Złoty pociąg. Krótka historia szaleństwa - Joanna Lamparska

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

JAK UKRYĆ PO­CIĄG?

- Pani wie, dla­czego nie mogą zna­leźć tego Zło­tego Po­ciągu? Bo go czymś przy­kryli, żeby nie wi­działy go urzą­dze­nia.

- Skąd pani to wie?

- Bo jak kie­dyś prze­my­cali z Ro­sji złoto, to wi­dzia­łam, jak owi­jali je w kalkę, i po­tem ża­den wy­kry­wacz ich nie zna­lazł. Ja z córką też prze­my­ca­łam, ale ja - pro­szę pani - mia­łam kalkę. Owi­nę­łam w nią pier­ścionki i u wszyst­kich w po­ciągu zna­leźli złoto, tylko nie u mo­jej córki. Pod kalką złota nie czuć.

Frag­ment roz­mowy pod­czas spo­tka­nia z czy­tel­ni­kami

25 sierp­nia 2015

Tajny In­for­ma­tor znowu na­daje. W świe­cie szpie­gów ama­to­rów ozna­cza to, że prze­ka­zuje in­for­ma­cję SMS-em.

"W War­sza­wie od­była się tajna na­rada do­ty­cząca składu za­ko­pa­nego koło Wał­brzy­cha. Po­ciąg jest pan­cerny i cho­dzi tu o bez­pie­czeń­stwo na­ro­dowe. Jest po­dej­rze­nie, że skład może być obiek­tem, który Niemcy ukryli, aby nie do­stał się w ręce So­wie­tów. To nie zna­czy, że ni­czego tam nie ma. Jest opcja, że może to być osprzęt z fa­bryki z Wro­cła­wia, gdzie na­zi­ści pra­co­wali nad la­ta­ją­cym spodkiem Hau­nebu z na­pę­dem an­ty­gra­wi­ta­cyj­nym. Rów­nie do­brze może tam być kil­ka­set ton złota albo gazy bo­jowe z Brzegu Dol­nego. Nie do pu­bli­ka­cji. Tajne".

Ro­zu­miem, że tajne. W końcu in­for­ma­tor jest tajny. Na­rada była tajna. Od pew­nego czasu wszystko jest tajne ła­mane przez po­ufne. Mija do­kład­nie ty­dzień od mo­mentu, kiedy jak grom z ja­snego nieba po­ja­wiła się wia­do­mość, że w trze­wiach Wał­brzy­cha - ni­czym mi­tyczny po­twór - drze­mie po­ciąg z cza­sów II wojny świa­to­wej. Świat osza­lał.

Za­częło się 18 sierp­nia 2015. Le­niwy po­ra­nek nie obie­cy­wał ni­czego po­nad nie­zno­śny upał, a jed­nak nie­mal o świ­cie ode­zwał się pierw­szy te­le­fon. Dzwo­niła Syl­wia Jur­giel z Pol­skiego Ra­dia Wro­cław.

- Dwóch go­ści z Wał­brzy­cha wła­śnie zgło­siło, że wie­dzą, gdzie jest za­ko­pany nie­miecki po­ciąg pe­łen złota. Sko­men­tu­jesz?

- Syl­wia, wiesz, ilu Zło­tych Po­cią­gów szuka się na Dol­nym Ślą­sku? To ja­kaś wa­ka­cyjna bzdura - ro­ze­śmia­łam się.

- OK, po­wtó­rzę w re­dak­cji. Może rze­czy­wi­ście damy so­bie z tym spo­kój.

Po pię­ciu mi­nu­tach re­por­terka ode­zwała się po­now­nie.

- Ra­dio Eska już to robi, Ze­tka też. To my też mu­simy. Sko­men­tu­jesz?

O "za­gi­nio­nym po­ciągu" sły­sza­łam od dziecka. Ileż to osób było już na jego tro­pie? Sama na­wet bra­łam udział w jego po­szu­ki­wa­niach. Ale to prze­cież le­genda. Nie­mal każdy w niego wie­rzy, choć nikt go ni­gdy nie wi­dział. Jest jak po­twór z Loch Ness, Wał­brzych bez tego składu to jak Bursz­ty­nowa Kom­nata bez bursz­tynu, co jed­nak nie zna­czy, że można go so­bie tak po pro­stu "zgło­sić". "Za­gi­niony po­ciąg" na­leży prze­cież do wszyst­kich, chyba że... Chyba że... ktoś rze­czy­wi­ście w końcu go od­na­lazł. Tylko jak ten cho­lerny far­ciarz to zro­bił? I, przede wszyst­kim, kiedy?

Syl­wia za­częła tłu­ma­czyć. Wał­brzy­ski por­tal da­minfo.pl do­tarł do zło­żo­nego pięć dni wcze­śniej w Sta­ro­stwie Po­wia­to­wym w Wał­brzy­chu za­wia­do­mie­nia o "zna­le­zie­niu (...) po­ciągu pan­cer­nego z cza­sów II wojny świa­to­wej". Od razu po­wiało sen­sa­cją, tym bar­dziej że zna­lazcy do­ma­gali się na­grody. To nie była już fan­ta­styczna po­gło­ska o ja­kimś tam skar­bie, tu wszystko było czarno na bia­łym. Pi­smo w imie­niu dwóch ano­ni­mo­wych zna­laz­ców zło­żył radca prawny Ja­ro­sław Chmie­lew­ski, były se­na­tor Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści.

Praw­nik po­da­wał in­try­gu­jące szcze­góły: "Po­ciąg ten za­wiera praw­do­po­dob­nie do­dat­kowe urzą­dze­nia w po­staci dział sa­mo­bież­nych, usta­wio­nych na plat­for­mach. Po­ciąg mie­ści w so­bie także przed­mioty war­to­ściowe, cenne ma­te­riały prze­my­słowe oraz kruszce szla­chetne".

Ta­kie in­for­ma­cje mogą po­cho­dzić je­dy­nie od na­ocz­nego świadka bądź z do­brej do­ku­men­ta­cji. Nie po­wiem, po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści. Po­czuł je każdy, kto kie­dy­kol­wiek in­te­re­so­wał się ta­jem­ni­cami prze­szło­ści. Niech pierw­szy rzuci ka­mie­niem ten, kto ni­gdy nie ma­rzył o zna­le­zie­niu skarbu. I to jesz­cze ta­kiego.

- Mogę ci je­dy­nie prze­ka­zać le­gendę o po­ciągu za­gi­nio­nym koło Wał­brzy­cha, bo w zgło­sze­niu cho­dzi pew­nie o ten skład - po­wie­dzia­łam Syl­wii. Opo­wie­dzia­łam więc o po­ciągu, który w kwiet­niu 1945 roku miał za­paść się pod zie­mię gdzieś koło Wał­brzy­cha. Po­dobno - w ta­kich hi­sto­riach wszystko jest moż­liwe - zo­stał ukryty w tu­nelu, do któ­rego wej­ście Niemcy po­tem za­ma­sko­wali. W wa­go­nach znaj­do­wało się m.in. po­nad 300 ton złota. Skąd to wiem? To prze­cież je­den z dol­no­ślą­skich mi­tów, wszy­scy wie­dzą, że było tam 300 ton złota i że po­ciąg opu­ścił Wro­cław w 1945 roku. Tak samo, jak wszy­scy su­ge­rują, że po­ciąg zo­stał ukryty na wy­so­ko­ści 61. ki­lo­me­tra trasy ko­le­jo­wej z Wro­cła­wia do Wał­brzy­cha. To oko­lice wiel­kiego fol­warku, który kie­dyś na­le­żał do po­bli­skiego zamku Książ.

W me­diach i w śro­do­wi­sku po­szu­ki­wa­czy za­wrzało. Tyle bo­gac­twa za­ko­pa­nego pod zie­mią! Trzy­sta ton złota! Ga­ze­towe na­główki krzy­czały od pierw­szego dnia: Pod­ziemny skar­biec w Pol­sce!, Na­zi­stow­skie sztaby cze­kają na od­kryw­ców, Złoto dla wy­trwa­łych!

Naj­wię­cej szcze­gó­łów po­da­wała "Ga­zeta Wy­bor­cza", po­sił­ku­jąc się zna­nymi każ­demu po­szu­ki­wa­czowi skar­bów opo­wie­ściami: "We­dług róż­nych źró­deł w wa­go­nach Zło­tego Po­ciągu znaj­do­wały się złoto Wro­cła­wia, Bursz­ty­nowa Kom­nata, część de­po­zy­tów Cen­tral­nego Banku Rze­szy, dzieła sztuki zra­bo­wane w Pol­sce i Ro­sji, ewen­tu­al­nie tajne ar­chiwa III Rze­szy. Cho­ciaż brzmi to nie­praw­do­po­dob­nie, to pierw­sza z opcji jest cał­kiem moż­liwa.

Złoto Wro­cła­wia to skrzy­nie z de­po­zy­tami miej­skich ban­ków. W 1944 roku mi­ni­ster­stwo fi­nan­sów III Rze­szy wy­dało za­rzą­dze­nie, aby cała lud­ność Dol­nego Ślą­ska "za­bez­pie­czyła" swoje oszczęd­no­ści. (...) Na li­ście od­no­to­wano 56 me­ta­lo­wych skrzyń o wa­dze od 50 do 200 ki­lo­gra­mów, z wie­kami uszczel­nia­nymi gumą. I wiele mniej­szych, drew­nia­nych. Było ich tak dużo, że stały rów­nież na ko­ry­ta­rzach wyż­szych pię­ter. (...) Niemcy za­pa­ko­wali skarb do po­ciągu. Ich składy po­sia­dały działa prze­ciw­lot­ni­cze, a zbom­bar­do­wane tory ła­two można było na­pra­wić. W każ­dym wa­go­nie mo­głoby się zmie­ścić na­wet 20 ton kosz­tow­no­ści"1.

W ciągu kilku dni dzien­ni­ka­rze wy­peł­nili po brzegi wa­gony wał­brzy­skiego po­ciągu wszel­kimi moż­li­wymi do wy­obra­że­nia skar­bami. De­po­zyty z końca II wojny świa­to­wej! Sztabki ozna­czone swa­styką! Może sama Bursz­ty­nowa Kom­nata!

- Zna­lazcy mu­szą COŚ wie­dzieć - tłu­ma­czyły me­dia - skoro ich radca prawny wnio­skuje o przy­zna­nie dzie­się­ciu pro­cent war­to­ści ewen­tu­al­nego zna­le­zi­ska.

W eks­pre­sowo krót­kim cza­sie, nie­mal z mi­nuty na mi­nutę, za­gi­niony po­ciąg stał się Zło­tym Po­cią­giem. I tak mu zo­stało do końca tej sprawy. Za­gra­niczna prasa po­szła na­wet o krok da­lej: to "nazi gold train" - skład ze zło­tem na­zi­stów. Le­genda stała się me­dial­nym fak­tem.

Kim są od­krywcy? Dla­czego nie chcą się ujaw­nić? Na tym eta­pie rów­nież na­zwi­sko Ja­ro­sława Chmie­lew­skiego, ich radcy praw­nego, nie­wiele pod­po­wia­dało. Były se­na­tor Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści, czło­wiek z sze­ro­kimi ko­nek­sjami, ni­gdy do­tąd nie po­ja­wiał się na "skar­bo­wej gieł­dzie". On wła­śnie za po­śred­nic­twem por­talu onet.pl po­in­for­mo­wał, że jego klienci to dwaj męż­czyźni - Po­lak i Nie­miec.

"To nie są osoby młode, ja­kieś przy­pad­kowe, ani ty­powi "łowcy skar­bów". Są bar­dzo kom­pe­tentni, wy­kształ­ceni. Za­rę­czam, że to są po­ważni lu­dzie. Pra­cują w Pol­sce, płacą tu po­datki. Dys­po­nują dużą wie­dzą hi­sto­ryczną, fa­chową (...). Mogę po­wie­dzieć, że moi klienci są bar­dzo scep­tyczni, że to jest wła­śnie ten słynny po­ciąg, na któ­rym zo­stało zde­po­no­wane złoto, inne cenne przed­mioty. Z całą jed­nak pew­no­ścią in­for­ma­cja o od­na­le­zie­niu pan­cer­nego składu mie­rzą­cego około 120-150 me­trów jest wia­ry­godna, to wy­nika z da­nych tech­nicz­nych. (...) To może być pu­sty skład, po­ciąg pan­cerny ma­jący po pro­stu war­tość hi­sto­ryczną"2.

Za­raz, o co tu cho­dzi? W pi­śmie radca prawny in­for­muje o cen­nych krusz­cach, te­raz mówi, że po­ciąg może być pu­sty. Skąd wie, że skład ma po­nad 100 me­trów dłu­go­ści? I w końcu - do dia­bła! - jak można ukryć po­ciąg, który ma 150 me­trów dłu­go­ści?! Scho­wać go tak, jak dzieci cho­wają za­bawki? Prze­cież po­ciąg to nie igła w stogu siana, to wielka ma­szyna, która zaj­muje mnó­stwo miej­sca.

Po ty­go­dniu od wy­bu­chu tej po­cią­go­wej bomby Tajny In­for­ma­tor nie ustaje w prze­ka­zy­wa­niu in­for­ma­cji. W pod­nie­ce­niu szep­cze w słu­chawkę:

- Ci dwaj go­ście, co to zgło­sili, mają prze­chla­pane. In­te­re­suje się nimi wy­wiad i kontr­wy­wiad. Ten po­ciąg to ty­ka­jąca bomba. Ich praw­nik nie ma le­piej. Musi się strzec.

Od rana do wie­czora ury­wają się te­le­fony. Zna­jomi, przy­ja­ciele, ko­le­dzy, któ­rych nie wi­dzia­łam od pod­sta­wówki. Głów­nie ci, któ­rzy ni­gdy, prze­nigdy nie uwie­rzy­liby, że gdzieś pod zie­mią może znaj­do­wać się wy­peł­niony zło­tem po­ciąg.

Dzwoni ko­le­żanka z Opola.

- Mój tato wi­dział cię w te­le­wi­zji. Gra­tu­la­cje! Na­le­żało ci się!

- Ale co? - py­tam nieco oszo­ło­miona.

- No jak to, co?! Po­dobno zna­la­złaś Złoty Po­ciąg!

Po­woli, nie­po­strze­że­nie nad­cho­dzi pol­ska go­rączka złota. Tro­chę nie­sforna, tro­chę nie­bez­pieczna, a na pewno zu­peł­nie nie­prze­wi­dy­walna. Czas na atak i za­in­fe­ko­wa­nie ofiar wy­brała do­sko­nale. Na świe­cie nic się nie dzieje, do­piero za chwilę wy­buch­nie kry­zys zwią­zany z uchodź­cami. Do tego nad­cho­dzą wy­bory par­la­men­tarne. Przy bla­sku złota naj­ła­twiej można się ogrzać.

1 - J. Dzi­kow­ska, Złoty po­ciąg spod Wał­brzy­cha. Co w nim jest?, wy­bor­cza.pl, Wro­cław 23.08.2015.

2 - Kim są "łowcy skar­bów", któ­rzy wpa­dli na trop za­gi­nio­nego po­ciągu na Dol­nym Ślą­sku? Czy szy­kuje się sen­sa­cja na mię­dzy­na­ro­dową skalę?, onet.pl, 18.08.2015, wy­wiad udzie­lony Mag­da­le­nie Za­gale.

3

SKĄD SIĘ BIORĄ ZŁOTE PO­CIĄGI

Otto Sko­rzeny, Hans Kloss i Her­mann Brun­ner ra­zem so­bie ten po­ciąg za­ko­pali.

Fo­rum onet.pl

Wie­kowe miesz­ka­nie w po­bliżu Ko­mendy Miej­skiej Po­li­cji w Wał­brzy­chu mie­ści się na par­te­rze sza­rej ka­mie­nicy. Cztery po­koje z kuch­nią i wą­ską ła­zienką. W środku wszystko przy­pró­szył kurz czasu. Te­le­fon w ciem­nym ko­ry­ta­rzu pa­mięta jesz­cze lata 80. W naj­więk­szym po­koju wisi por­tret Pił­sud­skiego i zdję­cia Jana Pawła II. Na błysz­czą­cych re­ga­łach stoją fo­to­gra­fie go­spo­da­rzy od­bie­ra­ją­cych od pre­zy­denta Wał­brzy­cha me­dale z oka­zji pięć­dzie­się­cio­le­cia po­ży­cia mał­żeń­skiego. Pani w nie­bie­skiej sukni i ze sta­ran­nie ucze­sa­nymi si­wymi wło­sami to Le­oka­dia Sło­wi­kow­ska. Ele­gancki dżen­tel­men obok to pan Ta­de­usz, jej mąż. Pa­cjent Zero. To on jako je­den z pierw­szych do­stał skar­bo­wej go­rączki i za­czął nią za­ra­żać oto­cze­nie. Bez jego za­pału i de­ter­mi­na­cji nie by­łoby te­raz Zło­tego Po­ciągu, ta­jem­ni­czych zna­laz­ców, a pani Le­oka­dia nie mia­łaby komu po­ka­zy­wać kó­łek na czole, gdy jej mąż opo­wiada o ko­lej­nej ta­jem­nicy. Te kółka to taki ro­dzaj de­spe­ra­cji, oka­zy­wa­nej na ogół przez ko­biety, któ­rym przy­pa­dło wieść ży­cie u boku pa­sjo­nata.

Jo­wialny star­szy pan, nie­mal za­wsze w ma­łym ka­pe­lu­siku, mimo kło­po­tów ze zdro­wiem bez prze­rwy jest w ru­chu. Mówi szybko, cha­otycz­nie, cią­gle wstaje i siada. Na­gle roz­sy­puje przede mną sterty do­ku­men­tów. Od chwili gdy wy­bu­chła afera ze Zło­tym Po­cią­giem, drzwi jego domu pra­wie się nie za­my­kają. To prze­cież Ta­dziu - jak mó­wią do niego przy­ja­ciele - pierw­szy wpadł na trop po­ciągu.

- Nie mia­łem dziś do­brej nocy, pani Asiu - oświad­cza, krzą­ta­jąc się po po­koju. - Ka­szankę zja­dłem wczo­raj i ja­koś tak źle się czuję. Ogo­li­łem się dla pani. Wie pani, ten za­wia­dowca to mi po­wie­dział, że te po­ciągi, co je­chały do Wał­brzy­cha, a po­tem zni­kały, to on, pro­szę pani...

Pan Ta­dziu z szyb­ko­ścią ka­ra­binu ma­szy­no­wego za­raz za­cznie opo­wia­dać o ta­jem­nicy, którą tropi od lat. Tak na­prawdę setki dzien­ni­ka­rzy na­pi­sało już o niej setki ar­ty­ku­łów. Każdy jest taki sam, a jed­no­cze­śnie inny. Róż­nią się szcze­góły - tak jakby re­por­te­rzy ule­piali wła­sne hi­sto­rie z tej, którą przed­sta­wia pan Sło­wi­kow­ski. Nie dzi­wię się, Dzia­dek Ta­dziu - jak mówi o nim pani Le­oka­dia, krę­cąc dło­nią kółko (tym ra­zem gdzieś koło ucha) - opo­wiada głów­nie to, co chce. Cza­sem nie słu­cha na­wet py­tań. Dla­tego pro­szę go, żeby opo­wie­dział mi całe ży­cie, ka­wa­łek po ka­wałku, w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści, to po­może mi upo­rząd­ko­wać fakty.

Pan Ta­dziu jest za­sko­czony. Ma mó­wić nie tylko o po­ciągu? Na­gle wszystko się zmie­nia. Chaos za­stę­puje spo­kój, ury­wane wątki, z któ­rych mój roz­mówca jest znany, za­czy­nają się skle­jać w opo­wieść. Lata, któ­rych nie mogę pa­mię­tać, prze­su­wają się jak ob­razy w sta­rym ki­nie. Chory star­szy pan wkłada ze­psute dru­ciane oku­lary.

- Wi­dzi pani, urwały mi się. Nie ma kiedy pójść na­pra­wić, tyle się dzieje, tyle się dzieje...

Dziad­ko­wie Ta­de­usza Sło­wi­kow­skiego zgi­nęli pod­czas I wojny świa­to­wej, prze­żył ją na­to­miast brat babci ze strony mamy, ar­cy­bi­skup Alek­san­der Ka­kow­ski. Znany z od­wagi i kon­ser­wa­tyw­nych po­glą­dów du­chowny, syn po­wstańca stycz­nio­wego, za­sły­nął tym, że jako je­den z za­le­d­wie trzech dy­plo­ma­tów nie opu­ścił za­gro­żo­nej sto­licy przed bi­twą war­szaw­ską w 1920 roku.

W 1931 roku oj­ciec Ta­de­usza Sło­wi­kow­skiego wy­je­chał do Fran­cji do pracy w ko­palni. Po czte­rech mie­sią­cach ścią­gnął do sie­bie żonę w ciąży i star­sze dzieci. Tam przy­szedł na świat Ta­de­usz.

We Fran­cji Sło­wi­kow­scy zo­stali po­nad sześć lat. Byli dużą ro­dziną - Ste­fa­nia Sło­wi­kow­ska uro­dziła dwie córki i czte­rech sy­nów. Po po­wro­cie z Fran­cji oj­ciec ku­pił "broszkę", czyli do­rożkę, i dzięki niej utrzy­my­wał bli­skich. Za­miesz­kali w Mła­wie. W 1939 roku oj­ciec po­szedł na front, po­tem tra­fił do obozu je­niec­kiego, ale udało mu się szczę­śli­wie wró­cić do ro­dziny.

1 stycz­nia 1943 nie było go w domu. Kiedy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, w miesz­ka­niu znaj­do­wała się tylko mama Ta­de­usza i jego naj­star­szy brat. To na­tar­czywe pu­ka­nie nie zo­sta­wiało miej­sca na wąt­pli­wo­ści. Ste­fa­nia Sło­wi­kow­ska otwo­rzyła, w progu stali funk­cjo­na­riu­sze ge­stapo. Po pię­ciu mie­sią­cach z obozu w Oświę­ci­miu przy­szło za­wia­do­mie­nie, że zmarła tam na serce. Ro­dzi­nie ka­zali za­pła­cić 5 ma­rek za prze­sła­nie pro­chów.

- Pew­nie szu­kali ojca, ale że go nie było w domu, to prze­żył. Z tego sa­mego po­wodu i ja oca­la­łem. - Twarz pana Ta­dzia nie zdra­dza żad­nych emo­cji. - Resztę wojny spę­dzi­li­śmy z bra­tem w Pru­sach, ja u Alek­san­dra Ba­ra­basa, nie­miec­kiego ofi­cera z cza­sów I wojny świa­to­wej, brat w in­nym go­spo­dar­stwie. Ba­ra­bas nie cier­piał Hi­tlera, był jesz­cze na ty z Hin­den­bur­giem, a po­tem był do­wódcą straży przy jego mau­zo­leum koło Olsz­tyna3. Chciał, żeby straż­nicy mieli mun­dury z I wojny świa­to­wej, ale Hi­tler ka­zał im dać swa­styki. Ten mój ofi­cer to był do­bry czło­wiek, mimo że Nie­miec. Wi­dzi pani, to czło­wiek i to czło­wiek, ni­gdy nie wia­domo, co się zda­rzy. Ale ja przez mamę Niem­ców nie­na­wi­dzi­łem.

Jesz­cze ni­gdy nie roz­ma­wia­łam z pa­nem Ta­de­uszem w ten spo­sób. W jego domu pa­nuje taka ci­sza. Cza­sem sły­chać tylko me­lo­dyjny dźwięk ze­gara, który przy­po­mina o rów­nej go­dzi­nie. W tej ci­szy sta­rego miesz­ka­nia jesz­cze moc­niej brzmi hi­sto­ria, którą te­raz opo­wiada.

- Po woj­nie po­sze­dłem ter­mi­no­wać do rzeź­nika w Olsz­tynku i wtedy do­wie­dzia­łem się, że matka... po­ja­wiła się w Mła­wie. Ale jak to moż­liwe? Prze­żyła i nie od­wie­dziła nas - swo­ich dzieci? Tego zu­peł­nie nie mo­głem zro­zu­mieć. Po­je­cha­łem do Oświę­ci­mia. Tam w biu­rze spo­tka­łem pa­nią, która z mamą sie­działa w jed­nym ba­raku. Po­wie­działa, że mama uro­dziła dziecko w czerwcu 1943 roku. To dziecko za­brali, a mama po­szła do pieca. Ale ta pani miała ko­le­żankę, która też pa­mię­tała moją mamę z obozu. Ona z ko­lei mi po­wie­działa, że Ste­fa­nię z jej ma­lusz­kiem za­brali i zaj­mo­wała się tymi dziećmi, co Men­gele ro­bił na nich eks­pe­ry­menty.

Jaka prze­ra­ża­jąca hi­sto­ria stoi za tą opo­wie­ścią? Wy­obra­żam so­bie cię­żarną Ste­fa­nię Sło­wi­kow­ską wśród okro­pieństw obozu kon­cen­tra­cyj­nego. I tę nie­pew­ność jej ro­dziny. Nie­pew­ność tym strasz­niej­szą, że do­ty­czącą nie tylko jej ostat­nich dni, ale i dziecka, któ­remu dała ży­cie w Au­schwitz. Pan Ta­de­usz nie zmie­nia się jed­nak na twa­rzy. Po pro­stu opo­wiada.

- Kiedy po­go­dzi­łem się już ze śmier­cią mamy, oka­zało się, że w Niem­czech mieszka... Ste­fa­nia Sło­wi­kow­ska! Zna­la­złem jej ad­res i pod ko­niec lat 90. po­je­cha­łem tam z krew­nym. Pod­cho­dzimy pod wy­soką bramę, jest tam taki ładny dom, wy­cho­dzi ja­kaś pani. Nie po­znaję jej. Py­tam o Ste­fa­nię Sło­wi­kow­ską. A ta pani mówi, że Ste­fa­nia zmarła trzy lata temu i nie ży­czyła so­bie, żeby mieć grób. Wy­obraża so­bie pani? Trzy lata się spóź­ni­łem. Nie mo­głem tylko zro­zu­mieć jed­nego: czemu mama nie chciała nas zo­ba­czyć? "Ile lat miała Ste­fa­nia, jak zmarła?" - za­py­ta­łem tę pa­nią. "Osiem­dzie­siąt trzy" - od­po­wie­działa. Ka­mień spadł mi z serca, moja mama uro­dziła się w 1902 roku, by­łaby te­raz znacz­nie star­sza. Może ja­kaś es­es­manka pod­szyła się pod jej toż­sa­mość? Do dziś tego nie wiem...

W 1948 roku Ta­de­usz Sło­wi­kow­ski przy­je­chał do Wał­brzy­cha. Jego star­szy brat pra­co­wał już tu w ko­palni. I o ile tuż po I woj­nie świa­to­wej Po­lacy emi­gro­wali do ko­palni we Fran­cji, o tyle te­raz na tzw. Zie­miach Od­zy­ska­nych bra­ko­wało gór­ni­ków. W tej sy­tu­acji do­sko­na­łymi kan­dy­da­tami oka­zali się... Po­lacy z Fran­cji. Nie dość, że byli wy­kwa­li­fi­ko­wa­nymi spe­cja­li­stami, to jesz­cze wielu z nich na­le­żało do le­wi­co­wych or­ga­ni­za­cji, co pol­skim wła­dzom było na rękę. I tak w po­wie­cie wał­brzy­skim osia­dło około 20 ty­sięcy re­emi­gran­tów z Fran­cji.

"Fran­cuzi - jak ich prze­zy­wano - byli jed­nym z ele­men­tów ko­lo­ro­wej mo­zaiki kul­tu­ro­wej; na­dal miesz­kali tu Niemcy, krę­cili się so­wieccy żoł­nie­rze i przy­jeż­dżali re­pa­trianci ze Wschodu. Na uli­cach sły­chać było ro­syj­ski, nie­miecki, różne od­cie­nie pol­skiego i fran­cu­skiego. Wszy­scy pa­trzyli na sie­bie wil­kiem, ale naj­bar­dziej nie lu­biano wła­śnie Fran­cu­zów. Za­zdrosz­czono im sta­no­wisk, które za­wdzię­czali przy­na­leż­no­ści do par­tii, zna­jo­mo­ściom albo za­rad­no­ści, i fran­cu­skich eme­ry­tur. Śmie­szyły ich wy­fio­ko­wane ubra­nia, de­ner­wo­wała ła­mana pol­sz­czy­zna i fran­cu­skie pa­pla­nie. Ci, któ­rzy we Fran­cji byli wy­rob­ni­kami, w oj­czyź­nie, na tle przy­by­łych ze Wschodu, po­czuli się lepsi - ele­ganccy, świa­towi" - pi­sze Agnieszka Krze­miń­ska4. Ale Sło­wi­kow­ski, mimo wy­fio­ko­wa­nych ubrań, chciał do Fran­cji. Źle się czuł w rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej nowa wła­dza za­częła li­kwi­do­wać pry­watne ini­cja­tywy. Nie po­do­bały mu się spół­dziel­nie. Miał sie­dem­na­ście lat, za sobą ter­mi­no­wa­nie u rzeź­nika, a te­raz nie było pracy. Fran­cuzi, któ­rych po­znał, opo­wia­dali mu o pięk­nym kraju, w któ­rym prze­cież się uro­dził.

Trzy razy pró­bo­wał ucie­kać. Za pierw­szym ra­zem zła­pali go jesz­cze w Cze­chach - do­stał za to trzy mie­siące wię­zie­nia; za dru­gim za­trzy­mano go w Gó­rach Ha­rzu. Za trze­cim, kiedy po­wie­dział, że ma bli­skich - brata i ojca - zo­stał osa­dzony w za­kła­dzie po­praw­czym w Stu­dzieńcu koło Ży­rar­dowa. W tej in­sty­tu­cji sie­działy "chło­paki z po­wsta­nia", tam po­znał m.in. młod­szego od sie­bie Jacka Ku­ro­nia.

- Ja­cek gębę miał taką py­zatą. On nie miał zni­kąd po­mocy i pod­kra­dał chło­pa­kom z szafki je­dze­nie, więc ka­zali mi go wziąć pod opiekę. Ja po­ma­ga­łem w kuchni i jak od­sze­dłem z po­praw­czaka, to on do­stał moje miej­sce - opo­wiada pan Ta­dziu.

Te trzy ucieczki za­częły jego po­szu­ki­waw­czą pa­sję. Za dru­gim ra­zem, zła­pany w Niem­czech po nie­uda­nej "wy­cieczce" do Fran­cji, cze­kał na trans­port do Pol­ski w Dreź­nie. Tam po­znał star­szego męż­czy­znę z Gór­nego Ślą­ska, który w cza­sie wojny pra­co­wał w Wał­brzy­chu.

- Tam dużo mo­ich kam­ra­tów zgi­nęło - po­wie­dział Sło­wi­kow­skiemu.

- Prze­cież w Wał­brzy­chu nie było żad­nej wojny - zdzi­wił się pan Ta­dziu. Ale tam­ten za­czął tłu­ma­czyć:

- Wi­dzisz, nie mam ręki. Z tego po­wodu by­łem w cza­sie wojny w szpi­talu, ale nie pu­ścili mnie po­tem do domu, tylko wy­słali do Wał­brzy­cha, do obozu, i by­łem tam do­wódcą warty. Jak przy­jeż­dżali es­es­mani, to brali więź­niów i war­tow­ni­ków, i oni nie wra­cali. Więź­niów to nie ża­łuję, ale ko­le­gów żoł­nie­rzy, in­wa­li­dów - to tak. Nie­miec Niemca wy­kań­czał.

Sło­wi­kow­ski do dziś za­sta­na­wia się, co to było za miej­sce i po co SS za­bie­rało stam­tąd lu­dzi. Tamta roz­mowa roz­bu­dziła w nim cie­ka­wość świata, w któ­rym te­raz przy­szło mu żyć. To nie była pol­ska Mława, tylko Wał­brzych - jesz­cze przed chwilą nie­miecki. Z jed­nej strony wciąż za­miesz­kany przez wroga, z dru­giej - po­cią­ga­jący nie­znaną hi­sto­rią. Po hi­tle­row­skich cza­sach nad mia­stem zo­stało m.in. po­tężne mau­zo­leum na­zy­wane ostat­nią świą­ty­nią Hi­tlera. Mau­zo­leum, wznie­sione w la­tach 1936-1938 z ini­cja­tywy Lu­do­wego Związku Opieki nad Nie­miec­kimi Gro­bami Wo­jen­nymi (Volks­bund Deut­sche Kriegs­gräber­für­sorge) jako mo­nu­men­talny po­mnik "dumy, chwały i siły", miało upa­mięt­niać śmierć 23 pio­nie­rów ru­chu na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego na Ślą­sku oraz po­nad 170 ty­sięcy miesz­kań­ców Ślą­ska po­le­głych na fron­tach I wojny świa­to­wej. Z da­leka przy­po­mi­nało bu­dowle sta­ro­żyt­nego Su­meru i Me­zo­po­ta­mii. Za­raz po woj­nie wciąż pu­szyło się rzeź­bami lwów i ko­lo­ro­wymi mo­zai­kami na dzie­dzińcu. Do dziś jego ru­iny wzbu­dzają mie­szankę od­razy i fa­scy­na­cji.

Kiedy w 1955 roku Sło­wi­kow­ski za­trud­nił się w ko­palni "Tho­rez", za­czął pra­co­wać ze star­szymi Niem­cami. Ko­mu­ni­ści zo­sta­wili ich na Dol­nym Ślą­sku, bo po­trze­bo­wali ich fa­cho­wej wie­dzy.

- Co mnie pani pyta o ich imiona, my­śmy wszyst­kich Fritz na­zy­wali, a na Ru­skich mó­wi­li­śmy Iwan - śmieje się Sło­wi­kow­ski. - Kie­dyś we­zwał mnie szty­gar i mówi: "Pój­dziesz na nocną zmianę, bo znasz nie­miecki". Na noc­nych zmia­nach tylko Niemcy pra­co­wali. I ja mia­łem nockę z ta­kim pa­nem po sześć­dzie­siątce. Opo­wia­dał mi, jak jego sy­no­wie na woj­nie zgi­nęli i jak kie­dyś było w Wał­brzy­chu bied­nie. Do­piero jak Hi­tler do­szedł do wła­dzy, to gór­ni­kom za­czął domki bu­do­wać. Raz wra­ca­li­śmy z szychty i przy wej­ściu do klatki, która wo­ziła nas na po­wierzch­nię, sie­działo kilku ta­kich pi­jacz­ków i je­den z nich kop­nął tego mo­jego Niemca w ko­lano. To ja wsze­dłem za ba­rierkę i pod­bi­łem temu pi­jacz­kowi oko. - Na drugi dzień dy­rek­tor wzywa mnie. Ba­łem się, że bę­dzie chryja. "Sło­wi­kow­ski, po­wiedz szcze­rze, jak to było" - mówi. A ja na to: "Pa­nie dy­rek­to­rze, z tym Niem­cem się do­brze pra­cuje, to sta­ną­łem w obro­nie". I wie pani co? Do­sta­łem za to 500 zło­tych pre­mii, a wtedy za­ra­bia­łem dwa sie­dem­set. Niemcy za­częli mi ufać, opo­wia­dali różne rze­czy. Jak w 1972 roku po­sze­dłem na rentę, to już dużo od nich wie­dzia­łem o tym, co się tu działo w cza­sie wojny. I wtedy za­czą­łem szu­kać tego po­ciągu.

I tu za­czyna się mój kło­pot. Bo opo­wieść o Zło­tym Po­ciągu nie­mal każ­dego dnia wy­gląda nieco ina­czej. Mu­szę to ja­koś ogar­nąć, ze­brać w ca­łość.

Po­mię­dzy Wał­brzy­chem a Świe­bo­dzi­cami bie­gną tory ko­le­jowe. W cza­sie II wojny świa­to­wej dróż­nicy ob­słu­gu­jący li­nię na tym od­cinku zo­stali prze­sie­dleni, a ich miej­sce za­jęli woj­skowi in­wa­li­dzi. Wy­brano ich, po­nie­waż nie po­cho­dzili z tych oko­lic i po woj­nie za­mie­rzali wró­cić do do­mów. Te­ren do­okoła zo­stał za­gro­dzony, cy­wi­lom zaś za­bro­niono zbli­żać się do to­rów.

Je­den z Niem­ców z ko­palni, z któ­rymi roz­ma­wiał pan Ta­dziu, był w cza­sie wojny po­moc­ni­kiem ma­szy­ni­sty. Po­mię­dzy Świe­bo­dzi­cami a Wał­brzy­chem-Szcza­wienko po­ciąg po­ko­nuje róż­nicę po­zio­mów 107 me­trów, czę­ściowo ja­dąc wą­wo­zem. To wła­śnie tam, gdzieś po­mię­dzy 61. a 65. ki­lo­me­trem trasy z Wro­cła­wia do Wał­brzy­cha, młody ko­le­jarz za­uwa­żył mur od­dzie­la­jący tory od zbo­cza wą­wozu.

Pew­nego dnia po­sta­no­wił wejść na lo­ko­mo­tywę i zo­ba­czył z góry, że za ogro­dze­niem znaj­duje się coś w ro­dzaju bramy, w któ­rej stoją dwa wa­gony - je­den obok dru­giego - tak, jakby przez tę "bramę" w zbo­cze wcho­dziły dwa tory. Jed­nak po woj­nie nikt nie wi­dział w tym miej­scu żad­nych zmian w te­re­nie.

Zda­niem pana Ta­de­usza musi to ozna­czać, że być może po­moc­nik ma­szy­ni­sty wi­dział w zbo­czu wjazd do tu­nelu. W nim miał zo­stać ukryty po­ciąg.

- No ale jaki po­ciąg? Po co? - py­tam Sło­wi­kow­skiego.

- A ja nie wiem, niech pani mi to po­wie.

I znowu po­ja­wia się to samo py­ta­nie. Po co ukry­wać po­ciąg? Od­po­wiedź wy­daje się pro­sta. Chyba po to, żeby znik­nął jego ła­du­nek. Tylko jak od­na­leźć to miej­sce na dłu­go­ści czte­rech ki­lo­me­trów... Szcze­gól­nie po­dej­rzane wy­dają się jed­nak dwa punkty: 61. i 65. ki­lo­metr.

W 1945 roku z Po­zna­nia do Wro­cła­wia przy­je­chał nie­jaki Schulz. Pan Ta­dziu nie pa­mięta już dziś jego imie­nia. Od­na­lazł go w la­tach 70. dzięki ar­ty­ku­łowi w ga­ze­cie po­świę­co­nemu wał­brzy­skim ko­le­ja­rzom. Schulz był naj­star­szy z nich i Sło­wi­kow­ski słusz­nie przy­pusz­czał, że może coś pa­mięta z pierw­szych po­wo­jen­nych lat. Oka­zało się, że po­zna­niak do­stał pracę jako dróż­nik przy 61. Ki­lo­me­trze trasy z Wro­cła­wia do Wał­brzy­cha. Za­miesz­kał u star­szego Niemca, który wcze­śniej był tu za­wia­dowcą sta­cji. To on opo­wie­dział Schul­zowi, że nie­które po­ciągi wy­jeż­dżały ze Świe­bo­dzic, ale nie do­jeż­dżały do Wał­brzy­cha. Nikt ich po­tem nie wi­dział. Nie wia­domo jed­nak, jak czę­sto się to zda­rzało.

Je­dyni świad­ko­wie, któ­rzy być może wi­dzieli ta­jem­ni­czy wjazd, miesz­kali przy wia­duk­cie koło 65. ki­lo­me­tra. Była to nie­miecka ro­dzina z ma­łymi dziećmi. W nocy z 4 na 5 maja 1945 żoł­nie­rze 31. Ochot­ni­czej Dy­wi­zji Gre­na­die­rów SS "Böh­men und Mäh­ren" za­ło­żyli ła­dunki wy­bu­chowe pod wia­duk­tem ko­le­jo­wym. Do domu miesz­ka­ją­cej obok ro­dziny wrzu­cili od­bez­pie­czone gra­naty.

- Wie pani, dla­czego ich za­mor­do­wali? - pyta pan Ta­dziu. - Oni tak mieli po­sta­wiony dom, że z gór­nego okna mo­gli wi­dzieć wjazd do tego tu­nelu, gdzie scho­wali po­ciąg.

- Ale kiedy ten tu­nel zdą­żyli zbu­do­wać, tak po ci­chu?

- Oni wcale go nie bu­do­wali, wy­ko­rzy­sty­wali wcze­śniej­szy tu­nel, któ­rym po­ciągi miały do­jeż­dżać do wzno­szo­nej przed wojną strefy prze­my­sło­wej. Tam go ukryli.

3 - Cho­dzi o Tan­nen­berg-Denk­mal.

4 - A. Krze­miń­ska, Bule re­emi­granta, "Po­li­tyka" (31/2767) z 31.07.2010.

4

W PO­GONI ZA PO­CIĄ­GIEM

Pie­nią­dze i złoto lu­bią ci­szę.

Szwaj­car­skie po­wie­dze­nie

28 sierp­nia 2015

To miał być do­bry dzień, ale coś nie wy­szło. Kiedy rano Piotr Żu­chow­ski, ów­cze­sny Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków, se­kre­tarz stanu w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego, przy­go­to­wy­wał się do kon­fe­ren­cji pra­so­wej, nie mógł przy­pusz­czać, że to, co dzi­siaj po­wie, roz­pęta na ca­łym świe­cie praw­dziwe sza­leń­stwo. Nikt też nie zda­wał so­bie jesz­cze sprawy, że pan wi­ce­mi­ni­ster jest już chyba za­in­fe­ko­wany.

Piotr Żu­chow­ski to młod­szy o dwa­dzie­ścia lat ko­lega par­tyjny Sta­ni­sława Że­li­chow­skiego, li­dera Pol­skiego Stron­nic­twa Lu­do­wego, nie­gdyś mi­ni­stra śro­do­wi­ska. Ze Sta­ni­sła­wem Że­li­chow­skim spo­tkamy się w ko­lej­nym roz­dziale, na ra­zie wspo­mnę tylko, że i ten pań­stwowy urzęd­nik rów­nież szu­kał kie­dyś skar­bów. Jako re­gio­nalny szef PSL sta­wiał na Żu­chow­skiego i wspie­rał jego ka­rierę.

Za­czyna się dzie­siąty dzień zło­tej epi­de­mii. Jej główne ob­jawy to: nie­ustę­pu­jące na­pię­cie, dzi­waczne do­my­sły i - w moim wy­padku - cią­gle te same te­le­fony. Te­le­fony su­ge­rują, że po­sia­dam wie­dzę wyż­szą, zu­peł­nie jak Tajny In­for­ma­tor.

"Słu­chaj, po­wiedz no, jest ten po­ciąg, czy nie?"

"A co wła­ści­wie w nim jest?"

"Dla­czego nie przy­zna­łaś się, że zna­la­złaś ja­kiś po­ciąg?"

Są oczy­wi­ście i dow­cip­ni­sie. Ko­lega z Cen­tral­nego Biura Śled­czego: "Służby spe­cjal­nie pro­szą o po­zo­sta­wie­nie po­ciągu w spo­koju. Stop. Zo­stał już zna­le­ziony w 1980 roku. Stop. Ca­łuję. Stop".

Nie ma stop. Dzien­ni­ka­rze dzwo­nią od rana do wie­czora. Pod na­szym do­mem po­ja­wiają się ekipy z ca­łego świata. Nie li­cząc się z kosz­tami, re­dak­cje wy­sy­łają na Dolny Śląsk naj­lep­szych pra­cow­ni­ków. Nie ża­łują na mię­dzy­kon­ty­nen­talne loty, tłu­ma­czy, wy­na­jem sa­mo­cho­dów i do­dat­ko­wego sprzętu.

Po­goda jest śliczna, więc roz­ma­wiamy w na­szym ogro­dzie mię­dzy brzo­skwi­nią a orze­chem, bo gę­sta zie­lona kur­tyna sta­nowi do­bre tło dla wy­wia­dów. Nikt nie ma wąt­pli­wo­ści. Pod Wał­brzy­chem znaj­duje się ukryty po­ciąg. To już na­wet nie jest zwy­kły po­ciąg. To po­ciąg na miarę na­szych moż­li­wo­ści. Pan­cerny i prze­klęty po­ciąg ze zło­tem na­zi­stów. Zu­peł­nie jak na fil­mach o In­dia­nie Jo­ne­sie.

- Wi­dzi pani, jak raz ktoś po­wie­dział "złoty po­ciąg", to już nie można było tego od­krę­cić - tłu­ma­czy mi Ar­ka­diusz Gru­dzień, asy­stent pre­zy­denta Wał­brzy­cha i jego rzecz­nik pra­sowy. On rów­nież pra­cuje dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę. Wszystko to­czy się zgod­nie z cy­ta­tem z Ka­zika Sta­szew­skiego: "Ten po­ciąg nie po­je­dzie, je­śli Ty w nim nie bę­dziesz".

Do tego jesz­cze ci dwaj zna­lazcy ukry­wa­jący się za ple­cami praw­nika. Kim są?

- Pani to wie, prawda? - bar­dziej stwier­dzają, niż py­tają ko­lejni dzien­ni­ka­rze. Nie wiem, ale i tak nikt mi nie uwie­rzy. W skar­bach "ro­bię" już kil­ka­na­ście lat, jak mo­gła­bym nie wie­dzieć? W su­mie wku­rza mnie ta nie­wie­dza. Czyżby na eks­plo­ra­cyj­nym rynku po­ja­wił się ktoś nowy? Ktoś, kogo nie znamy? Uśmie­cham się więc ta­jem­ni­czo, co wszy­scy in­ter­pre­tują w ten sam spo­sób. To oczy­wi­ste, że wie, ale wia­domo, że nie po­wie...

Pra­wie nikt nie pyta o fakty. Wciąż nie ma żad­nego do­wodu na to, że le­gen­darny po­ciąg rze­czy­wi­ście ist­nieje. Tym­cza­sem wiele się dzieje. Za­le­d­wie kilka dni po tym, jak re­pre­zen­tu­jący zna­laz­ców Ja­ro­sław Chmie­lew­ski zgło­sił zna­le­zi­sko w Sta­ro­stwie Po­wia­to­wym w Wał­brzy­chu, pi­smo zo­stało wy­co­fane. Dla­czego? Chmie­lew­ski oświad­czył, że pi­smo błęd­nie za­adre­so­wano.

Dziwna sy­tu­acja. Ktoś wal­czy o dzie­sięć pro­cent war­to­ści Zło­tego Po­ciągu, ale nie wie, do kogo skie­ro­wać pi­smo? Łyżkę dzieg­ciu na­tych­miast wrzuca Piotr Le­wan­dow­ski, pre­zes Fun­da­cji The­sau­rus i praw­nik spe­cja­li­zu­jący się w kwe­stiach eks­plo­ra­cyj­nych. Śro­do­wi­sko po­szu­ki­wa­czy szepce, że Le­wan­dow­ski szuka dziury w ca­łym, czę­sto mie­sza­jąc szyki róż­nym in­sty­tu­cjom i lu­dziom, któ­rzy chęt­nie by się utrzy­my­wali np. z nie­le­gal­nych po­szu­ki­wań. I tym ra­zem Le­wan­dow­ski idzie na ostro.

- Ciężko jest mi zro­zu­mieć tych praw­ni­ków. Przede wszyst­kim mam wąt­pli­wo­ści co do ich pro­fe­sjo­na­li­zmu i etyki za­wo­do­wej. Sy­tu­acja ze zgło­sze­niem do­mnie­ma­nego od­kry­cia do Sta­ro­stwa Po­wia­to­wego w Wał­brzy­chu, a po­tem jego wy­co­fy­wa­nie i po­nowne zgło­sze­nie do urzędu mia­sta nie świad­czy do­brze o rad­cach. A już tłu­ma­cze­nia pani me­ce­nas Mał­go­rzaty So­snow­skiej, współ­pra­cow­nicy pana Chmie­lew­skiego, że to ich klienci się po­my­lili, bu­dzą za­że­no­wa­nie. Po to klienci ich wy­na­jęli, aby nie było ta­kich po­my­łek. Za to im płacą, by uni­kać ta­kich sy­tu­acji. Dla­tego są wła­śnie praw­ni­kami, pro­fe­sjo­nal­nymi peł­no­moc­ni­kami. Nie ro­zu­miem, jak praw­nicy mogą do­pusz­czać do tego, aby ich klienci byli na­ra­żeni na ry­zyko prawne. A tak się wła­śnie dzieje, gdy brak jest we­ry­fi­ka­cji zna­le­zi­ska. Jak na ra­zie nie ma do­wo­dów na jego ist­nie­nie, a już się je zgła­sza...

No wła­śnie. Cią­gle po­ru­szamy się w sfe­rze do­my­słów. Ale te­raz, pięt­na­stego dnia od zło­że­nia za­wia­do­mie­nia przez od­kryw­ców, wi­ce­mi­ni­ster Piotr Żu­chow­ski przy­go­to­wuje się do spo­tka­nia z dzien­ni­ka­rzami. Wczo­raj, za­po­wia­da­jąc kon­fe­ren­cję pra­sową, za­ape­lo­wał, aby "za­prze­stać wszel­kich jego [po­ciągu] po­szu­ki­wań, do chwili za­koń­cze­nia ofi­cjal­nej urzę­do­wej pro­ce­dury, pro­wa­dzą­cej do za­bez­pie­cze­nia zna­le­zi­ska. W ukry­tym po­ciągu - co do któ­rego ist­nie­nia je­stem prze­ko­nany - znaj­do­wać się mogą nie­bez­pieczne ma­te­riały z cza­sów II wojny świa­to­wej. Ist­nieje ogromne praw­do­po­do­bień­stwo, że po­ciąg jest za­mi­no­wany".

Na­wet je­śli ktoś nie wie­rzy w skarby, po ta­kim dra­ma­tycz­nym oświad­cze­niu musi za­cząć się wa­hać.

Dzień jest piękny, sło­neczny. Po­ja­wiają się wszy­scy - ekipy te­le­wi­zyjne, prasa, po­szu­ki­wa­cze skar­bów, au­to­rzy ksią­żek oraz ga­pie. To dość nie­co­dzienna kon­fe­ren­cja, nie w mi­ni­ster­stwie, ale na jego dzie­dzińcu. Mi­kro­fon stoi na tra­wie, zu­peł­nie jak przed Bia­łym Do­mem. Pra­cow­nicy re­sortu mó­wią, że jesz­cze nie wi­dzieli tu­taj tylu ka­mer. Naj­waż­niej­sze te­maty nie gro­ma­dziły ta­kich tłu­mów. Na wielu twa­rzach wi­dać iro­nię, wielu śmieje się z po­ciągu od sa­mego po­czątku. Ale te­raz sy­tu­acja zmie­nia się dia­me­tral­nie. Kon­fe­ren­cję na te­mat zna­le­zi­ska zwo­łuje prze­cież przed­sta­wi­ciel pol­skiego rządu. Sprawa jest po­ważna. Ten sam mi­ni­ster, który w 2011 roku pi­sał do Pio­tra Le­wan­dow­skiego, że "or­gany pań­stwa nie mogą brać udziału w po­szu­ki­wa­niu skar­bów, po­nie­waż będą się ośmie­szać, a jed­no­cze­śnie bę­dzie to mar­no­tra­wie­nie pu­blicz­nych pie­nię­dzy", te­raz za­mie­rza za­brać głos w spra­wie skarbu! Nie­do­wiarki mogą za­raz do­stać prztyczka w nos.

Na­pię­cie sięga ze­nitu.

Na wy­stą­pie­nie Ge­ne­ral­nego Kon­ser­wa­tora Za­byt­ków cze­kają m.in. Ro­bert Ku­del­ski, współ­au­tor ksią­żek o gra­bieży dzieł sztuki w cza­sie II wojny świa­to­wej, Lech Zwi­rełło, czło­wiek or­kie­stra od lat ar­chi­wi­zu­jący in­for­ma­cje o za­gi­nio­nych do­brach kul­tury, i Piotr Le­wan­dow­ski. Trzej pa­no­wie - jakże różni od sie­bie - na te­mat po­ciągu mają jed­nak po­dobne zda­nie. Ku­del­ski i Le­wan­dow­ski są prze­ko­nani na 200 pro­cent, że nie ist­nieje. Zwi­rełło, który od po­nad dwóch de­kad szuka śla­dów za­gi­nio­nych za­byt­ków i de­po­zy­tów, uważa, że - co prawda - coś mo­gło zo­stać w Wał­brzy­chu ukryte, ale ra­czej w in­nym miej­scu. Zresztą do tego wątku jesz­cze wró­cimy. Na ra­zie wi­ce­mi­ni­ster Żu­chow­ski, ele­gancki jak zwy­kle, pod­cho­dzi do mi­kro­fonu. Wy­gła­sza kilka okrą­głych zdań i oświad­cza:

- W prze­szło­ści były zgła­szane po­dobne zna­le­zi­ska, ale za­wsze działo się to po­przez zgło­sze­nie ustne, ewen­tu­al­nie spo­tka­nie z pra­cow­ni­kiem De­par­ta­mentu Ochrony Za­byt­ków. Dzi­siaj mamy sy­tu­ację taką, że upraw­niona do tego kan­ce­la­ria prawna zgła­sza ofi­cjal­nie zna­le­zie­nie owego po­ciągu. Do­tych­czas naj­więk­szymi przed­mio­tami, które były wska­zy­wane jako zna­le­zione, były po­zo­sta­wione w trak­cie wojny czołgi czy działa. Tu­taj mó­wimy o po­ciągu, który ma mieć dłu­gość po­nad 100 me­trów, więc mó­wimy o zna­le­zi­sku wy­jąt­ko­wym. Wy­jąt­kowa jest też ta­jem­nica, w jaki spo­sób ten po­ciąg jest za­bez­pie­czony.

A więc jest! Jed­nak jest! Złoty Po­ciąg ist­nieje! Kto ma być le­piej po­in­for­mo­wany niż Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków?

Piotr Żu­chow­ski tłu­ma­czy:

- Rzecz, która wy­wo­łuje naj­wię­cej emo­cji, to ta­jem­ni­cza za­war­tość tego po­ciągu. Po­ciągi pan­cerne z cza­sów II wojny i te, które funk­cjo­no­wały w cza­sie dzia­łań wo­jen­nych, szcze­gól­nie te w ob­sza­rze obec­nego Dol­nego Ślą­ska, były tak na­prawdę wiel­kimi fur­go­nami na to­rach, prze­wo­żą­cymi cenne rze­czy. Po­jaz­dami, w któ­rych prze­wo­ziło się coś nie­zwy­kle cen­nego. Sama in­for­ma­cja, że jest to po­ciąg pan­cerny, jest wska­zówką, że w tym po­ciągu mogą znaj­do­wać się bar­dzo istotne i ważne rze­czy. Nie­za­leż­nie od emo­cji, py­tań, nie­za­leż­nie od ca­łej tem­pe­ra­tury zwią­za­nej z po­szu­ki­wa­niami i tym, co chcie­li­by­śmy jak naj­szyb­ciej wie­dzieć, to jest sprawa, która wy­maga szcze­gól­nie pie­czo­ło­wi­cie prze­strze­ga­nej pro­ce­dury. Sprawa zo­stała zgło­szona do mi­ni­stra kul­tury i dzie­dzic­twa na­ro­do­wego ze względu na to, że mają się tam znaj­do­wać za­bytki (...). Do­piero, kiedy do­trzemy do tego po­ciągu, bę­dziemy mo­gli stwier­dzić, jaka jest jego za­war­tość. Ten po­ciąg może za­wie­rać za­równo kosz­tow­no­ści, które zo­stały wska­zane przez zna­laz­ców, ale rów­nie do­brze może za­wie­rać nie­bez­pieczne ma­te­riały z cza­sów II wojny. Mogą to być rów­nież ar­chiwa, o któ­rych ist­nie­niu wie­dzie­li­śmy, a ni­gdy nie zo­stały od­na­le­zione (...).

Z tyłu tłumu ktoś ci­cho pry­cha.

- Prze­cież to nie­moż­liwe! Skąd mi­ni­ster wie to wszystko?

Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków z pew­no­ścią nie sły­szy tego prych­nię­cia, ale nie­mal w tej sa­mej chwili od­po­wiada na te wąt­pli­wo­ści. Wy­ja­śnia, że przed ofi­cjal­nym zgło­sze­niem w jego ga­bi­ne­cie dwu­krot­nie po­ja­wiły się osoby, "które ucho­dziły jako upeł­no­moc­nione w tym za­kre­sie". Mówi, że wi­dział do­brej ja­ko­ści zdję­cie geo­ra­da­rowe po­ka­zu­jące, jak wy­gląda po­ciąg.

Te ostat­nie słowa są jak grom z ja­snego nieba. Piotr Le­wan­dow­ski i Ro­bert Ku­del­ski wy­mie­niają po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Zdję­cie geo­ra­da­rowe? Czy to zna­czy, że ktoś ro­bił w tam­tym miej­scu ba­da­nia? Do­wód rze­czy­wi­ście ist­nieje? Ku­del­ski przy­znaje, że choć w po­ciąg nie wie­rzył od po­czątku, to i on na kon­fe­ren­cję przy­szedł pe­łen wąt­pli­wo­ści.

- Z jed­nej strony lo­gika prze­czyła ist­nie­niu ta­kiego trans­portu. Z dru­giej strony uzna­łem, że skoro wy­po­wiada się tak wy­soki rangą urzęd­nik pań­stwowy - w do­datku ktoś od­po­wie­dzialny za ochronę dóbr kul­tury, a więc i za to, co za­gi­nione - to może jed­nak wie o czymś, co prze­czy mo­jej zna­jo­mo­ści te­matu i ma­te­ria­łom ar­chi­wal­nym. Więc po­sze­dłem na tę kon­fe­ren­cję i ocze­ki­wa­łem z na­pię­ciem na słowa se­kre­ta­rza stanu.

Piotr Żu­chow­ski, wy­soko po­sta­wiony urzęd­nik pań­stwowy, wy­daje się wie­dzieć wię­cej niż my wszy­scy. Mówi spo­koj­nie, bez emo­cji. To tylko utwier­dza słu­cha­ją­cych w prze­ko­na­niu, że jest coś na rze­czy.

- Moja wie­dza jest taka, że tam jesz­cze nikt nie do­tarł po woj­nie i in­for­ma­cja o tym, gdzie ten po­ciąg się znaj­duje, była in­for­ma­cją prze­ka­zaną ust­nie przez osobę, która brała udział w scho­wa­niu tego po­ciągu, i ta osoba na łożu śmierci prze­ka­zała taką in­for­ma­cję ze szki­cem, gdzie to ewen­tu­al­nie jest. Taka jest na­sza wie­dza i brzmi to bar­dzo praw­do­po­dob­nie. (...) Je­żeli ist­nieje bar­dzo duże praw­do­po­do­bień­stwo, a w moim przy­padku jest to prze­ko­na­nie w po­nad 99 pro­cen­tach, że ist­nieje taki po­ciąg i że ten po­ciąg jest za­bez­pie­czony, ma­jąc na uwa­dze nie­bez­pie­czeń­stwo zwią­zane z tym, że bę­dzie on po­szu­ki­wany przez pewne osoby na wła­sną rękę, wy­da­łem taki, a nie inny apel. Po­nie­waż jest dzi­siaj go­rączka, by ten po­ciąg zna­leźć. (...) My­ślę, że in­for­ma­cja ustna prze­ka­zana przez osoby, które skry­wały po­ciąg, jest taka, że po­ciąg jest tak za­bez­pie­czony, że tylko spe­cja­li­ści, sa­pe­rzy czy inne służby mogą wejść tam z pewną dozą bez­pie­czeń­stwa. (...) Ja wi­dzia­łem plat­formy i wi­dzia­łem działa, jest to jed­no­znacz­nie po­ciąg pan­cerny.

Ups... Umie­ra­jący es­es­man - no bo kto mógł prze­żyć ukry­wa­nie ta­kiego po­ciągu? - na łożu śmierci prze­ka­zuje bez­cenną in­for­ma­cję. Zu­peł­nie jak na fil­mie. Sta­rzec leży w luk­su­so­wym przy­ciem­nio­nym wnę­trzu. Drżącą ręką wska­zuje jedną z osób sto­ją­cych wo­kół łoża. Ktoś z ro­dziny - a może praw­nik albo le­karz - po­chyla się nad ko­na­ją­cym i wraz z jego ostat­nim od­de­chem przej­muje wielką ta­jem­nicę. No tak, taki ob­ra­zek musi za­dzia­łać na wy­obraź­nię. To trzeba bę­dzie zgłę­bić. Ale prze­cież Piotr Żu­chow­ski wspo­mina także o zdję­ciu geo­ra­da­ro­wym, które wska­zało mnó­stwo szcze­gó­łów. Tyle że nikt ni­gdy nie sły­szał o ta­kim cu­dow­nym urzą­dze­niu, na ob­ra­zie z któ­rego wi­dać lufy! La­ikowi skan geo­ra­da­rowy przy­po­mina dzieło im­pre­sjo­ni­sty z mi­ni­ma­li­stycz­nymi za­pę­dami. To ob­raz zło­żony z warstw, które do­piero in­ter­pre­tuje pro­fe­sjo­na­li­sta. Ale tak na zdrowy ro­zum przed­sta­wi­ciele rządu mają prze­cież wcze­śniej przy­go­to­wane wy­stą­pie­nia na tak ważne kon­fe­ren­cje. Se­kre­tarz stanu w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego z pew­no­ścią wie, co mówi.

- Słowa o pew­no­ści "na 99 pro­cent" i o tym, że kon­ser­wa­tor wi­dział zdję­cia z geo­ra­daru, na któ­rych było wi­dać skład, wa­gony i działa, które sam po­li­czył, upew­niły mnie, że lo­gika i wie­dza wyjdą z tej po­tyczki górą - kon­klu­duje Ku­del­ski.

Ostrzej pa­trzy na sprawę To­masz Bo­nek, au­tor ksią­żek hi­sto­rycz­nych, w któ­rych ob­naża dzia­ła­nia wła­dzy i mu­ze­al­ni­ków w kwe­stiach za­byt­ków.

- Tego po­ciągu nie ma - mówi po pro­stu.

W In­ter­ne­cie Ge­ne­ralny Kon­ser­wa­tor Za­byt­ków otrzy­muje ksywkę: ge­ne­ralny po­szu­ki­wacz Zło­tego Po­ciągu.

Jesz­cze tego sa­mego dnia wie­czo­rem me­dia na ca­łym świe­cie prze­ka­zują in­for­ma­cję: "Pol­ski rząd po­twier­dza. Zo­stał zna­le­ziony po­ciąg ze zło­tem na­zi­stów".

5

PO­CIĄG DO ZŁOTA

Mar­sze wy­zwo­leń­cze za­wsze się łą­czyły z gwał­tow­nym sko­kiem do­bro­bytu władz woj­sko­wych, par­tyj­nych, a przede wszyst­kim - służb bez­pie­czeń­stwa.

Mark So­ło­nin, 22 czerwca 1941

Złoto na­zi­stów. O tak, złoto po­bu­dza wy­obraź­nię każ­dego czy­tel­nika. Błysz­czące sztaby le­żące w set­kach skrzyń od­na­le­zio­nych przez Ame­ry­ka­nów pod ko­niec II wojny świa­to­wej w au­striac­kiej ko­palni Mer­kers - ten ob­ra­zek znają nie­mal wszy­scy, któ­rzy kie­dy­kol­wiek in­te­re­so­wali się hi­sto­rią II wojny świa­to­wej. Ale to tylko epi­zod, de­tal z wiel­kiego ob­razu gra­bieży i nie­szczęść. Ile na­prawdę wiemy o "zło­cie na­zi­stów"?

W kwiet­niu 1938 roku III Rze­sza miała do dys­po­zy­cji re­zerwy ban­kowe w wy­so­ko­ści 120 mi­lio­nów do­la­rów w zło­cie. We wstę­pie książki Ro­berta Ku­del­skiego Za­gi­niony kon­wój SS znaj­duję ważną in­for­ma­cję: "W ciągu sze­ściu lat trwa­nia wojny Niemcy zgro­ma­dzili wię­cej ton złota, niż wy­nio­sło dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nie wy­do­by­cie i prze­two­rze­nie tego kruszcu przez naj­więk­szych po­ten­ta­tów świa­to­wych - kraje Afryki Po­łu­dnio­wej (około 480 ton w la­tach 1976-2000)".

Nie mogę się po­ha­mo­wać i spraw­dzam dzi­siej­szy kurs złota. Mnożę przez 480 ton i wy­cho­dzi pra­wie 26 mi­liar­dów do­la­rów! Nie po­tra­fię so­bie na­wet wy­obra­zić ta­kiej sumy. Tym­cza­sem, gdyby te 480 ton było jed­nym wiel­kim blo­kiem złota - po­wiedzmy sze­ścia­nem - każdy jego bok miałby 2,9 me­tra dłu­go­ści. Ot i cała mar­ność świata. Taki nie­wielki blok, przez który zgi­nęły mi­liony lu­dzi na świe­cie...

Opo­wie­ści o hi­tle­row­skim zło­cie to w ogóle cie­kawa sprawa. Na więk­szo­ści fil­mów fa­bu­lar­nych żoł­nie­rze trans­por­tu­jący złoto w szta­bach z ła­two­ścią pod­no­szą ogromne skrzy­nie i rów­nie ła­two prze­no­szą je z albo do skarbca. Tym­cza­sem tona czy­stego złota to kostka, któ­rej kra­wę­dzie mają 37 cen­ty­me­trów dłu­go­ści. Nie da się pod­nieść ta­kiego cię­żaru w dwie osoby. Złoto prze­ta­piano w sztabki. Ki­lo­gra­mowa sztabka ma za­le­d­wie 10 cen­ty­me­trów dłu­go­ści, 4 cen­ty­me­try sze­ro­ko­ści i 12 mi­li­me­trów gru­bo­ści. Skrzy­nie, w któ­rych je trans­por­to­wano, mu­siały więc być od­po­wied­nio małe.

Niemcy byli uza­leż­nieni od złota. Po­trze­bo­wali go, aby się zbroić, od niego za­le­żały losy wojny. Przej­mo­wa­nie de­po­zy­tów ban­ko­wych, okra­da­nie więź­niów w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, któ­rym wy­ry­wano na­wet złote ko­rony zę­bowe, na­kła­da­nie kon­try­bu­cji, ogo­ło­ca­nie mu­zeów i ko­ścio­łów, w końcu za­gar­nię­cie ma­jątku lud­no­ści ży­dow­skiej - ame­ry­kań­scy i an­giel­scy agenci wy­wiadu usta­lili, że od końca 1940 roku do za­koń­cze­nia wojny Niemcy prze­słali do Szwaj­ca­rii pra­wie 400 ton złota! Do wiel­kiego pod­su­mo­wa­nia strat trzeba jesz­cze do­dać zbiory mu­ze­alne, ko­ścielne, pry­watne, ty­siące za­byt­ków, ob­ra­zów, ksią­żek, rzeźb, in­stru­men­tów.

Na­zi­stow­scy "ko­lek­cjo­ne­rzy" za­bie­rali, co tylko chcieli. W 2009 roku Nancy Yeide, ame­ry­kań­ski hi­sto­ryk sztuki, była pra­cow­niczka Na­ro­do­wej Ga­le­rii Sztuki w Wa­szyng­to­nie, ska­ta­lo­go­wała zbiory Her­manna Göringa, mar­szałka Rze­szy i do­wódcy Luft­waffe. Oka­zuje się, że sam Göring zgro­ma­dził około 1800-1900 ob­ra­zów, o wiele wię­cej, niż do­tąd przy­pusz­czano. W Ca­rin­hall, ocie­ka­ją­cej luk­su­sem re­zy­den­cji w la­sach na wschód od Ber­lina, za­mie­rzał utwo­rzyć mu­zeum uświet­nia­jące osią­gnię­cia Ty­siąc­let­niej Rze­szy, ale był to rów­no­cze­śnie do­bry pre­tekst do zło­dziej­stwa na wła­sny koszt.

Mar­sza­łek nie za­wsze miał do­bre wy­czu­cie tren­dów w sztuce. Po­nad sto ob­ra­zów sta­rych mi­strzów wy­mie­nił na jed­nego fał­szy­wego Ver­me­era, na­ma­lo­wa­nego jesz­cze w la­tach 30. przez słyn­nego fał­sze­rza van Me­ege­rena. Czę­sto rów­nież po­zby­wał się ode­bra­nych ży­dow­skim ko­lek­cjo­ne­rom ob­ra­zów mo­der­ni­stów - dzieł "sztuki zde­ge­ne­ro­wa­nej". I tak za Pia­ni­stę i sza­chi­stę Ma­tisse'a do­stał an­tyczny akt.

Ale ta wielka gra­bież za­częła się jesz­cze przed wojną. Już w nocy przed przy­łą­cze­niem Au­strii z 12 na 13 kwiet­nia 1938 Niemcy za­mknęli gra­nice, aby naj­bo­gatsi Ży­dzi nie mo­gli opu­ścić kraju. Ma­jątki tych, któ­rym udało się uciec wcze­śniej, m.in. ba­rona Al­fonsa Ro­th­schilda, zo­stały skon­fi­sko­wane. Po­zo­stali mu­sieli w za­mian za wizę od­dać wszystko, co mieli, do Biura Emi­gra­cji Ży­dow­skiej. Jego kie­row­ni­kiem był Adolf Eich­mann, póź­niej­szy główny ko­or­dy­na­tor planu "osta­tecz­nego roz­wią­za­nia". Ktoś na­iw­nie mógłby po­my­śleć, że ofiary wojny zo­stały ogra­bione już na sa­mym po­czątku kon­fliktu. Nie, gra­bież trwała przez cały czas. Jej ostat­nim akor­dem był prze­jazd "wę­gier­skiego zło­tego po­ciągu". Po­ciąg z Wał­brzy­cha nie jest bo­wiem je­dyny.

Pod sam ko­niec wojny, do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym miał za­gi­nąć wał­brzy­ski skład, z Bu­da­pesztu wy­je­chały wa­gony pełne złota i in­nych skar­bów. Fa­szy­stow­ski rząd Fe­renca Szála­siego zmu­sił bo­wiem 800 ty­sięcy Ży­dów do od­da­nia swo­ich kosz­tow­no­ści ad­mi­ni­stra­cji pań­stwa. Wła­ści­ciele prze­ka­zy­wali cenne rze­czy w ozna­ko­wa­nych tor­bach i wor­kach; każdy otrzy­my­wał kwit. W dru­gim eta­pie ak­cji po­zba­wione ma­jątku ofiary wy­je­chały do nie­miec­kich obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, głów­nie do Au­schwitz. Za­gra­bione rze­czy zo­stały po­sor­to­wane tak, że od tej pory nikt nie mógł wska­zać ich wła­ści­cieli. Tuż przed wej­ściem Ar­mii Czer­wo­nej, w kwiet­niu 1945 roku, kosz­tow­no­ści zo­stały za­ła­do­wane do 44 wa­go­nów to­wa­ro­wych. Po­ciąg za­czął ucieczkę przed Ro­sja­nami. Ru­szył w kie­runku Ber­lina. I je­żeli ja­ki­kol­wiek po­ciąg można na­zwać zło­tym, to ten taki na­prawdę był.

Li­sta przed­mio­tów, które po­dró­żo­wały do Nie­miec, przy­po­mina se­zam. Złoto i złota bi­żu­te­ria, ka­mie­nie szla­chetne - w tym perły i dia­menty - ze­garki, ob­razy, per­skie dy­wany, srebrne za­stawy, fu­tra, apa­raty fo­to­gra­ficzne, ko­lek­cje znacz­ków, por­ce­lany i mo­net. Sta­ran­nie spa­ko­wane krysz­tały. W 1945 roku do­bra te zo­stały wy­ce­nione na 350 mi­lio­nów do­la­rów. Wia­domo, że ja­dący przez Wę­gry i Au­strię po­ciąg za­trzy­my­wał się co ja­kiś czas, a jego ła­du­nek przej­mo­wały cię­ża­rówki. Skład do­tarł do tu­nelu tau­ryj­skiego w po­bliżu Böck­stein w Au­strii. 11 maja 1945, trzy dni po bez­wa­run­ko­wej ka­pi­tu­la­cji Nie­miec, od­kryli go żoł­nie­rze ame­ry­kań­skich sił oku­pa­cyj­nych.

W - na­zwijmy to - świe­cie ide­al­nym jan­kesi po­winni byli za­bez­pie­czyć de­po­zyty. I rze­czy­wi­ście, naj­pierw prze­to­czyli po­ciąg do We­rfen, a na­stęp­nie do Sal­zburga od­le­głego od We­rfen o 60 ki­lo­me­trów. Ale tam, czu­jąc się bar­dzo pew­nie, nie byli w sta­nie prze­zwy­cię­żyć po­kusy. We­dług do­stęp­nych ra­por­tów w ręce woj­sko­wych władz Sta­nów Zjed­no­czo­nych do­stało się m.in.:

10 skrzyń ze zło­tem (każda ze skrzyń wa­żyła około 45 ki­lo­gra­mów),

1 skrzy­nia ze zło­tymi mo­ne­tami o wa­dze około 100 ki­lo­gra­mów,

18 skrzyń ze złotą bi­żu­te­rią - śred­nia waga każ­dej to 35 ki­lo­gra­mów,

32 skrzy­nie za­wie­ra­jące złote ze­garki o wa­dze 30-60 ki­lo­gra­mów każda.

Tyle skar­bów! Tyle pięk­nych rze­czy!

Ja­mes Ro­ri­mer, ofi­cer ame­ry­kań­skiej for­ma­cji woj­sko­wej zaj­mu­ją­cej się ochroną i od­zy­ski­wa­niem dzieł sztuki (Mo­nu­ments, Fine Arts and Ar­chi­ves Pro­gram), który był w Au­strii w 1945 roku, kiedy od­działy ame­ry­kań­skie za­jęły Złoty Po­ciąg w We­rfen, wspo­mi­nał: "We­rfen, było miej­scem kon­cen­tra­cji wojsk nie­miec­kich i sprzętu po­moc­ni­czego, wśród któ­rego znaj­do­wały się lżej­sza broń i wiele uszko­dzo­nych po­jaz­dów woj­sko­wych oraz cię­ża­ró­wek. Na to­rach znaj­do­wały się 52 wa­gony kryte, z któ­rych 20 za­wie­rało po­mniej­sze łupy z te­ry­to­rium Wę­gier. Aby za­bez­pie­czyć je przed Ro­sja­nami, któ­rzy zbli­żali się już dość szybko od wschodu, 42 wę­gier­skich straż­ni­ków pod do­wódz­twem nie­miec­kich żoł­nie­rzy z od­dzia­łów SS kon­wo­jo­wało prze­ra­ża­jącą mie­sza­ninę zło­tych ob­rą­czek (w skrzy­niach, któ­rych nie było w sta­nie pod­nieść 2 męż­czyzn), me­bli, pie­nię­dzy, ze­gar­ków, dia­men­tów, odzieży, wę­gla, ka­mie­nia bu­dow­la­nego, pu­stych ka­ni­strów, eks­po­na­tów po­cho­dzą­cych z Mu­zeum w Győr. Ar­pad Toldy, który nad­zo­ro­wał do­stawę z Wę­gier, zdo­łał uciec wraz z in­wen­ta­rzem za­war­to­ści po­ciągu za­nim ten wpadł w ręce Ame­ry­ka­nów. Nie za­zdro­ści­li­śmy ma­jo­rowi Lau­gh­li­nowi, ofi­ce­rowi wy­ko­naw­czemu z 15. Pułku 3. Dy­wi­zji XV Kor­pusu, który wraz z ofi­ce­rem nad­zoru mie­nia mu­siał po­dej­mo­wać de­cy­zję, co zro­bić z tak wiel­kim ła­dun­kiem pro­ble­mów. Re­ko­men­do­wa­łem, aby wy­sy­łać wszel­kie ma­te­riały o war­to­ści ar­ty­stycz­nej do cen­trów zbior­czych dzieł sztuki w Sal­zburgu i Mo­na­chium"5.

Wy­star­czy spoj­rzeć na ar­chi­walne zdję­cia - skrzy­nie pełne ob­rą­czek, dzieła sztuki, kunsz­tow­nie wy­ko­nane przed­mioty co­dzien­nego użytku. Mark Clark, ame­ry­kań­ski ge­ne­rał i Wy­soki Ko­mi­sarz w ame­ry­kań­skiej stre­fie oku­pa­cyj­nej w Au­strii, któ­rego próż­ność - jak pi­sał Alan Whic­ker, bry­tyj­ski dzien­ni­karz, który w cza­sie II wojny świa­to­wej to­wa­rzy­szył alianc­kiej ar­mii - "była nad­zwy­czajna; mo­głaby po­bie­rać od niego na­uki nie­jedna pri­ma­donna Hol­ly­wo­odu", pod­jął de­cy­zję o tym, żeby do­brami z wa­go­nów wy­po­sa­żyć re­zy­den­cje zaj­mo­wane przez jego lu­dzi. Złoty Po­ciąg zo­stał te­raz splą­dro­wany przez po­grom­ców na­zi­stów, któ­rzy po pro­stu ob­ra­bo­wali Ży­dów po raz drugi. Je­den z ge­ne­ra­łów za­żą­dał np. do służ­bo­wej willi m.in. około dwu­stu wy­ro­bów ze sre­bra i tyle samo sztuk wy­kwint­nej por­ce­lany.

Wę­gier­ska Rada Ży­dów i nowe wła­dze wę­gier­skie usi­ło­wały jak naj­szyb­ciej od­zy­skać skarby. Bez­sku­tecz­nie. Ame­ry­kań­ski rząd kon­se­kwent­nie od­ma­wiał ich wy­da­nia. Więk­szość wa­lo­rów ze "zło­tego składu" sprze­dano bądź zli­cy­to­wano w 1946 roku. Zysk (we­dług "New York Ti­mes" wy­niósł po­nad 150 mi­lio­nów do­la­rów) - na pod­sta­wie po­ro­zu­mień mię­dzy­na­ro­do­wych - zo­stał prze­ka­zany Mię­dzy­na­ro­do­wej Or­ga­ni­za­cji na Rzecz Uchodź­ców.

A te­raz nie­spo­dzianka: ame­ry­kań­ski rząd aż do 1998 roku utrzy­my­wał w ta­jem­nicy więk­szość in­for­ma­cji o wę­gier­skim skła­dzie. Do­piero pre­zy­dent Bill Clin­ton po­wo­łał pre­zy­dencką ko­mi­sję do­rad­czą do spraw ma­jątku ofiar Ho­lo­kau­stu. Co prawda w 2005 roku ame­ry­kań­ski rząd przy­znał róż­nym or­ga­ni­za­cjom ży­dow­skim od­szko­do­wa­nie, pie­nią­dze zaś są wy­pła­cane do dzi­siaj, ale do­bra ze Zło­tego Po­ciągu zo­stały tak roz­pro­szone, że ich re­sty­tu­cja jest już dzi­siaj nie do prze­pro­wa­dze­nia.

Czy to w ogóle moż­liwe, żeby gdzieś, ukryty pod zie­mią, wciąż cze­kał taki wła­śnie po­ciąg? Skąd wzię­łoby się to złoto? I czy jest w Wał­brzy­chu?

5 - J.J. Ro­ri­mer, Su­rvi­val. The Sa­lvage and Pro­tec­tion of Art in War, Nowy Jork, Aber­lard Press, 1950, s. 155-156.

6

PO­CIĄG WIDMO

Stoi we mgle lo­ko­mo­tywa

mało wi­doczna, pot z niej spływa

Czy jest praw­dziwa, po­szu­ki­wana

w jej śro­deczku zło­tem wy­pchana.

Frag­ment wier­sza Bo­le­sława Brzu­cha­cza z Wał­brzy­cha o Zło­tym Po­ciągu

We wro­cław­skim od­dziale In­sty­tutu Pa­mięci Na­ro­do­wej za­ma­wiam teczkę naj­czę­ściej chyba oglą­daną przez wszyst­kich po­szu­ki­wa­czy i dzien­ni­ka­rzy. Prze­glą­dam na­zwi­ska osób, które czy­tały te do­ku­menty; znam pra­wie wszyst­kich. Z kar­teczki, na którą na­leży się wpi­sać przed sko­rzy­sta­niem z ar­chi­wów, można wiele wy­czy­tać (o ile, oczy­wi­ście, wszy­scy ko­rzy­sta­jący z te­czek się tam wpi­sują). W ostat­nim cza­sie zaj­rzała tu tylko jedna osoba - To­masz Bo­nek, au­tor świet­nej książki o wo­jen­nych ta­jem­ni­cach klasz­toru w Lu­biążu i póź­niej­szych huc­pach zwią­za­nych z po­szu­ki­wa­niami, ja­kie zle­cili tam ge­ne­ra­ło­wie Kisz­czak i Ja­ru­zel­ski.

Na sto­liku przede mną leży je­den z naj­grub­szych ze­sta­wów do­ku­men­tów, ja­kie znaj­dują się w IPN-ie. Teczka, pełna nieco wy­mię­tych kar­tek, ma pro­sty ty­tuł: Sprawa ewi­den­cyjno-ob­ser­wa­cyjna nr 1491. Ja­koś ła­two za­pa­mię­tuję ten nu­mer. Gdyby po­trak­to­wać go jak datę, to rok póź­niej Ko­lumb od­krył Ame­rykę. Nie li­czę aż na taki suk­ces, ale ko­lejne kartki opa­trzone klau­zulą "Ści­śle tajne" niosą na­dzieję na coś cie­ka­wego.

Teczka do­ty­czy Her­berta Klo­sego, czło­wieka, który jako pierw­szy opo­wie­dział o "zło­cie Wro­cła­wia". To do­kład­nie ta sprawa, o któ­rej pi­sała "Ga­zeta Wy­bor­cza" w pierw­szych dniach zło­tej go­rączki.

Klose to bo­ha­ter zbio­ro­wej wy­obraźni. Czło­wiek, który po­wi­nien wie­dzieć wszystko. Pod ko­niec wojny wi­dy­wany w mun­du­rze SS, zrzu­cił go wraz z ka­pi­tu­la­cją Nie­miec, prze­brał się w cy­wilne ubra­nie i, uda­jąc Po­laka, zo­stał na Dol­nym Ślą­sku. Pro­wa­dził prak­tykę we­te­ry­na­ryjną, lecz i tak więk­szość czasu zaj­mo­wały mu po­dej­rzane za­da­nia. Jego teczka pęka od "do­nie­sień oby­wa­tel­skich", ubec­kich spra­woz­dań, prze­słu­chań. Pierw­sze do­ku­menty po­cho­dzą z 1950 roku. Wia­domo, że na­le­żał do Hi­tler­ju­gend, od 1938 roku był w SA, a póź­niej w Ver­wal­tung­spo­li­zei (po­li­cji ad­mi­ni­stra­cyj­nej). Her­bert Klose ze­znał, że 15 li­sto­pada 1944 zo­stał skie­ro­wany przez szefa po­li­cji do grupy, któ­rej za­da­niem było zna­le­zie­nie od­po­wied­nich miejsc do ukry­cia de­po­zy­tów. Miał tam po­je­chać "wraz z pię­cioma końmi", po­zo­stali uczest­nicy udali się na re­ko­ne­sans tak­sów­kami. To pierw­sza in­for­ma­cja, która po­winna zwró­cić uwagę, bo ozna­cza, że ak­cja miała ści­śle tajny wy­miar. W in­nym wy­padku jej uczest­nicy po­je­cha­liby wo­zami służ­bo­wymi.

Po­szu­ki­wa­czy naj­bar­dziej jed­nak in­te­re­sują te frag­menty opo­wie­ści, które do­ty­czą miejsc ukry­cia. Klose ze­znaje, że po­je­chał oglą­dać po­ten­cjalne schowki, "po­nie­waż bę­dzie ścią­gane złoto od lud­no­ści cy­wil­nej oraz skle­pów ju­bi­ler­skich, które rów­nież trzeba ukryć. Złoto to fak­tycz­nie było ścią­gane tak, że za­bie­rano złoto i da­wano po­kwi­to­wa­nia. (...) Złoto było zło­żone w pre­zy­dium po­li­cji. Skrzy­nie były że­la­zne i her­me­tycz­nie za­my­kane gu­mami. Rów­nież skrzy­nie były za­ma­sko­wane w ten spo­sób, aby nikt się nie zo­rien­to­wał, co się w nich znaj­duje, to były nu­me­ro­wane i było mó­wione, że znaj­dują się tam ważne akta, które zo­staną ewa­ku­owane do Dre­zna. (...) Wszyst­kich skrzyń że­la­znych, her­me­tycz­nie za­my­ka­nych było 56. Były wy­ko­nane przez jedną firmę, tzn. jed­nego mo­delu, lecz róż­nej wiel­ko­ści. Waga każ­dej skrzyni wy­no­siła 50-200 kg, z tym że sama skrzynka była bar­dzo ciężka".

Z każ­dym dniem w pre­zy­dium po­li­cji przy­by­wało skrzyń, z cza­sem miały też różne roz­miary. Klose ze­znał, że w nie­któ­rych znaj­do­wały się ważne do­ku­menty, m.in. akta po­li­cji, a także pa­piery war­to­ściowe. Bar­dzo cie­kawa jest in­for­ma­cja, że koło po­miesz­czeń, w któ­rych skła­do­wano te wszyst­kie rze­czy, prze­trzy­my­wano także więź­niów. W ten spo­sób na­wet sami straż­nicy byli prze­ko­nani, że pil­nują lu­dzi, a nie złota czy ar­chi­wów.

Upa­dek z ko­nia spra­wił, że Klose wziął udział tylko w re­ko­ne­san­sie i nie wie­dział, gdzie do­kład­nie ukryte zo­stały te wszyst­kie rze­czy. Opo­wia­dał na­to­miast, że nie­które po­je­dyn­cze skrzy­nie wsa­dzano do spe­cjal­nie wy­wier­co­nych w ska­łach skry­tek, które na­stęp­nie zo­stały za­wa­lone. Te "skarby Klo­sego" do dzi­siaj nie zo­stały zna­le­zione. Przy­naj­mniej ofi­cjal­nie nic o tym nie wia­domo. Do hi­sto­rii eks­plo­ra­cji prze­szły na­to­miast pod na­zwą "złoto Wro­cła­wia".

Ale czy "złoto Wro­cła­wia" rze­czy­wi­ście ist­niało? Ba­da­cze cią­gle się o to spie­rają. Dolny Śląsk ma wiele le­gend o zło­cie. Tu­taj każdy dom, każda ce­gła pie­lę­gnuje swoją hi­sto­rię o skrytce, ta­jem­nicy, skar­bie. Na Dol­nym Ślą­sku nie­mal każdy od czasu do czasu za­pada na go­rączkę złota. Na ogół nie jest nie­bez­pieczna, wprost prze­ciw­nie, spra­wia, że chory czę­ściej wy­cho­dzi na po­wie­trze, ma­sze­ruje po le­sie, roz­ma­wia ze star­szymi są­sia­dami, o któ­rych wcze­śniej nie pa­mię­tał. I choć go­rączka ata­kuje cza­sami, to od 1945 roku trwa nie­prze­rwa­nie stan pod­go­rącz­kowy.

Do 1944 roku Dolny Śląsk uzna­wano za naj­bez­piecz­niej­szy re­jon III Rze­szy. Nie do­cie­rały tu alianc­kie na­loty bom­bowe, które w uprze­my­sło­wio­nych re­jo­nach Nie­miec były co­dzien­no­ścią już od dwóch lat. W 1943 roku za­pa­dła więc de­cy­zja, żeby wła­śnie na te te­reny ewa­ku­ować część fa­bryk i za­kła­dów prze­my­sło­wych. Klu­czową dla nie­miec­kiej ma­chiny wo­jen­nej pro­duk­cję - fa­bryki ło­żysk kul­ko­wych, sa­mo­lo­tów my­śliw­skich i ra­kiet, a także ośrodki pro­wa­dzące ba­da­nia nad no­wymi ro­dza­jami broni - lo­ko­wano w po­wsta­ją­cych wła­śnie pod­zie­miach. Niemcy nie przy­pusz­czali na­wet, że ich świat może się cał­ko­wi­cie za­wa­lić, prze­wi­dy­wali na­to­miast przej­ściowe pro­blemy. Gün­ther Grund­mann, do 1945 roku kon­ser­wa­tor za­byt­ków pro­win­cji dol­no­ślą­skiej, roz­po­czął więc za­bez­pie­cza­nie za­byt­ków ru­cho­mych przed na­lo­tami i nie­uchron­nie zbli­ża­jącą się Ar­mią Czer­woną.

Nie­miecki urzęd­nik zda­wał so­bie sprawę, że musi oca­lić przede wszyst­kim zbiory pań­stwowe, czyli ko­lek­cje mu­zeów i ar­chiwa, ale także dzieła sztuki po­cho­dzące z ko­ścio­łów i in­nych obiek­tów sa­kral­nych. Do­dat­kowo za­jął się pry­wat­nymi ko­lek­cjami. Do 21 czerwca 1944 Grund­mann zdą­żył zor­ga­ni­zo­wać trans­porty do osiem­dzie­się­ciu miejsc, głów­nie dol­no­ślą­skich zam­ków i pa­ła­ców. I choć dzia­łał jak urzęd­nik - me­to­dycz­nie i zgod­nie z pro­ce­du­rami - to trzeba przy­znać, że ta cała ak­cja może wzbu­dzać emo­cje. Od wy­wie­zio­nego wtedy bo­gac­twa aż kręci się w gło­wie. Wy­star­czy wy­mie­nić War­mą­to­wice koło Le­gnicy, gdzie po­wę­dro­wało kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy mo­net z ko­lek­cji nu­mi­zma­tycz­nej Miej­skich Zbio­rów Sztuki we Wro­cła­wiu. W Cie­pli­cach miały spo­cząć przed­mioty ze skarbca ka­te­dry na Wa­welu, z Wi­la­nowa, Ła­zie­nek, Mu­zeum Na­ro­do­wego w Kra­ko­wie. Swoje zbiory pa­ko­wały rów­nież uczel­nie, in­sty­tuty ba­daw­cze i ar­chiwa, a na­stęp­nie eks­pe­dio­wały w znacz­nie bez­piecz­niej­sze miej­sca. W ten spo­sób np. w wieży zamku w Bo­bo­li­cach zna­la­zło się czte­ry­sta eg­zo­tycz­nych - au­stra­lij­skich i afry­kań­skich - cza­szek z ko­lek­cji Her­manna Kla­at­scha, zmar­łego w 1916 roku wy­bit­nego an­tro­po­loga i au­tora m.in. Mu­mii z Au­stra­lii. Osoby, które za­bez­pie­czały bądź ukry­wały "skarby", czę­sto ich ta­jem­nicę zo­sta­wiały tylko dla sie­bie bądź dla kręgu za­ufa­nych osób.

Bez­pie­czeń­stwo oka­zało się ilu­zją. La­tem 1944 roku Ar­mia Czer­wona, osią­gnąw­szy li­nię Wi­sły i re­jon Prus Wschod­nich, sta­nęła u przed­wo­jen­nych gra­nic III Rze­szy. To, czego naj­bar­dziej oba­wiali się Niemcy, stało się fak­tem. Pierw­szy so­wiecki na­lot na Wro­cław zo­stał prze­pro­wa­dzony 7 paź­dzier­nika 1944. Czas gwał­tow­nie przy­spie­szył. Nad­cho­dziła era cha­osu.

Ze strzę­pów do­ku­men­tów i re­la­cji wia­domo, że np. w 1944 roku jedna z grup SS wy­wio­zła z Wro­cła­wia 75 ob­ra­zów, które tra­fiły do Ber­lina. Świad­ko­wie wspo­mi­nają o trans­por­tach, o któ­rych mil­czy Grund­mann. Nie­mal każde su­dec­kie mia­steczko ma swoją hi­sto­rię o nie­miec­kim kon­woju, który po­ja­wił się w nocy. Ta­kiej hi­sto­rii za­wsze to­wa­rzy­szy opo­wieść o tym, że miesz­kań­com nie wolno było wy­cho­dzić na ulicę, a na­wet pod­glą­dać przez okno. Ob­ła­do­wane skrzy­niami cię­ża­rówki je­chały w nie­wia­do­mym kie­runku, roz­le­gał się wy­buch, a po kilku go­dzi­nach pu­ste już sa­mo­chody wra­cały tą samą drogą. Ta­jem­ni­czy ła­du­nek zo­stał ukryty. Skarby zni­kły z po­wierzchni ziemi.

Je­żeli do­kład­nie wczy­tać się w te wszyst­kie opo­wie­ści, nie­mal za­wsze de­po­zyty, złoto, za­bytki czy inne "skarby" wy­jeż­dżają na cię­ża­rów­kach. Czy to moż­liwe, żeby cenne przed­mioty opu­ściły Wro­cław w po­ciągu? Do tego w kwiet­niu 1945 roku, kiedy pier­ścień ob­lę­że­nia mia­sta był już za­mknięty?

We wro­cław­skim IPN-ie pra­cuje dr Bar­tosz Kruk. Jest spe­cja­li­stą od dol­no­ślą­skiej ko­lei, dok­to­ry­zo­wał się z niej i być może bę­dzie w sta­nie od­po­wie­dzieć na pro­ste py­ta­nie: czy w kwiet­niu 1945 roku sto­licę Dol­nego Ślą­ska mógł opu­ścić po­ciąg wy­peł­niony ta­jem­ni­czym ła­dun­kiem? Wro­cław zo­stał za­mie­niony w twier­dzę, Hi­tler roz­ka­zał bro­nić dol­no­ślą­skiej sto­licy za wszelką cenę, a już w stycz­niu roz­po­częła się wielka ucieczka cy­wili z mia­sta.

- Po­ciągi były cenne. Składy nie mo­gły przy­jąć se­tek ty­sięcy ucie­ki­nie­rów, a Ar­mia Czer­wona stop­niowo prze­ła­my­wała nie­miecką obronę. Dla­tego wiele po­cią­gów nie do­cie­rało do miejsc prze­zna­cze­nia znaj­du­ją­cych się głów­nie w Ba­wa­rii. Po 22 stycz­nia 1945 z Wro­cła­wia wy­je­chać można było już tylko dwiema li­niami ko­le­jo­wymi: z Dworca Świe­bodz­kiego przez Ja­wo­rzynę Ślą­ską, Szcza­wienko, Je­le­nią Górę do Zgo­rzelca oraz z Dworca Głów­nego przez So­bótkę do Świd­nicy - opo­wiada Bar­tosz Kruk.

A więc jed­nak! Gdyby po­ciąg wy­je­chał z Wro­cła­wia w stycz­niu, mógłby prze­do­stać się w kie­runku Wał­brzy­cha. Ale póź­niej? Ra­czej już nie. W sa­mym węźle wro­cław­skim znisz­czo­nych zo­stało wtedy 300 ki­lo­me­trów to­rów i około 500 roz­jaz­dów.

Pro­blem po­lega jed­nak na tym, że skoro - jak tłu­ma­czył Ta­de­uszowi Sło­wi­kow­skiemu ko­le­jarz Schulz - zni­kało wię­cej po­cią­gów, skąd po­mysł, że ten, aku­rat ten kon­kretny, wy­je­chał wła­śnie w kwiet­niu? I skąd wiemy, że to wła­śnie on wiózł coś nie­zwy­kle waż­nego? To wszystko ja­koś nie trzyma się kupy, zu­peł­nie jakby z za­sły­sza­nych gdzieś opo­wie­ści po­wstała jedna, niby do­sko­nała, ale ła­twa do oba­le­nia. W Mu­zeum Prze­my­słu i Ko­lej­nic­twa w Ja­wo­rzy­nie Ślą­skiej, 20 ki­lo­me­trów od 65. ki­lo­me­tra, stoi wa­gon praw­dzi­wego po­ciągu pan­cer­nego praw­do­po­dob­nie z po­czątku XX wieku. Jego ściany od środka zo­stały wzmoc­nione grubą war­stwą be­tonu. To nie pu­dełko za­pa­łek. A prze­cież pan­cerne składy z cza­sów II wojny świa­to­wej były o wiele więk­sze. Za­sta­na­wiam się tak nor­mal­nie, po bab­sku - jak scho­wać po­ciąg, który ma po­nad 100 me­trów dłu­go­ści, je­śli jego wa­gony by­łyby tak po­tężne?

- Ale po co ukry­wać go w gó­rach, kiedy Wał­brzych - jako ważny punkt na dro­dze ewa­ku­acji - był do­brze sko­mu­ni­ko­wany z Za­cho­dem i do wio­sny 1945 roku Niemcy mieli wy­star­cza­jąco dużo czasu, żeby wy­wieźć ja­kiś cenny ła­du­nek, np. w kie­runku Czech. Pa­ro­wozy i elek­tro­wozy były za dro­gie, żeby cho­wać je w tu­nelu - pod­po­wiada mi dr Ste­phan Ka­iser, dy­rek­tor Mu­zeum Ziemi Gór­no­ślą­skiej w Ra­tin­gen. - Rów­nież losy wszyst­kich nie­miec­kich po­cią­gów pan­cer­nych z cza­sów II wojny świa­to­wej są do­brze znane.

Nie wiem, czy robi się bar­dziej ta­jem­ni­czo, na pewno ja­koś dziw­nie.

7

SKAR­BOWA RU­LETKA

Jesz­cze skóra na ba­ra­nie, a już rzeź­nik pije za nię.

Przy­sło­wie

31 sierpnia 2015

Dzwoni zna­jomy wójt.

- Ta­kie szczę­ście nas spo­tkało, Złoty Po­ciąg mamy, a ty nie wie­rzysz, że on ist­nieje - mówi z wy­rzu­tem.

- To nie kwe­stia wiary, tylko wie­dzy. Swoją drogą, bar­dzo bym chciała, żeby był - od­po­wia­dam zgod­nie z prawdą. Ro­zum cią­gle wal­czy z na­dzieją. I mnie udziela się ta go­rączka złota.

- Oczy­wi­ście, że jest! Ro­sja­nie i Ży­dzi chcą go nam już za­brać. To musi być. Oni wie­dzą le­piej.

Za­glą­dam do In­ter­netu. Rze­czy­wi­ście, wy­gląda na to, że ktoś za­mie­rza nam to "szczę­ście" sprząt­nąć sprzed nosa.

Wszystko dzieje się we­dług sche­matu obo­wią­zu­ją­cego od kilku dni. Nikt jesz­cze nie wie, z czego zo­stał upie­czony ten tort, ale każdy jest prze­ko­nany, że bę­dzie mu sma­ko­wał. Rosz­cze­nia po­ja­wiają się nie­mal tuż po wy­stą­pie­niu Ge­ne­ral­nego Kon­ser­wa­tora Za­byt­ków Pio­tra Żu­chow­skiego. Są czyny i są kon­se­kwen­cje. Oświad­cze­nie wi­ce­mi­ni­stra, że "po­ciąg na 99 pro­cent ist­nieje", to pierw­szy prze­łom w zło­tej spra­wie. Tem­pe­ra­tura wciąż ro­śnie, choć wy­da­wać by się mo­gło, że już nic nie jest jej w sta­nie pod­nieść.

"Ro­sja chce po­ło­żyć łapę na ła­dunku "zło­tego po­ciągu"" - grzmi nie­za­leżna.pl. "Ukradną Pol­sce ZŁOTY PO­CIĄG? Ro­sja­nie i Ży­dzi wy­cią­gają ręce po skarb" - alar­muje "Su­per Express": "Ro­syj­ski praw­nik do­wo­dzi, że ukryte przez na­zi­stów skarby na­leżą się Krem­lowi i in­nym uczest­ni­kom ko­ali­cji an­ty­hi­tle­row­skiej. Szef Świa­to­wego Kon­gresu Ży­dów nie ma wąt­pli­wo­ści, że po­winny tra­fić w ręce jego ziom­ków. Tylko pa­trzeć, jak zgło­szą się Niemcy, bo prze­cież po­ciąg na­le­żał kie­dyś do nich...".6

Ro­bert Sin­ger, szef Świa­to­wego Kon­gresu Ży­dów, w oświad­cze­niu wy­da­nym w No­wym Jorku pod­kre­śla, że war­to­ściowe przed­mioty, które może kryć ta­jem­ni­czy Złoty Po­ciąg, mogą po­cho­dzić z gra­bieży ży­dow­skiej wła­sno­ści: "W przy­padku, gdyby nie od­na­leźli się żadni spad­ko­biercy, ja­kie­kol­wiek złoto i inne zna­le­zione rze­czy, bę­dące wła­sno­ścią ży­dow­skich ro­dzin lub firm, po­winny tra­fić do pol­skich Ży­dów, któ­rzy prze­trwali, a nie otrzy­mali od Pol­ski od­po­wied­niej re­kom­pen­saty za cier­pie­nie i straty eko­no­miczne, ja­kich do­znali w cza­sie Ho­lo­kau­stu".

- Mamy wielką na­dzieję, że pol­skie wła­dze po­dejmą wła­ściwe kroki w tym za­kre­sie - mówi Sin­ger.

Na in­ter­ne­to­wej stro­nie The Isra­eli Pro­ject to­czy się za­żarta dys­ku­sja o pra­wach wła­sno­ści do ła­dunku po­ciągu. Mo­de­ra­tor, który roz­po­czął wą­tek, zwraca uwagę, że w 1939 roku we Wro­cła­wiu, z któ­rego miał rze­komo wy­je­chać po­ciąg, miesz­kało około dzie­się­ciu ty­sięcy Ży­dów. He­ather Ga­skell, jedna z naj­bar­dziej ak­tyw­nych uczest­ni­czek in­ter­ne­to­wej roz­mowy, uważa, że skarb ze Zło­tego Po­ciągu po­wi­nien zo­stać prze­ka­zany:

"1) oso­bom, które prze­żyły Ho­lo­kaust, 2) dzie­ciom i po­tom­kom tych, któ­rzy oca­leli, 3) pań­stwu Izrael, żeby lud­ność ży­dow­ska miała więk­szą zdol­ność do obrony wła­snego kraju".

Do Wał­brzy­cha dzwo­nią z kon­su­latu ge­ne­ral­nego USA w Kra­ko­wie. Z "po­wodu pre­sji ame­ry­kań­skich śro­do­wisk ży­dow­skich" pro­szą o in­for­mo­wa­nie na bie­żąco, jak roz­wi­jają się sprawy. Ale i zza wschod­niej gra­nicy wy­suwa się żą­da­nia rów­nego po­działu łu­pów.

- Bez wąt­pie­nia mie­nie musi zo­stać opi­sane i udo­stęp­nione kra­jom uczest­ni­czą­cym w an­ty­hi­tle­row­skiej ko­ali­cji. Przed­sta­wi­ciele Ro­sji nie­wąt­pli­wie po­winni brać udział w od­kry­wa­niu ła­dunku. Je­żeli to mie­nie zo­stało wy­wie­zione z te­ry­to­rium ZSRR, to dany ła­du­nek zgod­nie z pra­wem mię­dzy­na­ro­do­wym musi zo­stać prze­ka­zany stro­nie ro­syj­skiej - do­daje ro­syj­ski praw­nik Mi­chaił Joffe.

Ale Piotr Żu­chow­ski uspo­kaja.

- Ana­liza na­szych praw­ni­ków jed­no­znacz­nie stwier­dza, że je­śli nie po­ja­wią się osoby, które będą mo­gły udo­wod­nić swoje wła­ści­ciel­stwo po­ciąg i jego za­war­tość bę­dzie wła­sno­ścią skarbu pań­stwa.

Anna Żab­ska, dy­rek­tor Cen­trum Na­uki i Sztuki Stara Ko­pal­nia w Wał­brzy­chu, wy­syła do Mał­go­rzaty Omi­la­now­skiej, ów­cze­snej mi­ni­ster kul­tury i dzie­dzic­twa na­ro­do­wego, oraz do An­drzeja Czer­wiń­skiego, mi­ni­stra skarbu pań­stwa, list za­pew­nia­jący o go­to­wo­ści przy­ję­cia po­ciągu i jego eks­po­zy­cji na te­re­nie Cen­trum.

- Nie uwa­żasz, że te­raz kiedy przed­sta­wi­ciel po­twier­dził, że Złoty Po­ciąg ist­nieje, ta cała sprawa na­brała wagi? - pyta mnie dzien­ni­karka ame­ry­kań­skiej te­le­wi­zji.

Sy­tu­acja rze­czy­wi­ście robi się co­raz po­waż­niej­sza. Przy­naj­mniej tak to wy­gląda z per­spek­tywy świa­to­wych me­diów. Za­raz po kon­fe­ren­cji wi­ce­mi­ni­stra Żu­chow­skiego pre­zy­dent Wał­brzy­cha Ro­man Sze­łe­mej wy­stą­pił do wo­je­wody o zwo­ła­nie sztabu kry­zy­so­wego. Pre­zy­dent po­pro­sił rów­nież wo­je­wodę o za­bez­pie­cze­nie te­renu, gdzie ma znaj­do­wać się po­ciąg, i spraw­dze­nie go pod wzglę­dem sa­per­skim, ra­dia­cyj­nym i che­micz­nym. Oni COŚ mu­szą wie­dzieć, ina­czej nikt nie po­dej­mo­wałby ta­kich ru­chów.

Dla­tego te­raz wszy­scy z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kają na kon­fe­ren­cję pra­sową za­po­wie­dzianą tym ra­zem przez To­ma­sza Smo­la­rza, wo­je­wodę dol­no­ślą­skiego. Już wiemy, że po­ciąg jest, te­raz wo­je­woda po­wie do­kład­nie gdzie. Skoro cały świat chce ukraść nasz skarb, pre­zy­dent z wo­je­wodą z pew­no­ścią będą go bro­nić jak nie­pod­le­gło­ści.

Jest po­nie­dzia­łek 31 sierp­nia 2015. Po­wta­rza się sy­tu­acja z piątku. Tak jak w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego, w Dol­no­ślą­skim Urzę­dzie Wo­je­wódz­kim rów­nież sta­wiają się tłumy dzien­ni­ka­rzy. Przy mi­kro­fo­nach wo­je­woda To­masz Smo­larz, pre­zy­dent Wał­brzy­cha Ro­man Sze­łe­mej i wo­je­wódzka kon­ser­wa­tor za­byt­ków Bar­bara No­wak-Obe­linda. Wszy­scy czują, że to wy­jąt­kowo ważna chwila. Hi­sto­ryczny mo­ment.

Za­czyna pan wo­je­woda.

- Na pod­sta­wie do­ku­men­tów, które otrzy­ma­li­śmy, nie można jed­no­znacz­nie stwier­dzić, że po­ciąg w tym miej­scu, gdzie wska­zują po­ten­cjalni zna­lazcy, ist­nieje.

- Nie zo­stały nam prze­ka­zane żadne ma­te­riały fo­to­gra­ficzne ani inne, poza nie­czy­tel­nymi, sta­rymi ma­pami. W związku z po­wyż­szym nie mo­żemy w ża­den spo­sób po­twier­dzić ist­nie­nia ni­czego, co można by­łoby na­zwać Zło­tym Po­cią­giem - do­daje pre­zy­dent Wał­brzy­cha.

Jak to nie ma? Prze­cież jesz­cze w pią­tek był!

Z ta­kimi oświad­cze­niami jest jak ze spro­sto­wa­niami w pra­sie. Tekst, który się pro­stuje, na ogół po­ja­wił się na pierw­szej stro­nie ga­zety, na­to­miast spro­sto­wa­nie - gdzieś ma­łym drucz­kiem na końcu. Wła­ści­wie nikt go nie czyta. Wy­so­kiej tem­pe­ra­tury nie daje się zbić tak od razu, tym bar­dziej że wszy­scy już zdą­żyli przy­zwy­czaić się do my­śli o tym, że Złoty Po­ciąg ist­nieje. Na­wet wo­je­woda nie jest w sta­nie znisz­czyć ma­rzeń - go­spo­darz re­gionu in­for­muje, że woj­sko spraw­dzi "po­dej­rzane miej­sce" za po­mocą geo­ra­daru. Wnio­sek w tej spra­wie wę­druje do Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej.

1 wrze­śnia To­masz Sie­mo­niak, ów­cze­sny mi­ni­ster obrony na­ro­do­wej, wy­raża zgodę na uży­cie sił zbroj­nych w miej­scu, gdzie ma się znaj­do­wać Złoty Po­ciąg. Pol­scy żoł­nie­rze nie idą na wojnę, na ra­zie mają wy­ko­nać je­dy­nie re­ko­ne­sans. Jed­nak na­wet te nie­znaczne ru­chy wojsk ob­ser­wuje z nie­po­ko­jem An­toni Ma­cie­re­wicz, po­seł PiS i obecny szef Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej.

Na swoim pro­filu na Fa­ce­bo­oku pi­sze:

"To­masz Sie­mo­niak po­słał woj­sko do Wał­brzy­cha, by pod­trzy­mać złu­dze­nia i na­dzieje miesz­kań­ców na od­na­le­zie­nie Zło­tego Po­ciągu i na hossę tu­ry­styczną. Mi­ni­ster re­kla­muje Złoty Po­ciąg jako re­kom­pen­satę dla Wał­brzy­cha za znisz­cze­nie ko­palń na po­czątku lat 90. XX wieku, a za­po­mina, że był wów­czas waż­nym dzia­ła­czem UW i KLD, które po­dej­mo­wały te de­cy­zje. Gwoli wy­ja­śnie­nia - To­masz Sie­mo­niak, mi­ni­ster obrony na­ro­do­wej, przy­go­to­wy­wał się do startu w wy­bo­rach par­la­men­tar­nych z li­sty Plat­formy Oby­wa­tel­skiej. Jest "je­dynką" wła­śnie w Wał­brzy­chu. Sie­mo­niak musi wie­dzieć, że Zło­tego Po­ciągu nie ma, musi mieć do­stęp do do­ku­men­tów St. Że­li­chow­skiego, G. Ko­łodki i G. Czem­piń­skiego, któ­rzy zaj­mo­wali się tą sprawą jesz­cze w la­tach 90.".

Tą wy­po­wie­dzią An­toni Ma­cie­re­wicz wy­wo­łuje du­chy.

6 - Ukradną Pol­sce Złoty Po­ciąg?, "Su­per Express", 31.08.2015.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki