Piątek, 12 sierpnia 2016 roku
Mówi S.
Tapiwa Nkomo zachowywał się tak, jakby przeciągająca się odprawa na lotnisku miała kosztować go życie, cnotę i świeżo zdobyty tytuł inżyniera.
- Why is there only one person for three flights? I have another flight on Tegel airport in two hours! Dlaczego tylko jedna osoba? - dodał przyzwoitym polskim, którego nauczył się podczas zaledwie trzech lat studiów na politechnice. Po czym niby od niechcenia wykonał pół kroku przed linię dla oczekujących, zbliżając się do okienka. Nie uszło to uwagi krzepkiego pięćdziesięciolatka z krótkim siwym wąsem a la Roman Dmowski, który napierał jako forpoczta drugiej kolejki do odprawy. Na monitorach nad stanowiskami do odprawy wyświetlały się naprzemiennie "London 16:55", "Berlin 16:15 gate closing" i "Rome 16:35".
- Sir, I'm sorry, but... proszę poczekać na swoją kolej, zaraz ktoś pana obsłuży! - krzyknęła do ciemnoskórego studenta młodziutka szatynka w uniformie krajowej linii lotniczej. Emilia Mitera, bo takie nazwisko widniało na identyfikatorze, nie wyglądała, jakby pracowała tu od dawna. Trzęsącymi się palcami przeglądała papiery, które wręczyła jej niedosłysząca staruszka, od kilku minut okupująca miejsce przy jej stanowisku.
Emilia popełniła błąd. Nieopatrznie nadała bagaż starszej pani na nieaktualny dowód osobisty i teraz potrzebowała to jakoś odkręcić. Jak na złość, chwilę wcześniej wezwano gdzieś przez telefon jej koleżankę ze zmiany i dziewczyna została przy odprawie sama.
Na lotnisku panował rekordowy, nawet jak na wakacje, tłok. Był piątek dwunastego sierpnia, w poniedziałek wszyscy mieli wolne z okazji święta Wniebowzięcia Wojska Polskiego, więc kto mógł, uciekał z miasta na słoneczny długi weekend.
Od rana było kurewsko gorąco, a w nowoczesnym, przypominającym eleganckie terrarium szklanym budynku terminala temperatura spadła najwyżej o jakieś pół "kurewsko".
Idealne warunki do awantury.
Zmęczone czekaniem dzieciaki sygnalizowały to zmęczenie subtelnym darciem japy. Mężowie patrzyli z tępą irytacją na swoje żony, młodzi podkręcali głośność muzyki w słuchawkach do nieprzyjemnych poziomów, staruszki oddychały ciężko i wołały w myślach o pomstę do nieba. A ta nadchodziła, w postaci coraz większego skwaru.
Zegar wskazywał 16:00, tymczasem w kolejce czekało jeszcze sporo lecących do Berlina, z minuty na minutę coraz bardziej zestresowanych migającym napisem "gate closing". Niestety przy jedynym czynnym okienku nadal niezłomnie trwała osiemdziesięcioletnia pani Alfreda. Emilia robiła, co mogła, aby mimo komplikacji z dokumentami odprawić w końcu uciążliwą pasażerkę. Najchętniej na księżyc. Bo pani Alfredzie się, delikatnie mówiąc, nie paliło.
- A gdzie mi tu pani grzebie! - zdenerwowała się, kiedy Emilia, siląc się na życzliwy uśmiech, próbowała przez ladę zajrzeć do jej torebki. Pani Alfreda, jak na emerytowaną księgową przystało, była zdecydowanie nieufną osobą.
- Potrzebuję od pani aktualnego dokumentu ze zdjęciem, dowodu albo paszportu. Ten, który mi pani dała, jest nieważny.
- Nieważny?
- Tak, proszę pani. Mówiła pani, że wyrabiała pani nowy dowód, może jest w portfelu...
- To czemu mi pani walizkę przyjęła na nieważny?! - krzyknęła staruszka tak, że aż dziewczyna się zaczerwieniła.
- To mój błąd, nie zauważyłam, ale... - Emilia westchnęła i spojrzała w kierunku, w którym kilka minut temu odeszła jej koleżanka ze zmiany. - Takie są procedury, mogę mieć później kłopoty. Warunkiem wejścia na pokład jest okazanie biletu i aktualnego dokumentu ze zdjęciem - wyrecytowała. - Jeśli pani nie ma...
- Ze zdjęciem?
- Tak, proszę pani, ze zdjęciem.
- No to dałam przecież przed chwilą.
- Dała mi pani ten sam stary dowód, a tamto wcześniej to była legitymacja emerycka.
- Co było? - Pani Alfreda poprawiła aparat słuchowy za uchem.
- Legitymacja emerycka!
- Legitymacja?
- Tak, legitymacja emerycka!
- To przecież pani dałam na początku!
Emilia wzięła głęboki oddech.
- Tak, proszę pani. A ja muszę mieć aktualny dowód osobisty albo paszport, czy pani mnie słyszy?
- Słyszę, słyszę, nie musi pani tak krzyczeć. No nie wiem, gdzie jest ten nowy dowód. Może w domu został... Na stole w kuchni...
- A paszport?
- Wie pani co... A może być paszport?
- Tak, może być, tak jak mówiłam. Paszport lub dowód. To proszę dać mi ten paszport, bo pasażerowie czekają.
- Paszport?
- Tak.
- Ja go chyba w tej walizce miałam, co pani tam na taśmie puściła. Może pani z powrotem moją walizkę... tutaj...
Babcia zrobiła przywołujący gest ręką w kierunku dziury w ścianie, w której pięć minut temu zniknął jej spakowany na międzynarodową podróż bagaż. Emilia pobladła, ludzie w kolejce zaczęli szemrać. Na szczęście z lewej, wzdłuż stanowisk odpraw, dziarskim krokiem nadciągała z odsieczą na oko pięćdziesięcioletnia tleniona blondyna w uniformie linii lotniczej. Zatrzymała się na moment, omiotła zbiorowisko spojrzeniem starej wygi, po czym podeszła do koleżanki. Kobiety wymieniły szeptem kilka zdań.
- Bardzo mi przykro, ale jeśli nie wylegitymuje się pani aktualnym dowodem lub paszportem, to nie może pani lecieć. - Blondyna siliła się na uprzejmy ton, ale słychać było, że nie zamierza długo dyskutować ze staruszką. - Takie są przepisy. Może tu koleżanka przeoczyła coś na początku, ale nie możemy puścić pani dalej, to byłoby niezgodne z prawem. Za chwilę spróbuję zawrócić pani bagaż. A teraz proszę stanąć z boku, musimy odprawiać następnych pasażerów.
- Ale jak to nie mogę lecieć? A walizka? Tam są moje rzeczy, moje klucze do mieszkania tam są - zaprotestowała pani Alfreda drżącym głosem.
- Bardzo mi przykro. To jest lotnisko, lot zagraniczny, takie są wymogi bezpieczeństwa. Proszę się odsunąć tutaj na prawo i zaczekać, przyjdzie do pani ktoś z bagażem - odparła blondyna i wskazała staruszce miejsce z boku okienka. Emilia tylko przepraszająco wzruszyła ramionami.
Tapiwa odwrócił się w ich kierunku, jakby zwąchał okazję na szybszą odprawę. Niestety, bliżej stanowiska okupowanego przez panią Alfredę stał siwy Dmowski.
- Gdzie się pan pchasz? Stój w kolejce jak wszyscy. - Siwy spojrzał spode łba na afrykańskiego studenta i próbował zablokować go barkiem.
Tapiwa wyciągnął ponad głową siwego rękę z dokumentami i krzyknął: - Excuse me! I got plane in fifteen minutes. Berlin!
Blondyna pokiwała głową i wyciągnęła dłoń w kierunku studenta, ale niespodziewanie Dmowski szarpnął go za rękaw i dokumenty rozsypały się po podłodze.
- What the fuck, man?! - krzyknął student.
- Wracaj do Afryki albo się naucz, jak cywilizacja wygląda. Ja też do Berlina lecę, przed tobą tu stałem - wycedził siwy.
- Wpierdol chcesz dostać, dziadek? Dotknij mnie, kurwa, jeście raz. Dotknij mnie, kurwa, jeście raz! - Tapiwa zamiast zacząć zbierać rozsypane papiery, pochylił się nad Dmowskim tak, że ich czoła niemal się stykały.
- Uważaj, gówniarzu - syknął siwy i złapał studenta za fraki. Ten zrobił to samo i zwarli się w klinczu, jakby każdy chciał pokonać drugiego siłą samego uścisku. I jakby samolot do Berlina miał zaczekać przynajmniej na zwycięzcę tej konfrontacji. Ciekawski tłum zaczął napierać w kierunku szarpaniny, powstrzymywany jedynie taśmami z logo lotniska.
- Panowie, spokój! Ochrona! - Emilia z przerażeniem spojrzała w stronę koleżanki, a ta chwyciła za słuchawkę.
- Słucham?! To niech ktoś ze straży granicznej tu podejdzie, z kontroli osobistej, przecież nam się ludzie tu pobiją, a z bramek już mi dzwonią, że Berlin się zaraz zamknie. Albo z VIP-a kogoś wyślij, tam się nic nigdy nie dzieje, kuźwa, Teresa, pośpiesz się! - krzyczała do słuchawki blondyna.
- Panowie, spokój, bez przesady, zaraz na starszą panią wpadniecie. - Wysoki mężczyzna z tyłu kolejki próbował ich rozdzielić. Ktoś zaczął mu pomagać, kilka osób zaczęło pokrzykiwać, że spóźnią się na samolot, dwóch rozbawionych studentów, najwyraźniej lecących później do Londynu, wyciągnęło telefony, żeby nagrać całą scenę.
- Banana mu dajcie, to się uspokoi! - wrzasnął z tyłu pyzaty facet w koszulce Armaniego i rozejrzał się po ludziach, daremnie poszukując aplauzu.
- Zamknij się, pierdolony rasisto! - kulturalnie zwróciła mu uwagę dziewczyna w dredach stojąca za nim.
- O, znalazła się, obrończyni Murzynów - włączyła się partnerka pyzatego. Opalona tak nienaturalnie mocno, że odcień jej skóry był tylko o kilka tonów jaśniejszy od skóry Tapiwy. - Ty to byś pewnie nawet małpie dała dupy, co? - rzuciła w stronę dredziary.
- Widzę, że ty dajesz, tylko strasznie brzydka ci się trafiła. - Dziewczyna w dredach spojrzała na jej faceta.
- Ty szmato! - Opalona kobieta wydała z siebie okrzyk bojowy, po czym próbowała rzucić się w kierunku dredziary, ale powstrzymał ją pyzaty. Przez chwilę wydawało się, że z tyłu kolejki dojdzie do drugiej przepychanki.
- Ale ja jeszcze nie skończyłam przecież! - zaczęła histerycznie krzyczeć pani Alfreda, która wciąż okupowała okienko check-inu. - Dzwoniła już pani po moją walizkę?! Ja tam mam paszport i klucze do mieszkania. Co ja zrobię teraz? - Staruszka zaczęła popłakiwać.
W tym samym momencie ktoś rozpiął dzielącą kolejki taśmę i napierająca masa zaczęła się chaotycznie przepychać pod same okienka do odprawy, okalając jednocześnie starcie Dmowskiego i Tapiwy niczym skandujący tłum w Podziemnym kręgu. W kierunku szarpaniny zaczęło się przeciskać dwóch mundurowych, jeden z nich poprosił przez krótkofalówkę o wsparcie.
Kilkadziesiąt metrów dalej dwie studentki szkoły aktorskiej opuszczały właśnie stanowisko kontroli bezpieczeństwa. Dziewczyny szły, po drodze zakładając ściągniętą przed chwilą biżuterię i śmiejąc się, pewnie z tego, że w taki dzień jak dziś można by przejść tę kontrolę nawet z żywym lwiątkiem w plecaku. Nie przewoziły niczego nielegalnego, ale zawartość ich bagażu mogłaby wzbudzić zainteresowanie kontrolerów, gdyby nie dzisiejszy chaos.
Przy ruchomych schodach do studentek dołączył chudy brunet z torbą fotograficzną przerzuconą przez ramię. Cała trójka wjechała na górę i skierowała się do bramki numer dwa, przed którą gromadzili się pasażerowie lecący do Rzymu.
Zaczęli przeciskać się przez gromadkę dzieciaków kotłujących się niczym cząsteczki w ruchu Browna, z tą różnicą, że nad cząstkami, które Brown obserwował pod mikroskopem, nie próbowały zapanować dwie zakonnice. Wyglądało to na katolicką wycieczkę, wyjazd chóru dziecięcego, jak się za chwilę okazało, kiedy niebieskooka blondyneczka zaczęła nucić "Raduj się, świecie, przyszedł Pan...", wciągając w to radowanie się dwa tuziny niewinnych buziek. Ku uciesze obu sióstr zakonnych i niemej rozpaczy pozostałych współpasażerów.
Studentki spojrzały tylko badawczo w stronę zakonnic, po czym cała trójka zajęła najbardziej oddalone od wycieczki miejsca, naprzeciwko dwóch nieco steranych życiem czterdziestolatków i ich tak samo sfatygowanych toreb, w których, sądząc po kształcie, były kamery telewizyjne. Wyższa z dziewczyn, Kasia Dobycz, dobrze znała ten typ. Jej ojciec był cenionym w warszawskim środowisku scenarzystą filmowym.
Popatrzyła w górę, w stronę tarasu widokowego. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po grupie rodziców, którzy czekali, aby pomachać swoim pociechom przed lotem, skrzyżowało się na chwilę ze spojrzeniem wysokiego blondyna w szarej koszuli, po czym powędrowało niżej, na sąsiednie fotele, gdzie pewnie spodziewała się wypatrzyć jakąś znajomą telewizyjną twarz. Nikogo nie dostrzegła. Jolanta Sykiel, rudowłosa gwiazdka z popularnego komercyjnego kanału, która miała lecieć z dwoma operatorami do Rzymu, kończyła właśnie kawę piętro niżej. Moszcząc się wygodnie na skórzanej kanapie w strefie VIP przy płycie lotniska, drugi raz wertując ten sam numer miesięcznika dla podróżnych i starając się nie naruszyć starannego make-upu.
O 16.10 było już wiadomo, że ani Tapiwa, ani siwy pięćdziesięciolatek nie pojawią się dziś w Berlinie. Do ich spacyfikowania nie wystarczyli wezwani funkcjonariusze straży granicznej - dwóch pracowników lotniska musiało włączyć się do pomocy.
O 16:15, co do sekundy, zaczęła się kontrola paszportów przy bramce numer dwa. Koledze studentek udało się zająć miejsce na początku kolejki.
O 16.26 w drzwiach lotniskowego VIP Lounge'u pojawił się srebrnosiwy elegancki mężczyzna w towarzystwie dwóch goryli.
Zatrzymali się w progu, jakby zaskoczeni brakiem oficjalnego przyjęcia. Elegancki mężczyzna stał niewzruszony niczym watykański kardynał, czekający cierpliwie na należne mu honory. Jego ochroniarze zaczęli rozglądać się po wnętrzu, mrużąc oczy i groteskowo marszcząc czoła, jakby się spodziewali, że za jedwabnymi zasłonami i skórzanymi fotelami faktycznie ukrywa się jakiś zbłąkany snajper. Nie minęło dziesięć sekund, a nie wiadomo skąd podpłynął do nich starannie uczesany młody brunet w garniturze i usłużnie odholował całą trójkę kilkanaście metrów w głąb pomieszczenia, gdzie wypowiedział do nich parę zdań po włosku. Siwy mężczyzna słuchał przez chwilę cierpliwie, po czym zmierzył swojego rozmówcę wzrokiem, sięgnął do kieszeni marynarki i z nonszalancką miną wręczył mu paszport. Pewnie zdziwił się, że dotyczą go tak przyziemne czynności, jak kontrola dokumentów. Nikomu o zdrowych zmysłach nie przeszłoby przecież przez myśl, że w papierach Vittoria Fusaro, włoskiego miliardera związanego z branżą energetyczną, mogłoby być coś nie tak.
Jolanta Sykiel zerknęła przelotnie w kierunku włoskiej delegacji, jakby byli mniej interesujący od lotniskowego magazynu, który znała już chyba na pamięć. Vittorio też ją zauważył, długonoga prezenterka stanowiła jego jedyne towarzystwo w strefie VIP, nie licząc obsługi lotniska i ochroniarzy. Nie zagadnął jej jednak. Włoch przybył do miasta incognito i tak miało pozostać.
Z tego samego powodu poruszał się komercyjnymi liniami. Od pewnego czasu loty jego prywatnego odrzutowca były pilnie śledzone przez lewicowych włoskich blogerów, którzy wytykali mu każdy kilogram CO2 wyemitowany do atmosfery. Daremny wysiłek. To firmy wydobywcze, którymi kierował Vittorio, stanowiły sedno problemu. Gdyby ucywilizował je choć w połowie, mógłby na swoje spotkania latać pustym jumbo jetem, a i tak planecie wyszłoby to na dobre.
Miliarder dwa dni temu przyleciał do Warszawy, a później udał się do Wrocławia, gdzie na obrzeżach starego parku, w mało znanym instytucie górniczym odbył ważne spotkanie z przedstawicielami polskiego rządu. Poniemiecki park mógł się podobać Fusaro. Multimedialna fontanna, rzadkie gatunki drzew, nowoczesne centrum konferencyjne wmontowane w zabytkową zabudowę. A najbardziej mogło mu się podobać to, że pomimo unijnych zaleceń i protestów ekologów polski rząd nadal próbuje kombinować pod stołem w sprawie wydobycia gazu łupkowego. I że jego firma może sporo na tym zarobić.
Trzeba sobie jakoś radzić w czasach wzrastającej świadomości ekologicznej. Czy, jak to lubił w prywatnych rozmowach nazywać Vittorio, "pieprzonego ekoterroryzmu".
Wybiła 16.30.
Jolanta spojrzała na zegarek, po czym wyszperała w torebce paczkę slimów oraz zapalniczkę i ruszyła w stronę wyjścia. Fusaro, stary palacz, zauważył jej ruch i zrobił to samo.
Po drugiej stronie szklanych drzwi, które oddzielały VIP Lounge od płyty lotniska, rosła kolejka pasażerów, za których vipostwo nikt nie chciał zapłacić. Brunet z torbą fotograficzną, który wcześniej szedł ze studentkami, zachowywał się, jakby miał jakiś problem z kartą pokładową, bo zaczął przetrząsać portfel, stojąc w połowie trapu, co skutecznie spowalniało boarding. Na zajęcie miejsca w samolocie czekało jeszcze dobre trzydzieści osób, głównie par, wybierających się zapewne na romantyczny weekend do Wiecznego Miasta.
Jolanta zapaliła papierosa i omiotła wzrokiem tłumek pasażerów, po czym pomachała do swoich dwóch kolegów, objuczonych sprzętem tak, jakby nie wierzyli w instytucję bagażu rejestrowanego. Mężczyźni zauważyli swoją koleżankę i wykonali kilka kroków w jej kierunku, wychodząc z kolejki.
Dziennikarka odwróciła się od nich, zgasiła papierosa i cofnęła się o parę metrów, jakby czegoś zapomniała, po czym zaczęła nerwowo przeszukiwać niewielką podróżną walizkę, tarasując przy tym wejście do VIP Lounge'u. I odcinając drogę ucieczki włoskiemu miliarderowi, ale nawet jego gorylom nie przeszło to wtedy przez myśl.
Kasia razem z koleżanką przecisnęły się na skraj kolejki i stanęły plecami do samolotu i wsiadających do niego pasażerów. Znalazły się kilkanaście metrów od miejsca, w którym stał Fusaro.
Pora na pieprzony ekoterroryzm.
Z rozpiętych już wcześniej plecaków wyjęły transparenty z napisami "CLIMATE KILLER" i "NIE dla brudnej energii w Polsce". Ich stojący na schodach kolega z organizacji ekologicznej wycelował obiektyw aparatu w kierunku miliardera. Jolanta Sykiel dyskretnie usunęła się z kadru, chowając się za drzwiami VIP Lounge'u i pozostawiając w przejściu rozbebeszoną walizkę. Operatorzy telewizyjni zaczęli wyciągać kamery z toreb. Ich obecność na lotnisku nie była zbiegiem okoliczności. Kompromitujące Fusaro nagranie miało szansę przebić się nawet do międzynarodowych serwisów informacyjnych. Niestety, nikt nie miał pojęcia, że dziewczyny podbiegną do miliardera topless.
Stojąc tyłem do pasażerów, studentki zrzuciły koszule i ruszyły w stronę Włochów, prezentując na młodych ciałach namalowane farbami kolejne hasła i logo organizacji w kształcie kuli ziemskiej.
Ochroniarze Fusaro wahali się o kilka sekund za długo, patrząc nieufnie w kierunku bezpańskiego bagażu pozostawionego przez dziennikarkę, po czym zaczęli odciągać swojego szefa dalej od walizki, czyniąc go jeszcze łatwiejszym celem dla kamer. Próbowali oddzielić zdezorientowanego miliardera od aktywistek, ale wyglądało to dość komicznie, bo bardzo starali się nie dotykać półnagich dziewczyn, wiedząc, że są filmowani. Te z kolei robiły wszystko, aby znaleźć się z transparentami tuż przy twarzy Vittoria.
Szło im nieźle. Lotniskowi ochroniarze nie wrócili jeszcze od Tapiwy i Dmowskiego, więc opanowanie szamotaniny zajęło obsłudze i gorylom Fusaro prawie minutę. Za długo. Zdecydowanie za długo, operatorzy i fotograf mieli swoje kadry. I nie tylko oni, wielu spośród czekających na płycie pasażerów uwieczniło ten cyrk na swoich telefonach.
- Czy was pochrzaniło zupełnie?! Chore jesteście? Dzieci tu są, małe dzieci siedmioletnie nie muszą oglądać waszych cycków! - wrzasnęła jedna z zakonnic w kierunku dziewczyn, zanim zniknęły za drzwiami VIP Lounge'u, eskortowane przez ochronę. Studentki musiały nie zauważyć sióstr, które zaczęły wyprowadzać swoją rozśpiewaną gromadkę dosłownie na kilka sekund przed akcją. Druga zakonnica starała się pilnować, aby te z dzieci, które zdążyły znaleźć się na płycie lotniska, miały zasłonięte oczy. Nie było to łatwe, część aniołków ewidentnie nie wiedziała, dokąd wiodą schody, których pierwszym stopniem jest ciekawość.
- Tak nas Pan Bóg stworzył! - odkrzyknęła odurzona adrenaliną Kasia. I pokazała zakonnicy środkowy palec.
- Golasy! - krzyknął najodważniejszy z chórzystów, zapewne sądząc, że po takim wyzwisku dziewczyny długo się nie pozbierają.
O 16:42 Kasia Dobycz i jej koleżanka, aktywistki z organizacji EkoBunt, okryte służbowymi polarami z logo lotniska, siedziały w kajdankach w pomieszczeniu Straży Granicznej, z poczuciem dobrze wykonanej roboty. Ich kolega, bez kajdanek, ale i bez skonfiskowanego chwilę wcześniej aparatu, siedział obok. Niewzruszony, bo wszystkie zdjęcia zdążył wysłać na umówionego maila zaraz po ich wykonaniu.
Jolanta Sykiel kategorycznie odmówiła zniszczenia zarejestrowanych przez jej ekipę materiałów wideo, powołując się na interes społeczny. I podkreślając, jak się cieszy, że uda jej się nagłośnić niezgodne z zaleceniami unijnymi działania polskiego rządu dzięki zupełnie przypadkowej obecności na miejscu. W którą to przypadkowość oczywiście nikt jej nie uwierzył. Po czym, już przy użyciu wozu transmisyjnego, który też zupełnie przypadkowo przejeżdżał niedaleko lotniska, nadała lajfa na kanał ogólnopolski.
O 16:45 spocony jak rzadko Vittorio Fusaro mógł w końcu napić się czegoś mocniejszego na pokładzie pierwszej klasy lecącego do Rzymu samolotu, który właśnie wzbijał się w powietrze.
O 16:50 pierwsi czytelnicy polskich portali informacyjnych dowiedzieli się o aferze.
O 16:55 pani Alfreda dowiedziała się, że definitywnie nie poleci tego dnia do Londynu.
- Ma pani jak wrócić do domu? Może zadzwoni pani po tego wnuka czy zięcia? - próbowała się litować nad staruszką Emilia Mitera, która odprawiła już wszystkich swoich pasażerów i, chyba za sprawą wyrzutów sumienia, poświęciła dobre dwadzieścia minut na wysłuchanie historii pani Alfredy i jej rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem wnuków.
- Tak, dziękuję. Wnuk już gdzieś tu jest. Dzwoniłam do niego przed chwilą - odpowiedziała Alfreda, już spokojniejsza, jakby pogodzona z biegiem wydarzeń, po czym otarła chusteczką resztki łez. - O, dzwoni. - Wyciągnęła dłoń z komórką dla seniorów. - Podjechałeś pod wejście? Dobrze.
Rozłączyła się.
- To ja idę pod wejście, do widzenia pani - rzuciła w kierunku Emilii z lekkim wyrzutem.
- A bagaż? Proszę, tutaj, będzie pani łatwiej. - Emilia wyszła zza blatu i pomogła staruszce rozłożyć rączkę w niewielkiej walizce, którą dopiero co udało się sprowadzić z powrotem.
- A tak, widzi pani, bym zapomniała, a tam przecież paszport mam i klucze... Ja już, kochana, muszę usiąść w domu, wziąć coś na uspokojenie. Jeszcze ten upał...
- No oczywiście, rozumiem. Przykro mi, proszę pani, że tak wyszło, ale wie pani, można na za tydzień kupić bilety do Londynu w całkiem dobrej cenie. Wnuki się chyba nie wyprowadzają jeszcze z tej Anglii...
- Tak, tak, można, ano można... - pokiwała głową pani Alfreda i ruszyła w kierunku parkingu, ciągnąc za sobą walizeczkę niczym babciny wózek na zakupy.
Przed budynkiem terminalu stał lśniący nowością czerwony opel astra. Wysiadł z niego wysoki blondyn w szarej koszuli, skrzywił się, rażony światłem odbitym od wielkiego białego słupa, na którym wspierała się konstrukcja dachu lotniska, po czym odebrał od staruszki bagaż. Był to ten sam blondyn, którego zauważyła Kasia Dobycz, gdy stał na tarasie widokowym w hali odlotów.
Pani Alfreda usiadła na miejscu pasażera.
- Weź mi to, kochany, bo zaraz naprawdę ogłuchnę od tego ustrojstwa - powiedziała, zdejmując zza ucha plastikową atrapę aparatu słuchowego, w której ukryty był nadajnik. - A ty co, samochód zmieniłeś?
- Wynajęty, pani Alfredo. Przecież mnie tu w ogóle nie było - odparłem, schowałem nadajnik do kieszeni i ruszyłem w stronę szlabanu.
***
Częścią dealu z panią Alfredą było zobowiązanie, że odwiozę ją pod sam dom, bo nie przepadała za taksówkarzami. Drugą część dealu zaraz za lotniskiem wręczyłem jej w kopercie, właśnie przeliczała. Pozostali odpowiedzialni za skupienie uwagi ochrony, Tapiwa i Dmowski, wybrali przelew. Oczywiście nie z mojego konta.
Jechaliśmy dwupasmową drogą, mijając hale magazynowe tak wielkie, że pod ich dachami można by spokojnie odtworzyć typową polską wioskę, z obowiązkowym boiskiem na rozgrywki B-klasy. Sięgnąłem do kieszeni koszuli i wyćwiczonym ruchem wydobyłem z paczki davidoffa. Otworzyłem okno, przez które wcisnął się podmuch sierpniowego wrocławskiego powietrza. Orzeźwiający jak wydech odkurzacza.
- Nie przewieje pani? Papierosa? - rzuciłem w stronę staruszki, bo wiedziałem, że pani Alfreda, podobnie jak ja, czuła się zbyt młoda, aby rzucać.
- Co mówisz? O widzisz, babcia sobie zapali. Mam swoje - odparła, kiedy podsunąłem jej paczkę. - Wszystko się zgadza - dodała, potrząsając kopertą, po czym schowała pieniądze do torebki. Wyciągnęła z niej granatową paczkę, chyba gauloisesów, i opuściła szybę po swojej stronie. Zbliżaliśmy się do centrum miasta z nadmierną prędkością, trzydziestotrzyletni spec od brudnego PR i osiemdziesięcioletnia emerytowana księgowa. Paląc nielegalnie w czerwonym oplu z wypożyczalni i odzyskując spokój po dobrze przeprowadzonej akcji, jakbyśmy co najmniej obrabowali bank. Cóż, jaki Clyde Barrow, taka Bonnie Parker.
Przełom. W końcu. Po trzech latach prób zdyskontowania sukcesu przy sprawie Tovali, po trzech latach pracy dla wszystkich wiodących klientów w mieście tylko po to, aby zorientować się, że we Wrocławiu rzadko trafiają się sprawy sięgające poza szpalty lokalnej "Wyborczej", w końcu wróciło do mnie uczucie, którego doznałem dotychczas tylko kilka razy w życiu. Wchodzę na wyższy poziom. Wreszcie zaczną się telefony z Warszawy... jebać Warszawę. Ekolodzy, dla których pracowałem, mieli podobno za sobą ważne unijne instytucje, a stąd tylko krok do międzynarodowych powiązań. Berlin, Bruksela, Londyn... - Yes, this is S. speaking. Yes, you're calling the right person. Of course, I can help you. Yes, for only two hundred euro per hour... Uśmiechnąłem się do siebie, wiedząc, że mi odbija, ale schodzący stres robił swoje. Moja satysfakcja nie trwała długo. Na wyświetlaczu w aucie pojawił się numer Żaboty.
- Panie mecenasie, melduję wykonanie zadania - zażartowałem. Po drugiej stronie odpowiedziało mi kilka ciężkich oddechów. Miałem wrażenie, że ostatnio zdrowie zaczęło mu szwankować, a przecież do sześćdziesiątki brakowało mu jeszcze paru ładnych lat.
- Młody... nie wkurwiaj mnie - odezwał się w końcu. Myślałem, że się naburmuszył, bo tym razem wyjątkowo pracował pode mną. Zwykle to Żabota był mózgiem i to on miał klientów, ale akurat ekolodzy zgłosili się bezpośrednio do mnie.
- No też się cieszę, że pana słyszę.
- Ja nie żartuję, Młody. Powiedz mi, po co te gówniary się tam rozbierały? Planeta się udusi bez ich cycków w telewizji?
Zmroziło mnie.
- Jak się któryś z tych świętych rodziców uweźmie i będzie miał sprytnego adwokata, to zaraz będę je musiał wyciągać z pierdla za przestępstwo seksualne na dzieciach - ciągnął Żabota. - Sam bym tak to poprowadził na ich miejscu. I jeszcze ta Dobyczówna, z pyskiem do zakonnicy. Skąd ty wytrzasnąłeś te idiotki?
- Przecież te dzieci tam były może przez parę sekund, dopiero wychodziły na płytę.
- No to wyobraź sobie, że w telewizji tak to nie wygląda.
- W jakiej telewizji?! Rozmawiałem z moimi operatorami, nawet tego nie rejestrowali.
- Publicznej, kurwa. Obejrzyj sobie, jak to zmontowali. Jakieś nagrania z telefonów czy inne gówna, widać, jak te biedne bachory oczy sobie zasłaniają. Nikt o łupkach nie będzie rozmawiać, zamiast tego mamy bohaterskie pingwinice, które bronią dzieci przed zgorszeniem. - Zaczął sapać, co oznaczało, że się jego stupięćdziesięciokilowe cielsko nie nadąża za emocjami, które nim targają. - Powiedz mi szczerze - dodał poważnym tonem. - Ty wiedziałeś, że one tam zamierzają cyckami świecić?
- Kurrrwa mać! - wydarłem się, nie zwracając uwagi na towarzystwo starszej pani, bo dotarło do mnie, co powiedział Żabota. Czyli jednak całą robotę szlag trafił. Jebany internet. Jebane dziennikarstwo obywatelskie. Jakiś nadgorliwy fiut zdążył przed startem samolotu wysłać film z dzieciakami na jeden z tych serwisów w stylu "PodpierdolSąsiada24". Ktoś to podchwycił i zaraz może być po nas.
- A co, one się rozebrały na lotnisku? Na mózg im padło? - wtrąciła się pani Alfreda. - Dzień dobry, Andrzejku, bo ja też tu jadę!
- A dzień dobry, pani Fredziu - Żabota spuścił na sekundę z tonu, żeby przywitać dawną znajomą. W latach dziewięćdziesiątych reprezentował panią Fredzię przed sądem. Na tyle skutecznie, że odsiedziała tylko rok z czterech, które jej groziły.
- Wiedziałeś, że się będą rozbierać? - baryton Żaboty ponownie zachrypiał w głośnikach.
- Nie, kurwa! Wybiłbym im to z głowy, gdybym wiedział. Naoglądały się pewnie zachodnich protestów w telewizji...
W głośnikach opla dało się słyszeć tylko ciężkie westchnienie Żaboty.
- Młody. Protest to by, kurwa, był, gdybym to ja się rozebrał. Jak się młoda dupa rozbiera, to chodzi o atencję. Rozpieszczone gówniary. W telewizji mówili, że ci twoi ekolodzy mają niejasne źródła finansowania. Ty ich w ogóle sprawdziłeś dobrze? Bo skoro się rządowa telewizja uaktywnia, to wolę mieć pewność, że pracowałem za złotówki.
- Mają kasę ze składek członkowskich, od bogatych starych i jakieś granty europejskie, tak mi pisali - mruknąłem. - Więc co najwyżej euro, jest bezpiecznie - dodałem, ale bez przekonania. Faktycznie nie sprawdziłem ich dokładnie, bo temat był szybki, a kontakt z polecenia, od starego Kaśki Dobycz, którego znałem od lat.
- Te europejskie granty to z zachodu Europy czy tak bardziej na wschód? - zapytał Żabota z przekąsem.
Zatrzymaliśmy się na światłach, więc odpaliłem na telefonie maila z EkoBuntu.
- "Grant z Europejskiego Komitetu Troski o Środowisko, European Comitee of Environmental Care" - przeczytałem. - Nawet na fakturach mam ujmować nazwę projektu, żeby to mogli rozliczyć jako marketing czy coś... Brzmi jak unijne, sami mi mówili, że to z europejskich struktur projekt, no to musi być coś unijnego - powiedziałem i wrzuciłem pierwszy bieg.
- Jeszcze raz, jak to się nazywa? - dopytał Żabota, więc powtórzyłem nazwę sponsorów naszego klienta. W tle słyszałem stukot klawiszy, pewnie sprawdzał ich w jakimś rejestrze. Kątem oka zauważyłem, że pani Alfreda pokręciła głową.
- To nie jest nic unijnego, Młody - odezwał się po chwili Żabota. - "Struktury europejskie", kurwa ich mać... To niezależna fundacja z siedzibą w Luksemburgu. Wiesz, kto może sobie założyć fundację o takiej nazwie? - mruknął Żabota.
Wiedziałem, odkąd pomogłem Towarzystwu Animatorów Kultury "Słowik" wygrać miejski przetarg na świetlicę, w której później zrobili klub nocny. Westchnąłem.
- Każdy - powiedziałem, patrząc przed siebie.
- Każdy, kurwa, zwłaszcza jeśli chce coś ukryć. Młody, kurwa... Mówiłem ci, trzymaj się swojego akwenu. Krajowa działka to nie wrocławskie popierdywanie. Sam utoniesz i innych na dno pociągniesz. Dobra, podzwonię, coś się dowiem, dam znać. A ty z łaski swojej gaś ten pożar, bo mi jeszcze zaraz dupę osmalisz. W kontakcie.
- W kontakcie - odparłem i rozłączyłem się. Sięgnąłem do kieszeni koszuli po papierosy i poczułem, że dłonie mam śliskie od potu.
- Tu w prawo! - krzyknęła mi do ucha pani Alfreda, bo o mały włos zapomniałbym skręcić na jej osiedle.
Zajechałem przed rząd dość nowych, odważnie pomalowanych bloków, czując, jak koszula oblepia mi mokre plecy. Pomogłem pani Fredzi wejść do bramy z walizką.
- No już, dzięki, dalej sobie poradzę, mamy windę. Co za gorąc, Boże kochany. - Zasapała się trochę, robiąc te kilka kroków od samochodu. - Dobrze chociaż, że mnie do tego Londynu nie wysłali. Co ja bym tam robiła?
Uśmiechnąłem się ponuro i wzruszyłem ramionami.
- Byliśmy na to przygotowani.
- Ale na świecenie cyckami nie byliście - odparła z prostotą charakterystyczną dla kobiet z jej pokolenia, po czym niemal po papiesku skinęła mi ręką na pożegnanie i ruszyła w głąb korytarza dziarskim jak na osiemdziesięciolatkę krokiem. Alfreda Kornelia S., pseudonim "Petro-Nela". Była księgowa. Mafii paliwowej.
Wróciłem do opla i wyjąłem z bagażnika laptopa, położyłem go na dachu auta, po czym wetknąłem do komputera modem GSM i poczekałem, aż połączy się z siecią. Zawsze kradł mi te kilkanaście sekund życia, więc zabijałem czas, postukując nerwowo w czerwony dach samochodu i wsłuchując się w swój krótki oddech. Zza szyby usłyszałem dzwonek komórki, którą zostawiłem na siedzeniu. Pewnie Jolka Sykiel. Miała dać znać, kiedy mogę przyjechać po nadajnik, podobny do tego, który miała pani Fredzia. Mój znajomy, szef ochrony giełdowej spółki, wypożyczył mi trochę swojego sprzętu. Sięgnąłem po telefon. Na wyświetlaczu był numer mojego ojca.
- No cześć, synuś, możesz rozmawiać?
- Yyy... Jasne - powiedziałem, wiedząc, że ojciec nie dzwoni z pierdołami. Kątem oka zauważyłem, że komputer nawiązał w końcu połączenie i przeglądarka wyświetliła mi główną stronę telewizji publicznej. Niemożliwe. Jesteśmy na czołówce.
- No byłem u tej lekarki, mówiłeś, żebym zadzwonił do ciebie, jak wyjdę - zaczął ojciec.
"Skandal. Nagi ekoprotest na oczach dzieci". - Nagłówek nie napawał optymizmem.
- No, no...No! No właśnie, miałeś dzwonić. I co powiedziała? - Nie mogłem się powstrzymać i kliknąłem w tytuł, po czym zacząłem skanować tekst.
- Powiedziała, że wyniki PSA nie są tragiczne. Ale kazała mi pójść na scyntygrafię.
- Skurwysyny - syknąłem i kopnąłem z wściekłości oponę samochodu, aż jakiś wyprowadzający psa facet zaczął mi się przyglądać. Nazwa Gruppo Fusaro nawet nie pojawiła się w artykule, cały ciężar sprawy został przeniesiony na wybryk studentek i te nieszczęsne dzieciaki.
- Nie no, nie można tak mówić, synek. Ja już wolę, jak wysyłają na badania, a nie jak u Józka było, że dwa lata chodził...
- Zaraz. Czekaj. Przepraszam cię, tato, ale mam zamieszanie w pracy i się nie skoncentrowałem. - Potrząsnąłem głową, zatrzasnąłem klapę laptopa i odszedłem kilka kroków od samochodu. Zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Że właśnie rozkręca się ogólnopolska spirala histerycznego oburzenia na wydarzenie, którego bądź co bądź byłem pomysłodawcą. I że to nie jest w tej chwili najważniejsze. Wziąłem powolny wdech, zrobiłem powolny wydech, a potem z wysiłkiem przestawiłem rozpędzony skład pesymistycznych myśli na właściwe tory.
- Możesz powtórzyć? Dlaczego ona cię znowu wysyła na scyntygrafię?
- Nic wielkiego, synek.
- No ale wysłała cię na badanie.
- Synek, zapytała mnie, czy mnie boli w kościach. No wiesz, synek, każdego w moim wieku coś boli...
- Nie mówiłeś...
- ...i coś mi ta prawa noga dokucza od pewnego czasu... faktycznie... ale może to od pogody. No w każdym razie kazała sprawdzić. Więc daję ci znać, jak prosiłeś. Termin dopiero za miesiąc, więc... - Ton głosu ojca był spokojny, niemal pogodny.
- Nie mówiłeś, że boli cię noga - powiedziałem z wyrzutem, jakby to, że mi o tym nie powiedział, zwiększało ryzyko powikłań. - Badanie zrobimy prywatnie, od ręki. Jeszcze raz, co ta pani onkolog powiedziała dokładnie o twoich wynikach PSA?
Porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ojciec zreferował mi wizytę, po swojemu, bez zbędnych ozdobników. Kiedy się pożegnaliśmy, wyciągnąłem z kieszeni koszuli prawie puste pudełko davidoffów i wytrząsnąłem ostatniego papierosa na nadal mokrą od potu dłoń. Spojrzałem na zamkniętego laptopa. Wiedziałem, że widok, który zobaczę po jego otwarciu, to już nawet nie będzie pożar, tylko boschowskie piekło. Armagedon, którego ogarnianie wciągnie mnie bez reszty i odetnie od myśli o czymkolwiek innym. Jebać to. Równie dobrze mogę poświęcić teraz pięć minut na sprawy rodzinne, a później wrócić do walki. Przynajmniej nie zapomnę. Odrzuciłem połączenie od dobijającego się Żaboty i wykręciłem numer doktora Jesionowskiego, z którym od operacji konsultowałem wszystko, co dotyczyło leczenia ojca.
Dwadzieścia minut później siedziałem w bistro sieciowej stacji benzynowej. Na niedokładnie wytartym stoliku leżała nowa paczka fajek, obok stały dymiący kubek z kawą i otwarty laptop. Na ekranie laptopa apka do monitoringu mediów terroryzowała mnie czerwonym licznikiem cytowań niczym rosnącą liczbą ofiar wirtualnej katastrofy.
Dużo wyników. Sezon ogórkowy w pełni, liczyliśmy na zainteresowanie, choć nie z takim przekazem. Serwis stacji, w której pracowała Jola Sykiel, trąbił o łupkach i niecnych układach naszego rządu z Gruppo Fusaro, ale prawie wszystkie "spady", czyli pisane na bazie oryginalnych newsów materiały w innych redakcjach, powtarzały narrację publicznej stacji, poświęcając więcej miejsca zgorszonym dzieciakom, a dziwnie łatwo zapominając o kontekście i istocie sprawy. "Córka znanego scenarzysty obnażyła się przed dziećmi z chóru kościelnego" - dwa takie same nagłówki na dwóch różnych portalach, i to nawet nie był "Super Express". Jeszcze gorzej było w social mediach. Wyniki z forów prawie wszystkie na czerwono, mnóstwo histerii, wymądrzania się i błędów ortograficznych. Polska klasyka.
Aplikacja podawała mi wyniki w czasie niemal rzeczywistym, ludzie byli faktycznie wkurzeni, bo liczba komentarzy rosła lawinowo i zajmowała kolejne fora i profile, jak ogień podczas pożaru. Za długo w tym siedziałem, aby nie zauważyć, że ktoś ten ogień podsycał i pomagał mu się rozprzestrzeniać. I że robił to, niestety, bardzo fachowo. Każdy komentarz zwracający uwagę na sedno sprawy był merytorycznie neutralizowany w ciągu kilku minut. Natomiast wszelkie głosy oburzenia od razu dostawały plusy, lajki albo słowa wsparcia. Też miałem swoich trolli, a jakże, ale wyglądało to na pojedynek delfina z wielorybem, i to takim, który miał nieograniczony dostęp do pieniędzy. Gorzej, że zwykłe rybki też były w większości przeciwko nam.
"dewiantki jakieś! Te dzieci są skrzywdzone na całe życie"
"biedne maluchy :((( "
"Głupie s*ki, takich miejsce jest w burdelu. Osoobiście zastanawiam się, po co w ogóle Nas o tym informujecie i dlaczego promujecie takie zachowania. Z niesmakiem zauważam jak ta gazeta zeszła na psy..."
Kliknąłem na zielony filtr "sentyment pozytywny".
"Ja tam bym nie miał nic przeciwko, gdyby mi w szkole tak zaprotestowały XD"
"haha, rewelacja! zakonnice wzięły dzieciaki na przyśpieszone zajęcia z wychowania do życia w rodzinie. a podobno katolickie wychowanie jest nudne"
"Drogie Panie, zapraszamy do protestów przed naszym akademikiem. Obiecujemy, będziemy sortować śmieci. Mieszkańcy DS Sparta"
Wyjąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do Żaboty. Zajęte. Odpaliłem szyfrowaną aplikację, przez którą kontaktowałem się z Jolką Sykiel. Coś długo nie dawała znać, a muszę przecież odebrać od niej sprzęt, przez który się łączyliśmy. Trzy długie sygnały, w końcu odebrała.
- Cześć, Jola. Yy... Kurwa... Dzięki za robotę, czytałem... wszystko jest... wszystko jest git, trochę nam ktoś tu miesza, ale z waszej strony wszystko spoko. Gdzie mam podjechać po...
- No właśnie nie jest git, S. Nigdzie nie podjeżdżaj, bo suszą mi łeb od godziny, że nie skręciliśmy tych dzieciaków i że na pewno wzięłam od ekologów kasę na boku. - Głos jej się trząsł, faktycznie źle to wyglądało w zestawieniu z materiałem z telewizji publicznej.
- Nie wzięłaś od ekologów ani grosza, skupiłaś się na interesie społecznym, byliście w stresie, więc nie zauważyliście od razu dzieci, operatorzy stali do nich przecież tyłem. A działania telewizji publicznej mogą być inspirowane przez rządowych specjalistów od wizerunku, którzy głupim wypadkiem próbują przykryć znacznie poważniejszy, zgubny dla środowiska i polskich relacji międzynarodowych problem - wydusiłem jednym tchem, starając się jednocześnie uspokoić ją sztuczną pewnością w głosie.
- Wiem, ja im to powtarzam, ale... Możemy stracić robotę... - Zaczęła szlochać do słuchawki. Nie znaliśmy się dobrze, nigdy wcześniej nie słyszałem jej w takim stanie. Nie była w najgorszej sytuacji, w końcu faktycznie działała w interesie społecznym. A kasę wzięła nie od ekologów, ale ode mnie, a właściwie nie kasę, tylko opłacony gotówką rok prywatnej szkoły dla córki. Trudne do wyśledzenia.
- Dzwonił do mnie dziwny gość z jakiejś agencji rządowej. Ludczyński czy coś w tym guście. I pytał, czy cię znam...
Nazwisko nic mi nie mówiło.
- No nie znasz mnie. Po prostu.
- To ode mnie usłyszał. Ale mi nie uwierzył chyba. Jakiś dziwny był... S., ja chyba zgubiłam ten nadajnik, który mi dałeś...
Zamarłem.
Żabota miał rację. Moja próba wypłynięcia na szersze wody zaraz się skończy posłaniem na dno we własnym porcie.
Mówi Rudy
Polska to taki kraj, gdzie zaskakująco dużo ludzi przeżywa zaskakująco dużo emocji z powodów zaskakująco nieistotnych. Czy to piłka nożna, Kościół katolicki czy polityka - rozczarowanie jest pewne, różni się tylko stopień wyrafinowania. Kibicowanie polskim drużynom dostarcza rozczarowań prostych i intensywnych. Emocjonowanie się polityką - rozczarowań złożonych, ale nie bardziej niż fabuła kreskówki na Polsacie. Z kolei Kościół katolicki to rozczarowanie tak wyrafinowane, że chciałoby się powiedzieć: wyuzdane. Wszystko to lubi piękne areny, pompę, duże zgromadzenia ludzi, zainteresowanie mediów, profesjonalne zatroskanie ekspertów. Wszystko to lubi twoje pieniądze, twój czas i twoją uwagę. I wszystko to okazuje się nie mieć realnej wartości, o czym przekonujesz się, gdy jakiś urlop czy choroba odłączy cię od tego poidełka z emocjami.
Z tych trzech branż najlepiej płaci polityka. Bo ma najszerszą grupę docelową. Możesz nie interesować się sportem, możesz nie chodzić do kościoła, ale nie uciekniesz od polityki.
Polityka jest jak fauna. Pojawia się wszędzie na ziemi, gdzie jest życie i miejsce na ruch. I zawsze rozwija się w najbardziej bujnej formie, na jaką pozwala otoczenie. Trudno byłoby mi robić to, co robię, w takiej Norwegii czy w Australii, gdzie trudne warunki środowiskowe przez pokolenia wychowały narody, z których całkiem duża część zwraca uwagę na rzeczywistość i argumenty. Ale na polskiej, żyznej w histeryków równinie to polityka zapewnia trudy i napięcia. Wyrasta bujnie, podlewana emocjami przez sprawnych ogrodników z zewnątrz i najemnych ogrodników z wewnątrz, takich jak moja skromna osoba. Kocham pracować z Polakami. Polski wyborca woli śnić snem, którego my jesteśmy architektami, zamiast obudzić się, przetrzeć oczy i popatrzeć na rzeczywistość. Przeciętny polski wyborca nie obudziłby się nawet, gdyby rzeczywistość zakradła się do niego i wyruchała go w tyłek statywem do kamery telewizyjnej.
Piątek, 2 września 2016 roku
-
Czy znasz to uczucie? Siedzisz sobie w jakimś obcym miejscu, powiedzmy, w autobusie, w kawiarni i nagle kilka metrów od siebie zauważasz super dziewczynę. Elegancko ubrana, ładne długie włosy, subtelny makijaż, no - ma wszystko, co trzeba, dziesięć na dziesięć, totalnie twój typ. I myślisz sobie, kuźwa, no zagadałbym, ale jak to tak, przy obcych ludziach? Pewnie mnie wyśmieje, ona taka ładna i elegancka, a ja - to taki ja, nic specjalnego, gdzie mi tam do niej... No i tak tylko zerkasz w jej stronę i nagle widzisz, że ona też cię zauważyła. I - uwaga - uśmiecha się do ciebie. Spuszczasz wzrok, bo myślisz, że ci się zdawało, ale po chwili patrzysz znowu w jej stronę i wasze spojrzenia znów się spotykają. Ewidentnie cię obczajała. I myślisz sobie... to jest ten moment... Teraz albo nigdy! Już masz wstać, ale w tej samej chwili w twojej głowie pojawiają się wymówki. Że pewnie to pomyłka. Że na pewno za tobą siedzi jakiś przystojniak i do niego ten uśmiech. Że błazna z siebie zrobisz przy ludziach... Więc może faktycznie lepiej nigdy?... I zamiast się ruszyć, wlepiasz wzrok w ekran komórki i scrollujesz sobie piętnasty raz jakieś fejsbuki czy inne gówno. Nagle czujesz, że ktoś dotyka cię w ramię. Podnosisz wzrok, patrzysz, a to ona, ta świetna laska. Wychodzi, ale najpierw podeszła do ciebie. I podaje ci jakąś karteczkę. Nachyla się nisko, czujesz jej perfumy... widzisz, że na karteczce jest coś napisane. Jej numer. I słyszysz, jak zmysłowym głosem mówi ci do ucha ciche "zadzwoń". I wychodzi. Widzisz to? Znasz to uczucie? Możecie otworzyć oczy.
Nosowy głos prowadzącego odbijał się od ścian przestronnego salonu dość wieśniacko urządzonego penthouse'u na ostatniej kondygnacji bloku w centrum Krakowa. Na skórzanych sofach, fotelach i kilku dostawionych plastikowych krzesełkach siedziało kilkunastu facetów w różnym wieku. Większość wlepiała wzrok w czubki swoich butów. Nikt się nie odzywał.
- Czyli nikt nie zna takiego uczucia? - prowadzący kontynuował. - No ja też nie znam. Bo takie sytuacje się nie zdarzają. Chyba że wyglądacie jak Brad Pitt albo jak milion dolarów. Życie tak nie wygląda, panowie, i dobrze o tym wiecie, skoro tu dziś przyszliście. Co nie znaczy, że nie możecie poderwać każdej kobiety, która wpadnie wam w oko. Możecie, ale musicie poznać technikę i, przede wszystkim, wziąć się do działania.
Paru gości z zainteresowaniem przeniosło spojrzenia z własnych butów na prowadzącego. Mój sąsiad z prawej, niewysoki okularnik, którzy przedstawił mi się jako Kosiu, westchnął tylko pod nosem i nadal czubkiem trekkingowego zamberlana walczył z zagiętym kawałkiem wykładziny, jakby po to tu właśnie przyjechał.
- Musicie uwierzyć w zasadę - ciągnął prowadzący - którą każdy artysta podrywu ma wyrytą na dnie czaszki. Nie ma kobiet, których nie da się uwieść. Są tylko pizdowaci faceci, którzy nie chcą albo nie potrafią tego zrobić. Mówią na mnie Anioł i w ramach kursu "Rok Tygrysa" zabieram was w trzydniową podróż w głąb pragnień kobiecej duszy. Zapnijcie pasy. I pożegnajcie swoje dotychczasowe życie - dodał, obniżając głos i lustrując słuchaczy, jakby próbował zajrzeć wszystkim naraz w oczy. Stał na szeroko rozstawionych nogach, na tle wielkiego rollupa z nazwą szkolenia, adresem strony internetowej i stockowym zdjęciem na wpół roznegliżowanej kobiety. Wszystko do kupy wyglądało trochę jak kadr z telezakupów dla dorosłych. Część uczestników nadal patrzyła nieufnie, ale niektórzy kiwali z uznaniem głowami, ktoś nawet wyciągnął notatnik.
Przyglądałem się prowadzącemu, wciśnięty między czterech innych gości na spektakularnej sofie. Chudy cwaniak koło trzydziestki, o dość przeciętnej, pociągłej twarzy, którą starał się ratować fantazyjnym stylem - przyciętą brodą a la Van Dyke, fryzurką z barber shopu i czerwonymi kanałami w uszach, które w jakiś osobliwy sposób komponowały się z jego casualową marynarką. Z drugiej strony, gdyby wyglądał jak model Calvina Kleina, nie byłby wiarygodny w roli trenera podrywu. A podobno był najlepszy w kraju. Podobno uczył uwodzenia od dziesięciu lat i wychował sobie rzesze następców, którzy zakładali własne szkoły. Podobno zawsze wchodził do klubu sam i nigdy nie wychodził bez pary. Podobno miesiąc temu poderwał na oczach byłego piłkarza reprezentacji jego własną narzeczoną, w jego własnym lokalu. I podobno ten były piłkarz obiecał mi trzydzieści tysięcy złotych w gotówce za to, żeby gościa dożywotnio skompromitować.
Durne zlecenie, ale po wpadce z ekologami nie mogłem wybrzydzać.
Rozejrzałem się po apartamencie, aby kolejny raz upewnić się, że nie natknę się na nikogo znajomego. Z jakiegoś powodu mojemu klientowi bardzo zależało, abym osobiście obejrzał ten cyrk. Zapłacił za mój udział w szkoleniu kilka tysięcy złotych, większość pewnie trafiła do kieszeni Anioła. Dość specyficzne podejście do zemsty.
Z mojej lewej siedział nadpobudliwy tłuścioszek w T-shircie z amorkiem i optymistycznym napisem: "I fuck on the first date". Niejaki Dżordżu, jak mi się przedstawił, "od imienia Grzesiek, bo koledzy w technikum nie znali angielskiego, he, he". Sympatyczny gość, choć swoim ciężarem ugniatał sofę tak, aż momentami bałem się, że się na niego zsunę. Obok Dżordża rozwaliło się dwóch dobrze zbudowanych, nażelowanych kawalerów. Jeden w jaskrawopomarańczowej koszuli, z wytatuowanym smokiem na przedramieniu, drugiemu przed chwilą zadzwonił telefon muzyczką z Explosion. Nie wyglądali, jakby mogli mieć jakiekolwiek problemy z kobietami. Po prawej wspomniany Kosiu, na oko programista, niski i niezbyt szczupły, ale za to w okularach i w tych górskich butach, w których ewidentnie zamierzał wieczorem zdobyć Rysy. Dalej na fotelach i krzesłach kolejni programiści, jakiś wysoki urzędnik, jakiś przedsiębiorca. Pełen przekrój męskiej populacji tego wesołego jak dziura w chodniku kraju. Nic. Żadnej znajomej twarzy. Ali Baba Anioł i czternastu onanistów pragnących otworzyć sezam do kobiecych... powiedzmy, że serc. Wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, czy nie ma jakichś wieści od Juniora w sprawie naszej inwestycji. Nie zdążyłem.
- Hej, Anioł do ciebie mówi - zwrócił mi uwagę Dżordżu.
Spojrzałem pytająco w kierunku prowadzącego.
- Chodź, zapraszamy cię na środek, zrobimy małe ćwiczenie, które nazywam "Budowa magnetycznego wizerunku". Przyda się nam przed wieczornym wyjściem do klubu, zobaczycie, jak wam to ułatwi zagadywanie do lasek.
Skrzywiłem się tylko, zapominając na chwilę o swojej roli. No jak, kuźwa, czternastu typa na sali i do pierwszego ćwiczenia musi wybrać właśnie mnie?
- Mam taką zasadę, chłopaki, że jak mam złowić kogoś do ćwiczenia, to zawsze biorę gościa, który ma telefon w ręku, aby go trochę ożywić - dodał niby usprawiedliwiająco.
- Może ktoś inny? - zaproponowałem głośno. Junior pisał o kolejnych problemach i nie zdążyłem doczytać, co znowu nas dopadło, a było to dla mnie ważniejsze niż mój niedostatecznie magnetyczny wizerunek.
- Nie bój się, chodź, chodź. Musicie codziennie robić coś poza waszą strefą komfortu. Codziennie na dwadzieścia procent poza strefą komfortu. Jak się nie da, to chociaż dwa procent. Każdą taką decyzją budujecie wewnętrzną siłę, robicie kolejny krok w kierunku nowego życia, wiecie, nowych doświadczeń, sukcesów w relacjach... No dawaj, zobaczysz, to wyjście cię otworzy.
Wstałem, ociągając się. Mój plan bycia transparentnym obserwatorem właśnie trafiał szlag.
- Przypomnij mi, jak masz na imię? - zapytał Anioł, gdy znalazłem się obok niego na środku. Czternaście twarzy było zwróconych w moją stronę, a ja próbowałem robić dobrą minę do złej gry.
- Krystian - podałem imię, pod którym zarejestrowałem się na szkolenie.
Anioł wyciągnął w moim kierunku dłoń. Uścisnąłem ją, stary trik na stworzenie poczucia, że stoimy tu tylko we dwóch.
- Czym się zajmujesz, Krystian? - zapytał.
- Tak bez szczegółów może, jestem doradcą, pracuję w branży finansowej - wyrecytowałem wcześniej przygotowaną legendę.
- Okay, jasne, wszyscy jesteśmy tu prywatnie, szczegółów nie potrzebuję, to mi wystarczy. Bo wiesz co, Krystian?
- Hm?
- To widać, że jesteś doradcą w jakimś banku czy coś. Bez urazy, ale twój strój mi to powiedział, zanim wyszedłeś na środek. Jest porządny. Ale jest nudny jak cholera. Szara koszula i dżinsy. Typowy bankowy urzędnik. Myślę, że masz potencjał na więcej.
Ciuchy akurat miałem takie, jakie zwykle noszę.
- Panowie. Jak to mówię, moi umiłowani bracia w podrywie. Zobaczcie, jak jesteście ubrani - kontynuował Anioł. - Nie tylko Krystian, nie. Większość z was: czarny, szary, brązowy, szary, tu kolega okay - wskazał na dresiarza w jaskrawej koszuli - tu znowu czarny, szary, kurwa, bury, bez obrazy, panowie, ale już kolory, w których większość z was tu przyszła, mówią "lubię bezpieczeństwo". Przeciętny człowiek lubi bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo jest ważne. Ale pierwsze wrażenie, które chcecie wywołać na kobiecie, nie ma brzmieć: "to jest przeciętny facet", tylko: "to jest interesujący facet". "To jest niebezpieczny facet". "To jest facet inny niż wszyscy". Nie musicie od razu się ubierać jak pajac, bo jednocześnie chcecie pokazać, że jesteście poważnymi mężczyznami. Ale musicie mieć przynajmniej jeden szczegół. Wiecie, jak paw podrywa samicę. Rozkładając ogon. Wielki, wyjebany, kolorowy ogon, zupełnie niepraktyczny. To może być męska biżuteria. To może być designerski T-shirt. Zegarek? Też. I to nie musi być od razu zegarek za dwie-trzy pensje, to może być kolorowy plastikowy bajer z bazaru za pięć dych. Ale musicie mieć jajcarską historię do niego. Fajne nakrycie głowy, fryzura. Czerwone buty do stonowanego stroju. Coś, co was wyróżni z tłumu, co zwróci jej uwagę, co sprawi, że na chwilę pojawicie się w jej myślach. Ta technika nazywa się "peacocking", od pawia właśnie. I teraz znajdziemy coś dla Krystiana, co będzie jego odpowiednikiem pawiego ogona, a pomoże nam w tym zawodowa stylistka, Matylda.
Jak na komendę drzwi jednego z pokoi uchyliły się i pokazała się w nich przyjemna brunetka. Podeszła do Anioła i stanęła pół kroku od swojego szefa.
- Panowie, to jest Matylda. Święta Matylda, wspomożycielka dziewic męskich. Śmiało, panowie, oklaski, nie bójcie się jej, nie zje was. Pięknych kobiet nie należy się bać. Matylda zawodowo zajmuje się ubieraniem modeli na sesje zdjęciowe i pomoże wam dobrać takie dodatki, że kobiety zaczną zwracać na was uwagę.
Oboje weszli za duży rollup i wytaszczyli zza niego lustro z Ikei oraz wieszak na kółkach, na którym tłoczyły się ciuchy w żywych kolorach.
- Każdemu z was Matylda poświęci czas indywidualnie, ale najpierw chcę, żebyście zrozumieli mój sposób myślenia. Krystian - zwrócił się do mnie - widzisz tu coś dla siebie?
Omiotłem wzrokiem galerię ciuchowych osobliwości, wśród których prym wiodły fioletowa marynarka, skórzana kurtka z frędzlami i wściekle pomarańczowy pluszowy szal w tygrysie pręgi, który wyglądał jak fantazja o tym, co amerykański alfons mógłby założyć na polską zimę.
- Chyba nie. - Spojrzałem na Matyldę, próbując zgadnąć, dla jakiego cyrku są te sesje, przy których pracuje na co dzień. - Może ty coś zaproponujesz? - rzuciłem do niej.
- Hm... Żeby tak za dużo nie zmieniać, może podwiń rękawy i rozepnij jeszcze jeden guzik - zaproponowała, po czym wygrzebała skądś bordowy fular i zawiązała mi go pod szyją, ku uciesze uczestników.
- I jak? - zapytał Anioł.
- Jeszcze tylko bagietka i wąsik! - rzucił jeden z nażelowanych kolegów.
- Żelipapą! - krzyknął drugi.
- Fajnie, duża zmiana, od razu ciekawiej - dodał ktoś inny.
Przejrzałem się w lustrze. Wyglądałem jak kretyn, choć musiałem przyznać, że z tego całego badziewia Matylda i tak wybrała najlepiej. Przyszedł mi do głowy pomysł. Postanowiłem wykorzystać to, że stoję na środku.
- No dobra, ale to bajer dobry na podpitą uczennicę szkoły kosmetycznej na wiejskiej dyskotece - powiedziałem głośno, wskazując na wieszak z osobliwościami - a mnie na przykład interesują kobiety na poziomie - dodałem.
Kilku gości zaczęło mi się przyglądać z zainteresowaniem.
- Słucham? - Anioł był chyba zaskoczony nagłą arogancją Krystiana. Nawet ja byłem.
- No kobiety na poziomie, konkretnie prawniczki - odparłem. Wiedziałem tylko, że była narzeczona mojego klienta była prawniczką. Zacząłem zmyślać: - Wiesz, pracuję niedaleko sądu, jest tam taka knajpa, do której chodzę. Bywa tam taka mecenaska, która mi się podoba, ale jestem pewien, że gdybym podszedł w chuście do koszuli albo w tym tygrysie - wskazałem na pręgowany szal - toby mnie wzięła za palanta.
Matylda pokręciła głową, co mnie nie zdziwiło, bo mogłem ją trochę obrazić, mówiąc o "kobietach na poziomie".
- Mylisz się, chłopie - zaoponował od razu Anioł. - Ale to normalne. Tkwisz jeszcze w starych przekonaniach. To nie ma się podobać tobie czy twoim kolegom. To ma się podobać kobietom. Po to jest właśnie ten kurs "Rok Tygrysa", aby was uwolnić z dotychczasowych uprzedzeń, abyście dzisiaj zaczęli drogę, która przez rok zrobi z was...
- Inteligentnej kobiety, prawniczki na to nie poderwiesz - przerwałem mu. Odgrywany przeze mnie Krystian robił się coraz bardziej upierdliwy. Parę osób się zaśmiało, Anioł aż oparł dłonie na biodrach. Lata trenowania mowy ciała nie poszły na marne. Nie mógł odpuścić pozycji samca alfa.
- Widzę, że wszystko wiesz o podrywie - odpowiedział niemal konfrontacyjnie. - Mi się udało poderwać niejedną prawniczkę, chłopie. Właśnie w takich ciuchach. Nie dalej jak dwa miesiące temu odbiłem jednemu celebrycie sportowemu taką kobietę, że by ci szczęka opadła. I miałem wtedy na sobie koszulę w tygrysie pręgi, nawet pomarańczowe kanały do tego założyłem, chłopie. Ty tą swoją też poderwiesz - zmienił ton na coachowski i trochę złagodniał, oficjalnie byłem jednak klientem, który zapłacił sporo za jego szkolenie. - Tylko nie możesz się skupiać na jednej kobiecie, to ma nawet swoją nazwę, mówimy na to oneitis. Uwodziciele tego nie robią...
- Serio wyrwałeś celebrycie jakąś topową mecenaskę na tygrysią koszulę? Wow. Jaką techniką? Któremu celebrycie? - zapytałem, przeskakując na ugodowy ton. Wreszcie mówiliśmy na temat, który mnie interesował.
- Nie mogę powiedzieć, któremu, bo to już za duże szczegóły, ale uwierzcie mi, że znacie. - Anioł obniżył głos i zmarszczył czoło, robiąc przesadnie poważną minę, której nie powstydziłby się sam Tomasz Lis. - A co do techniki, to różne stosowałem, jak się już tyle lat w tym siedzi, ma się już pełen wachlarz. Trochę negów, trochę kinetyki, trochę hipnozy... No dobra, Krystian, to co, bierz, chłopie, tę chustę, po przerwie Matylda...
- Wezmę szal - znów mu przerwałem, Anioł wydał z siebie zniecierpliwione westchnienie. - Skoro mówisz, że tygrysia koszula tak dobrze zażarła... Jak Rok Tygrysa, to Rok Tygrysa. - Uśmiechnąłem się szeroko i sięgnąłem po pluszowe boa.
Pora się zaprzyjaźnić, skoro już i tak mnie nie przeoczy.
Anioł wydął usta w podkowę i spojrzał na mnie badawczo, jakby zastanawiał się nad źródłem mojej nagłej przemiany. W końcu chyba uznał ją za wpływ swojej charyzmy, bo łaskawie pokiwał głową.
- Alleluja, bracie! - powiedział mocnym głosem. - O to chodzi, o takie ruchy, z jajami, panowie, z jajami - dodał, gdy ja oddalałem się na miejsce z pluszowym szalem w ręku. - Krystian, koniecznie weź to dzisiaj na night game do klubu, gwarantuję ci, że nie zapomnisz tej nocy do końca życia. A o hipnozie opowie wam po przerwie mój wspólnik Fazi. I szykujcie się, że będzie ostro. Fazi jest w pickupie od dziesięciu lat i zeszmacił w tym kraju więcej kobiet niż heroina.
Wróciłem na sofę i odruchowo wytarłem dłoń, którą kilka minut wcześniej podałem Aniołowi.
***
- Ten typ jest szalony, kto mu założy takie gówno na miasto?
- Krystian założy. - Maro, czyli facet ze smokiem na łapie, wskazał na tygrysi szal, który zwisał z oparcia kanapy, i razem ze swoim nażelowanym kolegą wybuchli śmiechem. Wcisnęliśmy się w piątkę do boksu w tureckiej knajpie w galerii, razem z Kosiem i Dżordżem. Jakby fakt zajmowania tej samej sofy na szkoleniu automatycznie uczynił z nas grupkę kumpli.
- No kurwa, z dumą, a co, zazdrościsz? Pasowałby ci kolorem. - Zaśmiałem się, starając się dostrajać swoje poczucie humoru do reszty.
- Aaa, kurwa, Mareczek, mówiłem, żebyś tej dresiarskiej koszuli nie zakładał na szkolenie! - Jego kumpel, niejaki Olszak, klepnął go w szerokie plecy.
- Kurwa, stylu nie macie, dlatego ci ten badziew wcisnął. - Maro skinął w moim kierunku. - Słyszeliście, co mówił, tylko na mnie pokazał, że spoko się ubrałem - dodał i poprawił koszulę, aby bardziej wyeksponować krokodyla z firmy Lacoste na przypakowanej klacie.
- Gościu wygląda jak ten, kurwa, Karramba De Pomidore, tylko w wersji emo. Nie wiem, czym się jarasz. Jak wrócimy, to ci każe kanały w uszach zrobić - rzucił Dżordżu.
- No i, kurwa, sobie zrobię. Złote. I będę ruchał w tych kanałach, sam sobie zaraz zrobisz.
- Co dla panów? - Nie zauważyliśmy, że do stolika podeszła młoda kelnerka.
- Yyy... Przepraszam... - wystękał Maro, szybko otrzeźwiony ze swoich seksualno-biżuteryjnych fantazji. - Ja bym ten... Shoarmę poproszę. Tą dużą. Tylko bez czosnkowego. Ten, no, średnio ostry wystarczy.
- Kurczak?
- Nie, to smok, tylko kolega za szybko zdjął papierek - odciął się Dżordżu, wskazując na przedramię kolegi. Kelnerka prychnęła, a my zarżeliśmy śmiechem, jakbyśmy za mało robili hałasu do tej pory. Maro zrobił się czerwony, ale nie miał riposty, pokręcił tylko głową.
- Dla mnie to samo, też kurczak - zamówił ze śmiechem Olszak.
- To samo - dodał Dżordż, podnosząc ręce w geście niewinności.
- Dla mnie zestaw z baraniną. I może po pilznerze dla wszystkich, co, panowie? - zaproponowałem.
- Dla mnie sok jabłkowy. - Kosiu odezwał się chyba po raz pierwszy, od kiedy usiedliśmy. Reszta nie oponowała, kelnerka potwierdziła zamówienie i odeszła w stronę baru.
- Byliście już kiedyś na czymś takim? - zagaiłem z nadzieją, że złapię jakiś punkt zaczepienia, na którym oprę mój plan skompromitowania Anioła. Zlecenie przyjąłem w zasadzie przez telefon, piłkarz był dalszym znajomym Juniora, nie było czasu na porządny research.
- Pierwszy raz jestem. Na imprezie najebani z Marem to zgooglaliśmy, jakiś ziomek nam o tym powiedział, że nauczył się tych ich technik i wyrywa na to teraz dupy - odpowiedział Olszak. - Trochę szkoda kasy i czasu, bo na razie to takie pieprzenie raczej, ale czekam na to wyjście do klubu, zobaczymy, jak to działa. No i na tę hipnozę, która ma być teraz. To jest ponoć mocne.
- Ty, nie takie pieprzenie, ja się tam czegoś dowiedziałem z tej pierwszej części - wtrącił Maro poważnym głosem.
- Ty to, kuźwa, tak wyglądasz, że ci laski pewnie same do łóżka wskakują - odparł Dżordżu.
Maro wzruszył ramionami.
- To dla takich jak ja jest to szkolenie - dodał Dżordż. - Dla grubych bajerantów. - Pomasował się po brzuchu. - Ja też nigdy nie byłem, przeprowadziłem się niedawno do Krakowa, miałem wolny weekend, to pomyślałem, że przyjdę, zobaczę, co to w ogóle jest. Nowe życie zaczynam, chłopaki. Nowe życie po rozwodzie. Tylko ten gość trochę przyjebany... Co to w ogóle jest za ksywa, "Anioł"?
- No bo on ciągle wrzuca te religijne wstawki...
- Facet podobno był kiedyś bardzo religijny. Ministrant, potem w jakichś duszpasterstwach działał. Ale jakaś święta dziewica puściła go kantem i przeszedł na ciemną stronę mocy - wtrącił się nagle Kosiu.
- O, znasz typa prywatnie? - Dżordżu spojrzał pytająco w jego stronę.
- Nie, ale opisywał swoją historię na forum, dawno temu. Potem ją usunął, ale ja to pamiętam, jestem na tym forum z siedem lat.
- Jesteś od siedmiu lat na forum uwodzicieli? - zainteresował się Olszak.
- Tak - odparł Kosiu, ale chyba nie miał zamiaru rozwijać tematu.
"Forum uwodzicieli" - zanotowałem w pamięci. Anioł coś o tym wspominał na początku, ci, którzy jeszcze nie założyli tam kont, na koniec szkolenia mieli otrzymać specjalny dostęp. Chciałem pociągnąć chłopaków za język, ale w mojej kieszeni zawibrował telefon. Od wczorajszego wieczora nie mogłem się dobić do mojego klienta i zacząłem się obawiać, że po prostu chciał mnie wysłać na kurs podrywania. Niestety - to nie był esemes od klienta.
JUNIOR
Siema Ziomek daj znać jak będziesz mógł na szybko pogadać. Mam jeden pomysł i potrzebuję temat od ręki odbić
Hm. Kuźwa, pisał już wcześniej, w czasie szkolenia, miałem oddzwonić, a zapomniałem. Pewnie znowu coś się wywaliło.
- Zaraz wrócę, panowie, muszę przekręcić - rzuciłem i przecisnąłem się do wyjścia z loży.
"Szybko" i "od ręki" stanowiły modus operandi Jurka, dlatego dałem się mu namówić na wrzucenie oszczędności we flipa - kupioną na licytacji ruderę, którą mieliśmy "szybko i od ręki" zamienić w atrakcyjny apartament na sprzedaż. Niestety, w projekcie nic nie szło ani szybko, ani tym bardziej od ręki, inwestycja pochłonęła za to wszystkie pieniądze, które miałem. I zaczynała pochłaniać te, które dopiero planowałem zarobić.
- No jest i on! - Junior odebrał z typowym dla siebie entuzjazmem. - No dzień dobry, dzień dobry! Myślałem, że nie możesz gadać, bo cię w końcu uczą, jak poznawać kobiety, których imię się nie kończy na "kropka jpg". Dobrze, dobrze, zawsze taki nieśmiały byłeś, zamknięty w sobie...
- Zabawne. Dobra, co się znowu dzieje?
- Ha, ha, ha. Słuchaj, stary, tym razem nic się nie dzieje, ale kombinuję, jak tu przyśpieszyć tych naszych budowlańców, bo znów nic nie zrobili, pisałem ci. W tym tempie to oni do świąt tego nie dowiozą.
- No co ty nie powiesz... - odparłem. Chyba pierwszy raz Junior nie mówił o perspektywie zakończenia za miesiąc. A jeśli już nawet on nie miał złudzeń, to sytuacja musiała być naprawdę zła. - Co wymyśliłeś?
- No oni mi dziś znów marudzili, że roboty stoją, bo ciągle nie ma prądu i tam na klatce trzeba coś naprawić, nie mogą pracować, a elektrykę to przecież my mieliśmy robić... - Junior zaczął mnie wprowadzać w zawiłe tłumaczenia ekipy, którą wynajęliśmy. Czasem myślałem, że ich majster minął się z powołaniem i powinien zostać politykiem, tak dobrze ściemniał. Ale faktycznie, elektrykę mieliśmy robić my, a właściwie mój ojciec, jeśli tylko zdrowie mu na to pozwoli.
- No i wymyśliłem - ciągnął Junior - że, kurwa, agregat im tam wstawię na ten tydzień czy dwa, zanim pan Henryk będzie mógł przyjść, i niech nie pierdolą, że nie mogą pracować. Myślałem, żeby wynająć, ale się nie opłaca, znalazłem dobry za cztery tysie, zrzucimy się po dwa koła, to nie jest pieniądz przecież. A w dwa tygodnie oni naprawdę dużo powinni zrobić.
- Uhm... - mruknąłem cicho, na szczęście Junior nie widział mojej miny. Jakoś głupio było się przyznać staremu kumplowi, że chwilowo nawet te dwa tysiące to dla mnie "był pieniądz". Zwłaszcza kumplowi, który lubił zanudzać mnie historiami o kolejnych sukcesach swojej agencji reklamowej.
- Dałbyś radę mi to puścić szybkim przelewem jeszcze dziś? Ja zaraz do Castoramy pojadę, założę ze swoich, ale fajnie, jakby szybko przyszło. Dobry sprzęt, udźwignie nawet większe inwestycje, jak się na tej dorobimy.
Przełknąłem ślinę.
- Szybkim przelewem? Jasne, nie ma problemu. Będziesz miał w ciągu godziny.
- No i zajebiście, stary. Jak to szkolenie w ogóle? Wyrwałeś już coś?
- Szkoda gadać. Dziś każą nam iść na miasto w dziwnych ciuchach, a wcześniej mają nas hipnotyzować. Nie wiem, co będzie jutro, ale obawiam się, że joga.
- Ha, ha. O stary, życzę ci, żeby to była joga. Ostatnio montowaliśmy szyld w jednym klubie fitness. Człowieku, jakie sarenki tam chodzą... - rozmarzył się.
Ech, Junior. Poczciwy jedynak, dla którego wiecznie świeciło słońce. Dziewczyny zawsze trafiały się normalne, rodzice nigdy nie chorowali, a biznesy regularnie wychodziły na plus. Znałem go na tyle długo, żeby wiedzieć, że nie zawsze było tak kolorowo, jak to przedstawiał, ale można było odnieść wrażenie, że on sam tego nie dostrzega. Trochę mu zazdrościłem. Łatwiej takiemu w życiu. Chyba.
Popierdoliliśmy jeszcze chwilę w podobnym stylu, po czym ruszyłem z powrotem w kierunku boksu okupowanego przez wesołą bandę adeptów kursu podrywania. Jedzenie było na stole, Maro i Dżordżu, obaj dość potężni, jeden szeroki w barach, drugi piętro niżej, pochylali się właśnie nad talerzami. Przecisnąłem się na moje miejsce, odsunąłem tygrysie boa i usadziłem tyłek nudziarsko ubierającego się Krystiana na sofie obitej bordową dermą. Chwyciłem plastikowe sztućce i z apetytem zabrałem się do parującego wśród frytek grillowanego baraniego łoju reklamowanego tu jako kebab.
***
- Wie pan, ja... zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwyczajne zlecenie... bo rozmawiałem już chyba z trzema przedstawicielami pana branży. I mieli z tym problem... Nie wiem... że temat zbyt prywatny... może nie do końca wizerunkowy, tak?... - Niski, przyjemnie chropowaty głos należał do Mateusza Matuszczaka, mojego klienta. Miętus, bo pod taką boiskową ksywą był znany, spojrzał mi głęboko w oczy. Testował, co sądzę o jego sprawie. Sądziłem, że ewidentnie minął się z powołaniem. Z takim głosem powinien był czytać audiobooki dla kobiet. Zarobiłby jeszcze więcej niż na futbolu.
W błękitnej sportowej marynarce z dzianiny i rozpiętej na dwa guziki koszuli nie wyglądał na gościa, który do ubrania się potrzebuje pomocy Matyldy. Były mistrz Polski, wicemistrz Turcji, poza tym na koncie parę przedsięwzięć biznesowych, udział w dwóch głośnych kampaniach charytatywnych i jednym reality show. No i te siedem meczów na lewym skrzydle w reprezentacji, dzięki którym w ogóle przebił się do szerszej świadomości i zaczął pojawiać się w mediach. Przyzwoita, ale niewybitna kariera piłkarza, który, z tego, co pamiętałem, piłkę też kopał tyleż przyzwoicie co niewybitnie.
Zadzwonił, kiedy miałem już wsiadać do windy, żeby dotrzeć na drugą część szkolenia. Okazało się, że przyjechał w interesach do Krakowa. Średnio mnie to ucieszyło, bo i bez jego obecności na miejscu zlecenie było wystarczająco dziwne. Chwilowo jednak czułem się zbyt biedny, by wybrzydzać, więc bez szemrania ruszyłem pod podany adres.
Firma, w której, z tego, co mi powiedział, był udziałowcem, wynajmowała przestronny lokal w biurowcu na obrzeżach krakowskiego centrum. W środku, poza szarą wykładziną i meblami w beżowej okleinie, głównie hulał wiatr - biuro było tak puste i bezosobowe, że równie dobrze szyld na drzwiach Miętus mógł przykręcić na kwadrans przed moją wizytą. Kawę podała nam jednak mamuśkowata sekretarka z krwi i kości, doliczyłem się też ze trzech brudnych kubków po kawie i flipcharta pomazanego jakimiś tabelami. Wciąż zbyt czysto jak na piątkowe popołudnie w miejscu, gdzie pracują ludzie. Czyżby firma krzak i Miętus za chwilę okaże się niewypłacalnym przekręciarzem? A może po prostu zamordowali tu kogoś parę godzin temu i musieli posprzątać, a ja niepotrzebnie się martwię?
- Więc cieszę się, że pan... nie ma tutaj... nie chcę powiedzieć, skrupułów, bo ja osobiście uważam, że wobec kogoś takiego jak tamten... gość... żadne skrupuły są... że tak powiem... nie na miejscu, tak?... - ciągnął mój klient, brawurowo kalecząc polski. - Tu trzeba z grubej rury... tak jak rozmawialiśmy przez telefon, potrzebuję tutaj... no kompromitacji tego człowieka, kompletnej...
Pokiwałem w milczeniu głową. Matuszczak dobierał słowa powoli, jakby sprawiało mu to trudność. Dość podobnie brzmiał wcześniej przez telefon, pomyślałem wtedy, że pewnie dochodzi do siebie po niedawnym rozstaniu. Ale on chyba po prostu tak mówił.
- Coś w tym stylu, co mi Jurek opowiadał... w gazetach było... z tymi ekologami na lotnisku, że te dziewczyny się rozebrały... - Przez dość poważną dotychczas twarz Miętusa przebiegł niemal nieuchwytny, szelmowski uśmiech. - I nagle te dzieci, zakonnice... wszystko w telewizji, afera... No... to świetnie pan rozegrał, ci zieloni się pewnie już po tym nie podnieśli, co?... Chyba mi to nawet w wiadomościach mignęło...
Przez chwilę pomyślałem, że facet robi sobie ze mnie jaja, ale szybko dodałem dwa do dwóch. Junior przedstawił mu mój ostatni fuckup jako sukces. No tak, to w jego stylu. Miętus nie zdawał sobie sprawy, że moimi klientami byli właśnie ekolodzy. W sumie, wzmiankę o mojej roli można było przeczytać tylko w jednym dzienniku. O jeden dziennik za dużo, ale jakoś słowo "przeczytać" nie pasowało mi do Miętusa. Skinąłem głową. Byłem za bardzo w dupie z finansami, aby wyprowadzać go z błędu.
- Jak w ogóle... takie szkolenie wygląda? To prawda, że oni uczą się... jakby... hipnotyzować kobiety?... - zapytał. Aha, czyli o to chodzi. Wypchnął mnie na to szkolenie, żeby poznać metody swojego rywala.
- Wie pan co, dzisiaj to takie ogólne gadanie było, o ubieraniu się, nastawieniu i tak dalej. Po południu ma faktycznie być ta hipnoza, ale czy to jest czegoś warte... Nie wiem, natomiast na pewno możemy użyć tego w komunikacji.
Miętus pokiwał głową i popatrzył przez chwilę gdzieś obok mnie, bardzo nieobecnym spojrzeniem. W końcu przeniósł wzrok na mnie.
- Jaki ma pan plan... żeby go skompromitować? - zapytał.
Nie miałem jeszcze planu. Jak ośmieszyć publicznie kogoś, kto zawodowo zajmował się prowadzeniem szkoleń z uwodzenia, nosił wielkie czerwone kanały w uszach i ukrywał się pod ksywką "Anioł"?
- Na razie dopiero posłuchałem go trochę na tym szkoleniu. Na które będę musiał zresztą zaraz wrócić, aby nie wzbudzać podejrzeń - odparłem, rzucając okiem na zegarek. - Wie pan, chyba jeszcze za wcześnie na plan, na razie orientuję się w sytuacji.
Miętus zauważalnie posmutniał.
- Natomiast jestem na jutro umówiony na kawę z panią redaktor Dobkowską, powiedziała mi, że temat tych zawodowych podrywaczy ją interesuje i, jako kobietę, trochę nawet oburza. Spróbuję ją odpowiednio ponawigować. Może ją pan kojarzy, topowe nazwisko, jeśli chodzi o reportaże społeczne - dodałem, aby trochę go rozchmurzyć.
Pokiwał głową, choć wiedziałem, że nie kojarzy.
- Z telewizji, tak?
- Yy... Pani Dobkowska publikuje w topowych polskich magazynach, ma audycję w publicznym radiu i bardzo szanowanego w branży bloga. W telewizji miała wcześniej program, teraz, z tego, co wiem, już nie ma, ale... wie pan, ta babka ma taką renomę, że jak ona coś nagłośni, to telewizja się może zainteresować. Tak to działa.
- Uhm... - Matuszczak zmarszczył brwi, co mogło oznaczać, że się zamyślił. Piłkarz. Dla niego wciąż telewizja była kluczowym medium. Nic dziwnego. Sport był jedyną rzeczą, którą w tej telewizji dało się oglądać. Pewnie wolałby transmisję na żywo, w której Anioł stoi ze spuszczonymi gaciami na środku stadionu skandującego brzydkie rzeczy o jego matce. Nie miałem pomysłu ani środków, aby mu to zapewnić. Ochoty też nie. Durne zlecenie; wykonać, zainkasować wynagrodzenie, zapomnieć.
- Nie zagwarantuję panu telewizji w tym budżecie - powiedziałem. - Ale proszę mi wierzyć, można się świetnie zemścić w internecie, a nawet w prasie drukowanej. Czy ten...
- Budżet może być wyższy - przerwał mi. - Widzi pan... Moja narzeczona... To jest taka kobieta... jej imponowało trochę, jak grałem... wie pan, mecz reprezentacji, rodziny przed telewizorami... czy te puchary potem... To nie jest jakaś głupia... to jest ambitna dziewczyna... Mi nie chodzi tu o zemstę, tak?... Ja mam prawie czterdzieści lat, swoje przeżyłem... - Spojrzał mi prosto w oczy. - Może być w internecie... Ja wiem, że jak narzeczona zobaczy, że ten... no, śmieć, tak? Nie będę w słowach przebierał... że ten śmieć to przegryw jakiś... Jak gość będzie na łopatkach... To ona przejrzy na oczy... Bo ona na razie jest właśnie jak... zahipnotyzowana... Rozmawiałem z nią tydzień po tym, jak to się stało... Normalnie nie poznaję swojej narzeczonej... My byliśmy... bardzo dobraną parą...
Miętus mówił o swojej byłej tak, jakby nadal planował się z nią zestarzeć. Oj. Niedobrze. Nie wiem, co mu jeszcze naściemniał Junior, ale ja niezbyt się nadawałem na naprawiacza cudzych związków. Miałem nadzieję, że nie chodzi mu o to, żeby wróciła.
- Mówiąc wprost... chodzi mi o to, żeby wróciła... - zakończył.
Podrapałem się po brodzie, starając się zasłonić choć część twarzy. Nie chciałem mu robić przykrości swoją reakcją. Poczułem lekkie mrowienie w zatokach. Resztki empatii. Albo alergia.
- Wiem, kurwa... - Nagle mój rozmówca odchylił się na fotelu i westchnął. Po czym potarł palcem prawe oko. Udałem, że tego nie zauważam. - To jest bez sensu, wiem... ale... to jest jak...
Przerwał. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech. Kawał chłopa. Całkiem wysoki jak na skrzydłowego, a po końcu kariery doszło mu kilka kilogramów. I te dziary na ręce, które wystawały spod mankietów rękawa. Wyglądał na twardziela. Zrobiło się niezręcznie.
- Pali pan? - Wyciągnąłem paczkę.
- Raczej nie... Ale może zapalę... Dzięki... Tu jest balkon w sali obok... - Wstaliśmy od stołu konferencyjnego, przy którym mnie podejmował, i przeszliśmy do sąsiedniego pomieszczenia. Miętus głęboko oddychał. Trzymał się. Na włosku.
Sekretarka surowo spojrzała na papierosa w jego dłoni, jakby miała mu udzielić reprymendy, ale nic nie powiedziała.
- Z Jurkiem się dobrze znacie, nie? - zapytał, zaciągając się fajką. Delikatnie, jak każdy niepalący.
- Od liceum.
Miętus pokiwał głową, patrząc przed siebie.
- Trochę wariat ten Jurek, nie?... Mam klub we Wrocławiu... On tam lubił kiedyś zabalować.
- Wiem, Universal. Byliśmy tam z nim parę razy, mówił mi, że pan jest właścicielem.
- Aa, to znasz Universal, tak?... - Miętus rozchmurzył się trochę. - W ogóle... dajmy sobie spokój z tym "pan"... Mateusz jestem, wszyscy i tak mówią Miętus. - Podał mi dłoń. Porządny, męski uścisk. - Tak jak na ciebie S.
Uśmiechnąłem się i sztachnąłem davidoffem. Spojrzałem w dół.
Ulicą pod biurem szedł franciszkanin w habicie, za nim, za rękę, para turystów, ona z plecakiem, on z aparatem fotograficznym na szyi. Z naprzeciwka na rowerze typu "koza" nadjechała młoda dziewczyna w szarym płaszczyku, płosząc gołębie, które wydziobywały coś spomiędzy spękanych płyt chodnikowych. Wyglądało to wszystko dość krakowsko. Czekałem, aż nikotyna rozgości się w nieprzyzwyczajonym do tego organizmie Miętusa i pozwoli nam na kontynuowanie rozmowy o interesach.
- Co to w ogóle jest... "trener uwodzenia", kurwa... prosi się o kłopoty, chłopaczek... - piłkarz odezwał się po chwili milczenia. Brzmiał spokojnie, ale zacisnął szczęki tak, że napięte mięśnie żuchwy zatańczyły pod skórą. Znów spojrzał przed siebie. Między elewacjami biurowców można było dostrzec fragment zielonego nabrzeża Wisły. Odwróciłem się plecami do widoku i zaciągnąłem fajką.
- Wiesz co... - zacząłem. - Współpracuję z pewnym prawnikiem po pięćdziesiątce, może byś go nawet znał, Żabota się nazywa. Opowiada mi czasem różne historie o ludziach, dla których pracował w latach dziewięćdziesiątych. Miał kiedyś takiego klienta, diler samochodowy zachodniej marki. Kilka salonów, wiesz, poważny pan prezes. I ten pan prezes miał żonę. Dużo młodszą i bardzo ładną.
Miętus odwrócił się w moim kierunku, zastanawiając się pewnie, dokąd zmierza ta historia.
- Mówili na nią "Ozdóbka" - ciągnąłem - bo taka ładna, ale wszyscy mieli poczucie, że ona jest z nim tylko dla pieniędzy. No i ta "Ozdóbka", niby taka zakochana, zakochana, aż w końcu zaczęła kombinować na boku z pracownikiem tego prezesa, jakimś młodym mechanikiem chyba. No i pewnego dnia pan prezes się o tym dowiedział.
Matuszczak pokiwał głową, jakby takiego obrotu sprawy się spodziewał.
- A w tamtych czasach różni ludzie otwierali salony samochodowe - kontynuowałem. - I ten pan prezes miał taką swoją ekipkę. I z tą ekipką zawinęli tego chłopaka, wywieźli do lasu, kazali mu się rozebrać do naga, dali mu łopatę, przystawili spluwę i kazali kopać grób. I nagrali to wszystko na kamerę. A chłopak się tam ze strachu popłakał. I zesrał. No i to usatysfakcjonowało pana prezesa. Zostawili go tam gołego w tym lesie, zmarzniętego, a pan prezes wrócił do domu i puścił niewiernej małżonce VHS-a z nagraniem.
- Śmieszne. - Miętus uśmiechnął się i zauważyłem błysk w jego oczach. Wiedziałem, że ta część historii mu się spodoba.
- Śmieszne jest co innego. I nie wiem, czy śmieszne w sumie. Ta jego żonka obejrzała to nagranie. Napłakała się, naprzepraszała, naprzysięgała, że już nigdy i tak dalej, no i pan prezes uznał, że sprawa jest załatwiona. Więc następnego dnia normalnie udał się do biura. A małżonka w tym czasie zabrała co cenniejsze z domu, pojechała po tego swojego mechanika i uciekła z nim do Niemiec. I nigdy jej już pan prezes nie zobaczył - dokończyłem i zgasiłem niedopałek na krawędzi pustej popielniczki. Miętus wziął jeszcze jednego macha, po czym zrobił to samo.
- Z tym obsrańcem uciekła?
- Jeśli chcesz go tak nazwać.
- To dziwne...
- Może i dziwne. W każdym razie wniosek z tego taki, jak się już domyślasz, Miętus. Ja nie mam żadnego wpływu na to, czy ona do ciebie wróci. I ty też nie masz.
- Hm... - powiedział tylko i zasępił się. Tej reakcji też się spodziewałem.
Przeszklone drzwi balkonowe uchyliły się i pojawiła się w nich korpulentna postać sekretarki. Spojrzała na dymiące jeszcze w popielniczce niedopałki, wkładając w to spojrzenie solidne pokłady biernej agresji.
- Przepraszam, panie Mateuszu - powiedziała, kręcąc wymownie głową - ale szef dzwoni. Przekazać, że pan zajęty?
Miętus spojrzał na swoją pracownicę nieobecnym wzrokiem.
- Kazik... dzwoni?... Pani Zosiu, proszę mu powiedzieć... ja oddzwonię do niego za sekundę... już kończymy...
- Wspólnik - dodał w moim kierunku, gdy za panią Zosią zamknęły się drzwi.
- Odbierz. Ja już i tak muszę lecieć na to szkolenie. Wieczorem każą nam iść podrywać dziewczyny do jakiegoś klubu, a nie wiem, do którego.
- Pewnie do Glow... Ten cały Anioł... też tam będzie? - Miętus zamachnął się nad popielniczką, jakby próbował dogasić niedopałek, ale zadając pytanie o Anioła, na ułamek sekundy zerknął badawczo w moim kierunku. Coś w tym spojrzeniu bardzo mi się nie spodobało.
- Może Glow. Na Kazimierzu gdzieś... Nie pamiętam, w sumie słabo znam Kraków - skłamałem odruchowo. Jakoś nie czułem, żeby do moich zadań należało nawigowanie Miętusa na spotkanie z nowym kochasiem jego byłej. - Spadam - rzuciłem. - Jeśli mamy coś kombinować, to nie chcę wzbudzać podejrzeń, spóźniając się na tak drogie szkolenie.
Miętus pokiwał tylko głową, przyglądając się niedopałkowi, który wciąż kopcił resztkami dymu. Wyciągnąłem do niego dłoń, chcąc się pożegnać.
- Ogólnie masz pewnie rację... - powiedział, ściskając mi dłoń. - Ale w jednym się mylisz...
- W czym?
Uśmiechnął się gorzko.
- Gdybym ja z kumplami... Moja Laura... Laura by nie uciekła z tym obsrańcem... To jest taka kobieta... dla niej wizerunek... jest bardzo ważny... ona zawsze obstawia tego konia, który wygrywa...
Pokiwałem w milczeniu głową i wyszedłem.
***
- Sorry za spóźnienie - mruknąłem pod nosem, próbując możliwie cicho zamknąć za sobą drzwi wejściowe. Zdjąłem buty, żeby nie niszczyć drogiego parkietu, i ruszyłem do salonu. Na środku, przy bannerze, stał muskularny blondyn o urodzie pluszowego misia skrzyżowanego z walcem. Zmierzył mnie wzrokiem, po czym zerknął pytająco w kierunku Anioła.
- To od nas, swój. Krystian, tak? - Anioł wytłumaczył moją obecność. Najwyraźniej dopiero wtedy w głowie miśka z intruza stałem się klientem, bo spojrzał na mnie bardziej życzliwie i wskazał umięśnioną łapą w kierunku pustego miejsca obok Dżordża.
- To jeszcze raz, słuchajcie - odezwał się stanowczym głosem. - Dziś przeszkolę was z podstaw ENP. Czyli? Z Erotycznej Neuro-Perswazji. Więcej na ten temat będzie drugiego i trzeciego dnia, ale ponieważ już za kilka godzin idziemy do klubu na tak zwane night game, chcemy, żebyście przynajmniej znali podstawy. Czy ktoś z was zetknął się już z ENP?
Większość mężczyzn pokręciła głowami.
- To coś związanego z neurolingwistycznym programowaniem? - zapytał chłopak z pierwszego rzędu.
- Tak, dokładnie. ENP wywodzi się z NLP, tylko jest bardziej nowoczesne i konkretne. Jest nastawione na cel. Na jaki cel? Na z a i n s t a l o w a n i e w umyśle kobiety konkretnych pozytywnych stanów emocjonalnych, skojarzonych z wami. Takich stanów emocjonalnych, które z jakiegoś tam gościa, który do niej zagadał, zrobią z was, w jej głowie, gościa, z którym ona szybko pójdzie do łóżka. Za pomocą odpowiednich patternów, zakładania kotwic kinestetycznych, specjalnych technik hipnotycznych...
- Ty, a garnki już sprzedawali? - zagadnąłem Dżordża, bo wydawał mi się mimo wszystko bystrym facetem.
- Yyy co? A, garnki. Nie, he, he, garnki nie, tylko dywany. Ale niebrudzące się - odparł szeptem i cwaniacko mrugnął okiem.
- Huh. To jest ten Fazi, tak?
- Dokładnie. Wspólnik Anioła.
Pokiwałem głową.
- Co za pierdolenie - dodałem do siebie.
- A wiesz... różne rzeczy działają w życiu. Trzeba się przekonać.
Fazi jakby usłyszał nasze komentarze:
- Możecie sobie myśleć, że to jakieś bzdury. Jeśli ktoś uważa, że lepiej mu się opłaca wydać trzy koła na szkolenie, a potem nawet nie spróbować nauczyć się czegoś nowego, to jego sprawa. Z jakiegoś powodu te trzy koła wydaliście. Chcieliście zmiany swojego życia. A ENP to t e c h n o l o g i a, która taką zmianę wam gwarantuje. Część z was nie rozumie, jak naprawdę działa ludzki umysł, zwłaszcza umysł kobiety. Tam nic nie jest logiczne. Ale to nie znaczy, że tam nic nie ma sensu. Mogę was zapewnić, że najlepsi trenerzy ENP rozumieją kobiety lepiej niż one same...
Na flipcharcie, którego przytaszczył Anioł, pojawiły się diagramy wypowiedzi, "patternów i wyrażeń transowych", które, wypowiadane odpowiednio niskim, "hipnotycznym" głosem, miały zapewnić sukces na randce. Nawet ciekawe z komunikacyjnego punktu widzenia, choć trudno było mi uwierzyć, że jakakolwiek kobieta z IQ powyżej setki miałaby się na to nabrać.
"Czy to nie fascynujące, że
możesz nagle uzmysłowić sobie, że
głęboko w sobie chcesz doświadczyć
tego intensywnego, nowego przeżycia,
i podświadomie czujesz,
że to będzie coś dużego,
czego będziesz chciała zasmakować
I że takie obezwładniające uczucie
może się w nas pojawić zupełnie mimo woli
i masz ochotę poddać się mu
i pójść za chwilą,
bez względu na konsekwencje?"
Układaliśmy te pustosłowia niczym zdania z bloczków na kursie językowym dla erotomanów. Starałem się skupić na tym, jak mógłbym dobrać się Aniołowi do skóry, ale nie było łatwo. Jego wspólnika, Faziego, słuchało mi się coraz trudniej. Misiowaty specjalista od manipulacyjnych technik miał w sobie jakiś ponury vibe gwałciciela i tak jak Anioł wzbudzał we mnie co najwyżej wesołość lub konsternację, Fazi wzbudzał moją agresję. Zorientowałem się, że zacząłem się wiercić na krześle. Dwa oddechy. Skupmy się.
"Jeśli moja narzeczona zobaczy, że ten śmieć jest na łopatkach... to przejrzy na oczy... na razie jest jak zahipnotyzowana..." - przypomniałem sobie słowa Miętusa. Co to za laska, że dała się omotać takimi pierdołami? Odpaliłem internet w telefonie w poszukiwaniu jakichś zdjęć z portali plotkarskich, ale najwyraźniej grube mury przedwojennego budynku nie chciały dopuścić mojego blackberry do sieci, bo wciąż zrywało mi połączenie. "Chciałbym, żeby wróciła..." Kurwa, chłopie. Świetnego sobie drużbę wybrałeś. Czy też, używając terminologii ze szkolenia, na którym właśnie siedziałem, wingmana...
W końcu połączenie z siecią zaskoczyło i mogłem poszukać informacji o byłej narzeczonej Miętusa. Choć mój klient był jednym z bardziej medialnych eksreprezentantów, informacji o tej jego Laurze było w internecie jak na lekarstwo. Żadnego nazwiska, żadnych zdjęć na ściankach, jakaś jedna fotografia w tłumie na balu sportowców, widać tylko, że dziewczyna jest dość wysoka i ma jasne włosy. Więcej uwagi portale plotkarskie poświęciły pewnej kruczowłosej Ewelinie, z którą Matuszczaka zdybano na molo w Sopocie. Hm. Czyli też święty nie był. Zdjęcia niby stare, ale jeśli mnie chronologia nie myli, to już z czasów, kiedy spotykał się z Laurą. Może mieli przerwę. On and off? Kłóciło się to z jego cukierkową wizją tego, co wedle jego historii zniszczył pajacowaty król podrywu. No właśnie, może o Laurze piszą coś w kontekście Anioła? Jedyne, co mi wyskoczyło, to ilustrowany tą samą fotografią z balu flesz o rozstaniu Matuszczaka i Laury, którą źródła popularnego Kundelka łączyły z "czołowym polskim trenerem podrywu, Aniołem". I tyle, jeden flesz, na jednym plotkarskim portalu. Wygooglałem jeszcze samego Anioła, ale ewidentnie nie przebił się ze swoją sławą do mainstreamowych mediów. Poza wątkami na różnych forach i stronami z ofertą szkoleń, wyskoczyła mi tylko "Encyklopedia PUA w Polsce", z której dowiedziałem się, jak to był jednym z krajowych prekursorów ruchu i że szkolił się u amerykańskich guru - jednego umalowanego gościa w pluszowym kapeluszu i drugiego, który ubierał się, jakby sprzedawał kserokopiarki.
No tak, ruch PUA czyli "Pick Up Artists", przyszedł do nas z USA. Jak masło orzechowe, McDonald's, silikonowe biusty i gościu, który obecnie sypia z moją eksnarzeczoną. Ciekawe, czy stosował na niej jakieś "techniki". Z tego, co mówił Anioł, w USA każdy chłopak w liceum słyszał o patternach, negach i całym tym gównie, które ładowali nam do głów na swoim szkoleniu za trzy tysiące złotych. Ciekawe, czy podziałało na Piksi. Jebać to. To już naprawdę nie jest moja historia. Podniosłem głowę i zacząłem przysłuchiwać się temu, co mówił Fazi. W końcu jestem singlem, posłucham, może się czegoś ciekawego dowiem.
***
Wieczór jest chłodny, godzinę temu trochę kropiło. Z zapachem spalin i parującego deszczu miesza się zapach męskich perfum. Wyprasowane koszule, starannie ułożone fryzury i przystrzyżony w hotelowych łazienkach zarost - większość facetów faktycznie pod wpływem Matyldy zdążyła przejść małą metamorfozę. Podzielili nas na dwie grupy, dwa różne kluby, żeby nie robić zamieszania. Słusznie, inaczej wyglądalibyśmy jak uczestnicy wieczoru kawalerskiego. Nadal trochę tak wyglądamy.
Przez resztę wykładu Faziego ostro notowałem. Mam już wystarczająco dużo materiałów, aby bulwersować jutro redaktor Dobkowską przez dobre półtorej godziny. Hipnoza, manipulacyjne techniki, przedmiotowe traktowanie kobiet - jeśli dobrze wyczuwam jej poglądy, to pani redaktor rozerwie ich na strzępy.
Odpalam drugiego davidoffa i częstuję Olszaka, który właśnie pojawił się ze swoim przypakowanym kumplem Markiem. Po drugiej stronie ulicy, pod starą kamienicą, której wszystkie piętra zaaranżowane są na knajpy, formuje się niewielka kolejka, choć jest dopiero dwudziesta. Patrzymy sobie w oczy, ktoś tam rzuca żartami, ale w powietrzu wisi napięcie. Za chwilę, na akord, każdy będzie musiał wykonać ileś tam "podejść", "domknąć" nowo poznane kobiety na numer telefonu albo i coś więcej. Niby nie na oczach kolegów, ale jednak. Łapię się na tym, że sam jestem lekko zestresowany. Na chwilę pojawia mi się w głowie myśl, że Piksi, widząc mnie, pokiwałaby tylko smutno głową, nawet gdyby wiedziała, że jestem w pracy. Na szczęście mnie nie widzi. Trzymam ten kretyński tygrysi szal w spoconej dłoni, bo oczywiście nikt inny nie poszedł tak grubo, kowbojska kurtka została na wieszaku u Matyldy. Same apaszki, kaszkiety, bransoletki, kolorowe zegarki. Raptem Kosiu dał sobie wcisnąć bordową fedorę, wcześniej wyglądał jak informatyk, teraz wygląda jak pomocnik Świętego Mikołaja. Poza tymi cyrkowymi detalami wszyscy odpieprzeni jak stróż w Boże Ciało, i to ten stróż, który niesie baldachim. Wszyscy poza Dżordżem, który, choć zarzucił na siebie sztruksową marynarkę i wcisnął się w jakieś lepsze spodnie, zostawił na sobie T-shirt z kupidynem.
- To jest mój peacocking, panowie, moja błystka - tłumaczył. - Zobaczycie, co na to złowię.
Zobaczymy. Czekamy na Anioła. Albo Faziego. Mają dziś tylu uczestników, że planują krążyć między tymi dwoma klubami niczym satelity z piekła. I sami mają zaprezentować się w akcji. Bardzo liczę na to, że Anioł doda mi materiału na jutrzejsze spotkanie z dziennikarką.
Idzie Fazi. Trudno. Wchodzimy do Glow. Ponoć miejsce numer jeden w Krakowie.
***
Fazi musiał znać kogoś na bramkach, bo mimo tych podejrzanych akcesoriów ominęliśmy kolejkę i utknęliśmy dopiero przed szatnią, gdzie musieliśmy swoje odstać po odblaskowe opaski. Zajrzałem w głąb, w stronę sali z parkietem. Potężny klub, a podobno to tylko pierwsze z trzech pięter. Wyłożone czarnym dibondem ściany niemal świeciły, odbijając światło neonowych instalacji zbudowanych na podestach i podwieszonych pod sufitem. Stalowe klatki, w których zmysłowo poruszały się tancerki, żarzyły się fluorescencyjnym światłem na biało i na różowo. Wszystko się w tym klubie żarzyło, faktycznie nie mogli go nazwać inaczej.
- Trzymaj, tygrysie. - Dżordż szarpnął mnie za ramię, aby podać mi błękitną neonową opaskę z napisem "VIP". Za namową Anioła zrzuciliśmy się z kolegami na drogą lożę, aby poprawić swój social proof w oczach kobiet. W końcu uwodziciele nic nie pozostawiają przypadkowi...
- Dominika! Zawołaj tą nową, Natalię, niech zaprowadzi chłopaków do loży! - Brodaty ochroniarz w czarnej koszuli z klubowym emblematem krzyknął nad naszymi głowami w stronę hostess, które na drugim końcu wejścia częstowały gości shotami. Skąpo ubrana Dominika, ewidentnie fanka brokatu oraz lamp UV, przepchnęła się w kierunku parkietu i po chwili wróciła z koleżanką, której próbowała coś tłumaczyć, wciskając jej niemal usta do ucha, żeby przekrzyczeć muzykę. Koleżanka, na oko młodsza, potakiwała w skupieniu głową. Wyglądała na studentkę i trochę nie pasowała do Glow - nie miała na sobie wyzywających ciuchów, a jej ciemne włosy upięte w zwykłą kitkę lśniły tak naturalnie, jakby nigdy nie widziały lakieru.
- Cześć, chłopaki, zapraszam was do loży. Ale najpierw poczęstujcie się szotami na początek imprezy - odezwała się przyjemnym głosem, gdy dudnienie dyskotekowego beatu na chwilę przycichło. Wlaliśmy w siebie po kieliszku kwaśnawego drinka i ruszyliśmy do środka.
Na obszernym parkiecie do kolejnego hitu tego niemieckiego didżeja, którego nazwiska nigdy nie mogłem zapamiętać, bawiło się raptem kilkadziesiąt osób. Głównie młode kobiety i parunastu gości w różnym wieku, wszyscy w koszulach. Niektórzy wyglądali, jakby do koszul częściej dobierali łańcuch niż krawat, ale w gruncie rzeczy w Glow było dość kulturalnie. Szoty zawierały jedynie homeopatyczne ilości alkoholu, więc przechodząc obok wyspy z barem, rzuciłem szybko okiem w kierunku rzędów podświetlanych butelek. Mieli to, czego szukałem.
- U ciebie będziemy dziś zamawiać? - zapytałem, kiedy tylko dziewczyna doprowadziła nas do kwadratowej wnęki z trzema skórzanymi kanapami i niskim stolikiem z tabliczką "Rezerwacja". Reszta ekipy zaczęła się wciskać do środka.
- Nie, ja tu tylko pomagam, zamawiacie u jednej z kelnerek, chyba Kasi, ale... jeszcze nie przyszła. Więc chyba ja mogę wziąć od was pierwsze zamówienie. - Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco. - Co dla ciebie?
- Czarny jim beam, jedna kostka lodu.
- Dobrze. A dla tygrysa woda?
- Słucham? - Zapomniałem o szalu. Znów się uśmiechnęła. Miała ładny uśmiech, mimo że, jak zauważyłem, nosiła aparat.
- Nic, nic. A dla was? - zwróciła się do reszty chłopaków, zanim zdążyłem z ripostą. Westchnąłem i zająłem miejsce w loży obok Dżordża, który zamówił piwo. Kosiu pił whisky, Maro z Olszakiem poprosili o zero siedem finlandii. Najwyraźniej tak zrozumieli zalecenia Anioła, aby pić alkohol jedynie w śladowych ilościach.
- Dobra, panowie, nie ma też co się rozsiadywać, tak patrzę po tym boksie i nie widzę tu zbyt wielu kobiet. - Kelnerka zniknęła, a w naszej loży pojawił się Fazi. - Czekacie na zamówienie? Dobrze. Ale proponuję, żebyście się przeszli, pobawili się trochę, loża nie ucieknie, zapłaciliście za nią. Lepiej już przy barze popić, popatrzeć, jakie laski są w klubie, teraz jest najlepsza pora, bo jeszcze da się gadać. Ludzie się dopiero schodzą, pora przećwiczyć to, czego się dziś nauczyliście. Nie ma, że za godzinę, że jutro. Pamiętajcie, co wam dziś mówiłem: jutro to taki dzień, który nigdy nie nadchodzi - zakończył i zmierzył nas wzrokiem. Tak jak Anioł lubował się w religijnych aluzjach, Fazi był królem brawurowych bon motów.
- Przyjdzie zamówienie i ruszamy na łowy, szefie - odparł Maro.
- Działamy, działamy, nie po to koledzy się kąpali - dodał Dżordżu.
- Ty i Anioł też nam coś zaprezentujecie? - zapytałem. Miałem chytry plan, aby nagrać Anioła w akcji z ukrycia i pokazać to jutro Dobkowskiej.
- Nie wiem, kiedy przyjdzie Anioł, na razie jest w drugim klubie - odpowiedział Fazi i podrapał się po głowie. - Ale co, chcesz, żebym ja coś pokazał? Nie ma problemu. Nie ma problemu. To, panowie, bo nie mogę z wszystkimi naraz, umówmy się o dziesiątej przy tym barze, ale na pierwszym piętrze. Sala latino, tam fajniejsze dupeczki tańczą, okay? Okay. - Uśmiechnął się do siebie, uderzył w ścianę otwartą dłonią i odwrócił się na pięcie.
- Ej, a w ścianę też mamy tak jebnąć, jak będziemy zagadywać? - zapytał Dżordżu, kiedy Fazi zniknął nam z pola widzenia.
Mówi Adam
Nigdy nie lubiłem tego kota. Babka mówiła, że to dlatego, że mamy zbyt podobne charaktery, ale nie sądzę. Ja dbam o swoich ludzi, a on tylko całe życie dawał się obsługiwać. Choć może coś w tym było - jebaniutki miał swoje legowisko w każdym z trzech pokoi mieszkania starej. I do tego jeszcze wygodną matę na korytarzu. Co parę nocy wybierał sobie inne miejsce do spania.
A ja też się lubiłem włóczyć. Zasnąć czasem w biurze, w kanciapie na zapleczu sklepu, czasem w samochodzie na podjeździe, kiedy było ciepło albo jak mnie Marysia wkurwiła. Ale od kiedy były dzieci, włóczyłem się coraz mniej. I nawet Marysię przestałem zdradzać. Dzieci wszystko zmieniają.
No ale ten kot. Skurwysyn podrapał mojego syna, Kacperka, tak, że mały prawie oko stracił. Babka pilnowała wtedy dzieciaków, Marysia musiała stanąć za ladą, a ja po towar pojechałem. Ledwie zdążyliśmy do szpitala, bo to jednak parę kilometrów dobrych, lekarze mówili, że dzieciak mógłby stracić wzrok, bo się zakażenie mogło wedrzeć. Jak wróciłem z Kacperkiem na rękach, cały był zapłakany, to jak go tylko do łóżka położyłem, wziąłem i zacząłem szukać tego jebańca małego. Znalazłem go na korytarzu, złapałem za sierść na grzbiecie i tak nim przyjebałem w ścianę, że mu łeb pękł, jak się okazało. Zamiauczał tak jakoś dziwnie, ostatni raz, ale nawet mi go żal nie było, bo po tym jak załatwił mojego syna jedynego, nie miałem litości. Przyznaję, mogłem to zrobić jakoś inaczej albo przynajmniej nie w domu, przecież babka by nie pisnęła, to ona go upilnować nie umiała.
Przez tego kota to się nawet Marysia do mnie nie odzywała dwa dni, że pierdolnięty jestem, choć co ja innego mogłem zrobić. Taki żal we mnie wezbrał o tego Kacperka. I że te wszystkie baby na mnie się skrzyknęły. Przecież to ja zapierdalałem z małym po wertepach, żeby go do szpitala zawieźć, a to one go nie upilnowały. I wtedy właśnie zadzwonił brat, że jest robota i mogę dawny dług spłacić. Nawet się ucieszyłem, że się wyrwę z tego wariatkowa.
Marysi powiedziałem, że nowa hurtownia jest pod Częstochową i mnie zaprosili na otwarcie, wsiadłem w samochód i pojechałem za ekipą. I, kurwa, naprawdę nie wiedziałem, że będzie jak z tym kotem, że mu głowę o krawężnik rozbijemy. Nie wiedziałem, że się zacznie stawiać, napierdalał się, jakby był szkolony, dałem się obezwładnić jak frajer, przecież tu w ogóle nie miało być bitki, nie byliśmy na to gotowi. To znaczy może brat był, bo on wiedział, o co chodzi, on się umawiał. No i to brat tego chłopaka w końcu... No pech. Pech, kurwa, jak to nazwać inaczej, za młodu na ściąganie długów jeździłem, gorsze rzeczy się działy i najwyżej ktoś zęba tracił. A tu trup.
Teraz naprawdę mam kłopoty, bo mnie mogą zawinąć w każdej chwili za współudział. Od nas nikt nie sypnie, ale tam mnóstwo ludzi było pod tym klubem, kamery, wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś przyjedzie do nas na wieś i zacznie węszyć. Od kilku dni chodzę jak struty, a Maryśka mi gada "przestań już o tym kocie myśleć, to tylko zwierzę było, już tylko babka o tym pamięta". Bo ona zawsze, jak jej wkurwienie minie, bierze moją stronę, w końcu jej mężem jestem. Tylko tu, kurwa, naprawdę nie chodzi już o kota.
Mówi S.
- I jak?
- I dupa.
- A co powiedziałeś?
- Że bardzo mi przypomina moją przyszłą dziewczynę.
- Nie wierzę, że nie zadziałało. - Pokręciłem głową.
- Najpierw nie usłyszała, musiałem powtórzyć, zrozumiała, że pytam, czy widziała gdzieś moją dziewczynę, a jak jej zacząłem tłumaczyć po raz trzeci, to przyszedł jej facet. - Dżordżu rozłożył ręce i sięgnął po szklankę z piwem. - Spoko, teraz ty podchodzisz - zwrócił się do mnie. Żeby się jakoś zmotywować do działania, założyliśmy się we dwóch, że kto spęka, ten stawia kolejkę.
- Dobra. - Upiłem trochę whisky dla kurażu. - Czas wypuścić tygrysa na żer. Wybierz mi cel.
Rozejrzałem się. Poza nami na piętrze było raptem kilku facetów - paru studentów nieśmiało próbujących szczęścia w tańcu oraz jeden bandziorowaty osiłek, który samotnie sączył coś ze szklanki. Na samym parkiecie, w strojach tyleż dopracowanych, co kusych, pląsało z pięć razy więcej niewiast, niektóre z nich całkiem nadobne. Korzystne ratio, jak by to powiedział Anioł. No właśnie, Anioł. Nadal się nie pojawił.
- To powiedz mi, bracie, jakie ty masz gusta? - przerwał mi rozmyślania Dżordżu. - Może ta farbowana w panterce?
- Ta? "Cześć, ja - Tarzan, ty - Jane?" Pasowałbym do niej szalem. Nie no, weź mi jakąś mniej dziuniowatą wybierz. Ja ci wybrałem normalną.
- Zajętą - zauważył.
- Samo życie. Ty, a ta egzotyczna? To pewnie Hinduska. Chyba że ty chcesz do niej podejść, bo bardzo ładna.
- Nie, ja po angielsku to tylko good morning i ich heisse. - Dżordż pociągnął jeszcze jeden łyk. - Pewnie turystka. Dobra, niech będzie ta. Działaj, bracie. Bo zadania domowego nie odrobimy.
Odstawiłem whisky, przygładziłem tygrysi szal i przywdziałem najlepszy ze swoich uśmiechów.
- Hi there... - zagaiłem do niewysokiej piękności w różowej sukience. Rozmowa przebiegała gładko, tak mi się przynajmniej wydawało, bo nagle jak spod ziemi wyrosła obok jej przyjaciółka i porwała moją rozmówczynię na parkiet. Trudno. Może uznały, że mój tygrys zbyt namolnie wgapiał się w jej dekolt.
Zaliczyliśmy jeszcze po dwa podejścia, potańczyliśmy chwilę z dziewczynami z jakiegoś wieczoru panieńskiego, które zaprosiły nas nawet na kolejkę szotów i gdybym nie był w pracy, musiałbym przyznać, że nieźle się bawię. Ale byłem w pracy. Zbliżała się dziesiąta, więc zgarnęliśmy z boksu Olszaka z Kosiem i ruszyliśmy na górę, obejrzeć w akcji Faziego. Anioła nadal nie było, a ja zacząłem zastanawiać się, pod jakim pretekstem pożegnać ten rozświetlony przybytek przed północą, aby nie wzbudzić podejrzeń.
Puściłem chłopaków przodem i podbiłem do baru na naszym piętrze, aby uzupełnić paliwo. Miałem dziwne poczucie, że ktoś mi się przygląda. I niestety nie była to hinduska księżniczka, z którą rozmawiałem chwilę temu.
Bar miał kształt litery "U", na jego drugim końcu siedział ten podejrzany byczek, który mignął mi już, kiedy staliśmy tu z Dżordżem. Kawał chłopa, ubrany niby w białą koszulę, ale coś mi w nim nie pasowało. Nie należał do dyskotekowych lowelasów w stylu Marka czy Olszaka, przypakowanych, zadbanych i podejrzanie równo opalonych. Wielkolud siedzący przy barze był nie tyle opalony, co ogorzały, jakby spędził ostatni miesiąc na polu albo przynajmniej na targowisku. Podwinięte rękawy odsłaniały potężne przedramiona, jak u rzeźnika czy tokarza. Trudno było sobie wyobrazić takiego faceta, jak cztery razy w tygodniu biega na nowoczesną siłownię. Prędzej jak wznosi budynek siłowni. W miesiąc, ze szwagrem, specjalnie się przy tym nie męcząc.
Spojrzałem w jego stronę, popatrzył mi w oczy przez chwilę, po czym bez specjalnych ceregieli przeniósł wzrok gdzieś obok. Może jakiś zbłąkany, zmęczony życiem pracownik fizyczny z UK, który wrócił do kraju na krótki urlop? Takich jak on raczej nie wpuszczają do eleganckich klubów, ale ja sam wszedłem z pluszowym szalem więc może selekcja w Glow nie była dziś w formie. Rozważania przerwał mi barman, który wrócił z resztą oraz zasypaną kruszonym lodem szklanką, w której podobno był też mój jim beam.
- Dobra, jesteście. Ktoś już jakieś fajne panie zapoznał? Numery telefonu? - Dotarłem akurat, żeby usłyszeć, jak Fazi przepytuje ekipę niczym na odprawie przed meczem. - Robi się głośno, impreza się rozkręca, więc teraz to już raczej na parkiecie coś podziałacie. Jakieś pytania?
- Anioł będzie? - zapytałem.
Fazi spojrzał na mnie z poirytowaniem.
- Będzie, ale później. Anioł jest teraz z chłopakami w Starym Młynie, możesz się tam do nich przejść, ale stracisz ponad pół godziny, a teraz jest najlepszy czas, żeby do kogoś zagadać. Każdy już podchodził? Jeszcze po dziesięć podejść, panowie - zwrócił się do całej grupy. - Tam ekipa z loży na drugim piętrze już, widziałem, bawi się z jakimiś koleżankami. Dawajcie teraz. To trening. Kto pierwszy? Może...
- Mam pytanko, szefie, co robić, jak przychodzi jej facet? - wciął mu się Dżordżu.
- Miałeś tak? Kumam, kumam. - Fazi pokiwał głową, jak mechanik słuchający opisu usterki. - Na to jest dużo sposobów, generalnie nie możesz odpuszczać, odpowiedz z uśmiechem, a potem nagle odejdź, żeby podświadomie poczuła, że coś traci. Jak zrobisz dobre wrażenie na lasce, to sama cię odnajdzie, kiedy tylko jej chłopak pójdzie do kibla, zobaczysz. Kobiety nie mają zasad, tylko nastroje, mówię wam - odparł trener podrywu. - Coś jeszcze?
- Też wykonasz teraz swoje dziesięć podejść? - zapytałem, bardziej dla draki niż z zainteresowania. Wciąż miałem poczucie, że przydałoby mi się jeszcze kilka smacznych seksistowskich kąsków dla redaktor Dobkowskiej.
- Ja? Co ty, nie będę wam lasek podbierać. - Zarechotał. - Ale okay, coś pokażę. To co, te tutaj? - Wskazał w kierunku grupki dziewczyn bawiących się na parkiecie. Ekipa z wieczoru panieńskiego, z którą szaleliśmy na dole z Dżordżem, przywędrowała na pierwsze piętro.
Fazi ruszył do nich zdecydowanym krokiem, dwie z dziewczyn stały przy filarze i rozmawiały, podrygując leniwie do latynoskiego rytmu. Z daleka widzieliśmy tylko szeroki uśmiech Faziego, jego dominującą mowę ciała i wystudiowaną gestykulację umięśnionych ramion, nie mogliśmy natomiast dosłyszeć, jakim to profesjonalnym tekstem postanowił zawrócić dziewczynom w głowie. Najwyraźniej jednak nie tym, co trzeba. Obie panny po kilku sekundach rozmowy zamachały rękami, jakby opędzały się od złego ducha, po czym odwróciły się i dołączyły do tańczących w kółku koleżanek.
- Laski nie chciały się założyć, kto kogo przepije - powiedział Fazi, kiedy wrócił. - Na ominięcie etapu drinka i przejście do bzykanka w hotelu też nie były chętne - dodał i wyszczerzył zęby. Maro z Olszakiem i Dżordżem zarechotali, Kosiu spojrzał na niego spode łba.
- Statystyka, panowie - kontynuował Fazi. - Ale nie traćcie czasu na takie, jak my to nazywamy, "podejścia kamikadze". Jedno na pięćdziesiąt wchodzi i tylko jak laski są naprawdę szalone. Albo pijane. O, tak jak te tutaj. Teraz patrzcie.
Wskazał na dwie podpite studentki, które chwiejnym krokiem podchodziły właśnie do baru po naszej lewej. Miałem nadzieję, że to były studentki, równie dobrze mogły to być małolaty w mocnym makijażu. Fazi przysiadł się na hokerze, oparł się o blat, znów uśmiech, wydziarany biceps wystający spod ciasnej koszulki, nie minęły dwie minuty i trzymał już łapę na tyłku szczuplejszej z dziewczyn, a z drugą przekomarzał się nad drinkiem. Szybko pożałowałem, że rzuciłem mu wyzwanie. Po chwili wstał, wziął numer od tej, którą obmacywał, i wrócił do nas.
- No. To widzieliście. Dziewczyna zalana to dupa sprzedana. Normalnie tobym tą małą zaciągnął do kibla, ale tylko dwie gumy wziąłem, a liczę, że coś lepszego jeszcze wpadnie. W tygodniu ją może wyrucham. Dobra, panowie, działajcie, każdy teraz podbija. Ty też - zwrócił się do mnie. - Wszyscy dziesięć podejść, od zera, żeby się nakręcić. Tylko rozdzielcie się jakoś.
Wyzerowałem drinka, zostawiając w szklance sporo skruszonego lodu. Wygłupy się skończyły. W zasadzie powinienem w tym momencie ruszyć do klubu, w którym działał Anioł, ale gdy ogrowaty pickuper masował pośladki pijanej gówniary, mignął mi znów ten sam wielki facet, który gapił się na mnie przy barze na dole. Tym razem lustrował całą grupę. Ewidentnie coś go w nas zainteresowało. Może po prostu szukał zaczepki, a może to jakiś poszkodowany przez zawodowych podrywaczy mąż i los ześle mi coś mocniejszego, czym będę mógł uderzyć w Anioła? Czułem, że nie jest to moment na wychodzenie z Glow.
Postanowiłem bawić się dalej. Blondynka z pasemkami ma chłopaka, szatynka może być starsza ode mnie, chwilę żartuje z mojego szala, ale wymyka się pod pretekstem wyjścia do łazienki, chyba nie jestem w jej typie, tygrys chyba też nie. Brunetka w kusym topie wydyma lekceważąco usta, gdy się do niej zagaduje, ale po wytrzymaniu jej spojrzenia i rzuceniu głupiej uwagi na temat tych neonowych klatek śmieje się, a po chwili tańczy ze mną tak, jakby sama się w jednej z tych klatek urodziła. Dwie Angielki bardzo chcą się bawić przez cały wieczór, ale ja bardzo nie chcę. Jeszcze dwie odmowy od królowych parkietu, jeszcze dwa numery od królowych parkietu, nie zapisuję nawet imion, ale podbija mi to ego. Dobrze, że tu jest kilka pięter, bo w tym absurdalnym rajdzie muszę wyglądać jak domokrążca. Chociaż Anioł na pewno powiedziałby, że to są "excusy w mojej własnej głowie", jak to dziś określił na szkoleniu.
Właśnie - Anioł, gdzie on, kurwa, jest?
- Osiem - liczy mi Dżordżu.
Rozglądam się i w głębi baru, za jego rogiem, widzę, że ta dziewczyna, która nas wprowadzała, chyba Natalia, myje szklanki. Pamiętam, że dobrze jej z oczu patrzyło.
Postanawiam podejść.
- Cześć. Wiesz może, gdzie jest menadżer tego klubu? Chciałbym z nim porozmawiać - zagaiłem, opierając się o blat.
- Coś się stało?! - krzyknęła w moją stronę, po czym podeszła kilka kroków, trzymając w rękach szklankę i szmatkę.
- Wszystko okay, ale najładniejszą kelnerkę oddelegowano do mycia szklanek. To nie może tak wyglądać. Żądam rozmowy z szefem.
Roześmiała się. Stała już na tyle blisko, że nie musieliśmy krzyczeć. - A ty co? Przyszedłeś z tygrysem do wodopoju? - zapytała, wskazując na mój szal.
- Przyszedłem po twój numer. Sorry, że tak wprost, ale w tym klubie jest za głośno, żeby bawić się w długie wstępy - powiedziałem z pewnością siebie podbitą przez godzinę zagadywania do kobiet.
Znów się uśmiechnęła, wydawało mi się, że zobaczyłem błysk w jej oczach.
- Po mój numer?... Dla siebie? - zapytała i przeniosła ciężar z jednej nogi na drugą. Z bliska wydawała się jeszcze młodsza.
- A co, myślałaś, że dla tygrysa? - Pogładziłem szal.
- Myślałam, że dla kolegi, był tu przed chwilą - odparła i wychyliła się zza blatu, wskazując podbródkiem za mnie. Ładnie pachniała. Odwróciłem się i kątem oka zauważyłem kretyński kapelusz Kosia. Programista właśnie przeciskał się w tłumie tańczących na parkiecie.
- Nie rozdaję numeru na lewo i prawo. Zwłaszcza gościom, którzy biegają po klubie i co pięć minut zagadują do innej laski - dodała i z powrotem odchyliła się do tyłu, patrząc zaczepnie.
- Hm... - mruknąłem. Trochę zbiła mnie z tropu. - Tak mi się wydawało...
- Co ci się wydawało? - zapytała.
- Że to dziwnie wygląda, jak się co pięć minut zagaduje do innej laski.
Znów się zaśmiała i zaczęła poprawiać palcami kosmyk włosów, który wysunął się z kucyka.
- No nic to, muszę uszanować twoją decyzję. Miłej reszty wieczoru życzę - odparłem i ruszyłem w stronę chłopaków.
- Poczekaj - krzyknęła prawie, kiedy się zacząłem odwracać. - Tygrys za numer.
- Słucham?
- Tygrysi szal za numer - powtórzyła i wyciągnęła dłoń. Nieco skołowany podałem jej pluszowe boa. W sumie nie było mi już potrzebne. Wzięła szal w dłonie, zauważyłem, że ma ładne długie palce. I zauważyłem, że coś dużo jej cech zacząłem dostrzegać.
- Masz szczęście - powiedziała. - To najdziwniejsza rzecz, w której tu kogoś widziałam. A ja mam słabość do dziwnych rzeczy. Poza tym zupełnie nie pasuje do ciebie, więc robię ci przysługę. Przyznaj się, że przegrałeś jakiś zakład.
- Można tak powiedzieć - odparłem. - A teraz poproszę numer.
- Daj mi swój telefon, wbiję ci - powiedziała.
Wyciągnąłem z kieszeni blackberry i włożyłem jej w dłoń, starając się stać plecami do Kosia.
- Ha, ha, ha, to nie jest telefon, to jest aparat telefoniczny. - Podniosła mojego smarftona. - Wzbudza szacunek. Odziedziczyłeś po dziadku?
Cholera, brunetki z poczuciem humoru to niebezpieczna sprawa.
Wybiła na klawiaturze dziewięć cyfr, po czym zadzwoniła ode mnie do siebie.
- Teraz ja też mam twój numer. I jeśli nie zadzwonisz jutro, to go zablokuję. - Podniosła szal i zbliżyła go do twarzy. - Dobra, wracam do mojego firmowego spa. A ty idź i pochwal się kolegom - dodała i uśmiechnęła się, kolejny raz prezentując aparat na białych zębach. Przez to wydawała się jeszcze młodsza. Jutro muszę sprawdzić jej dowód. Bo akurat do niej chyba rzeczywiście zadzwonię. Puściłem do niej oko i ruszyłem w stronę swojej ekipy.
- Dobrze. Dobrze. Jest numer? Zajebiście. - Fazi postanowił mnie pochwalić, kiedy dołączyłem do reszty. - Podbijaj dalej, dziesięć podejść, masz teraz dobry stan, patrz, może ta? - Wskazał na wysoką, śniadą dziewczynę, która wolnym krokiem zmierzała do baru.
- Daj spokój, stary, nie będę podbijał na oczach laski, od której przed sekundą wziąłem numer - odparłem i pokazałem głową w kierunku Natalii.
- A nie, to tym się nie przejmuj w ogóle, jesteś na szkoleniu. Ta z aparatem to tylko jakaś świnia ćwiczebna była, jeszcze zobaczysz, jakie sztuki ci się uda dziś wyrwać. Tylko z tym - wskazał na szklankę - nie przesadzaj.
Spojrzałem mu w oczy i wychyliłem whisky do dna.
***
- To co ty w końcu robisz? - zapytałem, bo nie wiedziałem już, czy Dżordżu tak mętnie opowiada, czy czwarty drink tak mocno uderzył mi do głowy. Piliśmy we dwóch w naszej loży, Kosiu gdzieś znikł, Maro z Olszakiem szaleli na parkiecie w towarzystwie poznanych kobiet.
Dżordż rozejrzał się, jakby podejrzewał, że w zatłoczonym klubie mogą obserwować go inspektorzy z urzędu skarbowego.
- No... głównie w telefonach siedzę. Czasem się coś większego trafi. Ale głównie to telefony.
Otrzeźwiło mnie to trochę i zrozumiałem, że ten sympatyczny, puszysty koleżka z kręconymi włoskami i amorkiem na koszulce nie opowiada mi o karierze informatyka czy serwisanta.
- Czyli w ten sposób? - powiedziałem i upiłem whisky. Dżordżu spojrzał na mnie badawczo, jakby spodziewał się moralizowania. Nie lubię złodziei ani paserów, ale dziś jestem Krystianem, pracownikiem finansowego korpo, który przyjechał nauczyć się manipulować kobietami, żeby zaciągać je do wyrka. Nie będę mu prawił kazań. S. też by pewnie nic nie powiedział.
- Kasa równoważy ryzyko? - zapytałem tylko.
Wykrzywił usta w cwaniackim uśmiechu.
- A... wiesz, bracie, ja tym tylko handluję. Te smartfony się coraz droższe robią. Ludzie biorą te iPhone'y na raty... A poza tym, to nie chodzi o kasę.
- A o co? - zdziwiłem się zupełnie szczerze.
Dżordżu pociągnął ze swojej szklanki.
- Wiem, że to dziwne, bracie. Ale ja to lubię po prostu. Tę adrenalinę. Budzę się rano i myślę sobie: dziś zrobię pięć osób w chuja. I wiesz, ja też mam swoje zasady. Dzieciaka, który zbierał forsę miesiącami, nie przerobię. No chyba że jakiegoś banana w markowych ciuszkach. Bananów mi nie szkoda. Sam jestem banan.
- Nie pierdol, że jesteś z bogatego domu.
- Pojebane, nie? Miałem nawet chatę od starych, ale po rozwodzie straciłem, muszę wynajmować teraz. Więc to po prostu adrenalina. No, ale kasa też się zgadza. I dobrze, alimenty małe nie są, a hobby też mam, bracie, nietanie.
- Niech zgadnę. Filatelistyka?
- Ha, ha, blisko, kurwa. Chrząszcze zbieram! Wiesz, ile te skurwiele kosztują?
Zanieśliśmy się śmiechem. Tak, nie miałem już wątpliwości, ten czwarty drink musiał być dość mocny.
- Siedzę i nabijam te małe chujstwa na szpilki, a w tle puszczam kanał National Geographic, żeby patrzyć, jak się słonie ruchają. - Dżordżu osuszył szklankę i spojrzał na nią z udawanym zaskoczeniem. - Kurwa, będzie trzeba kolejkę zamówić. Coś czuję, że się najebiemy, zamiast coś wyrwać.
Pomachał w kierunku kelnerki, która przechodziła niedaleko naszego boksu.
- Nie no, gram - dodał już poważniejszym tonem. - Kasyna, automaty, czasem nawet te bazarkowe gierki. Ty nie grasz? - Spojrzał na mnie badawczo.
- Nie wciągnęło mnie to nigdy - powiedziałem zgodnie z prawdą. - To dla mnie czysty rachunek prawdopodobieństwa i statystyka, trudno mi się w to wkręcić.
- "Rachunek prawdopodobieństwa i statystyka" - powtórzył po mnie. - Często to słyszę. Może, nigdy z matmy dobry nie byłem, tylko kasę liczyć potrafię. Ale nie wszystko wytłumaczysz statystyką, bracie. Słuchaj tego, gdzieś słyszałem, że statystycznie w każdym polskim autobusie jedzie dwóch alkoholików, trzech hazardzistów i piętnastu rozwodników. Ciekawe, kurwa, bo jak ja wsiadam do autobusu, to jak mnie liczą? Jako jednego czy jako trzech? Bo z chlaniem mam tak samo, bracie, to w parze u mnie idzie, wlewasz w siebie i grasz.
Spojrzałem na swoją szklankę i zmarszczyłem brwi. Whisky przyjemnie spowolniło mi myśli, ale nie na tyle, żebym nie zauważył, że Dżordżu faktycznie mógł nie być orłem z matematyki.
- A ty co, święty? - Przechylił się w moim kierunku. - Też, widzę, umiesz wypić. To szósta - wskazał na szklankę - a dopiero cokolwiek zaczyna cię łapać.
- Ja nie mam takiego problemu... nie jeżdżę komunikacją miejską. Kurwa... szósta? Może i szósta... To zluzujmy... Mam jutro robotę.
- Jaką robotę, myślałem, że ty w banku pracujesz? - zainteresował się. - Nie idziesz na drugi dzień szkolenia?
- A, kurwa... Szkolenie... W poniedziałek mam robotę, a szkolenie jutro, faktycznie - trzymanie się swojej legendy przychodziło mi coraz trudniej.
Dżordżu pokiwał głową.
- Trzeba ruszyć na parkiet, poznać jakieś panie, nie? - zaproponował. - Po to tu jesteśmy w końcu. Trochę desperacja z tym kursem, ale powiem ci, bracie, że od kiedy mnie żona zostawiła, to się jakoś podnieść nie mogę. Dzieciaka mi zabrała. I jeszcze miasto musiałem zmienić, w nowym mieście to się człowiek dopiero czuje samotny. Patrz, to mój syn, Pawełek - powiedział, wyciągając nagle z portfela zdjęcie nieco speszonego siedmiolatka.
Chłopak miał płową czuprynę i ten charakterystyczny uśmiech, pod którym dzieciaki w tym wieku ukrywają dziury po wypadających mleczakach.
- Na niego to mogę płacić, wszystko bym mu oddał, to mój syn rodzony. Ale że na nią mi zasądzili? Skoro to ona mnie zdradziła i zostawiła? Tego nie mogę pojąć, bracie, sądy rodzinne to jedno wielkie skurwysyństwo w tym kraju - powiedział, nie odrywając wzroku od zdjęcia.
- Tak słyszałem. W każdym razie gratulacje - odparłem, wskazując na zdjęcie. Nie miałem ochoty rozmawiać o sądach rodzinnych, za wiele tego typu historii poznałem. - Czemu musiałeś zmienić miasto?
Dżordż schował zdjęcie szybkim ruchem.
- No nieważne. Tak to bywa w tym biznesie. I w tym hobby. Trochę za dużo kupiłem, trochę za mało sprzedałem, chciałem się odkuć, grając, ale mnie moje szczęśliwe liczby zawiodły.
Potarłem skronie, barmanka postawiła przed nami pełne szklanki. "Szczęśliwe liczby". Zapewne wierzy też w znaki zodiaku, duchowe zwierzęta i wpływ faz księżyca, a nad łóżkiem ma kolekcję łapaczy snów.
- Wiesz, mam dwóch braci - przerwałem mu, bo bałem się, że zaraz złapie mnie za dłoń i zacznie mi wróżyć. - Właściwie jeden to brat rodzony, drugi cioteczny, nieważne, obaj są dla mnie jednakowo bliscy. Jeden matematyk, drugi ksiądz - postanowiłem powiedzieć mu coś, co wykraczało poza przygotowaną legendę Krystiana, ale Dżordżowi jakoś mimo wszystko dobrze patrzyło z tych skośnawych, przesądnych oczu.
- Gramy kiedyś w kości, dzieciaki, ja czternaście lat chyba miałem, wiesz, hajs na stole, nie jakiś wielki, ale na tamte czasy dla nas duży...
- No kumam. Ile to razy przejebałem tak kieszonkowe, bracie...
- No i słuchaj. Prowadzę w rankingu, a umówiliśmy się, że zwycięzca bierze wszystko, żadnego tam dzielenia. Brat walczy ze mną o pierwsze miejsce, kuzynowi nie idzie zupełnie, traci do mnie z siedemdziesiąt punktów, jak nie więcej. Jest noc, sami w starym poniemieckim mieszkaniu w kamienicy, w salonie, przy świecach, żeby był klimat. Ostatni rzut. Już sobie myślę, na jakiego zespołu kasetę wydam ten hajs. Rzuca kuzyn. Dwie szóstki i jakieś śmieci. Zostawia szóstki na stole, bierze pozostałe trzy kostki, chucha w dłonie, zbiera się do tego rzutu powoli. Wielki zabytkowy zegar bije dwanaście na północ. Kuzyn mówi, że chyba ciemne moce mu przychodzą na ratunek. Śmichy-chichy. Rzuca tymi trzema kostkami i co wypada? Sześć, sześć, sześć. Razem z tamtymi ma generała, osiemdziesiąt sześć punktów, szach, kurwa, mat. A my z bratem siedzimy zesrani ze strachu przy tych świecach.
- Ważona kostka.
- Słuchaj, próbowaliśmy później to powtórzyć, rzucaliśmy po dwadzieścia razy i nie było szans. Normalnie się wyniki rozkładały i nic. Wyciągnęliśmy z kieszeni z bratem zaskórniaki, chcemy się odegrać, ale ten, co teraz na księdza poszedł, mówi, że to znak, że coś złego się wydarzy i że on już dziś nie gra. Brat coś tam przebąkuje, że to matematycznie możliwe, ale dość niesamowite.
Dżordżu pokiwał głową, nie wiedziałem, czy na "matematycznie możliwe", czy na "niesamowite".
- A ja, jak kuzyn poszedł spać - ciągnąłem - przetrzepałem mu kieszenie i oczywiście skubaniec miał ważone kostki, identyczne do tych, którymi rzucaliśmy, zresztą oba zestawy były od niego. Faktycznie już się wtedy nadawał na księdza, tak nas przestraszył tymi ciemnymi mocami i trzema szóstkami, że nawet ten mój brat, ścisłowiec, przyszły matematyk, odpuścił.
- He, he, he, no widzisz, nawet matematyk musiał uznać wyższość ciemnych mocy - roześmiał się Dżordżu, potwierdzając, że nie za wiele zrozumiał z mojej opowieści. - Ty, widzisz te dwie laski przy barze? Słuchałem cię tak jednym uchem, bo, kurwa, wierz mi lub nie, ale one się co jakiś czas lampią w naszą stronę. Coś ci powiem, bracie. Ja rozumiem tę całą statystykę w ten sposób, że statystycznie to one są spoza mojej ligi. I dlatego nie mogę sobie pozwolić na to, aby nie podejść, bo to się prędko nie powtórzy, żeby takie szprychy same wysyłały mi sygnały.
Podniósł się z kanapy i wygładził na klacie koszulkę z kupidynem, jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc.
Spojrzałem w kierunku, o którym mówił. Dobra. Coś tam jednak rozumiał z tej statystyki.
***
- No a co, ty uważasz, że picie przez plastikową słomkę jest spoko? Nie wiesz, że zwierzęta wodne się tym duszą? - zapytała blondynka z pretensją w głosie, a ja usłyszałem tę pretensję, bo akurat skończył się numer i didżej nie odpalił nic nowego przez kilka sekund. Na chwilę w Glow zapadła cisza jak na dyskotece w podstawówce. Słomka, dowód mojej winy, leżała już wyjęta na stoliku wśród kilku kropel wody, które odbijały światła dyskoteki niczym małe wypukłe żaróweczki wmontowane w blat.
- Wiem. Mam żółwia. Jeślibym go kiedyś wypuścił, nie chciałbym, żeby się nadział na jakąś słomkę w fosie miejskiej - próbowałem wykorzystać Donatella do podrywu, ale szło mi kiepsko. W tej chwili chętnie wymieniłbym go na szczeniaczka. Nawet na pół szczeniaczka. Blondynka była bardzo atrakcyjna.
- Nie wolno wypuszczać żółwi do wody w Polsce! To zaburza ekosystem! - krzyknęła mi do ucha. Chyba się trochę uśmiechnęła. Bingo, żółw jednak działa.
Didżej zaczął kolejny numer.
- Co zaburza? - udałem, że nie dosłyszałem, i przybliżyłem się do niej. I tak już stykaliśmy się udami, inaczej byśmy nie porozmawiali. Sara czy Paula, nie pamiętałem, jak mi się przedstawiła, pachniała porządnymi perfumami, miała na sobie jedwabną beżową sukienkę, biżuterię z białego złota i co jakiś czas sprawdzała, czy jej droga torebka amerykańskiej marki leży tam, gdzie ją położyła. Ogólnie roztaczała aurę bogactwa i elegancji. Oraz dystansu. Nie byłem chyba specjalnie w jej typie, za to Dżordżu był w typie jej kuzynki, bo z rudowłosą Magdą były kuzynkami, o obu tych faktach nie omieszkała mnie poinformować na starcie rozmowy. Tyle dobrego, że same nas zaprosiły do swojego stolika, kiedy zebraliśmy się w końcu na odwagę, aby podejść i zagadać.
- Ekosystem! Ile ty w siebie dzisiaj wlałeś?! - krzyknęła mi do ucha. Wskazała na szklankę z wodą, którą przed chwilą przyniosłem sobie z baru, i podniosła kciuk. - Dobra decyzja! - krzyknęła.
Nie miałem na to riposty, wypity alkohol stępił mi dowcip, właśnie dlatego zacząłem go rozcieńczać. Blondynka jakby szukała kogoś wzrokiem. Złapałem ją na tym kolejny raz, a nie mogło chodzić o Magdę, bo ta wywijała na parkiecie z Dżordżem dosłownie kilka metrów od nas. Chyba zaczynałem ją nudzić.
- Czekasz na kogoś? - zapytałem idiotycznie.
- Co? A która godzina?
Spojrzałem na elegancki zegarek, który specjalnie założyłem dziś do klubu, aby zrównoważył trochę kiczowaty szal.
- Pięć po pierwszej! - krzyknąłem jej do ucha.
Przyjrzała się zegarkowi, po czym rzuciła okiem na swój telefon, schowała go do torebki i nagle odwróciła się do mnie, zmieniając wyraz twarzy na bardziej przystępny. Domyśliłem się, że jakiś facet ją wystawił i właśnie podjęła decyzję, że biedak wyparował z jej życia na stałe. Musiał mieć coś nie tak z głową.
- Już nie! Co z tym żółwiem?! - Uśmiechnęła się. - Fajny zegarek! - Wskazała na mój nadgarstek. - Franck Muller? Mój ojciec nosi zegarki tej firmy!
- Prezent od klienta! - odparłem, zapominając, że przecież tego wieczoru jestem Krystianem, pracownikiem banku, więc od klienta mogłem dostać co najwyżej opierdol. Poczułem w kieszeni wibracje telefonu. Odruchowo wyjąłem i zobaczyłem, że dzwoni Żabota. Biorąc pod uwagę porę, raczej nie dzwonił pogadać o sukcesach polskiej reprezentacji.
- Przepraszam! - krzyknąłem do niej. - Muszę oddzwonić!
- Co to, dziewczyna cię szuka?
- Praca!
- O tej porze? To co ty robisz? Na ochronie pracujesz? - zaśmiała się. Muzyka znów na chwilę ucichła.
- Prawnik, z którym współpracuję, dzwonił. Wiesz, dla niego normalny... normowany dzień pracy nie istnieje - odparłem. Niepotrzebnie wrzuciłem tego prawnika do rozmowy, jakbym chciał przed nią lepiej wypaść.
- O, prawnik. To trafiłeś, bo cała moja rodzina to prawnicy. Jak ma na nazwisko?
- A ty co nagle taka ciekawska? - Uśmiechnąłem się, wstając. Numer Żaboty na wyświetlaczu zadziałał na mnie otrzeźwiająco.
- Może pracujesz z moim tatą? Albo którymś z kuzynów?
- Mam nadzieję, że to jest twój ojciec. Ale nie martw się, gość nie ma kancelarii w Krakowie.
- No dobra. - Odstawiła drinka i zaczęła się nad czymś zastanawiać. - Ale jedno ustalmy. Ten twój prawnik, z którym pracujesz. Ma normalne pojedyncze nazwisko czy łączone?
- Normalne - odpowiedziałem.
Machnęła ręką.
- To reszta mnie nie interesuje. Idź dzwonić! - krzyknęła, bo muzyka znów uderzyła nas po uszach przefiltrowanym gitarowym riffem, tak podobnym do pozostałych, na których opierały się hity tego lata.
Wyszedłem przed klub, przecisnąwszy się przez tańczący na parkiecie tłumek. Nigdzie nie widziałem reszty chłopaków ani Faziego. Na przybycie Anioła straciłem już zupełnie nadzieję. Trudno, ulepię dla Dobkowskiej story z tego, co dotąd widziałem. Powinno wystarczyć.
Na zewnątrz było chłodno, jak to we wrześniu. Minąłem niewielkie grupki imprezowiczów, które okupowały chodnik przed wejściem, i oddaliłem się w kierunku przystanku autobusowego, aby móc swobodnie rozmawiać.
Żabota nie odbierał. Zniecierpliwiony kopnąłem lekko puszkę po piwie, którą ktoś ustawił obok śmietnika. O mały włos nie oblałem sobie butów, okazała się do połowy pełna. Piwo wylało się na krawężnik i ściekło pienistą kaskadą w dół, znikając w kratce ściekowej. Cofnąłem się zaskoczony, jakby przez moje kopnięcie puszce pękła głowa i wylał się z niej mózg.
Wybrałem numer Żaboty jeszcze raz. Po wylanym piwie pozostał tylko mokry ślad na kratce ściekowej i unoszący się nad chodnikiem smród wygazowanego browara.
- No, jesteś wreszcie - usłyszałem w słuchawce nieco zaspany głos prawnika. - Słuchaj, Młody, mam złe wieści... Co to za hałas, ty na jakiejś potańcówce jesteś?
- Taaa... - potwierdziłem zdawkowo, niespecjalnie miałem ochotę wprowadzać Żabotę w szczegóły, zwłaszcza w tym stanie. Ze strony Glow faktycznie dobiegało rytmiczne basowe dudnienie. - Zlecenie mam. Strasznie durne. Ale staram się nie wybrzydzać. Co to za wieści?
- A powiem ci, kurwa, że jakbyś właśnie bardziej wybrzydzał, tobyśmy kłopotów nie mieli - odparł Żabota. - Ta twoja fundacja ekologiczna okazała się bardziej powiązana z ruskimi niż Republika Białorusi. Musimy porozmawiać, ale to nie na telefon. Podjedziesz do mnie jutro do domu?
- Jestem w Krakowie... Wracam w poniedziałek najszybciej.
- W Krakowie? Moje rodzinne strony odwiedzasz? To inaczej. Mam tam sprawę do załatwienia, miałem jechać w środę, ale może ruszę jutro po obiedzie. I się wtedy spotkamy, co? Bo to nie jest rozmowa na telefon - dodał ponownie, jakby uważał, że musi to podkreślić.
- Rozumiem - odpowiedziałem.
- No chuja rozumiesz niestety, ale mniejsza z tym. Pogadamy jutro. Rano ci potwierdzę, czy dam radę przyjechać. Capisci?
- Taa. To do usłyszenia jutro.
- Na razie. - Rozłączył się. Nie byłem na tyle podpity, by nie zauważyć, że głos Żaboty brzmiał dziwnie. Może kwestia późnej pory. Albo tego, że był na mnie nadal zły. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wąsaty prawnik jest tematem zaniepokojony, a to naprawdę nie było do niego podobne. Wkurw - jak najbardziej. Zaniepokojenie - to nie w stylu tego zadaniowego hipopotama w garniturze. Zdecydowanie bardziej się przejął tamtą akcją z ekologami niż ja, choć to przecież mój wizerunek i mój biznes na tym straciły. Ale - Żabota miał trochę kontaktów w Warszawie i działał na nieco innym poziomie niż ja. Więc może faktycznie coś wiedział, a ja, jak to elegancko ujął, "chuja rozumiałem" w tej sytuacji?
***
Minęła pierwsza i był to chyba szczytowy moment imprezy w Glow. Na głównym parkiecie zrobiło się dość gęsto, nie mogłem nigdzie dostrzec blondynki, z którą rozmawiałem przed wyjściem. Z daleka mignął mi za to ciemny kucyk Natalii i chyba nawet uśmiechnęła się do mnie, przepychając się gdzieś z tacą pełną szklanek. Odwzajemniłem uśmiech, naprawdę fajna i sympatyczna dziewczyna, pomyślałem, no i nie zadziera nosa jak ta blondi, która najwidoczniej nie mogła na mnie poczekać tych kilku minut. Tylko, kurczę, ile ta Natalia może mieć lat? Chyba już za stary jestem na umawianie się ze studentkami. Ustawiłem sobie w telefonie przypomnienie, aby do niej jutro zadzwonić, jak przejdzie mi kac.
Umysł miałem już w miarę klarowny, wypity bourbon może cudownie nie wyparował, ale rozcieńczył się w trzech szklankach wody i znacznie stracił moc. Anioła nigdzie nie było. Pomyślałem, że najwyższy czas wracać do hotelu, lepiej prezentować się jutro w miarę świeżo, skoro czekają mnie rozmowa z redaktor Dobkowską, nowe wieści od Żaboty i dalszy udział incognito w tym kretyńskim szkoleniu. Odwróciłem się, by ruszyć w stronę wyjścia, i zderzyłem się z dość zaskakującym widokiem.
Mój nowy kolega Dżordżu, w przepoconej już nieźle koszulce z amorkiem, wił się w mocno erotycznym tańcu z atrakcyjnymi kuzynkami - z tą, z którą tańcował już wcześniej, i z tą elegancką blond seksbombą z prawniczej rodziny, z którą rozmawiałem. Roześmiane dziewczyny, poruszając zmysłowo swoimi wysportowanymi ciałkami, wzięły go "w kanapkę" i była to kanapka dość kuriozalna, jakby ktoś wpakował zdjętą z grilla, ociekającą tłuszczem golonkę między dwie skibki dietetycznego pieczywa Wasa. Po chwili cała trójka mnie zauważyła i Dżordżu wyciągnął do mnie dłonie, po czym zaczął przesuwać palcami przed swoją twarzą, niczym John Travolta w Pulp Fiction. Choć mogło to wyglądać jak idealna reklama szkoleń Anioła, nikt nie mógł mi wmówić, że Dżordżu nauczył się tego kilka godzin temu u tych cwaniaczków. Facet po prostu umiał się bawić. Albo właśnie przeżywał najlepszą noc swojego życia.
Pokiwałem głową z uznaniem. Nie tylko na mnie wyczyny Dżordża robiły wrażenie. Kątem oka zauważyłem znajomą już postać. Ten sam wielki gościu, którego widziałem wcześniej przy barze, stał oparty o ścianę i przyglądał się tańczącej trójce. Splótł wielkie przedramiona na klacie i nie wyglądał na zadowolonego, że tu jest, choć może innego wyrazu twarzy po prostu nie miał. Czyżby to był ten facet, z którym umówiła się "moja" blondi? Ale jeśli tak, to czemu nie podchodził? Po chwili ktoś mi go zasłonił, a gdy znów spojrzałem w tym kierunku, ponurego kafara już nie było.
- Na co czekasz?! - Poczułem, że ktoś chwyta mnie za dłoń. Blondynka prawniczka postanowiła wciągnąć mnie do zabawy.
Didżeja wzięło chyba na wspomnienia, bo z głośników leciał klasyk początku lat dziewięćdziesiątych, Show me love amerykańskiej wokalistki Robin S. Blondynka tańczyła naprzeciwko mnie, wbiła we mnie spojrzenie niebieskich oczu i to spojrzenie było jedyną stabilną rzeczą w całym budynku. Jej biodra dryfowały na fali dźwięku, podpływały i odpływały ode mnie niczym ogon polującej mureny albo piracki statek szykujący się do ataku. Cała sala pulsowała w rytm organowej melodii z syntezatora. Jezu, kiedyś to była muzyka.
Wypity alkohol nie przeszkadzał, po chwili tańczyliśmy bardzo blisko siebie. Odwróciła się tyłem, czułem jej zapach, opalona korweta w beżowej sukience wdarła się na moje wody i po jej ruchach wiedziałem, że sprawdza, jak bardzo mi się podoba. Włożyłem jej dłoń pod włosy i złapałem lekko za kark, aby ją zaraz pocałować, ale wykręciła się lekko.
- Patrz! - krzyknęła mi do ucha rozbawiona. Na parkiecie, kilka metrów od nas, Dżordżu namiętnie całował się z jej kuzynką. Czy to jest powód, aby przerywać taniec?
- Napijmy się! - krzyknęła znowu, złapała mnie za dłoń i pociągnęła w kierunku baru. Nie oponowałem, bo muzyka zmieniła się na jakiś niemożliwy do tańczenia współczesny house.
Usiedliśmy na końcu baru, przytomnie obejrzałem się, czy nigdzie nie ma Natalii, choć co by to zmieniało? Zamówiliśmy, dla blondi mohito, dla mnie jednak podwójny bourbon, trzeba dolać trochę paliwa, skoro noc się rozkręca. Zwłaszcza że rozmowa z Żabotą mnie zestresowała.
- Zaprzyjaźnili się! - Blondynka wskazała głową w kierunku Dżordża i rudowłosej kuzynki, którzy podrygiwali przytuleni, zupełnie nie w rytm housowego kawałka.
- Na to wygląda! - Kiwnąłem głową i stuknąłem się z nią szklanką. Popatrzyłem jeszcze raz na obściskującą się parę. Świat jednak nie może być takim złym miejscem, skoro przegrany życiowo tłuściutki Dżordżu ma szanse zwrócić uwagę seksownej dziewczyny.
- W ogóle mnie to nie dziwi - powiedziała blondynka, jakby odnosząc się do tego, co pomyślałem, a ja zacząłem się zastanawiać, jak w kulturalny sposób ustalić jej imię. - Ten twój kolega jest totalnie w jej typie. Niższy, grubszy, starszy, ale z dużą klatą, włochaty. Wypisz wymaluj jak jej stary.
- Daddy issues?
- No raczej. Wujo spierdolił do Niemiec, jak Magda miała cztery lata, i widują się tylko raz na ruski rok.
Wypiłem łyk i pokiwałem głową w milczeniu.
- No. A poza tym najebała się. Ja trochę też, ale nie aż tak. Więc musisz jeszcze trochę poczekać. Żartuję! - dodała i roześmiała się, ukazując rząd równiutkich białych zębów i kładąc mi na chwilę dłoń na torsie.
- Nie lubię czekać - odparłem i pocałowałem ją, zanim zdążyła cofnąć rękę. Chyba zresztą nie zamierzała jej cofać. Całowała mocno i agresywnie, trochę jak drapieżne zwierzę, wycofywała się na chwilę, by znów zaatakować, gryząc mnie w język i usta tak, że momentami aż bolało. Taki ból mogłem zaakceptować. Położyłem dłoń na jej udzie i w chwili gdy moje palce znalazły się pod krawędzią jej jedwabnej sukienki, kątem oka zobaczyłem, że metr od nas stoi Dżordżu ze swoją nową koleżanką.
- Do kasyny, blondyny! - krzyknął mi w ucho.
Blondi poprawiła sukienkę, wymieniając z kuzynką porozumiewawcze spojrzenia.
- Słucham? - zapytałem.
- Nie chcemy wam przeszkadzać, ale... razem z kolegą Dżordżem wybieramy się... dokąd się wybieramy? - zapytała ruda Magda. Była w uroczy sposób podpita i miała nieco rozmazany makijaż.
- Do kasino! Do kasino, ruda blondino! - zakrzyknął Dżordżu i objął dziewczynę w talii. - Jedziecie z nami? Coś widzę, że to mój szczęśliwy wieczór, a nie można marnować dobrej gwiazdy.
- Ustalcie między sobą i dajcie znać, my jeszcze chwilę potańczymy - znów odezwała się Magda. - Chodź, lubię ten kawałek - dodała i pociągnęła Dżordża w kierunku parkietu. Ten wzruszył tylko ramionami i powtórzył coś o szczęśliwym wieczorze.
Blondynka spojrzała na mnie i zmrużyła zawadiacko oczy.
***
Było dobrze po drugiej. Przed klubem rozciągał się typowy krajobraz początku końca sobotniej nocy. Wzdłuż krawężnika rozstawiły się grupki palących imprezowiczów, z których wraz z wypitym i wypoconym na parkiecie alkoholem spłynął cały ten galowy sznyt, w który przyoblekli się kilka godzin wcześniej. Niby w tych samych koszulach i sukienkach, ale bardziej wymięci, niby te same fryzury i make-up, ale włosy bardziej zmierzwione, a makijaż poprawiany na szybko w półmroku klubowej toalety. Tu już się wiele nie wydarzy, ale dopingowali się jeszcze, by ostatni raz wrócić na parkiet, niczym przegrywający bokser przed dwunastą rundą. Podobnie skancerowani i z niewiele wyższymi szansami.
Takie to miałem refleksje, gdy blondynka bezpardonowo wbiła mi palec między żebra.
- Masz zapalniczkę? Co się tak zagapiłeś? To twoi koledzy? - Wskazała w kierunku grupki facetów, wśród których stał Kosiu w swoim elfim kapelusiku na głowie. Skinął w moim kierunku, pokazując, że mnie zauważył.
- Ten mały w kapeluszu to założę się, że na treningu podrywania jest - dodała. - Znasz go?
- Kogo? Jego? Nie. Na czym jest? - Czasem wystarczy kilka słów, aby wytrzeźwieć. Stanąłem plecami do Kosia. - Na jakim treningu? - dodałem, podsuwając jej zapalniczkę. Albo się upiłem, albo była naprawdę bardzo zgrabna. Byłem na tyle wstawiony, że nie zorientowałem się, jak ordynarnie ją obcinam. Ona natomiast zorientowała się od razu. Chyba zdążyła się przyzwyczaić do takich reakcji mężczyzn, bo nie skomentowała.
- A przychodzą tu do Glow tacy, zwykle w większych grupkach, często z dziwnymi dodatkami - powiedziała tylko. - Widziałam już ten kapelusz. Chyba że to nowa moda.
- Czyli często tu wpadasz - stwierdziłem i wyciągnąłem z paczki davidoffa.
- Drugi raz jestem. - Spojrzała na mnie i zaśmiała się głośno. Teraz, już bez tego ogłuszającego dyskotekowego hałasu, słyszałem w jej głosie jeszcze więcej pewności siebie niż wcześniej. Trochę przesadnej pewności siebie. Niezbyt lubiłem babki z przerośniętym ego. Za duża konkurencja dla mojego. Ale w końcu byłem na kursie podrywania. I dziewczyna była piękna. A ja pod lekkim gazem.
- Gdzie ta twoja Magda? Ty też masz daddy issues? Nie jestem za młody dla ciebie?
Uśmiechnęła się pod nosem. Zauważyłem, że choć umiała chodzić na szpilkach, chwiała się lekko. Albo w oczach mi się zachwiało.
- Przeciwnie. Dopiero co zakończyłam związek ze starszym facetem, teraz chcę młodszego. Jesteś za stary - powiedziała, po czym zaciągnęła się i, wypuszczając dym, spojrzała mi prowokacyjnie w oczy.
- Stać cię, żeby być sugar mamą? Czy zamierzasz zastawić torebkę w lombardzie?
- Stary, ta torebka kosztowała tyle, że mogłabym cię za nią kupić pięć razy - odparła i zbliżyła się. - I co teraz? - zapytała. - Idziemy do tego kasyna? Czy do hotelu?
Zaciągnąłem się papierosem i zacząłem odpowiadać.
- Do ho... - Przerwałem, bo poczułem, że ktoś ciągnie mnie za ramię.
- Chodźcie, taksówka już jest, ja jeszcze na Magdę czekam, poszła do łazienki, więc jedźcie pierwsi. Tylna kanapa do waszej dyspozycji, bracie! - usłyszałem głos Dżordża. Blondynka spojrzała mi w oczy rozbawiona.
- Za późno. Jedziemy. Nie przejmuj się, i tak bym nie poszła z tobą do hotelu. Aż tak pijana nie jestem - dodała i otworzyła sobie drzwi taryfy, zanim zdążyłem chwycić za klamkę. Wsiadłem z drugiej strony. Dżordżu klepnął jeszcze dłonią w szybę na pożegnanie i taksówka ruszyła.
W oddali zobaczyłem, jak stojący przed klubem Olszak pokazuje w naszym kierunku podniesiony kciuk.
Uśmiechnąłem się.
Za Olszakiem stał ten sam wielki facet, który gapił się na mnie w barze.
***
Dziesięć, może piętnaście minut później taksówkarz wysadził nas przy podłużnym budynku, oświetlonym dość przaśnym neonem. Casino One, ponoć jedno z najstarszych kasyn w Polsce, jak wytłumaczył mi przez telefon Dżordżu, znajdowało się u stóp okazałego hotelu popularnej sieci.
Pchnąłem piekielnie ciężkie drzwi i znaleźliśmy się w przyciemnionym hallu. Dwóch mężczyzn w czarnych garniturach zmierzyło nas wzrokiem, trudno było powiedzieć, czy bardziej wyglądali na krupierów czy ochroniarzy. Ewidentnie towarzystwo eleganckiej blondynki dodało mi wiarygodności, bo po obaj garniturowcy uprzejmie skinęli głowami.
Minęliśmy kilka automatów do gier i weszliśmy do pełnej zakamarków sali ze stołami do gry i niewielkim barem. W mojej kieszeni zawibrował telefon.
MIĘTUS
Cześć. Jesteś jeszcze może w Glow?
Oho. Mój klient postanowił się trochę rozerwać. W sumie mu się należy. Ale nie dołączę do niego tym razem.
JA
sorry Stary, przed chwilą wyszedłem
Jakoś nie chciałem się chwalić swoją wizytą w kasynie.
MIĘTUS
Owocne łowy? :D Dobrej zabawy zatem
JA
Powiedzmy ;) w kontakcie
No i git. I Miętus myśli sobie, że wynajął luźnego gościa, który spędzi dziś noc w objęciach jakiejś gorącej panienki poznanej w klubie. Albo i nie spędzi - pomyślałem, patrząc na blondi, która flirtowała na moich oczach z brodatym barmanem. Ale to już nikogo nie musi interesować. W końcu jestem specjalistą od wizerunku.
- Co pijesz? - Blondi odwróciła się do mnie, gdy brodacz sięgnął szufelką po lód.
- Spoko, zamówię sobie...
- Och, przestań, co to było, whisky? Ty stawiasz następną rundę. Gdzie ta Magda z twoim kolegą?
Rozejrzałem się po stołach do gry, ale nigdzie nie widziałem Dżordża ani jego nowej przyjaciółki. Musieli jeszcze nie dojechać.
Jak to w hotelowym kasynie o tej porze, zostało kilka podpitych grupek przy stołach i niedobitki uzależnionych emerytów przy automatach. Uderzali w czerwone przyciski jednorękich bandytów z zapałem, którego mogłyby im pozazdrościć naćpane laboratoryjne szczury w klatce Skinnera. Jak by to powiedział zawsze sceptyczny Łukasz, "ten sam ośrodek nagrody w mózgu, ten sam wyrzut dopaminy do tych samych receptorów". A ja bym pokiwał głową, udając, że wszystko zrozumiałem.
- Za co pijemy? - "Moja" blondynka podeszła z dwoma szklankami i podała mi whisky. To mogła być już moja ósma tego wieczoru.
- Za bezpieczny weekend - odparłem bez wahania.
Stuknęliśmy się szklankami. Napiła się, nie przestając patrzeć mi w oczy.
- Gramy w coś? - zapytała.
Byłem już tak nawiany, że nie potrafiłem znaleźć błyskotliwej odpowiedzi. Zamiast tego spojrzałem w kierunku wejścia, szukając wzrokiem Dżordża. O ile później mogli wyjechać? A może ten mały rudzielec gdzieś go zaciągnął w celu szybkiego zrekompensowania sobie braku ojcowskiej uwagi?
- Myślałem, że im... pokibicujemy... - powiedziałem, wypatrując czupryny Dżordża pośród emerytów przy automatach.
- W czym ty im byś chciał pokibicować? Kręcą cię takie rzeczy? A wyglądasz na całkiem normalnego... - odparła blondi i uśmiechnęła się do siebie.
Znów czułem się lekko pijany, ale nie na tyle, by nie zauważyć, w jakim kierunku to zmierza. Odwróciłem się do niej.
- W co byś chciała zagrać? Nie jestem fanem hazardu, ale możemy zakręcić ruletką, jeśli chcesz.
- Ja też nie jestem. Możemy po prostu wypić drinka.
- Możemy też pójść do hotelowego baru na drinka. Tyle samo starszych ludzi, ale lepiej ubrani i nie napieprzają w te przyciski co chwila.
Zaśmiała się.
- Możemy też pominąć etap hotelowego baru - dodałem i odgarnąłem jej włosy z czoła. Poddała się pocałunkowi, jakby czekała na niego przez ostatnią godzinę. Może zresztą i tak było.
Kto to mówi?
Spotykamy się w miejscu, gdzie wyrzeźbiony diabeł podpiera ze znudzenia rogaty łeb i patrzy z zażenowaniem na to, co dzieje się na parkiecie. W tle leci Walk Pantery, kilku gościom odbija, właśnie za takie chwile szanuję ten lokal. Stoimy, opierając się o bar, blisko siebie, żeby móc niby przypadkiem poczuć ciepło swoich ciał. Ciebie raczej nie powinno tu być, mnie raczej nie powinno tu być, a na pewno nie powinno być nas tutaj razem. Poza nami jest tu pewnie jeszcze kilka takich osób, parzysta liczba niewinnych kiedyś dusz, które wymknęły się dziś wieczorem ze swoich zobowiązań albo ze swoich braków zobowiązań. Wymknęły się na spotkanie ze swoją przeszłością lub z przyszłością, bo teraźniejszość okazała się taka rozczarowująca.
Kiedyś będzie się trzeba pożegnać, i może to jest jedno z tych pożegnań, skoro wyjątkowo nie kończymy go w łóżku. Życie nie polega przecież na długich pożegnaniach, tylko na płynięciu w nieznane. Koniec końców trzeba zostawić znudzonego diabła z jego smutnym przybytkiem, to nie jest port, do którego się płynie, tylko miejscowa tawerna, pokątny postój, o którym nie będzie się zbyt wylewnie wspominało. I to wszystko wydaje nam się takie unikatowe, emocjonujące, takie nasze i takie jedyne w swoim rodzaju. A jest po prostu pięknie banalne, zupełnie jak drugie zdanie tego akapitu.