Złoty garnek. Bajka nowożytnych czasów - E.T.A. Hoffmann

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Wigilia pierwsza

Nieszczęsne przygody studenta Anzelmusa - Higieniczny tytoń konrektora Paulmanna i złoto-zielone węże

W dzień Wniebowstąpienia, o godzinie trzeciej po południu, w Dreźnie, pędził pewien młodzieniec przez Czarną Bramę - i upadł prosto w koszyk z jabłkami i ciastkami, które sprze­dawała jakaś stara, brzydka kobieta - tak że wszystko, co ocalało szczęś­liwie od zgniecenia, rozsypało się, a ulicznicy wesoło dzielili się zdobyczą, jakby dla nich rozrzuconą przez śpieszą­cego się pana. Stara zaczęła krzyczeć gwałtu, a na to kumoszki porzuciły swoje stragany z ciastkami i wódką, otoczyły młodzieńca i lżyły go z taką prostacką gwałtow­nością, że ten, oniemiały ze zmart­wienia i wstydu, wyciągnął tylko swój mały, niezbyt obficie napełniony woreczek z pieniędzmi, który stara łakomie chwyciła i szybko schowała. Na to rozluźniło się wprawdzie szczelnie zwarte koło, lecz zaledwie mło­dzieniec wyrwał się zeń co prędzej, stara krzyknęła za nim:

-?Tak, pędźże, pędźże dalej, czarci, synu - zginiesz w krysztale - już ci bliżej niż dalej - tak! w krysztale!...

Przeraźliwy, skrzeczący głos starej miał w sobie coś okropnego, tak że prze­chodnie zdumieni przy­stanęli cicho, a śmiech, który się wkoło przed chwilą rozlegał, nagle umilkł.

Student Anzelmus (on właśnie był tym mło­dzieńcem), chociaż nie rozumiał szczególnych słów starej, uczuł, że ogarnia go mimowolny strach, i uskrzydlił jeszcze bardziej swoje kroki, aby umknąć przed skiero­wanymi nań spojrze­niami ciekawego tłumu. A kiedy tak się przeciskał przez zbitą gromadę wy­strojonych ludzi, słyszał, jak szemrano na wszystkie strony:

-?Biedny młody człowiek! A niechże tę przeklętą kobietę!

Tak tedy, w najszczególniejszy sposób, tajemnicze słowa starej nadały śmiesznej przygodzie pewien odcień tragizmu i dzięki temu spoglądano teraz ze współ­czuciem na młodzieńca, którego przedtem nie zauważono nawet wcale. Kobiety, patrząc na jego krzepką postać i twarz urodziwą, której wyraz potęgował jeszcze płomień we­wnętrz­nego wzburzenia, wybaczały mu całą jego nie­zręczność, jak również strój, który nic nie miał wspólnego z jaką­kolwiek modą. Jego szczupaczo-szary frak był skrojony w ten sposób, jak gdyby twórca jego, krawiec, o kroju współ­czesnym wiedział tylko ze słyszenia, a czarny, atłasowy, starannie utrzymany strój dolny nadawał całości pewien styl profe­sorski, z którym znów było w zupełnej sprzecz­ności zachowanie się i szczególne położenie młodzieńca.

Gdy wreszcie student nasz dobiegł do końca alei prowa­dzącej do piwiarni Linka, był już tak wy­czerpany, że oddech mu zapierało. Musiał zwolnić kroku; ale zaledwie śmiał wzrok odrywać od ziemi, gdyż wciąż jeszcze jabłka i ciastka tańczyły mu przed oczyma, a każde przyjazne spojrzenie spoty­kanych dziewcząt wydawało mu się tylko odblaskiem złośliwego śmiechu przy Czarnej Bramie. Tak doszedł aż do wejścia piwiarni Linka. Wchodziły tam jedne za drugimi całe szeregi świą­tecznie ubranych ludzi. Z wnętrza gmachu dochodził odgłos muzyki orkies­trowej, a gwar wśród wesołych gości stawał się coraz głoś­niejszy.

Biednemu Anzelmusowi prawie łzy stanęły w oczach; dla niego dzień Wniebo­wstąpienia był wyjątkowym świętem rodzinnym; i on miał czerpać ze źródeł szczęśli­wości Linkowego raju; tak, on chciał się posunąć aż do pół porcji kawy z rumem i podwójnej butelki piwa - i aby tak wspaniale użyć, wziął więcej pieniędzy niż kiedy­kolwiek, więcej niż to było dozwolone. I oto fatalny upadek w kosz z jabłkami pozbawił go wszyst­kiego, co miał przy sobie. O kawie, o piwie podwójnym, o muzyce, o widoku po­strojonych dziewcząt: krótko mówiąc - o wszystkich wy­marzonych rozkoszach nie było już co myśleć; przesunął się powoli obok nich - wreszcie udał się drogą prowadzącą ku Elbie; zupełnie pustą. Pod jakimś krzakiem bzu, co wyrastał z muru, znalazł ciche, ustronne miejsce; tam siadł i naładował fajkę higie­nicznym tytoniem, który mu podarował jego przyjaciel, konrektor Paulmann.

Tuż przed nim pluskały i szumiały faje złoto­żółtej Elby; poza nią wspaniałe Drezno dumnie i śmiało strzelało lśniącymi wieżycami w woniejące sklepienie nieba, które spływało na kwitnące łąki i świeżo zielone lasy, a z głębi oddalenia wynurzał się łańcuch gór, przy­pomi­nając daleki kraj Czechów. Ale student Anzelmus posępnie patrzył w tę dal, zawzięcie puszczał w powietrze kłęby dymu i wreszcie głośno dał wyraz swemu smutkowi, mówiąc:

-?A jednak to prawda; urodziłem się, by dźwigać wszelkie możliwe krzyże, znosić wszelkie możliwe nie­szczęścia! - Że nigdy nie zostałem królem migdałowym, że w parzyste czy nie­parzyste zawsze zgadywałem fałszywie, że chleb z masłem zawsze upadał mi na tłustą stronę - o całej tej nędzy wcale już nie chcę wspominać; ale czyż to nie straszne jakieś prze­znaczenie, że odkąd diabłu na pociechę zostałem studentem, musiałem od razu stać się i pozostać po­śmiewiskiem kolegów. Czy włożę kiedy nowy surdut, nie plamiąc go od pierwszego razu czym tłustym lub nie dziurawiąc go źle zatkniętą szpilką w naj­widocz­niejszym miejscu? Czy ukłonię się kiedy jakiemu radcy lub jakiej damie, nie rzucając przy tym gdzieś daleko kapelusza lub, co gorsza, haniebnie potykając się i wywracając na równej drodze? Czyż nie miałem już na halach targowych stałego wydatku w każdy dzień jarmarczny - około trzech do czterech groszy - na rozdeptane garnki, bo diabeł kładzie mi w głowę, by iść wprost przed siebie, jak lemingi? Czy przy­szedłem choć raz w porę na wykład lub tam, gdzie mnie za­proszono? Cóż pomogło, że wychodziłem z domu o pół godziny wcześniej i stawałem pode drzwiami z ręką na klamce? Bo gdy z uderzeniem godziny chciałem tę klamkę nacisnąć, szatan wylewał mi miednicę wody na głowę lub kazał mi zetknąć się gwałtownie z kimś, co właśnie wychodził, tak że za­pląty­wałem się w tysiące sporów i przez to opuszczałem wszystko.

...-?Ach! ach! gdzieżeście wy, błogie sny o przyszłym szczęściu? Jak to ja dumnie marzyłem, że dojdę tu aż do rangi tajnego sekretarza! Ale czyż moja zła gwiazda nie uczyniła najlepszych pro­tektorów moich wrogami?

...-?Wiem, że ten radca tajny, któremu mnie polecono, nie znosi ostrzy­żonych włosów; fryzjer z wysiłkiem przyczepia mi mały warkoczyk na tyle głowy, ale przy pierwszym ukłonie fatalny sznurek pęka, a wesoły mops, który mnie obwąchuje, aportuje z tryumfem warkoczyk panu radcy tajnemu. Ja rzucam się za psem przerażony i wpadam na stół, przy którym pan radca pracował, jedząc śniadanie, i oto filiżanki, talerze, kałamarz i puszka z piaskiem z hałasem zlatują na podłogę, a strumień czekolady i atramentu zalewa tylko co napisany raport.

-?Czyś pan zwariował? - ryczy roz­złoszczony radca tajny i wyrzuca mnie za drzwi.

...-?Cóż to pomoże, że mi pan konrektor Paulmann zrobił nadzieję na posadę sekretarza? Czyż pozwoli na to moja zła gwiazda, która mnie wciąż prze­śladuje?

...-?Albo dzisiaj! Chciałem ten miły dzień Wniebo­wstąpienia przepędzić tak przyjemnie, chciałem przecież coś niecoś na ten cel poświęcić. Mogłem równie dobrze, jak każdy inny gość u Linka, zawołać z dumą: - Kelner, podwójna butelka piwa, ale proszę o najlepsze! - Mógłbym był tam siedzieć aż do późnego wieczora i to jeszcze tuż obok jakiego towa­rzystwa wspaniale ubranych, pięknych dziewcząt. Już ja wiem dobrze, nabrałbym na pewno odwagi, stałbym się zupełnie innym czło­wiekiem; tak, posunąłbym się aż do tego, że gdyby która z nich zapytała: która to może być teraz godzina? albo: co to jest, co oni grają? - po­skoczył­bym wtedy lekko, nie wy­wróciwszy mojej szklanki, nie po­tknąwszy się o moją ławkę; kłaniając się, pod­szedł­bym kilka kroków i po­wiedział­bym: - Mademoiselle, pozwoli pani sobie usłużyć, to jest uwertura z Dziewicy Dunaju - albo: - Zaraz wybije szósta. - Czyż jest taki człowiek na świecie, który by mi to wziął za złe? - Nie! jestem przekonany, że owe dziewczęta po­patrzyły­by na siebie z takim filuternym uśmiechem, jak to zwykle bywa, kiedy nabieram odwagi i chcę pokazać, że i ja także znam się na lekkim tonie światowym i umiem zachować się wobec dam. - Ale cóż? - szatan prowadzi mnie w ten przeklęty kosz z jabłkami i oto muszę w samotności, z moim higie­nicznym tytoniem...

Tu przerwały studentowi Anzelmu­sowi jego rozmowę z sobą samym jakieś szczególne szmery i szelesty, które powstały w trawie, tuż obok niego, lecz wnet wślizgnęły się między gałęzie i liście tuż ponad głową jego roz­postar­tego bzu. Raz było, jak gdyby wiatr wieczorny potrząsał liśćmi, to znów, jak gdyby ptaszki igrały wśród gałęzi, goniąc się wesoło i trzepocąc skrzydeł­kami. A potem zaczęły się jakieś szepty i gwary i było jak gdyby za­dźwięczały kwiaty niby dzwo­neczki z kryształu. Anzelmus słuchał i słuchał. I wtem - sam nie wiedział, jak to się stało - owe gwary, szeptania, dźwię­czenia zamieniły się w ciche, roz­wiewa­jące się słowa:

Wśród liści - między witkami - wśród gałęzi, wśród okiści kwiatów, wijmy się, prze­wijajmy, prze­ślizgujmy się z sios­trzycz­kami - prze­wijajmy się, błyszcząc - kołyszmy się w lśnieniach - szybko, szybko, w górę - na dół - słońce wieczorne ciska strzały promienne, wietrzyk szeleści - rosa upada - śpiewają kwiaty - ruszajmy języczkami - śpiewajmy z kwiatami i gałęziami - wnet gwiazdy zabłyszczą - wracać nam trzeba - wśród kwiatów i liści, między witkami, wijmy się, prze­wijajmy, prze­ślizgujmy się z sios­trzycz­kami...

I tak szło dalej - jakby porwana mowa. Student Anzelmus myślał: - Toż to przecież tylko wiatr wieczorny, który szepce mi jednak dzisiaj zupełnie zrozumiałe słowa...

Ale w tej samej chwili zabrzmiał mu ponad głową jakby trój­dźwięczny akord prze­czystych dzwonów z kryształu. Spojrzał w górę - i zobaczył trzy lśniące zielonym złotem wężyki, co okręciły się o gałęzie i wysunęły główki na wieczorne słońce. I znowu powtórzyły się w tych samych słowach rozhowory i szeptania, a wężyki przemykały się, prze­ślizgi­wały wśród liści, gałęzi do góry i na dół; a kiedy poruszały się tak szybko, zdało się, że to krzak bzowy sypie tysiącem płomie­nistych szmaragdów poprzez ciemne liście.

-?To słońce wieczorne tak igra i lśni na drzewie - myślał student Anzelmus: ale wtem znowu za­dźwię­czały dzwony z kryształu i Anzelmus zobaczył, że jeden z wężów wyciągnął ku niemu główkę.

Jakby prąd elektryczny przebiegł mu przez ciało, zadrżał aż do dna duszy, bo oto para ciemno­błękitnych oczu spojrzała nań z nie­wysło­wioną tęsknotą, że omal nie rozsadziło mu piersi jakieś nigdy nie­doświad­czane uczucie naj­większej błogości i naj­ostrzej­szego bólu. A kiedy on, pełen żaru pożądania, wciąż patrzył tak w te prze­słodkie oczy, silniej za­dźwię­czały rozkoszne akordy kryszta­łowych dzwonów, upadły nań płomie­niste szmaragdy, otoczyły go, migając naokół tysiącem ogników, igrając błyszczą­cymi nićmi ze złota. I poruszył się bzowy krzak, i rzekł:

-?Leżałeś w cieniu moim, mój zapach owiewał cię, aleś nie pojął mnie: zapach jest mową moją, kiedy go miłość nieci.

Wiatr wieczorny przeleciał i rzekł:

-?Owiewałam sny twoje, aleś nie pojął mnie: tchnienie jest mową moją, kiedy je miłość nieci.

Poprzez chmury wyjrzały słoneczne promienie, a blask ich zdawał się gorzeć wyrazami:

-?Oblewałam cię żarem roztopionego złota, aleś nie pojął mnie. Żar jest mową moją, kiedy go miłość nieci.

I coraz głębiej, coraz silniej zatapiał się wzrok w rozkoszny błękit dwojga oczu, coraz goręcej płonęła tęsknota, coraz potężniej paliło pożądanie. A wkoło zadrżało, poruszyło się wszystko jak gdyby obudzone do wiosennego życia. Kwiaty za­pachniały wszystkie razem, a woń ich była jak cudny śpiew tysiąca fletni; a co one śpiewały, to niosły echem dalekim chmury złociste, mknące gdzieś w kraje nieznane. Lecz skoro tylko zniknął ostatni promień słońca za górami, a jedno­cześnie zmierzch rzucił na ziemię swój cień, z dalekiej dali zabrzmiał nagle szorstki, głęboki głos:

-?Hej, hej! A cóż to tam za hałasy i gwary? Hej, hej! kto mi tam szuka promienia za górami? Dosyć świecenia, dosyć śpiewania! Hej, hej! Przez krzaki, przez trawy - przez trawy, przez rzeki! - Hej, hej - do do-o-o-mu - do do-o-o-mu!

I tak zaginął głos jakby w pomruku dalekiego grzmotu - ale dzwony z kryształu za­zgrzytały w ostrym dysonansie. Wszystko ucichło i Anzelmus zobaczył, jak owe trzy węże, lśniąc i błyskając wśród trawy, pełzły ku rzece; szemrząc, sze­leszcząc rzuciły się w Elbę, a nad falami, w których się zanurzyły, za­trzeszczał zielony płomień i sunął po rzece ukośnie w kierunku miasta.

?

Wigilia druga

Jak student Anzelmus uchodził za pijanego, niespełna rozumu - Przejażdżka po Elbie - Aria brawurowa kapelmistrza Grauna - Wódka żołądkówka u Conradi'ego i przekupka od jabłek w brązie

-?Temu panu chyba się w głowie pomieszało - mówiła jakaś szanowna obywatelka, która wracając z rodziną ze spaceru, przy­stanęła nagle i z założonymi rękami przy­glądała się, co za niepojęte rzeczy wyprawiał student Anzelmus. Mło­dzieniec bowiem objął pień bzowego drzewa i wołał bez­ustannie w gęstwę gałęzi i liści:

-?O, tylko raz jeszcze zalśnijcie, za­jaśnijcie, najdroższe złote wężyki, tylko raz jeszcze przemówcie waszymi głosami z dzwo­neczków! Tylko raz jeszcze spoj­rzyjcie na mnie, rozkoszne oczy błękitne, tylko raz jeszcze - inaczej zginę w bólu i palącej tęsknocie!

I wzdychał, i jęczał przy tym z całej duszy bardzo żałośnie, i potrząsał w pożądaniu i nie­cierpli­wości bzowym drzewem, ale ono za całą odpowiedź szeleściło swymi liśćmi głucho i nie­zrozu­miale i zdawało się w ten sposób porządnie drwić z bólu studenta Anzelmusa.

-?Temu panu chyba się w głowie pomieszało - mówiła obywatelka Drezna, a studentowi Anzelmusowi było, jakby go kto otrząsnął z ciężkiego snu lub oblał lodowato zimną wodą tak, ze się zbudził gwałtownie. Od nowa ujrzał wyraźnie, gdzie się znajduje i uświadomił sobie, jak to roz­drażniły go jakieś szczegól­niejsze mary i nawet do­prowa­dziły do tego, że zaczął głośno mówić do siebie. Zmieszany patrzył na stojącą przed nim kobietę i wreszcie chwycił za leżący na ziemi kapelusz, aby stąd uciec na­tych­miast.

Tymczasem zbliżył się doń również ojciec rodziny i po­stawiwszy w trawie dziecko, które niósł na ręku, oparł się na lasce i ze zdzi­wieniem przy­patrywał się i przy­słuchiwał studentowi. A potem podniósł fajkę i woreczek z tytoniem, które Anzelmus upuścił, i podając mu obydwa przedmioty, rzekł:

-?Nie lamentuj że pan tak strasznie w ciemności i nie niepokój pan ludzi, jeżeli właściwie nic ci się nie stało, tylkoś pan widać za wiele zaglądał do kieliszka, ot idź pan lepiej do domu i wyśpij się pan porządnie!

Student Anzelmus uczuł się bardzo za­wstydzony, wydobył z siebie tylko płaczliwe ach!

-?No, no - mówił dalej miesz­czanin - nie ma się znowu czym tak przejmować. To się zdarza naj­porząd­niejszym ludziom, a przy miłym dniu Wniebo­wstąpienia można przecież ze szczerego serca pozwolić sobie coś ponad miarę. Można to chyba wybaczyć nawet słudze Bożemu - jesteś pan, zdaje się, kandydatem teologii. - Ale pozwoli pan, że nałożę sobie trochę pańskiego tytoniu, bo mój mi już wyszedł,

Tak mówił obywatel, gdy student Anzelmus już chciał schować i fajkę, i woreczek, a teraz ów mieszczuch zaczął czyścić powoli i z namysłem swoją fajkę i potem równie powoli zabrał się do jej na­kładania. Jedno­cześnie zaś zbliżyło się ku nim wiele dziewcząt, które szeptały coś po cichu z żoną obywatela i chichotały między sobą, patrząc na Anzelmusa. A ten stał jak na ostrych cierniach i roz­żarzonych szpilkach. Więc skoro tylko oddano mu fajkę i woreczek z tytoniem, uciekł stamtąd co tchu. Wszystkie dziwy, na które patrzył, ulotniły mu się zupełnie z pamięci, przy­pominał sobie tylko, że pod bzowym drzewem gadał głośno jakieś nie­stworzone rzeczy, co było dlań tym okrop­niejsze, że od dawna miał głęboki wstręt do wszystkich, co mówią sami do siebie. Szatan gada przez pana - mawiał jego rektor - o, on wierzył teraz święcie, że to prawda. Żeby go uważano za pijanego w dzień Wniebo­wstąpienia. Candidatus theologiae. Nie ta myśl była nie do zniesienia. Już chciał skręcić w aleję Pappela przy ogrodzie Kozel, gdy jakiś głos za nim zawołał:

-?Panie Anzelmus! Panie Anzelmus! Do stu piorunów, dokądże pędzisz pan tak wściekle?

Student zatrzymał się, jakby w ziemię wrósł Był przekonany, że wnet nowe nie­szczęście zwali mu się na głowę. Głos odezwał się znowu:

-?Panie Anzelmus, no wróć że się pan, czekamy tu nad wodą!

Teraz dopiero nasz student poznał, że to jego przyjaciel, konrektor Paulmann go wołał; wrócił się nad Elbę i spotkał tam konrektora z jego dwiema córkami oraz pana regis­tratora Heerbranda, którzy właśnie mieli zamiar wsiąść w łódkę. Konrektor zaprosił studenta, aby przejechał się z nim po Elbie i aby potem spędził u niego wieczór w mieszkaniu znajdu­jącym się na przed­mieściu Pirnau. Student Anzelmus bardzo chętnie przyjął za­proszenie, gdyż sądził, że może przecież wymknie się fatalności, która dziś nad nim ciążyła.

Kiedy już jechali po rzece, zdarzyło się, że na drugim brzegu, koło ogrodu Antoniego, puszczano ognie sztuczne. Z hukiem i sykiem strzelały w górę rakiety, a lśniące gwiazdy pękały w powietrzu, siejąc naokół tysiące trzaska­jących iskier i płomieni. Student Anzelmus siedział skulony tuż obok wio­słują­cego prze­woźnika; kiedy teraz zobaczył w wodzie odbicie roz­prysku­jących się w powietrzu iskier i wstęg ognistych, zdało mu się, że to złote wężyki pełzają po falach. Wszystkie dziwy, jakich był świadkiem pod bzowym drzewem, znowu stanęły mu jak żywe przed oczyma - i od nowa ogarnęła go ta sama nie­wysło­wiona tęsknota, to samo palące pożądanie, które mu tam zaciskało serce w kurczowo bolesnym zachwycie.

-?Ach, wyście to znowu, wężyki złociste? Śpiewajcie, ach, śpiewajcie! W śpiewie waszym pojawią się znowu te drogie, rozkoszne, ciemno­błękitne oczy - ach, czyżbyście były tam, pod falami?

Tak zawołał student Anzelmus i uczynił przy tym gwałtowne poruszenie, jakby chciał zaraz wyskoczyć z łódki w wodę.

-?Opętany, czy co? - krzyknął przewoźnik i chwycił go za połę fraka.

Panienki, które siedziały koło niego, krzyknęły przerażone i uciekły na drugą stronę łodzi; regis­trator Beerbrand szepnął coś kon­rektorowi Paulmanowi do ucha, na co ten zaczął mu coś długo tłumaczyć, lecz student Anzelmus zrozumiał stąd tylko pojedyncze wyrazy:

-?...Miewa podobne napady... jeszcześ pan nie zauważył?...

Wkrótce potem powstał również konrektor Paulmann i przysiadł się z nieco uroczystą, urzędowo poważną miną do studenta Anzelmusa, ujął go za rękę i rzekł:

-?Jak się pan czuje, panie Anzelmus?

Student Anzelmus nieledwie odchodził od przy­tomności, gdyż uczuwał, że w głębi duszy powstawało mu jakieś straszliwe rozdwojenie, które na próżno starał się opanować. Ujrzał teraz wyraźnie, że to, co uważał za lśnienia złotych wężyków, było jedynie odbiciem ogni sztucznych w ogrodzie Antoniego; ale jakieś nigdy nie­doświad­czane uczucie, sam nie wiedział, czy rozkosz, czy bół, zaciskało mu pierś kon­wulsyjnie, a kiedy przewoźnik tak zanurzał wiosło w wodę, że ona, jakby w złości się burząc i pieniąc, pluskała i szumiała, rozróżnił w tych bulgo­czących szmerach jakby tajemne szeptanie:

-?Anzelmusie! Anzelmusie! Czyż nie widzisz, że płyniemy ciągle przed tobą? - Sio­strzyczka patrzy się znowu na ciebie - uwierz - uwierz - uwierz w nas!...

I zdało mu się, że widzi odblask trzech zielonych, żarzących się smug. Lecz kiedy potem z sercem za­miera­jącym z tęsknoty, patrzył na wodę, czy nie wyjrzą nań spośród fal te rozkoszne oczy, zrozumiał znów, że ów odblask ma swe źródło w oświet­lonych oknach nie­dalekich domów. I siedział tak, milcząc i walcząc z sobą w głębi duszy; ale konrektor Paulmann zapytał jeszcze głośniej:

-?Jak się pan czuje, panie Anzelmus?

Student odpowiedział bardzo nieśmiało:

-?Ach, kochany panie konrektorze, gdybyś pan wiedział, co ja dzisiaj za nad­zwyczajne rzeczy śniłem na jawie, z otwartymi oczami, pod bzowym drzewem, pod murem ogrodu Linka - ach, na pewno nie miałby mi pan za złe, że ja tak jak nie­przytomny...

-?Aj, aj, panie Anzelmus - przerwał konrektor Paulmann - miałem pana zawsze za solidnego młodzieńca - ale śnić - z szeroko otwartymi oczami śnić, a potem nagle ni stąd, ni zowąd chcieć skakać do wody - to już - prze­praszam pana - to już mogą tylko ludzie niespełna rozumu albo kpy!...

Studenta Anzelmusa głęboko zasmuciły ostre słowa przyja­ciela; lecz wtem odezwała się najstarsza córka Paulmanna, Weronika, bardzo ładna, bujna, szesnasto­letnia dziewczyna:

-?Ach, kochany ojcze, musiało się przecież panu Anzelmusowi przytrafić coś bardzo nad­zwyczaj­nego i on może wierzy, że to było na jawie, choć pod tym bzowym krzakiem musiał rzeczy­wiście spać i przyśniły mu się rozmaite głupstwa, które mu teraz nie dają spokoju.

-?Ależ najszanowniejsza panno Weroniko, zacny kon­rektorze - zabrał głos pan regis­trator Heerbrand - czyż to nie można i nie śpiąc pogrążyć się w pewien stan marzenia, śnienia? Bo proszę tylko posłuchać, co mnie się zdarzyło. Kiedym siedział pewnego razu po obiedzie przy kawie w takim stanie majaczenia, w takiej chwili cielesnego i umysłowego trawienia, przyszło mi nagle jakby na­tchnienie, zobaczyłem, gdzie znajduje się pewien zgubiony akt sądowy; a wczoraj znowu w podobny sposób tańcowała mi przed oczyma jakaś wspaniała faktura łacińska - przed moimi szeroko otwartymi oczyma.

-?Ach, najszanowniejszy regis­tratorze - odparł konrektor Paulmann - zawsześ pan miał taką skłonność ku poeticis, a wtedy wpada się łatwo w fanta­styczność i romantyzm.

Ale studentowi Anzelmusowi było przyjemnie, że się ktoś za nim ujął w takim nadzwyczaj przykrym położeniu, kiedy go miano za pijanego lub niespełna rozumu, i chociaż było dość ciemno, zdało mu się, że teraz dopiero zauważył prawdziwie ładne, ciemno­błękitne oczy Weroniki, które mu jednak wcale nie przy­pomi­nały prze­dziwnych oczu widzianych pod bzowym drzewem. W ogóle studentowi Anzelmusowi znów od razu wyleciała zupełnie z pamięci cała przygoda pod bzowym drzewem; uczuł, że mu lekko i wesoło - tak! - doszedł nawet jakby w nadmiarze swawolnego zuch­walstwa do tego, że przy wysiadaniu z łódki podał dłoń pomocną obrończyni swojej, Weronice, a potem, gdy szli już razem pod rękę, do­prowadził ją z taką zręcz­nością i tak szczęś­liwie do domu, że raz jeden tylko się po­ślizgnął, i ponieważ była tam właśnie jedyna kałuża na całej drodze, więc tylko bardzo niewiele obryzgał białą suknię Weroniki.

Szczęśliwa zmiana w usposo­bieniu studenta Anzelmusa nie uszła uwagi konrektora Paulmanna, który na powrót uczuł do niego sympatię i prze­praszał za swoje ostre słowa wy­powie­dziane przed chwilą przeciw niemu.

-?Tak - dodał - zapewne, bywają przykłady, że nieraz uroi się człowiekowi jakie widziadło, które może go niepokoić i dręczyć; ale to jest choroba cielesna i na to pomagają pijawki, które się przystawia, salve venia, na zadku, jak to dowodził pewien sławny profesor, co niedawno umarł.

Student Anzelmus istotnie sam nie wiedział, czy był pijany, obłąkany, czy chory; w każdym razie jednak pijawki wydały mu się zupełnie zbyteczne, ponieważ jego mniemane widziadła znikły zupełnie, a zresztą czuł się coraz weselszy, im bardziej starał się nad­skakiwać pięknej Weronice.

Po skromnej wieczerzy, jak zwykle, zaczęło się mu­zyko­wanie; student Anzelmus musiał zasiąść przy forte­pianie, a Weronika zaśpiewała coś swoim jasnym czystym głosem.

-?Szanowna panno Weroniko - rzekł regis­trator Heerbrand - pani ma głos, jak dzwon kryszta­łowy!

-?No, to to chyba nie! - wyrwało się studentowi Anzelmusowi, sam nie wiedział jakim sposobem, a wszyscy spojrzeli nań ze zdzi­wieniem i po­mieszaniem.

-?Kryształowe dzwony dźwięczą w bzowych drzewach tak cudnie! tak cudnie! - mruczał dalej student Anzelmus półgłosem.

Lecz Weronika położyła mu swoją dłoń na ramieniu i rzekła:

-?Co pan tam mówi, panie Anzelmus?

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.