Ktoś po­mógł pod­nieść się Mar­cie, któ­ra od­dy­cha­ła cięż­ko. Od stro­ny Wiej­skiej bie­gło dwóch mi­li­cjan­tów.

W dy­żur­ce po­go­to­wia za­brzmiał te­le­fon. Sio­stra pod­nio­sła słu­chaw­kę.

- Tak. Po­go­to­wie. Któ­ry ko­mi­sa­riat? Trzy­nast­ka. Do­brze. Za­raz spraw­dzę, pro­szę po­ło­żyć słu­chaw­kę.

Roz­łą­czy­ła się, spoj­rza­ła na ta­bli­cę z wy­ka­zem ko­mi­sa­ria­tów i wy­krę­ci­ła nu­mer. Po­ło­ży­ła słu­chaw­kę, pod­nio­sła dru­gą.

- Am­bu­la­to­rium? Tu dy­żur. Wzy­wa trzy­na­sty ko­mi­sa­riat. Ma u sie­bie ran­ne­go czło­wie­ka. Kto je­dzie? Dok­tor Hal­ski. Do­sko­na­le.

Z oszklo­nej ka­bi­ny dy­żur­ki wi­dać było hol i ko­ry­ta­rze. Sio­stra dy­żur­na na­ci­snę­ła dzwo­nek. Z po­ko­ju szo­fe­rów wy­sko­czył ktoś i wy­padł na dzie­dzi­niec, po czym roz­legł się szum za­pusz­cza­ne­go mo­to­ru. W głę­bi ko­ry­ta­rza uka­za­ła się wy­so­ka, szczu­pła po­stać w bia­łym ki­tlu pod samą szy­ję i w na­rzu­co­nym na ra­mio­na płasz­czu. Obok szła otu­lo­na w ko­żuch pie­lę­gniar­ka. Le­karz uśmiech­nął się do sio­stry dy­żur­nej. - Psia po­go­da - po­wie­dział i do­dał: - Sio­stro, pro­szę mnie szyb­ko po­łą­czyć z re­dak­cją "Expres­su Wie­czor­ne­go". - Sio­stra dy­żur­na wy­krę­ci­ła nu­mer i po­da­ła le­ka­rzo­wi słu­chaw­kę.

- Re­dak­cja "Expres­su"? Czy mógł­bym mó­wić z re­dak­to­rem Ko­lan­ko? Dzię­ku­ję.

Krót­ką chwi­lę cze­kał, bęb­niąc smu­kły­mi pal­ca­mi po szy­bie. W słu­chaw­ce ode­zwał się sym­pa­tycz­ny mę­ski głos:

- Tu Ko­lan­ko. Słu­cham.

- Dok­tor Hal­ski. Do­bry wie­czór, pa­nie re­dak­to­rze. Dzwo­nię zgod­nie z przy­rze­cze­niem. Pro­szę za­raz przy­je­chać do trzy­na­ste­go ko­mi­sa­ria­tu. Na Wiej­ską.

- Wspa­nia­le. A więc są­dzi pan, że... znów?

- Nie wiem nic na pew­no. W każ­dym ra­zie ja­kaś bój­ka ulicz­na i bar­dzo cięż­kie po­bi­cie czy na­wet go­rzej, już tam jadę.

- Dzię­ku­ję. Je­stem za dzie­sięć mi­nut na miej­scu.

Dok­tor Hal­ski po­ło­żył słu­chaw­kę. Uśmiech­nął się raz jesz­cze do sio­stry dy­żur­nej. - Może coś sio­strze przy­wieźć z mia­sta? - spy­tał. - Mamy jesz­cze całą noc przed sobą... - Miał miłą, mło­dą twarz i spo­koj­ne oczy. - Dzię­ku­ję - od­par­ła sio­stra dy­żur­na - ni­cze­go nie po­trze­bu­ję. Po­wo­dze­nia. - Dok­tor Hal­ski spoj­rzał na wiel­ki, elek­trycz­ny ze­gar: była siód­ma dwa­dzie­ścia.

Wsiadł szyb­ko do ni­skiej, sza­rej sko­dy z żół­tym krzy­żem na drzwicz­kach. Mały wóz wy­pry­snął w za­snu­tą desz­czo­wą za­mie­cią Hożą, prze­ciął Mar­szał­kow­ską. Szo­fer włą­czył sy­re­nę, prze­chod­nie za­czę­li przy­sta­wać, oglą­dać się.

Na­wet naj­sło­necz­niej­szy opty­mi­sta nie na­zwa­ła­by trzy­na­ste­go ko­mi­sa­ria­tu miej­scem ra­do­snym. Spra­wiał ra­czej wra­że­nie po­nu­re, na co skła­da się tak­że fakt, że mie­ścił się na par­te­rze sta­rej, moc­no nad­szarp­nię­tej przez woj­nę ka­mie­ni­cy, w po­ko­jach wy­so­kich i ciem­nych, któ­rym na­wet co­dzien­ne ma­lo­wa­nie nie ode­bra­ło­by brud­no­sza­rej at­mos­fe­ry wie­ją­cej z odra­pa­nych ścian.

Dok­tor Hal­ski wszedł pew­nym kro­kiem i od razu skie­ro­wał się do smut­nej ław­ki, na któ­rej spo­czy­wał kształt ludz­ki na­kry­ty wel­we­to­wą kurt­ką. To samo - po­my­ślał szyb­ko - iden­tycz­nie to samo. Spraw­nie od­gar­nął zmię­ty, mo­kry sza­lik, nie­chluj­ną, lep­ką od krwi chust­kę do nosa i pro­wi­zo­rycz­nie za­ło­żo­ny opa­tru­nek z waty. Szyb­ki­mi pal­ca­mi ob­szu­kał kość szczę­ko­wą: była nie­na­ru­szo­na. Przy drzwiach po­wstał szmer, sto­ją­cy przy nich mi­li­cjant usi­ło­wał za­trzy­mać ja­kie­goś pana w zsu­nię­tym na tył gło­wy ka­pe­lu­szu. Pan ten po­wie­dział: - Pra­sa... - i oka­zał coś mi­li­cjan­to­wi, któ­ry usu­nął się z przej­ścia. Dok­tor Hal­ski po­wie­dział: - Sio­stro, su­ro­wi­cę prze­ciw­tęż­co­wą. Gazę, ban­da­że... - Pie­lę­gniar­ka już mia­ła w ręku wy­go­to­wa­ną strzy­kaw­kę, nie­zmier­nie szyb­ko i ce­lo­wo wyj­mo­wa­ła przy­bo­ry z tor­by. Gdy Hal­ski pod­niósł peł­ną strzy­kaw­kę, wzrok jego padł na twarz le­żą­ce­go. Wśród smug wy­tar­tej krwi i si­nia­ków tkwi­ły czuj­ne, przy­tom­ne oczy. Hal­ski po­chy­lił się nad ob­na­żo­nym ra­mie­niem i po­czuł wy­raź­ną woń al­ko­ho­lu w od­de­chu ran­ne­go. Wszyst­ko tak samo, wszyst­ko się zga­dza... - po­my­ślał i wbił igłę. Pie­lę­gniar­ka prze­my­wa­ła dol­ną szczę­kę wodą utle­nio­ną. Hal­ski szyb­ko i bez­li­to­śnie zde­zyn­fe­ko­wał ranę, ran­ny skur­czył się z bólu i za­wo­łał: - Auuu!... - Pie­lę­gniar­ka po­sy­pa­ła so­wi­cie su­lia­mi­don, krew zmie­sza­ła się z żół­tym prosz­kiem.

Do Hal­skie­go pod­szedł mło­dy sier­żant mi­li­cji o twar­dej, nie­ogo­lo­nej twa­rzy, w na­rzu­co­nym na ple­cy sza­ro­nie­bie­skim wa­cia­ku, i dzien­ni­karz. Dzien­ni­karz był moc­no zbu­do­wa­ny, za­gię­te w dół ron­do mod­ne­go ka­pe­lu­sza wi­sia­ło mu nad czo­łem. Po­wie­dział:

- No i co?

- To samo - rzekł Hal­ski.

- Co... To samo? - spy­tał sier­żant.

- Nie­zwy­kle sil­ne ude­rze­nie w szczę­kę, tak zwa­ny up­per-cut w ję­zy­ku pię­ściar­skim, cios pod­bród­ko­wy. W do­dat­ku wzmoc­nio­ny czymś me­ta­lo­wym, ma­łym ka­ste­tem albo du­żym pier­ścion­kiem. Oczy­wi­ście, po­szar­pa­ne żyły w po­bli­żu tęt­ni­cy szyj­nej i prze­ły­ku, oko­li­ca bar­dzo de­li­kat­na, ukrwio­na, stąd bar­dzo ob­fi­ty krwo­tok. Ale nic groź­ne­go; w grun­cie rze­czy kość cała, prze­łyk nie uszko­dzo­ny.

- A więc to samo? - spy­tał raz jesz­cze dzien­ni­karz.

- Bez wąt­pie­nia - rzekł Hal­ski. - Co pan na to?

- Nic nie ro­zu­miem - ob­ru­szył się sier­żant. - O czym pa­no­wie mó­wią?

- Za­raz - rzekł dzien­ni­karz, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na sier­żan­ta. - Za­raz, niech pan po­my­śli....

- Pa­nie - prze­rwał sier­żant. - Kto pan w ogó­le jest?

- Oto moja le­gi­ty­ma­cja - po­dał mu dzien­ni­karz. - Pa­nie dok­to­rze, to wte­dy...

- Re­dak­tor Edwin Ko­lan­ko - czy­tał sier­żant. - Kie­row­nik dzia­łu miej­skie­go "Expres­su Wie­czor­ne­go"... - Ze służ­bo­we­go na­wy­ku spoj­rzał na fo­to­gra­fię, po czym prze­niósł wzrok na żywą oso­bę. Ta sama mę­ska, ener­gicz­na twarz, ja­sne oczy i ja­kiś cień po­błaż­li­wej iro­nii w ką­ci­ku ust, co mo­gło zna­mio­no­wać do­broć, tro­chę nie­prze­wi­dzia­ne­go nie­do­łę­stwa lub nie­co bier­ny scep­ty­cyzm.

- Oczy­wi­ście. I to jest naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ce. - Dok­tor za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

- A więc ta­kie samo ude­rze­nie, taka sama rana? - Dzien­ni­karz spoj­rzał na ran­ne­go. Skądś znam tę twarz... - po­my­ślał.

- Na­le­ży stąd wno­sić, że fa­cet ma świet­ną zna­jo­mość bok­su i coś twar­de­go w ręku. Czyż nie? - Hal­ski uśmiech­nął się z lek­ką drwi­ną.

- Jaki fa­cet? Co za fa­cet? Więc to, że biła za każ­dym ra­zem ta sama ręka, przyj­mu­je pan jako pew­nik? - Dzien­ni­karz szu­kał po kie­sze­niach. Wy­cią­gnął men­to­lo­we, po­czę­sto­wał sier­żan­ta i we­tknął pa­pie­ro­sa w usta ran­ne­go. - Chy­ba mu nie za­szko­dzi? To te zdro­wot­ne... - rzekł do Hal­skie­go. Le­karz ski­nął przy­zwa­la­ją­co i przy­tknął za­pał­kę. Ran­ny za­cią­gnął się chci­wie.

- Tak jest - po­wie­dział Hal­ski.

- Idź­my da­lej. Twier­dzi pan, że ranę po­wo­du­je ro­dzaj ka­ste­tu, a może pier­ścio­nek. Sko­ro wie­my, że pier­ścion­ki nosi się na le­wym ręku...

- ...wte­dy bio­rąc pod uwa­gę siłę cio­su - uśmiech­nął się Hal­ski - doj­dzie­my do wnio­sku, że fa­cet jest albo mań­ku­tem, albo żo­na­ty, czy­li nosi pier­ścio­nek na pra­wej dło­ni. Ko­cha­ny re­dak­to­rze, nie tędy dro­ga. Wy­da­je mi się, że me­to­da in­duk­cyj­na w sty­lu nie­za­po­mnia­ne­go Sher­loc­ka Hol­me­sa na nic tu się nie przy­da. To jest war­szaw­ska spra­wa, jak są­dzę: tu na­le­ży szu­kać wy­ja­śnień w pro­ble­mach i tra­dy­cjach na­sze­go mia­sta, w jego na­stro­jach i ko­lo­ry­cie. Sta­ra, kla­sycz­na, de­tek­tyw­na szko­ła za­wo­dzi w ta­kich wy­pad­kach, gubi się w ja­skra­wo­ściach war­szaw­skich sy­tu­acji i war­szaw­skich tem­pe­ra­men­tów.

- O czym pa­no­wie mó­wią, jak pra­gnę zdro­wia? - zde­ner­wo­wał się na do­bre sier­żant. Oczy ran­ne­go bie­ga­ły nie­spo­koj­nie, z naj­wyż­szą uwa­gą.

- Bar­dzo oby­wa­te­la ka­pi­ta­na prze­pra­szam - ode­zwał się ja­kiś głos. Hal­ski, dzien­ni­karz i sier­żant od­wró­ci­li się. Przy ba­rie­rze prze­ci­na­ją­cej po­kój na dwie czę­ści sta­ło trzech męż­czyzn, obok sie­dzia­ła na krze­śle dziew­czy­na. Kil­ku mi­li­cjan­tów tkwi­ło pod ścia­na­mi. - Niech oby­wa­tel ka­pi­tan ze­chce mnie zwol­nić - mó­wił do sier­żan­ta je­den z męż­czyzn, krę­py, w pal­cie z wą­ziut­kim, fu­trza­nym koł­nie­rzem, z tecz­ką pod pa­chą. Sier­żant prze­szedł na dru­gą stro­nę ba­rie­ry i przy­brał po­sta­wę urzę­do­wą. - Za­raz spo­rzą­dzę pro­to­kół - po­wie­dział, sia­da­jąc za biur­kiem. - Oby­wa­te­lu dok­to­rze - zwró­cił się do Hal­skie­go - czy po­szko­do­wa­ny może ze­zna­wać? - Oczy­wi­ście - rzekł Hal­ski. - No, wstań pan. - Ujął ran­ne­go de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo za ra­mię. - Nic już panu nie jest, praw­da? - Jaki tam po­szko­do­wa­ny? - mruk­nął gło­śno sta­ry czło­wiek z si­wym wą­sem, w ma­cie­jów­ce, sto­ją­cy przy ba­rie­rze.

Ran­ny dźwi­gnął się, usiadł, pod­trzy­my­wa­ny przez pie­lę­gniar­kę, nie­pew­nie wstał. Był wy­so­ki i sil­ny, miał na so­bie ta­nią, zmię­tą, gra­na­to­wą dwu­rzę­dów­kę, pod nią brud­ny, zie­lo­ny pu­lo­wer pod szy­ję, z wy­ło­żo­ny­mi ro­ga­mi koł­nie­rzy­ka nie­mi­ło­sier­nie brud­nej, on­giś nie­bie­skiej ko­szu­li. Wy­glą­dał naj­wy­żej na dwa­dzie­ścia lat. Po­chy­lił się ku za­bło­co­ne­mu bu­to­wi z tan­det­nej na­miast­ki za­mszu, z prze­sad­nym ran­tem na no­sku, za­wią­zał sznu­ro­wa­dło. Skąd ja znam tę twarz? - po­my­ślał znów dzien­ni­karz. - Gdzie mi mi­gnę­ła? Ma ład­ne zie­lo­ne oczy, ale ja­kieś krzy­we, złe. Ile ta­kich twa­rzy prze­su­wa się co­dzien­nie przez dwor­ce pod­miej­skie, domy to­wa­ro­we, czwar­to­rzęd­ne ja­dło­daj­nie... - Po­zwo­li­cie, oby­wa­te­lu sier­żan­cie - rzekł dzien­ni­karz - że zo­sta­nie­my z dok­to­rem przy prze­słu­cha­niu? - Pro­szę bar­dzo - rzekł sier­żant, ale nie spra­wiał wra­że­nia zbyt­nio za­do­wo­lo­ne­go.

- Ja nic nie wi­dzia­łem - mó­wił po po­da­niu na­zwi­ska i ad­re­su krę­py z koł­nie­rzem, na któ­ry nie star­czy­ło fu­tra - ja mam żonę i dzie­ci i je­stem strasz­nie zmę­czo­ny. Wie pan, oby­wa­te­lu sier­żan­cie, cały dzień w biu­rze. Sta­łem w ko­lej­ce do au­to­bu­su, ci pań­stwo za­czę­li się kłó­cić, pod­sze­dłem bli­żej. A po­tem się wszyst­ko ja­koś skłę­bi­ło, ten deszcz ze śnie­giem, pro­sto w oczy... i już ten pan le­żał na zie­mi. Zda­je się, że go ktoś kop­nął jesz­cze kil­ka razy, ale kto, to nie wiem, nie wi­dzia­łem... - Mo­że­cie iść do domu, oby­wa­te­lu - rzekł sier­żant, pi­sząc szyb­ko. - Na­stęp­ny. Kto na­stęp­ny?

- To było olśnie­wa­ją­ce - za­czął mło­dy czło­wiek w oku­la­rach, zbli­ża­jąc się do ba­rie­ry. - Na­zy­wam się Mar­czak Ana­tol, je­stem stu­den­tem po­li­tech­ni­ki, miesz­kam na Żo­li­bo­rzu. Sta­łem w ko­lej­ce do au­to­bu­su. Wi­dzia­łem, jak ta pani zo­sta­ła za­cze­pio­na w or­dy­nar­ny spo­sób przez trzech dra­bów. Wy­glą­da­li na pi­ja­nych, jed­nym z nich jest ten oto, dwaj ucie­kli. Gdy ten prze­szedł do rę­ko­czy­nów, na­gle w sam śro­dek ktoś wsko­czył, ja­kiś cień, nie­uchwyt­ny, nie­okre­ślo­ny - wszyst­ko sko­tło­wa­ło się bły­ska­wicz­nie i po chwi­li ten drab le­żał na bru­ku, a dru­gi klę­czał na zie­mi, trzy­ma­jąc się obu­rącz, o tak... za gło­wę. Cio­sów nie zdo­ła­łem za­uwa­żyć, wszyst­ko sta­ło się tak na­gle, wy­da­je mi się tyl­ko, że ów cień był nie­wy­so­kie­go wzro­stu i za­nim roz­pły­nął się w ciem­no­ściach, kop­nął jesz­cze kil­ka razy le­żą­ce­go w gło­wę i w brzuch. Wte­dy pod­niósł się strasz­ny krzyk. To wszyst­ko. Olśnie­wa­ją­ce, czyż nie? Z ta­ki­mi nie moż­na in­a­czej... - Dzię­ku­ję - po­wie­dział sier­żant - jest pan wol­ny. - Pro­szę pani - zwró­cił się mło­dzie­niec w oku­la­rach do Mar­ty - pro­szę so­bie za­pi­sać moje na­zwi­sko. Je­stem za­wsze go­tów świad­czyć na pani rzecz w są­dzie. Mar­czak Ana­tol, Ko­zie­tul­skie­go czte­ry. Trze­ba raz na za­wsze skoń­czyć z tym ło­bu­zer­stwem.

Do ba­rie­ry pod­szedł sta­ry czło­wiek w ma­cie­jów­ce. Była to wspa­nia­ła ma­cie­jów­ka, czy­ściut­ka, ciem­no­nie­bie­ska, z ma­łym, lśnią­cym la­kie­rem dasz­kiem. Ta ma­cie­jów­ka do­sko­na­le pa­so­wa­ła do ru­mia­nej, usia­nej drob­niut­ki­mi żył­ka­mi krwi­sto­ści twa­rzy z si­wym, su­mia­stym wą­sem. Sta­rzec trzy­mał się pro­sto, la­ską, któ­rą miał w ręku, ra­czej wy­ma­chi­wał, niż się pod­pie­rał.

- Na­zwi­sko i imię? - spy­tał sier­żant.

- Ka­lo­dont Ju­liusz.

- Jak?

Dzien­ni­karz, Hal­ski i sier­żant jak na ko­men­dę spoj­rze­li na star­ca.

- Prze­cież mó­wię: Ju­liusz Ka­lo­dont.

- Oby­wa­te­lu... - twarz sier­żan­ta zła­god­nia­ła w zma­ga­niu z roz­ba­wie­niem. Za­raz jed­nak spo­waż­nia­ła aż do opry­skli­wo­ści. - Nie żar­tu­je­cie chy­ba z tym?... - Uczy­nił gest, jak­by so­bie czy­ścił zęby.

- Jak pan może, pa­nie re­wi­ro­wy... - rzekł sta­rzec z wy­rzu­tem, roz­pi­na­jąc zno­szo­ny, lecz czy­ściut­ki pal­tot. - Oto mój do­wód.

Hal­ski i dzien­ni­karz nie wy­trzy­ma­li i prze­chy­li­li się przez ba­rie­rę. W do­wo­dzie wid­nia­ło czar­no na bia­łym: Ju­liusz Ka­lo­dont.

- Zgo­da, oby­wa­te­lu Ka­lo­dont - rzekł sier­żant z re­zy­gna­cją. - Co da­lej?

- Da­lej to, że ja bym z nich pasy darł, z tych chu­li­ga­nów, ło­trów, włó­czy­ki­jów!... Do tego do­szło, że ko­bie­ta nie może przejść uli­cą o siód­mej wie­czór, pa­nie re­wi­ro­wy. I to gdzie? Na pla­cu Trzech Krzy­ży. Ja je­stem ko­mi­san­tem "Ru­chu", mam kiosk koło In­sty­tu­tu Głu­cho­nie­mych. Ten drań... - Ka­lo­dont wska­zał trzę­są­cą się la­ską na fa­ce­ta w wel­we­to­wej kurt­ce, któ­ry znów usiadł, oparł się cięż­ko o ścia­nę i pa­lił reszt­kę sta­re­go spor­ta - ten pod­szedł do mnie po pa­pie­ro­sy, a jego ko­leż­ka rzu­cił się na tę pa­nią. Wy­trą­cił jej le­kar­stwa z ręki, wszyst­ko po­szło w bło­to... Ja wi­dzia­łem, wszyst­ko wi­dzia­łem... Ten tu sko­czył do tej pani i ude­rzył ją, o tak, ude­rzył, pchnął z ca­łej siły, aż ścia­na w kio­sku jęk­nę­ła. A po­tem...

- Co po­tem?! - za­wo­łał Hal­ski.

- Po­tem z tłu­mu wy­stą­pił ogrom­ny, pięk­ny pan, sam wi­dzia­łem, jak Boga ko­cham, wspa­nia­ły czło­wiek, z grzy­wą jak u lwa... Jed­nym za­ma­chem ra­mie­nia po­wa­lił tych wszyst­kich gów­nia­rzy i...

- Niech ja do­sta­nę tego lwa w ręce... - mruk­nął sier­żant ze zło­ścią.

- I co! Wła­śnie, co?... - rzu­cił Hal­ski.

- Tego to ja nie wiem. Znikł tak, jak się zja­wił. Nie wiem, gdzie znikł. Ale do­brze im tak, tym śmie­cia­rzom, chu­li­ga­ni, psia ich mać!... - Tu sta­ru­szek wy­ko­nał gest la­ską, zna­mio­nu­ją­cy na­ra­sta­ją­ce­go w nim du­cha boju.

- Spo­kój - rzekł sier­żant. - Może pan już iść. To, co pan mówi, nie wno­si nic no­we­go.

- Jak to... nic no­we­go?... Ze­chce pan przy­jąć do wia­do­mo­ści, pa­nie re­wi­ro­wy, ja zo­sta­ję. Ta pani może mnie jesz­cze po­trze­bo­wać... - Ka­lo­dont skło­nił się ry­cer­sko w stro­nę Mar­ty.

- Po­zwo­li pani - rzekł sier­żant grzecz­nie do Mar­ty. Mar­ta wsta­ła i po­de­szła. Wy­glą­da­ła smut­no i źle, zmę­czo­na i zde­ner­wo­wa­na. Jaka świet­na!... - po­my­ślał szyb­ko dzien­ni­karz i zdjął ka­pe­lusz. Bied­na... - za­sta­no­wił się dok­tor Hal­ski. Uśmiech­nął się do Mar­ty i nie­ocze­ki­wa­nie dla sie­bie po­stą­pił krok na­przód w jej stro­nę.

- Pro­szę pana - rze­kła Mar­ta do sier­żan­ta - mnie się to wszyst­ko wy­da­je ja­kimś nie­po­ro­zu­mie­niem. Rze­czy­wi­ście, ci mło­dzi lu­dzie za­cho­wa­li się w sto­sun­ku do mnie agre­syw­nie, wręcz or­dy­nar­nie. Ale ja nie wiem... może to ten deszcz ze śnie­giem, ta wi­chu­ra, być może, że bie­głam zbyt szyb­ko i po­trą­ci­łam ko­goś nie­umyśl­nie. Je­stem go­to­wa przy­znać się i prze­pro­sić, ale nie w tym rzecz. Bie­głam do domu, do cho­rej mat­ki, nio­sąc le­kar­stwa, któ­rych zdo­by­cie kosz­to­wa­ło mnie mnó­stwo tru­du. Rzecz w tym, że utra­ci­łam te le­kar­stwa, ja do­praw­dy nie wiem, z czy­jej winy, może z mo­jej...

- Z czy­jej winy?! - huk­nął Ka­lo­dont. - Z winy tych par­szyw­ców, pa­nie re­wi­ro­wy! Za­cze­piać się za­chcia­ło, ła­pać za... Ja bym ich na rok cza­su każ­de­go!...

- Pani na­zwi­sko? - spy­tał su­cho, lecz uprzej­mie sier­żant.

- Ma­jew­ska, Mar­ta Ma­jew­ska. Lat dwa­dzie­ścia czte­ry. Je­stem se­kre­tar­ką w dy­rek­cji Mu­zeum Na­ro­do­we­go.

- No, tak - rzekł sier­żant - to są dla mnie spra­wy dru­go­rzęd­ne. W za­sa­dzie była pani świad­kiem po­ra­nie­nia tego czło­wie­ka. Co pani może o tym po­wie­dzieć?

- Nie­wie­le. Ra­czej nic. Ten pan pchnął mnie sil­nie na kiosk, stra­ci­łam na chwi­lę od­dech i wte­dy to wszyst­ko się roz­pę­ta­ło. Gdy po se­kun­dzie wró­ci­łam do sie­bie, było już po wszyst­kim i ten pan le­żał na tro­tu­arze. Może... tyl­ko...

- Co ta­kie­go? Pro­szę mó­wić.

- Nie wiem, to mo­gło być przy­wi­dze­nie, efekt na­pię­tych ner­wów, ta po­go­da... Nie chcę się wy­dać dzie­cin­na, śmiesz­na...

- Niech pani po­wie - rzekł ła­god­nie Hal­ski. Mar­ta od­wró­ci­ła się do nie­go i uj­rza­ła szczu­płą, chło­pię­cą twarz i błę­kit­ne, spo­koj­ne oczy.

- Wie pan - rze­kła Mar­ta do Hal­skie­go - w pew­nym mo­men­cie wy­da­ło mi się, jak­by z tego błot­ni­ste­go, bu­re­go pół­mro­ku, z desz­czu, mgły, śnie­gu, z tej ko­tło­wa­ni­ny sza­rych po­sta­ci wpi­ły się we mnie ja­kieś oczy. Te­raz przy­po­mi­nam je so­bie do­kład­niej... Były prze­raź­li­wie ja­sne, ja­rzą­ce się, jak­by same biał­ka bez źre­nic, a tak in­ten­syw­nie, aż do bólu, wbi­te we mnie, prze­świe­tlo­ne ja­kąś nie­ludz­ką mocą i pa­sją... Strasz­ne!...

Pie­lę­gniar­ka po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie, mi­li­cjan­ci zbli­ży­li się do Mar­ty, po ple­cach dzien­ni­ka­rza prze­biegł dreszcz, Ka­lo­dont po­czuł się dziw­nie nie­swo­jo, wy­ro­stek w wel­we­to­wej kurt­ce za­marł z pa­pie­ro­sem na wpół wznie­sio­nym do ust. Sier­żant chrząk­nął, Mar­ta ukry­ła twarz w dło­niach. Hal­ski pod­szedł do Mar­ty i rzekł:

- Pro­szę się uspo­ko­ić... Co to jest?... - do­dał z lek­ką oba­wą. Na skro­ni Mar­ty wid­nia­ło cie­niut­kie pa­sem­ko krwi. Hal­ski zde­cy­do­wa­nym ru­chem zdjął jej be­ret z gło­wy i od­gar­nął wło­sy ze skro­ni. Świe­ża woń tych wło­sów prze­nik­nę­ła mu do świa­do­mo­ści. Ślicz­na jest... - po­my­ślał wła­śnie te­raz, taka zmę­czo­na, zde­ner­wo­wa­na, a prze­cież ślicz­na... - Sio­stro - po­wie­dział - pro­szę o ja­kiś an­ty­sep­tyk i pla­ster. - Ska­le­czy­ła się pani - po­wie­dział do Mar­ty. - To głup­stwo - rze­kła Mar­ta - na­wet nie czu­ję. - Na pew­no o kant kio­sku - za­wo­łał Ka­lo­dont - ach, ty dra­niu!... - Pod­su­nął się z la­ską ku wy­rost­ko­wi. - Czy ja mogę już iść? - spy­ta­ła Mar­ta sier­żan­ta. - Oczy­wi­ście - od­parł - pro­to­kół mam spo­rzą­dzo­ny. Gdy­by ze­chcia­ła pani zło­żyć skar­gę do Ko­mi­sji Orze­ka­ją­cej Sto­łecz­nej Rady Na­ro­do­wej, to pro­szę się do nas zgło­sić.

Mar­ta, Ka­lo­dont, Hal­ski i dzien­ni­karz za­czę­li się zbie­rać ku wyj­ściu. Sier­żant rzekł:

- Pa­nie dok­to­rze, pro­sił­bym pana o po­zo­sta­nie jesz­cze przez parę mi­nut.

Dzien­ni­karz po­wie­dział do Mar­ty: - Czy po­zwo­li się pani od­wieźć do domu? - Dzię­ku­ję - od­par­ła Mar­ta - miesz­kam o trzy kro­ki stąd, na Ko­nop­nic­kiej. - A może na­pi­ła­by się pani fi­li­żan­kę go­rą­cej kawy po tych przej­ściach? - Dzię­ku­ję rów­nież. Mu­szę być za­raz w domu. Moja mama cze­ka na mnie, cho­ra i z pew­no­ścią bar­dzo już nie­spo­koj­na. - Hal­ski uśmiech­nął się. - Co jest ma­mie? - spy­tał. - Wą­tro­ba i wo­re­czek żół­cio­wy - od­par­ła Mar­ta. - Pro­szę mi po­dać swój ad­res. Nie mam przy so­bie re­cept, ale jesz­cze dziś wie­czo­rem do­star­czę pani ich tyle, ile środ­ków prze­ciw do­le­gli­wo­ściom wą­tro­by zna współ­cze­sna me­dy­cy­na, łącz­nie z ho­me­opa­tią, zie­lar­stwem i lecz­nic­twem ty­be­tań­skim - rzekł Hal­ski. Mar­ta uśmiech­nę­ła się po raz pierw­szy, co spo­wo­do­wa­ło, że w po­ko­ju uśmiech­nę­li się wszy­scy. - Dzię­ku­ję - rze­kła z pro­sto­tą i po­da­ła ad­res. Blon­dy­ni o zło­ci­stym od­cie­niu wło­sów i skó­ry, jak dok­tor, mają na­tu­ral­ną prze­wa­gę nad ru­da­wy­mi blon­dy­na­mi, do ja­kich na­le­żę. Po­nad­to na mej twa­rzy z pew­no­ścią znać skłon­no­ści do al­ko­ho­lo­we­go obrzę­ku; cze­go w żad­nej mie­rze nie moż­na rzec o ob­li­czu dok­to­ra... - za­sę­pił się w du­chu dzien­ni­karz i z go­ry­czą po­pa­trzył na Mar­tę. Ale za­raz po jej wyj­ściu prze­stał o niej my­śleć.

- No, a te­raz ty, sy­necz­ku... - rzekł sier­żant, wsta­jąc, i po­pra­wił pas - co po­wiesz? Wy­ro­stek zbli­żył się do ba­rie­ry. Przez chwi­lę pa­trzył zim­no i lek­ce­wa­żą­co na sier­żan­ta, po czym rzekł, wol­no ce­dząc sło­wa:

- Nic... Do­sta­łem w mor­dę i je­stem po­szko­do­wa­ny. To wy­star­czy. Sier­żant po­czer­wie­niał lek­ko. Opa­no­wał się i spy­tał:

- Imię i na­zwi­sko?

- Mech­ciń­ski Wie­sław.

- Ad­res?

- Mie­dzia­na dwa.

- Pra­cu­je­cie gdzie?

- W warsz­ta­tach na Ka­rol­ko­wej.

- Do­wo­dy.

- Za­po­mnia­łem w domu.

- Do­wo­dy. Le­gi­ty­ma­cję z pra­cy - po­wtó­rzył fleg­ma­tycz­nie sier­żant. Wy­ro­stek za­czął grze­bać po kie­sze­niach i wy­cią­gnął ja­kiś strzęp pa­pie­ru.

- Co wy mi tu da­je­cie! - głos sier­żan­ta za­drgał pa­sją, twarz mu spur­pu­ro­wia­ła - świa­dec­two szcze­pie­nia ty­fu­su sprzed dwóch lat?... Słu­chaj­cie, jak mi na­tych­miast nie oka­że­cie cze­goś, to przez trzy ty­go­dnie się stąd nie ru­szy­cie! Aż do roz­pra­wy za włó­czę­go­stwo...

Wy­ro­stek wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­jął po­strzę­pio­ny, ce­ra­to­wy port­fel, z któ­re­go do­był po­świad­cze­nie za­mel­do­wa­nia. Sier­żant spoj­rzał i rzekł ze złym uśmie­chem:

- Ach ty... Ma­cie szczę­ście, że... Dla­cze­go kła­mie­cie? Prze­cież miesz­ka­cie na Pra­dze, na Ka­wę­czyń­skiej?

- To te­raz... - uśmiech­nął się krzy­wo wy­ro­stek - ale przed­tem na Mie­dzia­nej... Sier­żant pi­sał coś, po chwi­li rzekł:

- Je­śli chce­cie zło­żyć skar­gę o po­bi­cie, to tu, do nas. Was, za za­cho­wa­nie się na uli­cy i usi­ło­wa­nie wpro­wa­dze­nia wła­dzy w błąd, po­cią­gnie­my do od­po­wie­dzial­no­ści. A te­raz... wy­no­sić się, ty... po­szko­do­wa­ny...

Wy­ro­stek na­rzu­cił kurt­kę i wy­szedł. Sto­ją­ce­mu przy drzwiach mi­li­cjan­to­wi zło­wro­go za­bły­sły oczy i za­trzę­sły się ręce. - Po­szko­do­wa­ny... - syk­nął - ja bym cię po­szko­do­wał, gdy­by nie moje ubran­ko... mnie nie wol­no...

Sier­żant zwró­cił się do Hal­skie­go i dzien­ni­ka­rza: - Może pa­no­wie ze mną po­zwo­lą. - Prze­pro­wa­dził ich do ma­łe­go po­ko­ju. Sta­nę­li wo­kół biur­ka. - No więc, pa­nie dok­to­rze - za­czął sier­żant - o czym pa­no­wie tak za­gad­ko­wo roz­ma­wia­li? - Hal­ski za­pa­lił pa­pie­ro­sa i otu­lił się płasz­czem. - Wi­dzi pan, pa­nie sier­żan­cie - rzekł - ja cały ty­dzień je­stem na noc­nym dy­żu­rze. Za cho­re­go ko­le­gę. I jeż­dżę. Po raz pierw­szy do Rem­ber­to­wa, przed trze­ma dnia­mi na Gro­chów, przed dwo­ma do kina "Ocho­ta", przed­wczo­raj na dwo­rzec w Pod­ko­wie Le­śnej, wczo­raj do domu to­wa­ro­we­go na Słu­żew­cu. Za każ­dym ra­zem za­sta­ję ko­goś po­wa­lo­ne­go pio­ru­nu­ją­cym up­per-cu­tem w szczę­kę, ze zma­sa­kro­wa­nym pod­bród­kiem, sko­pa­ne­go bez­li­to­śnie. Za każ­dym ra­zem nikt ze świad­ków zaj­ścia nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło, kie­dy i jak, kto był spraw­cą. Wszy­scy bre­dzą o ja­kimś cie­niu, szyb­kim jak bły­ska­wi­ca, nie­uchwyt­nym jak mgnie­nie oka, o bły­sku cio­su, pię­ści, o ja­kimś kształ­cie za­ma­za­nym, nie­wy­raź­nym, pie­kiel­nie zwin­nym. Raz mó­wią o mo­car­nej po­sta­ci, in­nym ra­zem o kimś nie­wiel­kie­go wzro­stu, nic nie moż­na z tego po­jąć, uchwy­cić, ująć, spre­cy­zo­wać, kto to jest, ja­kim cho­ciaż może być?... Nie wie się nic, nic i nic... Jed­no jest tyl­ko pew­ne: za każ­dym ra­zem na zie­mi po­zo­sta­je cia­ło po­szko­do­wa­ne­go, a tym po­szko­do­wa­nym jest nie­zmien­nie ktoś w sty­lu pań­skie­go dzi­siej­sze­go klien­ta. A więc za­wsze na­past­nik, za­wsze pro­wo­ku­ją­cy, za­wsze ło­buz po­zo­sta­je na pla­cu jako bez­wład­na, nie­przy­tom­na, ska­to­wa­na ofia­ra. A kto wie, czy z cza­sem nie za­czną zo­sta­wać zwło­ki... - Hal­ski za­cią­gnął się moc­no pa­pie­ro­sem. Sier­żant tarł czo­ło. - Po­ra­chun­ki? - po­wie­dział. - Na to naj­bar­dziej wy­glą­da, krwa­we sądy mę­tów wiel­ko­miej­skich... - Czyż­by? - rzekł scep­tycz­nie dzien­ni­karz. - Pro­szę się za­sta­no­wić, sier­żan­cie, że tu nie wcho­dzi w grę ja­kiś je­den, kon­kret­nie umiej­sco­wio­ny wy­pa­dek, lecz se­ria czy­nów, złą­czo­nych ze sobą oko­licz­no­ścia­mi i me­to­dą. Sze­ro­kość ska­li i wa­run­ki, w któ­rych się to wszyst­ko dzie­je, wska­zu­ją ra­czej... - Dzien­ni­karz za­wa­hał się. - Na co wska­zu­ją? - rzekł ostro sier­żant. - Ja nie chcę ni­cze­go su­ge­ro­wać - po­wie­dział wol­no Hal­ski. - Mamy za­le­d­wie pew­ne dane, ob­ser­wa­cje, przy­pusz­cze­nia, ale mnie wy­da­je się, że mamy do czy­nie­nia z... ja­kąś zor­ga­ni­zo­wa­ną ak­cją... Zresz­tą, nie wiem... To, co po­wie­dzia­łem, może być nie­zwy­kle myl­ne, po­cho­dzą­ce z mych upodo­bań do spraw cie­ka­wych i nie­co­dzien­nych... Wie pan, ta­kie fan­ta­zje... - Sier­żant wy­da­wał się to­nąć w my­ślach. - A dzi­siaj? Co było dzi­siaj? - rzekł jak­by sam do sie­bie. - Wła­śnie, co wie­my po dzi­siej­szym? - pod­chwy­cił dzien­ni­karz. - Stu­dent po­li­tech­ni­ki mó­wił o kimś ma­łe­go wzro­stu, pan Ka­lo­dont - o kimś ogrom­nym. Po­nad­to, że ma grzy­wę lwa. No i oczy. Świe­tli­ste, ja­rzą­ce się, bia­łe oczy, prze­ra­ża­ją­ce oczy - oczy mor­der­cy lub świę­te­go, czyż nie? A więc coś no­we­go - rzekł Hal­ski - oczy, wzrost, lwia grzy­wa, to wszyst­ko są nowe ele­men­ty. - Nic no­we­go - uśmiech­nął się kpią­co dzien­ni­karz - w grun­cie rze­czy nic no­we­go, bo jaki wzrost? Ja­kie oczy, a zwłasz­cza czy­je? Już od ty­go­dnia, gdy dok­tor Hal­ski opo­wie­dział mi przy ka­wiar­nia­nym sto­li­ku o swych pierw­szych spo­strze­że­niach i my­ślach, wie­my cią­gle to samo, czy­li pra­wie tyle co nic... - W po­rząd­ku - rzekł sier­żant. - Dzię­ku­ję pa­nom.

Gdy wy­szli, pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu i na­krę­cił nu­mer Ko­men­dy Głów­nej MO.

- Ja­kiś list do cie­bie, Mar­to.

Szczu­pła, star­sza pani po­de­szła do ozdob­nej ko­mo­dy i wy­ję­ła spod wa­zo­ni­ka pro­sto­ką­cik ko­per­ty. Mar­ta zdej­mo­wa­ła płaszcz. Jak zwy­kle pierw­sze ru­chy Mar­ty w miesz­ka­niu mia­ły głę­bo­ki sens go­spo­dar­ski - tu coś po­pra­wić, tam coś prze­su­nąć, ów­dzie coś prze­sta­wić. Ta­kie ge­sty są naj­czę­ściej dzie­dzicz­ne, z cze­go moż­na wno­sić, że ob­da­rzy­ła ją nimi pani Ma­jew­ska, zaś samą teo­rię po­twier­dza­ła­by w tym wy­pad­ku pro­sta ob­ser­wa­cja: małe, jed­no­po­ko­jo­we miesz­kan­ko lśni­ło schlud­no­ścią i uro­kiem. Było tu dużo sprzę­tów stło­czo­nych przy­mu­so­wo na cia­snej prze­strze­ni, lecz z pie­czo­ło­wi­tym na­my­słem, okra­szo­nych ze sma­kiem do­bra­ny­mi przed­mio­ta­mi.

Mar­ta otwo­rzy­ła ko­per­tę i prze­czy­ta­ła:

Sza­now­na Pani!

Uprzej­mie dzię­ku­ję za po­dzię­ko­wa­nia. Je­stem nie­zmier­nie cie­kaw Pani sa­mo­po­czu­cia, my­ślę jed­nak, że nie jest ono aż tak po­trze­bu­ją­ce po­mo­cy, aby te­le­fo­no­wać do Po­go­to­wia. Sam nie wiem, czy się z tego cie­szyć, czy smu­cić? Pra­gnę Pani tak­że do­nieść, że zo­sta­ły od­kry­te re­we­la­cyj­ne środ­ki na do­le­gli­wo­ści wą­tro­by.

Łą­czę ser­decz­ny uścisk dło­ni - Wi­told Hal­ski

Mar­ta zmru­ży­ła oczy. Cie­szy­ła ją po­wścią­gli­wość i tak­tow­ny hu­mor tych zdań, ma­sku­ją­cy z za­mie­rzo­ną na­iw­no­ścią coś, co po­do­ba­ło się Mar­cie naj­wię­cej. Od spre­cy­zo­wa­nia owe­go cze­goś była w tej chwi­li jak naj­da­lej, nie­mniej tak bli­sko, jak każ­da ko­bie­ta w ta­kiej sy­tu­acji. Lek­ki po­wiew nie­po­ko­ju prze­pły­nął obok jej ser­ca. Wie­dzia­ła przez chwi­lę z nie­omyl­ną pew­no­ścią, że za mo­ment po­wie ja­kieś sło­wa, od któ­rych się wszyst­ko za­cznie, że nie jest w sta­nie wy­po­wie­dzieć tych słów, że nie może się przed nimi bro­nić ani ucie­kać, gdyż nie wie, ja­kie one są. Po­my­śla­ła o Ze­no­nie, chcia­ła spy­tać, czy nie zo­sta­wił dla niej żad­nej kart­ki. Już for­mu­ło­wa­ła myśl, gdy na­raz, sama nie wie­dząc dla­cze­go, naj­zu­peł­niej mi­mo­wol­nie rze­kła:

- Jak się dziś czu­jesz, mamo?

I na­tych­miast za­gry­zła war­gi. Zro­zu­mia­ła. Te­raz było to nie­od­wra­cal­ne. Jak prze­zna­cze­nie w grec­kich tra­ge­diach... - pró­bo­wa­ła za­kpić z wła­snych my­śli. Prze­zna­cze­nie zwa­li­ło się po­mię­dzy sto­ją­cą na sto­le fi­li­żan­kę her­ba­ty i roz­ło­żo­ny nu­mer "Prze­kro­ju", wprost w miły, żół­ta­wy krąg sto­ją­cej na pół­ce lam­py. Prze­zna­cze­nie ki­wa­ło na nią ko­lo­ro­wym jak neon pal­cem za okien­ną fi­ran­ką.

- A wiesz, że nie naj­le­piej - pani Ma­jew­ska zdję­ła oku­la­ry i odło­ży­ła ro­bót­kę - przez parę dni mia­łam względ­ny spo­kój po tych le­kar­stwach, dzi­siaj w biu­rze znów ćmi­ło...

- Po­dob­no zo­sta­ło wy­na­le­zio­ne nowe le­kar­stwo na cier­pie­nia wą­tro­by - Mar­ta w za­my­śle­niu po­de­szła do okna - boję się tyl­ko, czy nie ma ono przy­pad­kiem ubocz­ne­go dzia­ła­nia... Do­wie­dzia­łam się o nim do­pie­ro dziś...

- Co tam le­kar­stwa... Lu­dziom w moim wie­ku na­le­ży po pro­stu zmie­niać wą­tro­bę na nową, a sta­rą od­da­wać do ka­pi­tal­ne­go re­mon­tu, jak mó­wią szo­fe­rzy.

- A gdy­by jed­nak?... Coś no­we­go... Wie mama, dzi­siej­sza me­dy­cy­na...

- Ko­cha­nie, ja za­ży­ję wszyst­ko, co mi przy­nie­siesz. Nie wiem, czy zda­jesz so­bie spra­wę z do­kucz­li­wo­ści tego ćmie­nia. Je­stem go­to­wa na wszel­kie dzia­ła­nia ubocz­ne, byle tyl­ko po­mo­gło.

Ale ja nie je­stem go­to­wa - szep­nę­ła do sie­bie Mar­ta i od­wró­ci­ła się do mat­ki. Sta­ła tak, smu­kła, zgrab­na, drob­na na tle kre­to­no­wej fi­ran­ki. - Sęk w tym, iż to dzia­ła­nie ubocz­ne do­ty­czy nie bez­po­śred­nio cho­re­go, ma­tecz­ko... Ale nie zwra­caj na mnie uwa­gi.

Wie­czór był zim­ny, lecz przy­jem­ny. Przy­jem­nie było iść do­brze zna­ny­mi, lu­bia­ny­mi uli­ca­mi, Mar­ta lu­bi­ła nie­re­gu­lar­nie roz­rzu­co­ne wil­le na Fra­sca­ti, sze­ro­ki frag­ment skar­py nad Cen­tral­nym Par­kiem, sta­ry, bie­lo­ny bu­dy­nek daw­ne­go se­na­tu, wresz­cie hoj­ną, bo­ga­tą pro­sto­tę za­ło­że­nia sej­mo­we­go po­śród roz­le­głych traw­ni­ków i kunsz­tow­nych la­tarń. Zna­ła tu­tej­sze za­ka­mar­ki i przej­ścia. Było tu czy­sto, spo­koj­nie, za­cisz­nie. Skrę­ci­ła z Wiej­skiej w prze­świ­ty gma­chu Sej­mu, mi­nę­ła Mi­ni­ster­stwo Go­spo­dar­ki Ko­mu­nal­nej i ze­szła Ła­zien­kow­ską w dół. Wy­twor­na za­cisz­ność dziel­ni­cy sej­mo­wej zmie­nia­ła swój cha­rak­ter - ze­wsząd roz­cią­ga­ły się te­re­ny obiek­tów spor­to­wych, po­prze­ci­na­ne że­la­zny­mi ogro­dze­nia­mi, siat­ko­wy­mi lub z gru­bych prę­tów. Park So­bie­skie­go, w głę­bi My­śli­wiec­kiej - try­bu­ny kor­tów te­ni­so­wych, bo­iska i spię­trzo­ny han­gar kry­tych try­bun sta­dio­nu Woj­ska Pol­skie­go, da­lej ciem­ny ma­syw pły­wal­ni - wszyst­ko to, sło­necz­ne i zie­lo­ne la­tem, czy­ni­ło ra­czej od­strę­cza­ją­ce wra­że­nie w zi­mo­wy wie­czór. Pu­ste, ciem­ne prze­strze­nie, roz­pły­wa­ją­ce się w pół­mro­ku kon­tu­ry, sze­ro­kie, nie­oży­wio­ne uli­ce i jezd­nie, ci­sza sła­bo uczęsz­cza­nej pe­ry­fe­rii, roz­ry­wa­na od cza­su do cza­su po­szu­mem prze­jeż­dża­ją­cych tro­lej­bu­sów - wszyst­ko to nie wzbu­dza­ło za­ufa­nia. W sa­mym środ­ku tego kra­jo­bra­zu tkwi­ły ru­iny ogrom­ne­go ko­ścio­ła.

Mi­ja­jąc ru­iny, Mar­ta po­my­śla­ła już zu­peł­nie kon­kret­nie, że jest tu cał­kiem nie­przy­jem­nie. Ner­wy - do­da­ła w my­śli - po pro­stu po­zo­sta­ło­ści zaj­ścia sprzed paru dni. Ten ko­ściół za dnia nie wzbu­dzał w niej, jak w każ­dym oswo­jo­nym z ru­ina­mi war­sza­wia­ku, żad­nych re­flek­sji. Te­raz wy­glą­dał groź­nie. Przy­sta­nę­ła mimo woli, za­fa­scy­no­wa­na. Spoj­rza­ła w górę: z wzno­szą­cych się do wy­so­ko­ści pół­pię­tra stop­ni le­cia­ły w ciem­ność ol­brzy­mie, joń­skie ko­lum­ny, pod­trzy­mu­ją­ce po­tęż­ny, cięż­ki tym­pa­non. Ta upior­na ko­lum­na­da nie mia­ła żad­ne­go opar­cia, żad­ne­go za­ple­cza; roz­łu­pa­na przed dzie­się­ciu laty bom­bą świą­ty­nia le­ża­ła w gru­zach. Nic, tyl­ko żło­bio­ne, gi­gan­tycz­ne słu­py i strzę­py ścian. Jak to się trzy­ma przez tyle lat? Taki war­szaw­ski Par­te­non, bez dal­sze­go cią­gu za ko­lum­na­dą fa­sa­dy. Nie dar­mo w ze­szłym roku ukoń­czy­ła hi­sto­rię sztu­ki.

Za ko­ścio­łem cią­gnę­ła się re­mi­za tro­lej­bu­so­wa. Ci­che, ciem­ne tro­lej­bu­sy sta­ły w rów­nych rzę­dach jak śpią­ce hi­po­po­ta­my. Za­raz za re­mi­zą roz­bły­sły ko­ły­szą­ce się świa­tła, z głę­bi du­że­go pla­cu do­bie­ga­ły dźwię­ki wal­ca Łyż­wia­rze, roz­sie­wa­ne przez we­so­ły, choć schry­pły ad­ap­ter. Przed du­żym pło­tem z de­sek sta­ły grup­ki mło­dzie­ży. Mar­ta ode­tchnę­ła z ulgą.

W War­sza­wie ła­pie się ży­cie na go­rą­co. Pręż­ność tego mia­sta zdu­mie­wa, w pew­nych wy­pad­kach de­mo­lu­je, w in­nych jest uciąż­li­wa i dez­or­ga­ni­zu­ją­ca, jesz­cze w in­nych uszczę­śli­wia swą dy­na­mi­ką i każe opty­mi­stycz­nie wie­rzyć w przy­szłość. W War­sza­wie na­wet lo­do­wi­sko chwy­ta się na go­rą­co, jesz­cze nie­osty­głe z prac przy­go­to­waw­czych, jesz­cze nie­do­pie­czo­ne, pro­sto z rąk ro­bot­ni­ków i tech­ni­ków. Cóż z tego, że nie ma try­bun, że ban­dy toru są pro­wi­zo­rycz­ne, a szat­nie z dyk­ty i tek­tu­ry? Jest lód, wi­szą ni­sko lam­py, roz­le­ga się walc Łyż­wia­rze, jest więc i mło­dzież. Tłu­my mło­dzie­ży na róż­nych ro­dza­jach ły­żew, na przy­krę­ca­nych, przy­pi­na­nych pa­ska­mi i przy­twier­dzo­nych do spe­cjal­nych bu­tów. Na tur­fach, śnie­gór­kach, ha­li­fak­sach, ho­ke­jach, pan­cze­nach. Jest ra­dość, krzyk, śmiech, są gwiz­dy, awan­tu­ry, go­ni­twy, prze­chwał­ki, flir­ty, po­pi­sy, sprzecz­ki. Otwar­te zo­sta­ło nowe sztucz­ne lo­do­wi­sko - a więc je­ste­śmy i my, łyż­wia­rze, i jest nas mnó­stwo! Spe­cjal­ne urzą­dze­nia jesz­cze nie są go­to­we, jesz­cze się je wy­kań­cza, to do­pie­ro po­czą­tek ro­bót - nie szko­dzi, to nic nie prze­szka­dza, wy­koń­czy się, a my się tym­cza­sem po­śli­zga­my! Skoń­czył się walc Łyż­wia­rze, da­wać Róże po­łu­dnia! Od nie­pa­mięt­nych lat te dwa wal­ce sta­no­wią o war­szaw­skiej śli­zgaw­ce, są jej hym­nem. Strzeż­cie się nie mieć tych płyt na no­wym lo­do­wi­sku!...

- Maj­ka! - za­wo­łał mło­dy czło­wiek, otu­lo­ny płasz­czem, pod któ­rym wid­niał zie­lo­no-czar­ny dres ho­ke­jo­wy z em­ble­ma­tem war­szaw­skie­go AZS. - Co się z tobą dzie­je? Nie mogę się cie­bie do­cze­kać...

- Jak się masz, Ze­non!... - Mar­ta wspię­ła się na pal­ce i po­ca­ło­wa­ła Ze­no­na w po­li­czek. - Mój chłop­cze, nie­któ­rzy lu­dzie cięż­ko pra­cu­ją, nie mó­wiąc już o obo­wiąz­kach do­mo­wych wzo­ro­wej cór­ki.

- Żad­na pra­ca nie hań­bi. - Ze­non uśmiech­nął się. - Chodź, za­grze­jesz się nie­co w na­szej szat­ni. Jak się czu­je mama?

Był to bar­dzo ład­ny chło­piec, ten Ze­non. Ho­ke­jo­wy, nie­kształt­ny rynsz­tu­nek nie mógł za­trzeć sil­nej gib­ko­ści jego po­sta­ci, sze­ro­ko­ści klat­ki pier­sio­wej, dłu­go­ści nóg. Na mo­car­nie skle­pio­nej, śnia­dej szyi osa­dzo­na była pięk­na gło­wa mło­de­go gla­dia­to­ra o czar­nych, jak­by rzeź­bio­nych wło­sach i ciem­nych oczach. Był bar­dzo wy­so­ki, be­ret Mar­ty się­gał mu za­le­d­wie do ra­mie­nia.

- Z tre­nin­gu chy­ba nici - po­wie­dział. - Ba­ła­gan na tym no­wym lo­do­wi­sku... Znów wpu­ści­li pu­blicz­ność. Nie­po­trzeb­nie że­śmy się roz­bie­ra­li.

- Prze­bierz się. Pój­dzie­my tro­chę "Pod Ku­ran­ty". Od wie­ków nie sie­dzia­łam w ka­wiar­ni.

- To znów nie jest ta­kie pro­ste. Jest cały pierw­szy i dru­gi skład i ci z kie­row­nic­twa sek­cji. Ma być ja­kaś od­pra­wa. Nie mogę. Maj­ka, zro­zum, chcę już w tym roku za­ła­twić raz na za­wsze dy­plom. Że­byś ty wie­dzia­ła, jak oni te­raz na AWF-ie pa­trzą na udział w ży­ciu sek­cji... Aż strach...

- Daj spo­kój. Taka gwiaz­da jak ty, że­byś się z tym li­czył - rze­kła Mar­ta z le­ciut­ką iro­nią.

- Wiesz... na eg­za­mi­nie nie­trud­no zga­sić naj­więk­szą gwiaz­dę - rzekł Ze­non, lecz wi­dać było, że nie za­mie­rza pro­te­sto­wać prze­ciw swej war­to­ści.

Prze­szli szat­nię ogól­ną, peł­ną dzie­ciar­ni i wa­la­ją­cych się ga­zet, brud­nych od ob­cie­ra­nia ły­żew. Ze­non otwo­rzył drzwicz­ki prze­pie­rze­nia dzie­lą­ce­go ba­rak na pół. Sta­ły tu szaf­ki na sprzęt opa­trzo­ne ty­sią­cem na­pi­sów, czę­sto­kroć moc­no nie­przy­stoj­nych. Cia­sna prze­strzeń mię­dzy szaf­ka­mi wy­peł­nio­na była róż­no­ko­lo­ro­wy­mi dre­sa­mi za­wod­ni­ków, sztu­ca­mi, na­go­len­ni­ka­mi, pan­ce­rza­mi ze skó­ry, bu­ta­mi, łyż­wa­mi, ki­ja­mi ho­ke­jo­wy­mi. W tym ga­li­ma­tia­sie przed­mio­tów śmia­ły się, ga­da­ły, ły­ska­ły zdro­wy­mi zę­ba­mi mło­de, zu­chwa­łe twa­rze. Mar­ta nie była tu nie­zna­na.

- Ser­wus, Maj­ka! - za­wo­łał ja­kiś mło­dy ol­brzym o bar­dzo opa­lo­nej twa­rzy. - Czo­łem, An­tek! - rzu­ci­ła Mar­ta - ja­kiś ty opa­lo­ny! - A co? W de­chę, nie? Wczo­raj wró­ci­łem z Za­ko­pa­ne­go... Mó­wię ci, po­go­da typu baj­ka, na me­dal. - Cześć, Mar­ta, jak się masz? - sły­sza­ła z tyłu i z bo­ków. - Przyjdź w nie­dzie­lę splu­nąć na krą­żek... Gra­my z ja­ki­miś ła­cha­mi z Kra­ko­wa. Wsta­wi­my im bań­ki, zo­ba­czysz. Ze­non gra jak sza­tan, jak ty je­steś. - Będę! - śmia­ła się Mar­ta - ale to nie­wie­le wam po­mo­że. - Są­dzisz, że nam do­su­ną, blon­dy­necz­ko?... Wy­rzuć te my­śli, mel­du­ję ci, za­ła­twi­my ich sześć koło. - Ze­non usiadł i sznu­ro­wał buty, gdy wstał na łyż­wach, był ogrom­ny. - Maj­ka - spy­tał An­tek - jaka jest róż­ni­ca po­mię­dzy ko­niem a ko­nia­kiem? - Nie wiem. - Taka jak mię­dzy ru­mem a ru­ma­kiem! Do­bre, co? - Mar­ta ro­ze­śmia­ła się, wszy­scy się śmia­li, trud­no tu było nie śmiać się, ja­kiś kult śmie­chu wi­siał w gę­stym od dymu pa­pie­ro­so­we­go po­wie­trzu. Dow­cip był re­li­gią tych mło­dych lu­dzi, nade wszyst­ko w świe­cie ce­ni­li dow­cip, dla dow­ci­pu go­to­wi byli uczy­nić wszyst­ko, na­wet krzyw­dę, na­wet głup­stwo. Jak­że Ze­non tu przy­na­le­ży... Du­szą i cia­łem - po­my­śla­ła Mar­ta. We wzro­ku Mar­ty, spo­glą­da­ją­cej na po­pra­wia­ją­ce­go bo­dicz­ki Ze­no­na, mi­go­ta­ła tkli­wość, to praw­da, ale taka tkli­wość, ja­kiej męż­czyź­ni bar­dzo nie lu­bią, czu­łość ko­bie­ty, któ­ra jesz­cze ko­cha, ale już wie, że są rze­czy, o ja­kich jej chło­piec nie ma i nie może mieć po­ję­cia.

Do szat­ni wszedł bar­czy­sty męż­czy­zna w ko­żu­chu. - Pa­no­wie - po­wie­dział - skocz­cie któ­ry na lo­do­wi­sko, bo tam ja­kieś hi­sto­rie. Zno­wu roz­ra­bia­ją. Ze­non, je­steś na łyż­wach. - Ze­non pod­niósł się, wło­żył płaszcz na ekwi­pu­nek i rzekł: - Chodź, Maj­ka, po­sto­imy tro­chę na po­wie­trzu. Nie jest za zim­no.

Mar­ta lu­bi­ła wi­dok roz­jeż­dżo­ne­go, su­ną­ce­go tłu­mu. Chrzęst ły­żew, ko­lo­ro­we zyg­za­ki, usmar­ka­ne z wy­sił­ku, mro­zu i ra­do­ści twa­rzycz­ki dzie­ci - mo­gła na to pa­trzeć go­dzi­na­mi. I ro­zu­mia­ła się na rze­czy, trzy zimy spę­dzo­ne z Ze­no­nem dały jej wie­dzę o pra­wach, za­sadz­kach i ta­jem­nych zna­kach tego świat­ka, o tym, co się dzie­je na lo­go­gry­fie - prze­su­wan­ce lo­do­wi­ska. Umia­ła do­strzec bu­tel­kę po wód­ce pod ław­ką i błysk łyż­wy przy ło­bu­zer­skim pod­ci­na­niu ja­dą­cych spo­koj­nie dziew­cząt, orien­to­wa­ła się w tech­ni­ce ho­ke­jo­we­go fau­lu, w na­stro­jach śli­zgaw­ki o każ­dej po­rze dnia. Od razu też do­strze­gła, co wią­że po­zor­nie nie­zwią­za­ne ze sobą po­sta­cie uwi­ja­ją­ce się wśród tłu­mu. Gru­pa kil­ku­na­stu wy­rost­ków, co naj­wy­żej szes­na­sto­let­nich, łą­czy­ła się w po­tęż­ne­go węża, któ­re­go dy­na­mi­ka pędu roz­trą­ca­ła łyż­wia­rzy, prze­wra­ca­ła, za­gar­nia­ła w swą or­bi­tę usu­wa­ją­ce się nie­zręcz­nie dziew­czę­ta. Na cze­le je­chał nie­du­ży, lecz krę­py fa­cet w dwu­rzę­do­wym, ciem­nym gar­ni­tu­rze o kan­cia­stych, wy­pcha­nych ra­mio­nach; na szyi miał brud­no­bia­ły sza­lik z ta­niut­kie­go je­dwa­biu, na gło­wie - okrą­głą, kra­cia­stą cy­kli­stów­kę, ster­czą­cą wy­so­ko, z prze­sad­nym fa­so­nem na cie­mie­niu. Je­chał szyb­ko i pew­nie, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, prze­kła­dał z wpra­wą, kie­dy zbli­żył się, wi­dać było kro­sto­wa­tą twarz o gru­bym, za­dar­tym no­sie. - Te opry­chów­ki to oni wy­py­cha­ją ga­ze­ta­mi - rzekł Ze­non z uśmie­chem, wska­zu­jąc na kra­cia­stą czap­kę - daje to ulu­bio­ny fa­son, a za­ra­zem sta­no­wi pew­ną ochro­nę przed ude­rze­niem. - W uśmie­chu Ze­no­na była wzgar­dli­wa apro­ba­ta dla chło­pa­ka, wi­dział w nim coś za­baw­ne­go. - Strój od­po­wied­ni na nie­dziel­ne imie­ni­ny u szwa­gra - rze­kła Mar­ta, lecz nie po­par­ła słów uśmie­chem. W pew­nej chwi­li roz­pę­dzo­ny wąż przy­siadł w tak zwa­nym pi­sto­le­cie i pruł z wiel­ką szyb­ko­ścią, na­je­żo­ny wy­sta­wio­ny­mi do przo­du łyż­wa­mi, przez lo­do­wi­sko, gwał­cąc wszel­kie pra­wi­dła ru­chu. Roz­legł się krzyk, chłop­cy szyb­ko pod­nie­śli się i roz­pierz­chli, na lo­dzie le­ża­ła mała dziew­czyn­ka, usi­łu­ją­ca się po­dźwi­gnąć. Ze­non jed­nym za­ma­chem dłu­gich nóg prze­sa­dził ban­dę i w cią­gu se­kun­dy zna­lazł się przy dziew­czyn­ce; wziął ją na ręce i ostro przy­ha­mo­wał na­prze­ciw Mar­ty. - Co ci się sta­ło? - spy­tał, sa­dza­jąc dziew­czyn­kę na ban­dzie. Duże łzy błysz­cza­ły w brą­zo­wych jak pię­cio­gro­szów­ki oczach. Wska­za­ła na pra­wą łyd­kę: przedar­te ba­weł­nia­ne spodnie i po­szar­pa­na skar­pet­ka od­sła­nia­ły spo­re za­dra­pa­nie. - Łyż­wą! Ta­kie ło­bu­zy! - Usta dziew­czyn­ki ścią­gnę­ły się znów w bo­le­sną pod­ków­kę. Mar­ta wy­ję­ła jej z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę. - Do we­se­la się za­goi - po­wie­dzia­ła we­so­ło - a spodnie ju­tro za­ce­ru­jesz. Swo­ją dro­gą... - zwró­ci­ła się gwał­tow­nie do Ze­no­na i umil­kła. Ze­non spo­glą­dał z ja­kimś upodo­ba­niem na lo­do­wi­sko, na któ­rym mło­dzień­cy w opry­chów­kach zna­leź­li nową za­ba­wę. Ty­po­wa­li jed­ną z wi­szą­cych nad ta­flą lo­do­wą lamp me­czo­wych, roz­pę­dza­li się i mio­ta­li ka­mie­nia­mi w górę. Trzy pró­by wy­pa­dły mi­zer­nie, ale za czwar­tym ra­zem pę­ka­ty fa­cet w wi­zy­to­wej dwu­rzę­dow­ce wy­ce­lo­wał. Huk zbi­te­go szkła i pę­ka­ją­cej wie­lo­wa­to­wej ża­rów­ki, spło­szo­ny krzyk śli­zga­ją­cych się, od­pry­ski szkła na lo­dzie - na­gła re­duk­cja oświe­tle­nia. Coś na­wa­li­ło w ca­łym prze­wo­dzie i kil­ka wiel­kich lamp zga­sło. Na lo­do­wi­sku po­wstał ruch, ry­ce­rze pół­mro­ku roz­po­czę­li go­rącz­ko­we uwi­ja­nie się. Wte­dy wła­śnie Mar­ta po­czu­ła na­głe, przy­śpie­szo­ne bi­cie ser­ca. Nie, to chy­ba złu­dze­nie, prze­cież to nie­moż­li­we, aby to były te same świe­tli­ste, ja­rzą­ce się nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem, prze­raź­li­wie bia­łe oczy?...

Z szat­ni klu­bo­wej wy­pa­dło kil­ku za­wod­ni­ków i bar­czy­sty męż­czy­zna w ko­żu­chu. Ze­non pruł peł­nym ga­zem w tłum. Pę­ka­ty w dwu­rzę­dow­ce je­chał ostro, ale nie mógł się rów­nać z ho­ke­istą. Ze­non po­chy­lił się w po­śli­zgu ka­na­dyj­ki, oto­czył go zgrzy­tli­wym wi­ra­żem i zła­pał za ra­mię. - Wol­ne­go, ko­le­go! - rzekł twar­do. - Co te­raz bę­dzie? - Wy­ro­stek spoj­rzał w twarz Ze­no­na; był dużo niż­szy i mimo wy­raź­nej krzep­ko­ści na pew­no słab­szy, ale w jego per­ka­tej twa­rzy i zim­nych, obe­lży­wych oczach Ze­non do­strzegł coś, co ka­za­ło mu pu­ścić ra­mię: była w tych oczach go­to­wość na wszyst­ko, aż do koń­ca. - To przez nie­uwa­gę, pa­nie kie­row­ni­ku - rzekł z fał­szy­wym uśmie­chem, roz­sze­rza­ją­cym mu gru­be usta na całą twarz - ja prze­pra­szam, to nie­ostroż­nie... Ge­nial­ne - po­my­ślał Ze­non - ale hu­mor u tych ko­za­ków... Wy­da­ło mu się to na­raz do­sko­na­łym dow­ci­pem i nie mógł po­wstrzy­mać uśmie­chu, co wy­ro­stek od razu pod­chwy­cił. - Pa­nie kie­row­ni­ku, ja za­raz panu kie­row­ni­ko­wi od­pa­lę pięć­dzie­sią­ta­ka... Za tę lam­pę, do­bra? Tyl­ko po­zbie­ram od dru­hów, psia ich dola. - Rze­czy­wi­ście, dru­ho­wie sku­pi­li się już cia­sno wo­kół nich, Ze­non le­d­wie się obej­rzał, gdy oto­czo­ny był przez spo­co­ne twa­rze, brud­ne sza­li­ki, ze­psu­te zęby, zio­ną­ce wód­ką od­de­chy i spoj­rze­nia. - Żeby mi za­raz, sły­szysz, do kasy lo­do­wi­ska... - rzekł gło­śno i ro­ze­pchnął moc­no na­pie­ra­ją­cych. - Za­raz, za­raz... - za­wo­łał pę­ka­ty w dwu­rzę­dow­ce i wa­ta­ha roz­je­cha­ła się na wszyst­kie stro­ny.

Ze­non pod­je­chał do Mar­ty, przy któ­rej sta­li za­wod­ni­cy. - Co się sta­ło? - spy­tał An­tek. - Ge­nial­ne - rzekł Ze­non - wiesz, Maj­ka, co ten ban­dzior po­wie­dział: "To przez nie­uwa­gę". Tak po­wie­dział. Mają ri­po­sty, co? - An­tek i kil­ku in­nych ro­ze­śmie­li się, Mar­ta dy­go­ta­ła. - No i co? - rzu­ci­ła gwał­tow­nie. - Co te­raz z nim zro­bi­cie? - Nic - od­parł Ze­non nie­fra­so­bli­wie. - Co mu zro­bisz? Za lam­pę nie za­pła­ci, bo dro­ga, mi­li­cja da­le­ko, bić się z nim nie będę. Ty się na tym nie znasz. Maj­ka, to wład­cy Czer­nia­kow­skiej uli­cy, ten krę­py w opry­chów­ce to po­strach Czer­nia­ko­wa. - Chłop­cy - rzekł męż­czy­zna w ko­żu­chu - ła­duj­cie się na lód, opróż­nia­my przed cza­sem lo­do­wi­sko z pu­blicz­no­ści. Idę nadać przez me­ga­fon. - Zwar­ta gru­pa ho­ke­istów wjeż­dża­ła na ta­flę. - Zro­zum, Maj­ka - rzekł nie­pew­nie Ze­non, gdy zo­sta­li sami - gdy­bym go miał gdzieś w neu­tral­nym miej­scu, to zro­bił­bym z nie­go mar­mo­la­dę, ale tu oni mnie zna­ją... Dziś dam mu po uchu, ju­tro wie­czo­rem będę wy­cho­dził sam z tre­nin­gu i kil­ka­na­ście ce­gieł za­pra­wi mnie, nie wia­do­mo skąd, kie­dy i jak, w łeb... Już ja to znam. - Mar­cie sta­nę­ła przed ocza­mi smu­kła po­stać w bia­łym, le­kar­skim ki­tlu. Co ma do tego dok­tor Hal­ski? - po­my­śla­ła szyb­ko, zu­peł­nie zdez­o­rien­to­wa­na. - Ro­zu­miem... - rze­kła Mar­ta i Ze­non po­czuł się na­raz, jak­by na tym świe­cie nig­dy nie zo­stał po­wie­dzia­ny ża­den dow­cip. W tej chwi­li z pół­mro­ku lo­do­wi­ska, z chrzę­stu ły­żew wbi­ły się w Mar­tę na uła­mek se­kun­dy bia­łe źre­ni­ce i zga­sły. Sta­ło się to tak na­gle i tak na pew­no, że Mar­ta za­drża­ła, prze­szy­ta dresz­czem. To od­błysk lo­do­wej ta­fli, o, to wła­śnie to - szep­nę­ła w du­chu, wie­dząc do­brze, że tak nie jest.

W naj­ciem­niej­szym rogu lo­do­wi­ska pę­ka­ty w opry­chów­ce przy­ha­mo­wał przed ja­kimś ho­len­dru­ją­cym, ni­skim pa­nem w pum­pach. Gdy pan w pum­pach prze­su­wał się obok, chwy­cił go gwał­tow­nie za rękę, wy­trą­ca­jąc go z rów­no­wa­gi wprost w kar­ko­łom­ny pi­ru­et. - Ta­tu­siu - rzekł pę­ka­ty - po­życz pięć­dzie­siąt zło­tych... - Pa­nie! - krzyk­nął pan w pum­pach - puść, bo za­wo­łam!... - Wię­cej nie zdą­żył już po­wie­dzieć. Ja­dą­cy na peł­nym ga­zie chło­pak w swe­trze z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem pod­ciął go z peł­ne­go roz­pę­du. Po­czuł jesz­cze kil­ka ude­rzeń łyż­wa­mi w ple­cy i sil­ne szarp­nię­cie za tyl­ną kie­szeń spodni. - Ra­tun­ku! Mi­li­cja! - roz­darł się. - Ciiii­cho! - syk­nął pę­ka­ty i prze­je­chał mu wol­ną łyż­wą po twa­rzy. - Re­bia­ta! Do domu! - rzu­cił i wszy­scy roz­pry­snę­li się na boki. Wszyst­ko ra­zem trwa­ło se­kun­dy i pan w pum­pach, za­nim ob­tarł krew z po­licz­ka, nie wie­dział na­wet do­brze, co się sta­ło.

Te­raz na lo­do­wi­sku po­wsta­ło strasz­li­we za­mie­sza­nie, w któ­rym po­tęż­ny głos z me­ga­fo­nu, ob­wiesz­cza­ją­cy: "Pu­blicz­ność pro­szo­na jest o opusz­cze­nie lo­do­wi­ska", wzma­gał zu­peł­ny cha­os. Mar­ta po­wie­dzia­ła: - Ze­non, prze­bierz się, od­pro­wa­dzisz mnie do domu, do­brze? - A tre­ning?

- Opu­ścisz tre­ning, pro­szę cię, ja mam do­syć tych awan­tur. - Do­brze, Maj­ka, za­cze­kaj. Prze­cież nic ta­kie­go się w grun­cie rze­czy nie sta­ło...

Wśród wą­do­łów i roz­ko­pów pod przy­szłe try­bu­ny, roz­cią­ga­ją­cych się w za­mar­z­łej gli­nie za lo­do­wi­skiem, sta­ło sześć ciem­nych po­sta­ci. Pa­no­wał tu już zu­peł­ny mrok, roz­bły­sły je­dy­nie gwiaz­da­mi lu­to­wej nocy. Jed­na z po­sta­ci, nie­wy­so­ka, pę­ka­ta, kan­cia­sta, mó­wi­ła, tłam­sząc coś w pal­cach:

- Sto sie­dem­dzie­siąt i do­ku­men­ty. Łap­ciuch, masz tu pięć­dzie­sią­ta­ka, idź do kasy, po­łóż i po­wiedz, że to za lam­pę. Tak trze­ba.

- Idź sam, ko­zak się zna­lazł, co in­nych po­sy­łasz, jak ta­kiś dżen­tel­men - od­parł wy­so­ki, łam­li­wy cień.

- Wont, ty łach­ma­nia­rzu, ja ci po­ka­żę, głu­pi szczy­lu... Wo­lisz, żeby cię prze­trą­ci­li od razu, jak ju­tro przyj­dziesz? Gdzie ta­kich ba­ra­nów zbie­ra­ją? Nie ka­pu­jesz, że z nimi trze­ba być do­brze, gów­nia­rzu?... Sam za­ła­twię, wszyst­ko mu­szę za was...

Pę­ka­ta po­stać wy­ję­ła pie­nią­dze z port­fe­la i scho­wa­ła do kie­sze­ni. Port­fel wy­rzu­ci­ła da­le­ko za sie­bie, w ciem­ność. Le­d­wie do­tknął zie­mi, gdy pod­nio­sła go ja­kaś pie­czo­ło­wi­ta ręka.

- Pięć­dzie­sią­tak dla mnie, resz­ta do po­dzia­łu - rzekł pę­ka­ty, kła­dąc ręce do kie­sze­ni. - Albo le­piej masz, Sta­siek, i skocz po ben­zy­nę. Kup parę ogór­ków, ka­pu­jesz...

Kie­dy i skąd wpa­da po­mię­dzy sześć po­sta­ci grom, tego nie wie nig­dy żad­na z sze­ściu za­in­te­re­so­wa­nych osób. Poza tym grom nie jest nig­dy czymś mięk­kim, to zaś, co zna­la­zło się na­raz na skost­nia­łej gli­nie po­mię­dzy sze­ściu sil­ny­mi, zwin­ny­mi i go­to­wy­mi na wszyst­ko ludź­mi, było na tyle mięk­kie, by nie spra­wiać żad­ne­go ha­ła­su, a na tyle gra­ni­to­wo twar­de, by uczy­nić rzecz nie­by­wa­łą - ściąć pięć spo­śród sze­ściu po­sta­ci z nóg. Szó­sta w tej sa­mej se­kun­dzie rzu­co­na zo­sta­ła po­tęż­nym cio­sem w brzuch na usy­pi­sko zlo­do­wa­cia­łej gli­ny. Przez kil­ka chwil ko­tło­wał się dzi­wacz­ny, strasz­ny bój w zu­peł­nych ciem­no­ściach i w zu­peł­nym mil­cze­niu, gdy się jed­nak nic nie wie, kie­dy i skąd pa­da­ją bły­ska­wicz­ne kop­nię­cia w usta i w pod­brzu­sze, w szy­ję i w ser­ce - wte­dy lu­dzie za­czy­na­ją kasz­leć, krztu­sić się bó­lem i stra­chem, char­czeć. - Moje oko! Gło­wa, o Jezu! Gło­wa!? Uuuuch! Mor­du­ją! Aaaaaa! - Wte­dy też, rzu­co­na z siłą pa­ro­we­go mło­ta, pę­ka­ta po­stać otwo­rzy­ła z ję­kiem oczy i to sta­ło się przy­czy­ną jej zu­peł­nej klę­ski. Na­prze­ciw jej oczu pło­nę­ły w ciem­no­ściach inne oczy, tak prze­ra­ża­ją­co bia­łe, że pod po­sta­cią pę­ka­tą i kan­cia­stą zdrę­twia­ły ko­la­na; jej szes­na­sto­let­nią du­szą, nie­zna­ją­cą do­tąd, co to oba­wa, owład­nę­ło na­gle dzi­kie prze­ra­że­nie. Ma­ca­jąc jak śle­py przed sobą, prze­wra­ca­jąc się na czwo­ra­kach po gli­nia­stym na­sy­pie, ra­niąc so­bie ręce i pa­da­jąc na czo­ło, czło­wiek, któ­ry nie bał się w swym krót­kim ży­ciu ani krwi, ani noża, za­czął, po­ty­ka­jąc się, ucie­kać przed ocza­mi. Ja­kaś dziw­na gro­za rzu­ca­ła jego ser­cem. Bie­gnąc co­raz szyb­ciej przez zna­ne so­bie pa­gó­ry, do­padł do wła­sno­ręcz­nie wy­cię­tej nie­gdyś dziu­ry w dru­cia­nym ogro­dze­niu, prze­gra­mo­lił się na dru­gą stro­nę i zna­lazł się na ty­łach re­mi­zy tro­lej­bu­so­wej. Tu po­czuł się pew­nie, ode­tchnął głę­bo­ko, otarł usta i zbli­żył rękę do smu­gi świa­tła z la­tar­ni ulicz­nej. - Krew! - szep­nął - co to było?... - I na­gle po­czuł, że nie jest sam. Nic nie wi­dział ani nie sły­szał, lecz coś ka­za­ło mu ucie­kać. Jak alar­mo­wy sy­gnał in­stynk­tu do­szła do jego świa­do­mo­ści pew­ność, że tuż za nim czai się nie­wi­dzial­ne, nie­zna­ne coś, któ­re nie woła, nie gro­zi, nie pyta, ni­cze­go nie żąda, tyl­ko nisz­czy, uni­ce­stwia. Lecz co nisz­czy, dla­cze­go?... Nad tym nie pró­bo­wał na­wet się za­sta­no­wić, gdyż mu­siał ucie­kać - biec co sił w zmal­tre­to­wa­nych no­gach, ła­piąc z tru­dem wy­du­szo­ny z pier­si pie­kiel­nym ude­rze­niem od­dech. Dy­sząc cięż­ko, prze­sa­dził ka­mie­nie i płot dzie­lą­cy re­mi­zę od uli­cy. Na myśl mu na­wet nie przy­szło, by się bro­nić, zła­pać w bie­gu ka­mień, przy­jąć wal­kę w tych za­ka­mar­kach, dziu­rach, pło­tach, śmie­ciach, któ­re znał jak wła­sną kie­szeń, w któ­rych tyle razy on in­nych... Wy­padł w prze­smyk po­mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi i ru­ina­mi ko­ścio­ła. Nie sły­szał, lecz czuł po­goń. Jego świsz­czą­cy od­dech ka­zał przy­sta­nąć idą­cym po dru­giej stro­nie uli­cy Ze­no­no­wi i Mar­cie. Wi­dzie­li, jak ciem­na po­stać, wy­prze­dza­ją­ca ich da­le­ko, wbie­gła chwiej­nie na stop­nie por­ta­lu, a za nią - coś jak­by cień, za­tar­ta syl­we­ta, za któ­rą nie moż­na było rę­czyć, czy na­le­ży do rze­czy­wi­sto­ści. Ciem­na po­stać za­wa­ha­ła się przez mgnie­nie oka, ser­ce tłu­kło w niej obłęd­nie, gdy mi­nąw­szy ko­lum­na­dę, zna­la­zła się w upior­nej na­wie. Ale nie było wy­bo­ru. Nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak sa­mo­bój­czy skok w ciem­ność - zdru­zgo­ta­na pod­ło­ga nawy ury­wa­ła się bo­wiem na­gle jak szcze­li­na prze­pa­ści - w dole roz­cią­ga­ła się ciem­na kruch­ta, na­je­żo­na roz­bi­tym mu­rem, po­trza­ska­ny­mi prę­ta­mi żel­be­to­wych zbro­jeń, fan­ta­stycz­ną ko­ron­ką po­szar­pa­nych mu­rów, za­rdze­wia­ły­mi szta­ba­mi i że­la­zny­mi szy­na­mi. Ale w dole był ra­tu­nek. Ciem­na po­stać wie­dzia­ła do­brze, że wśród cien­kich ko­lu­mie­nek kruch­ty, wśród zwa­łów po­tłu­czo­nej ce­gły ukry­te są że­la­zne drzwi sta­re­go prze­ciw­lot­ni­cze­go schro­nu pro­wa­dzą­ce­go do pod­ziem­nych od­mę­tów nie­zna­nych ni­ko­mu prócz kil­ku lu­dzi. Tyl­ko tam wi­dział ra­tu­nek i sko­czył de­spe­rac­ko w dół, na roz­dzie­ra­ją­ce ko­ści ce­gły. Nie zdą­żył się unieść na ro­ze­dr­ga­nych, za­krwa­wio­nych ra­mio­nach, gdy wy­czuł ra­czej, niż usły­szał spa­da­ją­cy obok nie­go z ko­cią mięk­ko­ścią cień. Ostat­kiem sił rzu­cił się mię­dzy ko­lum­ny kruch­ty, ku że­la­zne­mu za­wo­ro­wi.

Wte­dy wła­śnie Mar­ta i Ze­non po­sły­sze­li strasz­ny, roz­pacz­li­wy krzyk, ludz­kie wy­cie, od któ­re­go za­mar­ły im ser­ca. - Aaaaar­rhhh!... - chry­pia­ło w ru­inach ogrom­ne­go ko­ścio­ła.

Prze­bie­gli ku scho­dom por­ta­lu, Ze­non sta­wiał już nogę na stop­niu, gdy Mar­ta szep­nę­ła z trwo­gą: - Nie! Pro­szę cię, Ze­non, nie... - W mo­men­tach dra­ma­tycz­nych Ze­non nie był tchó­rzem, ale już po chwi­li, gdy krzyk się nie po­wtó­rzył, po­czuł wiel­ką wdzięcz­ność dla Mar­ty, że my­śli o nim. - Ja­kieś po­ra­chun­ki wład­ców Czer­nia­ko­wa... - rzekł z uśmie­chem.

Zdej­mu­jąc nogę ze stop­nia, strą­cił ja­kiś mięk­ki przed­miot. Po­chy­lił się. Była to kra­cia­sta, wy­pcha­na ga­ze­ta­mi opry­chów­ka, od ja­kich roi się w War­sza­wie.

- Po­patrz, nie mó­wi­łem - rzekł do Mar­ty, dum­ny z traf­no­ści swe­go ro­zu­mo­wa­nia.

Mar­ta wpa­try­wa­ła się w czap­kę roz­sze­rzo­ny­mi z prze­ra­że­nia oczy­ma. Wy­da­ło jej się na­gle, przez uła­mek se­kun­dy, że coś zro­zu­mia­ła.

2

- Kuba! Ku­ba­aa!

Ko­lan­ko wy­chy­lił się z drzwi na ko­ry­tarz, za­wisł nie­mal na rę­kach.

- Ku­ba­aa! Gdzież on jest, ten...

Na scho­dach roz­legł się ło­skot o da­le­kim po­kre­wień­stwie z gór­ską la­wi­ną. Na koń­cu ko­ry­ta­rza uka­za­ła się kul­ka cze­goś, szyb­ko ro­sną­ca w oczach, któ­ra na kil­ka me­trów przed Ko­lan­ką za­czę­ła ha­mo­wać na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach. Z brył­ki cia­ła, ubra­nia i ru­chu wy­ło­nił się cały uśmiech­nię­ty Ku­buś.

- Je­stem, pa­nie re­dak­to­rze. O co cho­dzi?

Ko­lan­ko jed­nym ru­chem wcią­gnął go do po­ko­ju i za­mknął drzwi. Po­kój re­dak­cji miej­skiej "Expres­su Wie­czor­ne­go" mógł­by z po­wo­dze­niem słu­żyć za prze­cud­ną wi­zję kla­sycz­ne­go włó­czę­gi: ta­kie ilo­ści sta­rych ga­zet i pa­pie­rów od­na­leźć moż­na je­dy­nie w ci­chych ma­rze­niach zmę­czo­nych tram­pów o łóż­kach i koł­drach. Na ścia­nie wi­sia­ły: ka­ry­ka­tu­ra Ko­lan­ki, roz­kład jaz­dy po­cią­gów pod­miej­skich sprzed trzech lat, plan Sa­skiej Kępy i go­dło pań­stwo­we.

- Ty pa­ca­nie nie­my­ty... - rzekł Ko­lan­ko z gorz­kim wy­rzu­tem. Ku­buś przy­brał po­sta­wę obron­ną.

- Już nie będę, pa­nie re­dak­to­rze - rzekł na wszel­ki wy­pa­dek, co­fa­jąc się - klnę się na czy­stą, nie­win­ną mi­łość, jaką ży­wię dla pana re­dak­to­ra... Tyl­ko - co się sta­ło?

- Chłop­czy­ku - po­wie­dział Ko­lan­ko ze sło­dy­czą w gło­sie - chłop­czy­ku, sia­daj. Po­patrz, wy­ho­do­wa­łem cię na wła­snej pier­si. Jako nie­let­nie pa­cho­lę igra­łeś bez­tro­sko w cie­niu mej po­tęż­nej opie­ki, fi­glu­jąc swa­wol­nie wśród no­wi­nek z ma­ga­zy­nów odzie­żo­wych, wśród spa­cer­ków po sto­li­cy, wśród wie­ści o no­wych li­niach tram­wa­jo­wych i o no­wa­lij­kach w skle­pach wa­rzyw­nych. Ha­sa­łeś jak roz­kosz­ne źre­bię po roz­ło­gach trze­ciej ko­lum­ny, miej­skiej ko­lum­ny na­sze­go chwa­leb­ne­go or­ga­nu. I co?... Tak mi się od­wdzię­czasz? Ta­kie jest two­je przy­wią­za­nie do tego, któ­ry cię wy­kar­mił mle­kiem z drze­wa wia­do­mo­ści do­bre­go i złe­go?

Okrą­gła, dwu­dzie­sto­dwu­let­nia i pie­go­wa­ta twarz Ku­bu­sia wy­ra­ża­ła ból i roz­pacz. Wi­dać było, iż jest do głę­bi wstrzą­śnię­ty.

- Pa­nie re­dak­to­rze - za­wo­łał - niech pan tak nie mówi! Nie wol­no panu! Prze­cież wie pan, że je­stem jak opo­ka za pa­nem re­dak­to­rem, że może pan za­wsze i uf­nie wes­przeć na mnie swe znu­żo­ne cia­ło... Że je­stem dla pana go­tów na wszyst­ko, na naj­wyż­szą ofia­rę, je­stem go­tów na... niech się dzie­je, co chce!... na­tych­miast sko­czyć po pa­pie­ro­sy, na­wet - tu Ku­buś za­krył oczy dło­nią i zwie­sił w strasz­nej męce gło­wę - na­wet przy­nieść her­ba­tę!

- Za­milcz - po­wie­dział Ko­lan­ko, tłu­miąc jaw­nie wzru­sze­nie - niech przyj­dę do sie­bie... Już do­brze... Czy­ta­łeś dzi­siej­sze "Ży­cie"?

- Nie - od­parł Kuba nie­fra­so­bli­wie. - Nie zwy­kłem czy­tać od sa­me­go rana tych mar­nych świst­ków kon­ku­ren­cyj­ne­go pa­pie­ru. O tej po­rze czy­tu­ję wy­łącz­nie to, co sam na­pi­sa­łem po­przed­nie­go dnia. A w ogó­le - w gło­sie Ku­bu­sia za­brzmia­ła wzgar­da - dzi­wię się panu, że pan, taki in­te­li­gent­ny czło­wiek, tra­ci czas o po­ran­ku na czy­ta­nie tej... ga­ze­ty.

- Za­mknij dziób! - wark­nął Ko­lan­ko. - Masz, czy­taj.

Po­dał Ku­bu­sio­wi świe­żą płach­tę po­ran­ne­go wy­da­nia "Ży­cia War­sza­wy". Ku­buś wziął dzien­nik w dwa pal­ce, z osten­ta­cyj­ną od­ra­zą, w mia­rę jed­nak czy­ta­nia za­kre­ślo­nej czer­wo­nym ołów­kiem wzmian­ki twarz mu się wy­dłu­ża­ła, z okrą­głej sta­ła się owal­na, a z owal­nej po­cią­gła, dłu­ga i bar­dzo zmar­twio­na.

- No... i co ty na to? - Ko­lan­ko wziął się pod boki, chło­sta­jąc go wzro­kiem peł­nym szy­der­stwa. - As re­por­ta­żu "Expres­su Wie­czor­ne­go", re­por­ter iskra, re­por­ter wid­mo, czło­wiek, dla któ­re­go nie ma drzwi za­mknię­tych, dzien­ni­karz, u któ­re­go w le­wej kie­sze­ni spodni bije puls War­sza­wy... Oczy i uszy sto­li­cy... Ma­gik pra­sy po­po­łu­dnio­wej, wo­bec któ­re­go naj­tward­si dy­rek­to­rzy do­mów to­wa­ro­wych pło­nią się jak za­sro­ma­ne dzie­wecz­ki, zwie­rza­ją się z ta­jem­nic no­we­go asor­ty­men­tu bie­li­zny dla le­ci­wych go­spo­dyń i je­dzą z ręki jak ptasz­ki... Jed­nym sło­wem: Kuba Wi­rus! I ten oto Ja­kub Wi­rus do­wia­du­je się o czymś ta­kim z ma­leń­kiej za­ja­wy na pią­tej ko­lum­nie "Ży­cia". He, he, he...

Śmiech ten za­dźwię­czał w uszach Ku­bu­sia jak dzwon po­grze­bo­wy. Opu­ścił rękę z ga­ze­tą ni­czym czło­wiek ugo­dzo­ny śmier­tel­nie w samo ser­ce, spu­ścił gło­wę i rzekł gło­sem na­brzmia­łym cier­pie­niem:

- Tak... To ko­niec... Wi­docz­nie ze­sta­rza­łem się. Czas mi się wy­co­fać, od­dać miej­sce młod­szym, pójść do ad­mi­ni­stra­cji na wy­god­ny fo­te­lik z gu­mo­wą po­dusz­ką i spę­dzić na nim resz­tę mych dni... Niech młod­si ru­szą w świę­ty bój o no­wi­ny z Ko­szy­ków i po wy­wia­dy z pia­ska­rza­mi pra­cu­ją­cy­mi w zno­ju nad re­gu­la­cją Wi­sły... Mój kres nad­szedł. Oko moje stra­ci­ło blask i so­ko­lą by­strość, moja ręka za­gu­bi­ła nie­chyb­ną pew­ność. Ha, cóż! Po­zo­sta­ją ci­che du­ma­nia przy klu­bo­wym sto­li­ku na uli­cy Fok­sal i rzew­ne wspo­mnie­nia z dni chwa­ły.

Na­gle ze­rwał się jak opa­rzo­ny.

- Pa­nie re­dak­to­rze! Jak pra­gnę ca­ło­wać wi­śnio­we usta tej no­wej bru­net­ki z kol­por­ta­żu, co nam się obu po­do­ba - oni nie mo­gli otrzy­mać tej wia­do­mo­ści z po­go­to­wia! Po­go­to­wie mam ob­sta­wio­ne jak zło­to i nie­moż­li­wo­ścią jest, żeby ten... - tu Ku­buś blu­znął sło­wem strasz­li­wie dys­kre­dy­tu­ją­cym oma­wia­ną oso­bę - nie za­wia­do­mił mnie o czymś ta­kim... Ja nie wiem, ale... niech ja będę ostat­ni śmie­ciarz, a nie Wi­rus, je­śli w cią­gu dwóch go­dzin pan re­dak­tor nie bę­dzie miał...

- Spo­koj­nie, smar­ka­czu - Ko­lan­ko przy­brał ton men­tor­ski - wi­dzisz prze­cież, że nie jest po­da­ne ani kie­dy, ani kto udzie­lił po­mo­cy temu fa­ce­to­wi. Nie pi­sze, czy za­bra­no go do szpi­ta­la, czy mi­li­cja pro­wa­dzi do­cho­dze­nie. Nic prócz tego, że zna­le­zio­no ta­kie­go po­bi­te­go w ru­inach ko­ścio­ła przy uli­cy Ła­zien­kow­skiej. I tyle. Chy­ba bę­dziesz mu­siał udać się do ko­le­gów z "Ży­cia War­sza­wy", je­śli się chcesz cze­goś do­wie­dzieć...

- Co? Tam? Nig­dy! - za­wo­łał Ku­buś dra­ma­tycz­nie. - Moja noga tam nie stąp­nie po kra­niec dni mo­ich, u tych... psz­cze­la­rzy! Chy­ba że będą mie­li dla mnie ja­kieś pie­nią­dze... - do­dał ci­szej, na stro­nie, po czym znów wzniósł głos do po­przed­nie­go re­je­stru: - A pan, pa­nie re­dak­to­rze, zbyt szyb­ko i zbyt wcze­śnie stra­cił wia­rę we mnie...

To rze­kł­szy, znikł jak wy­ssa­ny z po­ko­ju przez nie­wi­dzial­ny elek­tro­luks. Dla­cze­go psz­cze­la­rze? - zdzi­wił się Ko­lan­ko. - To po­zo­sta­nie na za­wsze ta­jem­ni­cą barw­no­ści sty­lu Ku­bu­sia Wi­ru­sa. Ale ja­kaś traf­ność w tym jest... - Uśmiech­nął się do sie­bie. Na­wet nie zdą­ży­łem mu dać tego Ki­scha - po­my­ślał, wyj­mu­jąc z szu­fla­dy świe­żo ku­pio­ną książ­kę. Je­śli bo­wiem trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nie ser­ce re­dak­to­ra Edwi­na Ko­lan­ki biło dla ko­goś na obec­nym eta­pie jego ży­cia, tym kimś był tyl­ko Ku­buś Wi­rus.

Kie­dy sie­dem lat temu zja­wił się w re­dak­cji pięt­na­sto­let­ni chło­pak o zsi­nia­łych z zim­na war­gach, w nie­zdar­nym ubra­niu zszy­tym z ame­ry­kań­skich ko­ców woj­sko­wych, Ko­lan­ko od razu nim się za­in­te­re­so­wał. Dzi­wi­ło go sa­me­go to za­in­te­re­so­wa­nie; prze­wa­la­ły się na­ten­czas nad War­sza­wą pierw­sze zimy od­bu­do­wy, peł­ne udręk zdru­zgo­ta­ne­go przez woj­nę mia­sta. Przez te zimy War­sza­wa prze­bi­ja­ła się jak przez mor­der­czy ogień wiel­kiej bi­twy o ży­cie: w szla­mie, w bło­cie, w gru­zach, w nie­opa­la­nych no­rach za­miast miesz­kań, w któ­rych obi­te dyk­tą okna sym­bo­li­zo­wa­ły dom. Uczu­cia tward­nia­ły, dzie­ci śpią­ce w bra­mach zruj­no­wa­nych ka­mie­nic lub w błot­ni­stym śnie­gu uli­cy nie czy­ni­ły na ni­kim wra­że­nia. Ko­lan­ko na­le­żał ra­czej do lu­dzi moc­nych, to zna­czy od­por­nych, to zna­czy, czę­sto­kroć, nie­zbyt wraż­li­wych. A prze­cież od sa­me­go po­cząt­ku doj­rzał w oczach Ku­bu­sia coś, co wznie­ci­ło w nim cie­płą li­tość. Ku­buś był sie­ro­tą, ro­dzi­ców stra­cił w cza­sie woj­ny. Miał ja­kieś ciot­ki czy stry­jów na Zie­miach Za­chod­nich, ale ro­dzi­na sta­no­wi­ła dla Ku­bu­sia rzecz dru­go­rzęd­ną. Rze­czą pierw­szo­rzęd­ną była War­sza­wa. Ja­kie in­stynk­ty i umi­ło­wa­nia de­cy­do­wa­ły o tym w du­szy pięt­na­sto­let­nie­go chłop­ca, tego trud­no jest dojść, Ku­buś orzekł, że tu jest jego miej­sce, jego ser­ce, jego przy­szłość. I zo­stał. Za­cze­pił się w re­dak­cji nowo po­wsta­łe­go "Expres­su Wie­czor­ne­go", bie­gał na po­sył­ki; do kli­szar­ni, do dru­kar­ni, po od­bit­ki szczot­ko­we, po pa­pie­ro­sy, po buł­ki, po piwo. Z cza­sem stał się nie­zbęd­ny, lu­bi­li go wszy­scy za to, że nie spra­wiał ni­ko­mu kło­po­tu, był spryt­ny, ob­rot­ny, dow­cip­ny, uczyn­ny, bar­dzo war­szaw­ski, ga­ze­ciar­ski, dziec­ko "Expres­su". Nig­dy nie na­przy­krzał się, nig­dy od ni­ko­go ni­cze­go nie po­trze­bo­wał, za­wsze był go­tów do uprzej­mo­ści i przy­sług, co naj­waż­niej­sze: ni­ko­go nie obar­czał tro­ską o sie­bie i nikt so­bie gło­wy nie za­przą­tał tym, czy Ku­buś śpi i gdzie Ku­buś śpi, czy Ku­buś je i co Ku­buś je. Taka krzep­ka sa­mo­dziel­ność bu­dzi po­wszech­ną sym­pa­tię. Ale to wszyst­ko. W wal­czą­cej o swój dzień na­stęp­ny War­sza­wie lu­dzie byli nie­by­wa­le za­ję­ci; ob­da­rza­li chęt­nie sym­pa­tią, w wy­pad­kach na­głych - do­raź­ną po­mo­cą. Na cie­płą, pod­trzy­mu­ją­cą, tro­skli­wą przy­jaźń, taką wła­śnie, jaka Ku­bu­sio­wi była po­trzeb­na, nikt nie miał cza­su. Nikt z wy­jąt­kiem Ko­lan­ki. Za to Ko­lan­ko miał opo­ry. Ko­lan­ko był tro­chę scep­ty­kiem, tro­chę man­ty­ką, tro­chę ego­istą i tro­chę cwa­nia­kiem - taki cha­rak­ter, wy­trzę­sio­ny moc­no w ostat­niej woj­nie, nie sta­no­wi ży­znej gle­by, na któ­rej za­kwi­ta za­zwy­czaj opie­kuń­cza przy­jaźń dla kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca. Skoń­czy­ło­by się tedy na nie­wy­raź­nych sym­pa­tiach i przy­chyl­no­ściach, gdy­by nie Ku­buś. Al­bo­wiem na za­sa­dzie trud­no wy­tłu­ma­czal­nych re­wan­żów Ku­buś po­ko­chał Ko­lan­kę. Nie miał po­cząt­ko­wo po temu żad­nych spe­cjal­nych po­wo­dów: to inni re­dak­to­rzy przy­no­si­li mu cie­płe skar­pet­ki, pusz­ki kon­serw z gu­la­szem wie­przo­wym, ob­da­ro­wy­wa­li go bi­le­ta­mi do kin i na me­cze. Na­to­miast Ko­lan­ko z nim roz­ma­wiał. Każ­dą wol­ną chwi­lę Kuba spę­dzał przy biur­ku Ko­lan­ki, wśli­zgi­wał się do po­ko­ju, w któ­rym pra­co­wał Ko­lan­ko, czy­ha­jąc łap­czy­wie na mo­men­ty, gdy roz­ja­zgo­ta­ny te­le­fo­na­mi i ło­sko­tem ma­szyn do pi­sa­nia po­kój pu­sto­szał i cichł. I znów trud­no po­wie­dzieć, by roz­mo­wy te były dla Ko­lan­ki fi­lan­tro­pią: nic z tych rze­czy - roz­mo­wy te pa­sjo­no­wa­ły Ko­lan­kę, wiecz­nie chci­we­go ko­lo­rów ży­cia re­por­te­ra, dzien­ni­ka­rza do szpi­ku ko­ści, ko­cha­ją­ce­go za­chłan­nie at­mos­fe­rę, styl i bar­wę prze­ży­wa­nej chwi­li, na­stro­jów mia­sta, ję­zy­ka war­szaw­skiej uli­cy. Któż mógł le­piej opo­wia­dać mu o ba­za­rach i pla­cach, o ogród­kach i pla­żach, o pie­kar­niach i skle­pi­kach, o tram­wa­jach i knaj­pach niż Kuba Wi­rus, pięt­na­sto­let­ni czło­wiek, dla któ­re­go ży­cie na bru­ku dźwi­ga­ją­ce­go się z gru­zów i nę­dzy mia­sta nie mia­ło ta­jem­nic? A Kuba czuł wy­śmie­ni­cie, że to, co mówi, to, co opo­wia­da z ta­kim wkła­dem sił w traf­ność for­mu­ło­wa­nia, zo­sta­je zro­zu­mia­ne i do­ce­nio­ne, że ten, któ­ry słu­cha, słu­cha nie z uprzej­mo­ści, lecz z pa­lą­ce­go, chci­we­go za­in­te­re­so­wa­nia nim, Kubą, że je­den je­dy­ny czło­wiek na świe­cie po­tra­fi w peł­ni go zro­zu­mieć i spra­wie­dli­wie oce­nić nie­uchwyt­ną głę­bię, mą­drość, do­sad­ność, atrak­cyj­ność, cały gorz­ki, rynsz­to­ko­wy, kna­jac­ki urok i ostry jak brzy­twa hu­mor jego war­szaw­skiej, ulicz­nej gad­ki. Tym czło­wie­kiem był Ko­lan­ko i Ku­buś ko­chał go za to. Kie­dyś w cza­sie tych nie­koń­czą­cych się roz­mów, pa­trząc w pło­ną­ce po­licz­ki i ru­chli­we piw­ne oczy Ku­bu­sia, Ko­lan­ko do­strzegł w oczach tych coś wię­cej niż za­baw­ną, by­strą ko­za­ke­rię i ło­bu­zer­ski spryt: spod gru­bej war­stwy uku­te­go w ża­rze do­świad­czeń prze­ko­na­nia o nik­czem­no­ści i nę­dzy świa­ta wy­zie­rał ja­sny, mło­dzień­czy opty­mizm, gdzieś na dnie tych oczu nie­śmia­ło po­ły­ski­wa­ły ukry­te zło­ża uczci­wo­ści i lo­jal­no­ści. Tego sa­me­go dnia Ko­lan­ko wszedł do księ­gar­ni i ku­pił parę ksią­żek: był wśród nich Prus i Jack Lon­don, Że­rom­ski i Dic­kens. Da­lej wy­pad­ki po­to­czy­ły się re­we­la­cyj­nie, choć bez zbyt­niej re­kla­my. Nikt w re­dak­cji nie zda­wał so­bie na­wet spra­wy z tego, kie­dy Ku­buś zdał ma­tu­rę i za­czął pra­co­wać w dzia­le miej­skim jako re­por­ter. Nikt prócz Ko­lan­ki. Za­nim kto­kol­wiek zdo­łał się zo­rien­to­wać w tym, co się sta­ło, Ku­buś za­czął ro­snąć w sła­wę. Nie­spo­ży­ta ener­gia, dy­na­mi­ka i za­pał, sprzę­gnię­te z cel­no­ścią ob­ser­wa­cji i dow­ci­pu, ta­lent do­strze­ga­nia sen­sa­cji w fak­cie po­ja­wie­nia się w sprze­da­ży no­we­go typu mar­ga­ry­ny i prze­dziw­na umie­jęt­ność za­war­cia ca­łe­go po­ema­tu o tym zja­wi­sku w dwusz­pal­to­wej not­ce na trzy­dzie­ści wier­szy - ta­kie za­le­ty wzno­si­ły Ku­bu­sia bły­ska­wicz­nie w górę. Już nie­ba­wem za­czę­to o nim mó­wić jako o asie dzia­łu miej­skie­go, wraz z ro­sną­cą wiel­ko­miej­sko­ścią od­bu­do­wy­wa­nej War­sza­wy rósł Kuba jako gwiaz­da wiel­ko­miej­skie­go re­por­ta­żu. Za­czął no­sić do­bre ma­ry­nar­ki, ba­jecz­nie ko­lo­ro­we musz­ki u koł­nie­rzy­ka ko­szu­li i by­wać w Klu­bie Dzien­ni­ka­rzy, gdzie od sto­li­ków po­ka­zy­wa­no go na­wet pal­ca­mi, mó­wiąc: - To ten Wi­rus z "Expres­su"... - Wte­dy też na­stą­pił pierw­szy wiel­ki kon­flikt po­mię­dzy nim a re­dak­cją, któ­rej ko­le­gium uwa­ża­ło się za ro­dzaj ko­lek­tyw­nej ma­cie­rzy Ku­bu­sia. Po­sta­no­wio­no mia­no­wi­cie, że zo­sta­nie on za­pi­sa­ny na wyż­sze stu­dia dzien­ni­kar­skie, i wte­dy Kuba po­wie­dział twar­do: - Nie! - po czym wy­ja­śnił swe sta­no­wi­sko, mó­wiąc ob­ra­zo­wo i cha­otycz­nie, że re­dak­cja jest dlań tym, czym czy­sta woda dla ryby, któ­ra do­tąd zmu­szo­na była pły­wać w ba­jo­rze, że w ga­ze­cie zna­lazł swe naj­istot­niej­sze po­wo­ła­nie, że ga­ze­ta daje mu ży­cie i na­ukę za­ra­zem, co­dzien­ne do­sko­na­le­nie się w tym, co on, Kuba Wi­rus, uwa­ża za naj­cen­niej­sze i naj­waż­niej­sze, i naj­bar­dziej uko­cha­ne, że on jest dzien­ni­ka­rzem z naj­głęb­szych fi­brów du­szy, że był już chy­ba dzien­ni­ka­rzem w ło­nie mat­ki, a w każ­dym ra­zie na pew­no dzien­ni­ka­rzem po­zo­sta­nie aż do ostat­nie­go od­de­chu, że wresz­cie - tu Ku­buś wró­cił do swych ich­tio­lo­gicz­nych me­ta­for - oni, to zna­czy ci z ko­le­gium, chcą wrzu­cić jego, rybę rzecz­ną, do oce­anu nauk eko­no­micz­no-so­cjal­nych, na co on, Ku­buś, ty­po­wa ryba je­zio­ro­wo-miej­ska, nie ma ani ocho­ty, ani od­por­no­ści, przy­najm­niej na ra­zie, i że trze­ba cze­kać, aż jemu sa­me­mu przyj­dzie na to ocho­ta, aby się po­głę­bić i za­pra­gnąć pi­sa­nia kry­tyk z "Za­chę­ty" czy Mu­zeum Na­ro­do­we­go w miej­sce no­wi­nek z rzeź­ni miej­skiej. Na ko­niec w oku Ku­bu­sia bły­sło coś na kształt łzy, kie­dy mó­wił, że oni mogą go zmu­sić do opusz­cze­nia re­dak­cji, ale nie zmu­szą go do de­cy­zji sprzecz­nej z jego naj­do­kład­niej prze­my­śla­ny­mi pla­na­mi ży­cio­wy­mi, po czym do­dał, przy­bie­ra­jąc po­sta­wę czło­wie­ka świa­do­me­go swej war­to­ści, że jak­kol­wiek myśl ta spra­wia mu nie­zno­śny ból, to jed­nak są­dzi, iż znaj­dą się w War­sza­wie re­dak­cje rade go na­tych­miast za­trud­nić. Tak he­ro­icz­na po­sta­wa w wal­ce o pra­wo do sta­no­wie­nia o swym lo­sie oraz ła­du­nek wzru­sze­nia w sło­wach Ku­bu­sia nie mo­gły nie wpły­nąć na sta­no­wi­sko ko­le­gium, co uwi­docz­ni­ło się w ogól­nym roz­czu­le­niu. Wy­cho­dząc z tego ze­bra­nia, gdy zna­leź­li się sami, Ku­buś rzekł do Ko­lan­ki: - Moim ce­lem jest zo­stać ta­kim sa­mym dzien­ni­ka­rzem jak pan... - Wte­dy Ko­lan­ko po raz pierw­szy w ży­ciu po­czuł się, jak­by miał syna. Zro­zu­miał, że od lat jest przy nim ktoś, komu bę­dzie mógł coś zo­sta­wić, prze­ka­zać, któ­ry po nim po­nie­sie coś da­lej, w przy­szłość.

Mi­ja­jąc "Po­lo­nię", Ko­lan­ko pchnął lek­ko Ku­bu­sia w drzwi. Wy­pi­li trzy ćwiart­ki wód­ki, po czym dłu­go sie­dzie­li, mil­cząc, a w mil­cze­niu tym było mnó­stwo wza­jem­nych uczuć i za­do­wo­le­nia. Pierw­szy raz pili ra­zem al­ko­hol. Ta chwi­la wy­ma­ga­ła bo­wiem wiel­kiej doj­rza­ło­ści i głę­bo­kie­go, obo­pól­ne­go zro­zu­mie­nia.

O, re­dak­cje war­szaw­skie! Ile w was cza­ru i od­ręb­no­ści od in­nych re­dak­cji świa­ta! Na do­brą spra­wę - wszyst­kie re­dak­cje, od Mel­bo­ur­ne do Ar­chan­giel­ska i od Val­pa­ra­iso do Ran­gu­nu, wy­glą­da­ją jed­na­ko­wo: wszę­dzie jest ba­ła­gan i se­kre­tarz re­dak­cji, zbroj­ny w no­ży­ce i klej. Ale ba­ła­gan re­dak­cyj­ny ma wszę­dzie i za­wsze wła­sną we­wnętrz­ną lo­gi­kę, wła­sny ukry­ty sens i ład, re­gu­lu­ją­cy po­zor­ną ha­ła­śli­wość i niby cha­otycz­ną bie­ga­ni­nę. Inny ba­ła­gan pa­nu­je w za­cisz­nych, ob­szer­nych re­dak­cjach skan­dy­naw­skich, inny w cia­snych, roz­dy­go­ta­nych re­dak­cjach wło­skich, inny w ciem­nych, po­kry­tych nig­dy nie­ście­ra­nym ku­rzem re­dak­cjach an­giel­skich, a inny w war­szaw­skich. Ale mimo nie­usta­ją­ce­go ba­ła­ga­nu co­dzien­nie o ozna­czo­nej po­rze uka­zu­je się ga­ze­ta i w tym zja­wi­sku na­le­ży szu­kać wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go ba­ła­gan re­dak­cyj­ny jest za­wsze ba­ła­ga­nem po­zor­nym. Ist­nie­je wie­le rze­czy róż­nią­cych mię­dzy sobą re­dak­cje, są to: po­glą­dy i za­in­te­re­so­wa­nia, styl pra­cy i for­mat dru­ko­wa­nej ga­ze­ty, po­ten­cjał ta­len­tów i chwy­ty re­kla­mo­we oraz mnó­stwo in­nych spraw. Na­to­miast jed­na je­dy­na rzecz łą­czy wszyst­kie re­dak­cje od No­wej Ze­lan­dii do Ka­re­lii i od Li­zbo­ny do Wła­dy­wo­sto­ku: jest nią kult dzien­ni­kar­skiej dra­pież­no­ści po­le­ga­ją­cej na tym, aby wie­dzieć naj­le­piej. Tyl­ko te re­dak­cje żyją, w któ­rych czai się po ką­tach, wśród stert ma­ku­la­tu­ry, ko­szy do śmie­ci, biu­rek, ma­szyn do pi­sa­nia, te­le­fo­nów, dzien­ni­kar­ska dra­pież­ność. W oczach, ge­stach i sło­wach krzy­czą­cych i pi­szą­cych w nich lu­dzi musi wy­raź­nie błysz­czeć wiecz­na, nie­uga­szo­na żą­dza, pa­lą­ce pra­gnie­nie, aby nig­dy nie dać się ni­czym za­sko­czyć, na­to­miast sta­le, za­wsze, nie­ustan­nie i wszę­dzie za­ska­ki­wać, olśnie­wać, osza­ła­miać in­nych. Po­wie ktoś: - Ależ to efek­ciar­stwo - i bę­dzie miał słusz­ność. Tak, to wiel­kie, wspa­nia­łe efek­ciar­stwo, któ­re stwo­rzy­ło współ­cze­sną pra­sę i jej po­tę­gę. O resz­cie de­cy­du­je sto­su­nek do ga­ze­ty. Pa­ry­ża­nin skłon­ny jest po­są­dzać swą pra­sę o wszel­kie be­ze­ceń­stwa, ale się jej boi, lon­dyń­czyk drwi ze swej pra­sy, lecz jej wie­rzy, ber­liń­czyk nie­zbyt do­wie­rza swej pra­sie, ale się jej słu­cha, war­sza­wiak kpi ze swej pra­sy nie­mi­ło­sier­nie, ale się z nią li­czy. Dla­te­go też w rzad­ko któ­rej me­tro­po­lii pra­sa może uczy­nić tyle złe­go lub do­bre­go, tak wie­le stwo­rzyć lub tak do­szczęt­nie znisz­czyć, jak w War­sza­wie. Dla­te­go co­dzien­na li­tur­gia kul­tu tego, aby wie­dzieć naj­le­piej, sta­no­wi w war­szaw­skich re­dak­cjach tak wie­le. Są one bez­li­to­sne, te re­dak­cje, dla tych, któ­rzy nie wie­dzą naj­le­piej, ci zaś, któ­rych nie moż­na ni­czym za­sko­czyć, któ­rzy wie­dzą wszyst­ko bez pu­dła, cho­ciaż­by tyl­ko w pierw­szej se­kun­dzie roz­mo­wy, ci sta­no­wią o ob­li­czu tych re­dak­cji. Do ta­kich na­le­żał wła­śnie Edwin Ko­lan­ko. Ge­niusz jest rze­czą bez­względ­ną: moż­na być ge­nial­nym por­tie­rem ho­te­lo­wym czy sprze­daw­cą tek­sty­liów, o ge­niu­szu de­cy­du­je, jak się daną rzecz robi, a nie, co się robi, i dla­te­go nie bę­dzie w tym żad­ne­go nad­uży­cia, gdy stwier­dzi­my, że Ko­lan­ko był dzien­ni­ka­rzem ge­nial­nym. Jak to się dzia­ło, że wie­dział on za­wsze tego sa­me­go dnia, gdy za­de­cy­do­wa­na zo­sta­ła ja­kaś zmia­na w rzą­dzie lub bu­do­wa no­we­go, gi­gan­tycz­ne­go osie­dla miesz­ka­nio­we­go, gdy od­kry­te zo­sta­ły nowe, sen­sa­cyj­ne wy­ko­pa­li­ska, do­ko­na­ny nowy pol­ski wy­na­la­zek albo po­sta­no­wio­ny nowy roz­wód, o któ­rym głu­cho jesz­cze było przy sto­li­kach war­szaw­skiej bo­he­my w "Laj­ko­ni­ku" - to po­zo­sta­nie na za­wsze jego ta­jem­ni­cą. Jak ro­bił, że naj­bar­dziej re­we­la­cyj­ną i skom­pli­ko­wa­ną hi­sto­rię kry­mi­nal­ną po­tra­fił za­wrzeć w czter­dzie­stu wier­szach jed­nej szpal­ty, w któ­rej oprócz wy­czer­pu­ją­cych in­for­ma­cji były jesz­cze barw­ność i dow­cip - tego nikt nie po­tra­fił dojść. Dość na tym, że wszy­scy wie­dzie­li na pew­no, iż Edwin Ko­lan­ko to wiel­ki dzien­ni­karz, cho­ciaż nie po­tra­fi­li wy­tłu­ma­czyć, na czym ta ich pew­ność po­le­ga. Tym­cza­sem wy­tłu­ma­cze­nie było samo w so­bie dość pro­ste: Edwin Ko­lan­ko był dzien­ni­ka­rzem ab­so­lut­nym, kwin­te­sen­cją ga­ze­ciar­skiej dra­pież­no­ści, wszyst­ko w nim słu­ży­ło dzien­ni­kar­stwu, wszyst­ko w nim mó­wi­ło o dzien­ni­kar­stwie. Na przy­kład zwy­kłe bur­ber­ry w ko­lo­rze kha­ki, mięk­ki weł­nia­ny sza­lik i brą­zo­wy ka­pe­lusz, któ­re na każ­dym in­nym czło­wie­ku wy­glą­da­ją jak nor­mal­ny płaszcz, szal i ka­pe­lusz, na­bie­ra­ły na Ko­lan­ce w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób cech wy­ra­zi­ste­go uni­for­mu. Wi­dząc je, każ­dy mó­wił bez wa­ha­nia: - Ten fa­cet jest dzien­ni­ka­rzem. Ubra­ny jest jak naj­ty­pow­szy dzien­ni­karz.

Ko­lan­ko szedł nie­zbyt czy­stym ko­ry­ta­rzem, otwie­rał drzwi róż­nych po­ko­jów, rzu­cał w nie uśmiech­nię­te: - Dzień do­bry. Jak się masz? - i na­tych­miast za­my­kał je za sobą. Wo­lał nie ry­zy­ko­wać za­sad­ni­czych wy­mian po­glą­dów z re­dak­to­ra­mi mu­ta­cji pro­win­cjo­nal­nych, re­cen­zent­ką te­atral­ną lub kie­row­nicz­ką dzia­łu sie­ro­ciń­ców. Wszedł do se­kre­ta­ria­tu, w któ­rym pa­no­wał strasz­ny krzyk, sta­no­wią­cy w isto­cie przy­ja­ciel­ską roz­mo­wę o wy­ści­gach kon­nych po­mię­dzy dwo­ma wy­so­ki­mi re­por­te­ra­mi spor­to­wy­mi a spe­cja­li­stą od po­rad praw­nych. Obok, roz­wa­lo­ny na bu­ja­ją­cym fo­te­lu, zna­ny fe­lie­to­ni­sta śpie­wał z uczu­ciem mod­ną pio­sen­kę o me­lan­cho­lij­nej doli sta­re­go ko­nia, któ­ry musi ustą­pić miej­sca sa­mo­cho­dom na dro­dze. Po­środ­ku tej na­wał­ni­cy dźwię­ków przy du­żym biur­ku, po­kry­tym pe­dan­tycz­nie uło­żo­ną ko­re­spon­den­cją, za­pro­sze­nia­mi, ter­mi­na­rza­mi, sie­dzia­ła z god­no­ścią star­sza pani, ślicz­nie ucze­sa­na, ude­rza­ją­co schlud­na, o śla­dach du­żej uro­dy na twa­rzy. Wcho­dzą­ce­go Ko­lan­kę po­zdro­wi­ła pro­mien­nym uśmie­chem, po czym spo­koj­nie przy­pu­dro­wa­ła nos. - Skąd się tu wziął ten fo­tel ba­bu­ni? - spy­tał Ko­lan­ko, wska­zu­jąc na sie­dze­nie roz­bu­ja­ne­go fe­lie­to­ni­sty. - To jest pierw­sza na­gro­da w no­wym kon­kur­sie pod na­zwą: "Wal­czy­my z bez­sen­no­ścią!", pa­nie re­dak­to­rze. Ste­fan po­wie­dział, że trze­ba zna­leźć pięk­ny sym­bol tej wal­ki, wo­bec tego na­by­li­śmy ten fo­tel w dro­dze kup­na. - Czy jest Ste­fan? - spy­tał Ko­lan­ko. - Jest - od­par­ła pani. Ko­lan­ko bez pu­ka­nia otwo­rzył drzwi z na­pi­sem "Re­dak­tor Na­czel­ny" i wszedł do po­ko­ju.

Po­kój był urzą­dzo­ny brzyd­ko, za po­mo­cą ta­nich imi­ta­cji dro­gich me­bli. W oszklo­nej bi­blio­te­ce le­ża­ły bez­ład­nie i nie­po­rząd­nie ja­kieś bro­szu­ry. Przy oknie stał ni­ski czło­wiek, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach ma­ry­nar­ki. Pa­trzył w okno, na za­wa­lo­ne be­la­mi ga­ze­to­we­go pa­pie­ru dłu­gie po­dwór­ko. Z dołu do­cho­dzi­ło dud­nie­nie ma­szyn dru­kar­skich. Czło­wiek przy oknie od­wró­cił się i rzekł:

- Jak się masz? Sia­daj.

Był mło­dy, miał twarz po­cią­ga­ją­cą i by­stre, ciem­no­nie­bie­skie oczy. W jego okrą­gła­wej po­sta­ci uwi­docz­nia­ły się skłon­no­ści do ty­cia. Uśmiech­nął się i uśmiech ten pod­kre­ślił jesz­cze jego rze­czy­wi­stą mło­dość.

Ko­lan­ko usiadł w fo­te­lu, prze­rzu­ca­jąc nogi przez skó­rza­ne opar­cie. Re­dak­tor na­czel­ny rzekł:

- Im­po­nu­ją­ce. Na me­dal, do­praw­dy. Masz dar nie­ustan­ne­go wpro­wa­dza­nia mnie w po­dziw. I to od szes­na­stu lat. Za każ­dym ra­zem z in­ne­go po­wo­du. Ta­kich skar­pe­tek jesz­cze nie wi­dzia­łem.

- Po­do­ba­ją ci się? - rzekł Ko­lan­ko bez we­so­ło­ści. - Bar­dzo się cie­szę.

- Po­do­ba­ją się to może nie­wła­ści­we sło­wo. Ale są do­praw­dy im­po­nu­ją­ce. - Uśmiech na­czel­ne­go re­dak­to­ra był samą iro­nią, lecz tak do­bro­tli­wą i po­błaż­li­wą, że znie­wa­la­ją­cą do re­wan­żu. Ko­lan­ko uśmiech­nął się.

- Słu­chaj, Ste­fan - rzekł - masz chwi­lę?

- Dla cie­bie za­wsze. Od szes­na­stu lat mogę cię słu­chać o każ­dej po­rze dnia i nocy.

- Do­brze, że za­zna­czasz te szes­na­ście lat. To, co ci po­wiem, do­ty­czy spraw daw­nych, może jesz­cze star­szych.

- Cie­ka­we - rzekł re­dak­tor na­czel­ny, sia­da­jąc za biur­kiem i wy­sy­pu­jąc pa­pie­ro­sy na szkla­ny blat. - Bierz. I słu­cham cię.

- Je­steś ode mnie o rok młod­szy, a więc obec­nie je­ste­śmy już w rów­nym wie­ku, nie? Ste­fan­ku, na­tęż pa­mięć i po­wiedz mi - Ko­lan­ko za­pa­lił wol­no i z na­my­słem pa­pie­ro­sa - czy pa­mię­tasz taki nie­my film z Do­ugla­sem Fa­ir­bank­sem pod ty­tu­łem Znak Zor­ro?

Pa­mię­tam - rzekł szyb­ko i z za­pa­łem re­dak­tor na­czel­ny. - Szedł w ki­nie "Cza­ry", na Że­la­znej czy na Chłod­nej, już nie pa­mię­tam, gdzie było kino "Cza­ry"... Czło­wie­ku, co za cza­sy! Taka mała, brud­na, za­plu­ta sal­ka, za­duch i "dal­szy ciąg za chwi­lę" co parę mi­nut, w naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cych mo­men­tach, i deszcz na płót­nie, na sta­rej, zu­ży­tej ta­śmie, i Do­uglas Fa­ir­banks, ucie­le­śnio­ne ma­rze­nie z wą­si­kiem, zło­ty sen dzie­się­cio­let­nich chłop­ców, Czar­ny Pi­rat i Ro­bin Hood...

- Ja to wi­dzia­łem w ki­nie "Baj­ka". Też gdzieś na Chłod­nej czy na Że­la­znej. Taka sama smro­dli­wa sal­ka, brud­ne scho­dy i krze­sła. Te kina, wiesz, dru­go­rzęd­ne i czwar­to­rzęd­ne, to były uni­wer­sy­te­ty na­sze­go po­ko­le­nia w wiel­kich mia­stach. Chło­nę­li­śmy z ekra­nu wie­dzę o ży­ciu i ide­ały, przy­ka­za­nia, ety­kę i ge­sty­ku­la­cję. Kształ­to­wa­li­śmy na­szą dzie­się­cio­let­nią mo­ral­ność na he­ro­sach nie­me­go fil­mu. Dou­glas Fa­ir­banks i Ed­die Polo, Har­ry Piel i Tom Mix wy­zna­cza­li na­sze po­zna­nie świa­ta i na­sze za­sa­dy w tym sa­mym stop­niu, w ja­kim d'Ar­ta­gnan, Win­ne­tou, Old Shat­ter­hand i pan Wo­ło­dy­jow­ski kształ­to­wa­li na­szych oj­ców.

Re­dak­tor na­czel­ny się za­my­ślił.

- Wiesz, coś w tym jest - po­wie­dział. - Film kow­boj­ski i sen­sa­cyj­ny z po­cząt­ków lat dwu­dzie­stych był sztu­ką wy­so­ce mo­ral­ną.

- Cie­szę się, że to ro­zu­miesz. Zwy­cię­żał za­wsze, po fan­ta­stycz­nej ga­lo­pa­dzie i nie­ludz­kiej bi­ja­ty­ce, do­bry sze­ryf, stróż pra­wa, przed­sta­wi­ciel i stron­nik ładu i do­bra. I my, tam na sal­ce kina "Fo­rum" czy "Ucie­cha", wiel­bi­li­śmy siłę, zręcz­ność i pra­wość sze­ry­fa, a nie­na­wi­dzi­li­śmy, aż do wrza­sku, pod­łych zło­dziei by­dła, ohyd­nych ko­nio­kra­dów i sza­tań­skich mor­der­ców.

- Te czar­no-bia­łe kli­sze psy­chicz­ne były pry­mi­tyw­ne, lecz zdro­we. Na­to­miast...

- To nie na­le­ży do dzi­siej­szej po­ga­dan­ki - Ko­lan­ko uśmiech­nął się cie­pło, jak za­wsze, gdy roz­pra­wiał o spra­wach pa­sjo­nu­ją­cych - to by­ło­by już o roz­wo­ju fil­mu i li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej w la­tach trzy­dzie­stych. Na ra­zie po­wiedz, czy pa­mię­tasz film Znak Zor­ro, z wiel­kim Do­ugla­sem, cza­ru­ją­cym akro­ba­tą?

- Pią­te przez dzie­sią­te. Ja­kieś noc­ne po­je­dyn­ki, szty­le­ty, szpa­dy. Do­uglas Fa­ir­banks uno­szą­cy się na roz­ko­ły­sa­nym ogrom­nym ży­ran­do­lu w ja­kimś zam­ku, nad chma­rą swych prze­śla­dow­ców i ra­żą­cy bez­li­to­śnie wstręt­nych wro­gów, kła­dą­cy po­ko­tem całe ich sze­re­gi jed­nym bły­skiem swe­go nie­zwy­cię­żo­ne­go orę­ża...

- Pa­mię­tasz... - Ko­lan­ko wstał. Gdy za­pa­lał się do cze­goś, po­tra­fił mó­wić nie­zwy­kle su­ge­styw­nie, urze­kał roz­mów­ców. - Zor­ro wszę­dzie był, Zor­ro wie­dział wszyst­ko, Zor­ro był za­wsze sil­niej­szy, zręcz­niej­szy, mą­drzej­szy i od­waż­niej­szy od swych wro­gów. Zor­ro był przede wszyst­kim nie­po­ko­na­ny, za­wsze zwy­cię­ski. Na myśl nam nie przy­szło, by wte­dy spy­tać, jak to się wszyst­ko dzie­je. Ta na­iw­na ide­ali­za­cja ludz­kich moż­li­wo­ści była dla nas nie tyl­ko czymś oczy­wi­stym i wia­ro­god­nym, ale sta­no­wi­ła tak­że wspa­nia­łą po­żyw­kę na­szych ma­rzeń, wie­rzeń i uko­chań. A prze­cież jako dzie­się­cio­let­ni za­bi­ja­cy, po­stra­chy wiel­ko­miej­skich po­dwó­rek nie by­li­śmy już głu­pi, za­czy­na­li­śmy na­szą wie­dzę o tym, cze­go na świe­cie moż­na do­ko­nać, a cze­go nie. Mimo to drże­li­śmy przez dwu­go­dzin­ne spek­ta­kle o ży­cie Zor­ro i sza­le­li­śmy z ra­do­ści, gdy zwy­cię­żał. Nie py­ta­li­śmy nig­dy, dla­cze­go Zor­ro był za­wsze w miej­scu naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym, skąd się tam wziął i w jaki spo­sób wy­do­stał się z kne­bla, łań­cu­chów, kaj­dan i za­mu­ro­wa­ne­go na amen lo­chu, w któ­rym zo­sta­wi­li­śmy go w po­przed­niej sce­nie. Nie­po­trzeb­ne nam były rze­czo­we wy­ja­śnie­nia w spra­wie po­gro­mu i rze­zi, ja­kiej nie­uzbro­jo­ny Zor­ro do­ko­nał przed chwi­lą na tłu­mie uzbro­jo­nych po zęby ol­brzy­mich dra­bów. Pra­gnę­li­śmy na­mięt­nie tych nie­praw­do­po­do­bieństw, mo­dli­li­śmy się o nie w głę­bi ło­mo­czą­cych, chło­pię­cych serc.

- Mój chłop­cze... - po­wie­dział re­dak­tor na­czel­ny ze zro­zu­mie­niem. - Cie­szę się z twej ro­man­tycz­nej, chło­pię­cej świe­żo­ści. Nie są­dzi­łem, że jesz­cze tyle jej za­cho­wa­łeś. Nie poj­mu­ję tyl­ko, skąd i w związ­ku z czym na­szły cię te wspo­mnie­nia?

- Sza­now­ny pa­nie re­dak­to­rze - Ko­lan­ko po­chy­lił się nad biur­kiem na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych rę­kach - mam nie­wąt­pli­wy za­szczyt oznaj­mić panu, że Zor­ro po­ja­wił się w War­sza­wie. Je­śli nie we wła­snej oso­bie, to w każ­dym ra­zie w oso­bie ko­goś, kto bez cie­nia wąt­pli­wo­ści jest jego sy­nem, wnu­kiem lub ja­kimś pol­skim po­wi­no­wa­tym.

- W War­sza­wie?... - uśmiech­nął się re­dak­tor na­czel­ny, lecz był to uśmiech skło­po­ta­ny, po­kry­wa­ją­cy wy­tę­żo­ny na­mysł - w War­sza­wie? Te­raz? W ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym czwar­tym roku? Pod ko­niec ostrej zimy? Wśród prze­peł­nio­nych tram­wa­jów? Wśród trosk o zwięk­sze­nie po­wierzch­ni miesz­kal­nej i o pod­nie­sie­nie pro­duk­cji ar­ty­ku­łów kon­sump­cyj­nych?...

- Tak - po­wie­dział z na­ci­skiem Ko­lan­ko - wszyst­ko się zga­dza. Te­raz. W War­sza­wie.

- Mam! - wy­krzyk­nął re­dak­tor na­czel­ny, pod­ry­wa­jąc się z fo­te­la i ude­rza­jąc się w czo­ło. - Mam! Nie mów nic...

- Masz. Chy­ba masz... - Ja­sne oczy Ko­lan­ki za­lśni­ły pod­nie­ce­niem, jak za­wsze wo­bec bły­sku zro­zu­mie­nia i by­stro­ści, tych naj­har­tow­niej­szych ro­dza­jów bro­ni praw­dzi­we­go dzien­ni­ka­rza.

- Wiem - re­dak­tor na­czel­ny mó­wił do­bit­nie i su­cho. - Chu­li­gań­stwo. Wrzód spo­łecz­ny. Trud­ne za­gad­nie­nie so­cjal­ne na­szych cza­sów. Jesz­cze nie zbrod­nia, a już wy­stę­pek.

- Cie­pło... Go­rą­co... - Ko­lan­ko uśmiech­nął się. - No więc? Pró­buj da­lej...

- Pa­sjo­nu­ją­ce. Może być pa­sjo­nu­ją­ce, tyl­ko cze­kaj... Ten twój war­szaw­ski Zor­ro, o ile ist­nie­je...

Na biur­ku za­dzwo­nił te­le­fon. Re­dak­tor na­czel­ny pod­niósł słu­chaw­kę. - Tak - po­wie­dział, po czym po chwi­li: - Niech tu przyj­dzie. Na­to­miast, pro­szę pani, na ra­zie nie ma mnie dla ni­ko­go. Je­stem śmier­tel­nie za­ję­ty. - Odło­żył słu­chaw­kę i rzekł do Ko­lan­ki: - To Kuba. Ma do cie­bie ja­kiś pil­ny in­te­res.

Wszedł Kuba. Spod roz­pię­tej w po­śpie­chu bre­zen­to­wej kurt­ki na fu­ter­ku wy­glą­da­ła prze­krzy­wio­na re­ze­do­wo-oliw­ko­wa musz­ka. Twarz miał zgrza­ną, znać na niej było ma­sko­wa­ne na­pię­cie. Wziął bez py­ta­nia pa­pie­ro­sa z roz­sy­pa­nych na biur­ku i za­pa­lił. Ko­lan­ko spoj­rzał nań py­ta­ją­co.

- No i co? - po­wie­dział, nie wy­trzy­mu­jąc efek­tow­ne­go mil­cze­nia Kuby.

- Nic ta­kie­go - rzekł Ku­buś już zu­peł­nie sztucz­nie i za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem - nic ta­kie­go. Tyl­ko że roz­ma­wia­łem z tym fa­ce­tem.

Ko­lan­ko chciał gwizd­nąć z po­dzi­wu, ale się w porę po­ha­mo­wał. Uwa­żał za wy­so­ce nie­pe­da­go­gicz­ne oka­zy­wać Ku­bu­sio­wi uzna­nie w for­mie zdu­mie­nia.

- Z ja­kim fa­ce­tem? - za­py­tał re­dak­tor na­czel­ny.

- Za­raz - rzekł Ko­lan­ko - opo­wia­daj wszyst­ko do­kład­nie.

Ku­buś usiadł na biur­ku.

- Fa­cet miesz­ka na Fa­brycz­nej - rzekł z wy­stu­dio­wa­ną non­sza­lan­cją. - Ka­mie­nicz­ka, mó­wię wam, pla­ka­to­wa. Po­wi­śle i jego ro­man­ty­ka, prze­wod­nik kra­jo­znaw­czy, stro­na taka i taka. We­wnątrz cał­kiem przy­zwo­icie, moż­na żyć, o ile nie ma się ta­kich prze­sad­nych wy­ma­gań jak umy­wal­ka czy wie­szak. Fa­cet pę­ka­ty, nie­wy­so­ki, krę­py, na­bi­ty w so­bie, wie pan, je­den z tych nie­du­żych kil­ku­na­sto­let­nich by­ków, na­ła­do­wa­nych dy­na­mi­tem. Na­zy­wa się Jan Stryć. Dużo mnie kosz­to­wa­ło... ta­len­tu, za­nim za­czął opo­wia­dać. Ci psz­cze­la­rze! - Ku­buś oży­wił się gwał­tow­nie - nic nie po­tra­fią, nic a nic. Wie pan, jak to było? Fa­cet sam mi opo­wia­dał. Ktoś go go­nił, prze­śla­do­wał, wresz­cie ska­to­wał do nie­przy­tom­no­ści na dole, pod dol­ną kruch­tą tego zruj­no­wa­ne­go ko­ścio­ła na Ła­zien­kow­skiej. Na­to­miast na­za­jutrz rano zna­le­zio­no go, rów­niut­ko uło­żo­ne­go, na stop­niach świą­ty­ni. Kto go za­ła­twił na dole, a po­tem wy­niósł dwa pię­tra w górę po akro­ba­tycz­nych ru­inach i zło­żył pie­czo­ło­wi­cie na uli­cy - tego nie wie. Mało - boi się o tym mó­wić. Jego twarz, cała w stru­pach, siń­cach, pla­strach, nie­bie­sko­si­na, kur­czy się na samo wspo­mnie­nie tego zaj­ścia. Ści­ska­ło mnie w doł­ku, gdy pa­trzy­łem na tę ma­skę, były na niej jesz­cze wi­docz­ne śla­dy ob­ca­sów, mimo że upły­nął już po­nad ty­dzień. Jego ru­chy, wie pan, ta cała apa­szow­sko-kna­jac­ka ge­sty­ku­la­cja ga­śnie w oczach na wspo­mnie­nie tam­tych chwil i fa­cet sta­je się na­raz po­dob­ny do wy­cho­wan­ka do­bro­czyn­nej ochron­ki w sza­rym far­tusz­ku. Wresz­cie, na za­koń­cze­nie, po­wie­dział mi: "Przy­ja­cie­lu, imię moje mia­ło do nie­daw­na moc­ne zna­cze­nie tu, na bli­skim Czer­nia­ko­wie. Dźwię­cza­ły w nim noże i szkło bu­te­lek z czer­wo­ną kart­ką, na­pa­ści i ra­bun­ki, krwa­we noc­ne roz­pra­wy i głu­che od­gło­sy roz­bi­ja­nych ka­mie­nia­mi cza­szek. I inne jesz­cze spra­wy, o któ­rych pra­gnę za­po­mnieć. Ja i moi chłop­cy by­li­śmy w sta­nie roz­pę­dzić na czte­ry wia­try lo­kal­ne za­wo­dy za­pa­śni­cze i obez­wład­nić jed­ne­go z naj­po­tęż­niej­szych w War­sza­wie atle­tów, tak że był zda­ny na na­szą ła­skę i nie­ła­skę. Nie wie­dzia­łem, co to strach. To wszyst­ko skoń­czy­ło się te­raz bez­pow­rot­nie. Już nig­dy nie wyj­dę ciem­ną nocą w roz­ło­gi czer­nia­kow­skie­go por­tu, na szlak ulic Mącz­nej i Za­gór­nej, pod drew­nia­ne, źle oświe­tlo­ne pło­ty... Przed­wczo­raj przy­ją­łem pra­cę w warsz­ta­cie wi­kli­niar­skim i mam ci­chą na­dzie­ję spę­dzić naj­bliż­sze parę lat na ma­łym krze­seł­ku, wy­pla­ta­jąc ko­biał­ki. Py­tasz, co póź­niej?... Kto wie, może uda mi się wstą­pić na kurs ste­no­gra­fii, lecz są to pla­ny da­le­kie i śmia­łe, wy­ma­ga­ją­ce ener­gii, któ­rej mi zbra­kło. Nie po­żą­dam już ni­cze­go prócz spo­ko­ju. Przy­ja­cie­lu, po­słu­chaj, po­wiem ci coś, co zdo­by­łem jako naj­cen­niej­szą praw­dę mego mło­de­go ży­cia: pa­mię­taj - nie ma sil­nych! Każ­dy znaj­dzie w koń­cu lep­sze­go od sie­bie. Ja zna­la­złem i wy­sia­dam. Mam do­syć".

Za­pa­no­wa­ło przez chwi­lę mil­cze­nie. Wszy­scy pa­li­li po­żą­dli­wie, kłę­by dymu uno­si­ły się nad biur­kiem.

- Ubar­wi­łeś tro­chę tę wy­po­wiedź - rze­ki Ko­lan­ko. - Wąt­pię, czy Jan Stryć tak wła­śnie mó­wił.

- Tro­chę - przy­znał Ku­buś zgod­nie - ale jej sens od­da­łem ści­śle i wier­nie. Nowa - de­wi­za ży­cio­wa Jana Stry­cia: "nie ma sil­nych!" po­cho­dzi wprost od nie­go.

Skąd on to wszyst­ko wy­do­stał? - gryzł się w du­chu Ko­lan­ko. - Skąd on to wie, ten smar­kul, jak on to zdo­był? Ale żad­na siła pod słoń­cem nie zmu­si­ła­by go do za­da­nia Ku­bu­sio­wi tych py­tań.

- Słu­chaj­cie, chłop­cy, bra­ku­je mi tyl­ko jed­ne­go ogni­wa - rzekł re­dak­tor na­czel­ny.

- Masz, czy­taj... - Ko­lan­ko po­dał mu nu­mer "Ży­cia War­sza­wy" z za­kre­ślo­ną czer­wo­nym ołów­kiem wzmian­ką. Re­dak­tor na­czel­ny ogar­nął not­kę jed­nym spoj­rze­niem, przy­gryzł lek­ko dol­ną war­gę i po­wie­dział:

- Ro­zu­miem. W po­rząd­ku. Słu­chaj, Kuba, zo­staw nas sa­mych. Wiesz... ta­kie spra­wy z za­kre­su ży­cia uczu­cio­we­go twe­go pryn­cy­pa­ła, mi­strza, wy­cho­waw­cy i ide­ału - re­dak­to­ra Ko­lan­ki, o któ­rych praw­dzi­wy męż­czy­zna roz­ma­wia tyl­ko w czte­ry oczy. W sześć jest już trud­niej.

Ku­buś wziął pięć pa­pie­ro­sów i wy­szedł. Re­dak­tor na­czel­ny pod­szedł do okna, wło­żył ręce w kie­sze­nie i za­pa­trzył się na po­dwó­rze.

- Nie mów nic - po­wie­dział ci­cho, nie od­wra­ca­jąc się do Ko­lan­ki - wiem, co chcesz po­wie­dzieć.

- Nie wszyst­ko - od­parł Ko­lan­ko, ba­wiąc się ołów­kiem. - Mu­szę ci jesz­cze za­jąć tro­chę cza­su opo­wia­da­niem o ostat­niej pa­sji pew­ne­go mło­de­go le­ka­rza, dok­to­ra Wi­tol­da Hal­skie­go. Otóż dok­tor Hal­ski spę­dza ostat­nio bez­sen­ne noce, ła­miąc so­bie gło­wę nad na­stę­pu­ją­cą za­gad­ką...

Gdy skoń­czył, re­dak­tor na­czel­ny od­wró­cił się z po­wro­tem od okna.

- Te­raz wiem wszyst­ko - rzekł po­wo­li. - Na­wet to, co cię roz­sa­dza, od cze­go wprost pę­kasz. No, po­wiedz wresz­cie, wy­rzuć z sie­bie, złap mnie za kla­py, wy­trzą­śnij ze mnie od­po­wiedź, krzycz! Prze­cież znam cię szes­na­ście lat i wiem, że nic na świe­cie nie jest w tej chwi­li dla cie­bie waż­ne, że nic nie ist­nie­je, prócz jed­ne­go je­dy­ne­go, za­sad­ni­cze­go py­ta­nia: kie­dy my się włą­czy­my do par­tii? My - to zna­czy "Express Wie­czor­ny"!

Ko­lan­ko uśmiech­nął się. I mil­czał. Wi­dać było, jak bar­dzo jest za­do­wo­lo­ny. Zła­pa­ło go! - po­my­ślał nie bez zło­śli­wej ucie­chy. - Już te­raz nie bę­dzie miał spo­ko­ju, tak jak ja... Już go trzy­ma. Bied­ny Ste­fan.

Re­dak­tor na­czel­ny cho­dził wol­nym kro­kiem po dy­wa­nie, dy­miąc jak ko­min. Mi­mo­cho­dem spraw­dził, czy drzwi są do­brze za­mknię­te. Po­tem, od nie­chce­nia - czy słu­chaw­ka leży pra­wi­dło­wo na wi­deł­kach te­le­fo­nu. Wresz­cie za­trzy­mał się przed Ko­lan­ką, któ­ry spoj­rzał nań z uwa­gą. Wie­dział, że za chwi­lę usły­szy coś waż­ne­go.

- Po­słu­chaj - rzekł re­dak­tor na­czel­ny - to, co ci mó­wię, prze­zna­czo­ne jest wy­łącz­nie dla cie­bie. Przed­wczo­raj mia­no­wa­ny zo­stał spe­cjal­ny peł­no­moc­nik do wal­ki z chu­li­gań­stwem na te­re­nie War­sza­wy. Jest to wia­do­mość ści­śle po­uf­na, sam fakt stwo­rze­nia ta­kie­go sta­no­wi­ska nie zo­stał po­da­ny do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, co wska­zu­je na to, w jak waż­kiej i skom­pli­ko­wa­nej pro­ble­ma­ty­ce ob­ra­ca się spra­wa chu­li­gań­stwa. Peł­no­moc­nik wy­po­sa­żo­ny zo­stał w da­le­ko idą­ce upraw­nie­nia.

Oczy Ko­lan­ki były samą uwa­gą.

- Jest to mło­dy, po­dob­no bar­dzo zdol­ny ofi­cer z Ko­men­dy Głów­nej MO - kon­ty­nu­ował re­dak­tor na­czel­ny. - Mówi się o nim jako o wscho­dzą­cej gwieź­dzie w swym za­wo­dzie.

Chwi­lę mil­cze­li. Po czym Ko­lan­ko rzekł:

- Czy mógł­byś mi po­wie­dzieć jego na­zwi­sko?

Szes­na­ście lat... - po­my­ślał szyb­ko re­dak­tor na­czel­ny - szes­na­ście lat... Ko­cha­ny chło­pak, tyl­ko tro­chę za­nad­to lubi wód­kę... Ale cóż?

- Owszem - rzekł po nie­do­strze­gal­nym mo­men­cie wa­ha­nia. - Owszem. Na­zy­wa się Mi­chał Dziar­ski. Jest po­rucz­ni­kiem.

- Dzię­ku­ję - rzekł Ko­lan­ko, nie­do­strze­gal­nie od­dy­cha­jąc z ulgą. Był wście­kły na sie­bie, że za­dał to py­ta­nie. Wspa­nia­ły fa­cet, ten Ste­fan... - po­my­ślał z wdzięcz­no­ścią. - Co by to było, gdy­by nie mógł albo nie ze­chciał od­po­wie­dzieć... Strasz­li­wa sy­tu­acja... Po czym do­dał:

- A o tym, kie­dy my za­cznie­my ta­so­wać kar­ty, nie myśl na ra­zie. My - to zna­czy "Express Wie­czor­ny". Daj im za­grać kil­ka pul sin­gla, a po­tem otwo­rzy­my raz w ciem­no i zdu­blu­je­my na wid­no... Do­bra? Tym bar­dziej iż na­le­ży się li­czyć z tym, że po­rucz­nik Dziar­ski usią­dzie już nie­ba­wem na czwar­tej ręce. No, tym­cza­sem...

Otwo­rzył drzwi. W se­kre­ta­ria­cie przy­jął go skłę­bio­ny tłum cze­ka­ją­cych i wro­gie okrzy­ki: - Jak moż­na tak dłu­go! - mio­tał się ko­men­ta­tor po­li­tycz­no-eko­no­micz­ny. - My mamy na­praw­dę, rze­czy­wi­ście waż­ne spra­wy! - pie­ni­ła się ze zło­ści pani re­dak­tor kul­tu­ral­ny w ty­pie od­wiecz­nej sa­want­ki i su­fra­żyst­ki. W drzwiach stał uśmiech­nię­ty re­dak­tor na­czel­ny. - Pro­szę... Pro­szę bar­dzo... - po­wta­rzał.

W re­dak­cji miej­skiej Kuba le­żał na sto­le, jadł buł­kę z kieł­ba­są i wer­to­wał szyb­ko bie­żą­cą pra­sę co­dzien­ną i ty­go­dnio­wą. Ko­lan­ko sta­nął przy biur­ku, prze­kła­da­jąc ma­chi­nal­nie anon­se, za­pro­sze­nia, ko­mu­ni­ka­ty.

- Ku­buś - po­wie­dział - na mia­sto! Za­ła­twisz dziś dy­rek­cję ba­rów mlecz­nych, krót­ki wy­wiad z kon­ser­wa­to­rem baszt sta­ro­miej­skich, no­wi­ny z prze­my­słu te­re­no­we­go, otwar­cie mu­zeum fi­la­te­li­stycz­ne­go, za­kła­dy wy­ro­bu ter­mo­fo­rów, za­opa­trze­nie skle­pów WSS w droż­dże. Pięk­nie zro­bi­łeś dziś tego Stry­cia, nie ma co... Ale to jesz­cze nie­ak­tu­al­ne... - Ko­lan­ko chwa­lił, nie pa­trząc na Ku­bu­sia.

- Nie mam żalu do ni­ko­go - rzekł Ku­buś po­god­nie. - To była spra­wa ho­no­ru.

Wy­jął z szu­fla­dy bu­tel­kę ta­niej wody la­wen­do­wej i prze­tarł ręce. Wło­żył kurt­kę, na­sta­wił koł­nierz, po­pra­wił musz­kę.

- Ku­bu­siu - ode­zwał się mięk­ko Ko­lan­ko, sia­da­jąc na biur­ku. - Po­słu­chaj: je­ste­śmy jak cier­pli­wi ogrod­ni­cy, grze­bią­cy w za­chwasz­czo­nym ogro­dzie. Mu­si­my mieć czuj­ne oczy i czu­łe ręce. Uwa­żaj, syn­ku - w tej chwi­li kła­dę w twój mózg wo­sko­wą ta­blicz­kę jak pły­tę gra­mo­fo­no­wą przed na­gra­niem i żło­bię na niej pierw­szy ro­wek. Dziar­ski. Mi­chał Dziar­ski. Za­pa­mię­taj so­bie to imię i na­zwi­sko, a za­ra­zem za­po­mnij, jak się je wy­ma­wia. Na­to­miast miej oczy i uszy otwar­te i gdzie­kol­wiek lub kie­dy­kol­wiek w cią­gu naj­bliż­sze­go cza­su do­wiesz się o nim cze­goś, no­tuj to so­bie pil­nie na swej wo­sko­wej ta­blicz­ce. Chcę wie­dzieć o tym na­zwi­sku i jego wła­ści­cie­lu wszyst­ko, co zdo­być mogą tacy dwaj lu­dzie jak ty i ja. Zro­zu­mia­łeś?

Ku­buś kiw­nął po­waż­nie gło­wą. I wy­szedł.

Ko­lan­ko sta­nął przy oknie i za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Za wą­wo­zem to­rów ko­le­jo­wych roz­cią­ga­ła się za­chod­nia War­sza­wa: da­chy, reszt­ki ruin, kom­plek­sy za­bu­do­wań fa­brycz­nych To­wa­ro­wej, Ka­rol­ko­wej, Zło­tej, Łuc­kiej, Grzy­bow­skiej, Kroch­mal­nej. - Moje mia­sto - szep­nął Ko­lan­ko - ko­cham je jak my­śli­wiec, któ­re­go sen­sem i chlu­bą jest nie­za­wod­na orien­ta­cja. Dla­te­go je­stem dzien­ni­ka­rzem.

Otwo­rzył szu­fla­dę i wzrok jego padł na książ­kę Ki­scha. Roz­warł ją, za­czął czy­tać. Dzien­ni­kar­stwo sen­ty­men­tal­ne - po­my­ślał po chwi­li - ale miłe i smacz­ne... - Za­głę­bił się wy­god­nie w fo­tel i w książ­kę.

Ock­nął się na dźwięk te­le­fo­nu. - Tu ja, Kuba - usły­szał w słu­chaw­ce. - Co jest? - Nic spe­cjal­ne­go. Robi się po­go­da... - Te­le­fo­nu­jesz, żeby mi to za­ko­mu­ni­ko­wać? - Nie, nie tyl­ko, Chcia­łem po­wie­dzieć panu re­dak­to­ro­wi, że je­stem głod­ny. - To idź na obiad. - Wła­śnie za­mie­rzam to za chwi­lę uczy­nić. Mam strasz­ny ape­tyt na zra­zy z ka­szą. - Nie­złe. Dzię­ku­ję ci za ści­słość in­for­ma­cji. Tyl­ko co to mnie ob­cho­dzi? - Do­praw­dy? Nic a nic? Szko­da. No to do wi­dze­nia. - Że­gnaj, mło­dy pa­ta­fia­nie! - Aha! Aha! Był­bym za­po­mniał na śmierć... Chcia­łem jesz­cze panu po­wie­dzieć, że nie­ja­ki pan Mi­chał Dziar­ski jest skarb­ni­kiem War­szaw­skie­go To­wa­rzy­stwa Fi­la­te­li­stów. Ca­łu­ję pana re­dak­to­ra w po­li­czek... - Kuba!... - Po dru­giej stro­nie dru­tu nie było już ni­ko­go.

Ge­nial­ny gów­niarz... - po­my­ślał Ko­lan­ko. Był sam i nie po­trze­bo­wał przed ni­kim ukry­wać zble­fo­wa­ne­go wy­ra­zu za­sko­cze­nia na twa­rzy. - Po co mu Kisch? Każ­dy jego dzień jest cie­kaw­szy od dzie­się­ciu opo­wia­dań Ki­scha.

Po­szedł do se­kre­ta­ria­tu. - Oto książ­ka Ego­na Er­wi­na Ki­scha - rzekł do schlud­nej, star­szej pani za biur­kiem - któ­rą re­por­ter Ja­kub Wi­rus skła­da za moim po­śred­nic­twem na pani ręce jako na­gro­dę po­cie­sze­nia w kon­kur­sie pod na­zwą: "Walcz­my z bez­sen­no­ścią!".

3

Ży­je­my tu, w War­sza­wie, ży­ciem tram­wa­jo­wym. Zna­czy to, że w na­szej war­szaw­skiej epo­ce tram­waj wzniósł się do roli sym­bo­lu. Oczy­wi­ście - tram­waj wy­ra­ża miej­ską jed­nost­kę ko­mu­ni­ka­cyj­ną, taką samą jak tro­lej­bus czy au­to­bus. Mówi się: ży­je­my ży­ciem ta­kim czy in­nym, wte­dy gdy ży­cie owo do­by­wa z czło­wie­ka jego naj­istot­niej­sze ce­chy. Czy­li że w ze­tknię­ciu z nim czło­wiek ob­ja­wia się w ca­łej swej oka­za­ło­ści. Prze­peł­nio­ny ir­ra­cjo­nal­nie tram­waj war­szaw­ski sta­no­wi do­sko­na­ły od­czyn­nik, prze­ko­nu­je­my się w nim co­dzien­nie, jacy je­ste­śmy i jak bar­dzo ży­je­my ży­ciem tram­wa­jo­wym. W chwi­li gdy naj­bliż­szy bliź­ni de­mo­lu­je nam śle­dzio­nę, ma­sa­kru­je ner­ki, uni­ce­stwia czar do­pie­ro co ku­pio­ne­go płasz­cza, ni­we­czy z tru­dem przy­szy­te gu­zi­ki, gasi bru­tal­nie prze­pięk­ny po­łysk żar­li­wie wy­czysz­czo­nych bu­tów, gnie­cie na mia­zgę wie­zio­ne dla dzie­ci ciast­ka, uśmie­cha się prze­pra­sza­ją­co, pa­ku­jąc nam w usta rę­kaw od kurt­ki, w któ­rej przed chwi­lą czy­ścił ko­mi­ny lub wy­pa­ko­wy­wał sta­re śle­dzie - w ta­kiej chwi­li, po­wta­rzam, in­stynk­ty, jak dzia­ła ża­glo­wej fre­ga­ty, wy­su­wa­ją się groź­nie z burt na­szych dusz. Wte­dy do­pie­ro spo­strze­ga­my z prze­ra­że­niem, jacy po­tra­fi­my być pier­wot­ni, dzi­cy, ego­istycz­ni, kłó­tli­wi, nie­to­le­ran­cyj­ni, za­śle­pie­ni, krót­ko­wzrocz­ni. Z dru­giej stro­ny - ileż wspa­nia­łych war­to­ści do­strze­ga­my na­raz w ży­ciu, gdy uda nam się we­pchnąć jako ostat­ni do roz­cho­dzą­ce­go się w szwach au­to­bu­su, gdy przy­god­ny są­siad, wi­sząc na stop­niu, od­stą­pi nam trzy cen­ty­me­try kwa­dra­to­we miej­sca, aku­rat tyle, by po­sta­wić na nich szpic buta, gdy zła­pa­ny roz­pacz­li­wie za kra­wat ten, któ­ry już do po­ło­wy tkwi w środ­ku, uśmiech­nie się bez pre­ten­sji i przy­gar­nie nas moc­nym ra­mie­niem, gdy wresz­cie star­sza pani, któ­rej, prąc ku wyj­ściu, strą­ci­li­śmy ka­pe­lusz, po­rwa­li w strzę­py ga­ze­ty i wgnie­tli całą za­war­tość siat­ki z ma­słem, ja­ja­mi i mar­mo­la­dą w biust, uśmiech­nie się z tram­wa­jo­wą me­lan­cho­lią i po­wie smut­ne, lecz prze­ba­cza­ją­ce: - Nie szko­dzi... - Wte­dy wi­dzi­my, jak da­le­ce po­tra­fi­my być so­li­dar­ni, wy­ro­zu­mia­li, ludz­cy i coś cie­płe­go roz­pły­wa się nam jak słod­ka, roz­grza­na cze­ko­la­da koło ser­ca. Nic nie wzbu­dza w nas tak nie­przy­tom­nej zło­ści i bez­myśl­nej chę­ci awan­tur, jak nie­koń­czą­ce się wy­cze­ki­wa­nie na wy­pcha­ne ludź­mi tro­lej­bu­sy, do któ­rych nie moż­na się do­stać, jak tę­po­ta, bru­tal­ność i nie­uprzej­mość w tram­wa­ju, o nic nie bę­dzie­my się sprze­czać i kłó­cić tak na­mięt­nie, jak o gru­biań­stwa współ­pa­sa­że­rów i bez­dusz­ną wro­gość kon­duk­to­rów. Ale też nic nie wzbu­dza w nas ta­kie­go uczu­cia za­do­wo­le­nia, sa­tys­fak­cji i wy­go­dy, jak wi­dok wy­cze­ki­wa­ne­go nu­me­ru na ulicz­nym ho­ry­zon­cie i stwier­dze­nie, że znaj­dzie­my w nim miej­sce sie­dzą­ce. Tram­waj wy­zwa­la w nas dziś w War­sza­wie cen­ną bez­po­śred­niość prze­ży­wa­nia i dla­te­go ży­je­my tu, w War­sza­wie, ży­ciem tram­wa­jo­wym.

Tro­lej­bus li­nii nu­mer 54 ob­jeż­dża skwe­rek za po­mni­kiem Mic­kie­wi­cza i koń­czy swą tra­sę obok daw­nej Re­sur­sy, wśród sie­dem­na­sto­wiecz­nych ka­mie­ni­czek pół­noc­nej czę­ści Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia. Cze­ka tu już nań za­zwy­czaj spo­ra ko­lej­ka, zwłasz­cza oko­ło go­dzi­ny dru­giej po po­łu­dniu, to zna­czy w cza­sie, gdy lek­ko zdy­sza­ny ostrym sprin­tem od rogu Mio­do­wej dok­tor Hal­ski do­łą­czył do ogon­ka i ode­tchnął głę­bo­ko, usta­wiw­szy się na koń­cu. Tuż przed nim sta­ła po­staw­na, do­rod­na pani w wie­ku bal­za­kow­skim, ubra­na z nie­za­prze­czal­ną, lecz zbyt bo­ga­tą i osten­ta­cyj­ną ele­gan­cją; od­wró­ci­ła się ku nie­mu i uj­rzaw­szy smu­kłe­go blon­dy­na o mi­łej, chło­pię­cej twa­rzy, w mod­nym, choć tro­chę eks­cen­trycz­nym płasz­czu ko­lo­ru be­żo­we­go pia­sku, uśmiech­nę­ła się le­ciut­ko, z apro­ba­tą i odro­bi­ną do­sko­na­le kon­tro­lo­wa­nej ko­kie­te­rii. Chwi­lę po­tem przy­sta­nął za Hal­skim nie­wy­so­ki mło­dy czło­wiek w bre­zen­to­wej kurt­ce z fu­trza­nym koł­nie­rzem, spod któ­re­go wy­glą­da­ła fi­lu­ter­nie cy­no­bro­wo-tra­wia­sta musz­ka. Mło­dy czło­wiek gryzł lu­kro­wa­ne mig­dał­ki, tak zwa­ne ka­mycz­ki, i zda­wał się bez resz­ty za­to­pio­ny w swych my­ślach.

Becz­ko­wa­ty, czer­wo­ny tro­lej­bus po­czął się wy­peł­niać ludź­mi, dłu­ga ko­lej­ka szyb­ko zni­ka­ła w jego brzu­chu. Cią­gle przy­by­wa­li nowi pa­sa­że­ro­wie. Za Hal­skim i wła­ści­cie­lem bar­wi­stej musz­ki wsia­dło kil­ku stu­den­tów, za­kon­ni­ca, trzy go­spo­dy­nie do­mo­we, dwóch mon­te­rów z elek­trow­ni miej­skiej ze sprzę­tem, star­szy pan w czap­ce uszat­ce, ofi­cer pie­cho­ty, chu­dy czło­wiek o dłu­gich wło­sach, wy­ma­lo­wa­na dziew­czy­na w żół­tej chu­st­ce, zwią­za­nej na gło­wie spo­so­bem zna­nym ze sta­ro­egip­skich ma­lo­wi­deł na ścia­nach pi­ra­mid, i wie­lu in­nych. Mło­da kon­duk­tor­ka o ho­żej twa­rzy dała sy­gnał, wóz ru­szył, z jezd­ni roz­le­gły się krzy­ki: - Za­raz, za­raz! Tu jesz­cze lu­dzie! - jak­by tro­lej­bu­sy słu­ży­ły na ogół do prze­wo­zu psze­ni­cy, po czym kie­row­ca zwol­nił i przy­sta­nął. W tro­lej­bu­sie było już tak cia­sno, że się­gnię­cie do kie­sze­ni po pie­nią­dze sta­ło się za­da­niem z ro­dza­ju kwa­dra­tu­ry koła, nie­mniej pa­sa­że­ro­wie po­czę­li do­by­wać mo­ne­ty, wy­krzy­wia­jąc so­bie wza­jem­nie na­kry­cia gło­wy i go­dząc się bo­le­śnie w czul­sze oko­li­ce kor­pu­su. Z ze­wnątrz za­czę­ły się zno­wu krzy­ki: - Co za lu­dzie!... W środ­ku peł­no miej­sca, a dziec­ko wisi na stop­niu!... - wo­bec cze­go ci w środ­ku ści­snę­li się jesz­cze cia­śniej, umiesz­cza­jąc wła­sne koń­czy­ny w cu­dzych kie­sze­niach, rę­ka­wach i koł­nier­zach, a wy­twor­na dama przy­war­ła szczel­nie, ca­łym cia­łem do dok­to­ra Hal­skie­go, któ­ry, chcąc być grzecz­ny, usi­ło­wał cof­nąć się nie­co i zgniótł do­tkli­wie sto­pę mło­dzień­co­wi zdob­ne­mu w ra­do­sną musz­kę. Ten syk­nął: - Auu! Pa­nie. Uwa­żaj pan. - Hal­ski prze­pro­sił i po­my­ślał: Per­fu­my do­bre, tyl­ko zbyt in­ten­syw­ne, nie co­fa­jąc jed­nak twa­rzy z bez­po­śred­nie­go sty­ku z lśnią­cy­mi, ru­da­wo­kasz­ta­no­wa­ty­mi wło­sa­mi damy, wy­glą­da­ją­cy­mi, jak­by do­pie­ro co wy­szły spod piesz­czo­tli­we­go do­ty­ku fry­zje­ra fa­na­ty­ka. Dziec­ko na stop­niu oka­za­ło się za­czer­wie­nio­nym z wy­sił­ku, sze­ro­ko uśmiech­nię­tym fa­ce­tem o wy­glą­dzie re­fe­ren­ta sku­pu w po­waż­nej in­sty­tu­cji i tro­lej­bus ru­szył po­now­nie, prze­je­chał kil­ka­dzie­siąt me­trów, po czym z god­no­ścią sta­nął, gdyż na da­chu coś trza­snę­ło. Mo­tor­ni­czy ru­chem star­tu­ją­ce­go pły­wa­ka za­nu­rzył się w tłum blo­ku­ją­cy wyj­ście i wy­sko­czył z wozu, lu­dzie za­czę­li wy­sia­dać, by po­pa­trzeć, co się sta­ło. Wte­dy tro­lej­bus po­je­chał fi­glar­nie parę me­trów z wła­sne­go po­pę­du, a gro­mad­ka cie­ka­wych, z mo­tor­ni­czym na cze­le, pu­ści­ła się w roz­pacz­li­wą po­goń za nim. Wresz­cie wszy­scy wpa­ko­wa­li się z po­wro­tem, mo­tor­ni­czy usiadł z po­wa­gą za kie­row­ni­cą i nic da­lej się nie dzia­ło, wóz stał. Wśród głu­chych stęk­nięć miaż­dżo­nych kla­tek pier­sio­wych roz­legł się prze­ry­wa­ny głos star­sze­go pana w czap­ce uszat­ce: - Dla­cze­go nie je­dzie­my, na li­tość bo­ską? Kie­dy my po­je­dzie­my? - Jak zdej­mie pan rękę z dzwon­ka - po­wie­dzia­ła zim­no kon­duk­tor­ka o ho­żej twa­rzy. Pan w czap­ce uszat­ce pu­ścił po­ręcz z dzwon­kiem, wóz ru­szył, a pan w czap­ce uszat­ce ru­nął twa­rzą w fla­ne­lo­wy, bia­ło-nie­bie­ski to­bół, trzy­ma­ny na ko­la­nach przez mło­dą ko­bie­tę w ka­pe­lu­szu przy­po­mi­na­ją­cym brą­zo­we pu­deł­ko do bu­tów. Z to­bo­łu roz­legł się do­no­śny, gniew­ny płacz świa­do­me­go swych moż­li­wo­ści nie­mow­lę­cia.

Zbu­do­wa­na jak Dum­ba­dze - my­ślał Hal­ski, wy­trzy­mu­jąc, nie bez sa­tys­fak­cji, na­pór wy­twor­nej damy. - Za mło­du mo­gła­by osią­gnąć pięk­ne wy­ni­ki w rzu­tach... - ode­zwa­ła się w nim du­sza lek­ko­atle­ty - tyl­ko... dla­cze­go za mło­du? Prze­cież to cał­kiem mło­da pani. I dla­cze­go tyl­ko w rzu­tach? Trud­no było zde­cy­do­wać się na okre­śle­nie wie­ku, pa­trząc, na­wet z tak bli­ska, na kunsz­tow­ny, choć wy­raź­ny ma­ki­jaż. W każ­dym ra­zie nie moż­na było od­mó­wić uro­dy tej twa­rzy; wy­ra­zi­ste rysy, duże, ciem­no­bła­wat­ne oczy, wszyst­ko kre­ślo­ne kształt­nie, bo­ga­to. Gdy zdję­ła rę­ka­wicz­kę, by wy­jąć pie­nią­dze, za­uwa­żył kosz­tow­ną bi­żu­te­rię na jej du­żej, moc­nej, bar­dzo wy­pie­lę­gno­wa­nej dło­ni. Ini­cja­ty­wa pry­wat­na... - po­my­ślał Hal­ski. - Na pew­no. Tro­lej­bus za­ha­mo­wał rap­tow­nie na przy­stan­ku przy ho­te­lu "Bri­stol", pani przy­war­ła jesz­cze ści­ślej do dok­to­ra, od­wró­ci­ła gło­wę, szep­nę­ła z uśmie­chem: - Prze­pra­szam... - W oczach jej mi­go­ta­ła nie­wąt­pli­wa za­chę­ta.

Na przy­stan­ku cze­ka­ła nowa gru­pa sztur­mo­wa, któ­ra na­tych­miast za­czę­ła za­ja­dłe wdzie­ra­nie się do środ­ka. - Sta­ną tacy w przej­ściu i się nie ru­szą... Ani w tą, ani w tam­tą... - Co się pani tak pcha?... - A jak się mam pchać?... - Pa­nie! Moje poń­czo­chy! Co pan tam ma na dole?... - sły­chać było ze wszech stron. Ścisk sta­wał się męką. - Pu­sty wóz, jak pra­gnę szczę­ścia! - darł się ja­kiś fa­cet na ze­wnątrz - a nic wejść nie da­dzą... Nie po­su­ną się, miej­sca nie zro­bią... Co za lu­dzie! Prze­cież wszy­scy chcą je­chać. - Na stop­niu wej­ścio­wym wi­sia­ła kiść ciał, trzy­ma­ją­cych się już nie­le­d­wie mi­li­me­trów opar­cia.

Mimo sy­gna­łu do od­jaz­du raz jesz­cze otwo­rzy­ły się z sy­kiem pneu­ma­tycz­ne drzwi wej­ścio­we. Przed nimi sta­ły trzy oso­by: dwo­je nie­wi­do­mych sta­rusz­ków, bied­nie odzia­nych, i pan w śred­nim wie­ku, któ­ry rzekł do mo­tor­ni­cze­go: - Pan bę­dzie ła­skaw wy­sa­dzić tych pań­stwa na Ja­snej, do­brze? - Po czym po­mógł sta­rusz­kom wejść na sto­pień i wtło­czyć się do środ­ka wozu. Mo­tor­ni­czy kiw­nął po­ta­ku­ją­co i ru­szył. Sta­rusz­ko­wie, męż­czy­zna i ko­bie­ta, za­ko­ły­sa­li się nie­pew­nie, trzy­ma­jąc się sie­bie kur­czo­wo, z owym wy­ra­zem smut­nej na­iw­no­ści ce­chu­ją­cej twa­rze ślep­ców. Na­tych­miast pod­trzy­ma­ły ich po­moc­ne dło­nie, co jed­nak nie roz­wią­zy­wa­ło sy­tu­acji: nie­wi­do­mi nie znaj­do­wa­li dla sie­bie miej­sca w prze­strze­ni. Ich bia­łe la­ski i trzy­ma­ny pod pa­chą przez męż­czy­znę nie­opa­ko­wa­ny bo­che­nek chle­ba spra­wia­ły wszyst­kim wo­ko­ło nie­wy­mow­ną przy­krość, jak nie­słusz­ne oskar­że­nie, a jed­no­cze­śnie bu­dzi­ły go­rą­ce, prze­moż­ne współ­czu­cie.

Na naj­bliż­szej ław­ce sie­dzia­ło dwóch mło­dych lu­dzi w be­re­tach. Były to czar­ne, ster­czą­ce na gło­wie be­re­ty, o pie­czo­ło­wi­cie wy­mo­de­lo­wa­nych fał­dach i za­głę­bie­niach. Twa­rze pod nimi były chu­de, świe­żo wy­go­lo­ne, ze śla­da­mi zmę­cze­nia na ce­rze. Nie roz­ma­wia­li ze sobą, je­den dłu­bał obo­jęt­nie w no­sie, pa­trząc na nie­wi­do­mych, dru­gi przy­glą­dał się im z ro­dza­jem za­cie­ka­wie­nia, ta­kim, ja­kim da­rzy się osła­bio­ne z zim­na, nie­mra­wo su­ną­ce po ścia­nie mu­chy. Oby­dwaj no­si­li ja­sno­żół­te, brud­na­we sza­li­ki i oby­dwaj mie­li coś od­py­cha­ją­ce­go w twa­rzach: je­den - gru­bą, zna­mio­nu­ją­cą bru­tal­ność gór­ną szczę­kę, dru­gi - spłasz­czo­ny nie­zgrab­nie nos. Nie­wi­do­mi opie­ra­li się o ich ko­la­na. - Tacy to nie wsta­ną... - mruk­nął pan w czap­ce uszat­ce. - Mło­dzież... Wy­cho­wa­nie... - po­wie­dzia­ła dość gło­śno ja­kaś ko­bie­ta. Ogon­ki na czar­nych be­re­tach ani drgnę­ły. - Pa­nie - nie wy­trzy­mał je­den z mon­te­rów - to miej­sce jest dla in­wa­li­dów. - Mło­dzie­niec o gru­bej szczę­ce spoj­rzał na nie­go obo­jęt­nie. - Co pan po­wie? - rzekł. - A to no­wi­na. - Nie­praw­da - ode­zwał się dru­gi, ten ze spłasz­czo­nym no­sem. - Na­ucz się pan czy­tać. To miej­sce jest dla mat­ki z dziec­kiem - do­dał, wol­no wy­ma­wia­jąc sło­wa i wska­zu­jąc nie­dba­le na czar­ny na­pis nad swo­ją gło­wą. - I ja je­stem mat­ka, a ten pan - wska­zał pal­cem na sie­dzą­ce­go obok - to moje dziec­ko... - Hi, hi, hi... - za­krztu­sił się dru­gi sztucz­nym, wy­zy­wa­ją­cym chi­cho­tem. Za ple­ca­mi Hal­skie­go po­sia­dacz urze­ka­ją­cej musz­ki strzyk­nął nad­gry­zio­nym ka­mycz­kiem w okrą­głe den­ko mod­ne­go ka­pe­lu­sza swe­go naj­bliż­sze­go są­sia­da i za­czął gwał­tow­nie prze­py­chać się do przo­du; Hal­ski krę­cił się dość nie­spo­koj­nie, gdyż dama była wy­so­ka i za­sła­nia­ła mu nie­co pole wi­dze­nia swą pięk­nie on­du­lo­wa­ną gło­wą w sza­rym tocz­ku. - No, już... - po­wie­dział dru­gi z mon­te­rów, wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna w gru­bym, im­pre­gno­wa­nym płasz­czu. - Wsta­waj pan... - Tro­lej­bus do­jeż­dżał do pla­cu Ma­ła­chow­skie­go. Oby­dwaj mło­dzień­cy w be­re­tach wsta­li, je­den z nich rzekł do nie­wi­do­mych: - Pro­szę bar­dzo... Pro­szę sia­dać... - Fa­cet ze spłasz­czo­nym no­sem oka­zał się po wsta­niu wy­so­ki i moc­no zbu­do­wa­ny. Sta­nął przy panu w czap­ce uszat­ce, tuż przed mon­te­ra­mi. - Cze­go się pan tak pa­trzy? - spy­tał bar­czy­sty mon­ter gło­śno. Ze­wsząd zwró­ci­ły się ku nie­mu gło­wy pa­sa­że­rów, w gło­sie jego dźwię­cza­ła awan­tu­ra. - Trze­ba było sie­dzieć - do­dał. - Co zna­czy dla ta­kich, że sta­rzy lu­dzie i in­wa­li­dzi sto­ją. Pa­trzy się, jak­bym go skrzyw­dził... - Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie, po czym wy­so­ki ze spłasz­czo­nym no­sem rzekł su­cho: - Ra­cja, ra­cja, wszyst­ko ra­cja... - nie prze­sta­jąc pa­trzeć pro­wo­ka­cyj­nie na mon­te­ra, któ­ry pod­niósł głos: - To cze­go się pan tak pa­trzy? Nie wi­dział kto, jaki strasz­ny! - Ra­cja, ra­cja... - po­wtó­rzył wy­so­ki, ce­dząc wol­no sło­wa - tyl­ko mi się pań­ska mor­da nie po­do­ba. - Tro­lej­bus do­jeż­dżał do Ja­snej. Zbi­ty tłum drgnął jak na­elek­try­zo­wa­ny. Hal­ski ru­szył do przo­du, od­py­cha­jąc nie­co zbyt rap­tow­nie swą są­siad­kę. Po­chwy­cił jej zdzi­wio­ne spoj­rze­nie. Za nim parł mło­dzie­niec w tę­czo­wej musz­ce. Jak nie­ocze­ki­wa­nie ro­dzi się pod­łość w czło­wie­ku - my­ślał szyb­ko Hal­ski - prze­cież ci w be­re­tach są tak wy­raź­nie win­ni, sta­no­wią w tej chwi­li taki kon­cen­trat zła, sami nie wi­dzą tego - czuł, jak na­ra­sta w nim tro­chę bez­sil­na nie­na­wiść do fa­ce­tów w be­re­tach. - Ty smar­ku! - w gło­sie mon­te­ra za­drża­ła pa­sja, spur­pu­ro­wiał na tę­gim kar­ku. - Ja mógł­bym ta­kie­go syna, jak ty... - Tyl­ko nie ba­sem, oby­wa­te­lu, niech pan nie bie­rze ba­sem - rzekł z ostrze­ga­ją­cą kpi­ną niż­szy, z gru­bą szczę­ką. Tro­lej­bus przy­sta­nął na Ja­snej, nie­wi­do­mi sta­rusz­ko­wie wy­sie­dli, wzdy­cha­jąc cięż­ko, spro­wa­dze­ni tro­skli­wie ze stop­nia, po czym mo­tor­ni­czy szyb­ko ru­szył. - Do cze­go to po­dob­ne - rzekł dru­gi z mon­te­rów - żeby tak gbu­ro­wa­to...

Tro­lej­bus wje­chał w drga­ją­cy po­tok tło­czą­cych się u zbie­gu Kru­czej i Wi­dok po­jaz­dów i prze­chod­niów, z obu stron roz­cią­ga­ły się dłu­gie, głę­bo­kie wą­wo­zy ro­ze­rwa­nej poza ba­rie­ra­mi ochron­ny­mi jezd­ni; w dole le­ża­ła za­gma­twa­na, ciem­na, ta­jem­ni­cza ar­ma­tu­ra prze­wo­dów ka­na­li­za­cyj­nych i świetl­nych wiel­kie­go mia­sta. Stło­cze­nie w prze­smy­ku dro­gi, klak­so­ny, okrzy­ki, prze­kleń­stwa szo­fe­rów, ło­skot aut cię­ża­ro­wych, po­szum tłu­mu i do­no­śne dźwię­ki me­ga­fo­nów z CDT, po­kry­wa­ją­cych to wszyst­ko skłę­bio­ną rum­bą "O Tico-Tico-Ti, o Tico-Tico-Ta..." kon­tra­sto­wa­ły ude­rza­ją­co z na­pię­tą, ugnia­ta­ją­cą jak cia­sny but ci­szą w tro­lej­bu­sie.

Hal­ski prze­dzie­rał się roz­pacz­li­wie do przo­du. Cze­go ja tam chcę? - my­ślał go­rącz­ko­wo - prze­cież nie będę się bił... Jed­no­cze­śnie siła ja­kaś pcha­ła go na­przód. Owład­nę­ło nim na­raz pa­rzą­ce prze­czu­cie, że za chwi­lę na­stą­pi coś, na co cze­ka od daw­na, wie­ki całe, cze­go pra­gnie, o czym nie ma po­ję­cia, co to ma być. Za sobą czuł kon­wul­syj­ne wy­sił­ki mło­dzień­ca w musz­ce, wal­czą­ce­go o wy­do­sta­nie się z obez­wład­nia­ją­ce­go uchwy­tu cia­sno­ty. Wte­dy wła­śnie padł krót­ki, schry­pły krzyk:

- Adaś, w ryja go!...

Wy­so­ki ze spłasz­czo­nym no­sem skur­czył się bły­ska­wicz­nie w so­bie i na­gle wy­cią­gnię­tą ze ści­sku ręką, bez za­ma­chu, ude­rzył bar­czy­ste­go mon­te­ra w usta. Jed­no­cze­śnie niż­szy z gru­bą szczę­ką szarp­nął z ca­łej siły pneu­ma­tycz­ne, drzwi wyj­ścio­we - w me­cha­ni­zmie coś głu­cho pę­kło. Usta mon­te­ra po­kry­ły się na­tych­miast krwią z roz­cię­tych płyt­ko warg. - O Boże! - krzyk­nę­ła ja­kaś ko­bie­ta. Wóz za­ko­ły­sał się od na­głe­go szarp­nię­cia ha­mul­ców. Hal­ski do­słow­nie ode­pchnął damę w sza­rym tocz­ku. - Pro­szę pana... Tak nie moż­na... - za­czę­ła ostro dama, pod­czas gdy oczy jej strze­li­ły bla­skiem, któ­ry zna­czył: "Jak bar­dzo mi się po­do­basz!...". Mon­ter wku­lił gło­wę mię­dzy ra­mio­na i usi­ło­wał uwol­nić ręce z plą­ta­ni­ny trzy­ma­nych w dole licz­ni­ków elek­trycz­nych. Mo­tor­ni­czy gwał­tow­nie od­krę­cił szy­bę, wy­chy­lił się i krzyk­nął: - Mi­li­cja! - Dru­gi mon­ter krzy­czał hi­ste­rycz­nie: - Ja ci po­ka­żę, ty ło­bu­zie! - Za Hal­skim mło­dzie­niec w musz­ce prze­ko­py­wał się bez­kom­pro­mi­so­wo ko­la­nem przez ko­tło­wa­ni­nę po­sta­ci. Wy­so­ki wy­ko­nał nie­po­trzeb­ny, z sa­mej ma­nie­ry, unik gło­wą, ja­koś od­wi­nął na płask rękę i ude­rzył po raz dru­gi, z wiel­ką siłą. Gło­wa bar­czy­ste­go mon­te­ra rąb­nę­ła o kant sta­lo­we­go uchwy­tu ręcz­ne­go pod pu­ła­pem wozu, oczy mu zmęt­nia­ły, zda­wał się tra­cić przy­tom­ność. Kon­duk­tor­ka ci­snę­ła kur­czo­wo dzwo­nek, któ­ry dźwię­czał bez prze­rwy, pan w czap­ce uszat­ce zbladł jak płót­no, niż­szy z gru­bą szczę­ką roz­wa­lił do koń­ca drzwi. Hal­ski nie mógł mi­nąć snu­ją­ce­go mu się przed oczy­ma sza­re­go tocz­ka i złych, ale peł­nych uzna­nia ciem­no­bła­wat­nych oczu, fa­ce­ci w be­re­tach sko­czy­li z wozu, ale nie sami. Wraz z nimi le­ciał ja­kiś ciem­ny kształt. Po­tem Hal­ski stra­cił orien­ta­cję. In­stynk­tow­nie, ru­chem krau­li­sty prze­ło­żył ra­mię przez do­rod­ną damę i dzie­lą­cych go od mon­te­ra lu­dzi i pod­trzy­mał mu gło­wę: od skro­ni przez po­li­czek wi­dać było na­brzmie­wa­ją­cą krwa­wo­si­ną kre­chę; fa­cet nie pa­dał, gdyż trzy­mał go tłum. Może być groź­ne... - po­my­ślał Hal­ski i na­gła pa­sja od­ję­ła mu na uła­mek se­kun­dy świa­do­mość, wi­bru­ją­ce prę­gi za­drga­ły mu w oczach i wy­peł­ni­ły uszy. Rzu­cił się ku wyj­ściu, dro­gę za­sko­czył mu mło­dzian w musz­ce, któ­ry przy­warł no­sem do szy­by i chci­wie pa­trzył. Z tyłu za sobą sły­szał krzy­ki: - Po­mo­cy! Ra­tun­ku! Dok­to­ra!... - Hal­ski po­trą­cił bru­tal­nie mło­dzień­ca i za­wisł na stop­niu - pod sobą miał dwu­me­tro­wą wy­rwę, przed sobą - pęcz­nie­ją­cy tłum ulicz­ny. W dole wy­rwy, na czer­wo­nych od mi­nii ru­rach, le­ża­ły bez ru­chu dwa cia­ła w żół­tych sza­li­kach i be­re­tach. Ich szy­je i pod­bród­ki po­kry­wa­ły się w oczach krwią. W bia­ły dzień!... - tłu­kło się w mó­zgu Hal­skie­go - w sa­mym środ­ku War­sza­wy... Już ska­ka­li w dół lu­dzie z ob­słu­gi wier­ta­rek i kom­pre­so­rów, któ­rych huk, wy­mie­sza­ny z dźwię­ka­mi "O Tico-Tico-Ti, o Tico-Tico-Ta...", nie usta­wał ani na chwi­lę. Szar­pią­ca ura­za do sie­bie sa­me­go wy­peł­ni­ła mu ser­ce, zro­zu­miał to, co prze­mknę­ło bez­pow­rot­nie obok nie­go. Ale nie było cza­su na za­sta­na­wia­nie. Wsko­czył do wozu i za­wo­łał: - Pro­szę o miej­sce! Je­stem le­ka­rzem!... - Tro­lej­bus pu­sto­szał gwał­tow­nie, Hal­ski po­ło­żył mon­te­ra na ław­ce z po­mo­cą jego ko­le­gi. Z dala do­cho­dził już od­głos sy­re­ny po­go­to­wia, wi­docz­nie wszyst­ko dzia­ło się dłu­żej, niż wplą­ta­ny w wy­pad­ki Hal­ski mógł oce­nić. Mon­ter otwo­rzył z wy­sił­kiem męt­ne, za­łza­wio­ne, jak­by ma­śla­ne oczy. Hal­ski, uspo­ko­jo­ny, wy­sko­czył z tro­lej­bu­su; wy­rwa peł­na była lu­dzi, tak że już nie wi­dać było ran­nych. Do­strzegł w tłu­mie bia­ły ki­tel le­ka­rza po­go­to­wia i mimo woli się uśmiech­nął. Prze­tarł dło­nią czo­ło i się­gnął po kie­szon­ko­wy ter­mi­na­rzyk. Szyb­ko prze­je­chał pal­cem po brze­gu, na­ci­snął li­te­rę "K", otwo­rzył i szu­kał wśród pię­ciu nu­me­rów te­le­fo­nów, któ­re mu zo­sta­wił Ko­lan­ko. Uniósł gło­wę, czu­jąc na so­bie czyjś in­ten­syw­ny wzrok. Na tro­tu­arze, w pierw­szym rzę­dzie zbi­te­go tłu­mu, sta­ła dama w tocz­ku. Wi­dząc, że Hal­ski pa­trzy na nią, od­wró­ci­ła się i prze­dzie­ra­jąc się przez tłum, ode­szła ku Ale­jom Je­ro­zo­lim­skim. Mi­mo­wol­nie i bez­myśl­nie Hal­ski od­pro­wa­dził spoj­rze­niem jej wy­so­ką, po­staw­ną syl­wet­kę w sza­ro­per­ło­wej pe­li­sie, ze srebr­no­sza­rym fu­trem na koł­nie­rzu. Zmę­czo­nym kro­kiem wszedł do CDT i zbli­żył się do au­to­ma­tu te­le­fo­nicz­ne­go.

Mło­dzie­niec w cy­no­bro­wo-tra­wia­stej musz­ce stał nie­zde­cy­do­wa­ny, jak­by po­grą­żo­ny w my­ślach, na brze­gu wy­rwy; na­pie­ra­ją­cy tłum od­su­wał go co­raz bar­dziej od miej­sca wy­pad­ku. Nie prze­ciw­sta­wiał się temu na­po­ro­wi, tak że w koń­cu zna­lazł się na jezd­ni, dość da­le­ko od tro­lej­bu­su, po­mię­dzy szo­fe­ra­mi stło­czo­nych tu przy­mu­so­wo sta­rów-20 i war­szaw-FSO. - Taki drań! - mó­wi­ła ja­kaś sta­ra ko­bie­ta z ko­szy­kiem peł­nym wik­tu­ałów - po­bił, o mało co nie za­bił tych dwóch pa­nów, tam na dole... Taki chu­li­gan!... - Ale kto? - de­ner­wo­wał się gru­by szo­fer w brud­nym, gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie - kto to był? - Sam wi­dzia­łem - mó­wił szyb­ko chu­der­la­wy gość w cy­kli­stów­ce, bez płasz­cza, z rę­ka­mi w kie­sze­niach. - Wy­pchnął tych dwóch z tro­lej­bu­su i sko­czył za nimi w dół... - Pasy bym darł z tych cho­ler, chu­li­ga­nów - rzekł sze­ro­ki w ple­cach żoł­nierz o czer­wo­nej, chłop­skiej twa­rzy; prze­su­nął okrą­głą czap­kę z czer­wo­nym oto­kiem na tył gło­wy i po­wtó­rzył: - Pasy drzeć z tych ło­bu­zów... - I co się z nim sta­ło, z tym na­past­ni­kiem? - do­py­ty­wał się szczu­pły pan w oku­la­rach pod pil­śnio­wym ka­pe­lu­szem. - Aresz­to­wa­li go, sama wi­dzia­łam - rze­kła sta­ra ko­bie­ta z ko­szy­kiem. - Gdzie tam, bab­ciu - po­wie­dział chu­der­la­wy kpią­co. - Znikł jak sen jaki zło­ty. Wi­docz­nie wsiąkł w te rury... - Ale jak? - de­ner­wo­wał się gru­by szo­fer - jak moż­na tak znik­nąć? Prze­cież te rury zu­peł­nie jak na wierz­chu... I małe, tak ła­two się w nie nie wej­dzie. Ja­sny dzień wo­ko­ło, do cho­le­ry, tyl­ko bez cu­dów! - Jak... to jego spra­wa... - Chu­der­la­wy uśmiech­nął się przy­chyl­nie. - Rą­czy chło­pak nie zgi­nie, da so­bie radę. - Taki ło­buz... - rze­kła sta­ra ko­bie­ta - kary na ta­kich nie ma. Dwóch pa­nów po­bił, po­ra­nił... - A w ga­ze­tach ani mru-mru. Dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach? -Zde­ner­wo­wa­ny szo­fer mach­nął ręką i tra­fił w pierś za­my­ślo­ne­go mło­dzień­ca w ko­lo­ro­wej musz­ce. - Prze­pra­szam pana - po­wie­dział - to przez nie­uwa­gę. Ale dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach? - Dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach? - po­wtó­rzył ma­chi­nal­nie ude­rzo­ny mło­dzie­niec z bla­dym, ode­rwa­nym od rze­czy­wi­sto­ści uśmie­chem. I na­gle rąb­nął się ręką w czo­ło, oczy jego na­bra­ły na­raz wy­ra­zu żar­li­we­go sku­pie­nia, wy­krzyk­nął: - Dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach?! - i pu­ścił się pę­dem w stro­nę Szpi­tal­nej, jak­by za­pa­liw­szy mo­to­ry od­rzu­to­we u swych bu­tów. Wszy­scy za­mar­li z roz­war­ty­mi ze zdu­mie­nia usta­mi, gru­by szo­fer - z wznie­sio­nym wska­zu­ją­cym pal­cem, któ­rym za­mie­rzał ob­ró­cić parę razy przy czo­le dla pla­stycz­ne­go uwy­pu­kle­nia swej opi­nii o zni­ka­ją­cym wśród prze­chod­niów i po­jaz­dów mło­dzień­cu.

O tej po­rze moż­na było za­stać re­dak­to­ra Edwi­na Ko­lan­kę tam tyl­ko, gdzie dają do­brze zjeść. Naj­le­piej zaś moż­na zjeść w nie­wiel­kich klu­bach, ży­ją­cych ży­ciem za­mknię­tym, za to za­sob­nym we wła­sne re­stau­ra­cje. Bez­pre­ten­sjo­nal­ność sta­no­wi, jak wia­do­mo, styg­mat praw­dzi­wej sztu­ki, w tych tedy bez­pre­ten­sjo­nal­nych re­stau­ra­cjach od­pra­wia­li nad pły­tą ku­chen­ną swe cza­ro­dziej­skie prak­ty­ki praw­dzi­wi ar­ty­ści war­szaw­skiej pa­tel­ni. Ku­bu­siu! - wo­łał do sie­bie Ja­kub Wi­rus, bie­gnąc pla­cem Wa­rec­kim - wy­cza­ruj w swej du­szy wi­zję fi­le­tu z po­lę­dwi­cy lub san­da­cza po pol­sku i idź nie­omyl­nie za jej wo­nią. Twój du­cho­wy nos za­pro­wa­dzi cię nie­chyb­nie tam, gdzie trze­ba. W ten spo­sób do­bił, zdy­sza­ny, do ro­ko­ko­wej fa­sa­dy Klu­bu Li­te­ra­tów na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. Nie zdej­mu­jąc fu­trza­nej kurt­ki, sto­czył się swym la­wi­nia­stym sys­te­mem ze scho­dów i zna­lazł się w nie­wiel­kiej, sty­lo­wo skle­pio­nej piw­ni­cy o dwóch po­zio­mach. Rze­czy­wi­ście - przy jed­nym z bia­ło na­kry­tych sto­li­ków sie­dział Edwin Ko­lan­ko, po­chy­lo­ny z od­da­niem nad ta­le­rzem, na któ­rym roz­po­ście­rał się im­po­nu­ją­cy roz­mia­ra­mi i zdro­wym, ru­mia­nym ko­lo­rem szny­cel z grosz­kiem. Kuba przy­siadł się, otarł spo­co­ne czo­ło, po­pra­wił cy­no­bro­wo-tra­wia­stą musz­kę i po­wie­dział:

- Wie pan co?

- Nie - od­parł Ko­lan­ko, kro­jąc szny­cel na fo­rem­ne kęsy.

- Wi­dzia­łem cud.

- Moż­li­we - zgo­dził się Ko­lan­ko. - Ta­kie rze­czy zda­rza­ją się, gdy mło­dzież nad­uży­wa al­ko­ho­lu.

- Nic z tych rze­czy - rzekł Kuba, bio­rąc pal­ca­mi fryt­ki z ta­le­rza Ko­lan­ki, naj­wi­docz­niej w celu po­kry­cia zde­ner­wo­wa­nia. - Wi­dzia­łem, jak fa­cet roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

- Na rogu Wi­dok i Kru­czej? - spy­tał obo­jęt­nie Ko­lan­ko - w bia­ły dzień? W sa­mym ser­cu War­sza­wy?

Fryt­ka sta­nę­ła Ku­bu­sio­wi w gar­dle jak spusz­czo­ny se­ma­for. Oczy wy­szły mu na wierzch, za­nim prze­łknął.

- To... pan już wie?... - wy­krztu­sił.

- Wiem.

- Wszyst­ko?

- W każ­dym ra­zie tyle samo co ty.

- Aha... - rzekł Ku­buś in­te­li­gent­nie.

Dra­pał się przez chwi­lę in­ten­syw­nie w ze­szło­rocz­ne pie­gi na no­sie, po czym rzekł: