Złoty pociąg - Katarzyna Mól

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

- A nie pomyślałaś, że to może mieć związek z tymi tajemniczymi przesyłkami? Przecież ten cały dyrektor idiota też pochodził z Twoich stron, znaliście się... - rozważała na głos Ewelina, kiedy kilka godzin później jadły obiad w kuchni socjalnej.

Policjanci zdążyli już skończyć oględziny biura, zabrać nagrania z monitoringu z całego weekendu, które nagrała im Ewelina i odjechać. Zwłoki dyrektora wyjechały z hotelu prawie godzinę wcześniej. Biuro Katarzyny jako miejsce zdarzenia zostało przez prokuratora zamknięte a drzwi zabezpieczone i oklejone policyjną taśmą. Klucz Katarzyny oraz klucz wrednej Moniki, która nie omieszkała mizdrzyć się swoim sposobem do rozmawiającego z nią prokuratora Sokolskiego kiedy poprosił ją na rozmowę, zostały skonfiskowane przez policję. Po całym incydencie hotel aż huczał od plotek a prym w plotkowaniu wiodła oczywiście wredna Monika insynuując, że to Katarzyna zamordowała w biurze jednego ze swoich licznych (według niej) kochanków. Tożsamość denat nie została bowiem ujawniona a dziewczyny zobligowały się zachować w tej kwestii milczenie.

- Nie wiem, nie sądzę... Niechęć była wyczuwalna nie tylko z mojej strony... - odpowiedziała na insynuacje Eweliny Katarzyna. - Wysyłałabyś takie rzeczy komuś, kogo nie lubisz? Zresztą niewiele osób z mojego poprzedniego życia wie dokąd wyjechałam...

- Nie wiem... Ale mnie się to jakoś łączy, mam przeczucie.

Przeczuciami Eweliny Katarzyna postanowiła się zbytnio nie przejmować po tysiącu pomysłów jakie prezentowała (popartych oczywiście przeczuciami) w kwestii tajemniczych przesyłek. Zaczęło się to kilka tygodni wcześniej. Pewnego dnia pojawiła się pierwsza paczka zaadresowana na nazwisko Katarzyny ale na adres hotelu. Nie było to dla nikogo zaskoczeniem - często grupy, które robiły szkolenia czy konferencje w hotelu przesyłały w ten sposób materiały czy odsyłały umowy. Dziwne było to, że nie podano żadnego adresata ani zwrotnego adresu a koperta była bąbelkowa. A jeszcze dziwniejsza okazała się zawartość - złoty pierścionek wyglądający na bardzo stary, bez żadnego listu czy informacji. Początkowo Katarzyna uznała, że musiała to być pomyłka jednak niecały tydzień później przyszła do niej identyczna przesyłka bez nadawcy za to ze srebrną ozdobną broszką w środku. Wtedy Katarzyna zaczęła się zastanawiać skąd i od kogo mogą pochodzić te przesyłki. Podświadomie zdawała sobie sprawę z tego, że najlepiej było by całą sprawę zgłosić na policję, jednak żywiła głęboką niechęć do jeżdżenia po komisariatach czy ewentualnych sądach, więc odłożyła zgłoszenie tego na bliżej nieokreślone "później, kiedy będę miała czas". Kiedy po paru następnych dniach przyszła kolejna przesyłka postanowiła jednak działać i zwołała babskie posiedzenie. Jednym słowem ze swoimi dwoma przyjaciółkami Eweliną i Sawą przy butelce białego półsłodkiego wina zastanawiały się nad pochodzeniem przesyłek i celem ich wysłania akurat do Katarzyny.

Sawa była przyjaciółką z jej przeszłości, kiedy jeszcze mieszkała z rodzicami w Katowicach a jej życie było spokojne i beztroskie. Poznały się pierwszego września, kiedy to stanęły w parze wyczytane przez ich nową wychowawczynię. Razem też usiadły w ławce i tak trzymały się przez całą pierwszą klasę. Później, kiedy Katarzyna musiała się przeprowadzić często do siebie dzwoniły i pisały listy a kiedy dorosły odwiedzały się wzajemnie tak często, jak tylko to było możliwe. Dlatego na babskim zebraniu poza Eweliną znalazła się także i ona.

Propozycje w kwestii tajemniczych przesyłek padały przeróżne, poparte przeczuciami (Ewelina) oraz doświadczeniem (Sawa). Między innymi: że to tajemniczy, bardzo bogaty wielbiciel (być może jakiś prezes jednej z firm, dla których Katarzyna organizowała imprezy) wysyła jej skromne podarunki, żeby ją zmiękczyć i zaprosić na rejs dookoła świata swoim ogromnym jachtem. Albo, że to afera szpiegowska, przemycanie skradzionej biżuterii czy inne machlojstwa. Padł także pomysł, że to Wredna Monika podsyła Katarzynie swoje skarby rodowe, żeby potem oskarżyć ją o kradzież.

Pojawiła się również opcja kosmitów przesyłających artefakty, po zgromadzeniu których Katarzyna będzie mogła połączyć się z obcą cywilizacją ale pora była już późna a kilka pustych butelek stało pod stolikiem na tarasie, gdzie siedziały. Ostatecznie dziewczyny dały spokój dywagacjom na temat przesyłek, ponieważ od mniej więcej tygodnia przestały się pojawiać.

- Ewelinka, nie gniewaj się ale Twoje przeczucia jakoś do mnie nie przemawiają. Zastanawiam się bardziej nad tym, skąd dyrektor idiota wziął się w moim biurze i jak się tam dostał...

- I po co w ogóle wchodził?

- I kto go wykończył?

- Za dużo pytań a za mało odpowiedzi... Trzeba by się w jakiś sposób dowiedzieć więcej...

W tym momencie usłyszały dzwonek telefonu. Był to prokurator Sokolski, który zapraszał Katarzynę następnego dnia do komisariatu.

- Myślę, że powinnaś mu powiedzieć o tych przesyłkach... - stwierdziła Ewelina, kiedy Katarzyna skończyła rozmowę. - Myślę, że policja najszybciej stwierdzi czy sprawy się łączą czy nie a od wezwań i rozmów i tak już się nie wywiniesz.

- Co racja to racja... Czas wracać do pracy, samo się nie zrobi. Co do informowania prokuratora zdecyduję na miejscu. Zależy jak potoczy się rozmowa.

3

Prokurator Rafał Sokolski był człowiekiem słusznej postury - Matka Natura obdarzyła go stu dziewięćdziesięcioma pięcioma centymetrami wzrostu i bardzo proporcjonalną budową ciała. Jak mawiała jego babcia, rodowita Ślązaczka: "typowy chłopak śląski - szeroki w barach, w dupie wąski". Dzięki tej właśnie budowie, kanciastemu podbródkowi, brązowym oczom i wrodzonemu urokowi osobistemu Rafał od najmłodszych lat łamał dziewczęce a później damskie serca przez co przylgnęła do niego ksywka Lowelas. Natomiast on sam, mimo atutów jakimi został obdarzony, postanowił zostać nie modelem lub aktorem, czego właściwie wszyscy się po nim spodziewali, a prawnikiem. Początkowo marzył o wielkich sprawach, w których reprezentuje oszukanych lub uciśnionych ale życie szybko zrewidowało jego plany. Ze względu na tak zwany "niewyparzony język" podpadł jednemu z profesorów i zmuszony był przerwać studia na rok. Nie pomogły mu nawet pielgrzymki do dziekanatu i rozmowy z prodziekanem do spraw studenckich ani wrodzony urok osobisty. Wyjechał więc na ten rok do Londynu gdzie dorabiał najpierw jako kelner a później model. Mimo wysokich zarobków i ciekawego życia poczuł się jeszcze bardziej zmotywowany do powrotu do kraju i dokończenia studiów. Odkładał więc wszystkie zarobione pieniądze i po roku wrócił do kraju. Postanowił, że zostanie prokuratorem. I teraz właśnie, po latach studiów, solidnego "dziobania" do egzaminów oraz zrobieniu aplikacji, siedział w swoim biurze nad sprawą denata z małego jurajskiego hotelu. Sprawa na pierwszy rzut oka wydawała się prosta - dyrektorka w afekcie zamordowała swojego dawnego wroga - ale Rafał wiedział, że to co na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste najczęściej takim nie jest. Poza tym coś było w tym wszystkim dziwnego.

Słyszał już o morderstwach dokonywanych w pokojach hostelowych czy hotelowych, ba! Pracował nawet przy głośnej sprawie kobiety, którą znaleziono martwą całkowicie nagą i skrępowaną w zamkniętym od środka pokoju hotelowym, który wynajmowała. Jednak z przypadkiem śmierci w biurze dyrektora hotelu, do którego to biura niewiele osób ma dostęp, a na dodatek gdy denatem okazuje się dyrektor innego hotelu spotykał się pierwszy raz. Zastanawiało go kilka zasadniczych kwestii. Potwierdził już tożsamość denata - był to rzeczywiście zidentyfikowany przez dyrektorkę Krzysztof Proksa. Pozostałe informacje również się zgadzały - pochodził z Marciszowa ale od lat mieszkał w Kamiennej Górze gdzie do niedawna pracował jako dyrektor hotelu Green House. Zwolnił się stamtąd nagle i bez podawania przyczyn po czym słuch o nim zaginął. Pojawił się dopiero jako zimny trup w biurze dyrektorki jurajskiego hotelu Amonit, co było jedną z dziwniejszych kwestii tej sprawy. Rafała zastanawiały także powiązania denata z ową dyrektorką. Zwłaszcza, że od razu przyznała się do tej znajomości i podkreśliła, że nie darzyła człowieka sympatią i to z wzajemnością. Właściwie sama postawiła się na miejscu głównej podejrzanej w tej sprawie. Pokusiłby się nawet o określenie tego morderstwem gdyby niewstępne wyniki sekcji, jakie przekazał mu chwilę temu patolog. Jego zdaniem bowiem Krzysztof Proksa zmarł śmiercią nagłą ale naturalną - doznał rozległego zawału serca. Najprawdopodobniej nie został w żaden sposób otruty - ot tak wszedł do cudzego biura i padł trupem. Ale jak się tam znalazł? Po co, na co i dlaczego? Co go właściwie przywiodło z Gór Sowich na Jurę Krakowsko - Częstochowską? I w końcu jaki miała w tym wszystkim udział dyrektor Katarzyna? Na żadne z tych pytań Rafał nie potrafił udzielić odpowiedzi. Co więcej, przeczuwał że czeka go sporo pracy zanim znajdzie odpowiedź na którekolwiek z nich.

- Shit, to będzie porąbana sprawa.. - westchnął.

Postanowił zadzwonić do dyrektorki i zaprosić ją na komendę w celu ponownego przesłuchania.

- Zobaczymy co nam teraz powie pani Katarzyna.. - pomyślał i wybrał numer z wręczonej mu przez Katarzynę wizytówki. Odebrała po czterech sygnałach i bez problemu zgodziła się na wyznaczoną godzinę. Rafał nie mógł się spodziewać, że to spotkanie skomplikuje mu sprawę jeszcze bardziej.

4

Rozmowa potoczyła się nadspodziewanie szybko. Katarzyna odpowiedziała na pytania zadane już na miejscu a także opisała dokładnie swoją znajomość z dyrektorem idiotą. Nie ukrywała przy tym swojej niechęci do denata, co wbrew jej obawom, nie zaprocentowało uznaniem jej za główną podejrzaną i zamknięciem w areszcie, czego mogła się równie dobrze spodziewać.

Prokurator Sokolski okazał się bardzo sympatycznym i przede wszystkim cierpliwym człowiekiem ponieważ ze słowotoku, jaki prezentowała Katarzyna w chwilach zdenerwowania, potrafił wyłowić najważniejsze informacje nie okazując przy tym krztyny irytacji. Dodatkowo udzielił jej informacji dotyczących nagłej śmierci dyrektora idioty. Otóż zszedł on z tego padołu w sposób właściwie naturalny - dostał rozległego zawału serca. Gdyby stało się to w jakimkolwiek innym miejscu - w jego pracy, domu czy nawet w lokalu - nie wzbudziłoby we władzy żadnego zainteresowania. Wziąwszy jednak pod uwagę, że miało miejsce w biurze jego byłej podwładnej, z którą od kilku lat w ogóle nie miał styczności stało się to nietypową zagadką kryminalną. Doceniwszy podejście prokuratora Katarzyna postanowiła wyjawić mu historię tajemniczych przesyłek.

- Jest jeszcze jedna kwestia, która może się łączyć z całą tą historią...

Prokurator Sokolski spojrzał na Katarzynę z zaciekawieniem.

- Chyba się wygłupiłam nie zgłaszając tego wcześniej na policję... Przejawiam ogromną niechęć do włóczenia się po komisariatach czy urzędach, marnowania czasu... No dobrze, to mnie nie tłumaczy, wygłupiłam się...

Prokurator przeczekał cierpliwie wyjaśnienia Katarzyny, choć dało się po nim zauważyć rosnące zainteresowanie.

- No dobrze... - przełamała się wreszcie - Przyznam się i po krzyku. Od pewnego czasu zaczęły do hotelu przychodzić listy zaadresowane na moje nazwisko. Bez nadawcy za to ze stemplem z Chełmska Śląskiego. Wie Pan gdzie to?

Prokurator Sokolski nie wiedział. Nazwa wskazywała na Śląsk ale Jastrzębia Góra nie znajdowała się w końcu w Górach.

- To taka mała mieścinka w Górach Stołowych. Kiedyś przed wojną kwitnąca ze względu na uzdrowiska i uznawana za kurort a teraz niestety zapomniana i niszczejąca. To znaczy powolutku staje się coraz bardziej znaną atrakcją turystyczną dzięki znajdującym się tam Domkom Tkaczy i fantastycznym ludziom, takim jak Pan Adam z Cafe Apostoł... Ale odbiegam znowu od tematu... A Pan mnie nie koryguje - dodała z wyrzutem - Koperty nie były puste. W każdej, a w sumie doszło ich do mnie pięć, znajdowały się różne świecidełka. I to nie jakieś tam byle jakie ale na pierwszy rzut oka wyglądające na dosyć stare i nie wiem czy nie cenne. Tak teraz o tym myślę... Powinnam to była zgłosić od razu... Ale cóż, jak to mówią, musztarda po obiedzie. Mam nadzieję, że nie oberwie mi się za zatajanie informacji czy jakieś inne utrudnianie śledztwa... - kończąc tyradę Katarzyna spojrzała na prokuratora z przestrachem. Prokurator nie zamierzał jej o nic oskarżać. Widać było, że przetrawia uzyskane informacje. Po chwili widać było, że wiadomości ułożyły mu się w klarowny obraz.

- A gdzie teraz znajdują się te przesyłki?

- W sejfie... U mnie w biurze! - wykrzyknęła przerażona Katarzyna. Po chwili jednak się uspokoiła. - Ale z biura nic nie zginęło, nie było nawet bałaganu...

- Proszę się zbierać, jedziemy od razu do hotelu. - zadecydował prokurator podnosząc się z krzesła. - Później wrócimy, żeby podpisała Pani zeznania, może dojdzie nam jeszcze coś nowego.

Pojechali samochodem prokuratora Sokolskiego. Podczas jazdy Katarzyna milczała a prokurator zastanawiał się nad rewelacjami, o których mu powiedziała. Z jednej strony nie było żadnych przesłanek, żeby łączyć ze sobą te dwie sprawy, z drugiej miał jednak nieodparte przeczucie, że przesyłki ze świecidełkami mają jednak coś wspólnego ze śmiercią Krzysztofa Proksy. Co gorsza, kiedy przyjmował takie założenie pojawiał mu się od razu obraz Katarzyny jako osoby, która w sobie tylko znany sposób wysłała byłego dyrektora na tamten świat. Może wcale nie byli aż takimi antagonistami - rozmyślał - Może kiedy przeprowadziła się na Jurę w jakiś sposób nawiązali ponownie kontakt i zostali wspólnikami w jakiejś szemranej, przemytowej sprawie. Rozmawiał ostatnio ze znajomym prowadzącym na terenie Gór Sowich śledztwo dotyczące nielegalnego wywożenia znalezionych tam pohitlerowskich skarbów. Ten opowiedział mu o prowadzonych bez pozwolenia poszukiwaniach skarbów i sposobach na ich wywożenie z kraju i o bezsilności organów ścigania wobec mnogości takich zachowań. Zwłaszcza po głośnej historii rzekomego odkrycia złotego pociągu na teren Gór Sowich zaczęli ściągać domorośli poszukiwacze skarbów. A przecież Katarzyna spędziła w tamtej okolicy niemalże całe swoje dzieciństwo, musiała znać legendy o ukrytych skarbach. Może weszła w jakiś układ z Krzysztofem, ten ją oszukał i postanowiła się na nim odegrać? Tylko jak doprowadziła go do zawału? Musiałaby wiedzieć o jego problemach zdrowotnych, które jak się dowiedział, pojawiły się dopiero kilka lat temu. Nie, dopóki nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tej tezy nie będzie się nią z nikim dzielił. A jeśli jest prawdziwa, to Katarzyna pewna, że nie znajduje się w gronie podejrzanych, prędzej czy później popełni jakiś błąd a on wyjaśni całą sprawę.

W czasie kiedy prokurator snuł rozmyślania Katarzyna zastanawiała się czy przesyłki faktycznie mają jakiś związek z dyrektorem idiotą i jak to się łączy z jego śmiercią. Zdawała sobie sprawę, że wysuwa się na czoło podejrzanych w kwestii jego tajemniczej śmierci, tym bardziej dziwiło ją podejście prokuratora Sokolskiego. A może tylko naczytałam się za dużo kryminałów - pomyślała i spojrzała na prokuratora prowadzącego samochód. Wydał jej się bardzo stanowczy i pewny siebie. Taki człowiek podejmuje decyzje po dogłębnym przeanalizowaniu sytuacji, nie mogło więc być mowy o pomyłce a ona ma zbyt bujną wyobraźnię.

Kiedy podjeżdżali pod hotel Ewelina akurat stałą przed wejściem żegnając jednego ze stałych Gości - jej mina mówiła sama za siebie, za co Katarzyna miała ochotę dokonać na niej mordu rytualnego. Prokurator taktownie udawał, że żadnej miny nie dostrzega.

Przed drzwiami do biura zaznaczył, że chwilowo Katarzyna nie może jeszcze wchodzić i musi zostać przed drzwiami i z tego miejsca instruować go gdzie znajduje się sejf i jak go otworzyć. Po kilku minutach wyszedł z biura z kopertami wyciągniętymi z sejfu. Trzymał jej jedynie za same rogi.

- Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz, że się tak wyrażę, co ma piernik do wiatraka? Dlaczego zwróciła Pani uwagę na miejscowość, z której pochodził stempel pocztowy? - zapytał Katarzynę chowając trzymane koperty do foliowej torebki. Postanowił udawać, że nie sprawdził jej wcześniej, był ciekawy jak odpowie na to pytanie.

- Och, faktycznie, pan ma prawo nie wiedzieć... Na Jurę przeprowadziłam się dwa lata temu. Wcześniej mieszkałam w Kamiennej Górze, miasteczku na Dolnym Śląsku, w Górach Stołowych. Tam pracowałam w hotelu Green House, w którym dyrektorem był świętej pamięci już Krzysztof Proksa. A Chełmsko Śląskie znajduje się 17 kilometrów od Kamiennej Góry, stąd myśl, że te sprawy mogą mieć ze sobą coś wspólnego.

Prokurator pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Czy jest tutaj jakieś miejsce, gdzie możemy usiąść spokojnie i nikt nam nie będzie zaglądał przez ramię? - zapytał zamykając dokładnie drzwi do biura Katarzyny.