Złuda - Mika Modrzyńska

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (42,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Borys

Za wioską nagle robi się cicho, jakby wszyscy pomarli.

Borys od dwóch lat jest miejscowym listonoszem i wie, że do południa na drodze za Rogożem panuje niezmienny spokój. Od czasu do czasu poboczem przejdzie głupi Franek z domu pod lasem, innym razem wpadnie na niego staruszek mieszkający przy głównej drodze z jednym ze swoich wielkich, dziwnych pakunków, ale poza tym w okolicy nic się nie dzieje. Nie ma dzieci, które trzeba odprowadzać do szkoły, a jedyną osobą wychodzącą rano do pracy jest młody Smarzek, zatrudniony w magazynie za Działdowem.

Borys lubi ten kawał drogi między polami, bo nikt mu się tu nie przygląda. Wrzuca listy do skrzynek, robi swoje i jedzie dalej. Nie to co w Rogożu. Po tym, co odwalił kilka lat temu, ludzie wciąż się na niego gapią, jakby miał im coś zrobić. Ale co właściwie? Ukraść ich listy? Śmieszne. To był jeden głupi błąd, w dodatku popełniony tak dawno temu, ale na wsi wszyscy wszystko wiedzą. Kierownik poczty załatwił mu tę pracę po znajomości, a od jej utraty dzieli go tylko jedna skarga.

Ale żadnej do tej pory nie było - już on tego pilnuje.

Tutaj jest inaczej. Nikt się na niego nie gapi, nikt się nim nie interesuje. Waldemar, staruszek z domu przy głównej drodze, zawsze przystaje, żeby z nim porozmawiać. Głupi Franek krzyczy głośno, że dzień dobry. Od niedawna w domu młodego Smarzka mieszka urocza, młoda kobieta, jego nowa partnerka. Paczki przychodzą do Samanty Woźnickiej - śmieszne imię, które bardzo się Borysowi podoba. Samanta szybko wpasowała się w ten krajobraz, jakby od zawsze była jego częścią.

Po plecach Borysa przebiega dreszcz niepokoju.

Nie potrafi wyjaśnić czemu, ale coś z tą kobietą jest nie tak. Borys nikomu o tym nie mówi, ale czasem tak ma, że czuje w kościach nadchodzące kłopoty. Czuł je, gdy jego znajomy zaproponował mu...

Nie, to teraz nieważne.

Z tą całą Samantą też mu się wydaje, że coś jest nie tak. Nie umie wyjaśnić, skąd to wrażenie - nie ma tego zresztą z kim omówić. Tylko to dziwne uczucie. Może samo przejdzie.

Borys jedzie drogą gruntową w małym, niezgrabnym samochodzie wypełnionym przesyłkami. Wszystko przebiega w codziennym porządku. Jak zwykle o tej porze mija głupiego Franka, który w ciągu dnia wędruje między domem a wioską i zaczepia każdego, kogo spotyka, bo nic innego nie ma do roboty.

- Dzień dobry, dzień dobry! - woła Franek.

Borys odmachuje mu dłonią zza kierownicy i zwalnia, żeby nie stało się nic złego. Droga tutaj jest wąska, pobocze dziurawe i liche, a samochód pocztowy za stary, by mu ufać.

A Borys nie może sobie pozwolić na żaden błąd.

Jeszcze przez pół roku nie.

***

Do drzwi młodego Smarzka dzwoni łokciem, bo karton utrudnia mu swobodne ruchy. Z tymi paczkami też jest coś na rzeczy, choć Borys nawet nie próbuje zgadywać. Przychodzą regularnie i są zawsze ciężkie, jakby wypchane kamieniami. Z początku myślał, że Samanta robi zakupy przez internet. Waldemar wspomniał mu kiedyś, że jest miastowa, a miastowe tak mają, ale Borys doskonale wiedział, ile ważą zakupy z internetu - z ubraniami, kosmetykami i niepotrzebnymi bibelotami do domu. Niewiele. Większość tego to chińskie śmieci, które przychodzą trzy razy mniejsze, niż się wydawały na ekranie, w maleńkich, wypełnionych powietrzem paczkach.

Ale te paczki są ciężkie.

Oczywiście on się nie wychyla, nie jego sprawa, co robi Samanta. On nie chce wiedzieć nic więcej ponad to, co zauważa przypadkowo w trakcie pracy i na co nie ma wpływu. Dlatego gdy drzwi się otwierają, ledwie unosi wzrok znad przesyłki.

- Dzień dobry! Paczuszka dla pani.

Kobieta stojąca w progu jest koło trzydziestki. Krótkie, mysie włosy sięgają jej ramion. Na sobie ma różową sukienkę przed kolano. Nie, nie sukienkę, poprawia się w myślach Borys. Różowy fartuch. Samanta rozchyla usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Borys unika jej wzroku, bo przecież nie od tego jest, żeby się gapić.

- Tu proszę - mamrocze z oczami wbitymi w tablet. - I podpis.

Kobieta wciąż nic nie odpowiada. Unosi drżącą rękę, a wtedy Borys dostrzega siniaki na jej skórze, tuż nad nadgarstkiem. Ślady są bladosine, ledwie widoczne i listonosz nie zauważyłby ich w ogóle, gdyby nie musiał podać jej tabletu.

Samanta składa podpis i wyciąga ręce po paczkę.

- Mogę wnieść - oferuje Borys, bo czuje, że coś jest nie tak. Nie chce się interesować niczym więcej, to nie jego sprawa, ale zwykła ludzka przyzwoitość wymaga, żeby zaproponował.

Kobieta potrząsa głową, bierze od niego karton i natychmiast ugina się pod jego ciężarem. Dopiero wtedy z jej ust wypada ochrypłe, niemal szorstkie:

- Dziękuję.

Zamyka drzwi przed Borysem, który jeszcze przez chwilę stoi na wycieraczce. Jak nic widział te cholerne siniaki na przedramieniu. Wcale nie chciał, ale je zobaczył. Zastanawia się, czy powinien coś zrobić. Nie chce. Nie od tego zresztą jest listonosz, żeby się mieszać w cudze sprawy, prawda?

On przecież tylko rozwozi paczki.

Borys unosi rękę, żeby ponownie zapukać, ale wciąż się waha. Błyskawicznie znajduje kolejne argumenty, by odwieść samego siebie od tego pomysłu. Nie powinien mieszać się w życie tej kobiety. Nie musi tego robić. To w ogóle nie jest jego interes. Zresztą może mu się tylko przywidziało. Sień w domu Smarzka jest ciemna, a sińce na przedramieniu nie były wielkie. Wystarczyło, żeby cień dziwnie padł na jej rękę. Kobieta mogła też nabić je sobie sama. Może wpadła na drzwi albo użyła młotka pierwszy raz w życiu. Wypadki się zdarzają.

I gdyby Samanta potrzebowała pomocy, dałaby mu przecież znać.

Z pewnością by to zrobiła.

To w końcu dorosła kobieta.

Borys opuszcza dłoń i odchodzi. Wsiada do samochodu, sprawdza, dokąd ma się udać dalej, i ostatni raz rzuca okiem na budynek, przed którym zaparkował. Dom Smarzków jest stary i z bliska widać kruszący się tynk na elewacji. Smarzek może nie potrafi jej samodzielnie uszykować, a może nie ma pieniędzy na takie wydatki. Borys kojarzy, że jest magazynierem, a nie brzmi to jak robota przyszłego milionera.

Budynek jest też duży, piętrowy - taki, jak budowało się trzydzieści lat temu, z miejscem na młodsze pokolenie. W środku musi się znajdować przynajmniej pięć pomieszczeń. Borys zastanawia się, jak się żyje we dwójkę w takiej przestrzeni. On ma swoje mieszkanko w Działdowie, piętnaście kilometrów stąd, i nie zamieniłby go na samodzielną chatę. Nigdy. Może nie zawsze było mu po drodze z ludźmi, ale nie mieści mu się w głowie, żeby żyć tak daleko od nich.

Co, gdyby ktoś potrzebował pomocy?

Co, jeśli teraz ta kobieta potrzebuje pomocy?

Borys zerka na kolejną paczkę, którą ma dzisiaj dostarczyć, i do głowy przychodzi mu rozwiązanie jego problemu.

Porozmawia o tym wszystkim z Waldemarem.

***

Waldemar mieszka z żoną przy głównej drodze w malutkim parterowym domku, na dole tego samego wzgórza co Smarzek. Borys dzwoni do drzwi z niewielką paczką w dłoni. Otwiera mu staruszek i przytrzymuje klamkę przy sobie, jakby coś ukrywał.

- Dobry, dobry! To dla mnie?

Borys się wita i podsuwa mu tablet do podpisu, nie próbując zaglądać do środka. Waldemar nic nie ukrywa, wszyscy wiedzą o jego żonie.

Staruszek dobiega siedemdziesiątki. Całe życie pracował na roli - jak większość mieszkańców tej okolicy - a teraz żyje z emerytury. Po latach pracy fizycznej jest przygarbiony i skurczony, a stawy w dłoniach ma brzydko powykręcane.

- Ach, doskonale. To dla mojej Jadzi. Na rocznicę - opowiada Waldemar. - Widzi pan, jak teraz jest łatwo? W sklepie powiedziałem, czego chcę, i oni mi to zamówili i wysłali. Co za czasy.

Borys wyrozumiale kiwa głową. Dla wielu ludzi jest coś wyjątkowego w starzeniu się razem, coś, co budzi cichą tęsknotę. Jakby przeżycie z kimś większości życia samo w sobie miało wielką wartość. On nigdy nie patrzył na to w ten sposób. Jest czterdziestoletnim rozwodnikiem i wie, że jego szansa na złote gody przepadła bezpowrotnie, ale nie czuje z tego powodu żalu. Mimo to słucha Waldemara.

- Wygodne czasy, tak panu powiem - odpowiada Borys.

- Za wygodne, ot co - zgadza się staruszek, bo jest już w wieku, gdy zyskuje się umiejętność narzekania na wszystko, także na rzeczy dobre i piękne.

- To która to rocznica?

- Czterdziesta. A zleciało! Sam nie wiem kiedy.

- Szmat czasu.

- Sam się dziwię.

- Ale że żona z panem tyle wytrzymała...

Waldemar nieruchomieje i przez krótki moment, może ułamek sekundy, szeroko otwiera oczy, jakby ze złością. Nie, to nie złość, to z pewnością tylko zaskoczenie. Staruszek zanosi się głośnym, długim, może nawet trochę wymuszonym śmiechem. Borys nie uważa się za tak zabawnego, ale wie, jak to bywa ze starszymi ludźmi, których każda interakcja z drugim człowiekiem nadmiernie cieszy.

To też z pewnością tylko przesadny entuzjazm.

- Ma pan chwilę na herbatę? - Waldemar uchyla drzwi szerzej.

- Chciałbym, ale nie tym razem. Mam pół powiatu do obskoczenia. Tylko zapytać muszę: pan coś może wie o tej nowej kobiecie Jacka?

Staruszek przechyla głowę.

- O Samancie? Co z nią?

Borys się zastanawia, jak można dyplomatycznie zapytać drugiego człowieka, czy jego sąsiad leje sąsiadkę. Nic mu nie przychodzi do głowy, więc ostatecznie decyduje się na mało zobowiązujące:

- Czy wszystko u nich dobrze?

Nie wie, jak podejść do tematu. Nigdy nie miał wprawy w słowach. Jego była żona, Anka, też tego nienawidziła - kiedy przychodziła pora na poważną rozmowę, musiała mówić za nich oboje. Ale on po prostu nie umiał inaczej.

No a potem Borys zrobił to, co zrobił, a Anka nie została, by wysłuchać wyjaśnień.

Może to i lepiej, bo nie mógłby jej ich podać.

Waldemar rozchyla usta, ukazując żółte zęby, zapewne starą protezę.

- Wszystko dobrze? - powtarza. - Nie wiem, chyba dobrze, a jak ma być?

- Oni tam długo razem siedzą?

Waldemar klepie się po brzuchu i kręci głową.

- Panie Borysie, ja pana nie podejrzewałem o chętkę na ploteczki! To może jednak zdąży pan na tę herbatkę, co? Ja zaraz zaparzę, posiedzimy sobie, pogadamy. Jadziunia śpi, nie będzie nam przeszkadzać.

Listonosz uśmiecha się z zakłopotaniem.

- To nie to. Zaszedłem tam i może mi się wydawało, ale Samanta chyba miała siniaki na ręku. Nie wiem. Myślałem, że może wy tutaj będziecie wiedzieli, czy tam coś się dzieje.

- A co ma się dziać?

Borys zaciska usta. Nie przyszedł tutaj, żeby kogokolwiek oskarżać, i nie chce robić sobie pod górkę, ale staruszek jak na złość nie może się domyślić, o co mu chodzi.

- Nie wiem, o to właśnie pytam. Dobrze im się z Jackiem układa? - dociska.

Waldemar wreszcie rozumie. Na jego policzki wstępuje rumieniec, a staruszek zaperza się tak, że przez moment nie jest w stanie nic wykrztusić.

- C-co, że... że Jacek by ją lał? Bzdura.

Borys niepewnie kiwa głową i nagle żałuje, że próbował się czegoś dowiedzieć. To zupełnie nie tak miało wyglądać. Nie chciał nikogo zdenerwować ani zwrócić uwagi na siebie i swoje wścibstwo. Ma nauczkę, by się nie interesować cudzymi sprawami.

- Przepraszam, nie chciałem nikogo urazić. To ja już będę...

Robi krok do tyłu, ale staruszek nie przerywa:

- Ja bym wiedział - dodaje szybko. - Jacek nie jest z takich. To dobry chłopak. Pan wie, że on pisarzem? Pisze romanse, prawdziwe książki, czytelniczki go uwielbiają. Taki jest popularny. Taki człowiek nie bije swojej kobiety, to niemożliwe.

Borys uśmiecha się krzywo, bo nie ma tyle wiary w ludzkość, co Waldemar. Za dużo w życiu widział. Ale staruszek mieszka z Jackiem po sąsiedzku, więc pewnie wie lepiej.

W takich małych społecznościach zawsze się wie.

- A ten siniak to sobie pewnie sama zrobiła - ciągnie. - Ona taka dziwna jest. Miastowa. Spaceruje po polu, jakby to było nie wiem co. Nie każdy siniak musi zrazu znaczyć, że dzieje się krzywda.

- To prawda, prawda - zgadza się Borys.

Wycofuje się na ścieżkę przed domem, a Waldemar wychodzi za nim na ganek. Listonosz nie wie, czy staruszek chce ciągnąć tę rozmowę z samotności, czy aż tak zależy mu na wyjaśnieniu sytuacji Samanty.

- Ja bym tam był ostrożny z takimi posądami - kończy dobitnie.

Borys kiwa głową.

- Dlatego wolałem zapytać pana, zamiast robić problemy - wyjaśnia i pośpiesznie zmienia temat: - I mówi pan, że Jacek jest pisarzem? No proszę, ale się chłopakowi udało.

To by wyjaśniało ciężar przesyłek. Kilkadziesiąt książek w jednym kartonie waży swoje. Nie ma co prawda pojęcia, czemu przychodzą tak regularnie, bo po co pisarzowi jego własne książki? Ale to nieistotne. Borys i tak już czuje wyrzuty sumienia z powodu swojego wścibstwa, nie będzie drążył tego tematu. Nie powinien się interesować.

- Popularnym pisarzem - dodaje znacząco staruszek.

- Myślałem, że on w Działdowie na magazynie robi.

Staruszek odprowadza Borysa do bramki energicznym krokiem, a Borys dotrzymuje mu tempa. Ma poczucie, że przesadził, i chce tylko zakończyć tę rozmowę.

Waldemar wzdycha ciężko.

- No, robi - potwierdza. - Ja tam nie wiem czemu. Wiem tylko, co mi Jacek powiedział.

Borys kiwa głową.

- Oczywiście.

- Więc nie trzeba się martwić. Nic złego się nie dzieje.

Borys żegna się ze staruszkiem i wsiada do samochodu. Rozmowa z Waldemarem trochę go uspokoiła. Może nie sam jej ton, bo staruszek zapewniał go o niewinności Jacka nerwowo, jakby chodziło o jego własny honor, ale Borys decyduje się mu zaufać. Wie, jak działają społeczności na wsi. W tak małych miejscowościach niewiele można ukryć przed sąsiadami.

Gdyby z Samantą działo się coś złego, inni już by o tym wiedzieli.

Mężczyzna uruchamia silnik i opuszcza zakątek za wioską z ciężkim sercem. Powinien czuć się uspokojony. Zareagował odpowiednio, zweryfikował swoje podejrzenia i być może zasiał ziarno wątpliwości u Waldemara, który od tej chwili będzie miał dom Smarzka na oku.

Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś tam się działo.

Ale z pewnością się nie dzieje.

2

Samanta

Samanta czuje dziś wdzięczność.

Czuje ją codziennie od przeprowadzki i nawet w trudniejsze dni stara się o niej pamiętać. Jest szczęściarą. Życie zaoferowało jej spełnienie największych, najskrytszych marzeń, o których nie sądziła, że kiedykolwiek mogłyby się zrealizować, a ona wzięła tę szansę i wycisnęła ją jak cytrynę.

Nie, "jak cytrynę" jest zbyt oklepane.

Samanta odstawia karton z książkami na stół w kuchni i wraca do zmywania naczyń, a w myślach szuka odpowiednio oryginalnych słów na opisanie szczęśliwego życia. Ledwie dostrzega białą pianę spływającą po garnku, który wczoraj przypaliła. Patrzy przed siebie ze wzrokiem utkwionym w suszarce na naczynia i myśli. Wycisnęła życie jak... jak... W końcu się poddaje i cofa o pół zdania.

Życie zaoferowało jej spełnienie marzeń, a ona...

Nie, coś dalej nie gra.

Ona, Samanta Woźnicka, otrzymała od losu szansę na spełnienie marzeń i wykorzystała ją bez oglądania się na innych. Koniec. Kobieta poddaje się i uznaje, że nic lepszego już nie wymyśli. Opłukuje garnek pod bieżącą wodą i odstawia go na suszarkę.

Następne w kolejności jest przygotowanie obiadu, bo Jacek kończy dzisiaj pracę o piętnastej, a ona planuje powitać go czymś wyjątkowo przyjemnym. Wyciąga z lodówki paczkę mielonego i kładzie je głośno na deskę. Następnie uśmiecha się do siebie.

Pół roku temu została kurą domową. Nikt ze znajomych jej nie rozumiał. Samanta spędziła ostatnich osiem lat w dziale marketingu w krakowskim korpo, gdzie wypruwała sobie żyły i szła po trupach od jednego awansu do drugiego. Była najmłodszą kierowniczką w zespole, na prostej drodze do zostania najmłodszą wiceprezeską działu.

Mówi "znajomi" na swoich współpracowników. Nie ma przyjaciół. Nigdy nie potrafiła ani nie lubiła spoufalać się z obcymi. To właśnie oni przeżyli szok, gdy złożyła wypowiedzenie, a w pracy powiedziała, że pakuje się i wyprowadza na drugi koniec kraju za miłością swojego życia. Byli wtedy z Jackiem od pół roku w związku i zbieg okoliczności sprawił, że tak wcześnie mogli podjąć decyzję o wspólnym mieszkaniu. Trochę szybko, ale kiedy się wie, to się wie.

Samanta jest bardzo wdzięczna za to, jak to się wszystko ułożyło.

Staje przy blacie, ale zamiast łapać za nóż, obejmuje dłonią posiniaczony nadgarstek. To nie jest nic wielkiego, zawsze łatwo wychodzą jej siniaki - wystarczy mocniej ścisnąć i zaraz robi się fioletowo. Przygląda się skórze na przedramieniu.

To nic wielkiego.

Skutek uboczny spełniania marzeń.

Pełna wdzięczności kroi cebulę, wrzuca ją na patelnię i przygotowuje mięso. Jacek jest od niej inny, ale to głównie kwestia wychowania. Samanta dorastała w dużym mieście, jej mąż - tutaj. Gdy ona chciała świętować, szła na sushi albo ramen. On szedł po mrożonego burgera z supermarketu. Dwa różne światy.

Samantę fascynuje prostota jego życia.

Dlatego też dzisiaj w ramach świętowania przygotowuje lasagne. Wrzuca na patelnię kolejne składniki, wystawia na blat produkty do zrobienia sosu beszamelowego i nagle odkrywa, że zostało jej kilka wolnych minut.

Ma pomysł, na co może je przeznaczyć.

Wyciera dłonie w różowy fartuch, sięga po nóż i podchodzi do stołu kuchennego z odłożonym na nim pudłem, które przyszło dzisiaj pocztą. Rozcina je ostrożnie. Wie doskonale, co znajdzie w środku, więc widok ciemnoczerwonych okładek jej nie zaskakuje. Wydawca napisał, że podpisane egzemplarze znowu zeszły, więc przysyła paczkę z kolejnymi książkami. Jest ich dokładnie sześćdziesiąt. Po złożeniu autografów wrócą do wydawnictwa, które wystawi je na swojej stronie jako wyjątkowe egzemplarze w równie wyjątkowej cenie.

Samanta uśmiecha się z dumą.

Każdym twoim oddechem zostało bestsellerem. To też dla nikogo nie było niespodzianką, bo konta Jacka w mediach społecznościowych obserwowało już dwadzieścia tysięcy osób, więc wydawca od początku spodziewał się ogromnego zainteresowania książką.

Samanta ostrożnie bierze w dłoń jedną z nich i cieszy oczy widokiem wypukłych, beżowych liter, które oplata czerwony bluszcz. Nad tytułem widnieje nazwisko autora: Jacek Rydel. Wybrali ten pseudonim wspólnie, po tym jak Samanta uznała, że Smarzek nie jest wystarczająco czarującym nazwiskiem dla autora romansów. Jacek z początku nie był zachwycony, ale ostatecznie się zgodził. Kobieta zrobiła listę trzech nazwisk odpowiednich na pseudonim artystyczny, Jacek wybrał sobie Rydla.

Tak naprawdę to miał pewnie rację, twierdząc, że nie potrzebowali pseudonimu, bo książka i tak by się sprzedała. Jacek już wcześniej był popularny, a romans - cholernie dobry. Samanta wie o nim wszystko. Nikt nie spędził więcej czasu w sieci na przeglądaniu kolejnych recenzji, których przez ostatnie trzy miesiące wpadło mnóstwo, a werdykt był jednoznacznie pozytywny. Czytelnicy pokochali Każdym twoim oddechem.

Ale to Samanta pokochała je pierwsza.

Wciąż nie może uwierzyć, że to wszystko się dzieje i że ten sukces jest tak oszałamiający, więc z wdzięcznością przygląda się ciemnoczerwonej książce tak długo, aż woda na makaron w garnku zaczyna bulgotać. To wyrywa Samantę z zamyślenia. Odkłada książkę i doskakuje do kuchenki, zmniejsza ogień, podnosi pokrywkę. Dość marzeń na dziś.

Teraz pora okazać Jackowi wdzięczność.

***

Samanta uchyla drzwiczki piekarnika, by temperatura w środku opadła. Do powrotu ukochanego z pracy została ponad godzina - to jej wina, nudziła się i za szybko zabrała do obiadu. Są chwile, gdy jej wdzięczność nieco słabnie, a ona rozgląda się po mieszkaniu i wtedy do niej dociera, że została kurą domową na końcu świata, z dala od normalnych, zwykłych rozrywek, które wypełniały ostatnią dekadę jej życia. W takich chwilach zwykle zajmuje się pracą. Na przykład gotowaniem.

Lubi mieć ręce pełne roboty, bo wtedy mniej myśli. Kiedy sprząta, łatwiej zapomina o życiu w Krakowie, o znajomych i wyścigu szczurów, który zostawiła gdzieś za sobą. O tym, że przez całe życie była cholernie ambitna i z jaką łatwością przychodziło jej pięcie się po szczeblach kariery, choć dziś tak niewiele jej z tego przyszło.

Nie myśli też o tym, że całymi dniami siedzi na tym kawałku pola sama jak palec. Z domu widzi zaledwie dwa inne budynki. W jednym mieszka mężczyzna z niepełnosprawnością intelektualną, w drugim - starsze małżeństwo. Jacek twierdził, że oni też mają nierówno pod sufitem, ale tak samo mówił o listonoszu i o sklepowej, i o jakiejś kobiecie, która prawie w nich wjechała w Rogożu. Kiedy mu to wytknęła, tylko wzruszył ramionami.

- Tutejsi ludzie są dziwni i lepiej trzymać się od nich z daleka - wyjaśnił. - Przecież masz internet. Możesz rozmawiać ze znajomymi online.

Tyle że Samanta nie ma znajomych. Nie tak naprawdę. Miała kolegów w pracy, ale nie może do nich napisać. Jej zespół doznałby szoku, że pierwsza pracoholiczka Krakowa chce z nimi rozmawiać.

Marzenia zawsze mają swoją cenę, prawda?

Zresztą akurat samotność Samanta uważa za zaletę nowej sytuacji. W zeszłym roku zaczęły ją męczyć stany lękowe, które przypałętały się nie wiadomo skąd i nie wiadomo za co. Za nimi podążył zestaw leków od psychiatry i kobieta w końcu odkryła, że to nie świat nagle stał się przerażający, tylko ona zapracowywała się na śmierć.

W końcu musiała za to zapłacić.

Tuż przed wyjazdem z Krakowa było już tak źle, że na pożegnalną imprezę w pracy zbierała się pół wieczoru i tylko podwójna dawka Propranololu sprawiła, że w ogóle wyszła z łóżka.

Dziś nie ma już tego problemu. Od przeprowadzki nie musi nigdzie wychodzić. Zakupy zwykle robi Jacek po pracy. Nie mają żadnych znajomych, a czasem mija cały tydzień, zanim Samanta widzi kogokolwiek poza listonoszem i tą starą wariatką, która bladym świtem wychodzi w pole i tańczy z duchami. Jest tutaj całkowicie sama. Żadnych ludzi. Żadnego towarzystwa. Tylko ona i Jacek. Czego chcieć więcej?

Idzie na piętro i wyciąga z szafy grubszy płaszcz. Ma czas do obiadu, więc może pójść za przykładem starej wariatki i też się przespacerować. Gdy już jest gotowa, owija się jeszcze szalikiem, bo w listopadzie na Mazurach temperatura nie rozpieszcza.

Wygląda przez okno, a wcześniejszy pośpiech znów zostaje zastąpiony przez wdzięczność. Aż po horyzont roztacza się ciemne i wilgotne pole, obecnie zaorane i złożone w stan spoczynku przed zimą. Czasami rano wisi nad nim gęsta, nieprzejrzysta mgła. Na horyzoncie majaczy zagajnik, który Samanta już kilkukrotnie odwiedziła.

W Krakowie mogłaby tylko marzyć o tak cichej scenerii.

To właśnie po tym polu biega czasem ta wariatka w powłóczystej białej sukni. Samanta kojarzy, że kobieta mieszka na drugim końcu pola, w domku przy głównej drodze do Rogoża, ale na tym jej wiedza się kończy. Pytała o to Jacka, ale ją zbył. Nie wiedział nic o żadnym bieganiu po polu, zapewne dlatego, że większą część dnia spędzał na magazynie, a czas w domu - przed ekranem komputera. Przyglądał się tylko Samancie z rozbawieniem, gdy mu o tym opowiadała.

Powiedział jej kiedyś, że ma bujną wyobraźnię.

Samanta kończy przebieranie się, gdy słyszy na parterze cichy trzask. Normalnie pewnie nie zwróciłaby na niego uwagi, bo w starych domach często coś trzeszczy, ale ten dobiegł z kuchni. Zatrzymuje się z ręką na klamce. Nasłuchuje. Czy dźwięk się powtórzy? Nigdy nie miała pojęcia, za które z jej myśli odpowiada paranoja. Stany lękowe, które tak ją męczyły w zeszłym roku, mogą w każdej chwili wrócić. Poza tym kobieta całe życie mieszkała wśród ludzi. Dzieliła z nimi przestrzeń, mieszkała w blokach, okazjonalnie słyszała remonty sąsiadów, dźwięki telewizora, muzykę puszczaną przy gotowaniu czy spłuczkę w toalecie. Zawsze była świadoma cudzej obecności.

Tutaj to poczucie zostało, choć jest sama.

Czasem ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Po takich trzaskach nierzadko chodzi od pokoju do pokoju, zagląda do szafy i pod łóżko. Zawsze jest sama.

Samanta czeka jeszcze przez chwilę, ale dźwięk się nie powtarza. Na wszelki wypadek bierze z komody staroświecką lampę ze szklanym kloszem, odpina ją od kontaktu i tak uzbrojona wychodzi na korytarz. Prawdopodobnie za jej omamy dźwiękowe odpowiada paranoja, ale nie zaszkodzi być ostrożną.

Schodzi po schodach na parter, a drewno skrzypi pod ciężarem jej kroków. Gdyby w domu ktoś był, już by o niej wiedział.

Ale nikogo tutaj nie ma.

Samanta jest tego prawie pewna.

Zatrzymuje się w sieni i wstrzymuje oddech. Znowu się przesłyszała. To przez tę zmianę. Przeprowadzka na wieś była trudna, a ona nie przywykła jeszcze do życia w domu na końcu świata. Dopiero niedawno odstawiła leki na stany lękowe i potrzebuje czasu, nim dojdzie do siebie.

Ale wtedy skrzypienie rozlega się ponownie, a Samanta jest już pewna, że w kuchni ktoś się kręci. Po plecach przebiega jej dreszcz, a w uszach szumi krew. Adrenalina popycha ją do działania. Kobieta musi zareagować, musi coś zrobić, ale nie wie co i nie ma czasu, by się namyślić. Gdyby się zastanowiła, zapewne po prostu wybiegłaby z domu. Ale na to już za późno, bo naciska klamkę i wpada do kuchni z wysoko uniesioną lampką.

Mężczyzna na jej widok zaczyna krzyczeć.

***

Intruz przewraca się na podłogę obok piekarnika, a łyżka, którą dobierał się do lasagne, z brzdękiem upada na kafelki. W kuchni zapada grobowa cisza. Samanta patrzy na otwarte na oścież drzwiczki piekarnika, a jednocześnie jej nozdrzy dobiega zapach zapiekanego sera i sosu pomidorowego. Widzi, że lasagne w brytfance jest rozbabrana i naruszona z jednej strony.

Włamywacz wydaje z siebie przerażony szloch.

- Och, już dobrze, dobrze - mówi ciężko Samanta. - Nie chciałam cię przestraszyć, Franku. Wstawaj.

Mężczyzna podnosi się z podłogi, ale się nie odzywa. Przestępuje niepewnie z nogi na nogę. Kobieta nie ma serca się na niego gniewać.

- Ładnie pachniało, co?

- Tak, proszę pani. Myślałem, że można.

- Nie wiem dlaczego - mruczy pod nosem.

To może piąty raz od jej przeprowadzki tutaj, jak przyłapuje Franka w swojej kuchni. Mężczyzna mieszka w rozsypującej się chatce po drugiej stronie zagajnika i jest w jakimś stopniu opóźniony intelektualnie. Podobno lubi wchodzić ludziom do domów. Za każdym razem Samanta mu tłumaczy, że tak nie wolno robić, i prosi go, by używał dzwonka do drzwi, ale najwyraźniej nieskutecznie.

Jacek kazał jej wyrzucać go bez słowa.

- Usiądź przy stole.

Mężczyzna spełnia polecenie, a długie nogi próbuje podwinąć pod krzesło. Ma prawie dwa metry wzrostu, więc mu się to nie udaje. Samanta zgrabnie go omija. Ściąga szalik, wyjmuje z szuflady rękawicę kucharską i wyciąga lasagne na drewnianą podkładkę.

- Jak się dzisiaj czujesz? - pyta łagodnie.

- Nudno. Nie ma co robić.

- Dlatego przyszedłeś do mnie?

Uśmiecha się do niej szeroko.

- Ty tu jesteś.

- Jestem - potwierdza Samanta. - A pamiętasz, co ci mówiłam o wchodzeniu tutaj bez pytania?

Franek się waha, a uśmiech znika z jego twarzy. Wygląda jak przyłapane na gorącym uczynku dziecko, aż kobietę zalewa fala wyrzutów sumienia. Franek jest chory. Nie powinna być wobec niego zbyt surowa.

- Że nie wolno?

- Właśnie tak. Nie wolno.

Samanta wyciąga kawałek lasagne na talerz i stawia go przed mężczyzną. Żal jej go, bo z tego, co słyszała od Jacka, Franek miał w życiu pecha. Jako ośmiolatek uległ wypadkowi i przestał się rozwijać. Zatrzymał się w czasie, wciąż jest jak dziecko. Dwumetrowe, trzydziestoparoletnie dziecko. Mieszka sam, w małym domku przerobionym z dawnej szopki, na końcu pola Jacka. Samanta wie, że czasem zaglądają do niego pracownicy socjalni, ale to chyba jedyni jego goście. Zapewne dlatego całymi dniami chodzi po wiejskich drogach i zaczepia mieszkańców wioski.

Samanta siada po drugiej stronie stołu i patrzy bez słowa, jak Franek pochłania obiad. Zawsze było jej szkoda ludzi, którzy nie wybierają samotności dobrowolnie.

Nawet jeśli po raz piąty włamują się im do domu.

Ale o tym będzie musiała porozmawiać z Jackiem. Może pora zainstalować jakiś alarm?

- Przepraszam panią - mówi cicho Franek.

- Nie szkodzi. Wiem, że nie chciałeś zrobić nic złego. Ale to się nie powtórzy, prawda?

Mężczyzna energicznie kręci głową. Jacek nie miał pojęcia, czemu tak upodobał sobie ich dom. Sugerował, że może Franek wyjątkowo ją polubił, i kazał zamykać drzwi na klucz. Samanta przeklina pod nosem. Zapomniała to zrobić po tym, jak dostała paczkę z książkami.

- Obiecuję, proszę pani - poważnieje. - Już nie będę.

Samanta wymusza na twarzy uśmiech, choć jest coś nieprzyjemnego w tej dziecięcej powadze na twarzy dorosłego mężczyzny. Oczywiście to nie jego wina, że tak się zachowuje. Ale ona nie może wyzbyć się poczucia, że coś tu się nie zgadza.

- Bardzo dobrze - mówi. - Ale jeśli chcesz tu przyjść, to możesz. Musisz tylko zadzwonić do drzwi i poczekać, aż ci otworzę.

Franek kończy lasagne i odsuwa talerz. Kręci głową i się krzywi, jakby Samanta próbowała mu wmówić jakieś głupoty, ale on jest za cwany, by dać się jej oszukać.

- Nie - informuje ją z powagą. - Jacek nie pozwala.

- Jacek... rozmawiał z tobą o tym?

Franek przytakuje.

- A co?

- Nic, nic. Nie wiedziałam.

Samanta bierze talerz i przepłukuje go pod bieżącą wodą, odwrócona plecami do mężczyzny. Jacek nie wspominał jej o tym, że poszedł do Franka i wyjaśnił z nim sprawę włamań. Po prostu to zrobił. Wiedział, że miała problem, i rozwiązał go za nią. Mężczyzna, który słuchał jej narzekania i potrafił na nie zareagować. Zjawisko praktycznie niespotykane w dotychczasowej historii związków Samanty.

A jednak cuda się zdarzają.

Dokładnie takiego zachowania oczekiwała od swojego partnera.

Może jutro upiecze mu ciasteczka. Tak, to doskonały pomysł. Niedawno wpadł jej w oko świetny przepis, a i tak chciała wybrać się na zakupy. Już chyba z miesiąc nie odpalała swojego czerwonego Forda - najwyższa pora sprawdzić, czy akumulator wciąż działa.

Kobieta odwraca się z uśmiechem do Franka i postanawia, że zrobi dodatkową porcję ciasteczek specjalnie dla niego. W podziękowaniu za to, że zdradził jej ten sekret: że Jacek o nią dba.

Franek na widok jej uśmiechu cały się rozpromienia.

- Ta pani wcześniej nie była taka miła jak ty - stwierdza radośnie. - Ciebie to ja lubię bardziej.

3

Waldemar

W malutkim domku, który toi przy drodze, Waldemar odpakowuje przesyłkę. Zostawia karton na kuchennym blacie, obok garnka stygnącego gulaszu, i podziwia pokryte aksamitem pudełko. To nie był drogi naszyjnik, na więcej Waldemarowi byłoby szkoda pieniędzy, ale jego zdaniem sprawia przyjemne wrażenie.

Ot, słodka błyskotka na okrągłą rocznicę.

Z salonu dobiegają dźwięki ulubionej telenoweli Jadzi, więc Waldemar postanawia wstrzymać się z podarunkiem. Korzysta z chwili spokoju, chowa gulasz do lodówki i myśli nad słowami listonosza. Nie bardzo ufa Borysowi - nie po tym, co usłyszał na jego temat we wsi. Nie wie nawet, dlaczego zaprosił go na herbatę, chyba tylko z samotności, bo żal mu było siedzieć w dniu rocznicy samemu.

Ale żeby oskarżać Jacka o przemoc?

Niedoczekanie. Zaraz wiadomo, że Borys jest nietutejszy, bo nikt stąd nie wymyślałby takich głupot. Ale czego się spodziewać po listonoszu z miasta, który ma tyle za uszami. Już Waldemar zna takich jak on.

Jest pewien, że mężczyzna się myli.

Waldemar na emeryturze ma przestrzeń na to, by mimochodem obserwować świat, którym do tej pory słabo się interesował. Ma dużo czasu, by myśleć o tym, co widzi. Ma, prawdę mówiąc, ogółem trochę za dużo czasu.

Przeszedł na emeryturę dwa lata temu i nie potrafi się jeszcze przestawić na ten nowy tryb życia, w którym jego obowiązki są ograniczone do małego domku w dolinie. Koniec z pobudkami o czwartej nad ranem i pracą w polu. Koniec z jedynym życiem, jakie znał. Waldemar był rolnikiem, tak jak jego ojciec i dziadek przed nim. Tak wyglądało jego życie, odkąd tylko sięgał pamięcią, od kiedy z rana chodził krowy pasać i gdy powinien chodzić na lekcje, ale tego nie robił, bo dawniej to się we wrześniu dzieci rolników do szkoły nie posyłało. Nikt nie musiał go usprawiedliwiać nauczycielce. Takie były czasy.

A teraz to wszystko się skończyło.

Wciąż zdarza mu się o tym zapomnieć. Bywają dni, że budzi się o świcie, idzie do kuchni zaparzyć herbatę i dopiero wtedy przypomina sobie, że nie musi wychodzić.

Nie wie, co zrobić z nadmiarem tej wolności. Z okna w kuchni ma, na przykład, doskonały widok na dom Jacka i Samanty. Z pudeł po przeprowadzce wyciągnął nawet lornetkę, przez którą czasem widuje sąsiadkę w oknie na piętrze - kilka miesięcy temu zdjęli firanki w tych górnych i nigdy ich nie zawiesili. Kobieta często siedzi przy stole, pochylona nad czymś, może nad telefonem?

Waldemar zastanawia się wtedy, co robi.

Najprzyjemniej jest w momencie, gdy drogą przejeżdża Jacek. Waldemar staje wówczas w oknie i patrzy, jak młody mężczyzna zatrzymuje samochód za domem, a Samanta czasem wybiega na podwórze, żeby go przywitać. Taka jest w nim zakochana.

Waldemar nie chce być wścibski. Nie uważa nawet, żeby robił coś złego, bo przecież dobrze mieć oko na sąsiadów, prawda? Gdyby w ich domu wybuchł pożar, byłby jedyną osobą w okolicy, która mogłaby zadzwonić na straż. Waldemar uważa swoje obserwacje za sąsiedzką przysługę.

Nawet by mu do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby nie chcieć, by go obserwowano.

W saloniku rozlega się brzdęk, od którego staruszek zamiera. W ciszy nasłuchuje, czy dźwięk się powtórzy albo Jadzia się odezwie, ale jedyne, co dobiega zza ściany, to krzyki z telewizora - Esmeralda właśnie odkryła, że jej martwy narzeczony nie dość, że żyje, to na dodatek jest jej bratem.

Waldemar rozluźnia ramiona i oddycha głęboko. Ma jeszcze chwilę, zanim zajdzie do żony. Rozkłada gazetę, ale jego wzrok ślizga się po tekście, a mężczyzna wędruje myślami z powrotem do słów listonosza. Ma tak od przejścia na emeryturę, że jeśli w jego spokojnym, poukładanym życiu pojawi się jakieś niewielkie nawet zakłócenie, wytrąca go to z równowagi bardziej, niż powinno.

Może zapyta Halinkę, właścicielkę jedynego w Rogożu sklepu, co ten listonosz tak węszy po sąsiadach. Bo też co to za pomysł, żeby oskarżać chłopaka wychowanego tutaj o takie okropieństwa? Waldemarowi nie mieści to się w głowie.

Borys jest tu nowy, jest więc obcy. Jacek urodził się tutaj, wychował i dorastał. Jeśli Waldemar miałby wybierać między nimi, to nie ma takiej siły, która zmusiłaby go do zaufania listonoszowi. Nawet gdyby nie zaglądał czasem do sąsiadów za pomocą starej lornetki. Nawet gdyby nie miał pewności, że wszystko u niej dobrze.

Waldemar jest lojalny wobec swoich, a Borys... Ach, szkoda gadać.

Borys nie jest swój.

Telenowela się kończy, a gorące wyznania zastępuje huk reklam. Mężczyzna odkłada gazetę, bierze aksamitne pudełko i przechodzi do salonu. Pomieszczenie jest pogrążone w półmroku i zagracone bardziej, niż Waldemar by chciał - do emerytury mieszkali w znacznie większym domu i teraz musieli zmieścić cały dobytek w dwóch pomieszczeniach. W rogu stoją kwietniki, w kolejnym meblościanka wypełniona bibelotami - wyrobami dziecięcych rączek, które szkoda im było wyrzucać - i pamiątkami z ostatnich kilku pokoleń ich rodziny. Waldemar zatrzymuje się w progu i zaciska pomarszczoną dłoń na pudełku z rocznicowym prezentem.

Myśli, że naszyjnik spodoba się Jadzi.

Kobieta odrywa wzrok od ekranu telewizora. Jej rozbiegane spojrzenie, częste u niej po gwałtownych emocjach - takich jak odkrycie Esmeraldy - wędruje po pomieszczeniu. Staruszka jest szczupła i drobna, a w głębokim fotelu i pod grubym, ciężkim kocem wygląda bardziej jak brzydkie, pomarszczone dziecko niż dorosła kobieta. Potrzebuje chwili, by zauważyć stojącego w progu Waldemara, ale gdy już go poznaje, na jej twarz wślizguje się uśmiech.

- Kamienie powiedziały mi, że będzie dzisiaj padało - oznajmia. - Schowałeś nietoperze?

Waldemar poprawia się w myśli: dawnej Jadzi naszyjnik by się spodobał.

***

Każdy dzień w życiu Waldemara wygląda tak samo. Pobudka o szóstej. Sprawdzenie, czy Jadzia śpi obok niego. Śniadanie dla dwojga o siódmej. Sprawdzenie, gdzie jest Jadzia. Roboty w ogrodzie do południa. Sprawdzenie, czy Jadzia nie wymknęła się w czasie, gdy on siedział w szopie. Zakupy, jeśli Jadzia ma dobry dzień. Wspólne oglądanie telewizji, jeśli nie ma.

W dobre dni nie wini jej za to, jak wygląda ich życie. W ogóle nie powinien narzekać. Wie, że inni mają znacznie gorzej, ale nie zawsze o tym pamięta. Miewa takie dni, kiedy jedyne, o czym marzy, to odzyskanie dawnej Jadzi. Gdy bezsilność go przerasta, wychodzi do szopki i rąbie drewka na opał. Albo cokolwiek innego, co wymaga użycia mięśni, skupienia i mało myślenia.

Dziś wypada właśnie taki dzień.

Jadzia czuje się dobrze, więc całe popołudnie siedzi przy otwartej szafce, z której wyciąga bluzki, składa je i buduje z nich wieże na stole, a towarzystwa dotrzymuje jej rozkręcony głośno telewizor. Waldemar zjada z nią obiad w milczeniu, bo nie ma siły na rozmowę. Takie dni też zdarzają mu się coraz częściej. Po obiedzie ucieka do szopki i wyciąga siekierę.

Wielu rzeczy Waldemar żałuje. Mało spraw w jego życiu potoczyło się tak, jak tego chciał, a z konsekwencjami podejmowanych w dobrej wierze decyzji musi mierzyć się do dzisiaj. A intencje zawsze miał dobre. Naprawdę chciał jak najlepiej.

To tylko życie płatało mu kolejne psikusy i na intencjach się kończyło.

Waldemar ustawia drewko i rozbija je siekierą. Jeden cios to za mało, więc powtarza proces z kolejnymi szczapami, których stosik rośnie pod ścianą szopki w tempie imponującym dla człowieka w jego wieku. Przestaje dopiero w momencie, gdy zaczyna czuć pulsujący ból w ramieniu. Coraz bliżej mu do siedemdziesiątki, ale zwykle udaje mu się o tym zapomnieć.

Odstawia siekierę pod ścianę i zamiera.

Cisza. Ona nigdy nie jest w ich domu dobrym znakiem, bo to jak z małymi dziećmi - oznacza, że coś się dzieje.

Waldemar przytrzymuje nadwyrężone ramię i wchodzi do domu, a podłoga skrzypi pod jego ciężkimi roboczymi butami. Zagląda do salonu, gdzie pół godziny wcześniej zostawił swoją żonę. Telewizor jest wyłączony. Rozwalone stosy ubrań leżą na stole, obok stoi niedosunięte krzesło.

- Jadzia?!

W salonie nikogo nie ma. Waldemar przechodzi do ich sypialni. Tu też jest pusto. W głowie zaczyna mu szumieć, a serce bije głośno pod koszulą w kratę. Nie powinien był odchodzić. Nie powinien był zajmować się dzisiaj drewkami.

- Jadzia!

Powtarza sobie, że świat się przecież nie wali. Żona może chodzić sama po okolicy i nie sprawia nikomu problemów. Jest pod tym względem trochę podobna do Franka, choć zdaniem Waldemara Franek radzi sobie lepiej z samodzielnym życiem. Zna tę okolicę od urodzenia, obszedł każdy skraj ziemi i każdą ścieżkę we wsi. Wszyscy go znają i wiedzą, żeby mieć na niego oko. O Jadzię Waldemar boi się bardziej, bo jest nieprzewidywalna. Wszystko u niej zależy od tego, jaki ma dzień.

Powtarzanie, że nic jej się nie stanie, szybko przestaje działać. Zapomina całkiem o nadwyrężonym ramieniu. Zarzuca na siebie grubą kurtkę i nerwowo zagląda ostatni raz do wszystkich trzech pomieszczeń w ich niewielkim parterowym domku. Nie wie, czemu to robi, chyba tylko z przezorności, bo Jadzia jest głośna i nie ukryłaby się przed nim na długo. Nie byłaby w stanie zniknąć na tak małej przestrzeni.

Waldemar wypada z domu i rozgląda się wokoło. Okolica jest pusta. Puste pole, dom Jacka na horyzoncie i trochę drzew za nim. Nikogo na drodze gruntowej, która ciągnie się od drogi na Rogoż wzdłuż pola.

Jadzia jest od niego kilka lat młodsza, ale jej ciała nie zniszczyła praca na roli. Do tej pory potrafi poruszać się z werwą, której jemu brakuje już od lat. Mężczyzna podchodzi do płotu i się zastanawia. Mógłby czekać tutaj na jej powrót. Są dni, kiedy Jadzia zachowuje się jak dziecko, i dni, kiedy jest niemal taka sama jak wtedy, gdy ją poznał czterdzieści lat temu. Czasem te dni zamieniają się w godziny albo chwile. Ale mężczyzna nie wyobraża sobie, by miał po prostu czekać. Wzdycha i zamyka za plecami bramkę, która zgrzyta przeciągle.

W okolicy znajduje się kilka miejsc, do których Jadzia lubi zachodzić. Waldemar dokonuje w myślach przeglądu, choć nie musi się długo zastanawiać. Jest jedno miejsce, które jego żona odwiedza częściej niż inne.

Znajdzie ją przy grobie.

4

Samanta

Franek nie mówi nic więcej o kobiecie, która przed nią bywała w tym domu, więc po kilku pytaniach Samanta odpuszcza. Byłe Jacka nie są przecież dla niej końcem świata. Ma jeszcze chwilę na spacer przed powrotem ukochanego, więc wraz z sąsiadem wychodzą na dwór, a ona starannie zamyka drzwi na klucz i chowa go do kieszeni. Żegna się z mężczyzną i odprowadza go wzrokiem, by się upewnić, że wróci do siebie. Wychudzona sylwetka maleje między drzewami za domem.

To naprawdę tragiczne, że ktoś w jego położeniu mieszka sam.

Częściowo właśnie tego się spodziewała po życiu na wsi. Przeprowadziła się do najbiedniejszej części Mazur, której mentalność bliższa była temu, co żartobliwie przypisywano Podlasiu czy Podkarpaciu. Nie wszyscy w okolicy mieli się za co leczyć, wielu żyło tylko z renty, zasiłku albo pracowało na czarno za grosze. Wyrzutki, pijacy, chorzy. Jak zepsute zabawki rozrzucone w piaskownicy, myśli, bo mimowolnie szuka najtrafniejszych słów, by opisać życie, które od niedawna stało się jej udziałem. Tutaj każdy radzi sobie, jak może.

Niektórzy nie radzą sobie wcale.

Samanta patrzy z uwagą, jak Franek ostatecznie znika między drzewami. Gdzieś za nimi, w dolinie, znajduje się jego dom - nigdy nie była w środku, ale widuje go z drogi. Przed pożegnaniem wymusiła na mężczyźnie powtórzenie obietnicy, by nigdy więcej nie wchodził do Jacka bez pytania.

Franek sumiennie obiecał, że tego nie zrobi.

Gdy sąsiad znika, Samanta cofa się na ganek i naciska klamkę, żeby się upewnić, że użyła klucza. Odchodzi na kilka kroków, patrzy na wielki budynek i oddycha głęboko. Choć jej stany lękowe należą już do przeszłości, wciąż miewa dni, w które zwykły spacer wymaga od niej wysiłku.

Samanta doskonale pasuje do zbioru zepsutych zabawek, rozsianego po okolicy.

Ale dzisiaj wie dokładnie, dokąd się wybiera: w jej ulubione miejsce. Odkryła je przypadkiem kilka dni temu i od razu się w nim zakochała, bo od reszty ustronnych zaułków różniło je jedno: historia. Samanta nie zna jeszcze tej historii, ale podświadomie czuje, że w niewielkim zagajniku doszło kiedyś do czegoś wyjątkowego. Zawsze miała nosa do takich tematów.

Idzie przez pole, pozwalając swoim myślom błądzić nieskrępowanie. W jej głowie wirują obrazy Jacka i ich wspólnych chwil po jego powrocie - i wcale nie myśli teraz o przepysznej, pachnącej ziołami prowansalskimi lasagne. Ma pewien pomysł na to, jak urozmaicić im spokojny wieczór na tym odludziu.

Kluczowym rekwizytem planu na tę noc jest cienka skórzana smycz. Znalazła ją na dnie swojej walizki przy okazji porządków i pomyślała, że najwyższa pora znowu zrobić z niej użytek.

Nie przejmuje się słowami Franka o tym, jaka była poprzednia pani domu. Oboje z Jackiem są koło trzydziestki, a w tym wieku to normalne, że mają jakąś przeszłość. Przeszłość Samanty jest raczej skromna, bo pracoholizm stał na drodze przyjemnościom. Ma za sobą dwa dłuższe związki, które rozsypały się z tak banalnych powodów, że kobieta miałaby dziś problem z przypomnieniem ich sobie.

W przeciwieństwie do niej Jacek ma zaskakująco bogatą przeszłość. To tym dziwniejsze, że w okolicy nie ma nikogo w ich wieku. Samanta dostrzegła to przy okazji pierwszych zakupów w pobliskim supermarkecie, a Jacek potwierdził później - większość młodych osób zaraz po szkole ucieka do miasta. Zapytała go wtedy, dlaczego on też tego nie zrobił, ale zbył ją jakimś żartem.

Mimo to Jacek w jakiś sposób zdobył wystarczające doświadczenie w kwestiach romantycznych, by o trzy lata od niego starsza Samanta nigdy nie poczuła różnicy między nimi. Zapewne któraś z jego byłych dziewczyn tu zaglądała, może nawet jakiś czas mieszkała. Może tak samo jak ona siadała czasem z Frankiem i słuchała, jak ten opowiadał jej o lesie.

Samanta zaczyna wyobrażać sobie tę kobietę, aż gwałtownie przerywa.

Nie może robić takich rzeczy.

Dochodzi do zagajnika, w którym kilka dni temu dokonała odkrycia. Spomiędzy drzew powoli wyłania się wielki szary cokół, postawiony tam tak dawno, że mech wypełnił wykute w kamieniu litery. Pomnik sięga Samancie do pasa, jest prosty, bez dodatkowych dekoracji czy zdobień, i chyba właśnie ta prostota tak ją urzekła od pierwszego wejrzenia.

Kobieta klęka na wilgotnej, lodowatej o tej porze roku ziemi. Nie wytrzyma tu długo, ale chce nacieszyć oczy tym widokiem. Przed pomnikiem stoją trzy czerwone znicze z dawno wypalonymi wkładami i jedna wiązka plastikowych kwiatów - ślady tego, że ktoś we wsi jeszcze pamięta o dawnej tragedii.

Ale co tak właściwie się tu wydarzyło?

Samanta nie wie. Na pomniku wyryto kilka słów, żadnych wyjaśnień:

PAMIĘCI OFIAR

17.02.1997

ALEKSANDRA, MARTYNA, KATARZYNA, JAN, MAGDALENA, MATEUSZ, PAWEŁ, PIOTR, WIKTOR, ZOFIA

ŚWIEĆ, PANIE, NAD ICH DUSZAMI

Samanta nie ma zbyt wielu informacji, ale układa sobie w głowie wszystko to, czego się doliczyła. Dwadzieścia dwa lata temu w tym zagajniku, jakiś kwadrans drogi piechotą od domu Jacka, w niewyjaśnionych okolicznościach życie straciło dziesięć osób.

To wszystko, co Samanta wie.

A czego Samanta nie wie, to lubi sobie dopowiedzieć.

W życiu nie przyznałaby się na głos, że zawsze intrygowały ją masowe groby, wypadki, w których wiele osób traciło życie, czy wielkie katastrofy. Fascynuje ją śmierć, która zbiera swoje żniwo w spektakularny sposób. Nie ma pojęcia dlaczego i trochę się tego wstydzi.

A może to tylko groza.

Może chorobliwa ciekawość.

Może ulga, że padło na kogoś innego, bo te zbiorowe śmierci są zawsze takie... przypadkowe. Czasem ci się uda, czasem nie. Czasem idziesz do pracy i już z niej nie wracasz. Czasem spóźniasz się na lot, który kończy się na dnie oceanu. W opisach katastrof zawsze jest mnóstwo takich historii, które budzą dreszczyk emocji - jak przy uprawianiu hazardu. Bo ktoś nie zdążył na samolot. Ktoś się rozchorował i nie poszedł do pracy. Ludzie wychodzą z wypadków cało w najgłupszych zbiegach okoliczności.

Samanta klęczy przed pomnikiem i przygląda się imionom wyrzeźbionym w kamieniu. Wstyd jej, że jest nim tak zafascynowana, ale nikt się o tym nie dowie. To tylko jej sekret. Kim była Martyna? Kim był Mateusz?

Co zakończyło ich życie siedemnastego lutego?

- Jednego brakuje. Marysię pochowali w mieście. Jedenastka ich wtedy była, jedenastka zginęła. W tej śnieżycy.

Głos rozlega się za jej plecami blisko i tak nagle, że Samanta wciąga głośno powietrze. Zrywa się z ziemi i odwraca gwałtownie. Przed nią stoi siwowłosa staruszka, szczupła i niepozorna. Musiała zakraść się tutaj, gdy Samanta się zamyśliła, bo nie usłyszała jej kroków - a w lasku zwykle trudno ukryć swoją obecność.

Kobieta przykłada dłoń do serca, które bije jej jak szalone, i przygląda się staruszce z niepokojem. Zna ją z widzenia, sąsiadka mieszka w domku przy głównej drodze, który widać z okien ich sypialni. To ona czasem biega po polu w kozakach i koszuli nocnej. Czego tutaj szuka?

- Pani... Pani Jadwiga, tak?

Staruszka odrzuca na plecy siwy warkocz i wskazuje pomnik. Wygląda przy tym tak poważnie i dostojnie, że Samanta wątpi, czy to na pewno jej szalona sąsiadka.

- To była taka śnieżyca, że znaleźli ciała dopiero kilka dni później - mówi ze wzrokiem utkwionym w kamieniu. - Zaspy większe od tych dzieci. Maluchy nie mogły przez nie przejść. Nie mogły sobie poradzić.

Samancie krew odpływa z twarzy.

- To... To były dzieci? Te imiona na pomniku?

- Nie mieli jak przenieść tylu ciał, a ziemia była skuta lodem. Zostawili je w starej gawrze po niedźwiedziu i przykryli deskami. To miał być tymczasowy grób. Sołtys tak mówił. Kryzysowy. A jak na wiosnę puścił mróz i spróbowali ich przenieść, to już się nie dało, więc proboszcz się zgodził na mogiłę tutaj, żeby wszyscy zleżeli razem. Wszyscy poza Marysią.

Samanta zaczyna rozumieć.

To nie jest pomnik, tylko grób.

Dreszcz przebiega jej po plecach, więc próbuje przywołać się do porządku. Groby nie są przecież straszne. Na cmentarzu jest ich pełno. Więc dlaczego teraz, gdy słucha drżącego głosu sąsiadki, towarzyszy jej ten dziwny, uwierający niepokój?

Czuje pod stopami ciała dzieci, więc cofa się o krok.

- Co im się stało? Czy pani wie, co się stało?

Jadwiga wybucha śmiechem.

***

Coś się zmienia.

Samanta nie ma pojęcia co, bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się takie samo: listopadowy wiatr delikatnie szumi w zagajniku, ziemia pod ich butami jest zimna i wilgotna, ciemnoszare chmury zasłaniają każdy skrawek nieba. Śmiech Jadwigi na początku jest przeszywający i trochę hienowaty, ale urywa się nagle, a staruszka przytomnieje. Chyba przytomnieje. Samanta przygląda się jej z niezrozumieniem.

- Wszystko w porządku? - upewnia się.

Staruszka również na nią zerka.

- Oczywiście, czemu pytasz?

Samanta wzrusza ramionami. Spojrzenie kobiety jest teraz jasne i przytomne, zaszła w niej jakaś dostrzegalna gołym okiem zmiana.

- Też przyszłaś się do nich pomodlić? - pyta nagle Jadwiga.

- Eee... Tak. Tak.

- To był okropny wypadek.

Samanta ściąga brwi i odruchowo obejmuje się ramionami, nie z zimna, tylko dla ochrony. Spogląda za siebie, ale nie widać stąd domu Jacka. Kusi ją, by wycofać się i uciec, ale jest ciekawa. Chce dowiedzieć się czegoś więcej o dziesiątce dzieci, które straciły tu życie.

- Wie pani może, co dokładnie się tutaj stało? - pyta łagodnie, uważnie pilnując, żeby jej głos nie zabrzmiał zbyt nachalnie.

Jadwiga zaciska usta.

- Każdy tutaj to wie.

- Ja nie jestem stąd.

- Więc co tu robisz?

W każdych innych okolicznościach Samanta chętnie odpowiedziałaby na to pytanie, ale nie teraz. Jak ma streścić w kilku słowach, że przyjechała na Mazury za miłością swojego życia, bo ataki paniki zamieniły jej codzienność w koszmar, a kręcić rolki z Jackiem może z każdego miejsca na świecie? Wystarczyłoby, żeby Jadwiga zapytała, czym są rolki, i kompletnie zmieniłaby kierunek ich rozmowy.

- Spacerowałam - wyjaśnia zwięźle. - Mówiła pani coś o śnieżycy?

Jadwiga opuszcza wzrok na trzy czerwone znicze, jakby na moment zapomniała o obecności Samanty. Może właśnie tak jest. Samanta nie jest pewna, na ile kobieta zdaje sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje.

- Tak, była wtedy śnieżyca.

- I co się stało z tymi dziećmi? Jak się tu znalazły?

Jadwiga błądzi nieprzytomnym wzrokiem. Patrzy na powykręcane ze starości drzewa. Na grób, w którym spoczywają zwłoki.

- Nie mogli ich pochować w osobnych grobach na wiosnę, bo nie byli w stanie rozdzielić ciał. Na wiosce potem gadali o stosach kości i lejącym się, zgniłym mięsie. Ja wszystko słyszałam. I dopiero w marcu wyprawili im uroczysty pogrzeb. Każdy z okolicy się stawił. Nigdy nie byliśmy bardziej razem niż wtedy, gdy połączyła nas tragedia.

Samanta długo nie odpowiada. Jeszcze przed chwilą Jadwiga wydawała się taka przytomna, ale to wrażenie się rozwiało. Staruszka błądzi wzrokiem po nagrobku i okolicy, ale na niczym nie może się skupić.

- Mieszkała tu pani wtedy? - pyta łagodnie młodsza z kobiet.

Rezygnuje z dopytywania o przyczyny tragedii. Nawet w normalnych okolicznościach byłoby jej dziwnie o tym rozmawiać, a już szczególnie teraz, gdy kontakt ze staruszką jest tak rozchwiany.

- W okolicy.

- To miło, że wciąż pani tu zagląda.

Jadwiga zaciska usta.

- Poprawiam kwiaty i przynoszę nowe wkłady do zniczy - wyjaśnia. - Nie jestem jedyna.

- To wciąż bardzo miłe z pani strony. - Samanta przygląda się staruszce z namysłem i odwraca wzrok. Czuje się nie na miejscu, jakby nagle została wrzucona w środek prywatnych spraw obcych ludzi. - Wiele razy się zastanawiałam, co się tutaj stało - dodaje usprawiedliwiająco.

- Cóż, nie powinnaś. Nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości, same kłopoty z tego potem wychodzą. Co było, to było i się nie odstanie.

- Nie, oczywiście, ja tylko...

- Nie powinnaś zakłócać zmarłym spoczynku. Oni potrzebują ciszy.

Samanta znowu się wycofuje. Jest zawstydzona, bo staruszka ma rację. Nie przychodzi tutaj, żeby doglądać grobu. Ona była po prostu ciekawa. Zobaczyła imiona dziesięciu martwych osób i nie mogła wyrzucić ich z głowy. Postanawia zostawić Jadwigę w spokoju, ale wtedy staruszka oznajmia rzeczowo:

- Czasem, gdy szumi wiatr, możesz usłyszeć ich płacz.

- C-co?

- Ale tylko wtedy, gdy wieje naprawdę mocno. Ten płacz jest wtedy nieznośny. Nawet gdy zatykasz uszy, wciąż go słyszysz. Dlatego nie próbuj im przeszkadzać. Oni potrzebują leżeć w ciszy.

Jadwiga odchodzi i znika między drzewami, pozostawiając Samantę z poczuciem niedosytu. Chciałaby słuchać staruszki dalej - nie tylko historii nieszczęścia, ale także o życiu społeczności, do której ma nadzieję dołączyć. Mogłaby być dla niej nieocenioną pomocą.

Następnym razem spróbuje porozmawiać z nią dłużej. Dzisiejsze spotkanie nie było zbyt fortunne, ale może stać się zalążkiem znajomości. Znajdzie na to sposób. Dziwne zachowanie staruszki jej nie przeszkadzało, właściwie całkiem wpisywało się w klimat mazurskiej wsi. Ta okolica w porównaniu do Krakowa jest jak pustynia - a bez krytycznego wzroku sąsiadów każdy robi to, na co ma ochotę. Franek całymi dniami wędruje po polach, Jadwiga opowiada o martwych dzieciach, a Samanta planuje, jak uwieść Jacka za pomocą smyczy.

Właśnie dlatego tak jej się tutaj podoba.

Czuje się wolna.

Tuż przed odejściem zauważa jeszcze przekrzywioną wiązankę. Przyklęka i ją podnosi, a następnie otrzepuje mokre grudki przyklejone do plastikowych liści. Wokół pomnika znajduje się szeroki pas ciemnobrązowej, wyrównanej grabiami ziemi. Samanta myśli, że to trochę dziwne, bo trawa w tym miejscu wyglądałaby ładniej, ale może celowo pozostawiono tę przestrzeń niezarośniętą. Może tak zaznaczyli, że to nie tylko pamiątkowy pomnik, ale i grób dziesięciu osób.

Samanta wyciąga dłoń przed siebie i uklepuje wzburzoną ziemię. Wtedy coś dostrzega. Biały przedmiot ledwie wystaje ponad powierzchnię. Podnosi go i na otwartej dłoni przybliża do twarzy. Gładki, jasny kamień jest podłużny, wąski i krótki na może trzy centymetry.

W końcu dociera do niej, co trzyma, i z piskiem to upuszcza.

Kość. Jest malutka. Pewnie należy do jakiegoś leśnego zwierzęcia.

Samanta się pochyla i ostrożnie odkłada ją na miejsce, pod plastikową wiązankę. Dla pewności zakrywa miejsce ziemią. Wzdryga się z obrzydzenia, więc próbuje to sobie zracjonalizować. Takie rzeczy się zdarzają. Może jakiś królik padł w tym miejscu albo nietoperz, albo...

Cóż, być może ta kość ma ponad dwadzieścia lat.

Skoro mieszkańcy wioski zakopali ciała w zagajniku zamiast na cmentarzu, to kto wie, co jeszcze się tu wtedy działo. Może nie mogli przebić się przez korzenie okolicznych drzew i dlatego pochowali dzieci płytko, blisko powierzchni. Jeśli dobrze zrozumiała Jadwigę, nie było żadnych drewnianych trumien, które oddzielałyby ciała od ziemi.

Samanta ostatni raz poprawia wiązankę i odchodzi. Miała wyjść tylko na kilka minut, żeby zdążyć przed powrotem Jacka. Jej serce zostaje przeszyte znajomym niepokojem. Wciąga powietrze i puszcza się przed siebie biegiem.

Nie może się spóźnić.

5

Jacek

Zdaniem Jacka życie jest ostatnio wspaniałe - poszczęściło mu się tak, że aż słów brakuje.

Podjeżdża pod dom kilka minut po trzeciej. W progu zrzuca buty.

- Wróciłem!

Samanta już na niego czeka w kuchni, w kusej sukience, która podwija się na pośladki przy każdym ruchu, i w seksownym fartuszku - trochę jak u staroświeckiej gospodyni, a trochę pokojówki z filmów dla dorosłych. Ten fartuszek to taka ich zabawa. Bardzo lubią wymyślać sobie różne zabawy.

Mieszkanie na końcu świata, gdzie mają tylko siebie, bardzo im służy.

Na powitanie Samanta podbiega do niego i wskakuje mu w ramiona, a nogi oplata wokół jego bioder. Jacek ją całuje, a dla zachowania równowagi przyciska jej plecy do ściany. Jego dłonie wślizgują się pod sukienkę, gdzie odkrywa, że kobieta nie ma na sobie majtek. Jacek chucha ciepłym oddechem do jej ucha. Powietrze łaskocze skórę Samanty, która z rozkoszą odchyla głowę.

- Tęskniłaś? - pyta ją.

- Tęskniłam.

W tym momencie nic więcej mu nie trzeba do szczęścia, chce się skupić na tu i teraz, a wszystkie obowiązki zignorować. Jest zmęczony - jego dzień zaczął się wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Teraz chce tylko zjeść i nacieszyć się towarzystwem swojej ślicznej dziewczyny.

- Pokażesz mi, jak bardzo?

Samanta chichocze, a po jego szyi prześlizguje się powietrze. Liczy na to, że tym razem uda mu się ją przekonać, ale wystarczy jeden rzut oka na jej twarz, by wiedzieć, że mu nie odpuści.

Dla niego życie jest dobre, gdy jest pełne przyjemności.

Dla niej - gdy wszystko chodzi jak w zegarku.

- Później ci pokażę - obiecuje Samanta. - Ale najpierw praca.

- Ale ja cię potrzebuję.

Chce nacieszyć się nią jeszcze chwilę dłużej. Prześlizguje dłońmi po jej talii i wsuwa je pod materiał sukienki. Dopiero wtedy Samanta go upomina.

- Idź szybko pod prysznic - szepcze i wyciska na jego szyi drobne pocałunki. - Musimy łapać światło dzienne, póki coś jeszcze jest. A potem mam dla ciebie niespodziankę.

- Tak? - mruczy. - Jaką?

- Zobaczysz. Jestem pewna, że ci się spodoba.

Samanta śmieje mu się w pierś. Próbuje rozluźnić nogi i się z niego zsunąć, ale Jacek jeszcze przez chwilę przytrzymuje ją w górze. Jest od niej dużo wyższy, ma prawie dwa metry wzrostu i szerokie ramiona. Samanta przyznała mu się kiedyś, że na początku nie była w stanie traktować go poważnie, bo wyglądał za bardzo jak książkowy bad boy z romansów, którymi zaczytywała się po pracy.

A teraz z przyjemnością odgrywał dla niej tę rolę, ilekroć sobie tego zażyczyła.

- Najpierw praca, potem przyjemności - dodaje Samanta.

- Ale ja już dziś pracowałem.

Nie wspomina, że to tylko część prawdy. O tym powie jej w swoim czasie. W przeciwieństwie do niej woli najpierw sięgać po przyjemności, a pracę i różne przykrości odwlekać na później. Dlatego zresztą doskonale do siebie pasują: bo są swoimi przeciwieństwami. Poza tym Jacek naprawdę podziwia to, jak ambitna i pracowita jest jego dziewczyna. Wiele jej zawdzięcza.

Dlatego swój sekret zachowuje dla siebie.

- No to czym jest dla ciebie kilka minut więcej? Szybko. Dziś eksplodował nowy trend, na który musimy wskoczyć.

Normalnie nagrywają rolki w weekendy, by łapać w ciągu dnia światło słoneczne, ale w ostatni weekend cały czas padało, więc materiał do promocji wyszedł średniej jakości - mimo lamp w garażu. Poza tym Jacek dobrze wie, że trendy najlepiej wyłapywać i podchwytywać jak najszybciej. Nie wie wprawdzie, co to są trendy ani dlaczego ich wykorzystywanie jest takie ważne, ale to już zmartwienie jego dziewczyny. On ma tylko, jak to mówi Samanta, ładnie wyglądać.

Właśnie dlatego to życie doskonale mu odpowiada.

Puszcza Samantę i idzie pod prysznic. Wciąż nie może uwierzyć w to, jak zmieniło się jego życie przez kilka ostatnich miesięcy. Rok temu był zerem - i może to częściowo jego wina, bo choć miał wiele pomysłów, do każdego z nich szybko tracił zapał, zwykle jeszcze przed tym, nim zabrał się do działania.

Ale pewnego dnia Samanta postanowiła zrobić z niego swój projekt.

Poznali się przypadkiem, gdy odwiedzał znajomego na weekend w Krakowie. Samanta zaimponowała mu wtedy, informując go przy drinku o swoich preferencjach w łóżku. Preferencją Jacka był po prostu seks, na wszystko inne reagował bardziej lub mniej entuzjastycznym "tak". Spędzili ze sobą noc. Jacek myślał, że na tym się skończy, ale wymienili się kontaktami i zaledwie kilka dni później zaczęli ze sobą rozmawiać.

I nigdy nie przestali.

Okazało się, że Jacek był wszystkim tym, co Samanta mogła ukształtować pod swoje wymagania. To jej zawdzięcza fakt, że jest dzisiaj bestsellerowym pisarzem - co prawda dopiero jednej, ale za to świetnie rokującej książki - a jego twarz kojarzą tysiące obserwujących w mediach społecznościowych. Samanta dzięki swojemu doświadczeniu w marketingu wiedziała doskonale, jak stworzyć jego publiczną personę - seksownego rolnika, który po ciężkiej fizycznej pracy zakłada okrągłe okulary w cienkiej ramce i rozkoszuje się romansami. Fakty nie stanęły na przeszkodzie starannie budowanej fantazji - Jacek nigdy nie był rolnikiem, oddawał pole w dzierżawę sąsiadowi, a traktor od dwudziestu lat nie jeździł. Liczyło się tylko wrażenie, a Samanta wiedziała, jak je zbudować, by wydawcy zabijali się o jego książkę.

Wyjaśniła mu kiedyś, że jest - jak to ona nazwała - niszą. Romanse czytają niemal wyłącznie kobiety, wśród których jest rodzynkiem. Mężczyzna, który czyta romanse? Szokujące. Przystojny mężczyzna, który czyta romanse i jeszcze się do tego publicznie przyznaje? Ewenement na skalę światową (Jacek uwielbiał czuć, że jest wyjątkowy). Przy każdym wrzuconym filmiku wyobrażał sobie zachwyt jego obserwatorek, wypieki na ich policzkach, wilgoć w majtkach.

Śmiał się z tego, dopóki nie zobaczył, w jakim tempie rośnie jego konto.

Dzięki Samancie zrozumiał, jak bardzo jest wyjątkowy.

Gdy wraca spod prysznica, jego dziewczyna ma już na sobie płaszcz i buty. Jacek zakłada ciemnoczerwoną koszulę w kratę, jedną z może trzech, które kobieta pozwala mu nosić do nagrań, bo spójność wizualna coś tam, coś tam. Razem idą do warsztatu jego ojca w przybudówce, którą kilka tygodni temu Samanta odnowiła i - jak to określiła - podkręciła estetykę, by warsztat wyglądał odpowiednio seksownie w soczewce kamery. Narzędzia - z których Jacek nigdy w życiu nie korzystał, bo mimo dorastania na roli do prac fizycznych ma dwie lewe ręce - wiszą na ściankach symetrycznie jak na wystawie, a gdyby mężczyzna im się przyjrzał, dostrzegłby pewnie kolorystyczną synchronizację czy coś równie durnego. Samanta uwielbiała takie rzeczy. Jego nie mogłyby one mniej obchodzić.

Przeciwieństwa się przyciągają.

Przez całe lato kręcili rolki z wnętrza traktora, który z jakiegoś niewyjaśnionego powodu cieszył się na jego mediach społecznościowych ogromną popularnością, ale wraz z nadejściem brzydkiej, zimnej jesieni dotarcie do wraku ich przerastało. Nawet najlepsze gumowce nie radziły sobie z błotem za szopką.

Jacek siada na stołku i z zadowoleniem przygląda się Samancie. Lubi, gdy go obsługuje. Lubi też, kiedy nic nie musi - a przy niej nigdy nie czuł, żeby coś musiał. Zawsze to ona się wszystkim zajmowała. Na pierwszej randce poinformowała go, że lubi kontrolować otoczenie i jeśli to nie problem, to ona będzie decydowała, które restauracje odwiedzą.

Jacek był zachwycony.

- Wiesz może, kiedy zapłacą za książkę? - pyta.

Samanta przestawia lampę do nagrywania bliżej Jacka i odsuwa od niego stelaż, bo trend, który chcą wykorzystać, wymaga ujęcia na trzy czwarte.

- Co masz na myśli?

- Kiedy przyjdą pieniądze od wydawcy?

Kobieta odrywa wzrok od telefonu, który próbuje umiejscowić na stelażu. Jest nagle bardzo poważna, a Jacek domyśla się, że to, co zaraz usłyszy, średnio mu się spodoba.

- Zaliczka przyszła przy podpisaniu umowy, a teraz rozliczenia będą wysyłane co pół roku. Ale to trochę potrwa, zanim spłacą zaliczkę. Nie mam, prawdę mówiąc, pojęcia, ile książek się sprzedało. Wszyscy mówią, że jest super, ale możliwe, że nie załapiemy się na pierwsze czy drugie rozliczenie. Ta zaliczka była wysoka.

Jacek jeszcze kilka miesięcy temu nie miał pojęcia, jak wygląda rynek wydawniczy w Polsce, a im więcej się o nim dowiaduje, tym mniej mu się on podoba.

- Co pół roku? - powtarza z niedowierzaniem.

Samanta wzrusza ramionami.

- Czym się martwisz? Przecież mamy pieniądze.

Nie odpowiada na to. Do tej pory bez żadnego wysiłku spełniał wszystkie jej wymagania - nikt nie oczekuje od mężczyzny mniej niż trzydziestoletnia singielka po kilku kiepskich związkach. Kimkolwiek byli poprzedni mężczyźni w życiu Samanty, wyświadczyli mu wielką przysługę. To dzięki nim była zachwycona wszystkim, co miał jej do zaoferowania.

Ale niedługo się to pewnie skończy.

Jacek podejmuje szybką decyzję.

Poczeka z tym. Jeszcze może poczekać.

- Dobra, jesteś gotowy? - Samanta unosi wzrok znad telefonu i śmieje się cicho. - Chwila.

- Co robisz?

Jego dziewczyna odsuwa lampę i podchodzi do niego. Przeczesuje jego włosy palcami i odgarnia je na bok. Po prysznicu są sztywne i uniesione.

Jacek nie może się powstrzymać i przyciąga ją do siebie, między rozchylone nogi. Pod wpływem ciepła jej ciało się napina, a Samanta reaguje na niego westchnięciem.

- Już jesteś gotowy?

- Dla ciebie zawsze.

Samanta przymyka oczy, jakby potrzebowała chwili, by się uspokoić. Jacek ją za to uwielbia. Wszyscy jego znajomi narzekali na to, ile w ich związkach jest roboty. Naginania się. Zmieniania zdania. Nakłaniania żony, żeby mu dała. Samanta spełniała wszystkie jego marzenia z entuzjazmem i szerokim uśmiechem na twarzy.

Nie mógł trafić lepiej.

- Gdybym chciał, mógłbym zerżnąć cię na warsztacie - szepcze jej do ucha. - Tutaj jeszcze tego nie robiliśmy.

Oczy kobiety są rozchylone. Propozycja przez moment wisi w powietrzu.

- No dobra, to co mam mówić? - pyta Jacek lekkim, swobodnym głosem i prostuje się na stołku twarzą do kamery. - Masz scenariusz?

Uwielbia w ten sposób mieszać jej w głowie. Samanta odchrząkuje i nerwowo się rozgląda. Podnosi ze stołu notes i zaczyna instruować Jacka.

- Będę ci po prostu mówić, co trzeba, a ty po mnie powtórzysz, okej? - Nachyla się i wciska czerwony przycisk na ekranie. - Życie, gdy...

- Życie, gdy... - powtarza Jacek.

- Ale mogło być tak...

- Ale mogło być tak...

- Gdyby nie ty... I gdybyście wy nie zrobili z mojej historii o miłości bestsellera.

Jacek powtarza wszystko z entuzjazmem, którego Samanta uczyła go miesiącami. Ekran spłaszcza uczucia, więc zapał musi być przerysowany, podkręcony na sto dwadzieścia procent. Po pół roku wspólnego nagrywania rolek doskonale wiedzą, co robić.

W końcu Samanta prostuje się i uderza palcem w ekran, przerywając nagrywanie. Posyła Jackowi roztargniony uśmiech i ściąga telefon ze statywu.

- Nic z tego nie rozumiem - przyznaje mężczyzna.

- Nie musisz. Nikt nie płaci ci za myślenie.

Śmieje się z jej słów. Docenia swoje szczęście, naprawdę je docenia. Samanta wymyśliła ich życie, ale on też ciężko na nie pracował. A teraz, by zachować to szczęście w niezmienionej formie, musi spełniać oczekiwania ukochanej.

I siedzieć cicho, bo jeśli powie jej prawdę, to wszystko się sypnie.

- Jak zmontuję film, będzie miał sens - dodaje kobieta, której myśli błądzą już dalej. - Tu chodzi o książki, powklejam ich okładki w odpowiednich momentach nagrania.

- Jasne.

Jacek pewne fakty będzie musiał zachować dla siebie. To nic osobistego, po prostu usunie sprzed oczu Samanty wszystko to, co odstaje od jej idealnego snu.

W ten sposób oboje będą szczęśliwi.

***

- Uwielbiam mieć cię w domu - mówi Jacek, gdy Samanta stawia przed nim naczynie żaroodporne, a po jadalni rozchodzi się zapach pomidorów i sera. Do lasagne dołącza butelka czerwonego wina.

Kobieta zapala świece stojące w staroświeckich świecznikach między nimi. Potem siada naprzeciwko i z uwielbieniem patrzy, jak Jacek czyni honory gospodarza. Po męsku kroi lasagne i równie męskimi, zamaszystymi ruchami nakłada ją na ich talerze.

Jacek uwielbia być podziwiany.

- Oczywiście, że lubisz mieć mnie w domu - śmieje się do niego. - Codziennie masz wyśmienity obiad podstawiony pod nos.

- I słodki deser po obiedzie.

Samanta rumieni się jak nastolatka. Jacek posyła jej szarmancki uśmiech ponad stołem, a blask świec sprawia, że twarz dziewczyny migocze i się rozmywa. Zaczynają rozmawiać o tym, jak minął ich dzień - a dokładniej, jak minął dzień Jacka, bo Samanta przecież nic dzisiaj nie robiła. Jacek opowiada jej, co odwalił jego kolega z magazynu, a ona się śmieje i wtrąca drobne uwagi, a czasem tylko sączy wino z kieliszka. Wszystko jest idealne i wspaniałe.

Ale Jacek nauczył się już, że nawet ideał można ulepszyć.

Ludzie zawsze chcą więcej.

Dlatego musi dotrzymać tajemnicy.

6

Samanta

Smycz leży w komodzie, a Samanta nie może się doczekać końca posiłku.

Kilka lat wcześniej pogodziła się z faktem, że już na zawsze pozostanie singielką, i nie miała nic przeciwko takiemu losowi. Od zawsze radziła sobie przecież sama. Jako jedynaczka, córka dwójki ludzi, którzy zdecydowali się na nią w wieku, gdy ich rówieśnicy witali już na świecie wnuki, nie miała innego wyjścia. Samanta skrycie gardziła koleżankami, które przy najmniejszym kryzysie łapały za telefon, by facet je uratował. Ona potrafiła zająć się sobą sama.

Wszystko zmieniło się, gdy poznała Jacka, który wyglądał jak żywcem wyjęty z romansów. Ciemne oczy, gęste, niemal czarne włosy z przedziałkiem z boku, łobuzersko opadające na jedną brew. Szerokie ramiona. Mięśnie, o których pracownicy biurowi mogli tylko pomarzyć. Taka rzeźba to nie zasługa siłowni, lecz ciężkiej, wielogodzinnej pracy fizycznej.

Samanta nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, więc zaraz na pierwszej randce zdradziła mu swoje oczekiwania - żeby się za wcześnie nie cieszyć. Przez kilka kolejnych randek szukała wad u Jacka. Właściwie nie musiała ich szukać, dostrzegła różnice między nimi błyskawicznie.

Ledwie mrugnęła, a już mieszkali razem. Jacek dostał dom, gdy jego rodzice wyprowadzili się do miasta na starość, gdzie mieli aptekę i lekarza pod ręką. Od przeprowadzki Samanty na Mazury minęło pół roku, ale jeszcze ich nie poznała. Jacek twierdzi, że są na bakier z technologią, a poza tym nigdy nie dogadywali się ze sobą zbyt dobrze, więc ten ograniczony kontakt wychodzi im wszystkim na zdrowie. Samanta ze swoimi rodzicami też rozmawia raz do roku, na święta, więc doskonale to rozumie.

Kończą posiłek, a widelce z brzdękiem stukają o puste talerze. Napoczęta butelka wina jest już w połowie opróżniona, a Samanta czuje przyjemne mrowienie rozchodzące się po całym ciele. Nie żeby potrzebowała wina w obecności Jacka. Już od dawna nie. On widział ją już taką, jaka jest naprawdę - bardziej prawdziwą niż ktokolwiek inny.

- Gotowy na deser? - pyta Samanta z łobuzerskim uśmiechem.

- Zawsze.

Kobieta zrywa się z miejsca i podchodzi do stojącej w rogu jadalni komody. Z górnej półki wyciąga przedmiot, o którym myśli dzisiaj od rana. Zakłada go, a następnie sięga do szuflady ponownie i wyciąga ze środka coś jeszcze. Oddycha głęboko, by zamaskować podniecenie. Codziennie docenia to idealne życie, które stało się jej udziałem, ale w tych chwilach wprost nie może uwierzyć, jak to wszystko się ułożyło. Jak w bajce. Gdyby była bohaterką romansu - takiego z pieprzykiem, osiemnaście plus - nie mogłaby spodziewać się od losu czegoś lepszego.

Jacek dostrzega drobiazg w jej dłoni i gwiżdże przeciągle.

- Coś nowego - zauważa.

- Pomyślałam, że urozmaici nam wieczór.

- Wspaniały pomysł.

Jacek odsuwa krzesło od stołu i czeka na swoją dziewczynę. Samanta klęka przed nim na podłodze, tuż przed jego szeroko rozchylonymi nogami. Jej głowa znajduje się na wysokości krocza partnera. Kobieta przypina smycz do obroży na szyi i wręcza koniec skórzanego paska Jackowi. Posłusznie czeka na pozwolenie.

- Możesz rozpiąć rozporek - decyduje mężczyzna.

***

Niewiele jest miejsc w tym domu, których nie wypróbowali. Czasem, gdy nie mogą się już siebie doczekać, przechodzą do rzeczy jeszcze w jadalni, na stabilnym drewnianym stole. Czasem zdarza im się coś potłuc. Czasem, gdy Samanta bywa akurat wyjątkowo grzeczną dziewczynką i Jacek chce ją nagrodzić dłuższym oczekiwaniem, wędrują do sypialni albo do któregoś z pustych pomieszczeń.

Kiedy Samanta odrywa usta od Jacka, wydaje jej się, że to będzie właśnie taki dzień. Jacek wstaje, poprawia spodnie i ciągnie za smycz. Kobieta idzie na kolanach przy jego nodze. Spodziewa się, że pójdą przez korytarz na schody, gdzie obije sobie skórę i nadgarstki na lodowatych, twardych płytkach, i dziwi się, kiedy ostre szarpnięcie za obrożę zatrzymuje ją w progu jadalni. Siada na piętach i unosi wzrok. Z tej perspektywy Jacek jest olbrzymi, jego twarz niemal niknie pod sufitem. Samanta nie potrafi nic z niej wyczytać. Jest na nią zły? Zadowolony?

Gdzie on ją poprowadzi?

Niedługo musi czekać na odpowiedź. Czuje na szyi kolejne szarpnięcie, tym razem tak mocne, że Samanta na moment traci równowagę i musi się wesprzeć dłońmi o podłogę. Nie ma czasu na nic więcej, bo Jacek gwałtownie rusza przed siebie, a jego dziewczyna ledwie nadąża za nim na klęczkach. Pokonują salon, który łączy jadalnię z kuchnią. Tutaj leży stary, radziecki dywan w jodełkę, którego szorstki materiał drażni skórę na nadgarstkach i kolanach Samanty. Z jej ust wyrywa się cichy pisk.

- Ani słowa - mówi ostro Jacek.

Przechodzą do kuchni. Kobieta rozgląda się z niepokojem po pomieszczeniu. Nigdy dotąd nie patrzyła na nie z poziomu podłogi i ze zdziwieniem odkrywa, że ta perspektywa zniekształca kuchnię. Wszystko wydaje jej się teraz większe. Nieznane. Nie pamięta, co znajduje się na blatach. Zastanawia się, po co Jacek ją tu przyprowadził.

Do tej pory omijali kuchnię w swoich eskapadach. Niewielki stolik pod oknem załamałby się pod jej ciężarem, a poza nim nie było tu innych przestrzeni, które mogliby zagospodarować. Tak przynajmniej wydawało się Samancie, dopóki mężczyzna jednym ruchem nie przesunął zalegających na blacie rzeczy i nie zrobił na nim miejsca.

Błyszczą jej oczy, bo jednak znalazło się jeszcze jedno miejsce w tym domu, którego nie wykorzystali. Oczywiście, że to Jacek je znalazł.

Mężczyzna szarpie za smycz do góry, zmuszając Samantę, żeby wstała. Patrzy na nią z pożądaniem w ciemnych oczach, a jej od ciężaru tego spojrzenia miękną nogi. Wie, że wygląda świetnie. Ma na sobie ciemną, obcisłą sukienkę, która ledwie zakrywa jej pośladki, i nic pod nią. Cieszy się w duchu, że już wcześniej ściągnęła majtki.

Rozchyla usta, by coś powiedzieć, ale Jacek syczy ostrzegawczo, więc milczy. Czeka. Zastanawia się, co się zaraz stanie, bo ciepło w dole brzucha podpowiada jej wyraźnie, że to nie koniec niespodzianek na dzisiaj. I ma rację. Jacek jednym ruchem pomaga jej wskoczyć na blat i gwałtownie rozsuwa kobiecie nogi, po czym nad nią zamiera.

Samanta czuje chłód na wilgotnej skórze. Marszczy brwi i przysuwa się bliżej krawędzi. Ma ochotę zapytać, na co czeka, i w końcu nie wytrzymuje.

- Proszę - szepcze.

Czuje ostre uderzenie na policzku, aż głowa jej odskakuje na bok. Skóra na twarzy piecze ją na tyle mocno, że Samanta przez moment zapomina, w jak upokarzającej sytuacji się znajduje. Złamała zasadę. Oczywiście, że musiała za to zapłacić.

- Jesteś moją zabawką - oświadcza Jacek niskim, głębokim głosem. - Zabawki nie mówią.

- Ojej, przepraszam.

Kolejne uderzenie przeszywa jej twarz. Wiedziała, co się stanie, gdy się odezwie, i zrobiła to celowo. Lubi przeplatać miłe doznania bólem, a mężczyzna zwykle doskonale to balansuje.

Lubi prowokować go do przesuwania granicy.

Jacek ma dwa metry wzrostu, więc nawet gdy ona siedzi na blacie, on nad nią góruje. Owija sobie skórzaną smycz wokół dłoni, a tę opiera na szafce kuchennej, wysoko ponad głową Samanty. Wyżej niż powinien, bo smycz w tej chwili jest już krótka. Za krótka. Samanta prostuje się gwałtownie, jej plecy wyginają się w łuk. Na chwilę przestaje oddychać. Obroża wrzyna się jej w skórę pod żuchwą, a broda się unosi. Kobieta rozchyla usta i wciąga ze świstem powietrze na tyle, na ile Jacek jej pozwoli. Dopiero teraz, gdy jest tak rozkosznie unieruchomiona, biodrem rozchyla jej nogi i wsuwa w nią palec.

Z ust Samanty wydobywa się cichy jęk.

To najwyraźniej nie podoba się Jackowi, bo jeszcze wyżej przesuwa dłoń, wokół której owinięta jest smycz. Obroża zaciska się na szyi kobiety, która nie jest w stanie zaczerpnąć tchu. Krew szumi jej w uszach, a przed oczami szybko zaczynają się pojawiać ciemne plamy. Jednocześnie wciąż czuje rozkosz płynącą spomiędzy jej nóg, bo palce Jacka poruszają się wewnątrz niej energicznie.

Jej ostatnią myślą, zanim dojdzie, jest ta, że uwielbia swoje nowe życie.

***

Samanta idzie pod prysznic, a Jacek przeciąga się na łóżku w sypialni i włącza telewizor. Wieczorem następuje zamiana ról: Jacek odpoczywa, a Samanta siada do pracy. Kolejny element ich życia, który pozornie do siebie nie pasuje, a jednak sprawdza się doskonale. Ona nie lubi hałasu, więc nie wytrzymałaby z Jackiem kilku godzin przy włączonym serialu, on natomiast właśnie w ten sposób się relaksuje.

Kiedy się tutaj przeprowadziła, Jacek zaproponował jej, by przerobiła jedno z wolnych pomieszczeń na gabinet. Skorzystała z oferty bardzo chętnie, bo ceny mieszkań w centrum Krakowa były takie, że do tej pory gabinetem Samanty było jej łóżko.

Żegna się z Jackiem i idzie do siebie. Wyciąga się na kanapie z telefonem w dłoni. Montaż filmu zawsze zajmuje sporo czasu. Tnie film na krótkie fragmenty, wycina pauzy i swoje wskazówki. Następnie dodaje jeszcze przebitki okładek książek, do których nawiązuje Jacek, dobiera trendującą muzykę, odpowiednie tagi i opis, który pobudza engagement: dobre pytanie, głupi żarcik, motywy i krótki blurb do Każdym twoim oddechem, wreszcie odesłanie czytelnika do miejsca, gdzie najlepiej książkę kupić. Kończy pół godziny później. Filmik, który publikuje, trwa trzydzieści sekund.

To nie koniec jej pracy na dzisiaj - prowadzenie tak dużego konta pochłania sporo czasu. Samanta repostuje recenzje, odpowiada na komentarze i wiadomości prywatne. Konto Jacka w ostatnim czasie rozrosło się tak bardzo, że nie jest już w stanie odpowiadać na wszystkie wzmianki, ale stara się przynajmniej zostawiać serduszko. Ci ludzie wydali swoje ciężko zarobione trzy dychy na książkę zamiast na kawę, fajki czy bilet do kina. Zasługują na serduszko.

Jedyne, co nie zasługuje na serduszka, to oferty matrymonialne. Samanta nie może odrzucać ich wprost, bo nie chce denerwować czytelniczek, więc ma przygotowaną wymijającą odpowiedź do wklejenia, w której Jacek dziękuje za zainteresowanie i zaprasza "do zobaczenia" na stronach jego kolejnej książki. Samanty w mediach społecznościowych Jacka nie ma. Seksowny farmer, który czyta romanse, nie może mieć dziewczyny.

Nie można rujnować fantazji jego fankom.

Zdarzają się takie, które są naprawdę nachalne, ale po pierwszej czy dwóch odmowach Samanta po prostu przestaje im odpisywać, aż w końcu wycisza kolejne wiadomości. Większość prędzej czy później łapie, że seksowny farmer nie jest nimi zainteresowany.

Dochodzi dwudziesta, gdy odkłada telefon. Potrzebuje chwili, by jej przebodźcowany mózg się odprężył, więc zamiast ruszać do pracy, przygląda się swojemu biurku. Nad drewnianym blatem wisi gazetka ścienna, do której kobieta przypina wydrukowane recenzje, screenshoty komentarzy, maile od redaktorki. Wszystko to, co dotyczy Każdym twoim oddechem. Pomiędzy skrawkami papieru wiszą plastikowe rude liście, a wszystko mieni się w złotym blasku świecy.

Niestety nawet w swoim raju Samanta wciąż musi pracować, więc z ciężkim westchnieniem podnosi się z kanapy, siada przy biurku i otwiera laptop. Znajduje kursorem folder o nazwie "Żadnym moim westchnieniem", a w nim ikonę o nazwie "draft 1" i klika dwukrotnie. Na ekranie pojawia się plik tekstowy.

Następnie zaczyna pisać książkę.

Rolka #18993 tys. wyświetleń1554 polubienia83 udostępnienia

- On jest tym jedynym... któremu ona nigdy nie wybaczy - mówi przystojny mężczyzna w czerwonej koszuli, której rękawy podwinął na przedramiona. W tle za nim jest warsztat z narzędziami, na które pada miękkie, żółte światło, tworząc przytulną atmosferę. W dłoni trzyma książkę ustawioną bokiem do kamery. - To więcej niż enemies to lovers. To prawdziwa, czysta nienawiść, która ich spala, torturuje i nie może wyzwolić. Pasja, która rodzi się na popiołach furii. On zrobi dla niej wszystko... nawet jeśli ona mu na to nie pozwoli. A może nawet szczególnie wtedy. On zranił ją dziesięć lat wcześniej i od tamtej pory robił wszystko, żeby jej to wynagrodzić. Został milionerem, żeby kupić szkołę, w której pracowała. A to był tylko początek. - Odwraca książkę przodem do kamery, pokazując czerwoną okładkę. - Moja debiutancka powieść, Każdym twoim oddechem, jest już dostępna jako audiobook we wszystkich abonamentach. Dual POV, czytają Filip Kosior i Zuzanna Galia. Powiedzcie koleżankom, że najgorętszy romans tego roku już na nie czeka.

PłonącyPieróg: wyjdź za mnieświnkawkapciach: would (respectfully)bookoveloveve: <gif kota wgryzającego się w klatkę>Marta89: przekonałeśnocturnowa: czy seksi farmer jest w pakiecie z książką?

7

Waldemar

Zgodnie z przewidywaniami znajduje Jadzię w lasku za domem Jacka. Jego żona oddala się w pośpiechu od mogiły, jakby coś ją przestraszyło, ale Waldemar nie widzi nikogo poza nią. Bierze jej pomarszczoną twarz w dłonie.

- Co się stało? Wszystko dobrze?

- Nie chcę o tym mówić.

Już tylko po tym mężczyzna domyśla się, że Jadzia przynajmniej na chwilę wróciła do dawnej siebie. W swoim zwykłym stanie odpowiedziałaby mu z wyrzutem, że śpieszy się do pracy albo do wydojenia mućki. Na co dzień jest zagubiona w przeszłości, odcięta od niego i reszty świata grubym murem, przez który on nie może się przedostać.

Teraz wydaje się przytomna.

- Byłaś na mogile?

- Chodźmy do domu - wzdycha Jadzia. - Zmarzłam.

- Dobrze.

Idą obok siebie, zachowując niewielki odstęp. To kolejny znak dla Waldemara, że jego żonę coś wyrwało z zagubienia. Gdy nie wie, kim jest, łapie go za rękę jak ojca. Raz jeszcze spogląda na jej twarz. Kobieta zaciska usta, a wzrok ma twardo utkwiony w zaoranej, ciemnobrązowej ziemi.

- Mów mi, kiedy wychodzisz z domu - rozkazuje jej nagle.

Jadwiga posyła mu przeciągłe spojrzenie i nie przerywając kontaktu wzrokowego, wzrusza ramionami.

- Będę chodzić, jak mi się podoba.

Waldemarowi krew odpływa z twarzy, a zaskoczenie sprawia, że potyka się na grudzie ziemi i z trudem utrzymuje równowagę. Przystaje i chwyta żonę za ramię, a ona natychmiast mu się wyrywa. Próbuje spojrzeć jej w oczy, ale kobieta odwraca twarz. Nie może zrozumieć.

Czy ona powiedziała to celowo?

- Jadźka! - mówi stanowczo.

Żona posyła mu wściekłe spojrzenie i przyśpiesza kroku, nie zaszczycając go odpowiedzią. Przecinają pole, zostawiając za plecami dom Jacka. To jedyny okres w roku, kiedy mogą w ten sposób skracać sobie drogę. Ale ziemia na polu jest nierówna po orce i skostniała po ostatnich zimnych dniach, więc zamiast ścigać żonę, skupia się na tym, żeby nie skręcić sobie kostki. Gdy odrywa wzrok od stóp, widzi Jadzię przed sobą, na drodze gruntowej, łączącej dom Jacka z główną szosą. Kobieta nie zwalnia.

Waldemar dołącza do niej dopiero w bramce przed domem.

- Nie będziesz mi rozkazywać - mówi Jadzia z furią. - Nigdy więcej ci na to nie pozwolę. To wszystko twoja wina. Widzisz, co zrobiłeś? "Będę chodzić, jak mi się podoba". Ja pamiętam, jak ty mi to powiedziałeś. O niczym nie zapomniałam.

Kobieta wpada do domu i zatrzaskuje za sobą drzwi. Waldemar wchodzi za nią powoli i ostrożnie. Na podłodze leżą zabłocone buty i rzucony płaszcz. Zbiera je, otrzepuje i dopiero wtedy sam się rozbiera. Zagląda do salonu. Jego żona zdążyła już zapaść się w fotelu i przykryć kocem. Posyła mu ostatnie wściekłe spojrzenie i dodaje:

- Ja ci tego nigdy nie zapomnę.

Ale to nie jest prawda i Waldemar doskonale o tym wie. Za kilka minut, może kwadrans, Jadzia nie będzie miała już pojęcia, co złego w życiu zrobił jej mąż.

Mężczyzna wzdycha i wycofuje się bez słowa. W korytarzu zamyka drzwi wyjściowe na klucz i chowa go do kieszeni. Podchodzi do okna kuchennego, z którego widzi szare, puste pole. Mógłby przysiąc, że Jadwiga zobaczyła w lesie coś, co wytrąciło ją z równowagi i sprawiło, że przypomniała jej się ich przeszłość. Bardzo rzadko jej się to zdarzało. Waldemar potrząsa głową. Nie ma sensu nad tym myśleć. Żadne z nich nic już nie zrobi, utknęli tutaj, aż jedno z nich nie pomrze.

- Zaparzę nam herbaty! - woła w głąb domu.

- Jak sobie chcesz.

Staruszek krząta się w kuchni, ale jego myśli biegną swoim torem. Nie potrzebuje przypominać sobie błędów, które w życiu popełnił. Nie wszystko mu wyszło. Wiele wyszło zupełnie inaczej, niżby tego chciał. Wielu rzeczy żałuje.

Za wiele codziennie pokutuje.

8

Samanta

Samanta nie wie jeszcze, że to ostatni raz, jak pracuje nad tą książką.

Dochodzi druga nad ranem, gdy kończy rozdział. Żadnym moim westchnieniem to kontynuacja bestsellera, więc bardzo jej zależy na tym, by kolejna część sprostała oczekiwaniom czytelników. Nie spodziewała się, że jej debiut zostanie przyjęty tak ciepło - nie po tym, jak spędziła dwa lata, szukając dla niego wydawcy.

Zabawne, ile robi zmiana nazwiska na okładce.

W mieszkaniu panuje grobowa cisza, na zewnątrz jest kompletnie ciemno. W tej okolicy nie ma lamp ulicznych ani innych domów, z których światła byłoby widać w oddali. Samanta się wzdryga i odchodzi od okna. W nieprzeniknionej czerni ktoś mógłby stać i się jej przyglądać, a ona nie miałaby o tym pojęcia.

Przebiera się do snu i wspomina. Od dziecka marzyła o napisaniu książki, ale dopiero kilka lat temu, po kolejnym kryzysie w pracy, zdecydowała się z tym marzeniem coś zrobić. Zawsze myślała, że kiedy wreszcie usiądzie do pisania powieści, to będzie to decyzja podjęta pod wpływem silnych emocji, które przez lata się w niej kumulowały, a samo pisanie stanie się eksplozją przelaną na papier. Wyobrażała sobie pisanie całymi nocami, oczywiście długopisem albo jakimś wymyślnym piórem, obłęd w oczach, nerwy szargane pod wpływem tego, co przeżywali jej bohaterowie. Pasję, która się z niej wylewała i stanowiła cały sens jej życia.

Ale gdy usiadła do pisania książki po raz pierwszy, było to doświadczenie skrajnie inne od jej fantazji. Zapisała jedną stronę w pliku, nie wiedziała, co dalej, cofnęła się do początku, zobaczyła literówkę i wątpliwie postawiony przecinek, podłamała się, że nie wie, co robi, a resztę nocy spędziła na przeglądaniu śmiesznych obrazków w internecie.

Przez kolejny miesiąc cały jej dorobek literacki nie przekroczył tej jednej strony, ale to nie miało znaczenia, bo w głowie Samanty pojawił się nowy cel. Cel, który odciągał ją od tasków i asapów, od irytujących przełożonych, niespełnianych deadline'ów i wścibskich koleżanek w zespole.

Samanta postanowiła zostać pisarką.

A ponieważ była kobietą czynu, natychmiast przeszła do realizacji tego postanowienia. Zapisała się na kurs dla początkujących w Szkole Pisania Powieści, zamówiła dwadzieścia poradników i pamiętników znanych pisarzy, by wiedzieć, jak wygląda ten zawód od środka. Nielegalnie chodziła na wybrane wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim na specjalizacji z twórczego pisania. Oglądała filmy w internecie, gdzie inni początkujący pisarze wyjaśniali, jak wygląda ich proces tworzenia. Przez dwa lata spędzała w ten sposób każdą wolną chwilę.

Kolejny rok pisała swoje wiekopomne dzieło. Wtedy była już rozsądniejsza i wiedziała lepiej, jak przeżyć proces twórczy bez ochoty na wyprucie sobie żył. Włożyła w ten romans swoje serce i duszę, a potem jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, bo potrzebowała siedmiu draftów, zanim jej książka w ogóle zaczęła przypominać książkę.

Tak powstało Każdym twoim oddechem. Z duszą na ramieniu rozesłała powieść do wydawców i czekała na odpowiedź. A potem czekała jeszcze dłużej. Dusza powolutku schodziła z jej ramienia, aż nie zostało po niej zupełnie nic. Odpowiedzi po prostu nie nadeszły. Przez dwa lata rozsyłała swoją propozycję do każdego wydawcy, jakiego udało jej się znaleźć, a jednocześnie założyła własne media społecznościowe, gdzie w wielkich trudach udało jej się uzbierać dwustu obserwujących, bo nikogo nie obchodziła. Mało kogo interesowała jakaś bezimienna trzydziestolatka, która ma paranoję na punkcie prywatności i nie potrafi publicznie powiedzieć o sobie nic więcej ponad to, że lubi Taylor Swift, a codziennie wieczorem siada i pisze. Samanta to rozumiała. Jej też by to nie interesowało.

Po dwóch latach doczekała się pierwszej pozytywnej odpowiedzi - od wydawcy, który miał jeszcze mniej obserwujących niż ona i paskudne, generowane przez sztuczną inteligencję okładki. Była już wtedy wystarczająco zdesperowana, by się zgodzić. Nadesłana umowa otrzeźwiła ją jak kubeł zimnej wody, bo zawierała informacje o pierwszym nakładzie: dwieście sztuk. Kolejny cios spadł od strony wydawcy, który poinformował ją, że papier wypuszczą dopiero po premierze e-booka, kiedy książka sama na siebie zarobi.

Samanta uważała, że zasługuje na więcej.

Zastanawiała się, co robić, gdy poznała Jacka, a burzliwy romans w życiu prywatnym na chwilę odwrócił jej uwagę od kariery literackiej. Porzuciła temat do czasu swojej pierwszej wizyty na Mazurach miesiąc później. Mężczyzna zabrał ją na spacer po okolicy, po polach i zagajniku. Pokazał jej zepsuty traktor, który stał za jego domem.

- Tu się bawiłem w dzieciństwie - wyjaśnił nonszalancko.

Oparł się o ciągnik i podwinął rękawy koszuli, ukazując umięśnione przedramiona, a Samanta niemal zachłysnęła się z wrażenia. Już wcześniej się śmiała, że wyglądał jak bohater romansu, ale nigdy dotąd nie wydał jej się bardziej fikcyjny niż w tamtym momencie. Gdyby jej psychiatria powiedział nazajutrz, że Jacek wcale nie istnieje i to tylko jej umysł go sobie stworzył, by uspokoić pustą macicę, nieszczególnie by się zdziwiła.

Wieczorem Samanta pomyślała, że jeśli ją zwalił z nóg seksowny farmer, to prawdopodobnie inne kobiety zareagują na niego tak samo. Danie mu do ręki książki i zrobienie z Jacka zapalonej książkary były zaledwie logicznymi następstwami tego pomysłu. Przecież powszechnie wiadomo, że każdy mężczyzna staje się atrakcyjniejszy z książką w dłoni. Nie ma nic seksowniejszego od choćby odrobiny myślenia u faceta.

Samanta wiedziała, że wydawcy będą rozmawiać zupełnie inaczej z seksownym farmerem, który ma własne grono fanów. Tej samej nocy powstał cały plan: dobić do pięciu tysięcy obserwujących, rozesłać propozycję, wydać debiut, wydać drugą książkę, która przypieczętuje pozycję Jacka na rynku, wydać trzecią jako współautorzy, a następnie dać Jackowi spokój i przejąć jego konta społecznościowe.

Samanta wiedziała dokładnie, czego chciała od życia, i miała zamiar zrobić wszystko, żeby to osiągnąć.

Nie miała jednak pojęcia, że już wkrótce wszystko się zmieni.

***

Kobieta budzi się nad ranem, gdy jakiś ostry dźwięk wyrywa ją ze snu. Nieprzytomnie przewraca się na drugi bok. Ma ciężką, obolałą głowę, z czego wnioskuje, że wciąż jest wcześnie. Gdzieś w oddali coś hałasuje. Samanta niechętnie unosi powieki i sprawdza godzinę na zegarze stojącym na szafce nocnej Jacka. Szósta rano. Jak rozkosznie jest nie pracować na etacie, myśli i zamyka oczy. Wszystko jej się w życiu ułożyło, i to lepiej, niżby się mogła spodziewać. Idealna praca. Idealny facet. Idealny dom.

Samanta jest nieświadoma tego, że to ostatni taki dzień w jej życiu.

Dopiero po chwili dociera do niej, że coś się nie zgadza. Przeciąga się sennie i nasłuchuje. Na parterze rozlegają się typowe dźwięki porannej krzątaniny: drewniana podłoga skrzypi pod ciężarem kroków, ktoś zamyka szafki z trzaskiem, brzdęka odstawiany na blat kubek.

A więc co jej nie pasuje?

Raz jeszcze otwiera oczy. Szósta rano. Zdecydowanie coś się nie zgadza. O szóstej rano jej partner zaczyna pracę. Już dawno nie powinno go tu być. Więc co robi na dole?

Po plecach Samanty przebiega dreszcz niepokoju. Czy to możliwe, żeby to nie był Jacek? Może ktoś inny przetrząsa im szafki w kuchni, nieświadomy, że w budynku przebywa ktoś jeszcze poza nim?

Franek! Oczywiście, przecież to nie pierwsze jego włamanie w ostatnich dniach. To pewnie on znowu się wpuścił do środka. Obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobi, ale Samanta nieszczególnie mu wierzyła.

Zrywa się z łóżka i wybiega na korytarz, gdzie słyszy głos Jacka. Zatrzymuje się gwałtownie. A więc jednak on? Ale co robi w domu o tej porze? Kobieta podchodzi do klatki schodowej i nieruchomieje. Czuje znajomy ścisk w żołądku. Niepokój. Coś się nie zgadza.

- No, co chciałeś, stary? - pyta Jacek i Samanta uświadamia sobie, że jej chłopak rozmawia przez telefon. - A nie, nie, prawdę ci powiedzieli. Nie wracam, wczoraj był mój ostatni dzień. Hmm... Nie no, Zalewski mnie znowu wkurwił, szkoda gadać. Pyskował mi jak zwykle, a wiesz, gdzie on ma dupę, nie mogłem go już słuchać... No... Aha... Ano, mówiłem ci, że ja teraz romanse piszę, bestsellera mam, miliony na mnie czekają, to po chuj się z takim skurwielem jebać? Nie ma co. Więc jak mi wczoraj zaczął podskakiwać, to stwierdziłem, że pierdolę. I tak zaraz będę bogaty.

Samanta nie może uwierzyć w to, co słyszy. Z pewnością coś źle zrozumiała. Jacek nie rzuciłby pracy bez rozmowy z nią. Dyskutowali wiele razy o tym, że są zespołem i wszystkie decyzje muszą podejmować wspólnie. Szczególnie takie, które zaważą na ich wspólnym życiu.

Pierwsza część wypowiedzi Jacka ją zaszokowała. Druga z kolei, ta o tym, że zaraz będzie bogaty, bo jest autorem bestsellera, sprawiła, że Samancie pociemniało w oczach. Poczuła żądzę mordu. Każdym twoim oddechem należy do niej. Każda zarobiona na tej książce złotówka jest efektem ciężkich godzin i lat pracy, które utopiła w pisaniu. Nie chce nic na ten temat słyszeć, nawet w żartach.

A Jacek wcale nie brzmi, jakby żartował.

- Co...? A nie, yyy, w sumie to stara jeszcze nie wie - śmieje się jej chłopak do telefonu. - Wiesz, jak to jest. Czekam na dobry moment, żeby jej powiedzieć.

Samanta ma ochotę zwymiotować.

- No ale co ma powiedzieć? Mleko się rozlało, nie wygoni mnie z powrotem do roboty. Nie, póki Zalewski tam jest. Poza tym wiesz, stary... mamy tego bestsellera, czego chcieć więcej? Ach, no jasne, leć. Pogadamy wieczorem, co? Nara, nara. Przekaż Zalewskiemu, żeby pocałował mnie w... O, już się rozłączył. Szkoda.

Ponownie brzdęka kubek, który tym razem Jacek odstawia do zlewu. Samanta słyszy serię szelestów. Tylko roboczy kombinezon mężczyzny tak głośno szeleści. Ale po co miałby go zakładać, skoro rzucił pracę?

Jacek rzucił pracę, powtarza w myślach Samanta ze zdziwieniem, bo prawda dociera do niej powoli. Mimo że obudziła się dopiero kilka minut temu, jest trzeźwa i przytomna jak po świeżo wypitej kawie. Przygląda się schodom oniemiała.

Jacek rzucił pracę i chce się utrzymywać z jej książki.

Stanowczo za mało narzekała na polski rynek wydawniczy, jeśli wydaje mu się, że z jednej książki będzie mógł utrzymać dwójkę dorosłych. Może to wszystko pomyłka. Samanta czegoś nie rozumie. Szuka w głowie argumentów, którymi będzie w stanie samą siebie przekonać, że doszło do nieporozumienia. Jest przecież pisarką. Lubi nadinterpretować to, co słyszy. Z pewnością Jacek by jej powiedział, gdyby rzucił pracę.

Przecież są razem tacy szczęśliwi.

Na schodach rozlegają się głośne kroki. Samantę ogarnia panika. Nie chce, by Jacek wiedział, że podsłuchiwała jego rozmowę. Zrywa się z korytarza, wskakuje w popłochu do łóżka i przykrywa pościelą dokładnie w tej samej chwili, gdy skrzypienie podłogi anonsuje jego przybycie do sypialni. Samanta ma zamknięte oczy i próbuje uspokoić oddech. Słyszy, że Jacek kręci się po pomieszczeniu, bierze coś z szafy, zatrzymuje się na moment pośrodku i wzdycha.

W końcu wychodzi.

Dopiero wtedy Samanta oddycha z ulgą, bo przez cały czas miała wrażenie, że powieki jej drżą jak szalone i Jacek zauważy, że udaje. Otwiera oczy i dłuższą chwilę wpatruje się bez słowa w sufit, aż na dole trzaskają drzwi wyjściowe. Chwilę później zza okna dobiega ją szum oddalającego się samochodu. Jacek wyjechał.

Dokąd? Na pewno nie do pracy.

Nie wie, co zrobić. Nie zaśnie już. Obraca w myślach kolejne możliwości i powoli dociera do niej prawda: jej partner rzucił pracę, bo myśli, że będą się utrzymywać z pisania bestsellerów. Jej bestsellerów. On tylko pozował do kilku durnych filmików tygodniowo i na tym się kończył cały jego wkład w karierę kobiety. Nawet nie musiał ich wymyślać! Jedyne, czego Samanta od niego wymagała, to żeby się pojawiał w kadrze w odpowiedniej koszuli. Daleko temu do pracy na pełen etat.

Zaczyna jej szumieć w głowie. Wyciągnięte na pościeli dłonie dziewczyny sztywnieją z zimna, a serce bije dziwnie szybko. Rozpoznaje u siebie pierwsze objawy ataku paniki. A przecież jeszcze do wczoraj myślała, że zaburzenia lękowe zostawiła już za sobą, daleko w Krakowie.

Może zresztą to nie atak chorego umysłu. Może tym razem Samanta ma prawdziwy, rzeczywisty powód, żeby panikować. Niemal widzi w czasie rzeczywistym, jak rozsypują się wszystkie jej marzenia. Jeszcze wczoraj była pewna, że ma idealne życie. Wszystko jej się w nim podobało. Dziś to "wszystko" obraca się w niebyt. Ukochany ją okłamuje i co gorsza, najwyraźniej jej nie słucha, bo w swoich planach zostania milionerem nie odnotował, że od egzemplarza mają trzy złote, od audiobooka jeszcze mniej.

Samanta sama nie wie, co gorsze. Czy to wystarczający powód do podnoszenia alarmu? Czy coś takiego przyczyni się do rozstania? A może jako panna z miasta ma zbyt wygórowane oczekiwania?

Nie może już zasnąć, choć po czterech godzinach snu czuje się chora. O wpół do siódmej ostatecznie się poddaje i schodzi do kuchni, gdzie zaparza sobie pierwszy kubek kawy. Siada z nim pod oknem i wpatruje się w rozpościerający się przed nią widok. Rozległe pola o poranku pokrywa gęsta, mleczna mgła.

Życie tutaj jest piękne.

Rozstanie z Jackiem oznaczałoby także rozstanie z tym domem, z magiczną okolicą i prawdopodobnie także z pisaniem na pełen etat, przynajmniej na kilka lat. Czynsz w Krakowie był taki, że samej zaliczki starczyłoby jej na może dwa miesiące, nie mówiąc o tak banalnych potrzebach jak jedzenie czy rachunki za ciepłą wodę. Na rodziców nie ma co liczyć.

Nie jest gotowa rozstać się z tym idealnym życiem.

Może jeszcze nie wszystko stracone.

Może dziś wieczorem Jacek przyzna się jej do utraty pracy. Albo ona źle go zrozumiała. Albo okłamywał kolegę, a nie ją. Może Zalewski go zwolnił, a Jacek zmyślał przez telefon, żeby zachować twarz. Albo w ogóle wcale nie rzucił pracy, tylko robił sobie żarty z tego kolegi. Może mają dziś wolne albo zaczynają później, bo szefostwo robi remanent na magazynie.

Gdy Samanta kończy kawę, udaje jej się wyprzeć wszystkie fakty. Nie powinna rozważać rozstania, nie tak szybko i bez żadnych konkretnych informacji. Wystraszyła się po prostu. Boi się sparzyć i dlatego woli ewakuować się ze związku na widok pierwszego napotkanego problemu - tak postępowała przez ostatnich dziesięć lat. Tyle się nasłuchała od innych dziewczyn o ignorowaniu spraw, które potem wybuchały im w twarz, że stała się przesadnie ostrożna.

Musi zaufać Jackowi.

Całe jej życie od tego zależy.

9

Jacek

Jacek zajeżdża pod dom szczęśliwy - przede wszystkim dlatego, że nie był w pracy, więc jest wypoczęty i zrelaksowany. Większość dnia przesiedział w samochodzie, grając na telefonie. Zrobił sobie tylko dwie przerwy na wizytę w działdowskiej Żabce po kawę na wynos - bo kto bogatemu zabroni, a on przecież jakby już jest bogaty. Przez kilka minut, gdy stał w kolejce do kasy, rozważał, czy powiedzieć Samancie o pracy. Kiedyś będzie musiał to zrobić. Znał ją wystarczająco dobrze, by nie być pewnym jej reakcji.

Ale potem wrócił do samochodu, w którym spędził kolejnych kilka godzin na graniu, i było mu tak dobrze, że wszelkie dylematy wypadły mu z głowy. Poza tym przez ostatnich parę miesięcy naprawdę ciężko pracował.

Nic się nie stanie, jeśli przez jakiś czas trochę sobie odpocznie.

Do domu wraca o piętnastej. Tym razem nie mają żadnego nagrania, a Jacek nie jest też tak spocony, jak zwykle byłby po pracy, więc nie idzie prosto pod prysznic. Samanta czeka na niego w kuchni. Przytula go na powitanie.

- Dobrze, że już jesteś. - Wdzięczy się do niego.

- Nie mogłem się ciebie doczekać.

Kobieta chichocze. Jacek próbuje wsunąć jej dłoń pod sukienkę, ale ona w tym samym momencie odsuwa się i pochyla nad kuchenką.

- Mam nadzieję, że jesteś głodny.

- Żebyś wiedziała.

Jacek idzie za nią do jadalni, gdzie rozsiada się na krześle. Samanta nalewa mu jego ulubionego kapuśniaczka. Uśmiecha się do siebie pod nosem. Ona sama nie cierpi tej zupy, ale i tak ją dla niego robi. Co za kobieta.

Kiedy się tu wprowadziła, zaproponowała, że weźmie na siebie wszystkie obowiązki domowe. Mówiła, że źle jej z tym, że mieszka u niego za darmo. Nie miał z tym wielkiego problemu, sam też mieszkał w tym domu za darmo, ale skoro sama się zaoferowała, to z przyjemnością skorzystał. Wiadomo, zawsze przyjemniej, kiedy człowiek wraca z pracy i dostaje pod nos gotowy obiad.

Przy jedzeniu Jacek opowiada, jak mu minął dzień. Zmyśla doskonale, nikt by się nie poznał, ale zauważa, że jego partnerka jest cichsza niż zwykle. Normalnie podtrzymuje jego monolog, zadając mu mnóstwo pytań. Dzisiaj jednak głównie milczy, a oczami błądzi tak, jakby w ogóle go nie słuchała.

Jacek kończy jeść i gdy podrywa wzrok znad talerza, zauważa, że Samanta przygląda mu się bez słowa.

- Dobrze się czujesz? - pyta z udawanym zakłopotaniem.

Odpowiada mu powolnym skinięciem głowy.

- Jestem tylko trochę zmęczona - wzdycha.

- Znowu pisałaś po nocy?

Uśmiecha się do niego.

- Ktoś musi.

- No a deadline się zbliża, dobrze kojarzę? Pewnie już kończysz książkę?

Samanta ucieka wzrokiem i Jacek zaczyna podejrzewać, że coś jest nie tak, może się nie wyrabia albo planuje zawalić termin, ale wtedy jego dziewczyna znów się uśmiecha.

- Pisanie nie jest łatwe - mówi niezobowiązująco i przewraca oczami.

- Jasne, dlatego ty się nim zajmujesz.

Śmieje się, ale Samanta nie reaguje na jego żart. Wstaje od stołu i jednocześnie brzdęka talerzami tak głośno, że słowa mężczyzny giną w zgiełku. Rozchyla usta, żeby powtórzyć, ale dziewczyna go uprzedza:

- Idziesz pod prysznic?

- Za chwilę. Chodź tu do mnie, muszę się tobą nacieszyć.

Samanta uśmiecha się, ale nie unosi wzroku. Potrzebuje chwili, by odłożyć brudne talerze na stół i otrzeć dłonie o fartuszek. Siada Jackowi na kolanach, a on łapie ją za pośladki i przyciąga bliżej siebie.

- Cześć - mruczy, bo Samanta uwielbia jego niski głos. - Wiesz, że naprawdę za tobą tęskniłem?

- To bardzo dobrze.

Kobieta zaciska palce na jego koszulce i uśmiecha się z rozmarzeniem. Nie patrzy mu w oczy, ale to normalne. Uwielbia podziwiać jego umięśnione ciało. Trzeba przyznać, że to mu się w życiu udało.

I ciało, i zachwycona nim dziewczyna.

- Masz już jakieś plany na dzisiaj? - pyta Jacek.

Samanta się domyśla, o co pyta, ale tym razem potrząsa głową.

- Mówiłam ci już, jestem zmęczona.

- Możemy znaleźć pozycję, w której nie musisz nic robić. Może nawet, żebym miał pewność, że nic nie zrobisz, unieruchomię cię jakoś. Co ty na to, żebym przywiązał cię do łóżka?

Rozchyla usta i wreszcie patrzy mu w oczy. Zawsze wiedział, jak ją podejść. Może są razem tylko od roku, ale Jacek ma czasem wrażenie, że ten rok to tyle samo co całe życie. Przecież tak dobrze ją zna.

Ona zna jego może trochę mniej, ale to mu nie przeszkadza.

Właściwie to nawet tak woli.

Jacek wsuwa jej dłoń między nogi. Zaciska lekko palce na materiale majtek i lekko go pociera. Czuje na skórze ciepło, a po chwili wilgoć. Odsuwa materiał na bok i wciska w nią palec.

- Zerżnę cię, aż nie będziesz mogła chodzić - obiecuje jej.

Samanta głośno wciąga powietrze, ale nieruchomieje.

- Jacku?

- Tak?

Jest zaskoczony, że głos Samanty brzmi tak trzeźwo. Zdecydowanie zbyt trzeźwo jak na dziewczynę, która ma w sobie jego palec.

- Chcesz mi może o czymś powiedzieć?

Przechodzi mu przez myśl, że może coś wie. Czegoś się domyśliła. Ale wtedy nie siedziałaby mu na kolanach ani nie ugotowałaby mu obiadu.

Jacek przygląda się jej skupionej twarzy, ale nie potrafi z niej nic wyczytać. Czuje odrobinę wyrzutów sumienia, bo Samanta mu ufa, a on to wykorzystuje, ale nie chce się tym teraz zajmować. Za kilka sekund dozna przyjemności, na którą czekał cały dzień.

Problemami zajmie się później.

- A co chcesz usłyszeć? - pyta lekko.

Wzrusza ramionami.

- Cokolwiek. Jeśli jest coś, co chcesz mi powiedzieć...

- Nic ci nie chcę powiedzieć. Poza tym, że uwielbiam twój smak i zaraz wyliżę ci...

- Jacek!

***

Idą na piętro, gdzie Samanta nalega, żeby najpierw wziął prysznic.

- I nie śpiesz się - dodaje. - Ja tutaj grzecznie na ciebie poczekam.

Jacek nie lubi czekać, więc w pośpiechu zrzuca ubrania na podłogę i zamyka się w łazience. Wyobraża sobie, co już za chwilę zrobi z jej ciałem, i zastanawia się, w jakiej pozycji Samanta będzie na niego czekać. Natychmiast od tego twardnieje. Jego dziewczyna lubi wymyślać wyjątkowe pozycje. Czasem rozkłada się nago na łóżku, czasem przebiera w jakieś kuse fatałaszki. Raz czekała na niego z pejczem w zębach i był to najpiękniejszy widok, jaki w życiu widział.

Bierze szybki prysznic i w pośpiechu wypada z łazienki, zawinięty w sam ręcznik, twardy i gotowy, żeby przywiązać ją do łóżka. Krople wody spływają mu z włosów i rozpryskują się wokoło. W pokoju odkrywa, że Samanta wcale na niego nie czeka.

- Co... Co ty robisz? - pyta z niedowierzaniem.

Jego dziewczyna siedzi przygarbiona na skraju łóżka i się nad czymś pochyla. Jacek podchodzi bliżej i dopiero wtedy widzi w jej dłoni swój telefon. Samanta się odwraca. Oczy ma suche, ale wielkie i jakieś takie puste.

Jacek dopada do łóżka jednym krokiem i wyrywa jej smartfon z dłoni. Jest już jednak za późno. Wyczytuje to z twarzy dziewczyny, ale nie może w to uwierzyć, więc dopytuje:

- Grzebałaś w nim?

Samanta przytakuje. Nie próbowała walczyć o telefon, co Jacek mógłby uznać za potwierdzenie, że znalazła w nim wszystko, czego szukała. Mógłby, ale jeszcze to do niego nie dociera.

- Jak mogłaś? To są prywatne wiadomości!

- To nie ma znaczenia.

Samanta podnosi się z łóżka i sztywno podchodzi do szafy. Jednym ruchem ściąga z niej walizkę. Nie patrzy w ogóle na Jacka, zachowuje się jak zombie, otępiała i bez życia. Wyciąga ubrania z wieszakami i wrzuca je do walizki bez układania.

- Przestań. - Zastępuje jej drogę. - To była pomyłka, daj mi wszystko wyjaśnić. Co ty, chcesz się stąd wyprowadzić? Teraz? Już?

Samanta namyśla się krótką chwilę i kwituje to pojedynczym skinieniem głowy.

- Nie ma wyjaśnienia, które zmieniłoby naszą sytuację - mówi w sposób tak logiczny i opanowany, że mężczyźnie aż cierpnie skóra. - Więc nie potrzebuję, żebyś mi cokolwiek tłumaczył.

- Ale ja tego potrzebuję!

Wymija go z zaciśniętymi ustami. Wyciąga z szafy kolejną stertę ubrań.

- Nie wiem, dlaczego miałoby mnie obchodzić, czego ty potrzebujesz - mówi łagodnie.

Jacek jest w głębokim szoku. Nie poznaje jej. Gdzie jest ta wpatrzona w niego dziewczyna, która wczoraj przed nim klęczała? Przecież to niemożliwe, żeby tak nagle przestał ją interesować. Nie on. Był przecież jej wymarzonym chłopakiem.

Nikt nie rezygnuje z marzeń tak łatwo.

Nikt poza najwyraźniej Samantą, której szafa szybko pustoszeje. Jacek czuje się jak idiota, obserwując proces pakowania w samym tylko ręczniku kąpielowym. I może właśnie tak powinien się zachować. Może to jest sztuczka, która na nią zadziała.

- Ale co ci się wydaje, że zrobiłem? - pyta z niemal dziecięcym zdziwieniem. - Bo tu chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Coś ci się pomyliło.

Kobieta unosi wzrok znad walizki.

- Wydaje mi się, że rzuciłeś pracę i nic mi o tym nie powiedziałeś, bo byłeś zbyt zajęty zdradzaniem mnie z kim popadnie. Wydaje mi się, że zapomniałeś wspomnieć, że założyłeś nowe konto z "Jacek Rydel prywatnie" w nazwie, żeby moje czytelniczki mogły wypisywać do ciebie wiadomości, które by mi się nie spodobały. Wydaje mi się, że pisałeś z nimi i prosiłeś je o nudesy, a one ci je wysyłały. Ale kto wie, jak było naprawdę. Czatów było kilkadziesiąt, a ja miałam czas, żeby przejrzeć tylko kilka z nich. Ciekawe, co jeszcze bym znalazła.

Jacek nie ma pojęcia, co powiedzieć. Samanta odkryła o wiele więcej, niż się spodziewał. Nie bardzo rozumie, jak to się stało, bo jest świetny w ukrywaniu niewygodnych faktów, a jego dziewczyna to przecież taka marzycielka z głową wiecznie w chmurach. Ale już trudno. Będzie musiał zmienić taktykę. Zaraz coś wymyśli.

- Nie zdradziłem cię - wyjaśnia spokojnie. - Z nikim się nie spotkałem. To było tylko pisanie z nudy.

- Nudy? Tak ci się nudziło w naszym związku?

Wzrusza ramionami.

- Całymi wieczorami siedziałem sam, bo zamykałaś się w tym swoim gabinecie. Czułem się samotny.

Samanta mruży oczy.

- I jedyne, co wymyśliłeś sobie do roboty, to wypisywanie do obcych lasek?

- To one do mnie pisały!

- Och, ty biedactwo - syczy jadowicie i odwraca się do szafy.

Jacek zatrzymuje ją dłonią na ramieniu. Dziwne to wszystko jest, nigdy jej takiej nie widział. Musi ją powstrzymać.

- Zostań chociaż na kilka dni - prosi. - Pogadamy sobie o wszystkim. Przysięgam, zaraz usunę to konto. Naprawdę do niczego nie doszło, ja tylko z nimi pisałem dla zabicia czasu. To tylko nieporozumienie. Nie wiedziałem, że zakazujesz tego w związku, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Jeśli chciałaś takiej zasady, powinnaś mi była o tym powiedzieć. Ale skoro masz takie wymagania, a ja już o tym wiem, to zaraz wszystko usunę i nigdy więcej nic podobnego nie zrobię. Obiecuję.

Samanta posyła mu pełne pogardy spojrzenie, od którego Jacek niemal się wzdryga. Zaciska dłoń na ręczniku i przestępuje z nogi na nogę. Nie spodziewałby się nigdy zobaczyć na jej twarzy takiej nienawiści. Przecież ona tak go ubóstwia. Jest idealna, jakby stworzona dla niego. Nie powinna go nienawidzić. Nie może na to pozwolić.

- Nie wierzę ci.

- Naprawdę!

Jacek jest gotów zarzekać się na własnego dziadka i rzeczywistość nie stanęłaby mu na przeszkodzie w mówieniu tego, co mu się wydawało, że Samanta chce usłyszeć. Ale to najwyraźniej jej nie wystarcza, więc dalej ją zapewnia:

- Obiecuję ci, że z tym skończę. Usunę konto i będę ci dawał do sprawdzenia telefon codziennie. Będziesz mnie mogła pilnować.

Zatrzymuje się nad otwartą walizką i na moment Jackowi się wydaje, że wreszcie przemówił jej do rozumu. To wrażenie mija, ledwie jego dziewczyna otwiera usta, bo jej głos ocieka jadem:

- Uważasz, że chce mi się bawić w policjanta?

- Uważam, że przesadziłem, i teraz szukam dla nas wyjścia z tej sytuacji.

- Po co mi facet, którego musiałabym pilnować na każdym kroku? Nigdy czegoś takiego nie chciałam.

- Nie musisz mnie pilnować, jeśli nie chcesz. To i tak było tylko jednorazowe potknięcie.

Przewraca oczami i wraca do pakowania walizki. Wrzucone nieskładnie ubrania piętrzą się w jej wnętrzu, wieszaki sterczą na wszystkie strony. Z trudem zamyka walizkę. Jacek patrzy bezsilnie, jak jego dziewczyna metodycznie usuwa wszystkie ślady swojej obecności z ich sypialni.

To nie tak miało być.

Nie chce, żeby tak skończyli. To w ogóle nie może się skończyć, a już na pewno nie w ten sposób. Aż do teraz nawet nie rozważał takiej możliwości. Samanta po prostu nie miała się dowiedzieć o tych wiadomościach, w jego głowie nigdy nie pojawiła się taka opcja.

Jacek wciąga spodnie dresowe i siada na skraju łóżka. Zastanawia się gorączkowo, co robić dalej. Przede wszystkim musi kupić sobie trochę czasu. Dlatego zrywa się i raz jeszcze zastępuje Samancie drogę.

- Proszę cię, wyjedź jutro - mówi łagodnie. - Jest już ciemno i będę się martwił, że coś ci się stanie na drodze.

Kobieta zaciska usta.

- Nie musisz tu spać, mamy inne pokoje - dodaje pośpiesznie Jacek. - I nie będę ci przeszkadzał, obiecuję. Tylko zostań na jedną noc. Wyjedziesz jutro. Do Krakowa jest daleko, lepiej ci będzie prowadzić samochód w ciągu dnia.

Jacek wie, że Samanta łatwo się denerwuje za kółkiem i brakuje jej pewności siebie na dłuższych trasach, szczególnie po zmroku. Kobieta wzdycha i ostatecznie kiwa głową.

- Będę w pokoju obok - postanawia. - Ale naprawdę nie chcę z tobą rozmawiać. Między nami wszystko skończone.

Jacek przytakuje.

- Zostawię cię w spokoju.

Kobieta przenosi walizkę i zamyka za sobą drzwi, a sypialnia nagle pustoszeje. Jacek siada na łóżku i rozgląda się bezradnie. Choć jego dziewczyna wciąż jest za ścianą, pustka szybko go przytłacza. Zniknęły dekoracje z szafek nocnych i lampa, która dawała ciepłe, żółte światło. W otwartej szafie brakuje połowy zawartości. A to tylko jeden durny pokój. Do Jacka zaczynają docierać konsekwencje jego własnych działań i wcale mu się to nie podoba. Nie miało być żadnych konsekwencji.

Musi to wszystko cofnąć. Naprawić. Zmienić.

Przez resztę wieczoru gorączkowo się nad tym zastanawia. Zaraz straci ukochaną dziewczynę. Gotowe obiady czekające na stole. Swoją karierę, bo Samanta nie pozwoli mu dalej być wielkim pisarzem. Skończą się pełne zachwytu wiadomości od tych wszystkich czytelniczek, które same pchały mu się do skrzynki.

Zniknie wszystko, co tak mu się podoba w jego życiu.

Nie może na to pozwolić. Musi wymyślić sposób, żeby zatrzymać Samantę przy sobie. Przekona ją do zmiany zdania.

Zawsze trudno mu się pracowało w ciszy, więc odpala serial i przez kilka godzin gapi się w ekran telewizora. Co jakiś czas przypomina sobie o tym, że musi znaleźć rozwiązanie swojego problemu, a wtedy gubi wątek serialu i odlatuje myślami. Nic nie przychodzi mu do głowy, kompletna pustka. Presja ciąży, kolejne odcinki migają przed oczami, czas płynie, a Jacek ma wrażenie, że dłużej nie wysiedzi. Musi działać. Musi coś zmienić.

Musi zatrzymać Samantę.

O piątej rano wreszcie układa plan i natychmiast wstaje, by wcielić go w życie.

10

Samanta

Sprężyny w wersalce wżynają się w ciało Samanty przy każdej zmianie pozycji. Gdy czuje kłucie w łopatce, przesuwa się na bok, ale wtedy jej biodro nabija się na metalowy pręt. Samanta jest wściekła, obolała, a teraz także sfrustrowana. Ale to dobrze, bo woli myśleć o sprężynach niż o Jacku. Gdyby zaczęła myśleć o Jacku, nie zasnęłaby do rana. Na rozważania o tym, jak tragiczną pomyłką okazał się jej kolejny związek, pozwoli sobie dopiero po powrocie do Krakowa.

Ten powinna zorganizować sobie jakoś wieczorem - znaleźć odpowiednio tani hotel, bo nie chce wracać do rodziców, a własnego mieszkania już nie ma - ale nie może się do tego zebrać. Będzie jej łatwiej, gdy stąd wyjedzie. Zatrzyma się na jakiejś stacji paliw, zarezerwuje nocleg, może da znać komuś z pracy, że jest chętna spotkać się na kawę i ponarzekać na facetów.

Ale to jutro.

Nie przyznałaby tego sama przed sobą, ale wciąż ma odrobinę nadziei na to, że jeszcze coś się zmieni. Że Jacek powita ją rano śniadaniem do łóżka, wyrzuci swój telefon, powie jakąś magiczną formułę, która odczaruje jego poprzednie przewinienia i sprawi, że będzie mogła zostać w ich uroczym domku na wsi.

Nie potrafi się jeszcze pogodzić z utratą marzeń.

Na razie jednak Samanta denerwuje się na sprężyny i zasypia dopiero po pierwszej. Mózg dręczy ją przez całą noc. Śnią jej się dziwne rzeczy: Jacek na kolanach, ona na kolanach, samochód jej się psuje i nie może stąd uciec - nie używała go przecież od miesiąca - jej walizki znikają albo że wciąż się pakuje i nie może skończyć.

Gdy w ciemności coś ją chwyta i unosi, Samanta myśli, że to kolejny sen. Wyrywa się niemrawo i mamrocze, że nie, nie, ona teraz musi się spakować. Chłód szczypie ją w odsłonięte łydki i trochę przytomnieje, ale wtedy jest już za późno. Otwiera szeroko oczy, ale otacza ją ciemność.

Unosi się?

Nie, ktoś ją niesie.

Ktoś włamał się do ich domu.

- Jacek! Jacek!!!

Na pewno zaraz ją uratuje. Zaraz do niej przybiegnie. W międzyczasie jednak Samanta musi ratować się sama. Wyrywa się i szamoce w ramionach napastnika, bo teraz już poznaje, że to są ramiona, że ktoś ją niesie w dół po schodach, ale trwa to tylko chwilę. W następnej słyszy otwierane z hukiem drzwi i traci oparcie. Spada na podłogę... nie, na coś miękkiego, co ugina się pod jej ciężarem. Drzwi zamykają się głośno.

Samanta nieruchomieje. Przesuwa dłonią po powierzchni, na której siedzi. Materac. Siedzi na materacu. Nigdy nie wyszli z domu, poczułaby zimno, więc co oni... co oni zrobili? Zeszli po schodach. Dwa razy, co oznacza, że znajduje się teraz w piwnicy. Nic z tego nie rozumie. Otacza ją nieprzenikniona ciemność. Nic w niej nie widzi, a słyszy wyłącznie swój głośny, przyśpieszony oddech, pełen zadyszki jak po biegu.

Nie rozumie, co się dzieje.

Klucz w zamku obraca się ze zgrzytem.

Do Samanty dociera wreszcie, że została uwięziona, gdy po drugiej stronie zamkniętych drzwi słyszy głos Jacka:

- Nie mogę pozwolić ci stąd wyjechać. Porozmawiamy jutro. Dobranoc, kochanie.

11

Waldemar

To cudownie spokojna noc.

Takie zdarzają się coraz rzadziej, więc każdą z nich Waldemar docenia szczególnie. W pewnym momencie wydaje mu się, że budzi go krzyk, ale to chyba tylko echo jego snu, bo w domu panuje cisza. Potem długo leży w ciemności, w ciszy przyglądając się śpiącej spokojnie Jadzi. Jej twarz jest łagodna, w słabym świetle powoli wstającego słońca niemal pozbawiona zmarszczek. Takiej Jadzi ślubował czterdzieści lat temu i taka była zawsze w jego głowie.

O tym, jaka jest teraz, stara się nie myśleć.

Dopiero koło siódmej Waldemar wstaje i w kuchni nastawia wodę na herbatę. Wciąż panuje półmrok, w listopadzie późno się przejaśnia, szczególnie w pochmurne dni.

Mężczyzna wychodzi na ganek z kubkiem herbaty i kurtką na ramionach. Narzuca derkę na pokryte rosą krzesło i siada. Kubka nie odstawia na bok, zaciska na nim dłonie, by je ogrzać. To jego zwyczaj: herbata na ganku praktykowana tak długo, jak pogoda na to pozwala, aż do ostatniego bezśnieżnego dnia - nawet gdy pije w pośpiechu, bo na zewnątrz nie idzie wytrzymać dłużej niż kilka minut.

Waldemar przygląda się pogrążonej we śnie okolicy: zaoranym na zimę polom, zagajnikowi na horyzoncie i wreszcie domowi Jacka - jedynemu budynkowi, który widać z tego miejsca.

Natychmiast zauważa coś dziwnego. Na piętrze palą się światła w dwóch sąsiednich oknach. Waldemar marszczy brwi i w zamyśleniu upija łyk herbaty. Jest siódma rano, więc albo mieszkańcy tego domu zasnęli przy włączonym świetle, albo wyszli i nie zauważyli zapalonych lamp. To nigdy dotąd się nie zdarzało, więc Waldemar jest zaciekawiony i trochę zaniepokojony. Spróbuje złapać Jacka po południu, w drodze z pracy, i powie mu, żeby lepiej pilnował zużycia prądu. Rachunki w tych czasach są astronomiczne, a nikt nie potrzebuje dwóch żarówek palących się całą noc.

A może coś tam się stało?

Dopiero teraz uświadamia sobie, że nie słyszał samochodu Jacka, mijającego ich dom codziennie o wpół do szóstej rano. Nie spał już wtedy, jest tego pewien, bo wskazówki na jego zegarku są fluorescencyjne i można je czytać nawet w ciemności. W głowie mężczyzny pojawia się mgliste wspomnienie pojedynczego krzyku.

Ale to przecież tylko mu się śniło, prawda?

Herbata w kubku znika w okamgnieniu, a Waldemar czuje, że jego dłonie zaczynają grzebnąć. Chłód szczypie go w nos i policzki. Podnosi się więc powoli i zabiera derkę ze sobą. Może Jacek i jego panna wyjeżdżają na wakacje. Może wzięli wolne i planują wycieczkę. Może Jacek po prostu się przeziębił, a jego dziewczyna przynosiła mu leki.

Przystaje na progu domu i raz jeszcze spogląda na budynek na szczycie wzgórza. Światła w dwóch pokojach nadal się palą, choć zaczyna już świtać. Ale mężczyzna jest daleki od panikowania. Nie ma zamiaru znowu wściubiać nosa w cudze sprawy - Jacek już kiedyś mu za to nagadał. Jest niemal pewien, że za rozświetlonymi żarówkami stoi roztargnienie i niedbalstwo, jak to teraz zwykle bywa z młodymi ludźmi. Waldemar zmienia zdanie. Nie zawoła Jacka, żeby mu powiedzieć o włączonych lampach. Chłopak jest już dorosły, jeśli chce płacić wysokie rachunki za prąd - niech tak będzie.

On zaś będzie dalej ich obserwował.

***

W domu nadal panuje cisza, co oznacza, że Jadzia jeszcze nie wstała. Waldemar ponownie gotuje wodę na herbatę - tym razem miętową - i dopiero wtedy słyszy kroki w sypialni. Niedługo później jego żona przychodzi do kuchni w szlafroku i siada za stołem naprzeciwko. Upija łyk herbaty.

- Dobrze spałaś?

- Bardzo - mówi z szerokim uśmiechem. - Śniły mi się dzieci. Takie słodkie, roześmiane maluchy. Nic nie robiły, tylko się śmiały. Jak myślisz, co taki sen może znaczyć?

Po latach życia z nią Waldemar potrafi rozpoznać, kiedy jego żona odcina się od świata. Odpowiada więc zgodnie z tym, co ustala:

- To znaczy, że będziesz miała cudowny dzień, w którym będziesz się dużo śmiała.

- Chciałabym mieć swoje takie. Pewnego dnia, gdy już będę gotowa.

Jadzia z rozmarzeniem wygląda przez okno. Ona nie kontynuuje tematu, Waldemar nic więcej nie dodaje. Czasem jej zazdrości. On też chciałby o wielu rzeczach zapomnieć, a przynajmniej potrafić o nich nie myśleć. Ale takie życie emeryta, że pracy jest mało, a czasu na dumanie dużo.

Także o tym, co stracili.

Waldemar cały czas stara się zająć czymś ręce. Chodzi na wioskę, robi zakupy, pracuje koło domu. Szczególnie rozmowy z innymi pomagają, więc na zakupach zawsze stara się przywitać i zapytać o życie każdego, na kogo wpadnie. Rozpatrywanie przeszłości nie ma sensu. To normalna kolej rzeczy, że w pewnym wieku nabiera się perspektywy i dostrzega swoje błędy jak na dłoni. Nic już z nimi nie można zrobić. Trzeba skupić się na tym, co tu i teraz. Na żonie, z którą spędził kawał życia, na ich skromnych czterech ścianach i drzewkach owocowych, których pnie trzeba pomalować wapnem na zimę.

Nie na tym, że choć kiedyś tak nie było, teraz jest ich tylko dwoje.

A żeby pomalować pnie, trzeba kupić wapno, więc po śniadaniu Waldemar zakłada jesienną kurtkę, a do kieszeni pakuje stary rachunek, na którym wcześniej drżącą ręką zapisał listę wszystkiego, czego potrzebują na obiad.

- Idę na zakupy, chcesz coś?

Jadzia wybucha śmiechem, jakby żartował. Mężczyzna czeka, aż się uspokoi, a w międzyczasie zakłada buty - te ładne, na wioskę.

- Coś słodkiego - odpowiada w końcu jego żona. - Coś słodkiego do kawy.

Nie piją kawy od dobrych dziesięciu lat, ciśnienie im nie pozwala. Właśnie w takich chwilach Waldemar jej zazdrości. Nigdy nie stronił od pracy i ma w sobie dobrze rozwinięte poczucie obowiązku, ale są dni, gdy chciałby, żeby to ktoś zajął się nim.

Niestety los uznał, że sobie na to nie zasłużył.

Waldemar bierze z lady przygotowany wcześniej duży, ciężki pakunek i wychodzi.

Rolka #10245 tys. wyświetleń2252 polubienia120 komentarzyLokalizacja: Życie jest piękne

Na ekranie młody, przystojny mężczyzna w czerwonej koszuli. Pochyla się do kamery w intymnym geście, patrzy w sam środek soczewki, jakby chciał spojrzeć widzom prosto w oczy. Uśmiecha się szelmowsko jednym kącikiem ust.

Jego usta poruszają się do trendującego dźwięku, który krąży po aplikacji od tygodnia, ale ten nie ma tu żadnego znaczenia. Liczy się hasło nad głową przystojnego mężczyzny - hasło, które załatwiło im w przedsprzedaży ponad sto transakcji w mniej niż czterdzieści osiem godzin.

Tym hasłem jest cytat:

Kiedy on zamiast "kocham cię" mówi: "Jesteśmy sobie pisani na wieczność i jeden dzień dłużej. Już zawsze będę przy tobie. Nigdy cię nie opuszczę. Zrobię wszystko, co trzeba, żebyś była bezpieczna. Poświęcę dla ciebie swoje życie"."Każdym twoim oddechem", Jacek Rydel, a mój debiutancki romans zamówisz w przedsprzedaży na www...

Kotkanablaszanymdachu69: <mem dziewczyny liżącej ekran smartfona>

12

Samanta

Tej nocy Samanta już nie zasypia. Nie jest w stanie. Ciemność i to, co się w niej kryje, za bardzo ją przerażają. Po odejściu Jacka spędza chwilę w bezruchu, patrząc przed siebie i przetwarzając informację, że nie było żadnego włamywacza i to jej własny facet tak ją urządził. Nie jest jeszcze pewna, jak konkretnie, bo do piwnicy tego domu zajrzała może dwa razy i szybko stamtąd uciekała, a teraz nic nie widzi. W mroku idzie przed siebie, aż wpada na drzwi. Bezskutecznie szarpie za klamkę. Drzwi są metalowe i w metalowej ramie, więc nawet nie próbuje ich kopać. Wraca na materac, gdzie odnajduje dłonią miękki materiał. Samanta zaciska na nim palce. Koc. Opatula się nim i zaczyna przyjmować do wiadomości prawdę.

On to zaplanował. Zniósł do piwnicy materac i koc, a następnie ją tu zamknął. Ale przecież to niemożliwe. Jej Jacek nie jest taki. Jacek jest kochany. Kupuje jej prezenty, dziękuje za ugotowane obiady i zgadza się na każdy jej zwariowany pomysł. Ktoś taki nie zamknąłby jej w piwnicy, żeby nie wyjechała.

Tylko że... właśnie to zrobił. I tym razem nie mogła znaleźć żadnej wymówki, żeby go wybielić. Przyznał się jej. Powiedział to na głos. Gdyby tego nie zrobił, mogłaby się zastanawiać dalej, ale jego słowa nie pozostawiły żadnej przestrzeni do domysłów.

Nie chciał, żeby wyjechała, więc zamknął ją w piwnicy.

Samancie robi się zimno, kładzie się na materacu i przykrywa kocem. Szeroko otwarte oczy wbija w ciemny sufit. Nie ma pojęcia, która jest godzina, nie może robić nic poza czekaniem. Przypominają jej się wszystkie koleżanki, które kończyły nieudane związki. Opowiadane nad drinkiem porady o szukaniu czerwonych flag w facecie. Poradniki o przemocy psychicznej. Podcasty o zamordowanych żonach. Jak każda kobieta zbierała te informacje latami, na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda. Zna więc teorię. Wie, że nawet najgorsi faceci zawsze na początku dobrze się zachowują. Czekają, aż ich ofiara się do nich przywiąże, bo bez tego nie będą mogli nią manipulować. Samanta pamięta z ich rozmów metafory, przyrównujące przemocowy związek do żaby w garnku z gotującą się wodą. Temperatura wzrasta powoli i niedostrzegalnie, aż ostatecznie dla żaby jest za późno na ratunek.

Ale z nią i Jackiem nigdy tak nie było. Przymykała oko na pewne drobiazgi, lekkie spięcia czy tarcia, ale przecież w każdym związku takie występują. Nic nie zapowiadało, że Jacek pewnego dnia postanowi ją uwięzić w piwnicy.

To jakaś śmieszna pomyłka.

Samanta leży na materacu aż do świtu, który wreszcie rozprasza otaczającą ją ciemność. Zrywa się do pozycji siedzącej i rozgląda po pomieszczeniu. Dobrze założyła, że trafiła do piwnicy - poznaje to po wąskim okienku pod sufitem. Owija się ciaśniej kocem, bo z zimna przebiega ją dreszcz. Niewielkie pomieszczenie o nieotynkowanych ścianach jest niemal kompletnie puste, w środku znajdują się tylko stos starych gazet w rogu i materac, na którym siedzi.

Samanta podchodzi do malutkiego okienka bez klamki. Staje na palcach i po drugiej stronie widzi zbutwiałą trawę. Nie ucieknie w ten sposób, nie przeciśnie się przez wąską szczelinę.

Przypomina się jej kolejna mądrość z rozmów z koleżankami: że eskalacja przemocy następuje zwykle w momencie, gdy ofiara próbuje odejść. Właśnie to jej się dzisiaj przydarzyło.

Jacek nie chciał, żeby wyjechała.

Samanta nie jest ofiarą. Nigdy tak o sobie nie myślała i teraz też nie zamierza. Jest rozsądna, ostrożna i wszystkie decyzje podejmuje po długim namyśle. Takich dziewczyn jak ona to nie spotyka. Takie dziewczyny jak ona wybierają partnerów uważnie i uciekają na widok podejrzanego zachowania. Musi w to wierzyć. To oczywiście nie jest winą tych kobiet, które wylądowały w przemocowych związkach, bo tacy faceci dobrze się ukrywają. Ale Samanta jest spostrzegawcza. Zauważyłaby, gdyby to ją spotkało.

Więc co ona tutaj robi?

***

Nie wie, ile czasu upłynęło. Od dawna jest już dzień, ale Jacek nie przychodzi. Kobieta przegląda gazety ze stosu, roczniki z lat dziewięćdziesiątych, szmatławce i inne głupiutkie pisemka pełne celebryckich plotek. Obok gazet znajduje jeszcze plastikowe, brudne wiadro po farbie malarskiej, którego nie zauważyła poprzednim razem. Zastanawia się nad nim chwilę, bo wszystko inne w tym pomieszczeniu wygląda tak, jakby zostało tu umieszczone po coś, a wiadro w klitce więziennej ma zwykle jeden jasno określony cel. Ale Jacek nie mógł z góry założyć, że będzie ją tu trzymał tak długo, żeby musiała sikać w takich warunkach, prawda?

Po początkowej panice przychodzi odrętwienie. Jej wzrok ślizga się po literach bez zrozumienia, ciało rwie się do działania. Samanta krąży po pomieszczeniu, kilkukrotnie kopie metalowe drzwi i krzyczy co jakiś czas, na wypadek gdyby Jacek ją słyszał. Gdy nic nie przynosi skutku, owija pięść kocem i wybija okienko przy suficie. Do środka natychmiast wpada lodowate powietrze.

Powoli wypuszcza oddech. Spanikowała. Wybicie okna nie dało jej nic poza chwilowym poczuciem sprawczości. Wraca na materac i obejmuje kolana ramionami. Wiatr gwiżdże, a w jego poświstywaniu Samanta wyłapuje obce dźwięki.

Czy ktoś płacze?

Przez moment wydaje się jej, że słyszy dziecięcy szloch, który jednak szybko ginie w szumie wiatru. Kobieta nie jest pewna, czy się przesłyszała. Znów podchodzi do okienka i próbuje przez nie wyjrzeć, ale znajduje się na tyłach domu. Poza trawą widzi jedynie kawałek podwórza i drogi gruntowej, która ciągnie się wzdłuż pola.

Płacz się powtarza. Samanta przypomina sobie zbiorową mogiłę w zagajniku, ale potrząsa głową. Nie potrzebuje się teraz dodatkowo nakręcać. Jest po prostu zmęczona. Czeka na Jacka od kilku godzin, burczy jej w brzuchu, wargi ma spierzchnięte z pragnienia. W takich warunkach każdy mógłby doczekać się halucynacji.

Przygląda się wybitej szybce i układa plan. Do ich domu regularnie zachodzą dwie osoby: Franek, któremu absolutnie zakazała to robić, i listonosz. Na Franka nie liczy, bo nawet jeśli złamie ich wczorajsze ustalenia i w efekcie ją znajdzie, może mieć problem z wezwaniem pomocy. Z listonoszem powinna mieć więcej szczęścia. Okienko wychodzi na drogę. Usłyszy nadjeżdżający samochód, a kiedy mężczyzna zajdzie na ganek, ściągnie go tu krzykiem.

A potem ucieknie z piwnicy i pozbędzie się Jacka ze swojego życia.

Ale ten plan to tylko na wypadek, gdyby on sam jej wcześniej nie wypuścił, a przecież na pewno zaraz to zrobi. Nie może jej tu trzymać bez końca. Co za idiota. A ona mu zaufała! Samanta zastanawia się, czy ją też czyni to idiotką. Być może. Różowe okulary przyćmiły jej zdolność myślenia. Nie może uwierzyć, że znalazła się w takiej sytuacji.

Nie boi się Jacka. Jest pewna, że nie zrobiłby jej krzywdy. Jak zna życie, to właśnie teraz odsypia nockę zarwaną na oglądaniu seriali i tylko dlatego jeszcze jej nie wypuścił. Nie spodobało mu się rozstanie, więc spróbował odwlec w czasie nieuniknione. Ale to na nic. Obudzi się i ją wypuści.

Nie będzie miał innego wyjścia.

Przecież nie zmusi jej do użycia tego wiadra w kącie.

Słyszy ciężkie kroki na schodach i zrywa się z materaca. Czeka przed zamkniętymi drzwiami. Wszelkie resztki sympatii dla Jacka zniknęły. Teraz chce już tylko stąd wyjść. Dźwięk kroków cichnie, ale drzwi się nie otwierają.

- Samanta?! - woła Jacek z korytarza.

- Jestem, wypuść mnie.

Zapada cisza.

- Nie chciałem, żebyś odjeżdżała - mówi. - Musisz dać mi jeszcze jedną szansę. Obiecuję ci, że teraz już wszystko będzie inaczej.

- Chyba cię popierdoliło.

Słowa wypadają z ust Samanty bez żadnego namysłu, a ona żałuje ich, gdy tylko wybrzmiewają w powietrzu. Nie powinna odpowiadać mu tak ostro. To w końcu on ma klucz do jej wolności.

- Przepraszam, miałam na myśli... - poprawia się - porozmawiajmy o tym na górze. Najpierw mnie wypuść i porozmawiamy.

Jacek ją ignoruje.

- Musisz zrozumieć, że było nam razem naprawdę dobrze i z nikim innym nie będzie lepiej. Ja popełniłem błędy, ty popełniłaś błędy. Musimy teraz wyciągnąć z nich nauczkę i zrozumieć, co poszło nie tak, żeby żyć długo i szczęśliwie.

Samanta cieszy się, że oddzielają ich drzwi, bo dzięki temu Jacek nie może zobaczyć, jak przewraca oczami. Nie wierzy własnym uszom. Sentymentalne bzdury nigdy nie były częścią charakteru Jacka - podobnie zresztą jak jej, dlatego tak świetnie się dogadywali - i teraz wygłaszane z takim przekonaniem brzmią po prostu fałszywie. Samanta podejrzewa, że za jego deklaracjami kryje się drugie dno.

- Mój ojciec zawsze mówił, że zepsute rzeczy się naprawia, a nie wyrzuca - dodaje mężczyzna.

- Ten ojciec, z którym nie masz kontaktu, bo go nie cierpisz?

- Czasem zdarzało mu się powiedzieć coś mądrego.

Samanta przewraca oczami.

- Jacek, musisz mnie stąd wypuścić. Nie możesz mnie trzymać w piwnicy w nieskończoność. Ludzie się zorientują.

- Nie chcę cię trzymać tu w nieskończoność. Tylko dopóki nie zrozumiesz, że... jesteśmy sobie pisani na wieczność i jeden dzień dłużej.

Samanta doskonale wie, że Jacek zapamiętał cytat z jej książki tylko dlatego, że użyli go na kilkunastu rolkach - a powtarzali go, bo za pierwszym razem wykręcił im bajońskie zasięgi. Czytelniczki uwielbiają głównych bohaterów wygłaszających wielkie, dramatyczne deklaracje. Uwielbiają fantazję, bo w prawdziwym życiu nie ma na nią miejsca.

Kobieta jest tak zaskoczona, że nie może nic z siebie wykrztusić. Wykorzystanie słów jej bohatera, który był gotów spalić cały świat dla głównej bohaterki i w życiu nie zamknąłby nikogo w piwnicy, jest jak uderzenie w twarz. Obejmuje się ramionami.

- Idź do diabła - odpowiada krótko.

Cisza za drzwiami znowu się przedłuża. Najwyraźniej Jackowi wyczerpały się argumenty.

- To ja... ja cię tu jeszcze zostawię na razie. Przemyśl to sobie na spokojnie, dobrze? Jestem pewien, że w końcu przypomnisz sobie, że mnie kochasz i nie możesz beze mnie żyć.

- Jacek! Nie możesz mnie tu trzymać!

- Ale już to robię.

W jego głosie rozbrzmiewa zdziwienie. Samanta nie jest pewna, czy tym, że był zdolny uwięzić drugiego człowieka, czy też może jej żądaniem. Rzadko go o cokolwiek prosiła. Czuła się zawsze trochę winna, że nie płaci mu czynszu, bo życie w Krakowie przyzwyczajało ją do wywalania połowy wypłaty na wynajem. Zamieszkanie w wielkim domu wolnostojącym, w dodatku w tak romantycznym zakątku Polski, uważała za gwiazdkę z nieba.

A kiedy myślisz, że dostałaś gwiazdkę z nieba, nie zaczniesz prosić o księżyc, prawda?

Kroki w głębi budynku cichną, a Samanta znowu zostaje sama. Przeklina pod nosem i wścieka się na siebie, że nagadała Jackowi, zamiast przez pięć minut udawać grzeczną, zakochaną w nim dziewczynę. Następnym razem mu nasłodzi, a kiedy on ją wypuści, wskoczy w samochód i pojedzie prosto na najbliższą komendę policji. Od tej chwili musi być ostrożniejsza. Nie spodziewała się, że mężczyzna zamknie ją w piwnicy, a jeszcze mniej, że następnego dnia po prostu ją tutaj zostawi.

Samanta oblizuje spierzchnięte usta, a bolesny skurcz przeszywa jej żołądek. Nie spodziewała się także, że będzie próbował ją zagłodzić.

Zerka na wiadro w rogu pomieszczenia. Pęcherz też powoli zaczyna ją już cisnąć, ale tak nisko nie upadnie.

Ostatecznie Jacek wykazuje się odrobiną rozsądku, bo niedługo później kroki w piwnicy rozlegają się ponownie, a klucz obraca się ze zgrzytem. Drzwi otwierają się szeroko, a w progu staje Jacek z drewnianą tacą w dłoniach. Niesie na niej talerz z odgrzanymi paluszkami rybnymi i frytkami z mrożonki, a do tego butelkę wody.

- Mam dla ciebie jedzenie.

Samanta nie dziękuje, jest zbyt wściekła, żeby docenić taki odruch człowieczeństwa w jego wykonaniu. Podnosi się z materaca bez słowa. Jedyne, co widzi, to otwarte drzwi za mężczyzną. Mogłaby po prostu przez nie przejść - gdyby na jej drodze nie stał Jacek.

- Potrzebuję iść do toalety - informuje go chłodnym tonem.

Ten zerka na wiadro w rogu piwnicy, czym potwierdza jej wcześniejsze podejrzenia. Umieścił je tutaj celowo. Planował ewentualność, że Samanta będzie tutaj zamknięta na tak długo, żeby musiała sikać do wiadra. To wiele zmienia.

Przeszywa ją dreszcz.

- Zmieniłam zdanie - dodaje szybko kobieta. - Miałeś rację, jesteśmy sobie pisani. Już nie chcę z tobą zrywać, przeszło mi, za szybko podjęłam wczoraj tę decyzję. Wróćmy na górę i udawajmy, że nic się nie stało.

Jacek odstawia tacę na podłogę i cofa się pod drzwi. Ściąga brwi i przygląda się swojej dziewczynie ze skupieniem, jakie Samanta rzadko widzi na jego twarzy.

- Wcale tak nie myślisz. Chcesz tylko stąd wyjść.

- Oczywiście, że chcę stąd wyjść! I... ugotować ci normalny domowy obiad zamiast tych mrożonek. Może racuchy z konfiturą wiśniową? A potem przywiążesz mnie do łóżka i zrobisz ze mną, co chcesz. - Takie słowa powinny brzmieć romantycznie, ale w lodowatej piwnicy, w której Samanta przebywa wbrew swojej woli, tracą urok. Zdusza niepokój i kontynuuje: - A... A po wszystkim upiekę świeże ciasto. Biszkopt.

Jacek wciąż tego nie kupuje.

- Pięć minut temu mówiłaś coś innego.

- Przemówiłeś mi do rozsądku. Twój tata miał rację, nie wyrzucajmy naszego związku do kosza. Musimy nad nim razem pracować, więc... chodźmy na górę i zapomnijmy o tym, co się stało. I słuchaj, mu-musimy wstawić dzisiaj nową rolkę. Pamiętasz, co ci mówiłam: algorytm wymaga regularności. Twoje czytelniczki już nie mogą się doczekać, żeby cię zobaczyć.

- Nie masz hasła na swoim telefonie, prawda?

Nie takiej reakcji na swoje snute z rozmachem plany się spodziewała. Wydawało jej się, że przedstawiła Jackowi plan nie do odrzucenia. Na pewno wystarczający, żeby wypuścił ją z tej przeklętej piwnicy. Nawet powiedziała "twoje czytelniczki", żeby Jacek poczuł się ważniejszy.

- Nie mam - przyznaje, bo i tak oboje znają prawdę.

Mężczyzna kręci głową i wzdycha ciężko. Robi kolejny krok do tyłu, coraz bliżej drzwi i coraz dalej od niej. Samanta czuje, że dłonie zaczynają jej się pocić ze stresu. Wyślizguje się jej. Zaraz stąd wyjdzie, a ona znowu spędzi kilka godzin zamknięta w tym grobowcu.

- Potrzebuję o tym pomyśleć - mówi ostrożnie Jacek.

- O czym jeszcze chcesz myśleć?!

- Chyba nie jesteś ze mną szczera. Nie wydaje mi się. Zostaniesz tu jeszcze na trochę, ja się zastanowię, co z tobą zrobić, a ty przemyślisz swoje zachowanie. Umowa stoi? Może następnym razem uda ci się mnie przekonać.

Samanta nie chce przemyśliwać swojego zachowania. Nie ma zamiaru spędzić w tej cholernej piwnicy ani sekundy dłużej. Patrzy na szeroko otwarte drzwi i ledwie rejestruje obecność Jacka na drodze do nich. Jednym sprężystym ruchem omija go i dopada do progu.

Udaje jej się zacisnąć dłoń na framudze, ale gwałtowne szarpnięcie w tył zrywa ten kontakt. Samanta zaczyna się szamotać, ale wtedy ostry ból przeszywa jej twarz, a ona traci równowagę. Upada na ziemię. Łapie się za policzek i pociera go z niedowierzaniem. Ból, po jej skórze rozlewa się piekący ból.

Jacek ją uderzył.

Jacek j ą uderzył.

Robili to wcześniej w łóżku, więc teoretycznie nie było to całkiem nowe doznanie, ale jednocześnie... Nie, było całkiem nowe. Nigdy wcześniej tego nie zrobił. Nie w ten sposób. Nie w kłótni i nie po to, żeby ją uciszyć.

Boi się podnieść, więc tylko unosi z przerażeniem wzrok. Mężczyzna nad nią góruje - zawsze, a już szczególnie teraz, gdy Samanta siedzi na lodowatej posadzce i kurczy się z bólu. Strach miesza się w niej z niedowierzaniem. Czy to naprawdę się stało?

- Mówiłem ci, żebyś tu trochę posiedziała i pomyślała. Uważam, że masz nad czym.

Jacek zamyka drzwi z hukiem.

13

Jacek

On też nie może uwierzyć w to, co zrobił.

Wstał koło południa i długo nie wychodził z łóżka. Wyciągnął telefon i szukał odpowiedzi na swoje problemy w internecie, bo nie miał pojęcia, co dalej, a nie mógł też o to nikogo zapytać. Wstukiwał różne wersje swojego problemu w wyszukiwarkę. "Co zrobić, kiedy dziewczyna cię nie słucha?" "Jak przekonać dziewczynę do zmiany zdania?" "Jak zmusić ją do robienia tego, co jest dla niej dobre?"

Wiedział już wcześniej, że nie tylko on ma takie wątpliwości, bo scrollując niekończący się internet, wpadał często na redpille i inne środowiska mężczyzn uczących się nawzajem, jak nie dać sobie w kaszę dmuchać. Tym razem nie znalazł gotowego rozwiązania swojego problemu, więc poszedł o krok dalej i zadał pytanie na jakimś forum, delikatnie przekręcając fakty, żeby nie polecieli na policję. Nawet przez moment nie rozważał, czy powinien radzić się obcych ludzi w internecie. Był trochę zdesperowany.

Pierwsze odpowiedzi pojawiły się szybko i brzmiały dokładnie tak, jak się tego spodziewał. Jacek usłyszał pokrzepiające słowa zachęty, że musi pokazać jej, kto tu rządzi. Że ona to doceni, bo podświadomie uszanuje biologiczny porządek świata.

Oczywiście tylko, jeśli jest wartościową kobietą.

Jeśli nie jest, to takiej nie szkoda.

Mężczyzna wierzy w to, że Samanta jest wartościowa. Poza tym ona lubi, kiedy Jacek jest szefem i decyduje za nią. Na tym polega ich związek. Co prawda, ten podział ról działał do tej pory głównie w sprawach łóżkowych, ale on od zawsze miał przeczucie, że to tylko pierwszy krok. Jeśli Samanta chciała tego w łóżku, to na pewno chciała tego w życiu w ogóle, tylko przez ten zapluty feminizm nie śmiała powiedzieć tego na głos. No i każdego partnera trzeba sobie trochę wychować. To normalne.

Ich pierwsze dwie rozmowy zakończyły się porażką, ale Jacek nie przestaje w siebie wierzyć, choć nie ma ku temu żadnych powodów. Znajduje telefon dziewczyny pod poduszką na wersalce i siada z nim w kuchni.

On tylko jasno ustala zasady. Chłopacy by go za to pochwalili.

Po namyśle odkłada telefon na stół i na razie go tam zostawia. Rozgląda się po kuchni, która po jego kulinarnych wysiłkach nie jest tak czysta jak wtedy, gdy Samanta gotuje. Na blacie leżą worki po frytkach i paluszkach rybnych, na kuchence stoi brudna patelnia, w zlewie pojawiły się talerze. Nie chce mu się tym teraz zajmować. Samanta będzie miała co robić, gdy ją wypuści.

"Gdy ja ją wypuszczę". Te słowa wybrzmiewają w głowie Jacka pierwszy raz, a wraz z nimi przychodzi świadomość, że teraz wszystko zależy od niego. To on podejmie decyzję, kiedy Samanta będzie gotowa, i to on zadecyduje, jak długo potrwa jej kara.

Podoba mu się to poczucie władzy i kontroli. Wszystko będzie tak, jak on tego chce. A gdy wypuści ją z piwnicy, ona też będzie zadowolona. Wrócą do normalnego, szczęśliwego życia i wszystko będzie dobrze. Musi tylko trochę poczekać. Dać jej pomyśleć.

Jacek jest mistrzem w czekaniu. Od lat coraz więcej czasu spędzał w sieci, a internet jest w pewnych kwestiach zgodny: na przykład w tej, że mężczyzna staje się atrakcyjny po trzydziestce. Jacek długo czekał na okrągłe urodziny, po których kobiety nie będą mogły mu się oprzeć. W końcu, kiedy wszyscy twierdzą, że coś się stanie, nie ma powodu, by to kwestionować.

No i dokładnie tak się stało - kobiety rzuciły mu się do stóp. Internet miał rację.

Miesiąc temu założył własne konto w mediach społecznościowych, wrzucił kilka filmików, a jego czytelniczki raz dwa go wytropiły. Przezornie zablokował oficjalne konto Rydla i prywatne konto Samanty, żeby nie zobaczyła go przypadkiem w swoim feedzie. Od tamtej pory w skrzynce odbiorczej codziennie pojawiały się nowe wiadomości. Śliczne, młode dziewczyny pisały mu, że jest wspaniały. Podziwiały jego męskość. Wysyłały intymne, odważne zdjęcia, których nie widział nikt poza Jackiem.

Doskonale się z nimi bawił.

Ale ta zabawa jest okupiona ciężką pracą, do której teraz Jacek zabiera się z głębokim westchnieniem. Poradzi sobie ze wstawieniem filmiku w zastępstwie Samanty - nagrywał je z nią od miesięcy, więc wie, na czym to polega. Co to zresztą za filozofia, wstawić jakiś durny filmik na dwadzieścia sekund. Za pięć minut będzie wolny i pójdzie na górę na drzemkę.

Na początku dopisuje mu szczęście, bo znajduje w draftach kilka nieobrobionych nagrań. Część z nich Samanta trzyma na czarną godzinę, a część została, bo nie wyrobili się z trendem, na który próbowali wskoczyć. Taki film mu dzisiaj wystarczy. Jacek kojarzy, że dziewczyna zawsze obrabia jego wywody i wycina pauzy, ale pasek nagrania jest mały, a palce mężczyzny za duże, więc po kilku podejściach po prostu odpuszcza. Z pewnością czytelniczki mu wybaczą, mają przecież jego twarz do podziwiania. Kopiuje opis do filmu z poprzedniego nagrania i klika "wyślij". Dopiero po załadowaniu przypomina mu się, że powinien dodać muzyczkę w tle, ale jest już za późno, by to zmienić, a poza tym Jacek mgliście pamięta, że to nie może być byle jaki dźwięk, tylko trendujący, a on tak właściwie to nawet nie wie, gdzie takich szukać. To bez znaczenia.

Wyciąga z lodówki piwo i przygląda się rosnącej liczbie wyświetleń. Ale byłby numer, gdyby akurat ten film poszedł w viral i stał się ich najpopularniejszą publikacją. Mógłby roześmiać się Samancie w twarz, że wcale nie jest taka ważna i niezastąpiona, bo każdy głupi potrafi wrzucać durne filmiki do internetu.

Jest szczerze zdziwiony, gdy licznik wyświetleń dobija do trzystu i się zatrzymuje. To pewnie jakiś błąd, myśli sobie i sprawdza statystyki. Większość widzów porzuciła oglądanie filmu po trzeciej sekundzie. Jacek odtwarza nagranie. W trzeciej sekundzie zająknął się na chwilę i zawiesił, ale co to są dwie sekundy ciszy - z pewnością ludzie mogą wytrzymać dwie sekundy, aż znowu zacznie mówić.

Przecież mogą w międzyczasie podziwiać jego.

Jacek ściąga brwi w oczekiwaniu. Wskaźnik wyświetleń już się nie zmienia, a do mężczyzny dociera brutalna prawda: algorytmu nie obchodzi jego uroda. Jacek uważa, że to trochę absurd, ale dobrze, trudno, następny filmik da do obróbki Samancie. Niech się na coś przyda w tej piwnicy, skoro w domu nie sprząta. To znaczy... z pewnością do jutra ją wypuści. Nie będzie jej tam trzymał w nieskończoność, tylko trochę, żeby wszystko sobie poukładała w głowie.

Wraca do łóżka, z którego wyszedł zaledwie parę godzin temu, i przykrywa się kocem. Ma wiele decyzji do podjęcia, ale nie ma ochoty się nimi zajmować, więc zamyka oczy i próbuje się zdrzemnąć. To są bardzo trudne decyzje, a Jacek w ogóle nie lubi mieć zbyt wiele odpowiedzialności w życiu i łatwo czuje się przytłoczony.

Może jeśli poczeka, to coś tam rozwiąże się samo.

Jacek nie jest głupi. Widzi, że jego dwie ulubione rzeczy w życiu wzajemnie się wykluczają: ciepło domowego ogniska i atencja pięknych dziewczyn. No bo wiadomo, podoba mu się przychodzenie do domu, w którym Samanta gotuje i sprząta. Codziennie dobry obiad na stole. Ciasto na deser. Brudne ubrania, które magicznie znikają z podłogi i pojawiają się w jego szafce, świeże i wyprasowane.

Ale podoba mu się też, że po latach czekania na swoje pięć minut znalazł się wreszcie w sytuacji, gdy dziewczyny same rozkładają przed nim nogi, bez żadnego wysiłku z jego strony. Każdy uwielbia być pożądany.

Szczególnie ktoś, kto czekał latami na swoją kolej.

To wszystko sprawia, że Jacek nie wie, co dalej. Chce zachować wygodę życia z Samantą, ale też nacieszyć się popularnością. Nie potrafi tylko wymyślić, w jaki sposób mógłby osiągnąć jedno i drugie, ale się nie poddaje. Ma czas.

Ona przecież nigdzie sobie nie pójdzie.

Jej telefon wibruje na szafce nocnej. Jacek sięga po niego i odblokowuje, a ikonka na wyświetlaczu zapowiada nową wiadomość w skrzynce mailowej - od ich wydawcy. Mężczyzna bezmyślnie w nią uderza.

Cześć, Sam!

Układamy plan wydawniczy na przyszły rok - czy dałabyś radę dostarczyć nam drugi tom do końca miesiąca? Myślimy o premierze na początku marca - sprzedaż jest super, chcemy kuć żelazo, póki gorące. Wiem, że wstępnie umawialiśmy się inaczej, ale ostatnio mówiłaś, że prace są już na zaawansowanym etapie, więc gdybyś niedługo dostarczyła nam plik, wyrobilibyśmy się z resztą procesu. Daj znać.

Serdeczności

Agnieszka

Jacek zaczyna się niepokoić. Odkłada telefon ze świadomością, że jednak nie może tego przeciągać w nieskończoność. Musi zdecydować, co zrobić z Samantą. Czy powinien ją teraz wypuścić? Udawać, że nic się nie zdarzyło? Ale jak może sobie zagwarantować, że jego dziewczyna zmieni zdanie i nigdzie nie wyjedzie?

Zastanawia się gorączkowo.

Może jest inny sposób, żeby zatrzymać ją przy sobie.

14

Borys

Przez kolejne dwa dni Borys nie myśli ani o domu Smarzków, ani w ogóle o tej zapuszczonej okolicy za Rogożem. Już i tak ma za dużo na głowie. Jego dni są wypełnione jeżdżeniem po okolicy i przesyłkami, a po pracy naprawianiem problemów, które sam stworzył. Spóźnił się kilka dni z alimentami i jego była żona zadzwoniła z awanturą, a potem dzwoniła jeszcze dwa razy, dopóki pieniądze nie znalazły się na jej koncie. Anka zawsze była taka pieczołowita i uparta - nie ustawała, dopóki nie osiągnęła swojego celu.

Kiedyś Borys w niej to uwielbiał. Potem jednak ich drogi się rozeszły, za Anką poszły dzieciaki, a jej upór obrócił się przeciwko niemu. Nie zerwali kontaktu, nie był aż tak złym ojcem, ale spotykali się rzadko i rozmawiali sporadycznie.

Jakoś tak się po prostu układało.

Była to głównie wina Borysa, bo Ankę szlag trafił, gdy stracił robotę. Potem rok siedział na zasiłku, coś tam sobie znalazł, stracił, znowu znalazł, znowu stracił i kolejne dwa lata przesiedział głównie w domu, podczas gdy jego żona na nich pracowała. Tak to czasem wyglądało na Mazurach, roboty tu było tyle, co kot napłakał.

Mógłby się wybielić i nawymyślać, że właśnie dlatego zszedł na drogę zła, bo chciał znowu zacząć przynosić do domu pieniądze, ale to nie była prawda i Anka doskonale o tym wiedziała. Ich dzieci też, bo rozum miały po matce, a tam, gdzie go im jeszcze brakowało, Anka uzupełniała braki obszernymi wyjaśnieniami na temat sytuacji, w jakiej znalazła się ich rodzina.

Borys przypomina sobie o Samancie dopiero, gdy zjeżdża z wojewódzkiej w nieutwardzaną drogę ciągnącą się wzdłuż pola Smarzka. Mija domek Waldemara - żałosną, burą chatynę - i zatrzymuje się przed liczącą sobie kawał wieku piętrówką. Dopiero w tym miejscu przypomina sobie poprzednią wizytę, siniaki na nadgarstkach Samanty i jej dziwne zachowanie. Dobrze się składa, że koperta w jego torbie jest zaadresowana właśnie do niej, bo chętnie zobaczy, czy wszystko z nią w porządku.

Wychodzi z samochodu z przesyłką i na ganku dzwoni do drzwi. Wiatr dzisiaj mocno zawiewa i pogoda w ogóle jest straszna, mokro, zimno i ponuro, więc Borys opatula się koszulą i żałuje, że nie wziął cieplejszego nakrycia. Długo nikt mu nie otwiera, ale mężczyzna nie odchodzi. Przez ostatnie pół roku zaglądał tu na tyle często, by wiedzieć, że Samanta zawsze o tej porze jest w domu.

A jednak, gdy drzwi się otwierają, zamiast niej w progu stoi Jacek. Mężczyzna rzuca okiem na listonosza i wyciąga rękę po przesyłkę.

- O, dobry. To dla mnie?

Borys myśli gorączkowo. Nie spodziewał się, że otworzy ktokolwiek poza Samantą. Nigdy do tej pory się to nie zdarzyło. Ale co miałby zrobić, pytać o nią? Jedna skarga dzieli go od utraty roboty.

Jacek wciąż czeka z dłonią wiszącą w powietrzu, więc Borys odchrząkuje i niechętnie podaje mu kopertę.

- To dla pani Samanty - zauważa.

- Przekażę.

- A to jej nie ma?

- Jest, to znaczy... w tej chwili nie ma, wyjechała do rodziny, ale za parę dni wraca. Przekażę jej ten list, spokojnie.

Jacek marszczy brwi, jakby dotarło do niego, że coś się nie zgadza i właściwie dlatego tłumaczy się listonoszowi. Borys kiwa głową. Nie może się wychylać, myśli i automatycznie wykonuje kolejne zadania. Wyciąga tablet i podsuwa go Jackowi wraz z rysikiem.

- Za siebie czy Samantę?

- Za siebie.

Jacek podpisuje się powoli, a jego dłoń drży w powietrzu. Borys to dostrzega i po chwili wahania postanawia dać sobie jeszcze jedną szansę na dopytanie o panią domu.

- Pani Samanta zawsze odbierała paczki sama - zagaduje od niechcenia. - To żem się zdziwił, jak cię zobaczyłem.

Jacek rozciąga usta w wymuszonym uśmiechu, ale w jego oczach pojawia się irytacja. Borys musi się wycofać, zanim Jacek nabierze podejrzeń, że coś jest nie tak. Z pewnością zresztą nic nie jest nie tak. Kobieta wyjechała i niedługo wróci. Borys nie ma powodu, by w to wątpić.

Może tylko poza własnym przeczuciem.

- Choroba w rodzinie - wyjaśnia wymijająco Jacek. - Nie będzie jej kilka dni.

- Przykro mi.

Jacek oddaje tablet listonoszowi i przygląda się uważnie tatuażom na jego przedramionach i szyi. Borys się ich wstydzi, ale czasu już nie cofnie. Pozostaje mu żyć ze świadomością, że wiele osób na ich widok z góry uznaje go za kryminalistę i unika.

Ale gdy Jacek się odzywa, jego głos jest pełen podziwu:

- Fajne tatuaże.

- Dzięki.

- Pewnie drogie były, co?

Borys uśmiecha się krzywo. Dwa pełne rękawy i obojczyk - dla dwudziestolatka to majątek. Wtedy były dla niego powodem do dumy, odkładał na nie przez kilka lat, jeździł na sezonówki do Anglii. Stanowiły dowód jego silnej woli. Pracowitości. Wiary, że jeśli się uprze i będzie cierpliwy, jest w stanie osiągnąć wszystko.

Dawno już straciły to znaczenie. Teraz przez te plotki o jego przeszłości sprawiały, że ludzie patrzyli na niego spode łba. Bo wyglądał przerażająco. Jak kryminalista. Zbir. Przecież żaden szanujący się obywatel nie wydziarałby sobie obu ramion, porządni ludzie tak nie robią.

- Znajomy robił, więc nie tak źle - przyznał. - Ale tak, to droga zabawa.

- Laski muszą je uwielbiać.

Borys wzrusza ramionami.

- Wiesz, jak to jest z laskami. Dziś są, jutro nie ma.

- Co to ma znaczyć?

Zmiana w głosie Jacka zachodzi tak gwałtownie, że Borys zamiera w trakcie chowania tabletu do torby. Powoli unosi wzrok na mężczyznę. Nie boi się jeszcze, ale wyczuwa nadchodzące problemy. Powinien stąd odejść.

- Hm, nic nie miało znaczyć - mówi z łagodnym zdziwieniem. - Do wi...

- Czekaj!

Borys zdążył już zejść z ganku przed dom. Mimo lodowatej aury zaczyna się pocić, czuje wilgoć na karku. Kłopoty nad nim wiszą. Wszędzie go znajdują.

- Czemu tak wypytywałeś o Samantę? - interesuje się Jacek. - Kręcisz z nią czy co?

- Nie, przysięgam, nic z tych rzeczy.

Jacek rusza za nim na podwórze przed domem. Wiatr się zrywa, a Borysowi przez moment się wydaje, że słyszy w świście głos, jakby krzyk. Jacek odwraca jego uwagę, zanim zdąży się nad tym zastanowić.

- To czego tak o nią wypytujesz? - pyta z irytacją. - Czego chcesz?

Borys raz jeszcze powoli kręci głową, nie przerywając kontaktu wzrokowego z młodym Smarzkiem. Ma tę pracę po znajomości, bo nikt w miasteczku nie chciał dać mu roboty. Kierownik poczty jest jego szwagrem. Jedna skarga i wypada.

Jacek jest od niego jakieś dziesięć lat młodszy. Kiedyś, w poprzednim życiu, nauczyłby go szacunku, ale teraz musi trzymać ręce przy sobie.

- Pytałem tylko z uprzejmości - mówi łagodnie. - Do widzenia.

Wycofuje się, ale Jacek jeszcze z nim nie skończył. Zwija dłoń w pięść i rzuca się na niego. Borys zauważa nadchodzący cios i instynkty przejmują kontrolę nad jego ciałem. Ma zbyt wiele doświadczenia, żeby pozwolić na to, by taki gówniarz mu przyłożył. Uchyla się przed ciosem, kładzie dłoń na plecach Smarzka i lekkim pchnięciem go powala.

Dopiero wtedy dociera do niego, co zrobił.

Borys zamiera na szeroko rozstawionych nogach. Przygląda się leżącemu na udeptanej ziemi mężczyźnie i ogarnia go przerażenie. Wdał się w bójkę. Mało tego, wygrał ją i upokorzył Jacka. Smarzek przekręca się na plecy i przygląda mu się z oszołomieniem. Listonosz nie przeprasza. Nie może wykrztusić ani słowa. Dopada do samochodu i odjeżdża w pośpiechu.

Zatrzymuje się dopiero kilkaset metrów dalej, na poboczu drogi do Rogoża, a serce wali mu jak szalone. Zaciska trzęsące się dłonie na kierownicy. Co on zrobił? Nie powinien był sprzeczać się z Jackiem. Nie powinien był go dotykać. A jeśli już coś musiało się zdarzyć, to powinien był pozwolić sobie przylać.

Borys zaciska oczy i próbuje uspokoić pośpieszny oddech. Myślał, że jest mądrzejszy. Nie ma nic gorszego od urażonej dumy mężczyzny. Borys doskonale o tym wie, ale i tak popełnił ten błąd. Gdyby pozwolił Jackowi sobie przywalić, obaj mogliby uznać temat za zamknięty. Ale zamiast tego listonosz go upokorzył. Dwoma ruchami sprawił, że chłopak wylądował w błocie przed domem. Takich rzeczy się nie zapomina ani nie wybacza, zwłaszcza w przypadku wymoczków takich jak Jacek. Borys doskonale zna ten typ - zawsze musi mieć rację. Boże, jeśli powiadomi o tym zajściu policję...

Borysowi wypada z głowy zniknięcie Samanty. Zapomina o dziwnym oskarżeniu Jacka o romans z nią. W tej chwili martwi się już tylko tym, że znowu wpakował się w kłopoty. Problem z młodym Smarzkiem nie może się rozwinąć, trzeba go zdusić w zarodku, załagodzić, jak najszybciej zakończyć.

Przed oczami przewijają mu się kolejne czarne scenariusze. Co się stanie, gdy Jacek zgłosi to zdarzenie policji? Komu uwierzą? Wytatuowanemu kryminaliście czy uroczemu chłopakowi, który tutaj dorastał?

Borys nie chce tego sprawdzić.

Nie teraz, kiedy ma zawiasy.

Nawet najmniejsze wykroczenie pośle go do więzienia.

15

Samanta

Samanta jest uwięziona w piwnicy już od ponad dwudziestu czterech godzin. Jest tego boleśnie świadoma, bo już trzy razy musiała skorzystać z wiadra w rogu, a w pomieszczeniu unosi się nieprzyjemny, lekko kwaskowaty smród jej własnego moczu.

Pierwszego dnia Jacek nie zajrzał do niej po tym, jak ją uderzył. Stan policzka pozostaje dla niej tajemnicą, bo bez lustra wie tylko tyle, ile jest w stanie wyczuć pod palcami. Piecze ją i spuchł. Oko ma chyba podbite, bo nie może go w pełni otworzyć. Poza tym Samanta marznie. Przez okienko, które rozbiła, do piwnicy wpada lodowate listopadowe powietrze. Próbowała zasłonić dziurę zwiniętymi gazetami, ale na niewiele się to zdało.

Cały wieczór kipi w niej złość na Jacka, co ogarniająca ją bezczynność tylko pogłębia. W klitce nie ma czym zająć rąk. Może tylko siedzieć na materacu i myśleć o tym, że jej ukochany mężczyzna - którego tak starannie przeanalizowała, który miał być jej księciem z bajki i tym jednym wyjątkiem od reguły, że faceci to świnie - okazał się czymś znacznie gorszym.

Drugiego dnia Jacek przychodzi do niej może koło południa. Stawia na podłodze tacę z kanapkami. Samancie burczy w brzuchu - paluszki rybne nie wystarczyły, żeby ją nasycić nawet na resztę poprzedniego dnia, a dziś były już tylko odległym wspomnieniem.

Tym razem nie zrywa się z materaca. Siedzi na jego skraju i uważnie obserwuje Jacka.

- Wypuścisz mnie stąd? - pyta spokojnie.

Mężczyzna prostuje się w drzwiach.

- A obiecujesz, że zostaniesz ze mną i wszystko będzie dobrze jak dawniej?

Kobieta zaciska wargi, bo tylko w ten sposób może kontrolować swoją twarz i słowa, które cisną się jej na usta. Ma ochotę go wyśmiać, a następnie posłać do diabła.

Ale przede wszystkim musi stąd wyjść.

- Umowa stoi - mówi sucho. - Będę udawać, że nic się nie stało. Obiecuję.

Już chce się podnieść z miejsca w rogu materaca, ale Jacek dalej stoi w drzwiach. Tyle wystarczy, by Samanta zrozumiała, że nigdzie się nie wybiera.

- Może następnym razem spróbuj mi to powiedzieć tak, jakbyś naprawdę w to wierzyła - radzi jej życzliwie.

Unosi na niego wzrok.

- Co?

- Nie jesteś ze mną szczera. Przecież ja to widzę, znam cię, Sam. Wiem, kiedy kłamiesz.

- Nie kłamię. Nie jestem zachwycona tym, że wymusiłeś na mnie zmianę zdania, ale nie...

- Odpuść sobie.

Samanta mruży oczy, a jej dłonie mimowolnie zaciskają się w pięści.

- Więc co, będziesz mnie tu teraz trzymał, dopóki nie zadowoli cię ton mojego głosu?

Jacek przytakuje.

- A, dostałaś maila od wydawcy. Pytają, czy byłabyś w stanie oddać im drugi tom do końca miesiąca.

Kobieta nieruchomieje. Próbuje przywołać na twarz uśmiech, choć w środku gotuje się ze złości. Nie może tego po sobie pokazać. Musi udawać i musi to zrobić wystarczająco dobrze, żeby Jacek ją stąd wypuścił. Powtarza to sobie w myślach i oddycha głęboko, ale gdy się odzywa, jej głos drży:

- Mogłabym, gdybyś mnie wypuścił.

- Przyniosę ci laptop tutaj.

Już chce go wyśmiać, ale w ostatniej chwili przypomina sobie, że laptop będzie oznaczał dostęp do internetu, a co za tym idzie, możliwość wezwania pomocy. Po namyśle ostrożnie kiwa głową.

- Dobrze.

- Oczywiście wypnę kartę sieciową - dodaje Jacek. - Wiesz, żebyś mogła skupić się na pracy bez żadnych rozpraszaczy.

Parska śmiechem.

- Chcesz więzić mnie w piwnicy i jednocześnie zmuszać do pracy?

Jacek uśmiecha się łagodnie.

- To tylko na chwilę, kochanie.

- Nie. Nie, nie ma mowy. Albo mnie wypuścisz, albo nic nie napiszę. Nie będę twoim niewolnikiem.

Jacek przed nią przyklęka, łapie za brodę i unosi, żeby na niego spojrzała. Wyrozumiale się do niej uśmiecha, jakby zyskał właśnie potwierdzenie, że Samanta tylko udawała chęć współpracy. Cmoka z rozczarowaniem.

- Przecież właśnie tego chciałaś, prawda?

Nagle przerywa im dzwonek do drzwi. Kobieta nie wytrzymuje i wyrywa twarz z jego dłoni. Jacek podnosi się i bez słowa wychodzi. W zamku chrobocze klucz. Samanta znowu jest zamknięta.

Nasłuchuje. Ciężkie stopy na drewnianych schodach, szczęk otwieranych drzwi wyjściowych, rozmowa prowadzona tak cicho, że nie może wyłapać poszczególnych słów. Zrywa się z materaca i dopada do okienka. Listonosz! W wąskiej szczelinie, niemal na horyzoncie widzi znajomy, ciemny samochód. To jej szansa.

Samanta zaczyna krzyczeć.

W szparze okienka widzi kołyszące się w oddali drzewa, jedyne świadectwo burzliwej pogody. Dziś jest bardzo wietrzny dzień, a jej głos znika w przytłaczającym szumie.

- Pomocy! Ratunku! Pomocy! Ratunku!

Krzyczy do utraty głosu, aż ją zaczyna piec gardło z bólu. Krzyczy nieprzerwanie, powtarza te dwa słowa i przykłada twarz do wybitej szybki, by jej głos mógł ponieść się jak najdalej. Listonosz musi ją usłyszeć. Są tak blisko. Piwniczne okienko znajduje się kilka metrów od drzwi wejściowych. Gdy Samanta przykłada policzek do lodowatej ściany, dostrzega w oddali czyjeś nogi. Nie, dwie pary nóg.

Co tam się dzieje?

Jacek i listonosz oddalają się od budynku. Nie odchodzą wspólnie - listonosz się cofa, Jacek idzie za nim. Samanta mruży oczy, próbując rozeznać się w sytuacji. Czy on się czegoś boi? Czy boi się Jacka? Ale to przecież nie ma sensu.

Dlaczego miałby się bać Jacka?

Mężczyźni rozstają się nagle. Jacek gdzieś znika, listonosz wskakuje do samochodu, wykręca gwałtownie i odjeżdża, nie zauważywszy przyklejonej do okna Samanty. Kobieta odrywa policzek od ściany, spuszcza głowę i ciężko wzdycha.

Nie udało się, szansa na ratunek przepadła.

Wraca na materac i chowa głowę w ramionach. Próbuje się pocieszyć, że niedługo listonosz zajrzy do nich ponownie, że na pewno za dzień czy dwa znowu z czymś przyjedzie, ale sama myśl o spędzeniu w tej lodowatej klitce kolejnej doby budzi w niej mieszankę strachu i złości. Nie może tu dłużej siedzieć. Potrzebuje... Potrzebuje, żeby ktoś ją uratował.

Tym kimś nie będzie listonosz.

Głuche łupnięcie rozlega się nad jej głową i nagle w piwniczce zapada ciemność. Coś blokuje światło z rozbitego okienka. Samanta podrywa się i podchodzi do niego. Pod palcami czuje sztywny papier, a w półmroku widoczne są litery.

Na ziemi za oknem leży worek z cementem.

- Kochanie, co ty sobie pomyślałaś? - mówi słodko Jacek. - Jeszcze chwila i nasz kolega listonosz dowiedziałby się o twojej obecności. Ja cię usłyszałem i było blisko, żeby on też. Całe szczęście, że zorientowałem się pierwszy.

- Wypuść mnie!

Jacek znika na chwilę, a po powrocie dorzuca kolejny worek cementu. Ten odcina resztkę światła, które wpadało do piwniczki. W pomieszczeniu robi się całkowicie ciemno.

Samanta czeka, ale Jacek już do niej nie schodzi. Po omacku odnajduje materac, siada na nim i owija się kocem. W piwnicy jest prąd, bo z sufitu zwisa jedna żarówka na cienkim kablu, ale włącznik znajduje się na korytarzu. Czy Jacek będzie tak łaskawy i zapali jej światło?

Nie chce nawet zgadywać.

Nigdy nie bała się ciemności. Ciemność wprawia ją w dyskomfort i pozbawia pewności siebie, ale nie odbiera rozumu. Siedzi więc nieruchomo i myśli. Jacek postanowił ją ukarać. Odciął jej dostęp do świata, bo usłyszał, że próbowała wezwać pomoc. Oddycha głęboko, by uspokoić trzęsące się ciało. Z każdym dniem jej sytuacja się pogarsza.

Musi znaleźć sposób, by stąd uciec, póki jeszcze może.

Musi też przestać zastanawiać się nad tym, czy nie jest już dla niej za późno.

***

Jacek przychodzi do niej kilka godzin później, chyba wieczorem, a w dłoniach poza tacą trzyma jakiś przedmiot. Samanta początkowo go nie rozpoznaje, bo mężczyzna przed wejściem zapala światło i blask żarówki ją oślepia. Mruga intensywnie, ale dopiero po kilku sekundach obraz zaczyna się klarować.

Jacek trzyma w dłoni skórzany pasek do spodni.

Samanta zaciska usta, żeby nie okazać swojej reakcji. Jeśli on uważa, że to dobry czas na figle w łóżku, to jest z nim znacznie gorzej, niż myślała. Przełyka głośno ślinę, ale poza tym nie rusza się z materaca. Obserwuje mężczyznę z ostrożnością zwierzęcia w potrzasku.

- Musimy porozmawiać - zapowiada Jacek.

Odwraca się bokiem przy odstawianiu tacy, a Samanta dostrzega wystające mu z tylnej kieszeni pasy materiału. To satyna, której używali do przywiązywania jej do łóżka.

Mężczyzna zatrzaskuje za sobą drzwi i podchodzi bliżej. W tej pozycji góruje nad nią i przytłacza. Samanta wstrzymuje powietrze. Nie ma pojęcia, czego się spodziewać.

- O... O czym chcesz rozmawiać? - pyta ostrożnie, próbując ukryć drżenie w głosie.

Jacek pochyla się i bierze ją pod brodę. Próbuje zmusić kobietę, żeby na niego spojrzała, ale ona nie może oderwać wzroku od paska w jego dłoni.

- Byłaś wobec mnie nieszczera. Musimy wspólnie pomyśleć nad tym, jak naprawimy taką wadę charakteru. Nie możemy budować naszego związku na nieszczerości, rozumiesz chyba?

Samanta nie ma pojęcia, co odpowiedzieć, więc milczy. Jackowi nie podoba się ten brak reakcji, więc zaciska palce na jej brodzie i szarpie nią w górę i w dół, zmuszając ją do pokiwania głową.

- Tak, Jacku, masz rację - naśladuje jej głos.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- Myślę, że doskonale wiesz. A ja chyba wreszcie wpadłem na pomysł, co z tobą zrobić.

Po plecach Samanty przebiega dreszcz. Wyrywa się Jackowi z uścisku, odchyla i patrzy mu w oczy. Ten się do niej uśmiecha.

- W życiu nie zgadniesz, ale oglądałem dziś po południu film przyrodniczy o koniach i chyba wreszcie coś zrozumiałem.

Zawiesza głos w oczekiwaniu, aż Samanta zapyta, co zrozumiał, ale ona mu się tylko nieufnie przygląda. Film przyrodniczy. Ona tutaj marznie i wącha własny mocz, a on szuka inspiracji w filmach przyrodniczych. To nie skończy się dobrze. Samanta nie ma pojęcia, co wymyślił Jacek, ale to nie będzie dla niej dobre.

Mimo ciszy mężczyzna kontynuuje niezrażony:

- Macie ze sobą coś wspólnego. Dzikie konie są piękne, tak jak ty, ale potrzeba włożyć dużo pracy, żeby je dobrze wychować. Trzeba pokazać im, kto rządzi. A ty przecież w głębi ducha tego chcesz. Wiem to na pewno. Dlatego pozwalałaś mi na te wszystkie rzeczy w łóżku. Chciałaś, żebym przejął kontrolę. I ja to zrobię.

- Nie!

Policzkuje ją, aż traci równowagę i opada do tyłu, na materac. Zatapia się w niego łokciami. W pierwszym odruchu chce się wyprostować, rzucić w stronę drzwi i uciec, ale nieruchomieje, sparaliżowana strachem. Pierwszy raz tak naprawdę dociera do niej powaga sytuacji. Nie rozważała wcześniej - nie tak naprawdę - że Jacek mógłby jej zrobić krzywdę.

Teraz ta możliwość wreszcie staje się prawdziwa.

- Proszę cię, porozmawiajmy. Zgadzam się na twoje warunki i...

Jacek unosi dłoń z paskiem i uderza w ścianę tuż nad jej głową. Powietrze zostaje przecięte ostrym świstem, a Samanta przymyka oczy.

- Ty nadal nie jesteś poważna.

- J-jestem - zapewnia go drżącym głosem.

- Nie wierzysz mi, że mógłbym cię do czegokolwiek zmusić.

Potrząsa głową.

- To nieprawda.

- A może wydaje ci się, że to wszystko zaraz się skończy? Zamkniesz oczy i się obudzisz?

Och, jak bardzo by tego chciała. Ale artystyczna dusza nigdy nie stawała na przeszkodzie jej trzeźwemu spojrzeniu na świat. Samanta nie ucieka przed rzeczywistością. Z tej sytuacji musi się uratować sama. Raz jeszcze kręci głową i odzywa się miękko:

- Jacek, proszę cię, nie musisz tego robić.

- Tak jak ty nie musiałaś mnie zdradzać. Co, myślałaś, że się nie domyślę?

Z jej piersi wyrywa się nerwowy śmiech.

- O czym ty mówisz?

- To jest po prostu straszna hipokryzja - informuje ją mężczyzna. - Tak się oburzyłaś, że gadam z innymi dziewczynami, a sama co robisz?

- Jacek, ja nie wiem, o czym ty mówisz!

- Ale to się teraz skończy - ciągnie. - Jeśli tak bardzo tego potrzebujesz, to ja zrobię z ciebie dobrą dziewczynę. Wierzę, że ona gdzieś tam w tobie siedzi. Potrzebuje tylko trochę zachęty, żeby wyjść na powierzchnię.

W głowie Samanty kłębi się chaos. Strach na moment zostaje wyparty przez zaskoczenie, ale nie przynosi odpowiedzi. Nie rozumie, o czym mówi Jacek. Hipokryzja? Zdrada? Same te słowa już brzmią absurdalnie. A jednak wypowiada je z takim przekonaniem, jakby był pewien, że od dawna go oszukuje. Tylko że ona nie ma pojęcia, o czym mówi.

Cofa się, aż plecami uderza o ścianę, i nie spuszcza z niego wzroku. Myśl o ucieczce znika. Zostaje tylko panika. Serce wali jej w piersi, przed oczami migają białe plamy. Jest w niebezpieczeństwie.

"Zrobię z ciebie dobrą dziewczynę".

Samanta już wkrótce przekona się, co to naprawdę znaczy. I jest pewna tylko jednego - nie spodoba jej się to. Nie rusza się z materaca. Boi się nawet podnieść wzrok na mężczyznę, nie mówiąc już o proteście czy odmowie. Lodowate cegły za jej głową stanowią jedyne otrzeźwienie.

Jacek unosi dłoń do brzucha i rozpina spodnie. Zgrzyta zamek, dżinsy opadają mu do kostek. Skórzany pasek owija sobie wokół drugiej dłoni.

- Wiesz, co robić - informuje ją bezceremonialnie.

16

Waldemar

Waldemar jeszcze nie wie, że problemy właśnie się do niego zbliżają.

Podziwia zachodzące wcześnie słońce, które wyszło zza chmur kilka minut temu po szarym, burzowym dniu. Siedzi w fotelu na tarasie i stara się cieszyć tym, co ma, więc patrzy na puste, ciągnące się po horyzont pola, odrobinę listopadowego słońca i myśli, że to jest piękny kawał świata, te jego Mazury.

W domu Jadwiga ogląda telewizję. Przygłuszone dźwięki telenoweli przecinają ciszę, a tak długo, jak trwają, jej mąż może cieszyć się spokojem. A przecież w tej okolicy panuje taki spokój... Nic się nie dzieje. Przez cały dzień po drodze gruntowej przejechał jeden samochód listonosza, poza tym cisza. Wszystko jest w należytym porządku.

Na horyzoncie nagle ktoś się pojawia. Waldemar mruży oczy, ale z tej odległości nie byłby w stanie nikogo rozpoznać, nawet gdy miał doskonały wzrok, a co dopiero teraz, kiedy musi zakładać okulary chociażby do oglądania telewizji. Musi czekać. Sylwetka zbliża się szybko, chyba biegnie, choć dziwnie niezdarnie. Potyka się na nierównej drodze. Biegnie od strony domu Jacka, może z lasku, który rozciąga się przy budynku.

Dopiero wtedy Waldemar rozpoznaje znajomą postać.

Franek zatrzymuje się gwałtownie na kilkanaście kroków przed płotem. Nie przekroczy tej bramki. Na jego twarzy maluje się strach, może nawet przerażenie. Bardzo dziwne, zauważa Waldemar. Z drugiej strony - Franek widzi świat po swojemu. Może zobaczył w lesie wiewiórkę czy innego gryzonia, który go spłoszył. Mężczyzna wychodzi przed taras i staje na ścieżce przed domem.

- Dzień dobry, Franku - odzywa się szorstko.

Ten dyszy głośno, aż zgina się wpół i opiera dłońmi o kolana. Jego twarz jest czerwona od biegu, do którego nie nawykło jego ciało. Nie tylko nie odpowiada na powitanie, ale w ogóle nie jest w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. W innych okolicznościach Waldemar zdenerwowałby się na tak rażące pogwałcenie zasad dobrego wychowania, ale teraz zaczyna się niepokoić.

- Co się stało?

- To... To nie... - Prostuje się i nagle urywa. Zaciska rozchylone usta.

- Coś cię wystraszyło?

Franek nie odpowiada.

- Zobaczyłeś coś?

Waldemar wzdycha. Był taki czas, gdy myślał, że rozumie Franka, ale już dawno się poddał. Waldemar potrzebuje słów, a chłopak niechętnie z nich korzysta. Staruszek jednak chce się upewnić, że wszystko jest w porządku, więc podchodzi do furtki. Widząc to, Franek zaczyna się gwałtownie wycofywać.

- Poczekaj! - rozkazuje Waldemar. - Odprowadzę cię do domu.

Chłopak przygląda mu się z przerażeniem, odwraca się i ucieka. Waldemar zostaje sam przy furtce, gotów do spaceru, na który wcale nie miał ochoty - chciał tylko spróbować porozmawiać i ustalić, co tak wystraszyło chłopaka. Ale na jego widok Franek uciekł, tak samo jak przed chwilą z lasku za domem Jacka, a przecież Waldemar nic mu nie próbował zrobić. Może ma zły dzień? Staruszek nie jest do końca pewien, jak działa Franek. Jeśli chodzi o Jadzię, to zawsze wie, czy mają ze sobą kontakt, czy nie. Rozpoznaje dni dobre i dni złe.

Z Frankiem tak nie ma.

Waldemar zastanawia się, co się stało. Chłopak nadbiegł od strony domu Jacka, być może z lasku za domem. Mężczyzna przygląda się budynkowi na horyzoncie. Rozważa, czy wrócić do środka, do Jadzi, ale na samą myśl o niej odczuwa zniechęcenie. Waldemar czuje się samotny bardziej, niż to przed sobą przyznaje. Dlatego czasem przygląda się domowi Jacka przez lornetkę i śledzi pracę Samanty na odległość. Albo wypytuje na wiosce o nowego listonosza. Może to właśnie dlatego próbował przed chwilą odprowadzić Franka do domu.

Czy jest wścibski? Kiedy sam był młody, śmiał się z tych wszystkich staruszek w sklepie, które zawsze wypytywały go o Jadzię i "co tam u mamy?", i "kiedy dzieci?" przy każdych zakupach, po kościele i po prostu, bez okazji. Zawsze zadawały za dużo pytań. Dopiero z wiekiem zrozumiał, że wiedza to potęga. Im więcej człowiek wie, tym bezpieczniej się czuje. Tym łatwiej mu podejmować świadome decyzje. A Waldemar potrzebował poczucia, że podejmuje świadome decyzje, bo odpowiadał za dom, w którym mógł liczyć tylko na siebie. Gdyby jemu noga się powinęła i popełniłby błąd, co stałoby się z Jadzią?

Dlatego nie wstydzi się tego, że interesuje się okolicą odrobinę bardziej, niż wypada. Posyła ostatnie spojrzenie w stronę doliny, gdzie znajduje się dom Franka, a następnie naciska klamkę furtki i wychodzi na drogę. Przejdzie się do Jacka, porozmawia, zobaczy, co tak przestraszyło Franka.

Nic się nie stanie, jeśli tylko się rozejrzy i zada kilka pytań.

***

Waldemar czeka na ganku. Dzwoni do drzwi kilkukrotnie, ale nikt mu nie odpowiada. To go niepokoi, bo słyszy wszystkie samochody, które przejeżdżają mu koło działki, i wie doskonale, że ani Jacek nie wyjechał dzisiaj do pracy, ani Samanta z tym swoim czerwonym Fordem nigdzie się nie ruszała. Muszą być w domu.

Tyle że budynek jest pogrążony w ciemności. Dopiero zmierzcha i mężczyzna żałuje, że nie zaszedł tu parę minut później, bo gdyby w którymś z okien paliło się światło, nie mogliby się przed nim ukrywać. Ale czy właśnie to robią?

Czy to możliwe, żeby go unikali?

Waldemar kręci głową i myśli o ostatnich kilku spięciach z Jackiem. Jest niemal pewien, że młodzi traktują jego ciekawość tak samo jak on te staruszki kilkadziesiąt lat temu: z wyrozumiałym wzruszeniem ramion i lekceważącym uśmiechem. Przecież nikomu nie robi krzywdy. Raz jeszcze wciska dzwonek do drzwi i schodzi z ganku. Spędził na tych polach kawał życia, ale w tej chwili nie to go interesuje. Szuka. Nie wie, czego szuka, ale rozgląda się po podwórzu z zainteresowaniem. Obchodzi dom naokoło i spogląda w stronę lasku. Może Jacek i jego wybranka udali się na romantyczny spacer? Pomnik ofiar tamtej zimowej nocy jest niedaleko, dla miastowej pannicy to może być całkiem niezła atrakcja.

Waldemar niepewnie patrzy na spowity półmrokiem las. Drzewa rosną rzadko, ale jest tu ciemniej niż na drodze. Nie ma sensu iść dalej. W pewnym wieku zwykłe potknięcie może słono kosztować - tłumaczył mu to lekarz przy ostatniej wizycie dawno temu. "Dbać o siebie, oszczędzać siły, dobrze jeść". Waldemar słyszy głos w swojej głowie wyraźnie nawet lata później.

Wycofuje się spod lasku. Raz jeszcze obchodzi dom, nie przejmując się tym, co Jacek by powiedział, gdyby go zobaczył. Wygląda na to, że nikogo tu nie ma. Najwyraźniej Samanta wyciągnęła ich z domu.

Waldemar przystaje obok kilku worków z cementem pod ścianą domu. Przechyla głowę i liczy. Trzy worki. Co Jacek planuje zrobić z trzema workami cementu? Staruszek rozgląda się wokoło, bo może przegapił jakiś mały plac budowy, jakąś konstrukcję, cokolwiek, do czego chłopakowi potrzeba by było wynieść z szopki i zataszczyć na drugą stronę podwórza trzy worki cementu, ale nic nie dostrzega.

Próbuje się tym cieszyć. To dobra rzecz. Najwyższa pora, żeby Jacek wziął się za siebie i zaczął robić koło domu. Waldemar może mu pomóc. Musi tylko wymyślić sposób, żeby zaproponować mu taktownie sąsiedzkie wsparcie, nic wielkiego.

Nie odrywa wzroku od worków.

Naprawdę powinien się cieszyć, że chłopak zabiera się za remonty, ale nie może w sobie zdławić poczucia, że coś tu się nie zgadza. Wszyscy w okolicy wiedzą, że Jacka nie ciągnie do pracy, a od roboty woli siedzenie w telefonie. Waldemar się zastanawia, czy taka zmiana charakteru jest możliwa. Może faktycznie Samanta tak go motywuje, nigdy nie wiadomo.

Ale teraz już nic więcej się nie dowie. Niechętnie opuszcza podwórze, które pozostaje pogrążone w ciszy i ciemności. Gdy staruszek wychodzi na otwartą przestrzeń, zrywa się wiatr i uderza go po twarzy. Opatula się kurtką i wciska pięści w kieszenie. Cała ta okolica jest naznaczona piętnem od wypadku w lesie przed dwudziestu laty, w którym życie straciły te wszystkie niewinne szkraby, ale dzisiaj zapach śmierci w powietrzu jest tak wyraźny, że przeszywa go dreszcz niepokoju.

Wydaje się, że to jeden z tych dni, kiedy zmarli przychodzą, by upomnieć się o żywych.

Rolka #195300 wyświetleń34 polubienia0 komentarzyLokalizacja: Wyłączona

Na ekranie młody, przystojny mężczyzna w czerwonej koszuli, za którym znajduje się fragment ramy traktora i zielone pole w tle. Mężczyzna uśmiecha się szeroko.

- Jeśli szukasz współczesnego romansu, w którym... on kupuje szkołę, w której ona uczy... który zostaje milionerem... po to, żeby uzyskać jej wybaczenie... oto książka dla ciebie.

Wyciąga spoza ekranu egzemplarz Każdym twoim oddechem z czerwoną okładką. Używa przedniej kamerki, więc tytuł jest nieczytelny w odbiciu lustrzanym. Jacek uśmiecha się szeroko i jeszcze przez dłuższą chwilę nic nie mówi, aż sięga do stelaża, zdejmuje z niego telefon i wyłącza nagranie.

Komentarze:

Jacek

Nie idzie mu dobrze. Nigdy nie radził sobie jakoś szczególnie ze strukturą czy planami zajęć, więc trenowanie Samanty, które sobie wymyślił, kuleje jak bezpańskie psy wędrujące po Rogożu. Mijają kolejne trzy dni, a on zmusza ją do robienia mu loda, obija pośladki paskiem i codziennie wysłuchuje jej zapewnień, że już się zmieniła, że nigdy go nie zostawi, że to był błąd i jak ona go kocha. Czasem brzmią one szczerze i od serca, a czasem w ogóle.

Największy problem w tym, że Jacek nie ma pojęcia, co jest prawdą. Nie może sprawdzić, czy Samanta kłamie. Czy po wyjściu z piwnicy znów zostanie idealną gospodynią domową, która będzie mu gotowała, sprzątała i dawała się zerżnąć na każde skinienie?

Jacek nie chce ryzykować, że wszystko się sypnie. Postanawia więc nie śpieszyć się z jej wypuszczeniem. Pranie mózgu powinno trwać dłużej niż niecały tydzień, który Samanta spędziła do tej pory w piwnicy. Jacek zadbał o to, by pobyt tam był naprawdę komfortowy. Przyniósł dwa koce, poduszkę i kołdrę, bo jest dobrym człowiekiem i troszczy się o swoją dziewczynę.

Z innymi sprawami nie ma jednak tak łatwo. Jacek podejmuje jeszcze dwie próby wstawienia postów na media społecznościowe i dwukrotnie ponosi dramatyczną porażkę - za pierwszym razem jego nagranie ogląda kilkadziesiąt osób, za drugim nie ogląda go nikt, bo na ekranie wyskakuje komunikat, że film został oflagowany, cokolwiek by to miało znaczyć. Coś tam pewnie znaczyło, ale Jacek na widok bitej ściany wyjaśnień odruchowo ją zamknął i potem nie mógł znaleźć.

To połowa presji, która ciąży nad Jackiem. Druga połowa to wisząca nad głową książka do skończenia. Odpisał już na mail od wydawcy, że oczywiście, dostarczy manuskrypt do końca miesiąca, i tym samym stworzył sobie ogromny problem, bo Samanta odmawiała pracy nad tekstem. Przyniósł jej laptop, a nawet papier i długopis, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Dzięki temu wiedział, że jego szkolenie nie przyniosło spodziewanych skutków, bo jego kobieta nie powinna mu nigdy odmawiać. On przecież wiedział lepiej, co dla nich dobre.

W tej chwili dobra dla nich byłaby premiera ich wspólnej książki.

Po tygodniu Jacek jedzie na zakupy. Używa karty Samanty, bo swojej mu szkoda, a kobieta i tak nic nie potrzebuje w piwnicy - nic poza tym, co on jej dostarcza. Niestety, jego dziewczyna ma limit i powyżej stówy wymaga PIN-u, którego Jacek nie zna. To trochę psuje mu plany, bo poza jedzeniem miał na oku parę większych zakupów, którymi wspólnie mogliby celebrować ich sukces literacki - konsolę, gamepada, może nowe kontrolery - ale to wszystko będzie musiało poczekać. Jeszcze parę dni w piwnicy i Samanta na pewno w końcu pójdzie po rozum do głowy.

Wraca z zakupami do domu. Po drodze widzi na ganku sąsiadów, ale nie zwalnia i nie spogląda w ich stronę. Wczoraj wieczorem zaszedł do nich Waldemar, a Jacek zdecydowanie nie chce się dowiedzieć dlaczego. Siedział w salonie z wyłączonym światłem i w ciemności obserwował, jak staruszek obchodzi dom, i to dwukrotnie.

Ostatnie, czego Jacek w tej chwili potrzebuje, to żeby ktoś zaczął wtrącać się w jego sprawy.

Wypakowuje zakupy z samochodu, kiedy za jego plecami rozlega się znajomy męski głos:

- Dobry! Chciałem zapytać, czy nie potrzebujesz pomocy.

Odwraca się do gościa z reklamówką mrożonek w dłoni. Waldemar przestępuje z nogi na nogę. Jest taki stary, taki drobny. Jacek mógłby go połamać bez żadnego wysiłku. Oczywiście tego nie zrobi. Ale mógłby. Dzięki tej świadomości czuje się trochę lepiej.

Potrząsa głową.

- Nie, dzięki.

- Widziałem, że szykujesz się do jakiegoś remontu. Jeśli byś chciał, może mógłbym ci coś doradzić.

Jacek sięga po jeszcze dwie reklamówki i zatrzaskuje samochód. Nie chce teraz z nikim rozmawiać. Na pewno nie z kimś, kto próbuje mu "doradzać". Posyła staruszkowi nieprzyjazne spojrzenie i mija go bez słowa.

- Nie planuję remontu.

- Widziałem worki z cementem.

Dopiero po tych słowach przystaje na ganku. Nieruchomieje. Krew szumi mu w uszach, a zaciśnięte na zakupach dłonie zaczynają drżeć. Zastanawia się gorączkowo, czy Waldemar mógł zobaczyć coś, czego nie powinien. Czy przesuwał worki? Czy dostrzegł za nimi w okienku Samantę, a teraz go sprawdza? Odwraca się powoli i przygląda się uważnie staruszkowi.

Nie potrafi nic wyczytać z jego twarzy.

- No i co z tego? - pyta ostro.

- Mówię, że mogę pomóc.

- Nie potrzebuję niczyjej pomocy.

Waldemar unosi ręce w przepraszającym geście, ale Jacek nie nabierze się na niego. On zawsze potrafi udawać łagodnego i uprzejmego, jeśli mu to do czegoś potrzebne. Doświadczył już tego na własnej skórze.

- Jestem zmęczony - dodaje, żeby się go pozbyć.

Waldemar kiwa głową. Stoi nieporadnie kilka kroków od ganku i Jacek się zastanawia, czy przypadkiem nie czeka na zaproszenie. Wygląda, jakby czekał. Dziś jednak mężczyzna nie chce żadnych gości. Za dużo ma na głowie. Kiwa głową na do widzenia i bez słowa zatrzaskuje za sobą drzwi, a następnie, tknięty przeczuciem, odwraca się i przekręca w zamku klucz. Nie potrafiłby wyjaśnić, skąd ta potrzeba, przecież Waldemar nie wszedłby mu do domu - po prostu musiał to zrobić.

Odkłada zakupy na stół i wygląda przez okno, oddzielony od świata zewnętrznego grubą białą firaną, reliktem minionej epoki. Obserwuje staruszka, który jeszcze przez chwilę przygląda się budynkowi. Skoro wie o workach, może znowu tutaj węszyć.

Nie powinien tego robić.

Nie taki jest plan.

Waldemar odchodzi. Jacek przygląda się drobnej, przykurczonej sylwetce, która maleje z każdym krokiem. Gdy znika w oknie kuchennym, mężczyzna jakoś tak odruchowo przechodzi do salonu i jeszcze przez parę minut obserwuje staruszka. Dopiero gdy ten znika w oddali, Jackowi przypomina się o mrożonkach w kuchni. Upycha wszystko w szufladzie lodówki i trzaska drzwiczkami, które nie chcą się domknąć.

Samanta powinna się tym zajmować. To ona zawsze odkładała zakupy na miejsce, wiedziała, co i jak. No i gotowała normalne obiady, żadnych tam mrożonek i gotowych zapiekanek. Jacek pewnie też by mógł, gdyby mu się chciało, ale naprawdę mu się nie chce.

Na szczęście ta sytuacja potrwa jeszcze tylko kilka dni i wszystko wróci do normy.

Odgrzewa pizzę i nakłada kilka kawałków na talerz, który zanosi do piwnicy. Samanta nie podnosi się z materaca na jego widok, więc mężczyzna myśli, że musi jej tu być cholernie nudno tak bez telefonu, bez komputera, bez zbawiennego dostępu do internetu, ale najwyraźniej nie narzeka.

Stawia talerz na podłodze obok materaca, a Samanta go ignoruje.

- Musimy porozmawiać - stwierdza surowo Jacek.

Wciąż nic.

- Nie podoba mi się ta sytuacja - wyjaśnia. - Powinnaś już dawno być na górze i kończyć książkę, o którą prosił cię wydawca. Zegar tyka.

Jego dziewczyna zaciska usta.

- I musisz wrócić do kręcenia filmików. Moi fani na nie czekają. Nie mówiąc już o stanie domu, bo tam, na górze, robi się straszny syf, a ja nie wiem, jak długo jeszcze będę w stanie znieść te mrożonki. One są strasznie bez smaku. Musisz zacząć się zachowywać, żebym mógł cię stąd wypuścić. Rozumiesz, kochanie? Naprawdę zależy mi na tym, żebyśmy żyli długo i szczęśliwie. To co powiesz? Przyniosę ci ten laptop i grzecznie skończysz książkę, żeby mi udowodnić, że mogę ci zaufać?

Oczy Samanty rozszerzają się, w miarę jak on mówi, ale jej twarz pozostaje bez wyrazu. Jacek nie wie, jak to rozumieć. Śmiali się czasem, że można w niej czytać jak w otwartej księdze - Samanta nie ukrywała emocji przed światem. Pozwalała, by wszyscy wiedzieli, co siedzi w jej głowie.

Niezręczna cisza się przedłuża.

- Co myślisz, kochanie? - pyta Jacek.

Jego dziewczyna się namyśla i podnosi. Ich oczy nagle znajdują się na tej samej wysokości. Te Jacka są wyrozumiałe, łagodne, pełne cierpliwości do ukochanej.

Jej oczy są pełne jadu.

Kobieta rozchyla usta, z których wypada zwięzłe:

- Pierdol się, kochanie.

***

Jacek się nie poddaje. Zostawia ją leżącą nieruchomo na materacu, a na kolejny pomysł wpada jeszcze na schodach prowadzących na piętro: skoro Samanta nie chce pisać, on ją w tym wyręczy. Romanse to w końcu najgłupszy gatunek świata, każdy debil by go potrafił napisać, a Jacek nie jest przecież debilem. Te historie są zawsze takie nudne i proste: dziewczyna spotyka chłopaka, rozmawiają ze sobą kilka razy, całują się i wyznają sobie miłość. Nikt tam koła na nowo nie wymyśla. Jacek może i zwykle nie czyta książek, ale to go nie powstrzyma przed zostaniem pisarzem.

Samanta okaże mu wdzięczność, kiedy zobaczy, jak łatwo ją zastąpił. A i on będzie wtedy pełnoprawnym pisarzem, do którego wypisują te wszystkie małolaty.

Może to od początku tak miało być. Samanta musiała skończyć w piwnicy, żeby on przejął jej książkę. Kto wie, może pewnego dnia w ogóle do niczego nie będzie jej potrzebował i wtedy ona zrozumie, jak wielkim przywilejem jest obecność Jacka w jej życiu.

Mężczyzna wyobraża sobie z zadowoleniem kolejne scenariusze, które mają kilka punktów wspólnych: sławę Jacka, podziw, jaki staje się jego udziałem, i wdzięczność Samanty za to, że może z nim być. Może nawet nie będzie miała wyjścia i zaakceptuje to, że rozmawia ze swoimi fankami. Powinna tak zrobić.

Parzy sobie kawę i włącza komputer swojej dziewczyny. Nigdy wcześniej w nim nie grzebał, więc chwilę zajmuje mu odnalezienie folderów. Odpala plik zatytułowany "Każdym twoim oddechem 2". Czyta ostatnią stronę i nic z niej nie rozumie. Marszczy brwi. No dobrze, może to się nie da tak z rozbiegu. Może trzeba przeczytać dłuższy kawałek. Jacek wyrzuca z głowy wizję tego, jak spektakularnie siada i w epickim szale zaczyna uderzać w klawiaturę, bo zanim ta wizja się urzeczywistni, musi się najpierw dowiedzieć, o czym ma z zapałem pisać. I ile w ogóle potrzebuje napisać.

Nie ma pojęcia, jak długa powinna być jego książka.

Gapi się w ekran i po długiej chwili namysłu spływa na niego objawienie, a on uśmiecha się z satysfakcją. Odnajduje w innym folderze plik z Każdym twoim oddechem i sprawdza jego objętość. Siedemdziesiąt pięć tysięcy słów. Cofa się do nieskończonej książki. Ta ma sześćdziesiąt sześć tysięcy.

Czyli Jacek potrzebuje dopisać zaledwie ostatnich dziewięć tysięcy słów.

Bułka z masłem.

A jednak nie da się skończyć historii bez znajomości jej początku - mężczyzna przyznaje to z żalem, bo wcale nie ma ochoty na tę lekturę. Po wewnętrznej walce postanawia jednak przeczytać to, co do tej pory napisała Samanta.

Przenosi się z laptopem na kanapę, przewija do pierwszej strony i zaczyna czytać.

***

Jacek musi naprawdę walczyć, żeby nie umrzeć z nudów. Każdym twoim oddechem 2 jest beznadziejne. Główny bohater książki, obiekt zainteresowań bohaterki, jest pantoflarzem. Samanta całkowicie go wykastrowała, a on nie potrafi zrozumieć dlaczego. Henry dzwoni do głównej bohaterki po spotkaniach, żeby się upewnić, że wróciła bezpiecznie do domu, płaci za ich randki i jeszcze wybulił parę tysięcy dolarów na naszyjnik, który sprezentował jej w tydzień po poznaniu, bo usłyszał, jak opowiada o nim przyjaciółce.

Jacek ma ochotę nim potrząsnąć.

Nie ma pojęcia, dlaczego Samanta stworzyła aż tak żałosnego bohatera. Czy w pierwszej części było podobnie? Czy te wszystkie kobiety, które rozpływały się z zachwytem nad ich książką, podniecają takie... niemęskie wydmuszki? Jacek nie może w to uwierzyć. Myśli ze zgrozą, że użyczył twarzy tak żałosnemu zachowaniu. Gdyby wiedział, nigdy by się na to nie zgodził. Co prawda Samanta zaproponowała mu lekturę Każdym twoim oddechem, ale oboje wiedzieli, że nie czyta książek. A już zdecydowanie nie lubi romansów.

Mogła mu to streścić, ale... w sumie i tak nie chciałoby mu się jej słuchać.

Ten stek bzdur był sto razy gorszy, niż się spodziewał. Czyta tekst z obrzydzeniem wypisanym na twarzy, a kolejne godziny mijają. Akcja jest całkiem znośna, a sekret głównej bohaterki na tyle ciekawy, że Jacek przewija kolejne strony w pośpiechu, ale poza tym zawartość książki jest naprawdę obrzydliwa.

Napisany tekst się kończy, a on stwierdza, że musi go naprawić. Potrzebuje zrobić z Henry'ego samca alfę, prawdziwego mężczyznę, którego charyzma i pewność siebie wystarczają, by główna bohaterka skamlała o odrobinę uwagi. Już on im wszystkim pokaże, jak się buduje prawdziwego męskiego bohatera.

Ale to potem, na razie mu się nie chce.

Sto osiemdziesiąt stron mija nie wiadomo kiedy, aż Jacek ze zdziwieniem dociera do końca. Bohaterowie właśnie się pokłócili - nie z ich winy, poszło o jakieś dziwne, pozbawione znaczenia nieporozumienie - więc pozostało już tylko napisać, że się pogodzili, i koniec.

Siada prosto przed ekranem. Kładzie dłonie na klawiaturze, a wtedy dzieje się coś dziwnego i kompletnie niewytłumaczalnego. Jacek doskonale wie, co chce napisać, ale słowa mu się mieszają. Zapomina, jak się buduje zdania, i gubi litery na klawiaturze, a jego myśli nie są w stanie złączyć się w sensowną całość. Pisze kilka słów, które zaraz usuwa i zastępuje kolejnymi, które w chwilę później podzielają los poprzedników.

Fantazja o szalonym uderzaniu w klawiaturę rozsypuje się i znika.

Mężczyzna opada na oparcie fotela i przygląda się z przerażeniem ekranowi laptopa. To powinno być takie proste! Przecież on wie, co ma się wydarzyć. Nie musi nawet nic wymyślać. Ale kiedy ponownie kładzie dłonie na klawiaturę, wszystkie myśli znów uciekają z jego głowy.

Godzinę później niechętnie odsuwa się od komputera. Przez cały ten czas nie wymyślił zbyt wiele, może ze dwa zdania opisu. Nie żeby nie umiał tego robić, z pewnością by umiał, ale układanie historii, a następnie szukanie słów, w które można ją ubrać, jest po prostu męczące. Nie przyznałby się, że go to przerosło. Jego nic nie przerasta.

Ale dzisiaj miał ciężki dzień.

Sprawdza, ile stron tekstu potrzebowałby napisać. Dużo. Dużo więcej, niżby chciał.

Jacek odchyla się w fotelu i zakłada ramiona za głowę. Może jednak lepiej byłoby, gdyby to Samanta napisała resztę książki. Tylko jak ją do tego zmusić? Próbował już rozkazu, prośby i uderzania ją w twarz - takiego symbolicznego oczywiście, wyłącznie na zachętę. Nie należał do starego pokolenia mężczyzn, którzy bili żony za każde przewinienie, za bardzo ją szanował.

Poza tym nie chciał mieć nic wspólnego ze swoim ojcem.

A jeśli już o zmuszaniu mowa, to poza pisaniem Samanta powinna wziąć się za filmiki na media społecznościowe. Pamięta doskonale z jej opowieści, jak ważna jest promocja. Bo teraz to nie wystarczy książkę napisać. Trzeba ją jeszcze wypromować, dotrzeć do odbiorcy i najlepiej zbudować z nim więź, żeby zakochany czytelnik kupował wszystkie kolejne premiery.

Jacek prześlizgnął wzrokiem po talerzu z niedojedzoną, lekko gumowatą pizzą z mrożonki. Samanta powinna się też zabrać znów za gotowanie. Krótko mówiąc, jako jej partner musi załatwić to tak, by wszystko jak najszybciej wróciło do normy.

Sięga po kawałek pizzy, wpycha go sobie do ust i wolno zaczyna przeżuwać, próbując wymyślić rozwiązanie wszystkich problemów, które w ostatnim czasie spadły mu na głowę.

I nagle spływa na niego olśnienie.

Rolka #1968000 wyświetleń434 polubienia27 komentarzyLokalizacja: Rogóż

Na ekranie młody, przystojny mężczyzna w czerwonej koszuli, za nim znajduje się warsztat i klucze wiszą na ścianie. Pochyla się do kamery z szokiem wymalowanym na twarzy, szeroko rozchyla usta i przykłada dłoń do piersi w dramatycznym geście, jakby miał zaraz zemdleć.

Tekst na ekranie nad jego głową brzmi:

KIEDY JEST 3 RANO I PO 200 STRONACH SLOW BURNU JEGO DŁOŃ OCIERA SIĘ O JEJ DŁOŃ [MÓJ ULUBIONY TROP W "KAŻDYM TWOIM ODDECHEM"]

kotku669: już przeczytane, czekam na drugi tomnat.viddx: jaki tytuł?twojhero: ktoś zna tytuł?mixaha_booktok: chcę tokaro.vina: już w koszyczku <aniołek>kociara_pisze: potrzebuję, dajcie tytuł

Samanta

Samanta nie jest już nawet wściekła - nie ma na to siły. Od początku uwięzienia próbowała wszystkiego, co przyszło jej do głowy. Prośby, słodkie słowa, ignorowanie Jacka. W zamian otrzymała...

Nie chce nawet myśleć o tym, co się wydarzyło.

Leży na materacu, zawinięta w kołdrę bez poszewki. Jedno z jej oczu się nie otwiera, to efekt ostatniego wbijania jej do głowy zasad Jacka. Boże, jak ona go nienawidzi. Może dlatego wciąż nie wypuścił jej z piwnicy, bo wie, że ona mu tego nie wybaczy. Nie ujdzie mu to na sucho. Samanta nie może się doczekać dnia, w którym pójdzie prosto na policję i zrobi wszystko, co w jej mocy, by ten pierdolony psychopata nigdy nie wyszedł na wolność.

Zza ściany dobiega przytłumiony tupot stóp. Schodzi do niej. Kobieta odruchowo opatula się pościelą, bo nie ma do obrony nic innego. Czego może od niej chcieć? Ostatni raz rozmawiali kilka godzin temu. A może wcale tak nie było? Ostatnio ma problem z określaniem upływu czasu, szczególnie gdy z bezczynności zasypia w ciągu dnia.

Przymyka oczy i otwiera je dopiero, gdy jej materac ugina się pod ciężarem.

- Cześć, kochanie - mruczy Jacek.

Samanta ma ochotę go uderzyć. Nie odpowiada. Myśli tylko o tym, że nienawidzi swojego ciała za to, jakie jest słabe i małe. Gdyby tylko była większa. Silniejsza. Gdyby było coś, co mogłaby zrobić, żeby stąd uciec...

- Potrzebuję twojej pomocy - dodaje. - Musisz wrócić do pracy. Do pisania i do wrzucania filmików.

- Nie.

- No wiem, że nie chcesz, ale myślę, że wreszcie wymyśliłem, co mogę zrobić, żebyś chciała.

Kobieta ukrywa swój niepokój, nawet nie patrząc na Jacka. Nie nabierze się na jego sztuczki. Ten psychol nie znajdzie sposobu, żeby przekonać ją do zmiany zdania. Może ją bić i krzyczeć na nią do woli, ale jej nie złamie. Jest na to za twarda.

- Małomówna dziś jesteś - zauważa Jacek. - Wszystko w porządku?

- Wypuść mnie.

- Nie, tego nie możemy zrobić. Jeszcze nie. Muszę mieć pewność, że jesteś gotowa. I wiesz, naprawdę mi z tym ciężko. Sam zajmuję się domem, przynoszę ci obiady, a teraz w dodatku stresujesz mnie tym brakiem pomocy. Jeśli chcesz, żebym cię wypuścił, musisz wrócić do pracy.

W końcu Samanta siada na materacu, żeby ich oczy się ze sobą zrównały. Cóż, jego oczy i jej oko, bo zapuchnięta powieka cały czas przypomina kobiecie o tym, jakim człowiekiem jest Jacek.

- Jeśli chcesz, żebym pracowała, musisz mnie wypuścić. Nie będę tego z tobą negocjować.

Ma w ręku tylko jedną kartę przetargową: wkład w budowanie "ich" kariery pisarskiej. Jacek nigdy nie słuchał jej wystarczająco uważnie, by poradzić sobie w świecie, który był jej codziennością od lat. Potrzebował Samanty.

Mogła to wykorzystać.

- Wiesz, że tylko ja mogę się tym zająć - mówi mu głuchym, ale łagodnym głosem. - Tylko ja wiem, jak kręcić dobre filmiki promocyjne i czego pragną moje czytelniczki. Kiedy mnie stąd wypuścisz, wszystko wróci do normy. Ja wrócę do pracy, a nasza kariera pisarska nie ucierpi. Możemy udawać, że to się nigdy nie wydarzyło.

Jacek wzdycha ciężko.

- Chciałbym ci wierzyć. Ale czy ty wiesz, jak na mnie patrzyłaś, kiedy tu przyszedłem? Jakbym był wcielonym diabłem. Zła jesteś na mnie za to, że cię tu zamknąłem.

- Ale nie będę, jeśli mnie wypuścisz - zapewnia go.

Jacek przygląda się jej bez przekonania.

- Ty wiesz, jakie bym miał problemy, gdyby ktoś się dowiedział, co zrobiłem? Wystarczyłoby, żebyś wygadała się koleżance.

- Nie mam koleżanek.

- To mamie.

- Nie rozmawiam ze swoją matką, przecież doskonale o tym wiesz.

Samanta jest tylko odrobinę zdziwiona, że Jacek nawet nie rozważa scenariusza, w którym ona pójdzie na policję. Czy naprawdę aż tak wierzy w siłę ich miłości? A może jest na tyle głupi, że nie wie, że popełnił przestępstwo? Wcale by jej to nie zdziwiło, on nie jest geniuszem zbrodni. Co rusz wydaje się zaskoczony tym, co sam jej robi.

- No, a co z tym listonoszem?

- Z kim?

- Interesował się tobą. Podrywałaś go?

Kobieta kręci z niedowierzaniem głową.

- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Nigdy cię nie zdradziłam, Jacek.

Mężczyzna wzdycha ciężko.

- Ja po prostu nie wiem, czy mogę ci ufać.

Samanta ma ochotę krzyczeć. Nie rozumie, jak znalazła się w sytuacji, w której szuka usprawiedliwienia w związku z czymś, czego nie zrobiła, ale nienawidzi każdej sekundy tej rozmowy. To on ją zdradzał. To ona nie mogła ufać Jackowi, że nie będzie flirtował na boku z ich czytelniczkami. To ona powinna mu mówić, że nie może mu ufać, nie odwrotnie.

Słyszała kiedyś o projekcji - zbyt wiele lat była singielką, by nie wiedzieć, że to właśnie zdradzający partnerzy są pierwsi do rzucania podejrzeń i oskarżeń, bo oceniają wszystkich własną miarą i myślą, że jeśli oni są zdolni do zdrady, to ich partner też.

Nigdy nie sądziła, że przekona się na własnej skórze, na czym polega ten mechanizm.

Przecież jej wymarzony facet nigdy by jej nie zdradził.

- Możesz mi ufać - zapewnia go Samanta. - Przysięgam.

Ale Jacek tylko zaciska usta.

- Wrócisz do pisania i robienia filmików? - pyta nagle surowym głosem.

Natychmiast potrząsa głową.

- Nie tutaj. Musisz mnie wypuścić.

- Obawiam się, że jeszcze nie mogę tego zrobić.

Kobieta znów ma ochotę krzyczeć. Co to znaczy "jeszcze"? Kiedy pozwoli jej wyjść? Czy w ogóle się tego doczeka? Mogłaby zadać te pytania Jackowi, ale jest niemal pewna, że on sam nie zna na nie odpowiedzi. Jacek nie ma planu, decyzje podejmuje spontanicznie. Jest nieprzewidywalny i właśnie to czyni go niebezpiecznym.

- No więc co dalej? Będziesz mnie tu po prostu trzymał?

Mężczyzna kręci głową.

- Nie, potrzebujesz jak najszybciej wrócić do pracy, nie mogę ci pozwolić na długie namysły. I wiem już, jak to rozwiążemy.

- Tak?

- Nie dostaniesz jedzenia, dopóki nie zaczniesz pracować.

***

Samanta każe mu iść do diabła i kolejny dzień spędza na gotowaniu się ze złości. Początkowo ma zamiar zagrać w grę Jacka i przestać jeść na tak długo, aż straci przytomność albo się rozchoruje. Jest prawie pewna, że wtedy zabrałby ją na pogotowie albo przynajmniej wypuścił.

Ale tylko prawie.

Nie spodziewała się nigdy, że Jacek tak się zachowa. Uwięzienie jej w piwnicy to oczywiście okropne doświadczenie, ale była tu cała i zdrowa - dopóki nie zaczął jej bić. Ale krótkie uderzenia w twarz czy inne części ciała to efekty wybuchów złości, spontanicznie i bez namysłu podejmowanych przez niego decyzji.

Odebranie jedzenia takie nie było.

Już następnego dnia Samanta stwierdza, że potrzebuje mieć siły do ucieczki. Nie może sobie pozwolić na osłabienie, bo nie jest w stanie przewidzieć, co zrobi Jacek. Czy zagłodzi ją na śmierć? A może zapomni zamknąć drzwi na klucz, czym umożliwi jej ucieczkę? Nie ma pojęcia. Wie tylko, że musi być gotowa.

Następnego dnia, gdy Jacek przychodzi zapytać, czy już zmieniła zdanie, Samanta kiwa głową.

***

Po posiłku zaczynają od filmiku, a Jacek nie spuszcza jej z oczu nawet na sekundę. Siedzą obok siebie na zapoconym, zaczynającym już trochę śmierdzieć materacu, a Samanta zaczyna przewijać krótkie nagrania, które obecnie są popularne.

- Czy to jest potrzebne? - pyta mężczyzna.

- Muszę znaleźć dobre dźwięki do wykorzystania i zobaczyć, co trenduje - wyjaśnia Samanta. - Miałam tydzień przerwy.

Ma nadzieję, że Jacek w końcu się znudzi, bo wszystkie filmiki są o książkach, ale on twardo nie odrywa wzroku od ekranu. Nie ma więc szans, żeby szybko przeskoczyć między aplikacjami i spróbować zadzwonić po pomoc. To zresztą i tak tylko odległe marzenie, bo bez możliwości wyjaśnienia dyspozytorce, że jest uwięziona w piwnicy, samo połączenie na wiele by się nie zdało. Nawet gdyby policja zajechała do nich na rutynową kontrolę, nie znalazłaby jej tutaj, gdyby nie wiedziała, gdzie szukać.

Ale Samanta się nie poddaje. Gra na czas, a w myślach szuka sposobu na kontakt ze światem. Warunki są proste: musi wezwać pomoc w taki sposób, żeby Jacek tego nie zauważył.

Nie ma pojęcia, jak to zrobić.

Przegląda trendy, robi notatki, zapisuje dźwięki, a Jacek nie przestaje przyglądać się jej ekranowi. W końcu traci cierpliwość i szturcha ją w ramię, żeby wzięła się do pracy. Wchodzi więc w drafty i sprawdza, czy coś stamtąd nadaje się do użytku. W folderze znajduje się sporo gotowych do obróbki filmów. Samanta przeklina w myślach własną przezorność.

- Właściwie byłoby lepiej, gdybyśmy nagrali coś od zera - mówi z lekkim zawahaniem. - Widziałam taki trend...

- Nie dziś.

Kobieta zaciska usta.

- Dziś mi nie ufasz?

Jacek się śmieje, jakby jej słowa były niewinnym żartem. W końcu poważnieje i kiwa głową.

- Musisz zarobić na takie przywileje.

Samanta spuszcza wzrok na ekran i wraca do przeglądania nagrań. Wyczuwa podtekst, którego Jacek sam może nie jest jeszcze świadomy, wiszącą między nimi pogróżkę. Tym razem kobieta może coś opublikować.

Nie wie, czy będzie drugi raz.

Czuje ucisk w piersi, więc bierze głęboki wdech, by pohamować drżące dłonie. Zaczyna edytować nagranie. Każde cięcie, każdy dodany napis i dopisany hasztag zajmują jej dwa razy tyle czasu co zwykle. Samanta analizuje swoje kroki, próbując doszukać się tego, co jej umyka.

Drogi ucieczki.

- Pośpiesz się - narzeka Jacek. - Nigdy ci to nie zajmuje tyle czasu.

- A skąd niby miałbyś wiedzieć, ile czasu mi to zajmuje? Robię to w swoim gabinecie, kiedy ty oglądasz seriale.

Jacek wzrusza ramionami.

- To tylko wrzucenie filmiku, żadna wielka filozofia. Sam kilka wrzuciłem.

I zrobiłeś to z katastrofalnym skutkiem, myśli Samanta, ale gryzie się w język. Nie potrzebuje zimnego prysznica, straciła już wszystkie złudzenia co do ich związku, ale te słowa kłują ją w serce. Podobnie działa na nią myśl o gabinecie, jej ukochanym pokoiku, w którym była taka szczęśliwa. Idiotka.

Powinna być mądrzejsza.

Powinna zbudować swoją karierę sama, zamiast iść na skróty.

Publikuje filmik i oddaje Jackowi telefon. Mężczyzna zostawia ją z częściowo zdemontowanym laptopem, w którym brakuje karty sieciowej, i wstaje z materaca. Nie musi nadzorować jej pisania, bo bez połączenia z internetem Samanta i tak nie ma możliwości wezwania pomocy.

Oddaje mu tacę z pustym talerzem i widelcem.

- Powiedz "dziękuję" - mówi Jacek z uśmiechem.

Samanta ma ochotę zwymiotować.

- Dziękuję - syczy przez zaciśnięte zęby.

- Powinnaś popracować nad swoim nastawieniem. Jesteś ładniejsza, jak się uśmiechasz.

Drzwi zatrzaskują się za Jackiem, zanim mu odpowiada - to dobry zbieg okoliczności, bo szybko pożałowałaby swoich słów. Kręci z niedowierzaniem głową, a jej spojrzenie ciska pioruny.

Nasłuchuje kroków na schodach i trzaśnięcia drzwi na piętrze. Dopiero wtedy wysuwa spod materaca nóż. To zwykły nóż do masła, tępy i z zaokrąglonym końcem. Nie przetnie nim skóry, nie mówiąc już o bardziej zaawansowanej samoobronie. Samanta nie ma pomysłu, co z nim zrobić i czy w ogóle cokolwiek może. Ale to jej nie zraża. Coś wymyśli, musi się tylko zastanowić. Jest pełna wiary w siebie, przekonana, że jej się uda. Wyjdzie stąd.

Może tak myśleć, bo to niejedyne, co zrobiła tego dnia. Przy publikacji filmiku po raz pierwszy dodała lokalizację. Do tej pory jak ognia unikała wszelkich podpowiedzi, gdzie się znajdują. Nie chcieli fanów, którzy wpadaliby do nich na herbatę i odkrywali ze zdziwieniem, że ich ukochany pisarz ledwie potrafi złożyć dwa zdania po polsku. Ale taka opcja istniała w aplikacji i Jacek nawet nie mrugnął okiem, kiedy dwoma kliknięciami dodała ją do postu. Może nie patrzył uważnie. Może ufał jej, że tak trzeba. Najprawdopodobniej po prostu nie miał pojęcia, co robi.

Teraz Samanta musi już tylko mieć nadzieję.

Myśli o swojej książce. Od premiery pokochały ją tysiące czytelniczek, ale czy wystarczająco, by chcieć poznać jej autora? Czy któraś z nich będzie na tyle szalona, by tutaj przyjechać? Czy będzie wiedziała, żeby rozpytać we wsi o dom Jacka? Wpadnie na to, że Rydel to tylko pseudonim?

Czy w ogóle ktoś zauważy, że dodała lokalizację?

No i wszystko zależy od tego, jak dobrze poniesie się film. Czasem nie niosły się w ogóle i nic z tym nie można było zrobić. Nagranie zdychało i przepadało w archiwum.

Samanta wsuwa nożyk do masła z powrotem pod materac i znów zwija się w kłębek. Nie sięga po laptop, bo potrzebuje najpierw uspokoić kołataninę myśli w głowie i bijące szybko serce. Jest uwięziona w piwnicy na końcu świata. Nie może stąd sama uciec. Ma bezużyteczny nóż. Listonosz będzie trzymał się od nich z daleka po awanturze Jacka. Jeśli Franek złamał daną jej obietnicę i zaszedł do domu, nic o tym nie wiedziała. Koszmarna, paskudna sytuacja, która jeszcze wczoraj była po prostu beznadziejna.

Dziś jest odrobinę lepiej.

Spróbowała wezwać pomoc. Teraz musi tylko czekać.

19

Agnieszka

Życie nigdy nie jest tak piękne jak wtedy, gdy ma się osiemnaście lat. Agnieszka może jeszcze tego nie wie, ale docenia przynajmniej swoje dzisiejsze szczęście: cały świat stoi przed nią otworem. Nie zamartwia się na zapas jak dorośli, którzy na każdy pomysł, nawet najbardziej niewinny, reagują snuciem dziesięciu czarnych scenariuszy. Dzisiaj wydaje jej się, że może wszystko. Na przykład jazda autostopem, żeby zdobyć autograf ukochanego pisarza, to po prostu piękna przygoda.

Agnieszka kocha piękne przygody.

Poza tym ma talent do spadania na cztery łapy, nieważne, w jakie szaleństwo się wpakuje. Zupełnym przypadkiem zwraca uwagę na lokalizację oznaczoną pod jednym z filmików Jacka Rydla i natychmiast uruchamia własne śledztwo. Za pomocą map satelitarnych namierza znajomo wyglądającą okolicę. Porównuje zdjęcia w apce do tła, które czasem widać na ekranie za Jackiem. W ostatnich miesiącach tym tłem był jakiś warsztat, ale Agnieszka cofa się do lata i znajduje nagrania z traktora. W ten sposób upewnia się, że ten cały "Rogóż" nie jest błędem ani przypadkowo wybraną miejscowością, tylko wskazówką, gdzie naprawdę mieszka jej ukochany autor.

Reszta jest historią. Ostatni odcinek drogi pokonuje w samochodzie listonosza, który co prawda nie ma dziś żadnej przesyłki do dostarczenia, ale zatrzymuje się przy chatce na poboczu drogi asfaltowej i pokazuje dom na wzniesieniu.

- Tam mieszka - mówi sztywno.

- Wspaniale.

Próbował ją trochę zagadywać w trakcie jazdy, ale zbywała go tak długo, aż dał jej w końcu spokój. Agnieszka uchyla drzwi i próbuje wysiąść, ale mężczyzna łapie ją za ramię.

- Uważaj na siebie, dobrze?

Szarpnięciem wyrywa mu się z uścisku. Ściąga brwi i przygląda się listonoszowi z niedowierzaniem. Obcy ludzie nie powinni pozwalać sobie na takie poufałości. A już na pewno ona nie będzie tego tolerować.

- Idę tam tylko po autograf - mówi z irytacją. - Dzięki za podwózkę.

- Mogę na ciebie poczekać. Albo wrócić.

- Znam drogę.

- Ale...

Agnieszka przewraca oczami i zatrzaskuje za sobą drzwi.

Oddycha głęboko i uśmiecha się do siebie. Nie będzie się denerwować, gdy dzień tak dobrze się zapowiada. Wolność. Właśnie tak smakuje wolność. Agnieszka niewiele jej do tej pory w życiu zaznała, zawsze jakieś głupie obowiązki stawały jej na przeszkodzie, ale dziś nie ma zmartwień. Jest sobota, a ona stoi u progu nowej przygody.

Jutro będzie się martwić resztą.

Albo kiedy rodzice znów przyjdą z wyrzutami, że zrobiła coś głupiego.

Nie obchodzi jej ich opinia. No, matki to może jeszcze, ona przynajmniej się stara, ale ojciec? Przydaje się tylko do pieniędzy, jeśli akurat jakieś ma. A ponieważ wciąż próbuje wynagrodzić jej dawne błędy, przesyła jej czasem niespodziewane przelewy. "Na szkołę" - mówi wtedy.

Jakby to mogło cokolwiek między nimi zmienić.

Agnieszka potrząsa głową i wraca myślami do bardziej ekscytujących tematów. Sama się sobie trochę dziwi, że jest na tyle odważna, żeby odwiedzić swojego ukochanego pisarza w jego domu, ale powtarza sobie, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. A ona ma plan.

Mija malutki domek na początku drogi gruntowej i się wzdryga, gdy w oknie dostrzega twarz starca. Mężczyzna z krzaczastym wąsem nie spuszcza z niej wzroku, a Agnieszkę przechodzi dreszcz. Nawet z odległości widzi głębokie bruzdy na jego twarzy, zmarszczone czoło i spojrzenie, które wydaje się ją przeszywać.

- To nic dziwnego - szepcze do siebie. - Zwykły sąsiedzki monitoring.

Macha do niego dłonią w przyjacielskim geście, którego starzec nie odwzajemnia. Agnieszka idzie dalej, ale poczucie czyjegoś wzroku na plecach już jej nie opuszcza. Pokonuje połowę drogi do domu pisarza i odwraca się gwałtownie.

Starzec przygląda się jej przez lornetkę.

Ludziom na wsi nieźle się nudzi. Dziewczyna przewraca oczami, znowu się odwraca i przyśpiesza kroku. Śledzenie lornetką przechodniów nie jest normalne w mieście, ale na takim końcu świata nawet nieszczególnie ją to dziwi. Pewnie dla tego staruszka jej wizyta jest najciekawszym, co się dzisiaj wydarzy.

Agnieszka rozgląda się po pustych polach, które ciągną się aż po horyzont. Za domem, który jest jej celem, rośnie lasek. Zdecydowanie zbyt wiele się tutaj nie dzieje. Nic dziwnego, że jej ukochany pisarz tak uwielbia to miejsce. Dziewczyna wciąga powietrze i próbuje napawać się zapachem przyrody, ale jest tak zimno, że od lodowatego powietrza zaczyna kaszleć. Ociera nos, z którego zaczyna kapać, i wbija ręce w kieszenie kurtki. Dziwny staruszek i jego lornetka natychmiast wypadają jej z głowy. Stresuje się przed spotkaniem. Serce bije jej jak szalone, dłonie drżą, a oddech ma przyśpieszony nie tylko od energicznego marszu pod górkę.

Wchodzi na ganek domu Jacka Rydla. Znowu oddycha głęboko, żeby się uspokoić. Przywołuje na twarz szeroki uśmiech i wciska dzwonek do drzwi.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, powtarza sobie w myślach, ale zwrot, który wczoraj, w cieple jej pokoju, miał niemal magiczne właściwości, dzisiaj działa jakby słabiej. Przywołuje się jednak do porządku. Musi w siebie teraz bardzo mocno wierzyć, bo czuje się tak, jakby miała zaraz zemdleć z wrażenia.

- Słucham, kto tam?

Męski głos rozlega się za zamkniętymi drzwiami. To on, to Jacek Rydel! Agnieszka oglądała wystarczająco dużo filmików, na których opowiadał o swoich ukochanych książkach, by bez wahania go rozpoznać.

- Dzień dobry - szczebiocze, nie panując kompletnie nad rozedrganym głosem. - Jestem pana wielką fanką i chciałabym zapytać... czy mógłby pan złożyć autograf na mojej książce?

Pośrodku drzwi znajduje się okrągłe lusterko. Zwykle działa ono jak szybka, z drugiej strony można zobaczyć, kto stoi na wycieraczce, więc Agnieszka z nerwowym uśmiechem pochyla się ku niemu i zamiera w oczekiwaniu.

- Yyy... dobrze, jasne, daj mi chwilę.

Agnieszka kiwa głową. Po drugiej stronie zapada cisza, która ciągnie się przez kolejnych kilka minut. Dziewczyna nasłuchuje, ale z budynku nie dobiegają żadne dźwięki. W końcu drzwi się otwierają, a w progu staje Jacek Rydel we własnej osobie. Jest równie przystojny co na filmikach - ma gęste włosy, szerokie ramiona i bajerancki uśmiech, od którego Agnieszce serce aż przyśpiesza.

Dopiero po chwili dostrzega na jego twarzy ślady zmęczenia - podkrążone oczy i bladość policzków. Ale to chyba normalne u pisarza. Pewnie oderwała go od pisania następnej wybitnej powieści.

- Zapraszam do środka. Jak się nazywasz?

- Aga.

Przechodzą do kuchni, gdzie Jacek z czarującym uśmiechem oferuje jej kubek herbaty, a ona z zachwytem się zgadza. Siada przy stole pod oknem i obserwuje każdy ruch pisarza. W głowie jej się nie mieści, jakie ma szczęście. Nie spodziewała się, że będzie mogła zamienić z Jackiem więcej jak kilka zdań, a tymczasem picie herbaty oznaczało jakieś pół godziny rozmowy.

Nie przeszkadza jej nawet, że dwukrotnie przyłapuje go na ukradkowym ślizganiu się wzrokiem po jej nogach. Wie, że ma niezłe ciało, i korzysta z każdej okazji, w której wygląd może jej pomóc. Dziś na przykład mimo zimna założyła pod kurtkę miniówkę i czarne rajstopy. Autostop nie jest łatwy, czasem trzeba sobie pomóc.

- Pewnie potrzebował pan przerwy od pisania?

- Mów mi na ty. Jestem Jacek.

Agnieszka uśmiecha się promiennie.

- Z przyjemnością.

- I oby tych przyjemności było jak najwięcej.

Wznoszą herbatą toast, po którym Jacek siada naprzeciwko niej. Agnieszka kątem oka dostrzega staroświecką kuchnię, relikt poprzedniej epoki, ale jest zbyt zafascynowana pisarzem, by próbować cokolwiek zapamiętać, nie mówiąc już o zastanawianiu się, dlaczego młody, utalentowany pisarz mieszka w takim miejscu. Zamiast tego kładzie łokcie na stole i opiera twarz na dłoniach, by móc podziwiać obiekt swoich westchnień.

- Uwielbiam twoją książkę - mówi z roziskrzonym wzrokiem.

Jacek śmieje się z zakłopotaniem.

- Dzięki.

- Nigdy nie spotkałam mężczyzny, który by tak pięknie mówił o miłości. To jak nie z tego świata. Jakbyś wiedział dokładnie, co chciałabym usłyszeć. Lepiej ode mnie - papla z podekscytowaniem, ale jemu to nie przeszkadza.

Obdarza ją czarującym uśmiechem.

- Ja po prostu wiem, czego pragną kobiety.

Agnieszka chichocze nerwowo, a następnie podsuwa mu egzemplarz książki i długopis. Jacek pisze długo, na pewno zostawia jej coś więcej niż samo nazwisko, więc ma chwilę, by się na niego napatrzeć. Gdy mężczyzna odsuwa powieść, przyłapana na gapieniu dziewczyna spuszcza gwałtownie wzrok i się rumieni.

- Z daleka przyjechałaś?

- No, trochę - przyznaje bez wchodzenia w szczegóły. - Wiem, że przesadziłam, przyjeżdżając prosto do twojego domu, ale naprawdę chciałam cię poznać.

- Cieszę się, że to zrobiłaś.

Agnieszka siedzi, ale i tak ma wrażenie, że zaraz się przewróci. Oddech jej przyśpiesza, a podłoga pod nogami dziwnie się kołysze. Nie może uwierzyć, że z ust Jacka padły aż tak piękne słowa. I to skierowane do niej! Chyba śni.

- W takim razie ja też bardzo się cieszę, że to zrobiłam - mówi z szerokim uśmiechem. - Bałam się trochę, że mnie wyrzucisz.

- Ładnych fanek nie wyrzucam - oznajmia stanowczo.

- Tylko te brzydkie?

- Wszystkie moje fanki są piękne.

Agnieszka wybucha śmiechem, bo jego słowa są tak zgrabne i błyskotliwe, że nie można byłoby chyba wymyślić nic lepszego w odpowiedzi. Z niedowierzaniem kręci głową.

- Nie sądziłam, że będziesz aż taki fajny. Słyszałam, że większość pisarzy to mruki.

- Nie ja. Bardzo lubię ludzi.

Radosną rozmowę przerywa ostry dźwięk, jakby łupnięcie, dobiegający gdzieś z głębi domu. Agnieszka zadziera głowę i unosi brwi. Huk powtarza się ponownie i tym razem przechodzi w szereg następujących po sobie uderzeń.

- Stare domy - wyjaśnia Jacek. - Co chwila coś dzwoni w rurach, nie zwracaj na to uwagi. Niedługo będę przeprowadzał się do miasta, bo tu oszaleję.

- O! Wiesz już dokąd?

- To zależy, gdzie mieszkają moje fanki.

Agnieszka odpowiada chichotem.

Brzdęk w rurach powtarza się ostatni raz i cichnie. Ledwo zresztą zwraca na niego uwagę, zbyt pochłonięta wspaniałym obrazem, który roztacza się przed jej oczami.

- Powiedz, Aga, ile ty masz lat?

- Dwadzieścia trzy - kłamie, bo wydaje jej się, że właśnie to powinna powiedzieć.

Jacek jest koło trzydziestki, tak jej się przynajmniej wydaje. Gdyby była za młoda, to może zacząłby mieć jakieś opory przed tak otwartym flirtowaniem. A ona nie chce, żeby miał opory. Zawsze lubiła starszych mężczyzn.

- To co w życiu robisz? - pyta dziewczynę.

- A, jeszcze szukam swojej drogi - odpowiada z tajemniczym uśmiechem. - Właściwie to chciałabym kiedyś zostać pisarką.

Uśmiech Jacka trochę blednie.

- Każdy w tych czasach chce być pisarzem - stwierdza z dobrodusznym uśmiechem, od którego robi jej się trochę wstyd.

- To ty mnie zainspirowałeś - przyznaje. - Kiedy William deklarował swoją miłość Rose, to było tak, jakby mnie ktoś za serce ściskał, prawie oddychać nie mogłam. Przeryczałam pół nocy, a następnego dnia stwierdziłam, że ja też tak chcę robić ludziom.

Jacek przygląda się jej z zakłopotaniem, jakby nie miał pojęcia, o czym mówi.

- Płakałaś nad tą książką?

- I to ile!

- Ale... ona przecież dobrze się kończy. Nad czym tam płakać?

- O, nad tymi wszystkimi emocjami. To, co czuł William, było takie prawdziwe...

Jacek przechyla głowę w zamyśleniu. Agnieszka korzysta z chwili przerwy od szczebiotania i upija łyk herbaty, który przyjemnym ciepłem spływa do gardła. Jej życie jest dzisiaj takie piękne. Idealne. Ma ochotę roześmiać się ze szczęścia.

- Co ci się tak w nim podobało? - dopytuje ostrożnie Jacek.

- Och, chyba to, że każdy kontakt z Rose go zachwycał? Nie prosił o więcej, zadowalał się tym, co miał. On tak ładnie powiedział: "przyjmę wszystko, co mi da". Nawet jeśli tym wszystkim były jej złośliwości i głupie pyskówki, bo rany, jaka Rose była wkurwiająca. Każda dziewczyna chciałaby takiego faceta jak on.

Agnieszka wzdycha i w lekkim rozmarzeniu nie dostrzega zdumienia na twarzy mężczyzny. Słyszy natomiast kolejny huk w głębi domu - tym razem tak głośny, że podskakuje na krześle.

- Powinnaś się zbierać - oznajmia Jacek. - Muszę wracać do pracy.

- Jasne, przepraszam! Nie chciałam się tak zasiedzieć.

Z zawstydzeniem zrywa się z miejsca, a pisarz odprowadza ją do drzwi. Przygląda się jej uważnie, podczas gdy Agnieszka narzuca na siebie i zapina kurtkę.

- Chciałbym cię znowu spotkać - mówi nagle Jacek.

Dziewczyna zamiera z palcami na zamku, bo zaskoczenie odbiera jej zdolność myślenia.

- Mnie?

- Tak, ciebie - śmieje się. - Myślisz, że da się to załatwić?

Kiedy mija pierwszy szok, że wielki pisarz, Jacek Rydel, chce ją znowu zobaczyć, jej mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach. Dziewczyna powoli zapina kurtkę i jednocześnie myśli gorączkowo.

- Tak właściwie to zatrzymałam się w sąsiednim miasteczku - wyjaśnia powoli. - Na kilka dni, rozumiesz... na urlop. Jeśli byś chciał, mogłabym do ciebie jutro znowu wpaść.

- Jasne, że bym chciał.

Wymieniają się numerami telefonu i żegnają. Agnieszka wychodzi, a drzwi za nią zatrzaskują się głośno. Nie może uwierzyć we własne szczęście. Miała wobec tej wizyty niewielkie oczekiwania, zadowoliłoby ją właściwie wszystko, co nie byłoby wyrzuceniem jej za próg bez słowa. Ale to? Jacek jest czarujący, fajny i chce się z nią jeszcze raz zobaczyć.

Agnieszka schodzi po wzgórzu, a w głowie prawie jej się kręci z zachwytu.

Jest tak szczęśliwa, że nie przeszkadza jej nawet dziwny sąsiad Jacka, którego sylwetkę znów dostrzega za firanką w oknie. Ledwie też zauważa, że jej śliczne, nowe glany zapadają się w błocie i że z zimna zaraz odpadną jej uszy. I że będzie musiała łapać stopa na ulicy, którą przejeżdża jeden samochód na godzinę. Dzisiaj nic nie może jej już zepsuć humoru.

Życie jest wspaniałe, gdy ma się osiemnaście lat i cały świat stoi otworem.

20

Samanta

Leży na materacu i z każdą sekundą nabiera pewności, że ktoś jest w domu. Słyszy skrzypienie kroków na podłodze, dobiegające z daleka głosy żywo prowadzonej rozmowy i wreszcie kobiecy śmiech.

A ona nie może nawet wezwać pomocy.

Została związana i zakneblowana. Wiedziała, że coś się dzieje, gdy parę minut temu Jacek zbiegł do piwnicy z paniką w oczach i pasmami jedwabiu w dłoniach. Wyrywała mu się, jak mogła, i nawet udało jej się go ugryźć, ale był od niej silniejszy - najpierw związał jej ręce, potem nogi, a na końcu wepchnął zwitek materiału do ust i zabezpieczył go, owijając kolejny pas wokół jej głowy. Samanta leży z rozchyloną szczęką, przesączonym śliną kneblem i promieniującym bólem, który rozchodzi się po jej twarzy od naciągnięcia szczęki, ale jest tak zajęta analizowaniem tego, co się dzieje na parterze, że ledwie dostrzega własną niewygodę.

Ktoś jest w domu!

Głos należy do kobiety, co samo w sobie już stanowi doskonałą wskazówkę, bo nie znają z Jackiem żadnych kobiet na tyle blisko, żeby wpadały do nich w odwiedziny. A jeśli nie jest to nikt znajomy, to... Samanta poprawia się na materacu i myśli intensywnie. Potrzebuje przeanalizować tę sytuację, żeby nie dojść do błędnych konkluzji. Nie może się jeszcze cieszyć.

Widzi dwie możliwości.

Pierwsza jest taka, że ktoś zauważył wskazówkę, którą zostawiła we wczorajszym filmiku promocyjnym. Wszystkie informacje były podane jak na dłoni, jeśli komuś chciało się tylko myśleć i je ze sobą połączyć. Ale pół dnia to bardzo krótko jak na takie działania. Mieszkają na skraju Mazur, samo dotarcie tutaj zajmuje kilka godzin jazdy od Warszawy. A mało kto ma wystarczający komfort, by rzucić wszystko, co robi, i spontanicznie wyjechać na weekend.

Druga możliwość jest taka, że to kobieta, z którą zdradza ją Jacek. Ta świadomość nie boli jej już tak bardzo, jak kilka dni temu, kiedy odkrycie zdrady sprawiło, że cały jej świat na chwilę runął. Nie żywi już wobec Jacka żadnych uczuć poza nienawiścią - wszystko inne zniknęło pierwszego dnia, który spędziła w piwnicy.

Ma wrażenie, jakby do tamtej pory śniła i wreszcie się obudziła.

Samanta jest w stanie przyznać, że Jacek mógłby to zrobić. Byłby w stanie zaprosić do domu którąś z dziewczyn, z którymi pisał po kryjomu, nie oglądając się na to, że ona wciąż tutaj przebywa. Nikt normalny nie zamykałby swojej partnerki w piwnicy, a skoro on to zrobił, to co dalej? Mógł wszystko. No, może tylko jej nie zabije. Za bardzo jej potrzebuje.

Tylko czy on o tym wie?

Właściwie nie jest pewna.

Kroki zatrzymują się najprawdopodobniej w kuchni, choć trudno to ustalić z niezachwianą pewnością. Patrzy w sufit. Od pomocy dzieli ją kilkanaście centymetrów betonu. Przerzuca związane dłonie za głowę i próbuje rozsupłać węzeł, który ją knebluje. Nic z tego. Jacek tak związał jej dłonie, że ma do dyspozycji tylko dwa palce - niewystarczająco do podważenia materiału.

Gdyby tylko mogła narobić hałasu w inny sposób...

Rozgląda się bezradnie po pustej piwnicy, oświetlonej jedną żarówką, włączoną łaskawie przez Jacka. Nie, chwila. Może nie aż tak pustej, jak jej się dotychczas wydawało. W górnym rogu pomieszczenia, tuż pod sufitem, ze ściany wystaje rura. Samanta siada gwałtownie na materacu. Metal znika w suficie, co oznacza, że jest połączony bezpośrednio z kuchnią. A rury przecież fantastycznie przenoszą dźwięk. Kiedy wynajmowała mieszkanie na studiach, mieszkająca na parterze właścicielka waliła w nie kijem od szczotki, gdy uważała, że zbytnio hałasują.

Z trudem wyciąga nóż spod materaca. Metal o metal - to najlepsze, co jest w tej chwili w stanie znaleźć. Bierze go w dłonie i chwiejnie się podnosi. Nogi ma związane w kostkach, więc podskakuje. Gdy jednak dociera na miejsce, okazuje się, że uległa iluzji. Od sufitu dzieli ją dobre pół metra i nawet gdyby wspięła się na palce, nie byłaby w stanie go dosięgnąć.

Cholera.

Czas nagli, Samanta prawdopodobnie ma tylko kilkanaście minut. Skoro są w kuchni, to pewnie piją herbatę. Co zrobią w następnej kolejności? Nie ma pojęcia. Jeśli przeniosą się na piętro, straci szansę, żeby ta kobieta ją usłyszała. Musi działać szybko.

Skacze z powrotem pod materac, gdzie porzuca nóż, i idzie dalej - pod metalowe drzwi, które odcinają ją od reszty świata. Niemal codziennie w nocy przeklinała je za to, że są z metalu, bo drewno łatwiej byłoby sforsować, ale teraz może jej się to przydać. Zamachuje się i uderza zwiniętymi pięściami w twardą powierzchnię.

Następnie robi to jeszcze kolejnych kilkadziesiąt razy, aż dłonie drętwieją jej z bólu. Traci równowagę i przewraca się na wilgotną betonową posadzkę. Nasłuchuje. Czy hałas zadziałał? Czy ta kobieta zwróciła na niego uwagę? Domyśliła się, że czarujący Jacek, jej najwspanialszy pisarz, trzyma w piwnicy więźnia?

Samanta nie chce nawet myśleć o tym, jak niewielkie są jej szanse.

Nie może się teraz poddać.

Przewraca się na plecy i zaczyna kopać drzwi. Teraz huk uderzenia jest mocniejszy i wyraźniejszy, a ona odzyskuje nadzieję. Może jeśli włoży w te uderzenia wystarczająco dużo siły, kobieta w kuchni ją usłyszy. Domyśli się wszystkiego, wezwie pomoc i będą żyli długo i szczęśliwie. Samanta musi w to wierzyć, więc kopie raz za razem, z krótkimi przerwami na nasłuchiwanie, co się dzieje na parterze.

To właśnie w trakcie jednej z tych przerw słyszy trzask zamykanych drzwi wyjściowych.

Kimkolwiek była ta kobieta, właśnie opuściła dom.

A Samanta nic nie może z tym zrobić.

Powinna teraz zebrać się i podnieść, ale nie ma na to siły. W głowie szumi jej krew, bolą ją szczęka, stopy, dłonie i kręgosłup poobijany na twardym betonie. Leży więc nieruchomo i ciężko oddycha. Czeka, aż dojdzie do siebie.

Właśnie w takiej pozycji zastaje ją Jacek. Samantę przeszywa dreszcz strachu, bo jest pewna, że się na nią wścieknie. Z pewnością słyszał jej łomotanie i teraz wyżyje się na niej za to, że go zdenerwowała. Ale on przygląda jej się bez złości. Bardziej jakby z zaskoczeniem. Samanta tego nie rozumie.

- O rany, co tu się stało? - pyta łagodnie.

Bierze ją pod ramiona i zaciąga na materac, gdzie rozwiązuje jej ręce i nogi. Wyjmuje z ust knebel i z obrzydzeniem odrzuca na bok napęczniały od śliny materiał. Samanta leży nieruchomo i nie spuszcza z niego uważnego spojrzenia. Serce wciąż wali głucho w jej piersi. Przymyka oczy. Jacek bierze jej dłoń i zaczyna rozcierać podrażnioną skórę na przegubie. Jest taki troskliwy, taki podejrzanie miły - aż Samantę mdli z obrzydzenia.

- Przepraszam cię, kochanie - mówi łagodnie. - Miałem gościa, a nie mogłem dopuścić do tego, żeby cię usłysza... żeby cię usłyszeli.

- Sły... - Gardło Samanty jest suche, więc próba mówienia zamienia się w kaszel. Po chwili odzywa się ponownie: - Słyszałam ją.

Jacek uśmiecha się łagodnie, ale nic nie wyjaśnia. Kobieta obserwuje go spod półprzymkniętych powiek. Wydaje się taki zadowolony z siebie. Niemal szczęśliwy. Dopiero co związał i zakneblował miłość swojego życia, a teraz cieszy się jak dzieciak na widok deseru. Samanta nie może się doczekać dnia, w którym zetrze mu ten uśmiech z twarzy.

Ale żeby tak się stało, musi wyjść z tej piwnicy żywa.

- Na pewno wszystko w porządku? - pyta Jacek. - Blada jesteś.

Kobieta oddycha ciężko. Z trudem kiwa głową.

- Zaraz wrzucę nam pizzę do piekarnika - dodaje.

- Dzięki.

Jacek rozgląda się po żałosnym pomieszczeniu, w którym trzyma swoją dziewczynę, i marszczy nos, gdy dociera do niego słonawy smród z wiaderka w rogu. Zatrzymuje wzrok na laptopie z wyciągniętą kartą sieciową, który wczoraj przyniósł Samancie.

- Miałaś wczoraj czas trochę popisać?

- Tak jak sobie życzyłeś.

- Grzeczna dziewczynka.

Wciąż czeka, aż coś jej zrobi, ale Jacek wygląda tak, jakby myślami był już gdzieś indziej. Wbija pięści w materac i zbiera się już do wyjścia. Samanta nie chce mu na to pozwolić. Wydaje się jej, że zacznie krzyczeć, jeśli spędzi w piwnicy choćby minutę dłużej. Gorączkowo zastanawia się nad tym, czy istnieją słowa, którymi byłaby w stanie przekonać go do zmiany zdania. Przez ostatnie dni próbowała wszystkiego. Prosiła, błagała, obiecywała. Jacek za każdym razem stwierdzał, że kłamie, albo wyjaśniał jej uprzejmie, że nie jest jeszcze gotowa. W godzinach między jego wizytami myślała ze złością, że się nią bawi i wcale nie zamierza jej stąd wypuszczać. Może nigdy nie będzie gotowa, a może Jacek nawet nie wie, czego od niej oczekuje.

Może po prostu chce ją dręczyć.

Tyle że ona nie wytrzyma tu ani chwili dłużej. Unosi się na ramionach i siada prosto na materacu. Stara się nie myśleć o tym, jak żałośnie musi wyglądać po tylu dniach bez prysznica, z przetłuszczonymi włosami zlepionymi w strąki, szarą twarzą i zaschniętą śliną w kącikach ust. Konkuruje w tym momencie z kobietą, która parę minut temu chodziła po ich kuchni, i w tym porównaniu nie wypada najlepiej.

Ale musi spróbować.

Przeczesuje dłonią splątane włosy i odrzuca je do tyłu. Drugą ręką dotyka leżącej na materacu dłoni mężczyzny.

- Jacku, obiecuję ci, że będę dla ciebie idealną dziewczyną - mówi żałośnie. - Będę ci gotować, sprzątać i obciągać na każde zawołanie, a oprócz tego pisać książki, żeby wszyscy w całej Polsce dowiedzieli się o tym, jak wspaniałym jesteś pisarzem. Proszę cię, wypuść mnie stąd. Pozwól mi wrócić na górę.

Czuje, że coś się zmieniło, jeszcze zanim słyszy odpowiedź. Jacek uśmiecha się z rezygnacją i długo na nią nie patrzy, a gdy wreszcie to robi, jego spojrzenie jest obojętne.

- Idę wrzucić nam pizzę do piekarnika - oznajmia.

Wychodzi z piwnicy, zostawiając Samantę samą. Klucz szczęka w zamku i zapada cisza. Kobieta opuszcza wzrok na swoje dłonie: skóra na jej nadgarstkach jest podrażniona i piecze, gdy pociera ją palcem. Robi to niemal odruchowo, bo błądzi myślami zupełnie gdzieś indziej.

Coś się zmieniło. Jeszcze wczoraj Jacek rozmawiał z nią normalnie. Snuł plany. Chciał, żeby trochę się zmieniła, żeby była dla niego lepszą dziewczyną. Żeby mogli wrócić do tego, co było przedtem. Żeby mogli żyć razem długo i szczęśliwie.

Ale teraz to zniknęło.

Samanta potrzebuje czasu, żeby przyznać przed sobą to, co podejrzewa. I nawet wtedy zagłusza te myśli, próbując ich do siebie nie dopuścić. Nie może na to pozwolić, bo inaczej straci całą nadzieję. To przecież niemożliwe, żeby ta kobieta, kimkolwiek była, sprawiła, by Jacek porzucił wszystkie plany na ich przyszłość. Ile ona siedziała w kuchni? Kwadrans?

Ale jeśli Samanta ma rację...

Jacek nigdy jej stąd nie wypuści.

***

Gdy Jacek zanosi jej pizzę, Samanta leży przytulona do lodowatej ściany, tyłem do pomieszczenia. Nie rusza się. Czeka. Mężczyzna stawia talerz obok materaca i zagaduje:

- Ile dokładnie wczoraj napisałaś? Bo jak sprawdzałem, brakowało ci dziewięciu tysięcy słów do skończenia książki. Ile udało ci się dodać?

Nie odpowiada na to. Jacek siada obok niej i odzywa się po raz drugi:

- Sam, wszystko okej? Śpisz?

Kobieta milczy. Jacek szturcha ją w ramię, a ona właśnie na to czekała. Odwraca się i jednym szybkim ruchem wbija nóż w opartą na materacu dłoń mężczyzny.

Ciszę przecina wrzask.

Samanta zrywa się do ucieczki. Jacek łapie się za nadgarstek i rzucając przekleństwa, wyciąga nóż z dłoni, która natychmiast zalewa się krwią. Kobieta w tym czasie dobiega już do schodów. Musi walczyć. Przeżyć. Został na nią podpisany wyrok śmierci, że jeśli nie ucieknie teraz, to Jacek się jej pozbędzie, bo już szykuje w myślach miejsce na tę nową kobietę. Samanta zna go zbyt dobrze, czyta w nim jak w otwartej księdze.

Dopada do schodów, a w jej głowie wybrzmiewa dawne wspomnienie. Jacek powiedział jej kiedyś, że jest jego pierwszą długoterminową dziewczyną, bo wcześniej nigdy nie chciał się wiązać. Zmienił zdanie dopiero w dniu, w którym ją poznał. I ona wiedziała dlaczego.

Bo była nieosiągalna.

Biegnie po schodach co drugi stopień i uświadamia sobie gorzką prawdę: Jacek chciał jej tak, jak kolekcjoner pożąda egzotycznego ptaka, by zamknąć go w klatce i ustawić na wystawie w celu podziwiania, co udało mu się złapać. Gdy Samanta dobrowolnie weszła do tej klatki, przestała być dla niego wyzwaniem. Pozbawiła go tej satysfakcji.

A skoro już ją zdobył, musiał znaleźć sobie nowe wyzwanie. Wcześniej były to fanki, z którymi gadał po godzinach, teraz nadeszła kolej tej obcej kobiety. Jacek miał wszystko wypisane na twarzy. To nie był zbieg okoliczności, że teraz stracił zainteresowanie Samantą.

Właśnie to stawia ją w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

W końcu wpada z hukiem na parter. Rzuca się do drzwi wyjściowych i z przerażeniem odkrywa, że są zamknięte na klucz - którego nie ma w zamku. Rozgląda się w popłochu. Nie widzi nigdzie klucza, więc się odwraca i rusza biegiem w stronę korytarza, żeby wpaść do salonu, gdzie będzie mogła otworzyć okno i z niego wyskoczyć. Co prawda, parter jest wysoki i do ziemi będzie miała jakieś półtora metra, ale nie dba o to. Postara się nie skręcić kostki, a gdy odzyska wolność, pobiegnie w dół wzgórza, w stronę domu ich sąsiada, Waldemara. Każe mu wezwać pomoc. To jednak nie jest teraz istotne. Teraz musi tylko uciec - jak najszybciej, jak najdalej, zanim Jacek ją złapie.

Udaje się jej dopaść do okna i szarpnięciem odrzucić firanę, gdy silne męskie ręce obejmują ją w talii. Przypomina się jej ta ostatnia noc na wolności, gdy zasnęła na kanapie, a obudziła się w mroku, niesiona w obcych ramionach. Wtedy też poczuła na sobie nagły, silny uścisk rąk, taki sam jak teraz. Paraliżuje ją strach. Potrzebuje chwili, by się ocknąć i wrócić myślami do rzeczywistości. Zaczyna się wyrywać i szarpać ze wszystkich sił. Czuje pod paznokciami coś miękkiego. Walczy na oślep, wymachuje ramionami, kopie. A jednocześnie widzi, że opuszczają salon. Udaje się jej wbić palce w futrynę i na moment zatrzymać bieg wydarzeń, ale Jacek szybko sobie z nią radzi. Szarpnięciem odrywa ją od drzwi i syczy:

- Jeśli się nie uspokoisz, walnę ci czymś ciężkim w głowę.

- I co z tego? Myślisz, że będzie mi wtedy gorzej niż teraz?

Mężczyzna nie odpowiada. Znosi ją do piwnicy, niewzruszony jej szamotaniną i krzykami. Wchodzi do pomieszczenia, w którym spędziła ostatnich kilka dni, i rzuca ją na materac. Samanta odbija się od sprężyn i uderza głową w ścianę. Z jękiem łapie się za obolałą potylicę i skupiona na niej, z trudem dostrzega, co robi Jacek. On tymczasem podnosi z podłogi talerz z jej pizzą i zakrwawiony nóż. Rusza w stronę wyjścia, ale zatrzymuje się w progu. Patrzy na nią surowo i rzuca na odchodnym:

- Byłem dla ciebie dobry, ale zmusiłaś mnie, żebym z tym skończył.

21

Agnieszka

Tym razem dojeżdża do Rogoża w samochodzie starszej pani, która w trakcie jazdy opowiada Agnieszce o wszystkich dramatach życia swojego i każdego człowieka, którego w życiu znała. Nastolatka jej nie słucha, dopóki nie docierają do tragedii sprzed lat.

- Wszystkie maluchy tam pochowali, nie mieli wyjścia - snuje kobieta. - Tam, w zagajniku, w takiej niezamieszkanej gawrze. Nie było jak ich znieść do wioski. Od tamtej pory duch nauczycielki wciąż błąka się między drzewami i nawołuje zaginione dzieci. Tak przynajmniej na wiosce gadają, ja tam nie wiem. Ja stąd nie jestem, za mężem tu przyszłam dziesięć lat temu. Bo on gospodarkę po rodzicach dziedziczył.

Agnieszka kiwa głową i krzywi się z lekkim obrzydzeniem, bo ta legenda naprawdę jest jakaś taka dziwna, a przynajmniej stanowi dziwny temat dla zwykłej pogawędki między obcymi sobie ludźmi.

- I czemu ten grobowiec jest tam w lesie? - pyta nieufnie, gdy starsza kobieta zjeżdża na pobocze i zatrzymuje samochód.

- No, bo toż tam wszyscy pomarli.

- Ale skąd oni się tam wzięli?

- No, autobus się zepsuł. To był szkolny autobus. Jechał z wioski porozwozić dzieci po okolicy. Lekcje odwołali, bo wszystko zasypało, więc jak się rozwalił, to jego też zasypało. A wtedy śniegu było dużo, nie to co teraz. Zaspy stały tak wysoko, że jak jeszcze zaczęło prószyć, to człowiek nie widział na pół metra do przodu.

Agnieszka nie może sobie nawet wyobrazić takiej nawałnicy. Urodziła się na długo po tym, jak "zimy były prawdziwe". Dla niej ta pora roku oznaczała rozmokłą breję pod nogami, która utrzymywała się parę dni i znikała. Zaspy wysokości człowieka? Ona nie pamięta, żeby kiedykolwiek widziała zaspy do kolan.

- I ten autobus wylądował w lesie? - dopytuje, mimowolnie zaciekawiona.

- No nie, przy drodze, ale oni wyszli szukać pomocy. No, nie tak od razu. Najpierw wysłali kierowcę, Janowskiego, bo to młody i silny chłopak był. On próbował dotrzeć do wioski, jeno się zgubił. Do Jankowskiego dokopali się dopiero na wiosnę, jak mróz puścił, bo nikt nie wiedział, gdzie go szukać. Nauczycielkę i dzieci znaleźli szybciej. Jeszcze wieczorem zaczęli ich szukać, jak zadzwonili do szkoły, czy gdzieś nie zostały. Ojciec jednej dziewczynki skrzyknął kolegów i zaraz ruszyli. Ale to było już za późno.

Agnieszka zaciska usta. Okropna historia. Nie chce jej słuchać ani myśleć o cudzym cierpieniu, kiedy jest szczęśliwa i zakochana, ale nie może się powstrzymać. Myśl o katastrofie, która wydarzyła się tu dwadzieścia parę lat wcześniej, budzi w niej niemal chorobliwą fascynację.

Musi z tym walczyć.

- I co, nikogo nie zdążyli uratować tak blisko wioski? Kurczę, szkoda. O, to już tutaj, proszę się zatrzymać. Dziękuję za podwózkę - mówi pośpiesznie i wyskakuje z samochodu. - Do widzenia!

Zatrzaskuje drzwi i odprowadza wzrokiem odjeżdżającą kobietę. Kolejnej minuty tej opowieści by już nie zniosła. Śmierć w zaspach, szkolny autobus, który nigdy nie dotarł do celu... Paskudna historia, a Agnieszka ma zbyt żywą wyobraźnię. Przed oczami natychmiast stają jej przerażająco realistyczne obrazy: młody mężczyzna zamarzający na śmierć w poszukiwaniu ratunku, nauczycielka i grupka dzieci zagubionych w śnieżycy oraz ojciec szukający swojego dziecka.

Jakie to jest wszystko nieprzyjemne. A ona nie ma dzisiaj czasu na nieprzyjemne myśli.

Idzie energicznie drogą gruntową, a stopy szybko zaczynają jej marznąć w glanach. Znowu założyła mini z rajstopami, tak na wszelki wypadek.

Tym razem nie widzi w oknie staruszka z lornetką w dłoni, choć mogłaby przysiąc, że jest obserwowana. Zrzuca to głupie poczucie na doświadczenie z poprzedniego dnia, kiedy mężczyzna nawet się nie krył z podglądaniem.

Gdy dzwoni do drzwi domu na wzgórzu, Jacek otwiera je natychmiast. Uśmiecha się do niej szeroko.

- No, wreszcie!

- Tęskniłeś? - pyta łobuzersko Agnieszka.

Jacek wybucha śmiechem.

- Martwiłem się, że coś cię zatrzymało - wyjaśnia miękko, a dziewczyna aż się odrobinę wzrusza, bo taki miły z niego człowiek.

- Nic z tych rzeczy, choć jeśli ktoś miałby mi zrobić krzywdę, to twój dziwny sąsiad.

Nie mogła pojawić się wcześniej, więc umówili się na spotkanie po obiedzie, późnym popołudniem. Przechodzą do kuchni, gdzie Jacek nastawia wodę na herbatę i odwraca się do Agnieszki. Gdy słyszy jej uwagę, marszczy brwi.

- Który?

- Ten staruszek na końcu drogi. Wczoraj obserwował mnie przez lornetkę i dziś też miałam wrażenie, że się gapi. Jakbym zniknęła bez śladu, to szukaj mnie w jego piwnicy.

Jacek patrzy na nią bezmyślnie przez ułamek sekundy, po czym wybucha gromkim śmiechem. Agnieszka mu wtóruje, choć trochę niepewnie. Mężczyzna kiwa głową.

- O tak, moi sąsiedzi mają nierówno pod sufitem - przyznaje. - To chyba cena życia z dala od ludzi, w ciszy i blisko natury. Nikt ich nie ucywilizował i zdziczeli. Wiesz, że mam za domem niewielki las?

Agnieszka kiwa skwapliwie głową.

- Kobieta, która mnie tu podwiozła, opowiedziała mi o masowym grobie.

Jacek odwraca się do blatu i przez dłuższą chwilę mu się przygląda, jakby pogrążony w oczekiwaniu, aż woda się zagotuje. Kiedy się odwraca, ma na twarzy krzywy uśmiech.

- Ciekawy temat na pogawędkę w aucie.

- To samo pomyślałam! Może masz rację, że wszyscy mieszkańcy tej okolicy to jakieś dziwadła.

- Ze mną włącznie, wierz mi - śmieje się mężczyzna. - Słuchaj, a może zamiast herbaty coś mocniejszego? Pijesz wino?

- No jasne.

Jacek wychodzi z kuchni, a dziewczyna prześlizguje się wzrokiem po pomieszczeniu i wygląda przez okno. To jest bardzo artystyczne miejsce, ten koniec świata z jego rozległymi polami i dramatycznie ukrytymi w głębi lasu zbiorowymi mogiłami. Nic dziwnego, że w takiej okolicy Jackowi przychodzi to z łatwością.

- Dobrze ci się tutaj pisze, co? - pyta rozmarzonym głosem, gdy ten wraca z butelką wina.

Wzrusza ramionami.

- Na pewno pomaga, że nic się tutaj w okolicy nie dzieje. Można siedzieć i pisać całymi dniami, od rana do nocy, jeśli akurat wena dopisze.

- Brzmi niebiańsko.

- Chodź, przeniesiemy się na kanapę. Te krzesła nie są zbyt wygodne.

Siadają w salonie, gdzie Jacek zajmuje się otwieraniem butelki i nalewaniem wina do kieliszków. W tym czasie Agnieszka przygląda się pomieszczeniu w nabożnym zachwycie. To tutaj dokonuje się magia, to tu jej ulubiony pisarz tworzy coś z niczego. I to jakie coś! Najpiękniejsze, najbardziej romantyczne sceny i bohaterów, nad których losem można tylko płakać - najpierw z żalu, potem ze szczęścia - przeżywając istne katharsis. Agnieszka ma wrażenie, że od samego siedzenia w tej natchnionej atmosferze udziela się jej wena.

- Toast? - pyta Jacek.

Unoszą kieliszki i stukają się nimi w powietrzu.

- Za nowe znajomości - mówi Agnieszka i chichocze nerwowo.

Upijają po łyku wina i dziewczyna natychmiast odstawia szkło na stolik. Alkohole, także mocniejsze niż ten, nie są jej obce, już ona o to zadbała, ale niestety są rzeczy, których nie zmieni. Na przykład faktu, że jest mała i chuda, a jeden kieliszek wina potrafi zwalić ją z nóg.

Nie chciałaby tego teraz, więc musi pić ostrożnie i powoli.

- Mam do ciebie prośbę - zagaduje nagle mężczyznę.

- Cokolwiek sobie życzysz.

- Wydrukowałam kilka stron mojego opowiadania. Czy miałbyś może ochotę... I to naprawdę okej, jeśli nie, nie będę się gniewać, bo wiem, że pewnie masz takich próśb masę, i zrozumiem, jeśli nie masz czasu, jesteś zajętym człowiekiem...

- Aga.

Dziewczyna wciąga głośno powietrze.

- Rzucisz na nie okiem?

- Chcesz, żebym przeczytał twój tekst?

- Tak.

Jacek waha się przez ułamek sekundy i przez głowę Agnieszki przebiega przerażająca myśl, że w jakiś sposób go uraziła tym pytaniem, ale wtedy na jego twarz powraca łagodny, wyrozumiały uśmiech.

- Jasne, nie ma sprawy. Masz go przy sobie?

Agnieszka przytakuje i wraca do kuchni po plecak. Pomieszczenie jest pogrążone w mroku, w którym kształty sterczą niepokojąco. Cienie zalegają w kątach, a stare meble i szafki przypominają nieruchome sylwetki. Dziewczyna stara się nie patrzeć w głąb pomieszczenia. Ma wrażenie, że jeśli teraz coś się poruszy albo w głębi budynku rozlegnie się choćby ciche stuknięcie, to zejdzie na zawał.

Ale panuje cisza.

Agnieszka szybko chwyta plecak i wraca do salonu. Siada na kanapie i ostrożnie wyciąga z niego teczkę z wydrukiem, którą następnie podaje Jackowi.

- Miałem podobny plecak w liceum. - Mężczyzna wskazuje dłonią na naszywki na przodzie. - Też lubiłem... Jak to się teraz mówi? Personalizować swoje rzeczy.

Dziewczyna z uśmiechem zerka na materiał. Ten plecak przeżył wszystkie jej obsesje: na muzyków, filmy, anime i mangi. Nawet te, które trwały tylko miesiąc i teraz, parę lat później, były już tylko mglistym wspomnieniem, do którego głupio jej się przyznawać.

- Chociaż nie będę udawał, że znam te zespoły - dodał szybko Jacek. - Widzę, że parę lat potrafi zrobić niezłą różnicę.

- Czasem różnice są dobre. Dzięki temu ludzie mogą się czegoś od siebie nauczyć.

- Proszę, jaki z ciebie filozof.

Jacek zaczyna czytać jej opowiadanie. Agnieszka nie ma nic do roboty, więc rozgląda się po salonie. Jest boleśnie staroświecki, jakby nie zmieniano w nim nic od kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu lat - z meblościanką, kryształami za szybką i pustym kwietnikiem w rogu pomieszczenia włącznie. Wszędzie jest jednak zaskakująco czysto. Na ławie leży ładna serwetka, dekoracje na półkach stoją w symetrycznych odstępach.

Jedynym wyjątkiem od tego jest krzywo zapięta firanka. Agnieszka błądzi wzrokiem po styropianowym suficie, gdy dostrzega panujący na karniszu bałagan. Kilka żabek wisi pustych, kolejnych parę jest zapiętych nierówno, byle jak, w nieregularnych odstępach i tylko częściowo chwyta białą koronkę. To tak naprawdę drobiazg, pewnie ktoś pociągnął za firanę i poprawił ją w pośpiechu, jednak na tle uporządkowanego salonu zwraca uwagę Agnieszki.

Ale tylko na moment, bo Jacek nagle opuszcza papiery na kolana. Dziewczyna zerka na niego i widzi, że wciąż jest na pierwszej stronie. Nie może się powstrzymać przed zapytaniem:

- Co, tak źle?

Jacek uśmiecha się wyrozumiale.

- Jeszcze dużo pracy przed tobą.

Agnieszka poważnieje. Przygryza dolną wargę i przełyka ślinę, żeby powstrzymać napływ rozczarowania. Jacek dostrzega jej minę i dodaje pośpiesznie:

- Wiesz, większość młodych ludzi potrzebuje czasu i ćwiczeń. To dlatego zwykle pisarze debiutują po trzydziestce. Masz przed sobą jeszcze jakieś pięć lat szlifowania talentu.

- Szlifowania czego? - pyta z powątpiewaniem.

- Masz talent. Musisz tylko nad nim popracować.

Agnieszka zabiera mu papiery i wkłada je pieczołowicie do teczki, a tę chowa do plecaka. Próbuje uczepić się tego ostatniego zdania, ale nie może wyrzucić z głowy opinii Jacka. Żałuje, że o nią poprosiła. Pociesza ją tylko to, że w jednym Jacek się myli.

Ma o wiele więcej niż pięć lat na szlifowanie talentu.

- Ej, głowa do góry, chyba się nie gniewasz?

Zaprzecza energicznie.

- Raczej na siebie. Przepraszam, że zawracałam ci głowę moimi wypocinami.

- Cieszę się, że to zrobiłaś.

Jacek przysuwa się do niej bliżej, pokonując dzielącą ich odległość kanapy. Agnieszka nie ma nic przeciwko, choć nie rozumie, czemu mężczyzna to robi. W ogóle jest dla niej wspaniały, szarmancki i wyrozumiały. Nie spodziewała się takiego traktowania, gdy wczoraj pierwszy raz zapukała do jego drzwi.

- Dlaczego to robisz? - pyta cicho.

- Co takiego?

- Czemu spędzasz ze mną czas? Aż tak ci się nudzi?

Jacek uśmiecha się do niej jednym kącikiem ust.

- Zrobiłaś na mnie wczoraj niezłe wrażenie.

- Ja?

- Przysięgam, ledwie zobaczyłem cię w progu, a zwaliłaś mnie z nóg. Skórzana kurtka, glany, kolczyk w nosie. Rude włosy. I ten ciemny makijaż. Wyglądałaś jak nie z tego świata.

- Pewnie uznałeś, że to jakaś satanistka przyszła wodzić cię na pokuszenie?

- Mniej więcej. Serio, od dawna nie widziałem ciekawszej dziewczyny.

- Myślisz, że jestem ciekawa?

- Bardzo.

Jacek pochyla się nad nią, wsuwa jej palec pod brodę i unosi twarz dziewczyny ku sobie. Nagle poważnieje i Agnieszka mogłaby przysiąc, że jego oczy pociemniały jak w najlepszym romansie. To jest zresztą jedyna myśl, jaka kołacze się po jej głowie. Wstrzymuje oddech i przygląda się z niedowierzaniem temu, co się dzieje. Czy on naprawdę...? Naprawdę?

Jacek pochyla się i ją całuje.

***

Zostaje u niego na noc, bo czemu by nie? Jest wystarczająco dorosła na takie decyzje. Niestety, prawdopodobnie tylko ona tak uważa, więc na wszelki wypadek wieczorem, jeszcze w salonie, wysyła kilka wiadomości i dopiero wraca do łóżka, gdzie pod cienką satynową pościelą leży nagi Jacek.

Agnieszka też nie ma nic na sobie i czuje się z tym bardzo niezręcznie. Kładzie się obok niego i patrzy, jak mężczyzna pochrapuje przez sen. Jakie to wszystko jest niesamowite, myśli. Nie może uwierzyć, że naprawdę znalazła się w sypialni swojego ukochanego pisarza i przed chwilą zaliczyli swój pierwszy raz.

Jakie to wszystko było magiczne.

Wszystko poza seksem, bo w nim akurat nic magicznego nie było.

Agnieszka przygląda się Jackowi, który we śnie wydaje się o kilka lat młodszy, niemal jakby był w jej wieku. Jego twarz jest łagodna, usta rozchylone, czoło gładkie. Gęste, ciemne włosy opadają na poduszkę. Ma umięśnione ramiona, a już wcześniej Agnieszka zobaczyła, że pod satynową pościelą kryje się sześciopak. Poza tym jednak wygląda zupełnie zwyczajnie jak na kogoś, kto potrafi pisać najpiękniejsze wyznania miłości na całym świecie. Jej niczym podobnym nie uraczył, ale zapytał, czy ma ulubioną pozycję i czy mu obciągnie.

Może wszystkie pokłady romantyzmu zużywa na powieści i nic nie zostaje mu na prawdziwe życie.

Agnieszka uznaje, że jednak nie może spać nago, nie przy nim i jego sześciopaku, więc znowu wyślizguje się z pościeli i w ciemności klęczy na podłodze. Przesuwa dłońmi po szorstkim dywanie, aż odnajduje majtki. Zakłada je i chce wrócić do łóżka, ale dalej czegoś jej brakuje. Nie jadła od kilku godzin i trochę zaczyna ją ssać w żołądku, a z tym uczuciem nie zaśnie. Odszukuje czarną bluzę, zakłada ją na gołą skórę i wychodzi z sypialni bez włączania światła, żeby nie obudzić Jacka. Po omacku idzie do kuchni, gdzie nalewa sobie do szklanki wody i wypija ją duszkiem. To powinno uspokoić jej żołądek wystarczająco, żeby zasnęła. Pomieszczenie jest ciemne, a dziewczyna stara się nie rozglądać, żeby nie widzieć dziwnych kształtów w ciemności.

Odkłada szklankę do zlewu i wtedy słyszy stuknięcie. Wzdryga się odruchowo, choć dźwięk jest delikatny - znacznie cichszy niż wczoraj. Rozgląda się niepewnie po pogrążonym w ciemności pomieszczeniu. Potrząsa głową. Co prawda, sama nigdy nie mieszkała w domu, ale w takich budynkach często coś hałasuje w rurach. To nic strasznego.

Dźwięk powtarza się kilkukrotnie. Gdyby Agnieszka miała zgadywać, powiedziałaby, że brzmi, jakby ktoś uderzał w metal w krótkiej serii. Cztery uderzenia. Dziewczyna zamiera pośrodku kuchni. Wydawało jej się. Z pewnością jej się wydawało, bo przecież to niemożliwe, to wprost absurdalne, żeby...

Kolejnym razem uderzeń jest pięć w rytmie przypominającym melodyjkę, a po plecach dziewczyny przebiega dreszcz przerażenia.

Nie zastanawiała się wcześniej, czy postępuje rozsądnie, odwiedzając samotnego mężczyznę i zostając u niego na noc, bo też rozsądek nic jej nie obchodził w tak doniosłej chwili. Nie była w wieku, w którym robi się rzeczy rozsądne i przemyślane. Wręcz przeciwnie, uważała to za niemal obowiązek, by trochę zaszaleć, odkryć odrobinę świata i liczyć na szczęście. Tak robią wszyscy vlogerzy podróżni, którzy przyjeżdżają w środek zamieszek w Demokratycznej Republice Konga i wiedzą, że wszystko będzie dobrze.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Teraz jednak Agnieszka jest sama w pogrążonym w ciemności domu, z dziwnym stukotem dobiegającym spod podłogi, i nie ma ochoty pić żadnego szampana. Może trochę przesadziła z tą nocną wizytą.

Już wcześniej zachowywała się lekkomyślnie, bo miała na to ochotę. Mogłaby choćby wyjechać do Afryki, a rodziców i tak by to nie obeszło. Robiła, co chciała. Uciekała ze szkoły, trzymała w pokoju trawkę i fajki, czasem nocowała u koleżanek w środku tygodnia. Całemu światu jest obojętne, gdzie znajduje się Agnieszka.

Wychodzi na korytarz, a choć stąpa po podłodze delikatnie, pod ciężarem jej ciała deski skrzypią. Jak na zawołanie, powraca delikatny stukot. Teraz dziewczyna jest już pewna, że wczoraj ten dźwięk był inny. Zatrzymuje się u dołu schodów i zastanawia gorączkowo.

Może wrócić do Jacka i zapomnieć o wszystkim.

Może iść na górę, spakować się i uciec. Nie, chwila, tego nie może. O tej porze nie jeżdżą żadne samochody, nie złapałaby stopa aż do rana.

No i wreszcie może zejść na dół i sprawdzić piwnicę.

Gdy ta ostatnia myśl pojawia się w jej głowie, Agnieszka ma ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem. Przed ludźmi zawsze udaje, że jest przebojowa i pewna siebie, ale to tylko poza. W głębi ducha jest tchórzem. Nigdy w życiu nie zeszłaby do cudzej piwnicy w środku nocy. Piwnice ją przerażają, są ciemne i ponure i kto wie, co się w nich kryje.

No właśnie... Dopóki tam nie zejdzie, nie będzie tego wiedziała.

Decyduje się wrócić do sypialni i już nawet stawia stopę na pierwszym stopniu, ale coś ją powstrzymuje. Niewiedza. Jeśli teraz wejdzie na piętro, przez resztę nocy będzie się zastanawiać, czy się przesłyszała. Bo nadal istnieje przecież możliwość, że wszystko sobie wymyśliła. Jeśli zejdzie i jedyne, co znajdzie, to grzejący żwawo piec, będzie mogła zasnąć spokojnie.

Cofa się i niepewnie rozgląda. Odnalezienie wejścia do piwnicy nie jest wyzwaniem, to pierwsze drzwi na prawo od głównego wejścia, jeszcze w sieni, odcięte od reszty piętra. Drżącą dłonią naciska klamkę i włącza światło na schodach. Stawia stopę na pierwszym stopniu, a drewno aż trzeszczy pod jej ciężarem.

Stukot rozbrzmiewa ponownie i tym razem nie kończy się na kilku uderzeniach - dźwięk wypełnia całą piwnicę. Agnieszka nie może już udawać, że tylko to sobie wymyśliła.

Ktoś tam jest.

Oddycha głęboko i zatrzymuje się na ostatnim stopniu, gdzie w nieotynkowanym korytarzyku odnajduje włącznik światła. Chłód przeszywa jej ciało i odsłonięte nogi. Żałuje, że nie założyła choćby skarpetek. Z łatwością rozpoznaje drzwi, zza których dobiega dźwięk. Po pierwsze, do wszystkich innych pomieszczeń prowadzą niezabudowane wnęki. Po drugie, jedyne drzwi na korytarzyku są metalowe, i to właśnie w nie uderza ktoś po drugiej stronie głuchymi łupnięciami.

Agnieszka podchodzi do nich ze wciąż wstrzymanym oddechem.

- Halo? - pyta, z trudem panując nad drżącym głosem. - Jest tam kto?

Odpowiada jej zdławiony pisk. Agnieszce wydaje się, że należy do kobiety.

- Możesz się odezwać?

Pisk się powtarza, a do niego dochodzi kolejne łupnięcie w drzwi. Agnieszka wzdryga się ze strachu. To się naprawdę dzieje. Znalazła się w jakimś cholernym podcaście true crime, w którym czarujący młody mężczyzna trzyma w piwnicy porwaną kobietę. Może dziewczyna miała dzielić z nią celę. Boże, i ona sama wpakowała mu się do domu. Do łóżka.

Co za cholerna idiotka.

- Potrzebujesz pomocy? - pyta cicho.

Odpowiada jej łupnięcie. Agnieszka irytuje się na siebie; nie porozmawia z kimś, kto pewnie jest zakneblowany, żeby nie robił zbędnego hałasu. Dziewczyna naciska klamkę, która nie ustępuje. Szarpie za nią jeszcze kilkukrotnie, aby się upewnić, że nie ma prostego wyjścia z tej sytuacji.

A skoro nie ma prostego, to co jej pozostało? Wybiec w ciemności na dwór, bez spodni i na boso. Dobiec do domu tego dziwnego staruszka z lornetką i...

Agnieszka wzdryga się na tę myśl. To jedyny budynek w okolicy, ale ona do niego nie pójdzie. Ten dziadek za bardzo ją nastraszył. Co jeszcze?

Rozważania przerywa jej kolejne łomotanie w drzwi.

- Jestem tutaj - mówi. - Poczekaj. Nie wiem, co robić. Chwila. Zaraz coś wymyślę.

Idzie przed siebie korytarzem i nie dostrzega już, że całe jej ciało drży z zimna i ze strachu. Zagląda do kolejnych pomieszczeń z nadzieją, że znajdzie coś, cokolwiek, co jej pomoże. Nie ma pojęcia co. Łom? Siekierę? Czym można sforsować metalowe drzwi? A przecież to wszystko narobi tyle hałasu! Jeśli poprzednim razem dziewczyna usłyszała łomotanie w kuchni, to teraz Jacek też by usłyszał, gdyby próbowała rozbić zamek.

Jacek...

Agnieszka zatrzymuje się w pół kroku, gdy w jej głowie pojawia się wspomnienie sprzed kilku godzin. Byli wtedy w sypialni i mężczyzna ściągał dżinsy, a materiał upadł na podłogę z cichym klekotem. Nie, to nie był klekot. Bardziej brzdęk, metaliczny brzdęk. Klucze.

Musi trzymać je w kieszeni.

Agnieszka podbiega do metalowych drzwi.

- Pójdę na górę i wyciągnę mu klucze z kieszeni - oznajmia.

Po chwili ciszy odpowiada jej łupnięcie po drugiej stronie. Agnieszka rusza przed siebie, ale znów gwałtownie się zatrzymuje. Nachyla się do metalowej powierzchni.

- Zaraz wracam. Trzymaj się tam, dobrze? Wyciągnę nas stąd, obiecuję.

23

Agnieszka

Agnieszka skrada się po schodach ze wstrzymanym oddechem, modląc się, by żaden stopień nie zawiadomił przedwcześnie Jacka o jej powrocie do sypialni. Budynek jest pogrążony w ciemności, ale ona nie chce włączać światła.

Potyka się na ostatnim stopniu i traci równowagę, ale udaje jej się upaść na tyle lekko, by nie narobić hałasu. Wypuszcza powietrze z ust i oddycha głęboko. Cała się trzęsie ze strachu. Myśli o tym, że nie może tak panikować, gdy wejdzie do sypialni. Tam musi być szybka, konkretna i bezszelestna.

Ale Agnieszka jest zwykłą nastolatką. Bywa niezdarna. Nigdy dotąd zresztą nie czuła potrzeby, by nad tą niezdarnością pracować - mama powiedziała jej kiedyś, że w końcu z tego wyrośnie.

Presja zaczyna ją przytłaczać. Przystaje przed uchylonymi drzwiami do sypialni, gdzie dopada ją zwątpienie. Teraz, gdy odkryła, jakim Jacek naprawdę jest człowiekiem, nie chce zrobić nic, co by go rozzłościło.

Nie może sobie pozwolić na fałszywy krok.

Delikatnie pcha drzwi i patrzy, jak przesuwają się w zawiasach i zatrzymują kilka centymetrów od ściany. Wchodzi do pokoju i przystaje przed łóżkiem. Jacek nie zmienił pozycji, odkąd go zostawiła - wciąż jest wyciągnięty na materacu, z ramionami nad głową. W dalszym ciągu chrapie.

Aga opada na kolana i po omacku zaczyna szukać ubrań, które kilka godzin temu zrzucali z siebie na wszystkie strony. Przymyka oczy, bo pod jej powiekami pojawiają się mgliste obrazy. Nie ma pojęcia, ile wypili, ale pod koniec butelka była prawie pusta. Agnieszce szumiało w głowie, gdy szli razem po schodach na piętro. Jacek pomógł jej ściągnąć bluzkę. Swoimi ubraniami zajął się sam.

Błądzi palcami po dywanie, aż napotyka obcy materiał. Zaciska na nim palce. Dusi westchnienie ulgi, gdy rozpoznaje swoją skarpetkę. Potrzebuje reszty ubrań, jeśli ma za chwilę wybiec w listopadową noc. Wraca myślami do opowieści z samochodu, która nagle przestaje być tylko bajką. Nie ma zamiaru skończyć jak ofiary zamieci, zagubiona w głębi lasu, zamarznięta na śmierć, bo pomoc nie nadeszła. Agnieszka wie na pewno, że pomoc nie przyjdzie.

To ona jest pomocą.

Zakłada najpierw spodnie, potem jedną skarpetkę i wraca do poszukiwań. Wreszcie trafia na coś szorstkiego. Dżins. Znalazła! Teraz musi być naprawdę ostrożna, bo klucze są sczepione razem - inaczej nie zabrzęczałyby przy zdejmowaniu spodni. Agnieszka nie może pozwolić sobie na to, by hałasowały. Wodzi delikatnie palcami po materiale, szukając zgrubień i kantów. Znajduje nogawkę. Ostrożnie przesuwa w rękach dżins i porusza dłonią w górę, aż do kieszeni. Pierwsza z nich jest pusta, ale teraz już z łatwością odnajduje drugą. W środku trafia na chłodny metal. Zaciska na nim palce i pociąga ostrożnie.

Klucze z brzdękiem wypadają z kieszeni, a spodnie lądują na podłodze. Agnieszka wciąga powietrze i zamiera. Zaciska dłoń na pęku, żeby pod żadnym pozorem nie wydał już z siebie żadnych dźwięków. Czeka jeszcze chwilę nieruchomo, ale w pokoju panuje cisza. Chyba jej się udało. Niby to było tylko ciche brzdęknięcie, ale i tak się bała, że mogłaby obudzić Jacka.

Chwila.

W pokoju panuje cisza.

Dopiero po chwili zaczyna rozumieć, co to oznacza. Jacek przestał chrapać. Dziewczyna delikatnie unosi głowę i zerka na łóżko. Mężczyzna się nie poruszył, jej uszu nie dobiegł żaden szelest pościeli. Ale czy dalej śpi? Jeśli się obudził, może zauważyć, że nie leży obok niego. Zdziwi się, gdy zobaczy ją na kolanach na dywanie, w spodniach i z kluczami w ręku, ale do tego musiałby zapalić światło. Musi mieć plan na to, jak powstrzyma go od zapalenia światła, jeśli zaraz się podniesie.

Powie coś. Wymyśli wymówkę.

Agnieszka próbuje się skupić, ale w jej głowie panuje szalony kołowrotek i każda myśl wybrzmiewa ledwie do połowy, nim zastępuje ją dziesięć kolejnych. Trzęsie się ze strachu i nie panuje już nad przyśpieszonym oddechem. Dlaczego musi tak sapać? Dlaczego hałasuje właśnie teraz, gdy tak ważne jest, by nie wydawała z siebie żadnego dźwięku? Zaczyna ją boleć żołądek. Już nigdy więcej nie ucieknie z domu. Będzie chodzić do szkoły. I uczyć się na sprawdziany. Obiecuje sobie, że jeśli uda jej się wyjść z tego budynku cało, zostanie idealną córką i uczennicą. Nie wie, z kim zawiera tę umowę, tak jakby z tym na górze, mimo że nigdy nie była wierząca i nie bawiła się w żadne pertraktacje z siłami wyższymi.

Ale teraz jest zdesperowana.

Krew w jej głowie powoli przestaje szumieć, a myśli wracają na swoje miejsce. Jacek się nie poruszył, a z odległości kilku metrów Agnieszka słyszy jego spokojny, miarowy oddech. Udało jej się, nie obudziła go.

Może przestać panikować.

Opiera dłonie o dywan i podnosi się z podłogi. Przygląda się z uwagą ciału Jacka, leżącemu bezwładnie w tej samej pozycji. Nawet nie drgnął, a jej prawie odbiło. Kręci głową z frustracji na siebie i ostrożnie się wycofuje. Na ciemnej klatce schodowej łapie się poręczy i schodzi po schodach, niemal odrętwiała, gdy adrenalina wreszcie opadła. Nie może sobie pozwalać na taką panikę. Nie pomoże jej to w ucieczce z tego domu.

Idzie do piwnicy, gdzie włącza ostre białe światło wiszącej smętnie pod sufitem jednej żarówki i puka do metalowych drzwi.

- Wróciłam z kluczami - melduje kobiecie po drugiej stronie. - Zaraz stąd wyjdziemy.

Kluczy w pęku jest pięć, więc testuje je jeden po drugim, a w międzyczasie planuje, co zrobić dalej. Ma w głowie chaos, za bardzo się tym wszystkim zestresowała, a to nie pomaga. Czy dadzą radę wybiec stąd w listopadową noc bez przygotowania? Może to nie jest dobry pomysł. Agnieszka nie jest pewna, czy poradzą sobie same.

Nie może zadzwonić po rodziców, bo nakłamała im, gdzie się znajduje. Pozostaje policja. Czy potraktują ją poważnie? Chyba będzie musiała się o tym przekonać. Zostawiła plecak z telefonem w salonie. Zgarnie go przed wyjściem i wezwie pomoc.

Piąty klucz w pęku wsuwa się gładko w zamek i obraca. Agnieszka naciska klamkę. Nic. Szarpie. Obraca klucz jeszcze raz i dopiero wtedy drzwi się przed nią otwierają. W środku pali się światło.

Pierwszym, co do niej dociera, jest okropny smród. Odór moczu i rozkładu jest tak intensywny, że odruchowo cofa się o krok i przykłada dłoń do nosa, żeby odciąć nieprzyjemne doznanie. Nie pomaga i dziewczyna zaczyna kaszleć.

Otwiera drzwi szerzej i zagląda do środka. Pośrodku typowej piwniczki znajduje się pożółkły materac. Ściany są gołe, posadzka też, jedno okienko pod sufitem czymś zastawiono. Agnieszka robi krok do środka i dostrzega ruch tuż przy swoich stopach. Spuszcza wzrok. Znów przykłada dłoń do ust i wciąga głośno powietrze.

Na podłodze leży chude ciało ze związanymi ze sobą kostkami i nadgarstkami. Pod brązowym kołtunem dziewczyna dostrzega najpierw knebel, a potem brązowe oczy, nienaturalnie wielkie w porównaniu do reszty twarzy. Panika znów ogarnia jej ciało. Ta kobieta nie wygląda jak ktoś, kto mógłby zaraz biec przez pole do Rogoża. Agnieszka przeklina w myśli i już ma przyklęknąć przy ciele, gdy za jej plecami rozlega się męski głos:

- Kochanie, co ty robisz?

24

Agnieszka

Dziewczyna wydaje z siebie mimowolny krzyk. Cofa się i przyciska do ściany. Jacek stoi na ostatnim stopniu, w samych spodniach dresowych, z potarganymi włosami i łagodnym uśmiechem na twarzy. Łagodny uśmiech przeraża Agnieszkę bardziej, niż zrobiłyby to krzyki i wyzwiska. Po jej plecach przebiega dreszcz. Nie może się ruszyć.

Znalazła się w pułapce.

Jacek podchodzi bliżej, kręcąc wymownie głową.

- Przysięgam, że wszystko ci wyjaśnię - mówi i bierze ją za rękę. - Wiem, że źle to wygląda, ale musisz mi zaufać. Zaufasz mi?

Agnieszka gapi się na niego bez słowa, z rozchylonymi ustami i oczami rozszerzonymi ze strachu. Jacek wyciąga ją delikatnie z piwniczki i zamyka za nimi drzwi, zostawiając związaną kobietę na posadzce. Przekręca w zamku klucz i wsuwa pęk do kieszeni spodni dresowych.

- Musiałaś się nieźle wystraszyć - dodaje łagodnie. - Przepraszam. Nie byłem z tobą do końca szczery, ale musisz mnie wysłuchać. Obiecuję, że to wszystko będzie miało sens, jeśli tylko mnie wysłuchasz. Jesteś ze mną?

Agnieszka nie jest w stanie wykrztusić ani słowa. Nie spuszcza wzroku z mężczyzny, niepewna, czy jej zaraz nie zaatakuje. A może wrzuci ją do piwnicy. Może po prostu zabije.

Dokąd oni idą?

Czuje na ramieniu uścisk dłoni Jacka, który cierpliwie prowadzi ją na piętro. Wchodzą do kuchni, gdzie sadza odrętwiałą ze strachu dziewczynę na krześle pod oknem. Agnieszka nie protestuje; nie rozumie, dlaczego Jacek jest taki spokojny i mówi do niej tak łagodnie. Szumi jej w głowie. Ledwie może skupić się na tym psycholu, który nastawia wodę na herbatę.

- Wiem, że jest późno, ale dobrze nam zrobi coś ciepłego - mówi mężczyzna. - Wszystko okej? Nie odzywasz się.

Agnieszka pyta go niepewnie:

- Ty... Ty... chcesz mnie zabić?

Jacek potrząsa głową. Klęka przed nią i bierze jej dłonie w swoje. W tej pozycji nie jest już taki straszny i dziewczyna wreszcie przestaje drżeć.

- Absolutnie nie. Proszę, Aga, nie bój się mnie, jestem tym samym facetem, którego poznałaś wczoraj. Pozwól, że wyjaśnię ci, skąd ta kobieta się tam wzięła. Obiecuję, że kiedy skończę, nie będziesz się mnie bała.

Agnieszka ma wrażenie, że już to słyszała, ale nerwowo przełyka ślinę i kiwa głową. Jacek nalewa wrzątku do kubków i stawia jeden przed nią. Następnie przystawia sobie krzesło naprzeciwko dziewczyny, siada tak, że ich kolana się ze sobą stykają, i znowu chwyta ją za dłonie.

- Ta kobieta jest niebezpieczna - stwierdza. - Poznaliśmy się online. Wiesz, ja tu byłem bardzo samotny. Widzisz, że mój dom stoi na końcu świata, za daleko od miast i ludzi, żeby udało mi się budować nowe relacje. A ona była miła, serio miła. Spotkaliśmy się kilka razy, aż zrozumiałem, że z mojej strony nic więcej z tego nie będzie, a ona... nie przyjęła tego dobrze. Zamieniła ostatnich kilka miesięcy mojego życia w piekło. W końcu zagroziła mi, że zgłosi na policji, że ją biłem. Nigdy nawet jej nie dotknąłem! Wiesz, co takie oskarżenia zrobiłyby mojej karierze pisarskiej? Byłbym zniszczony.

Agnieszka po raz pierwszy unosi wzrok, który do tej pory miała utkwiony w ich splecionych dłoniach. Czuje się odrobinę pewniej, od kiedy stało się jasne, że Jacek nie planuje jej skrzywdzić. Poza tym jego dłonie są duże i ciepłe, a oczy mężczyzny przepełnia szczery, głęboki żal. Dziewczyna znowu zaczyna oddychać.

- Ona ci groziła - powtarza cicho, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie.

- Chciała mnie zniszczyć.

- Bo dałeś jej kosza?

- Tak. I ja nie chciałem jej nic zrobić, przysięgam, ale włamała się do mojego domu. Weszła mi do sypialni z nożem w ręku, a gdy ją obezwładniłem, powiedziała, że zadzwoni na policję. A w takich sytuacjach policja zawsze wierzy kobiecie.

Agnieszka kiwa głową.

- Gdyby tu wtedy przyjechali, cała okolica by się o tym dowiedziała, a wiesz, jak jest na wsi. Wszyscy wszystkich znają. Z jednym z policjantów chodziłem do szkoły. Gdyby rozpowiedział innym, że pobiłem kobietę, do końca życia gadaliby za moimi plecami. Ale ja jestem niewinny. Nigdy nie chciałem żadnych problemów.

- Rozumiem.

- Więc... związałem ją i zamknąłem tam przedwczoraj.

Między nimi zapada paskudna, ciężka od niedopowiedzeń cisza, bo opowieść nagle się urywa. Jacek mówił naprawdę przekonująco i wygląda tak, jakby szczerze żałował znalezienia się w takiej sytuacji. Patrzy na nią tymi smutnymi oczyma, piękny, w samych spodniach dresowych i z potarganymi od snu włosami. Nie wygląda jak typowy seryjny morderca z filmów, z łysiną i wielkimi okularami na nosie. Ten Jacek tutaj jest zwykłym chłopakiem i przypadkiem wpakował się w sytuację, która szybko go przerosła.

- Naprawdę nie chcę, żeby coś stanęło nam na drodze - ciągnie mężczyzna jedwabiście miękkim głosem. - Aga, ja cię naprawdę lubię. Nie chcę, żeby nasza znajomość skończyła się na jednej nocy razem. Mam nadzieję, że ty czujesz podobnie.

Dziewczyna kiwa powoli głową.

- Chcesz, żebyśmy zaczęli się spotykać - podejmuje niepewnie, na co on uśmiecha się rozkosznie.

- Wiem, że to bardzo wcześnie, bo dopiero się poznajemy, ale jest między nami coś wyjątkowego. Ty też to na pewno czujesz. Więc wybacz mi śmiałość, ale... chciałbym być twoim chłopakiem. Co o tym myślisz?

25

Jacek

Po chwili, która wydaje się ciągnąć w nieskończoność, Agnieszka kiwa głową. Zgadza się na to, żeby zostali parą. Jacek wybucha śmiechem, bo nie sądził, że będzie to aż tak proste, i całuje ją w usta. Wciąga ją sobie na kolana i zarzuca jej ręce na swoje ramiona. Ciało pod jego palcami jest ciepłe, młode i chętne. Dokładnie takie, jak lubi.

Kryzys zażegnany.

- Ale Jacku... - zagaduje cicho dziewczyna wprost do jego ucha. - Co my z nią zrobimy? Nie może przecież siedzieć w tej piwnicy, musimy ją wypu...

- Ja wiem, co z nią zrobimy - przerywa jej. - Musimy się jej pozbyć, a ty mi w tym pomożesz. A kiedy się jej pozbędziemy, zaczniemy żyć długo i szczęśliwie.

Jej ciało znów sztywnieje, a Jacek boi się, że mu umyka. Przygarnia ją do siebie i zaczyna całować, a jej usta nie stawiają oporu. Przerywa dopiero w momencie, gdy czuje, że Agnieszka się rozluźnia.

- Nie martw się tym, Aga. Ja się o wszystko zatroszczę. To będzie nasz wspólny sekret. Taki sekret, który złączy nas na zawsze. A teraz chodź, jest środek nocy. Prześpimy się ze wszystkim i jutro rano zajmiemy się tym problemem.

Agnieszka próbuje ześlizgnąć mu się z kolan, ale on przytrzymuje ją za uda i podnosi się z krzesła z ciężarem w ramionach. Dziewczyna piszczy i obejmuje go mocniej za szyję. Jacek robi to częściowo dla żartu, a częściowo po to, by jej pokazać, kto tutaj jest silniejszy.

No i oczywiście, żeby się popisać. Niech Aga wie, jakiego ma silnego chłopaka... dopóki jeszcze go ma.

Jacek jest z siebie bardzo zadowolony. Uważa, że zmyślone naprędce kłamstwo wyszło mu wyjątkowo przekonująco - chyba jednak czegoś się nauczył jako partner pisarki przez tych kilka miesięcy. Samanta też potrafiła nieźle zmyślać. Kiedyś opowiadała mu historię, kilka rozdziałów książki, i brzmiała przy tym tak, jakby mówiła o prawdziwych ludziach. I to ona właściwie, jeśliby się nad tym głębiej zastanowić, nauczyła go kłamania. Przecież to ona zmuszała go do codziennego stawania przed kamerą i powtarzania tego, co przygotowała.

Mała, jebana oszustka.

Jacek wnosi Agnieszkę po schodach i rzuca na łóżko, gdzie jeszcze raz uprawiają seks. Tym razem dziewczyna jest sucha, to już nie to samo co wieczorem, po dwóch kieliszkach wina, ale po kilku pchnięciach otwiera się na niego. Wije się pod nim i jęczy cicho, dopóki nie kończy. Tym razem nie pozwala jej wyślizgnąć się z silnego uścisku. Układa się z nią na łyżeczkę i obejmuje ramionami tak, by nie była w stanie drugi raz wymknąć się niepostrzeżenie. Postanawia poczekać, aż Agnieszka zaśnie - to dla niego żaden problem, bo przez ostatni tydzień chodził spać dużo później niż o drugiej w nocy, wreszcie nieprzymuszony koniecznością porannych pobudek do pracy. A więc czeka.

I słyszy nerwowy oddech dziewczyny.

- Nie możesz zasnąć z przejęcia, co? - mruczy jej do ucha.

- Myślę nad tym, jak to jutro zrobimy.

- Nie musisz się tym martwić. Ja już wszystko zaplanowałem. Nikt nigdy się o niczym nie dowie.

- Byłoby mi chyba łatwiej zasnąć, gdybym wiedziała, czego się spodziewać.

- Nie wystraszą cię takie myśli tuż przed snem?

- Mam przecież ciebie.

Jacek już wcześniej był zaskoczony tym, jak łatwo mu poszło, ale teraz Agnieszka wprawia go w podziw. Jest taka spontaniczna. Szalona. Dopiero teraz uświadamia sobie, jak bardzo irytowało go poukładanie Samanty. On potrzebuje w życiu więcej przygody. Więcej... No, sam nie wie, czego jeszcze. Na pewno nie tego dorosłego życia, w którym każdy dzień wyglądał tak samo. Rutyna go zabijała.

- Lubisz takie rzeczy? - mruczy jej do ucha.

- Może i lubię, a co?

- Fajna jesteś.

Agnieszka nie odpowiada, a jej oddech cichnie i Jacek uznaje, że zaczyna przysypiać. Po dłuższej chwili dziewczyna jednak znów go zagaduje:

- To co planujemy na jutro? Jak... Jak chcesz to zrobić?

- Naprawdę chcesz tego teraz słuchać?

- Tak.

Jacek nawet się nie waha. Ma od dawna ustalony plan na takie sytuacje - plan, który rozwijał się w jego głowie latami, gdy słuchał tego i owego albo oglądał w telewizji programy o kryminalistach, którzy zbyt łatwo dawali się złapać. Myślał wtedy sobie, co on by zrobił, żeby nikt się o niczym nie dowiedział.

- Uduszę ją. I tak jest już związana i słaba, nie wyrwie mi się. Nie musisz przy tym być, rozumiesz? Nie chcę, żebyś się wystraszyła.

Agnieszka leży nieruchomo.

- Co dalej?

- Zakopiemy jej ciało w tej mogile w lesie. Ty tam nie byłaś, ale to o tym miejscu opowiadała ci ta kobieta, która cię podwiozła. Niedaleko stąd jest taki niby pomnik postawiony na cześć tych uczniów, którzy zginęli w zamieci. Ziemia tam jest zagrabiona, a wokół pomnika leży pełno plastikowych wieńców, sztucznych kwiatów i zniczy. Rozkopiemy wszystko, przysypiemy liśćmi i zastawimy z powrotem. Nikt nie będzie jej tam szukał. A nawet jeśli kiedyś ktoś znajdzie jakąś zabłąkaną kość, pomyśli, że należy do pochowanych tam dzieci. Nieźle to wymyśliłem, co?

- Wow. Jesteś bardzo mądry.

- Do tego pewnie będę potrzebował twojej pomocy. Potrzebuję kogoś, kto stanie na czatach. Rzadko kiedy ktoś tam przychodzi, ale się zdarza, więc to tak na wszelki wypadek.

- Jasne.

Jacek odnajduje dłoń Agnieszki w ciemności i splata jej palce ze swoimi. Podoba mu się to. Może nawet... go kręci? Czuje napływ krwi do lędźwi i budzące się w nim podniecenie, choć dziś jest już zbyt zmęczony na kolejną rundę. Jutro zrobią z Agnieszką coś ryzykownego. Nie może się tego doczekać.

- A jej rzeczy spakujemy do jej samochodu. Niedaleko stąd jest jezioro Kownatki, z niskim brzegiem. Stoczymy samochód do wody, nikt go tam nie znajdzie.

Jacek przymyka oczy i oddaje się fantazji. Pokaże wszystkim, że można popełnić zbrodnię doskonałą i nie dać się złapać. Wystarczy tylko trochę pomyśleć. Może wyzna prawdę na łożu śmierci czy coś, żeby wszyscy się dowiedzieli, jakiego geniusza nie doceniali.

- Ona ma tutaj swoje rzeczy? - pyta cicho Agnieszka. - Myślałam, że włamała ci się do domu.

Jacek czuje rosnącą irytację. Nie podoba mu się, że kwestionuje jego słowa. Ona nie jest tu od myślenia. To jego działka. Nie powinna zadawać takich głupich pytań. Reaguje odruchowo, odbijając jej pytania atakiem:

- Co, wątpisz we mnie? Myślisz, że cię okłamałem?

- Nie, no skąd! Ja tylko... sprawdzam wszystkie opcje. Wiesz, na wszelki wypadek. Nie chcemy, żeby ktoś nas przyłapał, nie?

- Nie zawracaj sobie głowy myśleniem. Wszystko zaplanowałem, zdaj się na mnie.

Leżą dłuższą chwilę w ciszy, aż Jackowi zaczynają się kleić powieki. Ten drugi numerek go tak urządził, normalnie nie byłby o tej porze jeszcze śpiący. Ziewa i wtula twarz w kark Agnieszki.

- Rodzice mogą jej szukać.

- Ona od dawna nie ma z nimi kontaktu.

Zapada kolejna długa cisza, wypełniona jedynie spokojnym rytmem ich oddechów. Jackowi jest ciepło i wygodnie. Ogarnia go błogie rozluźnienie. Następne pytanie dociera do niego jak przez mgłę, odległe, niemal senne. Musi skupić całą uwagę, żeby zrozumieć jego sens.

- Twoi rodzice jej nie poznali?

- Do diabła z moimi rodzicami - mamrocze. - To para szurów, którzy nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa. Spierdolili mi dzieciństwo i tyle wystarczy, moje dorosłe życie to nie ich interes.

Irytacja trochę go otrzeźwia i dopiero teraz dociera do niego, że powiedział więcej, niż zamierzał. Nawet z Samantą nie rozmawiał o swoich rodzicach. Ten temat budził w nim zbyt wiele złości. Wiedziała o tym i nieraz namawiała go na terapię, ale nie było mowy, żeby się zgodził. Miałby usiąść naprzeciw obcego faceta i opowiadać, jak mamusia z tatusiem skrzywdzili go w dzieciństwie? Nie, to nie było dla niego. Ze swoimi problemami radził sobie po męsku - udawał, że nie istnieją. A kiedy złość robiła się zbyt duża, otwierał piwo. Albo pięć.

Tak jak to robią prawdziwi mężczyźni.

- Nie dogadywałeś się z nimi? - drąży Agnieszka.

- Nie.

- Ja ze swoimi też nie bardzo.

- Widzisz? Wiedziałem, że jesteśmy dla siebie stworzeni.

Dziewczyna nie mówi już nic więcej. Jacek natychmiast przestaje myśleć o rodzicach. Dla niego to temat zamknięty, w którym nie ma nic do dodania. Było i się skończyło. Ważniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz. Drobne ciało w jego ramionach. Ciepła pościel, ciepły dom. Sen, który lada moment...

- Chcę cię o coś zapytać - zagaduje nagle Agnieszka.

Jacek z frustracji warczy w poduszkę. Przyciska dziewczynę mocniej do siebie, żeby się wreszcie, kurwa mać, zamknęła.

- Jutro - mówi stanowczo.

- To tylko jedno szybkie pytanie.

- I potem już zaśniesz?

- Obiecuję.

- No to słucham.

- Bo mówiłeś o tym grobie, jakbyś się na tym dobrze znał... Jakbyś wiedział, że najlepiej jest schować zwłoki między innymi zwłokami. I tak się zastanawiam... Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz, ale jestem tylko ciekawa...

- Wyduś to z siebie.

- Czy to będzie twój pierwszy raz, to, co jutro zrobimy? To totalnie okej, jeśli robiłeś to już wcześniej, jestem tylko ciekawa.

Jacek unosi się na łokciu i przyciąga do siebie dziewczynę tak, że odwraca się na plecy. W tej pozycji jego twarz jest kilka centymetrów nad jej twarzą. W półmroku dostrzega zarys ciała Agi, ale nie wyraz jej oczu czy mimikę. Mimo to jest pewien, że w skupieniu go obserwuje.

- Tak naprawdę jestem seryjnym mordercą, który zakopał w tej mogile dziesiątki ciał - mówi z udawaną powagą. - Pozbyłem się każdego, kto mi w życiu podpadł. Nauczycielki ze szkoły. Koleżanki z piaskownicy. Kolegi z liceum, który odbił mi dziewczynę. Nikt się nigdy tego po mnie nie spodziewał, bo taki ze mnie dobry chłopak.

Agnieszka wybucha nerwowym śmiechem. A może wcale nie nerwowym, tylko Jackowi ze zmęczenia tak się wydaje.

- Za kogo ty mnie masz? - pyta ją, nie ukrywając irytacji. - Ja tylko chcę siedzieć w swoim domu, nikomu nie przeszkadzać i pisać kolejne książki. Nie mam czasu na mordowanie. Ale mam czas na ciebie. Jesteś wspaniała, wiesz? Bystra, ładna i przebojowa. Nigdy nie sądziłem, że poznam kogoś takiego jak ty. I mam nadzieję, że jutro, gdy już zrobimy to, co musimy, będziemy mogli otworzyć nowy rozdział naszego życia. Wspólny. Nie mogę się już doczekać, a ty?

Pochyla się i całuje ją w usta, a ona odpowiada mu entuzjastycznie. Ich języki bawią się ze sobą, a ślina rozmazuje się na wargach i podbródku. Nie przeszkadza mu to, niech dziewczyna wie, że myśli o niej na poważnie. W końcu się od niej odrywa i wraca do poprzedniej pozycji, z Agnieszką zakluczoną w jego ramionach. Przerzuca nogę nad jej udem.

- Ja też nie mogę się już doczekać - szepcze słodko dziewczyna. - Dobranoc.

- Dobranoc, kochanie.

26

Borys

Borys nie urodził się nieudacznikiem. Stał się nim przez własne decyzje.

Jest poniedziałek, dziesiąta rano, gdy zajeżdża pod dom Smarzka. Rozwozi listy od trzech godzin i cały ten czas myśli o Jacku, choć po kilku dniach zamartwiania się dziś czuje głównie odrętwienie.

W czwartek stresował się najbardziej. Skończył pracę jak w transie, ale przez resztę dnia nie przestał myśleć o spięciu z chłopakiem. Naprawdę nie jest typem człowieka, który interesuje się innymi, a już szczególnie nie teraz, z zawiasami na karku, kiedy jedyne, czego pragnie, to unikać kłopotów jak ognia. Niepotrzebnie się bronił i powalił Jacka na ziemię.

Co zrobiłby Borys, gdyby Smarzek wezwał służby?

Nic. Miałby przesrane.

Spodziewał się, że policja przyjdzie z nim porozmawiać jeszcze tego samego dnia. Przesiedział w nerwowym oczekiwaniu cały czwartek, powoli godząc się z faktem, że nawalił i będzie musiał ponieść konsekwencje. Te zaś były mu doskonale znane. Zawiasy zamienią mu na odsiadkę, a on na zawsze pożegna się z przyjemną posadką listonosza i wizytami dzieci raz w miesiącu.

I nie może za to winić nikogo poza samym sobą.

Jakby tego było mało, właśnie na ten weekend przypadała wizyta dzieciaków, która wiązała się z masą kolejnych problemów do rozwiązania - ale przynajmniej takich, na które miał jakiś wpływ. Spędził te dwa dni z poczuciem, że może to być ich ostatni wspólny weekend, więc chciał wykorzystać każdą chwilę. Paradoksalnie sprawiło to, że przestał wypatrywać policji i zadręczać się tym, że przywalił młodemu Smarzkowi.

Ponure myśli wróciły dopiero w poniedziałek rano, gdy na poczcie odebrał przesyłki do rozwiezienia. Jedną z nich była gruba koperta zaadresowana do Samanty. Dopiero wtedy dotarło do niego, że wolałby odciąć sobie rękę, niż wrócić do tego domu.

Nie miał jednak innego wyjścia.

Najgorsze było poczucie, że cokolwiek zrobi, nic nigdy nie chce ułożyć się po jego myśli. Jakby mając w życiu do wyboru dwie ścieżki, zawsze popełniał błąd i wybierał tę złą. I nie myślał tu nawet o pójściu do więzienia, bo za to odpowiedzialność brał na klatę. Po prostu... zawsze coś było problemem.

Piętnaście ostatnich lat życia mu nie wyszło. Nie ułożyło się. Nie planował tego przecież, nigdy by sobie nie wyobrażał, że tak to się wszystko potoczy. A jednak się potoczyło - miał wrażenie, że bez jego zgody czy udziału. Czuł się tak, jakby ktoś inny sterował jego życiem, a on tylko się wszystkiemu przyglądał.

Ten weekend był marny, bo dzieciaki już dorastają, a przez rozmowy z Anką zaczynają dostrzegać i rozumieć rzeczy, które kiedyś umykały ich uwadze. No ale tak musi być. Anka ich przeciwko niemu nie nastawia, po prostu wyjaśnia im rzeczowo, opierając się na faktach, jak tatuś zawalił życie sobie, a w konsekwencji również im. Nigdy nie miał z nimi dobrego kontaktu, ale w ostatnich latach ich relacja jakimś cudem jeszcze bardziej zdołała się pogorszyć.

A on w przeciwieństwie do Anki nie potrafił się ładnie wysłowić ani elokwentnie wyjaśnić, czemu był za młodu głupi. No po prostu był, co tu dużo gadać? W ogóle nie tak to miało wszystko wyglądać.

Anka była nauczycielką i pochodziła z porządnej rodziny, jej rodzice wykładali na uczelni w Olsztynie. Z dystansem patrzyli na zięcia spawacza, bo w tamtych czasach chciało się dla swojego dziecka męża w garniturze, w pracy biurowej. Takie były czasy, że praca za biurkiem miała gwarantować bezpieczeństwo.

No ale robił, co mógł.

Dopóki mógł.

Pierwszy raz noga powinęła mu się siedem lat temu, kiedy Anusia siedziała z maluchami w domu. Firma w Działdowie, w której był zatrudniony, została rozwiązana właściwie z dnia na dzień. Trochę przesiedział na zasiłku, trochę w jednej pracy, trochę w drugiej, ale to była lichota i Anka doskonale o tym wiedziała. Dostawał kasę pod stołem, z opóźnieniami, czasem przez kilka miesięcy wcale - jak to bywało tu, na Mazurach. A że wtedy jeszcze był młody i miał niewyparzoną gębę, to raz czy drugi przygadał szefostwu i wracał do punktu wyjścia, do szukania kolejnej roboty.

Tak jakoś minęły mu dwa lata. Kasy ubywało, dzieciaki dorastały, Anka traciła cierpliwość... i dokładnie wtedy, pośrodku tego tygla kłopotów, odezwał się do niego stary znajomy z zawodówki. Wyszli na piwo raz, drugi. Za trzecim spotkaniem mieli już przygotowany plan włamania do lombardu, w którym kumpel pracował.

Miało być łatwo i bezpiecznie, bo przecież kumpel wiedział, gdzie jest monitoring, gdzie kasa i jak wyłączyć alarm. Jako mózg operacji przekazał wszystko Borysowi, który miał usłużyć swoich rączek. Wszystko zaplanowali. Borys wreszcie znalazł rozwiązanie problemów: przyniesie kasę do domu, Anka się ucieszy, dzieciaki dostaną nowe ciuchy. Wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, a on kupi sobie trochę czasu, dopóki nie znajdzie nowej roboty.

Poszło elegancko. A przynajmniej dopóki kumpel go nie wsypał. Tłumaczył się potem, że szefostwo się na niego uwzięło, policja dyszała mu w kark i sam nie wiedział, co robić dalej. Spanikował. Nie miał nic złego na myśli. Tak jakoś wyszło.

Borys poszedł siedzieć na dwa lata. Po wyjściu układało mu się jeszcze gorzej, bo bez kartoteki ciężko o pracę na tym wypiździejewie, a z kartoteką to już w ogóle szkoda gadać. Anka namawiała go na przeprowadzkę do Olsztyna, do miasta i do jej rodziców, ale stosunki Borysa z teściami były już w tamtym czasie fatalne, bo to jedna rzecz mieć zięcia spawacza, a druga - spawacza i kryminalistę. Borys nie miał im tego za złe.

Strasznym był idiotą z tym lombardem.

Ale dopiero jego kolejne potknięcie sprawiło, że Anka spakowała dzieci i na dobre się wyniosła.

No, potknięcie.

Wybitny przypadek głupoty.

Myśli Borysa przez cały poniedziałkowy ranek błądzą po tych wszystkich wypadkach, przypadkach i zbiegach okoliczności, w których chciał czasem iść na skróty. Każdy idzie przecież czasem na skróty, bo tak wygląda życie biedaka w świecie, w którym nie ma roboty i nie ma wypłaty, a trzeba sobie radzić. Borys nie był wielkim kryminalistą i nie krzywdził ludzi, przynajmniej nie celowo. Teraz już rzadko rozpamiętywał te czasy, kiedy próbował być sprytny i zadbać o rodzinę kosztem właściciela lombardu, bo co było, to było, nie może sobie do śmierci tego wyrzucać. Postąpił bardzo głupio i mógłby sobie wymyślać wymówki, że przez te dwa lata na bezrobociu zżerało go od środka poczucie winy i wstyd, bo to on powinien być głową domu i zadbać o żonę, a nie potrafił. Ale co by to zmieniło?

Nie urodził się nieudacznikiem. Stał się nim przez własne decyzje. Ma na to zresztą niezbity dowód - zawiasy. Cena, jaką zapłacił za wybitny przypadek głupoty. Na samą myśl, że przez spotkanie ze Smarzkiem mógłby wrócić do więzienia, chce wleźć do ciemnej dziury i nigdy z niej nie wychodzić.

Dlatego o Samancie nie myśli, dopóki nie widzi w torbie zaadresowanej do niej przesyłki. Może powinien zostawić ją Waldemarowi i poprosić o przysługę? Dziadek i tak nie ma nic do roboty, spacer dobrze mu zrobi. A może lepiej byłoby zostawić kopertę na wycieraczce? Albo przetrzymać ją i spróbować dostarczyć jutro, jakby jeden dzień mógł sprawić, że Smarzek zapomni o ich spotkaniu?

Każda z tych opcji budzi w Borysie poczucie winy.

Samanta jest miłą dziewczyną. Minął zaledwie tydzień, od kiedy zobaczył na jej nadgarstkach siniaki. Cztery dni, od kiedy Smarzek powiedział, że wyjechała do rodziny. Borys zastanawia się, co zrobić. Może to te lata spędzone w towarzystwie szemranych typów spod ciemnej gwiazdy, ale potrafi poznać, kiedy coś się nie zgadza. Wyczuwa, gdy ktoś kłamie.

Czy Smarzek oskarżył ją o romans z listonoszem?

Co by zrobił, gdyby jej wyjaśnienia mu się nie spodobały?

Borys od dwóch lat stara się być rozsądnym człowiekiem. Nie miesza się w cudze sprawy, nie wyrywa przed szereg, przestał nawet chodzić do baru, w którym to wszystko się stało. Naprawdę chce być porządnym obywatelem - a przynajmniej takim, który nie łamie prawa.

Musi się tego trzymać przez najbliższych parę minut, upomina sam siebie w drodze do domu Smarzka. Przecina puste pole, mija domek Waldemara i wjeżdża na wzgórze. Kieruje się przeczuciem, kiedy parkuje w innym miejscu niż zwykle - nie pod samymi drzwiami wejściowymi, tylko dalej, za szopką, gdzie jego samochód ledwie widać z okien domu. Może niepotrzebnie, bo gdy mieszka się na takim pustkowiu, słyszy się każdy pojazd w okolicy. Sam nie wie, czemu to robi. Na desce rozdzielczej wybija dokładnie dziesiąta rano, co Borys dostrzega kątem oka tuż przed tym, jak gasi silnik.

Myśli o Samancie.

Myśli o dzieciakach, które wróciły już do Olsztyna, do matki i do szkoły, pozostawiając po sobie grobową ciszę w jego malutkim działdowskim mieszkanku.

Myśli o tym, że nie może ich stracić.

Musi trzymać nerwy na wodzy, żeby kolejne spotkanie ze Smarzkiem nie zakończyło się jak to poprzednie. Drugi raz może mu się nie upiec. A może tego kolejnego spotkania już nie będzie? Może Samanta wróciła od rodziny i zastanie ją w progu, uśmiechniętą, całą i zdrową? Borys się modli, żeby tak właśnie było.

Ze stresu robi mu się gorąco, więc podwija rękawy roboczej bluzy. Sięga do torby po list i wtedy jego wzrok pada na przedramiona. Nagle wydają mu się dziwnie obce. Pokrywają je tatuaże, te same, które wybrał zaraz po studiach, gdy wydawało mu się, że świat leży u jego stóp. Kiedyś były częścią niego, czymś oczywistym. Teraz wydają się należeć do kogoś innego. Czy on naprawdę był taki głupi, żeby wydziarać obok siebie smoka, chińskie symbole i wilka z obnażonymi kłami? Czy Borys naprawdę chciał odstraszać innych od siebie, jeszcze zanim się do niego odezwali?

Może wtedy tak było.

Teraz tego nie chce.

Wychodzi z samochodu z kopertą w dłoni i opuszcza rękawy bluzy, żeby nie patrzeć na tatuaże. Chłodne powietrze szczypie go w policzki. Tutaj, z dala od zabudowań okolicznych wsi i miasteczka, nic nie zwalnia przetaczającego się po otwartym polu wiatru. Borys zerka niechętnie w stronę stodoły i dostrzega, że drzwi do niej są uchylone. Nie na dużo, ledwie kilka centymetrów, ale wystarczająco, żeby zwrócić jego uwagę. Obok stodoły stoi stary, przerdzewiały samochód Smarzka.

Czy powinien sprawdzić, co znajdzie w środku?

Nie, nie powinien. Naprawdę nie powinien tego robić. Nie może nawet o tym myśleć. Nie może wręczyć Jackowi do ręki oskarżenia o włamanie.

Borys zwalnia kroku i zatrzymuje się przy uchylonych wrotach. Zerka niepewnie na okna domu Smarzka. Gdyby ktoś stał na piętrze za firanką, widziałby każdy jego ruch. Ale Borysowi wydaje się, że nikogo tam nie ma. Ostrożnie sięga po telefon, włącza latarkę i celuje nią w szczelinę w drzwiach. Nie wejdzie do środka, szybko tam tylko zerknie.

W ciemności stodoły widzi czerwony lakier.

Delikatnie uchyla drzwi. W środku stoi czerwony, bardzo kobiecy i bardzo miejski samochód. Kia, która wygląda jak przerośnięta żaba. Borys się cofa, przymyka drzwi, chowa telefon do kieszeni i wchodzi pośpiesznie na ganek, a w głowie aż szumi mu od adrenaliny. Nie chce wyciągać pochopnych wniosków, ale domyśla się, że samochód w szopce należy do Samanty.

To znaczy, że już wróciła.

Albo nigdy nie wyjechała.

Po karku spływa mu strużka potu. Dzwoni do drzwi. Robi krok do tyłu i nasłuchuje, a gdy odpowiada mu głucha cisza, dzwoni jeszcze raz. Zastanawia go to, bo przecież bryka Smarzka stoi przy stodole, więc jego właściciel musi być w domu. Może jeszcze nie wstał? Borys sprawdza godzinę w telefonie. Późna pora na pobudkę, ale nie takie rzeczy się zdarzają młodym ludziom. Listonosz dzwoni po raz trzeci i przystawia ucho do drzwi w taki sposób, żeby przez szybkę nie było widać, co robi. Słyszy serię uderzeń w głębi budynku. Chyba tupnięć. Mógłby przysiąc, że to czyjeś kroki. Spodziewa się, że zaraz ktoś mu otworzy, więc się cofa.

Ale nic więcej się nie dzieje.

Stoi niepewnie na ganku jeszcze przez chwilę, bez przekonania przygląda się drzwiom i myśli o tym, że naprawdę nie powinien się mieszać. Wyciąga gumkę recepturkę, zgina kopertę wpół i przywiązuje ją do klamki. Następnie odchodzi bez słowa.

Może to i lepiej, że nikogo nie zastał. Dzięki temu nie wdał się w żadną dyskusję, nie zadał kłopotliwych pytań i nie narobił sobie problemów. Myśli o dzieciakach. Może ma szczęście? Może tak właśnie miało być?

Wsiada do samochodu i odjeżdża.

Przemieszcza się przez pole Smarzka, a przed oczami migają mu wspomnienia. Ten bar. Ta głupia bójka. Zniszczony stół do bilardu. Jakiś obcy facet, któremu nie spodobało się to, jak Borys na niego patrzy. Anka mówiła mu potem: "Wystarczyło, że zobaczył te twoje tatuaże i pomyślał, że będziesz chciał się bić. Sam się o to prosiłeś".

Borys nie miał zamiaru robić nic głupiego. Pierwszych kilka zaczepek zignorował. Był wtedy po trzecim piwie, jego ulubiony poziom upojenia - akurat taki, żeby tylko odrobinę zaszumiało w głowie. Przyszedł do tego baru, żeby się odprężyć. Zrelaksować po pracy. Nie szukał kłopotów.

Ale tamten tego nie wiedział.

Po którejś z kolei zaczepce Borys stracił cierpliwość. Był od tego faceta niemal dwa razy większy, więc bójka nie trwała długo. Tak skończył się jego wieczór relaksu: zdemolowanym stołem bilardowym, który do dziś spłaca w ratach, i wyrokiem w zawieszeniu. Sędzia wykazał się zrozumieniem i uznał, że to nie on sprowokował zajście, choć trudno było oprzeć się wrażeniu, że niewiele też zrobił, aby go uniknąć.

Borys wjeżdża do Rogoża i parkuje przed sklepem, bo dopiero tutaj uświadamia sobie, że nie sprawdził, gdzie ma dalej jechać. Zaciąga ręczny, zrzuca bieg i opiera się płasko o fotel, z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy aż do pobielałych kłykci. Oddycha szybko, walczy z nadciągającą falą paniki. Rok temu sam się prosił o kłopoty. Tak uważała Anka i jej rodzice, tak twierdził też sędzia. Borys im wierzył.

Instynkt podpowiada mu, że powinien trzymać się od tego wszystkiego z daleka. Znowu się prosi o kłopoty. Znowu się miesza. Jeśli Smarzek się o tym dowie, wygada policji, że Borys go zaatakował. Anka usłyszy o jego rzekomym romansie z Samantą.

Gdyby mężczyzna był rozsądny, wróciłby do pracy i nie myślał o tych wszystkich dziwnych zbiegach okoliczności, które zwróciły jego uwagę. O tym, że w domu ktoś przebywał, ale mu nie otworzył. O samochodach zaparkowanych na podwórzu. O siniakach na nadgarstkach Samanty. Bo tak w ogóle to Smarzek mógł odwieźć swoją dziewczynę na autobus i jeśliby się zastanowić, można znaleźć pięć innych wymówek na wszystko, co zarejestrował listonosz.

Borys ignoruje te głosy. Ignoruje rozsądek. Musi... No cóż, musi się po prostu zachować przyzwoicie. Za te wszystkie razy w życiu, gdy mu się to nie udało.

Odrętwiałymi dłońmi wyciąga telefon i wybiera numer na ekranie. Z trudem łapie oddech, a palce tak mu drżą, że ledwie trafia w klawisze. Wciska zieloną słuchawkę i czeka, w głowie prawie mu się kręci ze stresu. Być może popełnia właśnie wielki błąd. Może rujnuje swoje życie. Jeszcze może się rozmyślić, może przerwać połącznie. Ale czy powinien to zrobić?

Borys ociera pot z czoła i właśnie wtedy w głośniku telefonu rozlega się kobiecy głos:

- Komenda Powiatowa Policji w Działdowie, słucham?

27

Waldemar

Samochód mija dom Waldemara tak szybko, że gdy staruszek odrywa wzrok od deski do krojenia, dostrzega za firanką już tylko rozchlapane błoto. Poprzedniej nocy padało, ziemia na drodze jest wilgotna i ruszona. Gdy po takiej drodze przejeżdża się szybko, pojawiają się koleiny. Będzie musiał później przejść się z łopatą i trochę je wyrównać. Dalszą częścią drogi powinien zajmować się Jacek, ale z jego dwiema lewymi rękami do roboty nie ma na co liczyć. Staruszek sam będzie musiał zrobić, co w jego mocy.

W ogóle to Jacka nie widział już od dłuższego czasu. Ani tej jego miastowej narzeczonej. Jakaś nastolatka zaszła tu wczoraj drugi dzień z rzędu. Waldemar nie wiedział, kiedy wyszła, musiał być wtedy zajęty pracą w garażu. Dziś od rana panuje cisza w okolicy, ale też czego się spodziewać. Dowiedział się wczoraj po kościele, że Jacek rzucił robotę na magazynie. Wygadał się Mietek, który robił w tym samym miejscu.

Bez pracy chłopak nie ma już powodu, by zrywać się o świcie. Mija dziesiąta, więc pewnie dopiero wstaje. Waldemar tymczasem jest już dawno po śniadaniu, które zjadł samotnie, i po pierwszych dwóch kubkach herbaty - drugi z nich wypił w towarzystwie Jadzi. Teraz kroi pierś z kurczaka, żeby ją zamarynować do obiadu, a bladoróżowe mięso ślizga mu się między palcami. Dziś ma jeden z tych dni, kiedy od rana czuje się marnie - nie fizycznie, tylko na głowie. Czasem mu się pojawia i samo przechodzi. W takie dni próbuje zająć się robotą, żeby jak najmniej myśleć.

Zaciska palce na mięsie i kroi je na drobne kawałki, bo tak Jadzia lubi najbardziej. Nóż ześlizguje się nagle i zatrzymuje na palcu wskazującym. Waldemar prycha i odrywa dłoń od mięsa. Nóż toczy się po stole, krew spływa po palcu i skapuje na bladą pierś z kurczaka.

- Do diabła - mamrocze staruszek i przykłada ranę do ust.

Drugą dłonią sięga nad lodówkę, gdzie trzymają apteczkę. Grzebie pośród pudełek przeterminowanych leków, z którymi pewnego dnia musi koniecznie zrobić porządek, aż trafia na paczkę plastrów. Jeden z nich zawija na rozciętej skórze.

Dopiero wtedy jego wzrok pada na kolorowe plastry dla dzieci, które znajdują się w tym samym pakunku. Przez jego twarz przebiega wyraz zaskoczenia. Nie pamiętał, żeby jeszcze jakieś mieli. Muszą być naprawdę stare.

Przygląda się chwilę kolorowym wzorom na plastrach, samochodzikom i bohaterom bajek na zewnętrznej stronie. Są głównie czerwone i niebieskie. Z postaci potrafi nazwać tylko Spider-Mana.

Co one tutaj robią po tylu latach? Już dawno powinni je wyrzucić.

Ale Waldemar nie może się na to zdobyć. Wraca do niego to poczucie straty, z którym się dzisiaj obudził. Prześlizguje wzrokiem po pustym domu i myśli o tym, jak to kiedyś było, kiedy nie siedzieli z Jadzią tylko we dwoje i kiedy on nie chodził wszędzie sam. Pamięta jeszcze takie czasy, gdy maleńkie rączki wyciągały się do niego z tęsknotą, a dziecięcy śmiech i płacz wypełniały cztery ściany ich domu.

Tych rączek nie ma już od dawna, a on nie lubi o nich myśleć. Z rozpamiętywania przeszłości nic dobrego nie przychodzi, tylko zły humor na resztę dnia. Szczególnie gdy mowa o wydarzeniach sprzed dwudziestu paru lat.

Z opatrzoną dłonią mężczyzna wraca do stołu. Zgarnia deskę z kurczakiem, stawia ją obok zlewu i starannie opłukuje jasne mięso z własnej krwi. Miesza marynatę w misce, próbując zagłuszyć myśli rytmem prostych, kuchennych czynności. Wkłada wszystko do lodówki i sprząta, a pustka boli go w serce.

Wygląda przez okno na stojący samotnie na horyzoncie dom Jacka i na lasek w oddali, gdzie skrywa się zbiorowa mogiła. Wspomnienie tego miejsca sprawia, że znów czuje znajomy ucisk, którego nie potrafi nazwać.

To właśnie tam wszystko stracił.

***

Waldemar idzie do Jadwigi parę minut później, ale nie znajduje jej przed włączonym telewizorem, na którego ekranie kończy się jakiś teleturniej. Marszczy brwi, ale jeszcze się nie martwi.

- Jadzia?! - woła głośno.

Ich domek jest malutki, więc mężczyźnie wystarczy lekko unieść głos, by żona go usłyszała. Nikt mu jednak nie odpowiada. Waldemar zagląda we wszystkie kąty, sprawdza łazienkę i ganek, nim dochodzi do jedynego możliwego wniosku: Jadzia wyszła. Zastanawia się, jak to możliwe, skoro przez cały czas siedział w kuchni, o dwa kroki od drzwi wejściowych, ale szybko rozwiązuje tę zagadkę: w salonie owiewa go pęd zimnego powietrza, które ciągnie z niedomkniętego okna.

Waldemar zamyka je i ciężko wzdycha. Zarzuca kurtkę na ramiona, na nogi wsuwa kalosze i wychodzi. Nie zawsze rzuca się od razu w pogoń - zwykle Jadzia doskonale pamięta, by dać mu znać, że chce gdzieś iść, a jeśli tego nie robi, to trzyma się niedaleko domu. Tym razem jednak staruszek nigdzie jej nie widzi. Mógłby przysiąc, że Jadzia poczuła ten sam smutek, który go dzisiaj męczył od rana. Może się nim zaraziła.

A może dla niej to też był dzień żałowania utraconego życia.

Wychodzi przed dom i wreszcie ją dostrzega. Jadwiga idzie przez pole daleko na horyzoncie. Nie, nie idzie - tańczy. Mimo swojego wieku i powyginanych stawów jego żona się kołysze, podskakuje i splata wyprostowane ramiona nad głową, jakby znów była młoda. Z każdym krokiem zbliża się coraz bardziej do ukrytej w lesie mogiły.

Miejsca, w którym ich życie zarówno się skończyło, jak i zaczęło.

Waldemar nie ma pojęcia, czy Jadwiga jeszcze o tym dziś pamięta, ale nie chce ryzykować, że przypomni sobie wszystko na miejscu, bez niego. Zostawia więc niezamknięty na klucz dom i rusza przed siebie, przecinając pole w poprzek. Jeszcze kilka lat temu nie zdobyłby się na taki brak szacunku dla ziemi, ale dzisiaj rozumie już, że wszystko w życiu jest kwestią priorytetów. On zaś pierwszy raz dostrzega, co jest naprawdę ważne.

Nie jest to ziemia. I nie jest to praca.

Musi jak najszybciej dogonić swoją żonę. Ona nie ucieka przed nim, nie jest chyba w ogóle świadoma jego obecności. Waldemar zastaje ją klęczącą przed mogiłą, z kolanami wbitymi w lodowate błoto. Dopada do niej, łapie za łokieć i podrywa na nogi.

- Tylko ja tutaj jeszcze przychodzę - skarży mu się Jadzia. - Nikt inny tu nie zagląda, tylko ja. Nie rozumiem. Jak oni wszyscy mogli o tym zapomnieć?

Waldemar klęka przed nią i delikatnie otrzepuje jej kolana z błota. Z tej pozycji zerka kątem oka na mogiłę, jakby wyryte w kamieniu imiona mogły spoglądać na niego z wyrzutem. Zna je wszystkie i znał ich właścicieli - szczerbate, pełne życia dzieciaki, które już w szkolnym wieku były charakterne i łatwe do zapamiętania.

Waldemar ze stęknięciem podnosi się z ziemi i zrównuje twarzą ze swoją żoną. Patrzy w puste oczy Jadzi - są takie od ponad dwudziestu lat. Inaczej stała na ślubnym kobiercu. Mężczyzna nigdy jej za to nie winił. Rozumiał, co wtedy utracili, być może nawet lepiej, niż rozumiała to ona. Po takiej stracie nic już nie mogło być tak samo.

- Nienawidzą mnie - wyjaśnia żałosnym głosem Jadzia. - Nienawidzą mnie za to, co zrobiłam.

- To nieprawda.

- Ale ja to wiem.

Waldemar bierze jej twarz w dłonie i zamyka ją w uścisku. Ma nadzieję, że ten gest wyrwie ją z przeszłości i pozwoli jej oprzytomnieć. Czasem ta sztuczka się udaje. Jadwiga chce wyślizgnąć się z jego objęć, wykręca głowę w stronę grobu.

On nie może jej na to pozwolić.

- To nie była twoja wina, rozumiesz? - podkreśla stanowczo Waldemar. - Nie zrobiłaś nic złego. Nikt cię nie nienawidzi. Nie możesz tak myśleć.

Kobieta skupia wzrok na jego twarzy. Rozszerza z zaskoczeniem oczy, jakby słowa męża nareszcie do niej dotarły. Przez ułamek sekundy mężczyzna ma nadzieję, że udało mu się sprowadzić ją z powrotem, ale Jadzia szybko wyprowadza go z błędu.

- Nie, ja wiem na pewno. Wiem, że mnie nienawidzą.

- Kto?

- One.

Wskazuje dłonią na mogiłę i pusty lasek za nią, a Waldemara mimowolnie przeszywa dreszcz. Spogląda we wskazanym przez staruszkę kierunku. Nikogo oczywiście tam nie ma. Tak jak mówiła Jadzia, już nikt tu nie zachodzi. Waldemar też nie był tu od dawna, w każdym razie nie dłużej niż przelotem, w trakcie poszukiwań żony.

Nigdy nie chciał wracać w to miejsce.

Teraz też nie chce tu przebywać, ale próbuje postąpić właściwie. Popełnił w życiu wiele błędów, których nie mógł naprawić, bo było już za późno. Świat dostatecznie go ukarał. Ale Jadwidze wciąż może pomóc. Ona jest jedynym, co mu w życiu pozostało.

Waldemar przymyka oczy i wraca myślami do tej nocy sprzed ponad dwudziestu lat. Jak Jadzia się wtedy czuła? Co wtedy powinna usłyszeć, a czego jej nie powiedział, bo był na to za głupi? Po chwili namysłu otwiera usta. Ma nadzieję, że brutalna szczerość wyrwie ją ze złych myśli i przywróci do niego:

- To nie jest twoja wina - powtarza jej spokojnie. - Próbowałaś zaprowadzić je do ciepła, do bezpieczeństwa. Zostałaś sama po tym, jak kierowca was zostawił, sama z dziesiątką dzieci w zamarzającym autobusie. Nie mogliście tam zostać. Wiedziałaś, że Marysia zmarła wewnątrz autobusu i że resztę dzieci czekałoby to samo. Musiałaś spróbować z nimi wrócić. Zrobiłaś wszystko, żeby sprowadzić ich do wsi. Niosłaś przez zaspy. I prawie ci się udało. Byliście tak blisko domu...

Jadwiga patrzy na niego z narastającym zakłopotaniem, jakby nie wiedziała, czego on od niej chce. Waldemar zna ją zbyt dobrze, żeby tego nie zauważyć. Widzi lekkie zmarszczenie brwi, niepewne spojrzenie i wypisane na twarzy wahanie. Jego żona nie rozumie, do czego zmierza ani dlaczego nagle porusza ten temat. I choć nie mówi tego wprost, jej mina zdradza wszystko - jest kompletnie zagubiona.

On jednak jeszcze się nie poddaje i siłą rozpędu kończy:

- Zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy, żeby uratować te dzieciaki, słyszysz mnie?

Jadwiga ściąga brwi i odpowiada ostrożnie:

- One twierdzą inaczej.

- Jakie "one"?

- No jak to jakie? - dziwi się. - Nietoperze. Kto inny?

Waldemar wypuszcza głośno powietrze. To na nic. Wszystko na nic. Ponad dwadzieścia lat temu Jadwiga, wówczas nauczycielka drugiej klasy szkoły podstawowej, jako jedyna przeżyła śnieżną zamieć, w której straciła swoich uczniów - te wszystkie dzieciaki, które Waldemar znał doskonale, bo codziennie po pracy mu o nich opowiadała.

To wtedy na skutek szoku odcięła się od tego świata i nic nie było w stanie przywrócić jej do życia. Miastowy lekarz powiedział, że samo jej przejdzie; kolejny dał leki, które w ogóle nie były na to, tylko na coś innego, chyba na uspokojenie, ale przestała po nich jeść. Ze stanu otępienia nie wyrwała jej ich rodzina, znajomi ani nawet ukochane miejsca. Jadwiga została pustą skorupą po energicznej i pełnej życia nauczycielce.

- Dobrze, powiedz mi: czemu nietoperze cię nienawidzą? - pyta łagodnie Waldemar.

Wyciąga do niej rękę, którą Jadwiga bez wahania chwyta. Mężczyzna rzuca okiem na grób. Nie figuruje na nim ich nazwisko, bo Jadwiga przeżyła, ale równie dobrze by mogło - wplecione między dzieci, które tamtej nocy straciły życie.

Jadwiga była ostatnią ofiarą tej zamieci.

- No właśnie nie jestem pewna - stwierdza i razem ruszają do domu.

28

Agnieszka

Dzwonek do drzwi brutalnie wyrywa ich ze snu. Jacek zrywa się z łóżka jako pierwszy, Agnieszka jeszcze długą chwilę rozgląda się nieprzytomnie i zastanawia, gdzie spędziła tę noc. Światło poranka jest ostre i nieprzyjemne, a ją z jakiegoś powodu boli głowa. Mruży oczy i przygląda się mężczyźnie, który wyskoczył spod pościeli i właśnie dopadł do okna.

Jacek Rydel.

Jej ukochany pisarz.

W tej chwili jest nagi, a dziewczyna z zaskoczeniem dostrzega umięśnione ramiona i płaski brzuch, na którym maluje się sześciopak. Poza tym Jacek ma kształtne pośladki i lekką opaleniznę. Wygląda niemal jak model, ciało ma powalające, ale Agnieszce coś się w tym wszystkim nie zgadza i tylko na tym potrafi się skupić. Jakim cudem nie zauważyła tego wszystkiego wczoraj? Tego sześciopaku? Opalenizny? Imponującego rozmiaru jego sprzętu? Jest pewna, że spali ze sobą dwa razy... A jednak z pierwszego razu nic nie pamięta.

A drugi raz?

Agnieszka wciąga głośno powietrze. Wspomnienia zalewają jej głowę, a idący za tym ból atakuje tak ostro, że dziewczyna przyciska dłoń do oczu, żeby szybciej zapadła ciemność. Jest już na to jednak za późno. Przypomina jej się, jak poprzedniej nocy znalazła związaną psychofankę Jacka w piwnicy i jak o trzeciej nad ranem opowiadał o tym, w jaki sposób się jej pozbędą.

A następnie poprosił ją o chodzenie.

Za drugim razem zrobili to w absolutnej ciemności i to Agnieszka zgasiła stojącą na szafce nocnej lampkę. Nie mogła patrzeć mu w twarz. Nigdy nie potrafiła się skupić, gdy ktoś się na nią gapił.

O Chryste, czy oni się w ogóle zabezpieczali?

Wydaje się jej, że tak, że słyszała szelest plastikowego opakowania, które Jacek rozrywał w ciemności. Ale nie jest pewna. A ona zawsze jest pewna. Zawsze trzy razy dopytuje, bo ciąża napawa ją czystym, mrożącym krew w żyłach przerażeniem. Dlaczego poprzedniej nocy tego nie zrobiła?

- Nieźle sobie wczoraj wypiłaś - zagaduje wesoło Jacek. - Przyniosę ci wody.

Zakłada spodnie dresowe i zostawia ją samą w pokoju. Zaraz po tym znowu rozlega się dzwonek do drzwi, który chwilę wcześniej wyrwał ich ze snu. No tak, biegali pół nocy po domu, nic dziwnego, że późno wstali. Która w ogóle jest godzina? Agnieszka rozgląda się nieprzytomnie, ale nie znajduje telefonu na żadnej z obu szafek nocnych. Musiała zostawić go na dole.

Przeciera oczy i powoli do niej dochodzi, w co się wpakowała. Ta kobieta... Ta kobieta, która miała skrzywdzić Jacka... wciąż leży tam, w piwnicy, gdzie ją wczoraj zostawili. A dzisiaj się jej pozbędą. Wszystko dla jego bezpieczeństwa.

I... Jacek poprosił ją o chodzenie. Oficjalnie zostali parą. No, może jeszcze nie oficjalnie, pewnie minie parę lat, zanim będą mogli pojawiać się razem publicznie, ale to bez znaczenia. Jacek wyznał jej, że ją lubi.

Agnieszka z niedowierzaniem kręci głową. Nie spodziewała się czegoś takiego po tej wizycie, co najwyżej nawiązania znajomości. Już sam zalążek przyjaźni na odległość zwaliłby ją z nóg. Jacek jest przecież jej ukochanym pisarzem. Dziewczyna przypomina sobie te fragmenty Każdym twoim oddechem, w których bohaterowie wyznawali sobie uczucia w najpiękniejszy, najsłodszy, najbardziej romantyczny sposób, z lekkością, swobodą i szczyptą humoru.

Potem przypomina sobie to, jak Jacek zaproponował jej chodzenie. Marszczy brwi, bo coś jej się nie zgadza. Gdyby tylko ta głowa tak jej nie bolała. Ma wrażenie, że zaraz eksploduje.

- Aga, chodź! Chcesz kawy?

Dziewczyna siada gwałtownie na łóżku i nasłuchuje. Dobiega ją szum odjeżdżającego pojazdu gdzieś w oddali. Z ciekawości wstaje i wygląda przez okno, ale spóźnia się i samochód już znika za zakrętem. Potrząsa głową i zaczyna się ubierać, nie przestając myśleć o poprzedniej nocy. Co za szaleństwo. Zastanawia się, czy to wszystko tylko jej się nie przyśniło.

Ubrana schodzi na dół i odruchowo rozgląda się po kuchni w poszukiwaniu swojego plecaka i leżącego w środku telefonu. Jest poniedziałkowy poranek, a ona powinna wracać. Gdzie w ogóle zostawiła swój plecak? Nie jest pewna, dlaczego tego nie pamięta.

Jacek śpiewa, w czajniku gotuje się woda, a na blacie stoją dwa kubki i zgięta wpół koperta, wokół której owinięto gumkę recepturkę. Agnieszka podchodzi do blatu i opiera się o niego plecami, przodem do mężczyzny.

Kątem oka dostrzega leżący obok koperty pęk kluczy i telefon Jacka.

- Kto dzwonił do drzwi? - pyta.

- Listonosz z rachunkami.

Dziewczyna z zaciekawieniem spogląda na kopertę, ale Jacek w tej samej chwili zgarnia ją i rzuca na lodówkę, poza zasięg dłoni dziewczyny. No tak, nie powinna się interesować cudzą korespondencją. Nie mogła się powstrzymać.

Ale czasem jeden rzut oka wystarczy.

- Nie zapomnisz tam o nich? - dopytuje z powątpiewaniem, wskazując na lodówkę. - To nie wygląda na bezpieczne miejsce dla ważnych rzeczy.

- Ja o wszystkim pamiętam - przechwala się.

- No tak, pisarzom na pewno przydaje się dobra pamięć.

Jacek śmieje się rubasznie, zalewa im kawę i zaprasza Agę, żeby usiadła z nim przy stole. Ta rozgląda się niepewnie.

- Chciałam tylko sprawdzić wiadomości - mruczy. - Gdzie jest mój plecak?

- Myślę, że w salonie. Siadaj, przyniosę ci go.

- Nie trzeba!

Wypada z kuchni, zanim Jacek zdąży podnieść się z krzesła. Dziewczyna na każdym kroku rozgląda się uważnie, najpierw w korytarzu, potem w salonie. Nie jest pewna, czego tak właściwie szuka. Nie powinna się interesować cudzymi sprawami. Zaraz znajdzie telefon i wróci do rzeczywistości. Może nawet napisze do kogoś, żeby ją stąd odebrał, bo już najwyższa pora, żeby wróciła do domu. Nie planowała tu przecież zostać na noc. Do szkoły już dziś nie zdąży, ale ma czas może do trzeciej, zanim mama zauważy, że wagaruje.

Znajduje swój plecak pod kanapą, choć nie pamięta, jak się tam znalazł. Wydawało jej się, że zostawiła go w fotelu. Przyklęka na podłodze i ciągnie za szelkę, ale nawet nie drgnie. Musiał się o coś zahaczyć. Pochyla się i zagląda pod kanapę, bo plecak był zbyt drogi, żeby rozwiązać ten problem siłowo i Agnieszka nie może ryzykować, że go podrze.

Właśnie w tej pozycji dostrzega delikatny błysk na podłodze. Marszczy brwi i wsuwa ramię pod kanapę. Myśli początkowo, że może Jacek zgubił coś ważnego, ale gdy wyciąga rękę spod szczeliny, na jej otwartej dłoni błyszczy metal.

Wsuwka do włosów.

Agnieszka odkłada ją na stolik. Wsuwki do włosów już tak mają, że żyją własnym życiem, bez kontroli ich właścicielek. Znikają, teleportują się, pojawiają w najdziwniejszych miejscach. Nie zapyta Jacka o to, do kogo należy. Nie musi.

Pochyla się jeszcze raz i próbuje dojrzeć, o co zaczepił się jej plecak, ale tym razem trzaśnięcie odrywa ją od poszukiwań. Dziewczyna się prostuje i rozgląda w panice, bo mogłaby przysiąc, że dźwięk rozległ się tuż obok niej.

I właśnie tak jest. Za drzwiami balkonowymi dostrzega mężczyznę w wieku Jacka, może trochę starszego, ubranego w ciemne, nieodpowiednie do pogody ubrania - rybaczki i sweter. Coś jest nie tak, nikt normalny nie ubrałby się w ten sposób w listopadzie.

Mężczyzna też ją widzi i uderza w szybę, żeby ją do siebie przywołać. Czy on chce, żeby wpuściła go do środka? Agnieszka wytrzeszcza oczy. Gdyby to był ktoś inny, policjant, miła sąsiadka, jej własny ojciec, nie bałaby się aż tak bardzo, ale coś w tym mężczyźnie ją przeraża. Może to, jak wali w szybę, a usta otwiera w literę "o", choć nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Agnieszka jest sparaliżowana. W przerażeniu patrzy, jak nieznajomy na zewnątrz się poddaje, porzuca drzwi balkonowe i podchodzi do drugiego końca okna. Wsuwa dłoń w szczelinę i rozchyla część okna na skos, co pozwala mu dosięgnąć do klamki. Zawias musiał być zepsuty i co gorsza, ten facet o tym wiedział.

Agnieszka jest sparaliżowana ze strachu. Powinna zerwać się i uciec z pokoju, a przynajmniej krzykiem wezwać Jacka, ale nie może się poruszyć. Tymczasem mężczyzna otwiera okno na oścież i zrzuca z parapetu kilka pustych doniczek, które rozbijają się z hukiem na podłodze. Następnie siada na parapecie i przerzuca nogi do środka. Dziewczyna przygląda mu się ze wstrzymanym oddechem.

Intruz przed nią klęka.

- Pani Samanta - wyjaśnia jej. - Nie ma pani.

Ich twarze dzielą od siebie centymetry, aż Agnieszka czuje smród jego oddechu. Widzi, że nie ma wszystkich zębów. Mężczyzna łapie ją za ramiona i potrząsa, żeby się ocknęła.

- Nie ma pani!

Aga zaczyna krzyczeć i ze strachu mocno zamyka powieki. Dopiero gdy uścisk na jej ramionach słabnie, otwiera oczy.

Mężczyzna leży nieprzytomny na podłodze, a nad nim stoi Jacek z kawałkami porcelany w rękach. Dziewczyna się podrywa i rzuca mu prosto w ramiona, a on ją obejmuje. Serce wali jej jak oszalałe, a krew szumi w głowie tak bardzo, że nie potrafi myśleć.

- Już dobrze, wszystko dobrze - szepcze łagodnie Jacek i gładzi ją po włosach.

Agnieszka pociąga nosem i przełyka głośno ślinę.

- Co... Co to było? Kto to jest?

- To tylko Franek, wioskowy głupek. Stary wariat. Zwykle nie jest groźny, nie mam pojęcia, co się stało. Normalnie chodzi po okolicy i zatrzymuje każdego, kto chce z nim pogadać. Nigdy nie widziałem, żeby kogokolwiek skrzywdził. Zdenerwowałaś go czymś?

Kręci głową.

- On zobaczył mnie przez okno - mówi drżącym głosem. - I otworzył je sobie.

- Sam?

Jacek ją puszcza. Uginają się pod nią kolana, więc opada na najbliższy fotel, podczas gdy mężczyzna podchodzi do okna, ostrożnie omijając skorupy doniczek na podłodze.

- O, faktycznie, zepsuty zawias - mruczy do siebie, przyglądając się plastikowej ramie.

Agnieszka ledwie go słyszy. Nie spuszcza wzroku z leżącego na podłodze nieprzytomnego mężczyzny i myśli gorączkowo, że to już przesada. Za dużo dziwnych rzeczy dzieje się w tym domu. Ma przeczucie, że jeśli szybko się stąd nie wyrwie, jej też coś się stanie.

Mężczyzna jest szczupły, chyba nawet wychudzony. Na twarzy tego nie widać, nieogolona broda zasłania ją tak, że dziewczynie trudno nawet ocenić jego wiek, ale w nadgarstkach sterczą mu wszystkie kości pod skórą. Fatalnie wygląda. Może nikt o niego nie dba? Nie karmi? Dlaczego ona w ogóle się tym interesuje?

Najwyższa pora się stąd wynosić.

- Dlaczego on się tutaj włamał? - pyta słabo.

- Nie mam pojęcia. Może pomylił domy.

Agnieszka myśli o tym, jak szybko mężczyzna doskoczył do tej części okna, w której był zepsuty zawias. On w i e d z i a ł o tym zawiasie. Znał to m i e j s c e . Jacek znów ją okłamuje.

- Aha.

- Mówił coś? Coś ci powiedział? - dopytuje.

Dziewczyna potrząsa głową bez namysłu. Ma nadzieję, że wygląda na odpowiednio zdziwioną. Powinna, w końcu jeszcze pięć minut temu była przerażona.

- Nie.

Jacek wraca spod okna, znów ignorując rozbite donice na podłodze. Pochyla się nad mężczyzną w zamyśleniu.

- On oddycha, prawda? - pyta słabo Agnieszka.

Jacek przyciska mu palce do szyi, by sprawdzić jego puls. W końcu przytakuje. Chwyta bezwładne ciało pod pachami i wciąga na kanapę, gdzie Franek upada w niezręcznej pozycji. Mężczyzna go poprawia i cofa się o krok, by ocenić swoje dzieło. Z tego miejsca obcy wygląda, jakby spał.

Cmoka z dezaprobatą.

- Ale sobie wybrał dzień na włamanie, co?

Agnieszka przygląda mu się niepewnie.

- Ciekawe, czemu akurat dziś.

Podnosi się z fotela i staje obok Jacka. Przez jej głowę przewija się wiele myśli, którymi nie planuje się jednak dzielić. Jeszcze nie może. Chyba nigdy nie będzie mogła. Na razie próbuje skupić się na opuszczeniu tego pokręconego domu, bo nie wytrzyma tutaj ani chwili dłużej.

- Okropnie się wystraszyłam - przyznaje.

Jacek przygarnia ją do siebie ramieniem.

- Całe szczęście, że byłem tu, żeby cię uratować. Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy wczoraj, zaraz przed snem?

Agnieszka po chwili namysłu uznaje, że nie ma sensu kłamać. Przytakuje.

- O tym, co dzisiaj razem zrobimy? - dopytuje niepewnie.

- Tak.

- Kiedy chcesz zacząć?

- Im szybciej, tym lepiej.

Dziewczyna się zastanawia, jak by zareagował, gdyby oznajmiła, że musi wyjść. Przygryza dolną wargę w zamyśleniu. Sama się wkopała z tym, że powiedziała mu, że ma dwadzieścia parę lat. Mógłby się zdenerwować, gdyby odkrył, że go okłamała.

- Nic mu nie będzie? - upewnia się, wskazując na Franka.

Jacek wzrusza ramionami.

- Pewnie zaraz się ocknie i wtedy go stąd wyrzucę. Na głowę mu na pewno bardziej nie zaszkodzę - śmieje się.

Agnieszka wtóruje mu niepewnie, co Jacek niestety dostrzega i domyśla się, że nie chodzi wyłącznie o nieprzytomnego mężczyznę w ich salonie. Odwraca się przodem do niej i ujmuje jej policzki w dłonie. Zmusza ją do spojrzenia mu w oczy.

- Pamiętaj, musimy to zrobić, żebyśmy mogli być razem - oznajmia surowo. - Ta kobieta w piwnicy jest niebezpieczna, zagrażała całemu mojemu życiu. Robimy coś dobrego, pozbywając się jej, rozumiesz?

Dziewczyna pośpiesznie przytakuje.

- Wiem. Wiem. Po prostu to... dużo dla mnie.

- Dasz sobie radę. Jesteś już dużą dziewczynką, prawda? Chodź, skończymy kawę, a potem posprzątamy.

W kuchni czekają na nich dwa kubki ze stygnącą kawą. Jacek wciąga dziewczynę na swoje kolana i obejmuje dłonią w pasie. W tej pozycji każdy jego oddech prześlizguje się po odkrytej skórze na jej karku. Agnieszka piszczy, gdy Jacek delikatnie ją podgryza.

- A kiedy już się ze wszystkim uporamy, będziemy mogli porządnie się sobą nacieszyć - obiecuje jej.

Agnieszka zarzuca mu ramię na szyję i całuje go w czoło.

- Nie mogę się doczekać.

Jacek duszkiem wypija swoją kawę i nie zauważa, że dziewczyna nawet nie tknęła swojej. Nie mogła nic przełknąć. Mama nigdy nie pozwalała jej pić kawy. Na myśl o matce dziewczyna czuje lekki ścisk w gardle, choć jeszcze przedwczoraj była na nią wściekła i nie chciała jej widzieć. To dlatego, że jest przesadnie opiekuńcza. Kontrolująca. Wsadza nos w cudze sprawy i wiecznie dopytuje Agnieszkę, co robi, gdzie i z kim. Kurwicy szło dostać.

Ale teraz, gdy dziewczyna stoi o krok od rozpoczęcia nowego etapu życia, u boku Jacka, nie potrafi przestać myśleć o tym, że może... może jej matka miała odrobinę racji z tym pilnowaniem. Naprawdę odrobinę. Bo Agnieszka wcale nie czuje się na to wszystko gotowa.

Zaraz jednak gani samą siebie za to, że myśli za dużo i niepotrzebnie.

- Co robimy najpierw? - pyta. - Wynosimy ciało czy topimy samochód?

Jacek się zastanawia.

- Z samochodem poczekałbym do nocy, nad jeziorem czasem kręcą się ludzie. Poza tym mam dwie walizki do spakowania, które chcę wrzucić do bagażnika.

Agnieszka nie dopytuje.

- Myślę, że zajmiemy się najpierw ciałem - ciągnie mężczyzna. - Przejdę się najpierw do lasku, na mogiłę, żeby się upewnić, że nikogo tam nie ma. Tak na wszelki wypadek.

- Okej.

- Ale to dopiero, gdy Franek się ocknie i go wyrzucę. Nie chcę zostawiać cię z nim samej.

Całuje ją w usta, a dziewczyna odwzajemnia ten gest. Prześlizguje dłonią po jego brodzie, którą porasta delikatna szczecina, jeszcze niedostrzegalna gołym okiem. Mężczyzna przyciska ją bliżej siebie. W jego głowie wszystko jest takie proste, myśli Agnieszka niemalże z zazdrością. Pozbędzie się problemu z piwnicy, a potem będzie żył długo i szczęśliwie.

- Mówiłeś, że Franek jest niegroźny? - pyta dziewczyna.

Jacek przygląda się jej z zaskoczeniem.

- No?

- Jak chcesz, możesz iść teraz. Nic mi nie będzie. To znaczy... jeśli jesteś pewien, że Franek mi nie zagraża.

- Jestem pewien - potwierdza podejrzliwie. - Ale wydawałaś się taka wystraszona, mamy czas. Franek za kilka minut się ocknie, przecież tylko trochę mu przywaliłem, poczekamy. Mam już nawet parę pomysłów, co możemy zrobić, żeby czas nam szybciej minął.

Agnieszka całuje go w skroń.

- Chcę mieć to za sobą jak najszybciej.

Jacek ściąga brwi.

- Stresuję się - przyznaje dziewczyna. - Im szybciej będziemy mieli to z głowy, tym lepiej. Jesteś pewien, że Franek nic mi nie zrobi?

- No tak.

- Więc idź na ten spacer teraz. Poczekam tu, aż się ocknie, a kiedy to zrobi, poproszę go, żeby wyszedł. I jeśli nikogo nie spotkasz w lasku, załatwimy ten problem od razu... i będziemy wolni.

- Czemu ci się tak śpieszy?

Wzrusza ramionami.

- Ta kobieta na dole musi... No, to na pewno nie jest wygodne, tak siedzieć w tej piwnicy. Wiesz, nie jadła ani nie piła co najmniej od wczoraj, leży z tymi związanymi rękami. Nie musimy przedłużać jej cierpienia. Dla nas to żadna różnica, czy załatwimy ją teraz, czy za godzinę.

Jacek się śmieje, a jego ciepły oddech prześlizguje się po karku nastolatki. Agnieszka odchyla głowę i pozwala, by mężczyzna pocałował ją w skórę. Mruczy, gdy poza dotykiem przesuwa po niej zębami.

- Ale z ciebie Matka Teresa.

Jacek jeszcze chwilę się nie rusza i Agnieszka zaczyna wątpić, czy ją posłucha, ale ku jej zaskoczeniu mężczyzna nagle podrywa się na nogi i pozwala, żeby ona ześlizgnęła się na podłogę.

- Masz rację, miejmy to z głowy.

Wciąż ma na sobie tylko spodnie dresowe, więc idzie na górę się ubrać. Agnieszka podchodzi do blatu i gdy Jacek wraca na dół chwilę później, w pełni ubrany, widzi ją siedzącą na nim z kubkiem przestudzonej kawy w dłoniach. Jej nogi zwisają swobodnie z wysokości.

- Jeszcze nie skończyłaś?

- Delektuję się.

- Jak już to załatwimy, to zabiorę cię na porządną kawę do kawiarni.

- Kochany jesteś. - Uśmiecha się do niego słodko.

Jacek zgarnia z blatu telefon i pęk kluczy, które wsuwa do kieszeni, a następnie cofa się do przedpokoju, gdzie zakłada zimowe buty i kurtkę.

- Będę się śpieszył.

- Okej.

- Na pewno nie boisz się zostać sama?

Potrząsa głową. W przedpokoju przyciąga Jacka do siebie. Wymieniają długi i namiętny pocałunek. Gdy odrywają od siebie usta, dziewczyna mówi:

- Nie boję się. Idź.

Mężczyzna wychodzi i zatrzaskuje za sobą drzwi. Agnieszka dopada do okna i patrzy na oddalającą się sylwetkę. Gdy znika za rogiem budynku, nastolatka biegnie do kuchni, gdzie z szuflady wyjmuje największy nóż, i wraca na korytarz.

Tutaj wyciąga z kieszeni klucz, który odpięła wcześniej z pęku kluczy Jacka, i tak uzbrojona zbiega do piwnicy. Nogi jej się plączą, gdy jednym uderzeniem włącza żarówkę na parterze, a następnie zbiega po schodach. Nie podoba się jej, że ten nieprzytomny wariat leży na piętrze i nie wiadomo, kiedy się ocknie. Wprowadza kolejny element nieprzewidywalności do i tak już naprędce kleconego planu, który powstawał w jej głowie od samego rana. Ten plan jest lichy, Agnieszka doskonale o tym wie, ale nie miała zbyt wiele czasu, żeby go przemyśleć. Drżącymi dłońmi wsuwa klucz w zamek. Przekręca go i otwiera na oścież metalowe drzwi.

Kobieta leży nieruchomo.

Agnieszka się spóźniła.

Podchodzi do ciała powoli i ostrożnie, choć nie ma już czego się bać. Przyklęka przy materacu. Nie ma pojęcia, jak długo kobieta jest uwięziona w piwnicy. W pomieszczeniu panuje odurzający smród szczyn i rozkładu, od którego Agnieszka aż się krztusi, a oczy zaczynają jej łzawić. Widzi ciemne plamy na materacu i na spodniach kobiety.

Pierwszy raz w życiu przygląda się ludzkim zwłokom.

- Kurwa, przepraszam - mówi cicho. - Nie miałam...

Uwięziona nagle otwiera oczy. Agnieszka odskakuje w tył tak gwałtownie, że przewraca się na podłogę. Przykłada dłoń do walącego dziko serca, jakby to mogło je uspokoić. Robi kilka głośnych, gwałtownych oddechów. Nie spóźniła się. Ona żyje. Dziewczyna gapi się w nią oniemiała. Kobieta nie odwzajemnia tego spojrzenia, jej oczy są zamglone i przymknięte.

Agnieszka przywołuje się na głos do porządku.

- Szybko, wyszedł na chwilę. Musimy uciekać.

Bierze nóż kuchenny i zaczyna przecinać kolejne więzy i warstwy taśmy. Jest ich dużo, Jacek wyjątkowo starannie zadbał o to, by więźniarka nie przeszkadzała im w zabawach na piętrze.

- Ty jesteś Samanta - mówi w pośpiechu. - A ja jestem Agnieszka. I wiem, że tutaj mieszkałaś. Byłaś jego dziewczyną czy coś. Znalazłam twoje ciuchy w koszu na pranie, kiedy poszłam się wysikać. Ale nie ma tu innych twoich rzeczy, myślę, że już się ich pozbył. I chce utopić twój samochód w jeziorze. Próbowałam węszyć dalej, ale nie spuszczał mnie z oka. Przepraszam, że nie wróciłam poprzedniej nocy, nie chciałam wzbudzać jego podejrzeń. Wiesz, mnie też by mógł zamordować czy coś. Ale myślałam o tobie. I tak mi się wydaje, że to nie on napisał tę książkę, co? On kompletnie nie potrafi w taki sposób gadać.

Zdejmuje knebel z ust kobiety, która zamiast jej odpowiedzieć, wydaje z siebie jedynie przeciągłe westchnięcie. Nie podnosi się, nie próbuje pomóc Agnieszce w rozplątywaniu węzłów ani uciec. Leży bezwładnie na materacu i chyba ledwie łapie, że ktoś próbuje ją uratować.

- Wstawaj! Musimy uciekać, dopóki go nie ma, rozumiesz? Halo, ocknij się, no!

Agnieszka szarpnięciem zrywa ostatnie więzy z nóg Samanty. Skóra na nadgarstkach i kostkach kobiety jest czerwona, a gdy dziewczyna pochyla się bliżej, widzi w tych miejscach otwarte, jątrzące się rany, czerwone mięso otaczają przebite pęcherze. Aż ma ochotę zwymiotować. Przełyka kwaśną ślinę, żeby nie pozwolić swojemu ciału na żadne nieplanowane reakcje, i odrzuca ostatni sznur za siebie.

- Jesteś wolna. Wstawaj. Musisz wstawać!

Samanta przekręca głowę na bok i zaciska oczy kilkukrotnie, jakby nie mogła skupić wzroku. Wyciąga do niej dłoń, która jednak w pół drogi opada bezwładnie na materac.

- Nie mogę - odpowiada ochryple, a jej ciałem szarpie kaszlnięcie.

- Musisz! Jacek niedługo wróci.

Agnieszka zaczyna rozumieć, jak zły jest stan kobiety. Jej oczy są puste, ciało poranione. Wargi ma spierzchnięte, sterczą z nich białe skórki. Ta kobieta nie jadła i nie ruszała się znacznie dłużej niż od poprzedniej nocy. Nastolatkę przebiega dreszcz, gdy wyobraża sobie, jak przerażające musiało być spędzanie całych dni w zamknięciu, w tej piwnicy.

- To twoja jedyna szansa! Słyszysz mnie?

Łapie ją za ramiona i pociąga do góry, do pozycji siedzącej. Ledwie puszcza jej dłonie, kobieta wbija je w materac, a jej tułów się kołysze.

- Kręci ci się w głowie?

- Właściwie... to nie. Jest... - Wzdycha i wygląda na to, że nie będzie w stanie skończyć tego zdania.

Agnieszka się nad nią pochyla.

- Musisz iść.

Samanta kiwa głową. Nastolatka pomaga jej wstać i gdy podnosi ją do pozycji pionowej, rozluźnia trochę uścisk, by zobaczyć, czy kobieta jest w stanie sama ustać. Ta natychmiast traci równowagę i opada na materac. Agnieszka nie przestaje próbować.

- Jak długo go nie będzie? - dopytuje Samanta.

Jej głos, wcześniej szorstki i ochrypły, stopniowo wraca do normalności.

- Nie wiem, przeszedł się na ten zbiorowy grób.

- Nie mamy dużo czasu.

- Wiem.

Pociąga ją jeszcze dwa razy i za każdym razem ich ucieczka kończy się na jednym kroku. Za drugim razem wraz z nią przewraca się Agnieszka. Samanta z całych sił próbuje skupić się na ucieczce, ale ciało odmawia jej posłuszeństwa. Mimo to nie jest jeszcze gotowa się poddać.

- Przyniosę ci wody - oznajmia. - Poczujesz się lepiej, gdy się napijesz, prawda?

Kobieta mruga półprzytomnie. Rozgląda się wokoło, jakby nie była pewna, z której strony dobiega głos Agnieszki.

- Gdzie twój telefon? - pyta nagle.

- Na piętrze.

- Zadzwoniłaś po pomoc?

Agnieszka kręci głową.

- Zrób to teraz. Idź!

Dziewczyna zrywa się na nogi i wbiega po schodach. Wpada do salonu, potyka się o wystający róg dywanu i przewraca na ziemię w półobrocie. Nadgarstki i kolana pieką ją z bólu, ale ona ledwie go rejestruje. Przez upadek z opóźnieniem dostrzega drobną zmianę w salonie.

Dopiero gdy unosi się na kolana, widzi, że kanapa jest pusta. Rozgląda się w panice dookoła. Jest sama w pomieszczeniu. Dokąd poszedł Franek? Czy aby na pewno jest niegroźny? Co by zrobił, gdyby się dowiedział o ich ucieczce?

Pomógłby im czy by ją powstrzymał?

Nie wie nawet, czy ma go zawołać, czy lepiej siedzieć cicho. Nic już nie wie. Pierwszy raz w życiu czuje się za młoda na podejmowanie ważnych decyzji.

Z jej płuc wyrywa się urywany świst. Drżącymi dłońmi sięga po plecak pod kanapę i jednym szarpnięciem oswobadza szelkę, która musiała się o coś zahaczyć. Materiał pęka z trzaskiem, ale plecak wpada w ręce dziewczyny. Rozsuwa zamek kieszonki i wsuwa dłoń do środka.

Pusto.

Agnieszka bierze głęboki wdech, bo jej mózg wciąż nie pojmuje oczywistego. Otwiera drugą kieszonkę i główną część plecaka, ale po jej telefonie nie ma ani śladu. Z frustracją otwiera zamek na szerokość i przewraca plecak do góry nogami, pozwalając, by jego zawartość rozsypała się na podłodze. Na jej kolana spadają zeszyty, sweter, kosmetyczka, piórnik i całe mnóstwo śmieci. Dziewczyna przeczesuje je palcami.

Jacek zabrał jej telefon.

- Kurwa - kwituje to przekleństwem, bo nie jest pisarką i na nic więcej jej nie stać.

Nie ma sensu dłużej tu siedzieć. Agnieszka zrywa się i biegiem wpada do kuchni, gdzie nalewa do szklanki wodę z kranu. Wydaje jej się, że czuje na sobie czyjś wzrok, ale gdy ogląda się przez ramię, nikogo nie dostrzega. Jest sama w pomieszczeniu. Czy aby na pewno? Nie słyszała trzaśnięcia drzwi. Nie wie, gdzie podział się Franek ani czy naprawdę jest tak nieszkodliwy, jak zapewniał ją Jacek.

Na widok drzwi zatrzymuje się gwałtownie. Mogłaby uciec. Mogłaby wybiec stąd w tej chwili, pomknąć przez pole i dobić się do domu tego dziwnego sąsiada, który monitoruje okolicę. Mogłaby nawet nie wzywać pomocy, tylko zatrzymać się na poboczu drogi i złapać stopa. W ciągu godziny byłaby znów w domu.

Ale jest pewna, że gdyby to zrobiła, Samanta nie dożyłaby jutra.

Nie musi się nad tym nawet zastanawiać. Nie myli się, jest tego pewna. Gdyby uciekła, Jacek w pierwszej kolejności pozbyłby się obciążających go dowodów - w tym przypadku Samanty, która jest zbyt słaba, żeby się przed nim obronić. Założyłby rozsądnie, że Agnieszka powiadomiłaby o jego planach policję. Nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, że gdy twój wspólnik w zbrodni ucieka, ty jesteś spalony.

Jeśli Agnieszka ucieknie, Samanta zginie.

Nastolatka nie chce na to pozwolić. Nie ma żadnego planu na to, co może się wydarzyć, nie wie, co zrobią, jeśli Jacek wróci szybciej, ale jest pewna, że staną z nim do walki razem. Nie kieruje nią poczucie winy z powodu tego, że wczoraj dała się nabrać Jackowi, ani próba zemsty na nim za okłamanie jej co do tej kobiety.

Kieruje nią zwykła ludzka przyzwoitość.

To w jej dłoniach spoczywa życie tej Samanty i zrobi wszystko, aby je ochronić.

Ciszę przerywa krzyk w piwnicy.

Informacje na temat konta:@jacekrydel_autorLiczba obserwujących: 23 tysiąceLiczba polubień postów: 0Liczba postów: 0Ten użytkownik jeszcze nic nie opublikował.Informacje na temat konta:@jacekrydel_prywatnie0 wyników wyszukiwania. Czy chcesz spróbować ponownie?

Jacek

Jacek dostrzega Waldemara i Jadwigę z oddali, na długo przed tym, nim oni mogliby zauważyć jego. Nie chce z nimi rozmawiać. Przystaje między drzewami i czeka, zadowolony z faktu, że pod butami ma miękkie, zbutwiałe o tej porze roku listowie, które nie zdradzi jego obecności choćby najmniejszym szelestem.

Staruszek nagle klęka przed swoją żoną. Jacek nie potrafi zrozumieć tego gestu, a jednak to od razu budzi jego niechęć. Mogliby już iść. Mogliby zostawić tę mogiłę w spokoju. Przygląda się obojgu i czuje, jak wypełnia go pogarda do nich. Czeka, aż się oddalą.

Rozpoznał parę bez problemu, bo tylko oni jeszcze tu przychodzą. A dokładniej - sama Jadwiga. Mężczyzna przypomina sobie, jak często Samanta po powrocie z pracy opowiadała mu o tym, że widziała jakąś wariatkę tańczącą na polu. Mimowolnie się uśmiecha, jakby dopiero teraz dotarło do niego, jak zakochana musiała w nim być ta dziewczyna. Pozwoliła mu się wywieźć na koniec świata i zapakować do wariatkowa, w którym jedna staruszka gadała z nietoperzami, a drugi idiota regularnie włamywał się jej do domu, i nie narzekała.

Samanta była miękka.

Właśnie dlatego tak mu się podoba Agnieszka w całej swojej okazałości, z farbowanymi na rudo włosami, piercingiem twarzy i czarnymi ubraniami. Ona jest wyzywająca, pewna siebie, a przede wszystkim twarda. Po nudnej, wiecznie siedzącej w domu Samancie jest jak powiew świeżego powietrza.

Nie znaczy to oczywiście, że ma zamiar wiązać się z nią na dłużej. Cholernie się poprzedniej nocy wystraszył, kiedy znalazła Samantę w piwnicy, więc musiał coś szybko wymyślić. Gówniara łyknęła to chodzenie bez żadnego gadania - i właśnie dlatego Jacek ceni sobie w życiu nastolatki, którym można wkręcić, co się chce, a one przyjmują to wszystko z wielkimi od podziwu oczami.

Naprawdę, w innym życiu byłaby z nich całkiem niezła para.

Ale w tym Jacek ma dosyć związków na jakiś czas. I w ogóle zobowiązań. W weekend napisał maila do redaktorki naczelnej jako Samanta, że z powodu blokady twórczej nie jest w stanie skończyć powieści, więc jej dostarczenie przekłada na czas nieokreślony, a w ogóle to wyjeżdża nad morze na dłużej, na bardzo długo, szukać sensu życia. Nie, nie wie, kiedy wróci.

No dobrze, może nie do końca napisał. Wygenerował tekst, bo za bardzo bał się tego, że powali coś z przecinkami, a redaktorka się zorientuje. Taki jest sprytny.

Kiedy staruszkowie znikają w oddali, Jacek podchodzi do mogiły. Nie klęka, nie modli się ani nie patrzy na wyryte w kamieniu nazwiska dzieci, z którymi chodził do szkoły. Strasznie nie lubi o tym myśleć.

Nie lubi myśleć o tym, że tamtego dnia miał po prostu szczęście.

Wcale tak zresztą nie uważa.

Poza tym, na co komu myślenie o przeszłości, gdy ma się tyle ważniejszych spraw na głowie. Jacek rozwiązał ostatecznie chyba wszystkie problemy, które spędzały mu sen z powiek. Ostatnim zadaniem jest oczywiście pozbycie się Agnieszki, i to też musi zrobić szybko, zanim ktoś zainteresuje się jej zniknięciem. Być może zakopie ich ciała obok siebie. I obok tej trzeciej. Jak jej tam było?

Jacek z zaskoczeniem uświadamia sobie, że już nie pamięta. Poderwał autostopowiczkę kilka lat temu, śliczną dziewczynę, która chętnie została u niego na noc, bo i tak nie miała gdzie pójść. Mężczyzna pamięta, że miała czarne włosy i grube kreski na powiekach i że charczała śmiesznie, kiedy ją dusił. Ciekawe, czy kiedy wykopią grób dla Samanty, natkną się na kości tamtej dziewczyny.

Jacek z rozbawieniem wyobraża sobie własną minę, gdy przy Agnieszce uda zaskoczenie, że najwyraźniej nie byli jedynymi, którzy pomyśleli o pochowaniu zwłok w leśnym grobie. "Ciekawe, kto je tutaj ukrył", powie jej. "Musimy mieć oczy dookoła głowy".

Niech się gówniara stresuje.

Mężczyzna rozgląda się po pustej, pogrążonej w ciszy okolicy. Właściwie to nawet dobrze, że wpadł na Jadwigę i Waldemara, bo skoro zaliczyli wycieczkę na mogiłę, to Jacek ma pewność, że nie zajrzą tu przez resztę dnia. Jadwiga pewnie wzdychała do swoich uczniów - albo dla odmiany nie pamiętała, że ich kiedykolwiek uczyła.

Powinien już wracać. Nie chce, żeby Agnieszka na zbyt długo zostawała sama. Plan na przyszłość jest ułożony i bardzo Jackowi odpowiada: pozbycie się Samanty, pozbycie się Agnieszki, powrót do pracy na magazyn, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Nie marzył o robocie, ale w tej chwili nie może ryzykować. Może za rok czy dwa, gdy będzie bezpieczny, zgarnie pieniądze Samanty za książkę i wyjedzie na jakąś Ibizę. Ale to później. Na razie musi pilnować, żeby go nie przymknęli. Już nawet zadzwonił do starego szefa z przeprosinami, że go poniosło i czy może wrócić. Szef wyraził zgodę. Nie żeby miał inne wyjście, stary pryk. Płacił minimalną i brał do tej roboty każdego, kto ją chciał, bo była chujowa i nikt w niej długo nie wytrzymywał.

Jacek doskonale to sobie wszystko wymyślił - aż sam jest pod wrażeniem.

Już zbiera się do odejścia, gdy jego wzrok opada na masowy grób i mimowolnie zalewają go wspomnienia. Był pierwszoklasistą, gdy doszło do... zdarzenia. Tego ranka powiedział rodzicom, że boli go gardło. To nie była prawda, a przynajmniej nie do końca. Jego wychowawczyni miała sprawdzać zeszyty. Dziś z trudem przypomina sobie, co tak bardzo przerażało małego Jacka - czy nauczycielka odkryłaby, że nie odrobił pracy domowej? Że nie zawsze chciało mu się zapisywać wszystko, co im dyktowała? Że krzywo rysował szlaczki? Cokolwiek to było, musiało go naprawdę przerażać, więc kiedy obudził się rano i poczuł lekki ścisk w gardle, postanowił skorzystać z tej uprzejmości losu i przez całe śniadanie kaszlał ze wszystkich sił.

Rodzice pozwolili mu zostać w domu i dzięki temu zbiegowi okoliczności nie było go w autobusie, który zepsuł się w trakcie śnieżycy. Taki to głupi fart. Upiekło mu się. Stracił tamtego dnia trójkę kolegów z klasy i coś jeszcze.

Tamtego dnia zakończyło się jego dzieciństwo.

Jacek potrząsa głową, by odegnać niechciane obrazy. Nie cierpi wracać myślami do tamtych lat, do tego chaosu i załamania, które przetoczyło się przez Rogóż. Wspomnienie rodziców z tego okresu wywołuje w nim niesmak. To oni go zniszczyli. To oni sprawili, że nigdy nie miał szansy w życiu. To przez nich cały czas szuka kolejnych dróg na skróty, bo nie potrafi sobie inaczej poradzić. Wszystko jest ich winą.

Ale teraz to się zmieni. Najwyższa pora, żeby zaczął spełniać swoje marzenia. Tym razem Jacek będzie metodyczny i przemyśli swoją sytuację ze wszystkich stron, żeby uniknąć wpadki - a wie, że balansuje na krawędzi.

Jeszcze tydzień temu, kiedy zamknął Samantę w piwnicy, był przekonany, że pewnego dnia będzie mógł ją wypuścić i zaczną żyć długo i szczęśliwie. Z upływem czasu tracił wiarę, aż w końcu zrozumiał, że jeśli kobieta kiedykolwiek opuści więzienie, on pójdzie siedzieć. Nie wpadł na to od razu, ale w końcu załapał. No a na to nie mógł jej pozwolić.

Wtedy przystąpił do zacierania śladów. Miał pełen dostęp do telefonu Samanty. Na początku niczego nie ruszał, chciał sprawdzić, kto będzie jej szukał. Kto się do niej odezwie. Kogo dokładnie zaniepokoi jej nieobecność. Odkrył, że była jeszcze większym samotnikiem, niż mu się wydawało, bo telefon milczał jak zaklęty. Nikt się do niej nie odezwał. Gdyby Jacek nie musiał jej zabić, chyba by się nad nią litował. Co za żałosna dziewczyna.

Po kilku dniach zaczął działać. Wyreżyserował wymianę wiadomości między ich telefonami, w której Samanta dziękuje mu za wszystko i oznajmia, że jedzie nad morze, żeby szukać inspiracji, bo ostatnio ciężko jej się pisze. On oczywiście zareagował jak najlepsza wersja jego: łagodnie, uprzejmie, mało emocjonalnie. Przyznał jej, że oddalili się od siebie i ten związek nie ma sensu, a następnie życzył powodzenia w przyszłości.

Poza tym odezwał się do jej matki. Nie rozmawiały ze sobą zbyt często, ale wolał dmuchać na zimne. Wiedział, że jako facet Samanty byłby pierwszym podejrzanym, więc musiał się upewnić, czy w ogóle ktokolwiek o nim wie. I czy wiedzą coś więcej niż "znalazłam miłość swojego życia i wyjeżdżam na Mazury". Godzinami przeglądał jej rozmowy ze znajomymi w poszukiwaniu szczegółów, takich jak jego adres czy nazwisko. Nie znalazł nic. Było to aż dziwne, bo Samanta zapytana o wszystko inne odpowiadała chętnie i bez ukrywania czegokolwiek.

Na wszystko, tylko nie na pytania o niego.

Gdyby nie pamiętał, jak bardzo Samanta była nim zachwycona, pomyślałby, że ukrywała go przed światem. Ale dlaczego miałaby się go wstydzić? Co za śmieszny pomysł! Pewnie nie chciała, by jej koleżanki wiedziały, że wyrwała wspaniałego pisarza romansów.

Wiązało ich jedynie wydawnictwo, ale temat książki zamknął na długo, a w skrzynce mailowej usunął wszelkie ślady rozmów. Oni sami się nie zaniepokoją ciszą od Samanty, bo właśnie tego się spodziewają, a policja nie domyśli się jej pracy na boku, bo oficjalnie książka i cała kariera pisarska należą do Jacka Rydla - a nie do Jacka Smarzka.

Jacek uśmiecha się do siebie pod nosem. Kiedy kobieta wyjaśniła mu, że jego nazwisko nie jest wystarczająco romantyczne, miał jej to trochę za złe. Dziś jednak cieszy się, że opublikowali książkę pod pseudonimem. To kolejne zabezpieczenie. Kto powiązałby Jacka Smarzka i Jacka Rydla? Tylko ktoś, kto znałby ich obu. Takich ludzi nie ma zbyt wielu i nie będzie więcej. Już on o to zadba.

Wczoraj usunął wszystkie filmy z mediów społecznościowych. Tej kariery będzie mu najbardziej szkoda - przyjemnie jest być kimś.

Po załatwieniu wszystkich rozmów wyłączył telefon, rozkruszył go w stodole młotkiem - w woreczku, żeby nie zostawić po sobie żadnych śladów - i zakopał za szopką, w takim miejscu, gdzie świeżo rozruszona ziemia nie zwróci niczyjej uwagi. Rozważał sprawdzenie w internecie, na jakim etapie można namierzyć telefon, ale nie chciał ryzykować, na wypadek gdyby ktoś dorwał się do jego historii wyszukiwania.

Ktoś - na przykład policja.

Prawda była taka, że gdyby ktokolwiek wskazał go jako podejrzanego w sprawie zniknięcia Samanty, dałoby radę znaleźć na niego parę poszlak. Chyba niewystarczająco, żeby go skazać, ale na proces by starczyło.

Dlatego to tak ważne, żeby nikt go nie skojarzył.

A co za tym idzie, musi pozbyć się Agnieszki, zanim narobi zamieszania. Nie miał jeszcze czasu przejrzeć jej telefonu, zrobi to, jak tylko się jej pozbędzie. Poza tym spędziła u niego tylko dwie noce, więc liczył na to, że nie wygadała się nikomu, dokąd się wybiera. A nawet jeśli, mogła do niego po prostu zajrzeć po podpis i ruszyć dalej na kolejną przygodę życia. O takich jak ona ludzie mają najgorszą opinię, co jest mu bardzo na rękę. Nastolatka w kusym stroju, ufarbowana, z kolczykiem w twarzy. Sama się prosiła o kłopoty.

I jeszcze łapała stopa? W tych czasach? Każdy mógł ją zabić. Każdy, kto przejeżdżał przez tę okolicę w ciągu ostatnich dwóch dni. Nikt się nie dowie, że Agnieszka nigdy nie opuści jego domu żywa.

Jacek ma też pewność, że może liczyć na jedynego świadka jego ekscesów, czyli Waldemara. On nigdy nie zdradzi policji, że Agnieszka weszła do jego domu i zniknęła.

Jest o tym przekonany.

Mężczyzna rzuca ostatnie spojrzenie na tę cholerną mogiłę i myśli sobie, że to zabawny uśmiech losu, że ten grób wykopano właśnie tutaj, jakiś kwadrans drogi od jego domu. Tak jakby świat chciał dać mu sygnał, że owszem, Jacek stracił tamtego dnia swoje dzieciństwo, ale teraz dzięki temu wypadkowi zapewniał mu miejsce na zbrodnię doskonałą. Nikt nigdy nie szuka kości wśród innych kości. Nikt nie pomyśli, że w tym grobie spoczną osoby, które nie straciły życia w zamieci dwadzieścia dwa lata temu.

Tyle że to nieprawda.

To nie uśmiech losu.

To żaden przypadek, że oni zginęli właśnie tutaj.

30

Agnieszka

Z piwnicy dobiega krótki krzyk i znów zapada cisza. Agnieszkę początkowo paraliżuje strach, ale natychmiast przywołuje się do porządku. Głos należy do Samanty. Nastolatce nietrudno się domyślić, kto odpowiada za tę reakcję. Franek. Wiedziała, że będą z nim kłopoty. Nikt o czystych intencjach nie włamuje się do cudzego budynku. A ona, głupia, myślała o poproszeniu go, żeby ściągnął im pomoc.

Dziewczyna zatrzymuje się pośrodku salonu i rozgląda w panice. Nie zejdzie do piwnicy, dopóki nie znajdzie czegoś do obrony - jeśli nie Samanty, to przynajmniej samej siebie. Ale ten salon nie daje jej żadnych możliwości. Agnieszka wodzi wzrokiem po kanapie, stole, meblościance, w której błyszczą kryształy. Dziewczyna wpatruje się w nie i zastanawia, czy po rozbiciu szklanej wazy mogłaby zrobić z kawałka szkła broń. Klepie się w czoło, bo do głowy przychodzi jej znacznie łatwiejsza opcja. Biegnie do kuchni i wyciąga z szuflady kolejny nóż. Ten poprzedni zostawiła... Chryste, nie ma pojęcia, gdzie go zostawiła. Gdzieś obok materaca, kiedy skończyła rozcinać więzy Samanty?

Tak uzbrojona schodzi ostrożnie do piwnicy. Z pomieszczenia, w którym kobieta spędziła ostatnich kilka dni, nie dobiega żaden dźwięk, więc Agnieszka też na wszelki wypadek skrada się bezszelestnie. Zatrzymuje się w progu i powoli zagląda do środka.

Franek pochyla się nad leżącym na materacu ciałem kobiety. Nastolatka nie widzi szczegółów - musiałaby wejść do środka, a na to nie jest gotowa. Na razie próbuje logicznie przeanalizować sytuację, w czym przeszkadzają jej poszarpane ze strachu myśli.

Próbuje się skupić.

Franek jest szczupły i drobnej budowy, ale o wiele od niej wyższy. Przede wszystkim jako mężczyzna koło czterdziestki nie dałby jej żadnych szans w starciu siłowym. Jedyna przewaga dziewczyny to element zaskoczenia. Na przykład w tej chwili, gdy Franek jest odwrócony plecami do drzwi. Czy będzie w stanie go zaatakować? Wbić mu nóż w ciało? Agnieszka uwielbia udawać pewną siebie, ale teraz wątpi w swoje możliwości. Przez moment zastanawia się raz jeszcze, czy nie rozsądniej byłoby porzucić Samantę i wybiec z tego domu.

W ten sposób uratowałaby siebie, ale aż ją wzdryga na samą myśl o tym, że miałaby porzucić tę kobietę po tym wszystkim, co przeszła.

Robi kolejny krok w głąb piwnicy i unosi nóż. Najskuteczniej byłoby chyba poderżnąć mężczyźnie gardło, ale to już zdecydowanie ponad jej możliwości. Z drugiej strony wbicie noża gdziekolwiek indziej raczej go nie obezwładni, a tylko rozzłości.

Agnieszka ma ochotę się rozpłakać. Raz jeszcze obiecuje sobie, że jeśli wyjdzie z tego domu żywa, będzie chodzić do szkoły jak w zegarku. I wyłącznie do szkoły. I całymi wieczorami będzie się uczyć. I koniec z narzekaniem na starych.

Agnieszka odkrywa z zaskoczeniem, że tęskni za rodzicami.

Zaciska palce na rączce noża i podchodzi do pleców mężczyzny. Opuszcza dłoń i w ostatniej chwili panikuje, więc zamiast w szyję celuje w ramię. Jednocześnie dostrzega ją leżąca Samanta i krzyczy cicho, co zwraca uwagę Franka. Mężczyzna odwraca się do Agnieszki i w ostatniej chwili blokuje jej cios ręką. Nastolatka traci równowagę i robi krok do przodu, znajdując się nagle w zasięgu ramion mężczyzny, który jednym uderzeniem posyła ją na posadzkę.

- Przestańcie! - woła Samanta. - Agnieszka, on mi pomaga. Franek, Agnieszka też mi pomaga. Uciekamy stąd razem.

Dziewczyna unosi się na łokciach i przygląda Samancie ze zdziwieniem. Dopiero z tej pozycji jest w stanie zrozumieć, co wcześniej robił Franek.

- On... rozcierał ci kostki? - pyta z niedowierzaniem.

Franek łypie na nią ponuro.

- Uciekamy - potwierdza niskim głosem.

- Sprawdzał tylko, czy wszystko ze mną w po... rządku - wyjaśnia łagodnie kobieta, a jej głos znów się załamuje, jakby wypowiedzenie kilku zdań kosztowało ją zbyt wiele energii.

- Ufasz mu? - dopytuje nastolatka.

- Tak.

Agnieszka przygląda się im sceptycznie. Może ma urazę do mężczyzn po ostatnich wydarzeniach, ale wolniej niż Samanta decyduje się złożyć ich los w ręce kogoś, kogo Jacek określał mianem wioskowego wariata.

- On się na mnie rzucił - wyjaśnia cicho. - Włamał się do tego domu. Jacek musiał go obezwładnić.

- Pani Samanta zniknęła - wyjaśnia rzeczowo Franek.

- Włamał się tutaj, żeby mnie uratować - dopowiada kobieta. - Zauważył, że zniknęłam. Boże, Franek, jak ja się cieszę, że to zrobiłeś. Przepraszam, że kazałam ci się trzymać z daleka. Już nigdy więcej tego nie zrobię. Upiekę ci za to najlepszą szarlotkę świata. Dasz radę mnie stąd wynieść?

- No ta.

Franek wsuwa jej jedną dłoń pod kolana, drugą za plecy i czeka, aż kobieta zarzuci mu ramiona na szyję. Podnosi się z nią w objęciach i prostuje bez wysiłku, mimo że nie wygląda na siłacza. Samanta zaciska oczy i kilkukrotnie mruga.

- Jezu, ale mi się kręci w głowie - mamrocze i odnajduje wzrokiem nastolatkę. - Wezwałaś pomoc?

- Jacek zabrał mój telefon.

- Cholera.

- Wszystko będzie okej, zaraz stąd uciekniemy - zapewnia ją Agnieszka. - Pobiegnę przodem do tego domku staruszka i stamtąd wezwę pomoc.

Nie planowała tego wcześniej, ale to najrozsądniejsze wyjście z tej sytuacji. A musi być teraz bardzo rozsądna. Jeszcze tylko chwilę i wkrótce wszystko się skończy. On na pewno ma w domu telefon. Każdy ma teraz telefon.

Za kilka minut wszystko, co najgorsze, będzie już za nimi.

Prześlizguje się przed stojącym pośrodku pomieszczenia Frankiem i wychodzi na piwniczny korytarzyk, kiedy głos Samanty zatrzymuje ją w progu:

- Hej - szepcze.

Agnieszka się odwraca i zamiera, porażona widokiem bladej, a właściwie żółtej kobiety w ramionach Franka. Jej twarz jest pełna ostrych kątów, pod szyją obojczyki sterczą pod skórą. Samanta wygląda jak dziecko. Nie, poprawka. Jak zagłodzone, umierające dziecko.

- Dzięki - mówi cicho. - Dzięki za wszystko.

- Wstrzymaj się z tymi podziękowaniami, aż stąd wyjdziemy, dobra?

Kobieta posyła jej słaby uśmiech.

- Uważaj na siebie, dobrze?

Nastolatka salutuje i uśmiecha się łobuzersko.

- Zawsze.

Rusza przodem przez piwnicę i jako pierwsza wchodzi na schody, a po ciężkich krokach za jej plecami wie, że Franek i Samanta ruszają za nią, ale znacznie wolniej. W tym miejscu się rozstają. Agnieszka wbiega na górę, skacząc co drugi stopień. Ledwie stawia stopy na parterze, gdzieś w głębi domu trzaskają głośno drzwi.

Zamiera. Nie robi tego celowo. Ktoś wszedł do domu. Kroki zbliżają się głośno w ich kierunku. Ktoś...

Tylko jednej osoby się teraz spodziewa.

Jacek wychodzi zza zakrętu i uśmiecha się uprzejmie na jej widok. Nie pokazuje po sobie złości, rozczarowania ani niepokoju, że jego ofiary próbują mu się wymknąć. Kręci tylko lekko głową.

- To nie był dobry pomysł - informuje Agnieszkę, a następnie ją popycha.

Dziewczyna traci równowagę i zaczyna spadać.

31

Waldemar

Jadwiga po spacerze zwija się w kłębek przed telewizorem, co Waldemarowi bardzo odpowiada. Mężczyzna zamyka się w kuchni i przygotowuje obiad na trzy osoby: kurczaka z kaszą. W trakcie smażenia mięsa od czasu do czasu wygląda przez okno. Pomijając świst wiatru, na polu panują absolutna cisza i spokój. Nic się nie dzieje. Pozornie. A jednak Waldemar odczuwa niepokój.

Może jeszcze nic się nie dzieje, ale wkrótce się wydarzy. Tylko co? Może za jego paranoję odpowiada Jadwiga, która przez całą drogę powrotną opowiadała mu o tym, że nietoperze winią ją za wypadek sprzed dwudziestu dwóch lat. Może chodzi o to, że gdy stali przy mogile, Waldemar mógłby przysiąc, że ktoś ich obserwował. Może nie pasowało mu coś w tym, że od tygodnia nie widział kobiety Jacka, a wczoraj nie zobaczył również, jak wychodzi od niego ta mała ruda. Może wyszła, kiedy nie patrzył, choć nie mógł być pewien. Waldemar wątpi, by obie kobiety urządziły sobie piżama party w tym jednym pustym domu na końcu świata.

Ale przecież miał się nie interesować sprawami sąsiadów, prawda?

Poza tym Waldemar ma pilniejsze rzeczy na głowie. Normalnie widuje Franka co najmniej dwa razy dziennie, bo chłopak wędruje po okolicy całymi dniami, zawsze szukając rozmówców i cudzego towarzystwa.

Dziś nie widział go od rana.

Zdejmuje garnek z ognia, a z szafki wyciąga plastikowy pojemnik i wypełnia go posiłkiem. Do torby wkłada bochenek chleba, ser i paczkę ciastek, a następnie ubiera się i wychodzi, pozostawiając Jadwigę samą w domu. Zamyka za sobą drzwi na klucz. Przypomina sobie, że listonosz zapytał go kiedyś, czemu zawsze widzi go spacerującego z jakimiś dużymi pakunkami. Waldemar zbył go wtedy, bo to nie jego interes, tylko prywatne sprawy jego rodziny.

Do Franka zachodzi czasem codziennie, czasem co drugi dzień. Dziś akurat wolałby zostać przy Jadzi, którą dręczy przeszłość, ale nie może odpuścić swoich obowiązków. Idzie skrajem pola na drugą stronę wzgórza i niedługo później dostrzega sypiący się maleńki domek Franka. Puka we framugę i wchodzi do środka, mimo że nikt mu nie odpowiada.

To nie jest problem - ten dom należy do niego.

Waldemar rozkłada jedzenie na blacie i rozgląda się po zaniedbanym pomieszczeniu, w którym panuje bałagan. Odruchowo podnosi rozrzucone kijki, które Franek musiał pozbierać w lesie podczas spacerów, i składa je pod ścianą. W kuchni jest zimno, więc mężczyzna przechodzi do pokoju obok i rozpala w piecu. Zastanawia się, gdzie przepadł chłopak. Ma szczęście, że nie musi się o niego martwić - potrafi zadbać o siebie i zawsze wraca do domu.

Staruszek przyklęka przed kozą i opiera pomarszczone dłonie o kolana.

Wiele żałuje, ale jeszcze więcej go dziwi, nawet teraz - jak doprowadził do tego, że jego życie właśnie tak wygląda? Przecież wszystko zaczynało się tak dobrze. Miał dobrą żonę, porządną gospodarkę i rodzinę. I to nie było tak, że raz mu się wszystko rozsypało i koniec. On po prostu stracił kontrolę nad tym wszystkim. Mógł jedynie reagować na cudze decyzje. Starać się naprawić swoje błędy. I nawet przed Bogiem mógłby przysiąc, że starał się odpokutować swoje grzechy.

Franek był jednym z tych błędów. Urodził się zdrowy i normalny, a jedynym jego przewinieniem było to, że przyszedł na świat jako syn alkoholika. Chlał wtedy, co tu dużo mówić. Pozwalał sobie na zbyt wiele. Był trzeźwy za dnia, gdy robił na roli - za dużo wypadków w polu widział, żeby samemu ryzykować, ale gdy popołudniem wracał do domu... Wtedy nadrabiał godziny trzeźwości z nawiązką.

Waldemar aż się wzdryga, gdy nieproszone wspomnienia pojawiają się w jego głowie. A jednak do tej pory nie pamięta, co zrobił Frankowi i za co. Czy w ogóle miał jakiś powód? Bał się zapytać. Jadzia powiedziała mu, że uderzył go tak mocno, że dzieciak poleciał przez pół pokoju i rozbił się na stole. Stracił po tym przytomność i prawie miesiąc spędził w śpiączce.

A kiedy się obudził, był już taki jak teraz.

Waldemar chciałby powiedzieć, że po tym wypadku przestał pić, ale to nieprawda. Złościł się na siebie. Niezadowolony był z tego, jak to się wszystko potoczyło. Nigdy nie chciał być ojcem niepełnosprawnego dziecka i bez wahania przerzucił przykry obowiązek na żonę. A wtedy los sobie z niego zakpił, bo rok później stracił Jadzię.

Dom, w którym mieszkała dwójka wariatów, wypełniły krzyki i wieczna wojna. Przedmioty znikały, do nieporozumień wystarczyło pół zdania. Czasem to Franek nie mógł pojąć, co robi jego matka, czasem Jadwiga rzucała się na kogoś z pięściami - może sfrustrowana, a może po prostu zniecierpliwiona. Ich konflikt narastał latami, ale uporczywie i tak długo, aż przyszedł dzień, w którym nie można ich było trzymać razem w jednym domu. Dlaczego? Waldemar nie miał pojęcia. Nigdy nie rozumiał, co się dzieje w ich głowach.

I nawet wtedy nie przestał pić. To było silniejsze od niego, wygrywało z nim za każdym razem: chciał przestać, chciał zostać lepszym mężem i ojcem, po czym przychodził jakiś koszmarny dzień, kiedy wszystko szło źle, problemy się piętrzyły i nie widział światełka w tunelu. Zawsze wieczorem wyciągał ukrytą butelkę albo kupował nową i pił. Żeby sobie ulżyć. Wynagrodzić. Odnaleźć jakiś cel życia, bo sam już nie wiedział, co robi i dlaczego. Dlaczego opiekuje się rodziną, która go nie cierpi. Dlaczego dba o dobrobyt ludzi, którzy nie potrafią odpowiedzieć mu wdzięcznością.

Sam był z tym wszystkim i kompletnie sobie nie radził.

No i ostatecznie los go pokarał. Długo się do tego zbierał, ale nadszedł dzień, kiedy została mu już w życiu tylko opieka nad nimi i nic więcej. Wszystko inne stracił. Nie sądził, że tak się to wszystko skończy.

Nie tego chciał na starość, ale tylko na to zasługiwał.

Wiele czasu potrzebował, by zaakceptować nowe życie. Buntował się przez lata. Szukał drogi naokoło. Drogi na skróty. Chciał jeszcze coś przeżyć, czegoś doznać. Mieć coś, co będzie sprawiało mu radość, może nawet szczęście. Wtedy zdiagnozowano u niego marskość wątroby. Może to była nauczka, której potrzebował. W jego życiu musiało dojść do kilku gwałtownych zmian. Skończyło się picie, skończyło uciekanie od rzeczywistości. Wiedział, że po jego śmierci nie będzie komu zająć się Frankiem i Jadwigą. Mieli tylko jego. Dwadzieścia lat wcześniej pewnie ze złości zachlałby się na śmierć, tak na przekór, żeby nie męczyć się z tym wszystkim w pojedynkę.

Dziś z poczucia obowiązku pilnuje Jadzi, a do syna zachodzi chociaż raz dziennie, zwykle z zakupami albo żeby napalić w piecu. Kiedyś zapraszał go do ich domku, ale Franek za bardzo bał się własnej matki, żeby wpadać do nich w odwiedziny.

Waldemar nie jest zadowolony ze swojego życia... Ale chyba wreszcie je zaakceptował. A dzięki akceptacji w jego głowie pojawił się spokój, którego brakowało mu od trzydziestu lat.

Tego spokoju trzyma się dzisiaj kurczowo, gdy kończy rozpalać w piecu, chowa jedzenie do lodówki i wychodzi na ganek. Rozgląda się po obejściu, widzi grubą warstwę gnijących liści wokół domu. Jutro zajrzy tu z grabiami.

Zastanawia się, gdzie mógł przepaść Franek. Nie nadzorował może każdego kroku swojego syna, ale mieszkał na tyle blisko głównej drogi, że widywał go zawsze, gdy ten wybierał się do wsi. Dziś go nie widział, ale to jeszcze nie powód do niepokoju. Chyba.

Waldemar otrzepuje dłonie i zatrzaskuje za sobą drzwi. Najwyższa pora wracać. Z tego miejsca w dolinie widać tylko piętro domu Jacka, a ma wrażenie, że powinien mieć go na oku.

Nieobecność Franka niepokoi go bardziej, niż potrafi to przed sobą przyznać.

Wraca do siebie powoli, nieśpiesznie, myśląc o tym wszystkim, co ostatnio działo się w ich okolicy. Ruch był intensywny jak na kawał pola za Rogożem, nawet listonosz zaglądał do nich częściej niż zwykle.

Zastanawiał się, czy to możliwe, żeby z tym wszystkim był powiązany Franek. Przybiegł do niego kilka dni temu, przerażony tak bardzo, że nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Jakby coś zrobił i bał się przyznać do tego ojcu. Nie byłoby to zaskoczeniem, w końcu to jego syn zagląda w każdy kąt, odwiedza wszystkich sąsiadów i nie ma nic do roboty poza chodzeniem i robieniem zamieszania. To on atakował własną matkę.

Waldemar wraca do domu i przystaje w progu.

- Kochanie, wróciłem!

- Trudno! - odkrzykuje Jadwiga.

Przynajmniej ona nie sprawia już dziś problemów.

Staruszek przechodzi do salonu, gdzie siada na poręczy fotela zajmowanego przez żonę. Przez chwilę w milczeniu wpatrują się w kolorowy ekran, ale Waldemar się męczy, bo nie potrafi przestać myśleć. Zastanawia się nad zniknięciem dziewczyny Jacka i nad tą nastolatką.

I może już coś wie, ale nie potrafi tego jeszcze przed sobą przyznać.

Dopiero gdy po gruntowej drodze za oknem przejeżdża radiowóz, Waldemar zrywa się z miejsca. Dopada do okna i przygląda się szaro-niebieskiemu samochodowi. Nie włączył koguta, więc to chyba nic pilnego. Waldemarowi niepokój ściska żołądek. Staruszek bez chwili wahania zarzuca na siebie kurtkę, zakłada buty zimowe i tym razem nie odmeldowuje się żonie. Śpieszy się. Musi zobaczyć, co znajdą na miejscu policjanci.

Może wtedy przestanie okłamywać samego siebie.

Może już najwyższa pora zaakceptować fakt, że jego syn jest mordercą.

32

Samanta

Ciało Agnieszki turla się z łoskotem po schodach, a Samanta nie może nic z tym zrobić. Przygląda się z przerażeniem temu, jak nastolatka umiera. Ciało dziewczyny zatrzymuje się w dziwnej pozycji, nienaturalnie wykręcone, na przedostatnim stopniu, z głową opartą o betonową ścianę pod niemożliwym kątem. Kobieta wciąga głośno powietrze.

U szczytu schodów stoi Jacek z szerokim, pełnym zadowolenia uśmiechem na twarzy. Właśnie kogoś zabił i nawet go to nie ruszyło.

I ona mieszkała z nim pod jednym dachem i tego nie zauważyła.

- Postaw mnie - prosi Samanta Franka.

Pierwsze odrętwienie przechodzi i odzyskuje władzę w kończynach, więc nie czuje nic poza osłabieniem. Robi dwa kroki przed siebie i opada na posadzkę obok Agnieszki. Prawda dociera do niej na długo przed tym, nim dłonią dotyka wilgotnej, ciepłej czaszki dziewczyny. Oczy nastolatki są wytrzeszczone, nieruchome, a na ścianie jest rozmazana krew.

- To niemożliwe - szepcze do siebie Samanta.

Nikt przecież tak szybko nie umiera. Odciąga nastolatkę od ściany i patrzy, jak jej głowa opada bezwładnie na stopień. Samanta przyciska dłoń do rany, żeby zatamować krwawienie, a pod palcami wyczuwa kawałki połamanej kości czaszki. Niektóre z nich przebiły skórę, niektóre wystają jak wypustki pod nią. Kobieta odruchowo cofa dłoń, bo przy najmniejszym nacisku czuje, jak fragmenty kości wbijają się w miękką masę. W mózg dziewczyny.

- Musimy... - zaczyna i urywa.

Unosi wzrok. Jacek stoi u szczytu schodów i uśmiecha się do niej, ale ten uśmiech jest inny niż wcześniej. Szyderczy. Bezczelny. Zły. Jacek już nie udaje. Patrzenie na śmierć nastolatki i panikę Samanty przynosi mu prawdziwą satysfakcję.

Samanta mimowolnie się wzdryga.

Jeszcze przed chwilą chciała mu powiedzieć, żeby zadzwonił na pogotowie, ale teraz taka prośba wydaje się wręcz śmieszna. On nie zadzwoni na pogotowie. Nie zadzwoniłby nawet, gdyby Agnieszka jeszcze żyła, a już na pewno nie do jej martwego ciała.

- Co musimy, kochanie? - pyta ją łagodnie.

Samanta spogląda ponad ramieniem na Franka. Mężczyzna zapadł się w sobie. Skulił ramiona, pochylił głowę i wycofał się pod ścianę ze wzrokiem wbitym w podłogę. Kobieta marszczy brwi. Czy on się go boi? Bo teraz byłby doskonały moment, żeby na przykład Jacka zaatakować. Franek mógłby go odepchnąć z drzwi i wybiec z domu. Znaleźć im pomoc.

Ale Franek nie rusza się ze swojego miejsca pod ścianą.

W tej sytuacji Samanta jest zdana na siebie. Patrzy na ciało nastolatki, której krew ma na dłoniach, i myśli o tym, jak łatwo Jackowi przyszło pozbawić ją życia. Takie to było dla niego proste, jedno pchnięcie i po problemie. W środku Samanta gotuje się z wściekłości, ale próbuje to ukryć.

- Co ty chcesz zrobić, Jacek? - pyta z uprzejmym zainteresowaniem. - Jaki masz plan? Chcesz nas tutaj zamknąć z ciałem Agnieszki?

- Wolałem cię, kiedy byłaś zakneblowana.

- Nie wątpię.

Jacek nie kwapi się do udzielania wyjaśnień. Robi krok do tyłu, jakby potrzebował szerszej perspektywy dla tragedii, jaka rozegrała się w jego piwnicy.

I nagle Samanta się domyśla, co zamierza zrobić.

- Jacek!

Mężczyzna, nie spuszczając z niej wzroku, łapie za klamkę i zatrzaskuje przed sobą drzwi do piwnicy. Ciszę przecina szczęk przekręcanego klucza w zamku.

- Wracaj! - woła kobieta. - Jacek, chodź tutaj! Nie możesz nas tutaj trzymać!

Odpowiada jej cisza. Przez chwilę gapi się jak idiotka na ciemne drzwi i czeka, ale zaczyna rozumieć, że Jacek nie ma zamiaru z nią rozmawiać. Nie będzie negocjował. Naprawdę ich tutaj zamknął.

Spuszcza wzrok na ciało nastolatki. Wciąż nie dociera do niej, że zmarła. Młoda chciała ją uratować. To przez Samantę zeszła do piwnicy, to przez nią wpadła na Jacka w drzwiach.

To przez nią teraz nie żyje.

Unosi dłoń i głaszcze Agnieszkę po policzku. Ciało w jej ramionach jest ciepłe, miękkie, ale sztywny wzrok dobitnie świadczy o tym, że nastolatka nie żyje. Samancie robi się ciemno przed oczami i przełyka głośno ślinę. Ma spierzchnięte usta i wysuszone gardło. Nie jadła ani nie piła nic od dwóch albo trzech dni - już dawno straciła poczucie czasu. Od wczoraj leżała zwinięta w kłębek w jednej pozycji, ze zdrętwiałymi od związania kończynami.

Próbuje opłakiwać Agnieszkę, ale nie potrafi się skupić. Jest uwięziona. Ma własną ucieczkę na głowie i kończy jej się czas. Jacek zamknął ich tutaj na klucz, ale przecież tym razem sytuacja nie przypomina już okoliczności, w których Samanta spędziła ostatni tydzień. Czy to był tydzień? Kobieta nie ma pojęcia.

Z opóźnieniem rejestruje, że tym razem jest inaczej.

- Przepraszam, pani - szepcze niski, męski głos obok niej.

Samanta się odwraca i widzi klęczącego obok niej Franka. Jego postać oddala się nagle i znów wraca, a do kobiety dopiero po chwili dociera, że nie, postać się nie porusza, to tylko jej zakręciło się znowu w głowie.

Zabiłaby teraz za szklankę wody.

- Musimy stąd razem uciec, rozumiesz? - odzywa się łagodnie do mężczyzny. - Jacek jest zły. Chce nas skrzywdzić. Musimy uciec.

Próbuje używać prostych słów i jednocześnie patrzy mu w oczy, żeby mieć pewność, że ją rozumie. Czeka na jego odpowiedź. Franek w końcu kiwa głową. Trochę uspokojona, podnosi się chwiejnie i rozgląda po korytarzyku. Nigdy dotąd nie zaglądała do piwnicy w tym domu, za krótko tu mieszkała i za mało się interesowała wszystkim tym, co nie dotyczyło jej szczęśliwego życia u boku Jacka.

Ostrożnie zagląda do pierwszych z brzegu drzwi. Składzik. Za kolejnymi kryje się pawlacz. Za trzecimi stos węgla. Opiera się o pustą futrynę w miejscu drzwi i oddycha głęboko. W ostatnim pomieszczeniu, ponad stosem węgla, znajduje się niewielkie okienko przy suficie, o wymiarach może pół na pół metra. Mało, ale znacznie więcej od tej szczeliny w pomieszczeniu, w którym Samanta była wcześniej więziona.

Kobieta przygląda mu się z namysłem. Gdyby Franek ją podsadził, mogłaby się przez nie przecisnąć. A gdyby się wydostała, chyba dałaby radę stąd uciec. Za oknem zmierzchało. Jeszcze pół godziny i zrobi się ciemno. Samanta czuje się tak, jakby przejechał po niej czołg, ale powinna być w stanie dotrzeć do domu ich sąsiada i wezwać pomoc. O ile Jacek nie będzie jej gonił, bo jeśli zacznie, złapie ją bez żadnego wysiłku. Samanta nie uciekłaby przed nim, nawet gdyby była w pełni sił, a już na pewno nie teraz, kiedy ledwie stoi.

Cały czas ma wrażenie, że coś jej umyka, ale rozbiegane myśli nie ułatwiają skupienia. Cofa się na korytarzyk i znowu rozgląda. Dostrzega Franka skulonego w kącie. Usiadł pod ścianą i wbił oczy w podłogę. Nie jest to książę na białym koniu, o których pisała i o którym marzyłaby w podobnej sytuacji. O samej tej sytuacji też zresztą by nie marzyła.

Nagle jednocześnie tęskni do świata romansów i nim gardzi, podobnie jak przez ostatnich kilka dni. Chciałaby uciec od rzeczywistości w świat, gdzie mężczyźni oferują jej kawę, romantyczne wyznania i kwiaty, ale nieprawdziwość tych historii nigdy nie drażniła jej tak bardzo jak w czasie uwięzienia.

Samanta nie potrzebuje kawy i kwiatka do szczęścia.

Potrzebuje...

Noża.

Odrywa się od ściany i przechodzi do pomieszczenia, w którym spędziła tydzień. Klekot. Metalowy klekot. Kiedy Agnieszka wróciła z piętra i zobaczyła tutaj Franka, zaatakowała go. Samanta chwiejnym krokiem dociera do rogu pomieszczenia i podnosi z posadzki wielki nóż kuchenny. Jej serce ściska żal. Agnieszka była sprytnym dzieciakiem.

Samanta wraca na korytarz. Musi być teraz absolutnie opanowana i spokojna. Od tego zależy jej życie. Zatrzymuje się w progu i zerka najpierw na nieruchome ciało, potem na siedzącego niedaleko niej Franka.

- Chodź - prosi go. - Chodź tutaj do mnie.

Przechodzą do składu na węgiel. Samanta posyła tęskne spojrzenie w stronę okna, ale ucieczka tą drogą nie ma sensu, dopóki jest jasno. Z czterech stron otacza ich gołe pole. Nawet jeśli Jacek nie zorientuje się od razu, że uciekła, dostrzeże ją z piętra. Poza tym, o ile ona mogłaby przecisnąć się przez okno, o tyle Franek nie dałby rady. A ona nie chce go tu zostawić. Widział śmierć Agnieszki i Samanta nie zdziwiłaby się wcale, gdyby za sam ten fakt Jacek dopisał go do listy osób, których musi się pozbyć.

Samanta musi więc szukać innego rozwiązania tej sytuacji.

Rozgląda się po pomieszczeniu i dostrzega na podłodze żeliwną szufelkę do pieca. Bierze przedmiot do ręki i odkrywa, że jest zaskakująco ciężki. Gdyby Jacek czymś takim oberwał w głowę, może udałoby im się go skrzywdzić. Może nawet permanentnie.

- Franek, posłuchaj mnie uważnie - zagaduje Samanta. - Jacek zaraz tu zejdzie.

- Tak?

- Tak.

Jest tego prawie pewna. Zabicie Agnieszki i zamknięcie ich dwojga w piwnicy nigdy nie było częścią planu i nie ma szans sprawdzić się na dłużej - nie z oknami, przez które można uciec, i nie w sytuacji, gdy zaginione są aż trzy osoby. Jacek zapewne panikuje teraz na piętrze. Kobieta się zastanawia, czy znajdzie sposób na wyratowanie się z bagna, w które sam się wpakował. Może w innych okolicznościach by ją to intrygowało, ale ten psychol udowodnił jej już, że w desperacji potrafi posunąć się do wszystkiego. Samanta potrząsa głową, by odegnać złe wspomnienia. Teraz ma przewagę, bo już wie, czego się po nim spodziewać.

Tym razem go nie zlekceważy.

- Kiedy Jacek tutaj zejdzie - ciągnie - ja będę czekała pod oknem, a ty staniesz pod ścianą po przeciwnej stronie, żeby cię nie widział. Wtedy zamachniesz się szufelką i go uderzysz w głowę. Dobrze?

Z początku twarz Franka nie wyraża nic, ale słowa kobiety powoli do niego docierają. Ku zaskoczeniu Samanty ściąga brwi, wytrzeszcza oczy i zaczyna nerwowo potrząsać głową.

- Nie, nie - mamrocze. - Nie mogę.

Ostatnie, czego kobieta w tej chwili potrzebuje, to atak paniki, więc łapie Franka za ramię i przytrzymuje go stanowczo w miejscu.

- Już dobrze, wszystko dobrze - mówi miękko. - Poczekaj, zaraz coś wymyślimy.

Zastanawia się, czy postępuje głupio, ufając mężczyźnie z tak ograniczonym pojmowaniem świata. Nie ma pewności, czy Franek ją rozumie ani czy może na niego liczyć. Czy dostrzega powagę sytuacji. Czy zrobi to, o co go poprosi.

Mężczyzna zaciska usta z rezygnacją.

- Nie wolno nikogo bić.

- W obronie własnej wolno - poprawia go Samanta. - Franek, musisz mi zaufać. Bardzo boję się Jacka. On zamknął mnie tu, w piwnicy, bez jedzenia i picia, na cały tydzień. Nie mogę dopuścić do tego, żeby znowu mnie skrzywdził. Widziałeś, co zrobił Agnieszce. On ją zabił. I ze mną zrobi to samo.

Franek się nie rusza. Stoi naprzeciwko niej z zaciśniętymi ustami, a ona po raz pierwszy ma okazję przyjrzeć się jego twarzy. Jest znacznie młodszy, niż jej się wydawało. Właściwie to muszą być w podobnym wieku, ale Franek ukrywa to pod nieogoloną brodą, brudem i workowatymi ubraniami.

W tej chwili wygląda jak dziecko. Uparte, krnąbrne dziecko, które się zapiera, żeby nie robić tego, o co prosi je dorosły. I Samanta doskonale go rozumie. Jeśli nigdy nikogo nie skrzywdził i jeśli ktoś mu przetłumaczył, że krzywdzenie ludzi jest złe, jej słowa nie sprawią, że magicznie zmieni zdanie.

Musi wymyślić coś innego.

- Pójdziesz pod okno, a ja stanę przy wejściu - postanawia. - Kiedy Jacek tu wejdzie, po prostu z nim porozmawiasz, okej? Odwrócisz jego uwagę. Ja zajmę się całą resztą. Możesz to dla mnie zrobić?

Franek powoli kiwa głową. Samanta podaje mu nóż, który mężczyzna najpierw przyjmuje, ale zaraz próbuje jej go zwrócić.

- To do obrony - wyjaśnia. - Gdyby Jacek cię zaatakował, musisz się bronić.

- On mnie nie skrzywdzi.

Kobieta prycha cicho.

- Ja też tak kiedyś myślałam. Po prostu trzymaj go przy sobie, okej? Na wszelki wypadek. Proszę, to dla twojego bezpieczeństwa.

Franek się krzywi, ale niechętnie przyciska do ciała dłoń z nożem. Nie spuszcza wzroku z Samanty, choć kobieta nie jest pewna dlaczego. Może czeka na kolejne polecenia?

- Wszystko w porządku? - pyta cicho.

Znów odpowiada jej wolne skinięcie głową.

- Nie chcę tu być.

Samanta wzdycha.

- Ja też nie. Wierz mi, ja też nie.

- Jacek nas wypuści? - pyta Franek z nadzieją.

Kobieta kręci głową z rezygnacją. Nie wydaje jej się, żeby taka opcja jak wypuszczenie ich na wolność była możliwa. Jacek zamordował nastolatkę na ich oczach. Przetrzymywał Samantę w uwięzieniu. Wystarczyłoby, żeby któreś z nich porozmawiało z policją, i całe życie Jacka by się skończyło.

A Jacek lubi swoje życie. Nie pozwoliłby im na wpakowanie go za kratki.

- Nie wydaje mi się, żeby mógł nas wypuścić - mówi cicho Samanta. - Za dużo wiemy o tym, co zrobił.

- A jeśli obiecamy, że nikomu nic nie powiemy?

Zanim zdąży mu odpowiedzieć, w oddali rozlega się skrzypienie drzwi. Oboje odwracają głowy w kierunku źródła dźwięku, a kobieta jednocześnie dopada do wnęki, w której miała się ukryć.

- Halo, jesteście tutaj? - woła cicho Jacek.

Samanta mogłaby przysiąc, że się uśmiecha. Wskazuje dłonią Frankowi, żeby się nie ruszał ze swojego miejsca, i odpowiada drżącym głosem:

- Jesteśmy.

- Wyjdźcie do mnie.

- Jestem za słaba, żeby chodzić - odpowiada.

Jeszcze przez chwilę panuje cisza, którą w końcu przerywają kroki na schodach. Jacek stawia stopy ostrożnie i powoli. Pewnie stara się uważać, na wypadek gdyby Samanta coś zaplanowała.

Ewidentnie go nie doceniała. Myślała, że jest prosty, może nawet średnio rozgarnięty, ale to nieprawda. Jacek jest jak uczeń w szkole - zdolny, ale leniwy. Kiedy mu się chce, potrafi wykazać się cholernym sprytem. Po prostu w jej obecności nie musiał. Ona robiła za dużo. Nie doceniała go.

Samanta unosi żeliwną szufelkę. Nie popełni już tego błędu. Tym razem wie, czego się po nim spodziewać. On z kolei wie, czego się spodziewać po niej. Po raz pierwszy grają jak równy z równym. Samanta może to wszystko zakończyć.

Ledwie kilka kroków dzieli ją od wolności.

- Gdzie jesteście?

- W piwnicy na węgiel! - Nie chce, żeby jej słowa brzmiały jak zwabianie w pułapkę, więc dodaje na wszelki wypadek: - Zostaw nas w spokoju!

Jacek śmieje się cicho.

- Chcesz tu zostać na zawsze? Tak ci tutaj wygodnie?

Jego głos rozlega się tak blisko, jakby mężczyzna stał tuż obok niej. Tymczasem on zatrzymuje się w korytarzu i nie wchodzi dalej.

Samanta boi się wypuścić powietrze z płuc. Odnajduje wzrok Franka i gestem dłoni zachęca go, żeby się odezwał.

- Nie chcę nikogo skrzywdzić - recytuje Franek.

- Ja też nie chcę - zapewnia go Jacek i dopiero wtedy wchodzi do pomieszczenia.

Samanta zamachuje się szufelką, ale zanim zdąży zaatakować, ciszę przerywa spanikowany głos Franka:

- Uważaj! Jest za tobą!

I nagle jest za późno, choć kobieta nie może się już wycofać. Jacek odwraca się do niej, dostrzega mknący w jego kierunku cios i się uchyla. Szufelka ledwie ociera się o jego ramię. Samanta cofa się o krok i przykłada dłoń do rozchylonych ust. Nie potrafi pohamować przerażenia.

Właśnie straciła jedyną szansę na ucieczkę.

Jacek wybucha śmiechem, nachyla się do niej i wyjmuje jej szufelkę z dłoni. Samanta zaciska oczy w oczekiwaniu na nadchodzący cios, ale nic się nie dzieje. Gdy unosi powieki, widzi, że Jacek odwrócił się już do Franka. Jest wściekła na niego za to, że zniszczył jej plan, ale i tak myśli odruchowo o tym, żeby go uratować. Rozchyla usta z nadzieją, że przyjdzie jej do głowy jakaś wymówka, coś, co sprawi, że ich oprawca znowu skupi się na niej.

- Dobra robota, braciszku - chwali go Jacek.

Samanta wciąga głośno powietrze.

- A teraz idź na kanapę i poczekaj tam na nas, dobrze? O, i proszę, oddaj mi to. Nie chcemy, żeby komuś stała się krzywda.

Franek posłusznie wkłada nóż Jackowi do ręki, pozbawiając ich ostatniej formy obrony. Kobieta ściąga brwi i przygląda się tej scenie w szoku. Nic nie ma sensu. Czy ona się przesłyszała? Nie... Nie wie, co zrobić. Za plecami ma ścianę, o którą opiera się teraz całym ciałem, bo znowu kręci jej się w głowie.

Nie spuszcza wzroku z Franka, który po przekazaniu noża się przy niej zatrzymuje.

- Przepraszam, pani Samanto, ale teraz już będzie wszystko dobrze.

Zastanawia się, czy oszalała. Franek znika, a jego kroki powoli cichną w głębi piwnicy. Drzwi na piętrze zamykają się z trzaskiem. Samanta odwraca się do Jacka, a on uśmiecha się do niej łagodnie.

- Próbowałaś nastawić mojego braciszka przeciwko mnie, co?

- Bra... Braciszka?

Nic z tego nie rozumie. Naprawdę nie ma pojęcia, o co mu może chodzić. Z pewnością nie używa tego słowa w dosłownym znaczeniu, Franek nie jest przecież jego bratem, wiedziałaby, gdyby tak było... Czy nie?

- Nie wspomniałem ci o kilku sprawach - wyjaśnia lekko Jacek. - Wiesz, nie chciałem cię za bardzo wystraszyć. I tak już się dziwiłem, że tak łatwo zgodziłaś się na przeprowadzkę do tego domu na zasranym końcu świata. Nie chciałem dodawać, że mieszkam obok swojej popierdolonej rodziny.

Samanta pociera skronie, próbując pobudzić wyczerpane ciało do pracy. Robi jej się słabo. Osuwa się po ścianie, aż jej pośladki docierają do podłogi. Siada na lodowatej, wilgotnej posadzce i zamiast patrzeć na Jacka, mętny wzrok ma utkwiony przed siebie.

Jacek uprzejmie przed nią klęka.

- Franek jest twoim bratem - stwierdza Samanta.

- No.

- Ale ty... nigdy nie... - Zbiera myśli, które nie chcą się zebrać. - Nie rozumiem. Dlaczego? Jak mogłeś traktować go jako obcego?

Mężczyzna wzrusza ramionami.

- Za dużo z nim było problemów. Im bardziej ograniczałem mu dostęp do siebie, tym łatwiej mi się żyło, więc musiałem go nauczyć, żeby trzymał się z dala.

Samanta przygląda mu się otępiale.

- Z dala? - powtarza.

Przypomina jej się rozklekotana chatka na dole wzgórza, w której samotnie mieszkał Franek. Skromny, zaniedbany domek kilkaset metrów od dobrze ocieplonej i wyposażonej piętrówki Jacka.

- Dostałem ten dom od ojca w zamian za opiekę nad Frankiem - wyjaśnia niemal wesoło.

- I co, zorientowałeś się, że cię to przerosło?

Kręci głową.

- Nie, chciałem się zemścić na staruszku. Zrujnował mi życie, więc żeby było sprawiedliwie, on też powinien trochę pocierpieć. Stracił swój ukochany dom, stracił pole, na którym pracował całe życie. Próbował zrzucić na mnie opiekę nad Frankiem, ale zamiast tego utknął z nim do śmierci i jeszcze pewnie codziennie się zastanawia, co się stanie, gdy kiedyś odejdzie. Mówiłem ci, że nienawidzę mojego ojca. Nienawidzę Waldemara. Hej, co masz taką minę? Mówię do niego po imieniu, bo nie zasługuje na żadne specjalne tytuły. Taki z niego kawał chuja. Słuchaj, Sam, chcę z tobą pójść na układ. Przemyślałem sobie to wszystko i mam propozycję nie do odrzucenia.

Samanta pociera czoło, zbyt przytłoczona zalewem nowych informacji, by wiedzieć, na czym ma się skupić. Waldemar. Franek. Wszyscy ich sąsiedzi byli członkami jednej rodziny, którzy nienawidzili się tak bardzo, że rozdzielili się na trzy budynki. Samanta nie może w to uwierzyć.

Jacek czeka na jej odpowiedź, ale ciszę między nimi przerywa dzwonek do drzwi. Następnie powtarza się jeszcze dwa razy.

W końcu trzaskają drzwi i po schodach do piwnicy zbiega Franek.

- Jacek? Pan policjant do ciebie, widziałem przez okno!

33

Waldemar

Gdy Waldemar wspina się na wzgórze i dociera pod dom Jacka, policjant nie wyszedł jeszcze nawet z radiowozu. Staruszek rozpoznaje go, gdy podchodzi do samochodu. Młody Kłodarski, syn Marka Kłodarskiego z drugiej strony wioski, z którym chodził do szkoły. Jemu też się nie śpieszyło z żoną i dziećmi, chyba nawet gorzej niż Waldemarowi, bo ślubował parę lat po nim.

Staruszek przygląda się siedzącemu za kierownicą chłopakowi. To jeszcze dzieciak. Nie wie, ile ma lat, ale musi być świeżo po szkole. Stuka w drzwi, a Kłodarski szybko opuszcza szybę.

- Dzień dobry - wita się uprzejmie chłopak.

- Dobry. Co ty tu robisz?

Policjant mruga ze zdziwieniem, a Waldemar zagląda głębiej do wnętrza samochodu i widzi bałagan - opakowania po jedzeniu na wynos, papiery, torbę ze śmieciami. Wzdycha ciężko. Kiedyś to były jakieś standardy, a dzisiaj wszystko musi być na odwal.

- Dostałem zgłoszenie, żeby sprawdzić, czy wszystko w tym domu jest w porządku.

Waldemar nawet się nie zastanawia. Odpowiada bez wahania i stanowczo:

- Jest w porządku.

Policjant wyciąga niewielki notes. Zerka niepewnie na stronę i pyta staruszka:

- Pan tu mieszka?

- Mieszkałem. Ten dom należał do mnie przez trzydzieści lat. A w ogóle to ty, Kłodarski, się tu zachowuj, ja z twoim ojcem do szkoły chodziłem. O wszystkim mu powiem. On na wioskę dalej chodzi, ja go widuję.

Waldemar spanikował i przeszedł od razu do pogróżek, ale chciał pokazać gówniarzowi na dzień dobry, że jest twardy. Musi ochronić swoją rodzinę przed policją. Ta nie interesuje się porządnymi ludźmi, a staruszek musi wierzyć, że jego rodzina jest porządna. Wszystkie problemy załatwi na prywatności, bez obcych. Nawet jeśli to prawda, że jego syn mógłby być mordercą. Nie mógłby. Waldemar jest tego niemal pewny. Wystarczająco pewny, żeby bronić go przed najazdem policji.

Dzieciak unosi brwi, ale kiwa powoli głową.

- Nazwisko?

- Waldemar Smarzek.

- Ojciec zameldowanego pod adresem Jacka?

- Tak.

- Ja wysiądę i porozmawiamy - oznajmia Kłodarski. - Momencik.

Guzdra się w samochodzie przez dłuższą chwilę, więc Waldemar odstępuje na krok i patrzy na pogrążony we śnie budynek. Ten dom - to było dzieło jego życia. Postawił go Jadzi kilka lat po ślubie, kiedy była w ciąży z Frankiem, by ich synowie mogli mieszkać we własnym domu od urodzenia.

Spędzili tu kilka szczęśliwych lat i wiele nieszczęśliwych. Może właśnie dlatego tak łatwo przyszła mu decyzja o tym, by przepisać dom i ziemię na starszego syna w zamian za opiekę nad młodszym. Potrzebował tutaj Jacka, który jak wszyscy młodzi w jego wieku chciał wyjechać do większego miasta. Ciągnęło go nawet nie tyle do większego świata, co tak po prostu, za robotą - bo w ich okolicy poza hutą i kilkoma prywatnymi biznesami nie było niczego. Żadnych perspektyw na zarobek, na rozwój, na karierę. A Waldemar musiał znaleźć sposób, by zatrzymać go w pobliżu.

Czy był przy tym obrzydliwie samolubny? Owszem, przyznawał to bez problemu, choć tylko przed samym sobą, bo niech się inni nie interesują cudzymi sprawami. To przez Waldemara Franek nigdy nie będzie normalny, więc to on musiał zadbać o to, by po jego śmierci chłopak nie został bez opieki. Z poczucia obowiązku postanowił poświęcić jednego syna dla drugiego.

Zatrzymał Jacka tutaj.

I może to właśnie przez jego egoizm skończyło się to złośliwym figlem losu. Tuż po tym, jak podpisali wszystkie papiery pięć lat temu, Jacek wyrzucił brata do domku na granicy pola, a następnie zerwał z nimi wszystkimi kontakt. Może to była kara dla Waldemara za próby decydowania o tym, jak ma wyglądać życie innych.

Co on mógł zrobić? Teraz nie mógł już nic. Jedyne, co mu pozostało, to wypić piwo, które sobie nawarzył. Wziął na siebie opiekę nad Frankiem i miał nadzieję, że Jacek w końcu pójdzie po rozum do głowy.

To w końcu jemu i Jadzi ich syn zawdzięczał dach nad głową i ziemię, za której dzierżawę zarabiał co roku dodatkową sumkę. Z pewnością miał w sobie odrobinę wdzięczności wobec własnych rodziców. Jeśli nie za to, jak go wychowali, to przynajmniej za spadek.

Rzeczywiście byli trochę nieobecni w jego dzieciństwie, pewnie mogło być lepiej, ale któremu dzieciakowi na wsi nie mogło być lepiej? Waldemar sobie popijał, Franka po wypadku wozili przez kilka lat po szpitalach, z regularnymi wyjazdami do Działdowa na rehabilitację. A ledwie przyzwyczaili się do życia z niepełnosprawnym dzieckiem, przyszła śnieżyca, po której Jadzia już nigdy nie była taka sama.

Jacek nie miał w życiu lekko. Żadne z nich nie miało. Ale to nie znaczyło, że chłopak był złym dzieciakiem. Po prostu miał swoje problemy. Słabo kontrolował złość, nie przyjmował "nie" za odpowiedź. Typowe zachowania u dziecka, a później zbuntowanego nastolatka. I choć Jacek nie jest nastolatkiem już od dekady, Waldemar wciąż czeka i ma nadzieję, że pewnego dnia coś się poprawi. Zmiana nie musi być ogromna. Staruszek nie oczekuje, że nagle członkowie jego rodziny wszystko sobie wybaczą i zaczną się spotykać na niedzielne obiadki. Wystarczy, że poprawi się choć odrobinę.

Kłodawski wysiada z radiowozu, w dłoni trzyma notatnik. Zatrzaskuje za sobą drzwi i opiera się o nie plecami.

- Jeśli to nie problem, chciałbym panu zadać kilka pytań - mówi uprzejmie.

- To jest problem, bo tutaj nic się nie dzieje - powtarza z uporem Waldemar. - Kto w ogóle na nas doniósł? Kto zadzwonił?

Policjant uśmiecha się delikatnie.

- Nie wolno mi zdradzać takich informacji, proszę pana.

- A co wymyślili, że co się tutaj dzieje? Powiedz mi dokładnie i ja ci powiem, co jest prawdą, a co nie.

Kłodawski zerka znów do notesu i zamyka go z cichym trzaskiem.

- Porozmawiajmy o mieszkańcach tego domu - zgrabnie zmienia temat. - Mam tu zameldowanego Jacka Smarzka. Mieszka sam?

Waldemarowi nie odpowiada ta bezczelna próba wyciągnięcia z niego plotek. Wzrusza ramionami, a następnie krzyżuje je w obronnym geście.

- A bo ja wiem...

Policjant znów się łagodnie uśmiecha. Zdaniem Waldemara chłopak kompletnie nie ma pojęcia, co się dzieje, ale też nigdzie mu się nie śpieszy, by się tego dowiedzieć. A może po prostu wie, jak rozmawiać z ludźmi na wsi. Powoli, na spokojnie, więcej klucząc wokół tematu, niż go drążąc.

Waldemarowi przemyka przez głowę myśl, że jego syn też mógł zostać policjantem. Wcale nie musiał cierpieć na brak roboty na wsi. Wystarczyłoby się tylko trochę postarać. Owszem, staruszek ograniczył Jackowi możliwości, ale obrotny człowiek wszędzie sobie poradzi, prawda?

Dlaczego więc nie mógł być obrotny tutaj, z bratem u boku?

- A pan gdzie mieszka? - dopytuje Kłodawski.

Waldemar niechętnie wskazuje na widoczny w oddali domek przy głównej drodze.

- Zaszedłem, jak mignął mi wóz policyjny za oknem - przyznaje. - Co bym mógł zobaczyć, czy wszystko dobrze. Ale nadal nie rozumiem, co dokładnie...

- Mieszka pan tak blisko syna i nie wie pan, czy w tym domu mieszka ktoś jeszcze? - przerwał mu łagodnie policjant.

- Ale to nie twój interes, z kim mój syn mieszka.

Kłodawski wzdycha i wrzuca notes na przednie siedzenie samochodu. Kończy rozpytanie, bo zapewne już wie, że staruszek jest uparty i nic więcej z niego nie wyciągnie. Z jego twarzy znika łagodny uśmiech.

- Podobno mieszka tu kobieta, której zaginięcie zgłoszono dziś rano - wyjaśnia policjant. - Kiedy pan ją ostatni raz widział?

Waldemar wzrusza ramionami.

- No, niedawno.

- Kiedy?

- Nie wiem. Niedawno.

Kłodawski traci cierpliwość. Odrywa się od samochodu i prostuje.

- Dobrze, dziękuję za pana pomoc, może pan teraz wrócić do domu. Do widzenia.

- Już pan odjeżdża?

Policjant spogląda na niego z niechęcią.

- Nie.

Nie wyjaśnia nic więcej, odwraca się i odchodzi w stronę budynku. Waldemarowi wcale się to nie podoba, więc odruchowo rusza za nim, bez zastanawiania się, co robi. Dlaczego w ogóle chroni syna, który bez żadnych wyrzutów sumienia zerwał z nim kontakt? Nie ma pojęcia. Chyba dalej czuje się winny. A może po prostu nie cierpi władzy.

- Ma pan nakaz? - dopytuje Waldemar.

Kłodawski przystaje na ganku i wciska dzwonek do drzwi.

- Nie potrzebuję nakazu, to interwencja w celu sprawdzenia, czy nikt z mieszkańców tego domu nie potrzebuje pomocy. Nie musi pan być przy tym obecny, to pana nie dotyczy.

- Chodzi o mojego syna, więc to oczywiste, że dotyczy!

- Tego syna, którego partnerki pan nawet nie zna?

- Nie, ona... - zaczyna wyjaśniać i nagle urywa.

Kłodawski przygląda mu się wyczekująco, a kiedy staje się jasne, że staruszek nie ma zamiaru dodać nic więcej, dzwoni jeszcze kilkukrotnie. Po krótkim zawahaniu naciska na klamkę, najpierw delikatnie, a potem drugi raz mocniej. Drzwi są zamknięte.

Policjant schodzi z ganku i zagląda przez okno kuchenne.

- Wydaje mi się, że coś się tam ruszyło - mówi do siebie. - Chwila, jestem pewien, dobrze widziałem. Coś się ruszyło.

Sprawdza kolejne okno i ogląda się na Waldemara, który wciąż stoi przed domem i łypie na niego ponuro, żeby go odstraszyć. Na nic więcej się nie odważy przed policjantem, ale niech przynajmniej gówniarz wie, że nie jest tu witany z otwartymi ramionami.

- Jacek gdzieś pracuje? - zagaduje Kłodawski.

Staruszek nie ma zamiaru mu odpowiadać, niech sobie młody nie myśli, że może się dowiedzieć czegokolwiek o ich rodzinie. Potem jednak przypomina sobie, że Jacek już od tygodnia nie jeździł do pracy i lepiej, żeby Waldemar mu nakłamał, niż żeby Kłodawski miał się gdzie indziej dowiedzieć, że jego syn jest bezrobotny.

- Na magazynie u Górskiego.

- Pod Działdowem?

- Tak.

- No to jest kawałek, żeby tak codziennie dojeżdżać w obie strony. Czym on tam jeździ, busami?

- Samochodem.

Kłodawski powoli kiwa głową, jakby coś mu nie pasowało. Waldemar nie rozumie co, dopóki nie pada kolejne pytanie:

- Tym samochodem, który stoi zaparkowany za szopką?

Spoglądają w stronę niewielkiego budynku. Z tego miejsca nie widać, co znajduje się w środku, co oznacza, że Kłodawski zauważył go wcześniej, jeszcze zanim wysiadł z radiowozu.

Cwany jest, myśli Waldemar z irytacją.

- Może ma jakiś inny - stwierdza nonszalancko, jakby nie było niczym niezwykłym, by młody, samotny mieszkaniec mazurskiej wsi miał więcej niż jeden samochód.

- Może? Tego też pan nie wie?

Staruszek wzrusza ramionami.

- Pan mieszka tuż przy drodze, która łączy dom Jacka z drogą wojewódzką - zwraca mu uwagę Kłodawski. - Przyjrzałem się pana domkowi, urocze miejsce. Zdaje się, że okna kuchni wychodzą na drogę, prawda?

Przytakuje niechętnie.

- Więc z pewnością widziałby pan inny samochód Jacka, gdyby go posiadał - ciągnie policjant. - Widział go pan?

- Chyba... nie.

- Rozumiem.

Kłodawski znika za rogiem budynku. Waldemar idzie za nim, jakby samą swoją obecnością mógł powstrzymać młodego przed węszeniem. Powoli zaczyna do niego docierać, że nie wygra tej potyczki. Jak na takiego gołowąsa chłopak jest niegłupi.

Szkoda by było, gdyby coś mu się stało.

Kłodawski zagląda po kolei do wszystkich okien na parterze oraz piwnicznych, ale nic więcej nie przykuwa jego uwagi. Wraca na ganek w towarzystwie Waldemara i raz jeszcze dzwoni do drzwi. W głębi budynku cichym echem rozchodzi się brzęczyk.

Po raz kolejny nikt mu nie odpowiada, więc zwraca się do staruszka:

- Wiem, że ktoś jest w środku, a w związku z otrzymanym doniesieniem nie mogę tego tak zostawić - mówi stanowczo. - Jestem pewien, że pan wie albo przynajmniej ma podejrzenia, co się dzieje za tymi drzwiami. Proszę, niech pan ze mną współpracuje. Kto tam jest? Czy ktoś potrzebuje pomocy?

Waldemar udaje, że się zastanawia. Zaciska usta, pociera brodę, głęboko się namyśla. W końcu teatralnym gestem rozkłada ramiona w wyrazie bezradności.

- Nie wiem, co mogę ci powiedzieć - mówi z żalem. - Mój syn to dobry człowiek. Może po prostu śpi?

Kłodawski kiwa głową.

- Jasne.

Policjant cofa się do samochodu. Waldemar początkowo cieszy się, że wykurzył intruza ze swojej ziemi, ale euforia nie trwa długo. Kłodawski nie ma powodu, by węszyć wokół ich rodziny, ale jego rezygnacja wydaje się podejrzanie nagła. Jeszcze przed chwilą szukał jakiejś zaginionej kobiety, a teraz tak po prostu wraca do radiowozu?

Waldemar idzie za nim i dociera do samochodu akurat w momencie, gdy siedzący za kierownicą funkcjonariusz przykłada do ust radyjko policyjne.

- Tu 214-10, proszę o asystę patrolu do interwencji przy domu pod adresem...

Kłodawski sprawdza w notatniku i sczytuje dyżurnemu jednostki adres domu Jacka. Niemal natychmiast dostaje odpowiedź z głośnika:

- Przyjąłem, kieruję do was drugi patrol.

Kłodawski unosi wzrok i patrzy Waldemarowi prosto w oczy, a w jego twarzy nie drga nawet mięsień. Nie będzie dłużej tracił czasu na cudze mataczenie.

Przez kilka długich sekund panuje między nimi cisza. Waldemar czuje, jak serce wali mu w piersi, a każdy kolejny oddech jest płytszy od poprzedniego. Gorączkowo szuka w głowie czegokolwiek, co mógłby jeszcze powiedzieć, jakiejś wersji wydarzeń, która pozwoliłaby odsunąć nieuniknione choćby o kilka minut. Nic nie znajduje. W twarzy Kłodawskiego nie ma cienia wahania ani miejsca na kolejne wyjaśnienia. Decyzja zapadła.

Do Waldemara dociera, że to koniec. Nie musi już wymyślać kolejnych kłamstw ani pilnować, by żadne z nich nie przeczyło poprzedniemu. Ciało, napięte od wielu godzin jak zbyt mocno naciągnięta struna, nagle odpuszcza. Kolana mu miękną, barki opadają.

Zalewa go obezwładniająca ulga.

34

Samanta

Dzwonek do drzwi rozlega się kilkukrotnie, a w piwnicy zapada cisza. Nikt nie reaguje. Franek zatrzymuje się w połowie schodów i czeka na reakcję brata, który wychodzi z komórki na węgiel.

Samanta na nich nie patrzy. Potrzebuje chwili, by przetworzyć ostatnie słowa Jacka. Dopiero co dowiedziała się o tym, że przez ostatnie pół roku żyła tuż obok jego rodziny, nie mając o tym pojęcia. Wszystko, co wiedziała o jego życiu, okazało się kłamstwem.

A ona niczego nie zauważyła.

Była naprawdę ślepa.

- Mam ich wpuścić? - dopytuje Franek.

- Nie! Zostań na korytarzu i się stamtąd nie ruszaj - rozkazuje mu Jacek. - Potrzebuję jeszcze dwóch minut z Samantą. Nie będziesz miała wiele czasu do namysłu, ale to chyba nawet lepiej. Załatwimy to raz dwa, bez zbędnego gadania.

Franek znika w drzwiach u szczytu schodów, a Samanta półprzytomnie unosi wzrok na Jacka. Myśli o jego bracie. O rodzicach. O martwej Agnieszce, której ciało leży kilka kroków od nich. Policja jest tak blisko. Gdyby tylko znalazła sposób, żeby się z nią skontaktować... Myśli gorączkowo, ale nie ma pojęcia, czego się spodziewać po Jacku. Na pewno nie pozwoli jej z nimi porozmawiać. Prędzej znowu ją zwiąże, a wieczorem się pozbędzie, tak jak Agnieszki.

- Czego chcesz? - pyta sucho.

Mężczyzna uśmiecha się do niej tak życzliwie, że aż chce jej się rzygać.

- Oj, co tak ostro? Wciąż chcę pomagać ci w spełnianiu twoich marzeń, Sam, i myślę, że możemy robić to dalej, jeśli tylko uda nam się dogadać. Wiem, czego pragniesz najbardziej na świecie. Kariery pisarskiej. I to ja spełniłem twoje marzenie, pamiętasz jeszcze? Nagrywaliśmy codzienne filmiki, ja dałem ci dom, żebyś miała gdzie pisać bez martwienia się o rachunki. To ja stworzyłem pisarza, który zrobił z twojej książki bestseller. Zawdzięczasz ten sukces mnie.

Samanta nie odpowiada.

Przede wszystkim nie ma siły. Nie chce się z nim kłócić, nie o to, ile które z nich włożyło pracy w ten projekt. Jacka nie było przy niej, gdy całymi nocami żłobiła w tekście tak, by każde jedno zdanie zapadało czytelnikowi pamięć. Nie chce nawet myśleć w tej chwili o tym, ile lat życia zmarnowała na tekst, którego nie chciał żaden wydawca...

Dopóki nie sygnowała go twarz Jacka.

Jacek ma rację, a Samanta jest tego boleśnie świadoma. Bez niego nie byłoby książki i rzeszy oddanych czytelników. Rzeczywiście umożliwił jej spełnienie tego marzenia. Ale to nie wykluczało wszystkiego innego, co jej zrobił. Zdrady. Porwania. Uwięzienia w tej cholernej piwnicy. Zamordowania Agnieszki. Jeszcze dwa tygodnie temu Samanta nosiła różowe okulary, ale Jacek ją z nich odarł.

- Nie wiem, czego ode mnie chcesz.

- No jak? Przecież to proste. Chcę znowu dać ci wszystko. Twoją karierę. Jeśli ze mną zostaniesz, wrócimy do normalności. Ty będziesz znowu pisała, ja będę nagrywać dla ciebie filmiki. Wypuścimy kolejne książki.

Dzwonek do drzwi znowu powtarza się kilkukrotnie i cichnie.

Samanta jest tak zaskoczona propozycją, że po raz pierwszy od dłuższej chwili unosi głowę i patrzy Jackowi prosto w oczy. Chyba czegoś nie zrozumiała. Ma ochotę krzyczeć. Zwyzywać go. Gdyby była teraz w pełni sił, opieprzyłaby go z całego serca za tak idiotyczny pomysł. Czy jemu naprawdę się wydaje, że mogą wrócić do normalności po tym wszystkim, co przeżyła? Co on sobie w ogóle wyobraża? Że Samanta wejdzie na piętro, powie policji, że wszystko jest okej, a potem zaśnie u jego boku, jakby nic się nie stało? Jakby nie została porwana i przed chwilą nie była świadkiem morderstwa?

Nie ma zamiaru przymykać oczu na to, co zrobił Jacek. Gardzi nim, nienawidzi go i życzy mu wielu lat za kratkami, z dala od normalnych ludzi.

Nieświadomy jej myśli, uśmiecha się wyczekująco. W jednej dłoni ma żeliwną szufelkę, w drugiej nóż kuchenny. Oczywiście nie planuje ich na niej użyć.

Nie, jeśli Samanta udzieli mu jedynej prawidłowej odpowiedzi.

Nie ma żadnego wyboru.

Co zrobi Jacek, jeśli mu odmówi? On wyjdzie z tej sytuacji cało. Może zaknebluje ją i poprosi Franka, żeby został z nią w piwnicy, podczas gdy on porozmawia z policją. Jeśli ten funkcjonariusz jeszcze nie odjechał.

A może po prostu tu i teraz poderżnie jej gardło.

Ciało Agnieszki jest poza zasięgiem oczu Samanty, ale nie schodzi z jej myśli. Jacka w ogóle nie obeszła śmierć nastolatki. Zepchnął ją ze schodów i pięć minut później już o tym nie pamiętał.

Bez problemu zabije ją w podobny sposób.

Agnieszka była sprytna. Dobrze udawała, żeby móc wykorzystać okazję i spróbować uratować Samantę, chociaż jej nie znała. I właśnie dlatego nie może pozwolić się teraz zabić. Musi przeżyć wystarczająco długo, by zawalczyć o sprawiedliwość dla nastolatki, która przez nią straciła życie. Musi być sprytna dla Agnieszki.

- Co tak milczysz? - dopytuje Jacek z irytacją. - Nie chcesz już być pisarką? Przeszło ci? Nie wierzę, że ci przeszło. Jesteś psychiczna na tym punkcie. Wiesz, że jestem twoim jedynym wyjściem. Nie zrezygnujesz z pisania.

Przez ostatni tydzień Samanta nie myślała o przyszłości dalszej niż do momentu wyjścia z piwnicy. Wciąż z niej nie wyszła. Ma rany na nadgarstkach, wysuszone gardło i ledwo stoi na nogach. I co, miałaby teraz wrócić do nagrywania filmików w mediach społecznościowych? Co za absurd. Ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę, to kręcenie kolejnych głupich filmików z Jackiem.

- Zgódź się - nalega.

Samanta nie potrafi tego jeszcze zrobić.

- Jesteś w stanie tak po prostu o wszystkim zapomnieć? - pyta cicho. - O tym tygodniu, o tych dniach spędzonych z Agnieszką? Wrócimy do rutyny i będziemy udawać, że nic się nie stało?

Jacek uśmiecha się w łobuzerski, niemal chłopięcy sposób - jak nastolatek, który został przyłapany na gorącym uczynku, ale jeszcze próbuje się z tego wykręcić. On jest pewien, że się z tego wykręci.

Kobieta go za to nienawidzi.

- W ten sposób oboje wygrywamy. Ty dostaniesz swoją wymarzoną karierę, a ja... no wiesz, ja nie pójdę siedzieć. Brzmi całkiem nieźle. No to co myślisz? Mamy umowę?

Samanta kiwa głową.

Nie może przecież jeszcze dać się zabić.

Musi najpierw wymierzyć sprawiedliwość Jackowi.

- Umowa stoi - odpowiada.

***

Samanta wciąż jest osłabiona, więc Jacek pomaga jej wejść na piętro i usiąść na kanapie, a następnie cofa się do korytarzyka, gdzie rozmawia przez chwilę z Frankiem. Kobieta nasłuchuje. Jacek biegnie na górę i wraca do salonu z kocem.

- Zawiń się, żeby nie było widać, jak wyglądasz - rozkazuje Jacek. - Bo serio, mogłabyś ludzi straszyć, blada jesteś jak upiór. Powiemy, że chorowałaś. I pod żadnym pozorem nie pokazuj skóry.

Samanta ma wrażenie, że jej ciało należy do kogoś innego. Ta obca osoba posłusznie zawija się w koc i ukrywa pod nim nadgarstki. Jest otępiała i trochę jeszcze ćmi jej w oczach. Gardło ma tak wysuszone, że chce jej się wyć.

Nie może uwierzyć, że się na to wszystko zgodziła.

Drzwi otwierają się głośno, a Jacek krzyczy coś do radiowozu. Jednocześnie Franek żegna się głośno i odchodzi. Samanta nie spodziewała się, że ją zostawi.

Zaczyna myśleć nad tym, jak wymierzyć sprawiedliwość Jackowi.

Młody policjant wchodzi do środka i rozgląda się podejrzliwie, a gdzieś za nim kręci się Waldemar. Samanta przygląda się mu ze swojego miejsca na kanapie. On wie, musi wiedzieć, do czego jest zdolny jego syn. I co tutaj robi? Upewnia się, że Samanta żyje... czy wręcz przeciwnie, że jego ukochanemu synkowi nic się nie stało? Nie ma do niego za grosz zaufania.

- Bartosz, stary - cieszy się Jacek. - Kopę lat.

- Dobrze cię widzieć.

Mężczyźni wymieniają szybki, przyjacielski uścisk, a z twarzy policjanta znika podejrzliwość.

- Dobrze, że przyjechałeś, właśnie miałem po ciebie dzwonić.

Samanta chce opowiedzieć policjantowi o swoim uwięzieniu i zwłokach w piwnicy, ale w ostatniej chwili gryzie się w język. Nie spodziewała się, że Jacek go zna. Po namyśle zamyka usta. Nie ufa tym ludziom. Musi poczekać.

Za Jackiem i policjantem wchodzi Waldemar i staje w rogu pokoju, jakby nie chciał rzucać się w oczy. Samanta przygląda mu się podejrzliwie, bo to kolejna osoba w tym pomieszczeniu, której nie ufa. Przez ostatnie pół roku znała go jako nieco irytującego, wścibskiego sąsiada, który nie ma nikogo poza swoją szaloną żoną. Współczuła mu wtedy, bo poznała Jadwigę i domyślała się, jak ciężka musi być opieka nad nią.

Teraz po raz pierwszy może zestawić to, co wie na jego temat, z tym, co Jacek mówił jej o swoim ojcu. Prawdę mówiąc, nie mówił zbyt wiele, zawsze unikał tego tematu jak ognia. Tyle tylko, że chlał i zniszczył mu życie. Czy ona w ogóle może ufać słowom Jacka? Przecież nie zorientowała się tyle razy, gdy ją okłamywał.

Samanta nie dostrzega w rysach Waldemara żadnego podobieństwa do syna. Nic ich nie łączy. Jacek nie odezwał się do swojego ojca nawet słowem, od kiedy wszedł do środka.

Staruszek w końcu wyczuwa jej spojrzenie i odwraca się do niej. Staje się kolejnym obiektem jej złości. Co zrobił swojemu synowi w dzieciństwie? Dlaczego wychował go na mordercę i psychopatę?

Kobieta wyobraża sobie dorastanie w domu - tym samym domu, w którym teraz się znajdowali - pod opieką ojca alkoholika i matki wariatki, u boku niepełnosprawnego umysłowo brata. To nie mogło być łatwe. Ale Samanta jest już wystarczająco dojrzała, by wiedzieć, że wyjaśnienie to nie to samo co usprawiedliwienie. Jacek sam zadecydował, jak potoczy się jego życie.

To on wybrał życie mordercy i porywacza.

Samanta nie ma dla niego ani odrobiny współczucia. Dla Waldemara zresztą też nie. Jego obowiązkiem jako rodzica była opieka nad swoimi dziećmi. To nie przypadek, że przestępcy tak często dorastają w trudnych domach. Brak opieki i miłości w dzieciństwie rzutuje na całą resztę życia. I jasne, czasem cała miłość i opieka nie wystarczają. Może Waldemar nie mógł zapobiec temu, aby jego syn nie wyrósł na mordercę...

Ale w tej chwili Samanta w to wątpi.

Staruszek pod ciężarem jej spojrzenia odwraca twarz, jakby go speszyła. Jednocześnie policjant siada obok niej na kanapie. Samanta odruchowo opatula się ciaśniej kocem.

- Widzę, że jest pani nie za zdrowa, więc nie będę zajmował pani czasu. Nazywam się Bartosz Kłodawski, młodszy posterunkowy. Złożono zawiadomienie, że może być pani w niebezpieczeństwie.

- Właściwie to stało się coś ważniejszego - przerywa mu Jacek. - Jeśli ze mną pójdziesz...

- Czy to może poczekać? Dwa pytania i dam pani spokój.

Jacek drapie się po głowie.

- Znalazłem ciało w piwnicy.

Policjant odwraca się od Samanty. Zrywa się z kanapy i zaraz znów siada. Jest kompletnie zagubiony między tym, co miał zamiar zrobić, a tym, co powinien. Mamrocze coś pod nosem i dopiero po chwili odzywa się głośniej:

- To... ja w takim razie... Dobrze, że wezwałem wsparcie.

Samanta podejmuje decyzję. Mogłaby mu o wszystkim powiedzieć, ale nie podoba jej się brak kontroli w tych okolicznościach. Kłodawski jest kumplem Jacka. Waldemar nasłuchuje ze swojego kąta. Franek gdzieś uciekł. Samanta jest zdana tylko na siebie. Nie wyzna policjantowi prawdy w takich okolicznościach.

- Ze mną wszystko w porządku, proszę się nie martwić - mówi z bladym uśmiechem. - Chorowałam przez ostatni tydzień, więc nie wychodziłam z łóżka. Nie ma w tym żadnej tajemnicy.

- Pani nazwisko?

- Samanta Woźnicka.

Kłodawski podnosi się z kanapy i przygląda jej z powątpiewaniem.

- Będę miał później jeszcze kilka pytań.

Samanta kiwa głową ze zrozumieniem.

- W piwnicy leżą zwłoki - wtrąca się znowu Jacek. - Nie sądzisz, że to ważniejsze?

- T-tak, tak. Um... Wezwaliście pogotowie?

- Nie było sensu.

- Prowadź. I mów od razu, co się stało.

Wychodzą z salonu, a Jacek zaczyna opowiadać:

- Byliśmy z Samantą na górze, kiedy usłyszeliśmy rumor. Jak zeszliśmy na dół, zobaczyliśmy Franka u szczytu schodów i... to.

Jacek prowadzi Kłodawskiego przez korytarz i otwiera przed nim drzwi do piwnicy, gdzie u podnóża schodów leży ciało Agnieszki. Samanta mimowolnie idzie za nimi. Jacek ją zaskoczył - myślała, że ukryje wszystkie sekrety tej piwnicy, a ciało pochowa gdzieś nocą, może w grobie przeznaczonym dla niej.

- Franek powiedział, że go zaskoczyła - opowiada z troską Jacek. - Nigdy wcześniej jej nie widziałem, myślę, że próbowała się tu włamać. Samanta jest pisarką i ma naprawdę oddane fanki. Myślę, że ta dziewczyna jest jedną z nich.

Kłodawski na widok ciała blednie i ściąga czapkę. Bez żadnych pytań zbiega po schodach i klęka obok Agnieszki. Rzuca czapkę na podłogę i sprawdza ciało. Już przymierza się do robienia sztucznego oddychania, gdy dostrzega kałużę krwi na podłodze za głową ofiary i zamiera.

Samanta przystaje u szczytu schodów i przygląda się rozpaczliwemu obrazowi w głębi piwnicy. Ze swojego miejsca dostrzega też, że drzwi do pomieszczenia, w którym spędziła ostatni tydzień, są zamknięte. Jest niemal pewna, że na klucz.

- Nie żyje - melduje tymczasem Kłodawski. - Muszę iść do radiowozu wezwać pomoc. Jesteś pewien, że Franek to zrobił?

Jacek ponuro kiwa głową.

- Widziałem na własne oczy.

Kłodawski wstaje z klęczek i wraca powoli po schodach na piętro. Jednocześnie za plecami Samanty rozbrzmiewa głos Waldemara:

- Ja też ją widziałem! Szła polem może z godzinę temu. Ale to pierwszy raz, jak ją zobaczyłem w tej okolicy. Zrazu widać, że nie jest tutejsza, tylko jaka miastowa.

Samanta nie reaguje. Boi się, że jak tylko się odezwie, jej głos zdradzi wszystko, co kobieta przeżywa. Złość. Frustrację. Niedowierzanie. Waldemar nie mógł wiedzieć, co się stało z Agnieszką, ale bez najmniejszego zawahania skłamał policjantowi na temat jej obecności w tym domu. Nie potrzebował się nawet namyślać.

Chronił jednego swojego syna kosztem drugiego.

Samanta nie rozumie dlaczego.

- Jasne, potem o tym porozmawiamy, przesłucham każdego. Ale najpierw zajmijmy się ciałem - zapewnia go policjant i wychodzi na podwórze.

Zostają sami. Samanta spogląda raz jeszcze na ciało nastolatki i znowu przepełniają ją wyrzuty sumienia. Agnieszka zapłaciła swoim życiem za próbę uratowania jej. Nie powinno tak być. To nie powinien być błąd, który tyle kosztuje. Jedyne, co kobieta może teraz zrobić, to wykorzystać to poczucie winy i przekuć je w działanie.

Nigdy nie pozwoli sobie zapomnieć o tym, co spotkało ją w tym domu.

Odwraca się do Waldemara i z bliska dostrzega w jego oczach żal - może nawet trochę podobny do tego, który czuje też ona. Może nawet jest taki sam. Może Waldemar dokładnie tak samo jak Samanta przekuwa zżerające go poczucie winy w działanie. Opiekuje się swoją rodziną, by wynagrodzić im swoje wcześniejsze błędy.

Co innego mu pozostało?

Samanta z zaskoczeniem odkrywa, że doskonale go rozumie.

Samanta

Olsztyńska biblioteka, w której Samanta właśnie rozpoczyna spotkanie autorskie, jest rozświetlona w mroku i po brzegi wypełniona tłumem. Na stoliku między nią a prowadzącą stoi jej najnowsza premiera. Okładka jest piękna, książka wyjątkowa, a dziesiątki czytelników spijają każde słowo z ust kobiety, jakby przyszli tu po objawienie. Samanta zerka na twarze swoich fanów z ciekawością, bo zawsze fascynuje ją, kto sięga po jej powieści.

Poza tym uwielbia swoich czytelników.

- Dobry wieczór, szanowni państwo, cieszy nas tak wysoka frekwencja - rozpoczyna łagodnie prowadząca. - Zanim przejdziemy do rozmowy, pozwolę sobie przedstawić moją dzisiejszą rozmówczynię: Samanta Woźnicka, pisarka i autorka licznych bestsellerów, której ostatnia powieść miała premierę zaledwie kilka dni temu.

- Dziękuję za zaproszenie.

- Dziękuję za to, że je przyjęłaś. Samanto, twoja droga do pisarstwa była wyjątkowa i niespodziewana. Czy możesz nam opowiedzieć o tym, jak to wszystko się zaczęło?

Kobieta uśmiecha się do prowadzącej i unosi mikrofon do ust.

- Nie planowałam zostać pisarką, a przynajmniej nie na poważnie, bo nigdy nie wyszło to u mnie poza radosne skrobanie w zeszytach szkolnych. Myślałam, że to zabawny zbieg okoliczności, że mój partner jest pisarzem. Mój partner, Jacek Rydel, zmarł niedługo po swoim debiucie. Już po jego śmierci znalazłam kilka manuskryptów kolejnych powieści, które skończyłam i wysłałam wydawcy w jego imieniu. Dla mnie to był sposób radzenia sobie z żałobą po jego odejściu. Kiedy wchodziłam do jego świata, czułam się tak, jakby znów był przy mnie, a praca nad jego... naszymi książkami pomogła mi przetrwać ten najtrudniejszy okres.

- Ta współpraca wzbudzała początkowo wiele kontrowersji.

- Tak, wiele osób zarzucało mi nadmierną ingerencję w pracę Jacka i wprowadzanie zmian, które rozmywały jego charakterystyczny styl. Chyba dopiero za czwartym współtworzonym manuskryptem czytelnicy mnie zaakceptowali.

- To musiało być trudne.

Samanta nie odpowiada od razu. Myśli o tych pierwszych miesiącach po śmierci Jacka. Koniec końców wszystko sprowadziło się do prostej konkluzji: nie była w stanie dzielić życia z potworem.

Kilka dni po tym, jak opuściła piwnicę, zaczęła planować jego pożegnanie. Była wtedy wściekła. Jasne, mogłaby po prostu uciec i nie oglądać się na przeszłość, ale chciała czegoś więcej, więc została. Chciała być tak bezczelna i zachłanna jak Jacek, kiedy planował trzymać ją w piwnicy i w zamknięciu zmuszać do pisania kolejnych bestsellerów. Chciała tak jak on wszystkiego i jeszcze trochę.

Chciała przywłaszczyć sobie jego książki... czy raczej zwrócić sobie to, co należało do niej.

I żeby umierał długo i w cierpieniach.

- Śmierć mojego partnera jest najtrudniejszym, co przeżyłam - odpowiada łagodnie. - Wszystko inne to tylko wyzwania, z którymi musiałam sobie poradzić. Jestem tu dla moich czytelników. Po odejściu Jacka przejęłam należące do niego media społecznościowe, gdzie zaczęłam rozmawiać z fanami pierwszych książek. To dzięki nim udało nam się wydać kolejne cztery wspólnie napisane romanse, które pokochali czytelnicy.

Samanta uśmiecha się do prowadzącej. Przypomina sobie, jak nagrała pierwszy filmik i wrzuciła go na konto Jacka, na którym ze łzami w oczach donosiła o odejściu narzeczonego. Poszedł w viral w ciągu doby - do tej pory obejrzał go ponad milion użytkowników. Wielka strata, wielkie emocje, wielkie zasięgi.

Przypadkiem odkryła kolejny sposób na karierę, może nawet potężniejszy niż pokazywanie na ekranie przystojnego, umięśnionego faceta. Ludzie jej współczuli - sympatyzowali z jej tragedią i próbowali pomóc w cierpieniu. Chcieli się nią opiekować.

Pokochali ją.

Samanta sama nie wiedziała, kto i kiedy wymyślił, że "współtworzone" książki są zbyt dalekie od debiutu Jacka i "nie czuć w nich jego głosu". Pewnie jakaś nastolatka, która dostała książkę za darmo w zamian za wstawienie opinii na swojego bloga. Oskarżenie, że Samanta przerabia je za mocno, powtórzyły potem dziesiątki czytelników.

Osobiście uważała je za przezabawne.

Naturalnie nie mogła nikomu wyznać, że każde słowo w tych książkach zostało napisane przez jedną i tę samą osobę, a wszelkie "różnice" w tekście to czyste halucynacje, więc tylko przytakiwała, przepraszała i obiecywała poprawę.

- A kiedy wreszcie wszystko zaczęło się układać, odkryłaś, że twój partner miał swoje mroczne tajemnice.

- Cóż, można tak powiedzieć. Mój partner popełnił samobójstwo, bo nie mógł żyć z tym, co zrobił. Zostawił po sobie list, w którym do wszystkiego się przyznał. To były... To było okropne! Długo nie mogłam uwierzyć, jak dobrze wychodziło mu okłamywanie nas wszystkich. Bo Jacek okłamywał nie tylko mnie. Nie rozumiałam, jak mogłam tego nie zauważyć.

Największym wyzwaniem przy liście było ukazanie sytuacji w taki sposób, by Samanta pozostała niewinna. Po zamknięciu sprawy Agnieszki skonsultowała się anonimowo z prawnikiem i usłyszała, że za składanie fałszywych zeznań grozi jej lekką ręką kilka lat więzienia. List musiał więc stworzyć wersję wydarzeń, która nie obciążyłaby Samanty.

Po namyśle ustaliła, że Jacek zmusił Franka do zepchnięcia Agnieszki podstępem albo szantażem. Nie było to idealne rozwiązanie, ale pasowało do dalszej części historii i częściowo uniewinniało Franka.

Resztą zajął się zatrudniony przez nią prawnik.

Franek nie cierpiał jakoś szczególnie przez te dwa miesiące po skazaniu, bo został uznany za niepoczytalnego i zamiast w więzieniu umieszczono go w zakładzie zamkniętym. Miał tam całodobową opiekę i nieskończenie dużo towarzystwa, co dla niego było właściwie spełnieniem marzeń.

Gdy został uniewinniony, Waldemar zadzwonił do Samanty, żeby na nią nakrzyczeć. Początkowo nie mogła zrozumieć, czemu wini ją za zwrócenie wolności jego jedynemu żywemu synowi, ale to poszło o opiekę. Staruszek nie chciał się nim zajmować. A może nie mógł? Może bał się o to, kto zajmie się Frankiem po jego śmierci? Trudno jej było zrozumieć, o co chodzi Waldemarowi.

Rozłączyła się bez słowa.

Drugim największym wyzwaniem w życiu Samanty było oczywiście zmuszenie Jacka do napisania listu, w którym do wszystkiego się przyznawał.

- Chcesz nam przypomnieć, co znalazło się w tym liście? - pyta prowadząca.

Samanta uśmiecha się gorzko. Kolejnym odkryciem ostatnich lat było to, jak bardzo ludzie kochają upokorzone kobiety. Łykali jej historię jak szaleni. Przez tych pięć lat opowiadała ją setki, a może już i tysiące razy, a reakcje publiczności pozostawały niezmienne: pełne współczucia, ciekawości, chorobliwej fascynacji.

Może też zrozumienia, bo każda kobieta została kiedyś upokorzona.

Niektóre równie spektakularnie co Samanta.

- Jacek mnie zdradzał i zmusił własnego brata do zamordowania swojej kochanki - wyjaśnia łagodnie. - I proszę, nie bójmy się tych słów: on był potworem. Myślę, że to bardzo ważne, żebyśmy wszyscy o tym pamiętali. Jacek był żałosnym potworem. Ludzie tacy jak on powinni zostać skazani na zapomnienie.

Niedługo przed śmiercią podpisał papiery, które podsunęła mu pod nos. Zrobił to bez czytania, bo w dobrym humorze bywał jak zwykle lekkomyślny i trochę leniwy. W tych papierach był między innymi jego własny testament, na mocy którego dziedziczyła po nim wszystko. Oczywiście nie potrzebowała aż tyle. Domek za Rogożem, w którego piwnicy spędziła tydzień, oddała Waldemarowi. Nie chciała mieć z tym miejscem nic wspólnego.

Prowadząca pochyla się do niej z pełnym współczucia uśmiechem.

- To musiało być szokujące, że człowiek, który tak pięknie i wrażliwie opowiadał o miłości, okazał się w rzeczywistości potworem.

Ich rozmowa nie jest reżyserowana, ale brzmi jak kalka setek podobnych rozmów przed nią. Droga Samanty do kariery pisarskiej była wyjątkowa, a na każdym kroku towarzyszyły jej tysiące czytelniczek. Każdy znał tę historię i jednocześnie chętnie jej słuchał. Każdy chciał usłyszeć o narzeczonym pisarzu, o współtworzonych książkach i o śmierci, która zmieniła kierunek jej życia.

- Myślę, że każdy z nas może być potworem w odpowiednich okolicznościach - podsumowuje dyplomatycznie Samanta.

- Czy właśnie to sprawiło, że porzuciłaś pisanie romansów?

- Tak... Na swój sposób tak.

Samanta potrafiła zmusić się do napisania książki na zadany temat, ale nie umiała zmusić się do uwierzenia w miłość - nie po tym, jak ktoś, z kim planowała spędzić resztę swojego życia, uwięził ją w piwnicy, pobił, związał i dwa dni głodził, bo był zbyt zajęty nową podrywką.

Kobieta pogodziła się z faktem, że prawdopodobnie już nigdy nie wejdzie w kolejny związek. Wciąż obezwładniał ją strach, któremu nie pomogły nawet lata terapii. W ogóle planuje trzymać się z daleka od mężczyzn. Najlepiej do samej śmierci. Nie zniosłaby tego, gdyby drugi raz jak idiotka uwierzyła komuś, kto wykorzystałby jej zaufanie. Bez mężczyzn czuje się bezpieczniejsza. Ma kontrolę nad swoim życiem.

Może oddychać swobodnie.

Już nigdy więcej nie zaryzykuje.

- Po tym, jak wyszło na jaw, kim naprawdę był Jacek, zaczęłam interesować się... złem, po prostu złem w różnych postaciach. Próbowałam zrozumieć, jak ktoś pozornie normalny mógł dopuścić się takiej zbrodni. Ja... byłam z nim w związku, mieszkałam z nim, widywałam go codziennie i nie domyśliłam się niczego. Zastanawiałam się, jak to było możliwe. Czy on tak doskonale się ukrywał? A może to ja byłam ślepa? Im więcej czytałam o ludzkiej psychice, tym bardziej byłam nią zafascynowana. Co sprawia, że stajemy się źli? Czy każdy z nas może zostać potworem? A może to wychowanie robi z nas potwory?

Samanta zamordowała Jacka. Zrobiła to niestety w niemal bezbolesny sposób, bo potencjalna sekcja zwłok mocno ograniczyła jej możliwości. Gdyby to od niej zależało, połamałaby mu żebra, wykręciła palce, wbiła widelec w oko, a na koniec odcięła penisa, by ten psychol powoli się wykrwawiał. Z żalem odkryła, że wszystko, co chciała mu zrobić, zostawiłoby ślady na jego ciele. A Samancie bardzo zależało na tym, by upozorować jego samobójstwo, tak by nie pozostawiało żadnych wątpliwości.

Rozgnieciony Xanax, który w tamtym okresie łykała jak cukierki, rozpuszczony w dżinie z tonikiem.

Gorąca kąpiel.

Żyły na nadgarstkach przecięte profesjonalnie, wzdłuż przedramion.

Samanta założyła rękawiczki, żeby na nożu nie został żaden odcisk jej palca, a następnie odcisnęła wnętrze dłoni Jacka na trzonku. Niepotrzebna zapobiegliwość, bo nie został zabrany do badania. Policjant wezwany do zgłoszenia szybko uznał śmierć za samobójstwo i nikt później nie miał żadnych wątpliwości w tym temacie. Nie wezwano jej na przesłuchanie ani nie przeprowadzono sekcji zwłok.

Nigdy nie żałowała, że go zamordowała.

- I dlatego zaczęła pani pisać thrillery? - Głos prowadzącej ściąga ją na ziemię.

- Proszę? Ach, tak, tak. Zaczęłam pisać thrillery, bo to był mój sposób na przetwarzanie wszystkiego, czego dowiedziałam się o ludzkiej psychice. Na zrozumienie świata, który mnie otaczał. A ponieważ okazało się, że wy, moi kochani czytelnicy, bardzo chętnie czytacie o tym, skąd bierze się przemoc, pisałam dla was kolejne książki. W mojej najnowszej premierze, w Złudzie, pokazałam przemoc, której doświadczają naiwne nastolatki. Chciałam wyjaśnić, jakie skutki na młodym umyśle wywierają złe doświadczenia. Młodziutka bohaterka mojej powieści staje przed ogromnym wyzwaniem: kształtuje ją romans z dorosłym mężczyzną, któremu pozwoliła owinąć się wokół palca. Ostatecznie musiała o siebie zawalczyć i zwyciężyła mimo trudności.

Prowadząca kiwa głową, ale widać jedna z wcześniejszych kwestii absorbuje ją na tyle, że zapomina o pociągnięciu tematu najnowszej premiery. Pochyla się z zafascynowaniem do Samanty, a na jej policzki wychodzi rumieniec.

- I czego się pani dowiedziała? - dopytuje. - Skąd bierze się przemoc? I czy w ogóle skądś się bierze czy jest w nas od urodzenia?

Samanta uśmiecha się słabo i nawet nie próbuje ukryć żalu w oczach.

- Przemoc jest tylko odpowiedzią. To zadaniem czytelnika jest odkrycie, na co.

***

Po sesji autografów Samanta wsiada za kółko i pośpiesznie wyjeżdża z Olsztyna. Początkowo planowała tu przenocować i dopiero następnego dnia wrócić do Krakowa, ale za bardzo kusi ją powrót do miejsca, które stanowiło początek jej drogi... i jej dziedzictwa.

Nie kieruje nią wyłącznie sentyment - ma dla swojej wizyty konkretny powód.

Kiedy zajeżdża pod dom Smarzków, w którym przeżyła pół roku jako jego pani, już dawno zapadł zmrok. Myśli przelotnie o piwnicy, głodzie, zdrętwiałych od wiązania dłoniach i płaczu dzieci, który słyszała kilkukrotnie w szumie wiatru. Nigdy nikomu o tym nie powiedziała, bo jest pewna, że i tak by jej nie uwierzono. Ona sama sobie nie wierzy, że je słyszała.

Że w snach wciąż czasem je słyszy.

Niewielki czerwony samochód kołysze się na koleinach. Znów jest listopad, tak jak pięć lat temu, ale Samanta nie jest już tą samą dziewczyną co wtedy. Parkuje niedaleko wejścia i wysiada z trzaśnięciem drzwiami. Ma na sobie czerwony płaszcz, spod którego wystają czarne rajstopy i kozaki nad kolano. Włosy ma wystylizowane i ufarbowane na blond loki w stylu Marilyn Monroe. Daleko jej od tej roztrzepanej optymistki, która chodziła w powyciąganym swetrze i różowym fartuszku, gotowała ukochanemu i zachwycała się romantyczną mgłą za oknem. Teraz jej wygląd stał się elementem zbroi.

Długo się zastanawiała, czy chce tu wracać.

Czy warto jej...?

Mogłaby załatwić przecież całość jedną krótką rozmową przez telefon. Długo rozważała, by zrobić to w ten sposób. Powstrzymywało ją to, że wtedy nie widziałaby jego twarzy. A naprawdę chciała ją zobaczyć w chwili, gdy wyzna mu największy sekret jego syna.

Jacek zdradził jej go przypadkiem, niedługo po tym, jak Franka umieszczono w oddziale zamkniętym. Wypił wtedy o jedno piwo za dużo i przyszedł do jej gabinetu, gdzie kończyła trzecią książkę. Samanta nie wiedziała, czemu tak nagle zebrało mu się na zwierzenia, ale w ostatnich miesiącach swojego życia opowiadał jej otwarcie o dzieciństwie i okolicznościach, w których dorastał. Tak jakby wreszcie przestał się ukrywać, bo skoro już poznała go od najgorszej strony, to nie musiał przy niej niczego udawać. Opowiadał jej o ojcu, który chlał, i matce, która wolała rozmawiać z nietoperzami zamiast z nim. O dzieciakach w szkole, które śmiały się z tego, że był biedny i że mieszkał w polu, za wsią.

Wszyscy byli po trochu winni temu, jak nieszczęśliwym dzieckiem był Jacek.

Ale najbardziej winny był...

Nie, nie jego ojciec. Samantę bardzo to zaskoczyło, bo miała wrażenie, że to właśnie on odpowiada za całe zło w życiu mężczyzny. To przecież on zniszczył mu dzieciństwo, prawda? Kobieta przyjmowała te słowa ze zdrową dawką sceptycyzmu. Kiedyś, gdy jeszcze sama była nastolatką, taka tragiczna przeszłość by ją fascynowała. Jeszcze nie tak dawno uznałaby to za krok pierwszy do projektu naprawy jego życia, bo tylko ona może je naprawić - i zrujnować swoje przy okazji. Ale gdy Jacek zaczął się jej zwierzać, była na wszystko po prostu obojętna.

Waldemar wychodzi przed dom i zatrzymuje się kilka kroków przed nią i jej samochodem. Opatulił się zimowym płaszczem - zapewne tym samym co pięć lat temu. W oknie na piętrze pali się światło, to pewnie Jadwiga tam siedzi.

Samanta myśli przelotnie, że to musiało być dziwne uczucie, powtórna przeprowadzka do rodzinnego domu. Może dowiedziałaby się o tym czegoś więcej, gdyby rozmawiała ze Smarzkami, ale od śmierci ich syna nie mieli ze sobą kontaktu.

- Czego chcesz? - warczy na jej widok staruszek.

I nie zapowiada się, by kiedykolwiek mieli go odnowić.

- Dobry wieczór, mnie również miło pana widzieć - odpowiada Samanta z krzywym uśmiechem na czerwonych ustach i wdzięcznie się skłania. Wygląda teraz bardziej jak aktorka czy celebrytka niż pisarka, ale podoba jej się to. Lubi wywierać na ludziach mocne wrażenie.

Jeśli jednak udało się jej zaskoczyć Waldemara, to nie dał po sobie nic poznać.

- Gdzie jest Franek? - pyta Samanta.

Łypie na nią niechętnie, zanim zdradza:

- W Olsztynie. W ośrodku dla niepełnosprawnych.

Samanta kiwa głową.

- Nie lubi tam siedzieć - dodaje staruszek. - Brakuje mu wolności.

- Ale ma zawsze ciepło, codziennie świeże posiłki i jest bezpieczny, a to więcej niż miał tutaj.

- Nic o nas nie wiesz.

Kobieta uśmiecha się łagodnie.

- Naprawdę tak pan uważa?

Już chce przejść do tematu, do clou rozmowy i powodu, dla którego w ogóle pofatygowała się na ten koniec świata, ale Waldemar wybucha niespodziewanie - na pewno dla niej, a chyba również i dla niego. Staruszek wyrzuca ramiona w powietrze i mówi podniesionym głosem:

- Po co tu przyszłaś?! Zniszczyłaś naszą rodzinę!

Samanta ściąga brwi i znowu delikatnie się uśmiecha. Pozwala sobie na chwilę ciszy, zanim odpowie staruszkowi, by jego słowa miały czas porządnie wybrzmieć. Czasem tyle wystarczy, by osobie, która je wypowiedziała, zrobiło się wstyd.

- W tym wieku powinien pan doskonale wiedzieć, że nie wszystko jest warte zachowania. Niektóre rzeczy lepiej zniszczyć - mówi rzeczowo, a następnie zmienia temat: - Przyjechałam tutaj, żeby panu coś powiedzieć. Chcę, żeby pan wiedział, że to Jacek spowodował wypadek Franka dwadzieścia lat temu. Wiem, że pan się za niego obwiniał. Wiem też, że Jacek i Jadwiga powiedzieli, że to pan go spowodował.

- To nieprawda!

Samanta przewraca oczami i kontynuuje znudzonym głosem:

- Jacek powiedział mi, że odczekał, aż urżnie się pan do utraty przytomności, i wtedy zaatakował swojego brata. Był zazdrosny o to, ile uwagi poświęcaliście Frankowi. Chciał go zabić, ale mu nie wyszło.

Waldemar milczy, a jego twarz jest pusta.

Kobieta nie chce ciągnąć tej rozmowy ani chwili dłużej. Zrobiła to, po co tu przyjechała. Teraz jest już tylko zmęczona całym tym dniem i głupim, dziwnym życiem, które stało się jej udziałem. Odwraca się i rzuca do staruszka przez ramię:

- Uznałam, że powinien pan wiedzieć, że to nie była pana wina. Przez ponad dwadzieścia lat zżerały pana wyrzuty sumienia za tamtą noc. To bardzo długa pokuta. Już wystarczy.

Następnie wsiada do samochodu i włącza silnik. Nie chce mieć już nic wspólnego z rodziną Smarzków, ale tego jednego okruchu informacji nie mogła zatrzymać dla siebie. Kiedy usłyszała, że Jacek przez dwadzieścia lat okłamywał własnego ojca, prawie się porzygała. Dwadzieścia lat! Nieistotne, jakim człowiekiem był Waldemar - nikt nie zasłużył na życie ze świadomością, że trwale kogoś zniszczył, jeśli tego nie uczynił.

Odjeżdża spod domu Smarzka, a w trakcie jazdy przypominają jej się słowa, że wyjaśnienie to nie to samo co usprawiedliwienie. Wreszcie zrozumiała, dlaczego każdy człowiek z rodziny Smarzków był zdolny do tego, co popełniał. To wystarczyło, by poznać prawdę.

Nigdy, by wybaczyć.

BORYS

To nie jest przypadek, że prawie trzydzieści lat temu grupa uczniów ze szkoły podstawowej w Rogożu zamarzła właśnie w tym miejscu. Borys pochodzi stąd i pamięta tę historię doskonale, choć rzadko o niej myśli - nawet nie wtedy, gdy ze świeżymi kwiatami zachodzi na mogiłę w lesie.

Nauczycielka, Jadwiga Smarzek, miała wtedy wybór. Autobus szkolny zepsuł się w tej samej odległości zarówno od wioski, jak i od jej własnego domu, w którym czekał na nią mąż i dwóch małych synków.

Dwie drogi, dwa niemal równe odcinki.

Jedna bliżej innych domów, druga bliżej jej rodziny.

Jadwiga wybrała źle.

Poza odległością miały znaczenie jeszcze inne aspekty, które pewnie ciężko było kobiecie w tamtych okolicznościach analizować. Drogę do wioski regularnie wcześniej odśnieżano, więc nawet w trakcie śnieżycy poziom śniegu był niższy. Z drugiej strony droga do domu Jadwigi wiodła przez las, gdzie śnieg miejscami leżał nisko, naprawdę nisko. Na drodze do wioski być może szybciej znalazłaby ich pomoc, ale droga do jej domu była lepiej osłonięta od wiatru.

Ostatecznie opcje były dwie, a Jadwiga nie mogła wtedy wiedzieć, że wybrała źle.

Dowiedziała się tego później. Jak mogła więc przez to nie oszaleć? Nawet jeśli to nie były jej rodzone dzieci, opiekowała się nimi. To z jej winy straciły życie. Po takim doświadczeniu wszystko się zmienia. Borys doskonale o tym wie.

Zachodzi na mogiłę i zostawia świeże kwiaty pod małym złotym krzyżykiem, który wbił przed mogiłą dzieci. Jego córka została pochowana w Olsztynie, bo tak zadecydowała jej matka, ale on prawie tam nie jeździł, a chciał mieć miejsce, do którego mógłby zachodzić.

Chciał dalej odwiedzać Agnieszkę.

Jego córka straciła życie z jego winy. Przyjechała na weekend i zapytała go, czy kojarzy mężczyznę ze zdjęcia. Pokazała mu Smarzka. Porozmawiali o nim kilka minut, bo nie był to zbyt ciekawy temat, i Borys szybko o wszystkim zapomniał. Przecież to było takie niewinne pytanie! Myślał, że to może próba zagajenia rozmowy, więc próbował opowiedzieć jej więcej o mieszkańcach okolicy. Myślał, że może to ich do siebie zbliży. Że zainteresowała się jego pracą. W sobotę pracował, a Agnieszka włóczyła się po okolicy, ale zjedli jeszcze wieczorem kolację. Próbował z nią rozmawiać, ale ona już nie chciała, więc poszedł budować fort z młodszym synem. W ogóle o tym nie myślał - zapomniał, przytłoczony problemami w pracy.

W niedzielę kręciła się po Działdowie aż do wieczora, kiedy wysłała mu krótką wiadomość, że wraca do matki. Zdarzało się to już wcześniej, więc Borys się tym nie przejął. Nie wiedział wtedy, że jej matka dostała podobnego esemesa - że Agnieszka w poniedziałek pojedzie bezpośrednio z jego domu do szkoły.

Kiedy w poniedziałek Anka sprawdziła jej obecność w e-dzienniku, było już za późno.

A potem jeszcze pochowali ją tak daleko od Borysa.

Z a b r a l i mu ją.

Mężczyzna przyklęka przed mogiłą i modli się w ciszy. Patrzy na obumarłą o tej porze roku ziemię i myśli o tym, jak pięknie ten grób wyglądał przez całe lato. Zatroszczyli się o to z Jadwigą, sadzili tu kwiaty i doglądali ich, żeby miejsce spoczynku dzieci wyglądało, jak należy - kolorowo i wesoło.

Poza jednym wyjątkiem.

Na prośbę Borysa wzięli sadzonki majowników, które rosły przy domu Smarzków, i zasadzili je na boku. Białe, drobne kwiaty na wietrze grzechotały w sposób, który przypominał dziecięcy płacz. Borys o tym nie wiedział. Podobała mu się niewinność i delikatność białych płatków. Gdy po raz pierwszy usłyszał zawodzenie na wietrze, przeszedł go dreszcz. Jadwiga wyjaśniła mu, skąd ten dźwięk, a on wtedy wrócił na mogiłę i wyrwał wszystkie kwiaty, co do jednego. Nie potrzeba było więcej płaczu w tym zagajniku.

Wszyscy jego mieszkańcy wycierpieli już wystarczająco.

KONIEC