Złoto Wrocławia - Jolanta Maria Kaleta

Kup ebooka

49.99 zł
35.82 zł (35,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Bre­slau, sty­czeń 1945

Koł­nierz woj­sko­wego płasz­cza w ko­lo­rze feld­grau[1], choć wy­soko po­sta­wiony, w naj­mniej­szym stop­niu nie chro­nił obe­rleut­nanta[2] Geo­rga Sorna przed doj­mu­ją­cym mro­zem. Szczy­pał go do­tkli­wie w uszy ni­czym zło­śliwy na­uczy­ciel, kiedy zła­pał nie­sfor­nego ucznia na pso­tach. Z ust przy każ­dym od­de­chu wy­szar­py­wał kłęby bia­łej pary, z oczu wy­ci­skał łzy. Tem­pe­ra­tura spa­dła tej nocy do mi­nus dwu­dzie­stu stopni, a blade stycz­niowe słońce nie było w sta­nie ogrzać po­wie­trza choćby odro­binę. Wra­że­nie lo­do­wa­tego zimna po­tę­go­wał wiatr świsz­czący w ko­ro­nach ogo­ło­co­nych z li­ści drzew, sto­ją­cych w rów­nych szpa­le­rach przy Schlos­splatz[3]. Z każ­dym sil­niej­szym po­dmu­chem zbite w cia­sną gro­madę wrony i kruki z gło­śnym kra­ka­niem wzbi­jały się w po­wie­trze, jakby tam szu­kały schro­nie­nia przed nad­cią­ga­ją­cym nie­bez­pie­czeń­stwem. Wi­docz­nie na­strój nie­pew­no­ści i za­gro­że­nia udzie­lił się także pta­kom. Świat wo­kół już ja­kiś czas temu po­bie­lił śnieg, po­głę­bia­jąc uczu­cie prze­ni­kli­wego mrozu, da­jąc złudne wra­że­nie ste­ryl­nej czy­sto­ści i ładu. Na po­bo­czach jezdni za­le­gał w wy­so­kich kop­cach, przy­kry­wał grubą war­stwą chod­niki i skrzy­piał pod po­de­szwami wy­so­kich bu­tów po­dą­ża­ją­cego szyb­kim kro­kiem Sorna. Ofi­cer miał na­dzieję, że za­nim do­trze do bu­dynku Po­li­ze­ipre­si­dium[4], miesz­czą­cego się przy Schwe­id­nit­zer Stadt­gra­ben[5], marsz zdoła choć tro­chę roz­grzać jego skost­niałe ręce i nogi. Zresztą po tylu la­tach żoł­nier­skiej służby przy­zwy­cza­je­nie za­stą­piło na­turę i Sorn nie po­tra­fił już cho­dzić ina­czej. Nie pa­mię­tał na­wet, kiedy ostatni raz miał moż­li­wość po­dą­żać wol­nym, spa­ce­ro­wym kro­kiem, noga za nogą, prze­mie­rza­jąc nad­mor­ski dep­tak czy wiel­ko­miej­ską pro­me­nadę. Od lat, w za­sa­dzie od ma­tury, choć jesz­cze z po­zoru cy­wil, to jed­nak na służ­bie, za­wsze w biegu, pil­nu­jąc, aby ni­gdy się nie spóź­nić, aby za­da­nie wy­ko­nać na czas.

W za­my­śle­niu nie zwra­cał uwagi na gę­stą ciżbę prze­chod­niów śpie­szą­cych na po­zór bez­ład­nie sze­ro­kim chod­ni­kiem w jedną i drugą stronę w so­bie tylko zna­nym kie­runku, choć wszy­scy z jed­nym i tym sa­mym za­mia­rem: zgro­ma­dzić jak naj­wię­cej za­pa­sów żyw­no­ści i po­tem do­brze je ukryć, tak aby Iwan, je­śli już wej­dzie do mia­sta, choć po­noć nie wej­dzie, nie mógł ich zna­leźć i za­brać. Dźwi­gali w rę­kach to­bołki lub siatki wy­peł­nione kon­ser­wami mię­snymi, to­reb­kami cu­kru, ka­szy i mąki. Prze­py­chali się po­mię­dzy su­ną­cymi wolno ko­lum­nami woj­ska, prze­bie­gali jezd­nię tuż przed ma­skami roz­pę­dzo­nych woj­sko­wych cię­ża­ró­wek, które gnały nie wia­domo do­kąd. Ci, któ­rzy po­sia­dali ogródki, za­ko­py­wali w nich ni­czym nor­nice wszystko, co mieli cen­nego: por­ce­lanę, sre­bra, dy­wany, pie­nią­dze, bi­żu­te­rię. Ale także swoje za­pasy: za­we­ko­wane mięso, ja­rzyny i owoce. Kiedy na­wał­nica ze wschodu się prze­wali i na­sta­nie po­kój, wy­do­będą swe skarby ze skry­tek i będą mo­gli żyć jak daw­niej. Już o ni­czym in­nym nie ma­rzyli, tylko o jed­nym: niechby było po wszyst­kim. Ocze­ki­wa­nie na ma­jące na­dejść nie­szczę­ście było gor­sze od sa­mego nie­szczę­ścia.

Mun­dur ofi­cera We­hr­machtu, który miał na so­bie Georg Sorn, męż­czy­zna o zwa­li­stej ni­czym niedź­wiedź syl­wetce, nie ro­bił już na nich żad­nego wra­że­nia ani nie wzbu­dzał ta­kiego sza­cunku, jak jesz­cze rok temu, na­wet po Sta­lin­gra­dzie. Wręcz prze­ciw­nie. W nie­któ­rych spoj­rze­niach ła­two dało się wy­czy­tać oskar­że­nie, że to oni, woj­skowi, po­no­szą od­po­wie­dzial­ność za ich, cy­wi­lów, cier­pie­nia, że nie sta­nęli na wy­so­ko­ści za­da­nia i nie do­pro­wa­dzili, jak obie­cy­wali, do zwy­cię­stwa, mimo ich, zwy­kłych lu­dzi, wy­rze­czeń i po­świę­ce­nia. Tych, któ­rzy no­sili bru­natne mun­dury NSDAP[6], na­gle z ulic wy­mio­tło, jakby za­pa­dli się pod zie­mię. Albo za­mie­nili je na cy­wilne ła­chy, albo ucie­kli z mia­sta, które la­tem ogło­szono twier­dzą, choć nie miało żad­nych mi­li­tar­nych umoc­nień. Funk­cjo­na­riu­sze par­tyjni my­śleli już tylko o ra­to­wa­niu wła­snej skóry, całą resztę mieli gdzieś. Z roz­kazu ko­men­danta Fe­stung Bre­slau[7] na gwałt szy­ko­wano schrony prze­ciw­lot­ni­cze, te pod­ziemne i na­ziemne, punkty szpi­talne, gro­ma­dzono za­pasy żyw­no­ści. Na Wzgó­rzu Lie­bi­cha, w daw­nym Ba­stio­nie Sa­kwo­wym, który przez ostat­nie dzie­się­cio­le­cia był dla miesz­kań­ców miej­scem roz­rywki i wy­tchnie­nia, w cie­niu wspa­nia­łych pla­ta­nów urzą­dzono schron dla niego. Wo­kół mia­sta bu­do­wano po­zy­cje obronne, a pod broń po­wo­łano także chłop­ców i star­szych męż­czyzn. Na­wet ko­biety przez wła­dze mia­sta zo­stały wcią­gnięte w tryby wo­jen­nej ma­chiny, o ile nie były zbyt stare, zbyt młode czy chore albo z nie­mow­lę­ciem przy piersi. We­dług za­pew­nień gau­le­itera Nie­der­schle­sien[8], Karla Han­kego, Ro­sja­nie mieli nie prze­kro­czyć gra­nicy Ślą­ska, a na­wet je­śli, to zo­staną od­parci hu­ra­ga­no­wym ata­kiem, po­dob­nie jak hordy mon­gol­skie w 1241 roku. Jed­nak w pierw­szych dniach stycz­nia 1945 roku na­wet dzie­się­cio­letni chłopcy już do­sko­nale wie­dzieli, mel­du­jąc się na zbiór­kach Volks­sturmu[9], że były to za­pew­nie­nia rzu­cone grubo na wy­rost, ob­li­czone na umoc­nie­nie swej po­li­tycz­nej po­zy­cji i pod­li­za­nie się Füh­re­rowi. Od wielu ty­go­dni spa­ni­ko­wana lud­ność gnała ze wschodu na za­chód, do­cie­ra­jąc do Bre­slau. Sze­roką falą pły­nęła uli­cami mia­sta w złud­nej na­dziei zna­le­zie­nia w tym mie­ście - schro­nie III Rze­szy - bez­piecz­nej przy­stani. W naj­czar­niej­szych snach nie wy­śniła, że kiedy w po­ło­wie stycz­nia 1945 roku ar­mia ra­dziecka ru­szy znad Wi­sły ni­czym bu­rzowa na­wał­nica, nic nie bę­dzie w sta­nie jej za­trzy­mać. Ani ar­mia wa­lecz­nego Fer­dy­nanda Schör­nera, ani wun­der­waffe[10], ani żadna inna siła. Uczy­nić to miała Fe­stung Bre­slau, tak przy­naj­mniej obie­cy­wał Hanke. Nikt nie śmiał spy­tać go o cenę, jaką przyj­dzie za to za­pła­cić. I kto ją za­płaci.

Obe­rleut­nant Georg Sorn spo­glą­dał z mie­sza­nymi uczu­ciami na ten exo­dus zmal­tre­to­wa­nej lud­no­ści, głów­nie ko­biet, dzieci i star­ców, oku­ta­nych w weł­niane kra­cia­ste chu­sty, li­che pa­letka, ale także odzia­nych w kosz­towne fu­tra, pcha­ją­cych przed sobą lub cią­gną­cych za sobą wszystko jedno co, byle miało kółka albo płozy. Po­cząw­szy od wóz­ków dzie­cię­cych, po­przez ro­wery i wozy dra­bi­nia­ste, a na san­kach koń­cząc. Z nad­ludz­kim wy­sił­kiem tar­gali na nich do­ro­bek wielu po­ko­leń. To, czego nie zmie­ścili na swo­ich dzi­wacz­nych, skle­co­nych na miarę czasu środ­kach trans­portu, zo­stało po­rzu­cone i wy­dane na pa­stwę hordy zwy­cięz­ców. Jak ni­gdy przed­tem za­czy­nała do­cie­rać do nich pro­sta, znana od wie­ków prawda, że je­dyną cenną rze­czą, którą po­siada czło­wiek, jest jego ży­cie, i to wła­śnie je sta­rali się wy­nieść cało z wo­jen­nej za­wie­ru­chy. Sorn nie umiał oce­nić, czy im wszyst­kim współ­czuje z po­wodu nie­szczę­ścia, które ma­lo­wało się na wy­mi­ze­ro­wa­nych twa­rzach, czy od­czuwa coś na kształt sa­tys­fak­cji, bo byli współ­od­po­wie­dzialni za tra­giczny los, który sta­nął pod bra­mami Fe­stung Bre­slau i gło­śno ło­mo­tał uzbro­jo­nymi pię­ściami. Po­mię­dzy falą lud­no­ści pły­nęła druga fala - stada krów pę­dzone do rzeźni. W ich oczach także cza­iło się śmier­telne prze­ra­że­nie, lecz one nie miały żad­nego wpływu na swój los ani moż­li­wo­ści wy­boru. Mu­siały zło­żyć swe ży­cie w ofie­rze, aby miesz­kańcy twier­dzy i jej obrońcy nie zo­stali wzięci gło­dem ni­czym za­łoga śre­dnio­wiecz­nego zamku.

Sorn na­ci­snął czapkę głę­biej na czoło, aby mieć choć wra­że­nie ochrony przed trza­ska­ją­cym mro­zem, i zgrab­nie prze­ci­snął się po­mię­dzy ciżbą ma­tek z dziećmi na drugą stronę jezdni. Z da­leka, wi­doczna przez bez­listne drzewa, ma­ja­czyła ciem­no­czer­wona, ory­gi­nalna w swej ar­chi­tek­tu­rze, choć bar­dzo su­rowa i mo­nu­men­talna w wy­glą­dzie, a po­nura w funk­cji, bryła Pre­zy­dium Po­li­cji. Na swój spo­sób była piękna. Setki okien, jesz­cze nie tak dawno ra­do­śnie od­bi­ja­ją­cych w swych szy­bach pro­mie­nie słońca za dnia i ja­śnie­ją­cych wie­czorną porą set­kami ża­ró­wek, te­raz za­le­piono czar­nym pa­pie­rem, aby na­wet pro­myk świa­tła nie wy­do­stał się na ze­wnątrz, wska­zu­jąc wro­gom po­ło­że­nie tego waż­nego bu­dynku. Gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, wszę­dzie to samo: czarny pa­pier w oknach upo­dab­niał bu­dynki do mon­stru­al­nych ślep­ców sto­ją­cych bez ru­chu wzdłuż ulic. Sorn wy­su­nął nad­gar­stek z rę­kawa woj­sko­wego płasz­cza i spoj­rzał na ze­ga­rek - do je­de­na­stej bra­ko­wało pięt­na­stu mi­nut, zdąży więc na czas.

Pięć mi­nut póź­niej wbiegł po ka­mien­nych, sta­ran­nie od­śnie­żo­nych scho­dach wprost do głów­nego wej­ścia. At­mos­fera ob­lę­że­nia w sen­sie do­słow­nym i prze­no­śnym do­tarła i tu­taj. Cięż­kie, dę­bowe drzwi, te od frontu i te z tyłu, w za­sa­dzie się nie za­my­kały. Mi­jali się w nich ofi­ce­ro­wie i sze­re­gowi, ubrani w mun­dury wszyst­kich for­ma­cji po­li­cji i woj­ska, z lot­ni­czymi włącz­nie, a nie bra­ko­wało i cy­wi­lów. W tym za­mie­sza­niu i po­śpie­chu mało kto zwra­cał uwagę na od­da­wa­nie ho­no­rów i czci Füh­re­rowi. Mu­siałby trzy­mać rękę bez prze­rwy unie­sioną do góry. Go­rączka przy­go­to­wań do obrony ostat­niej twier­dzy Ty­siąc­let­niej Rze­szy udzie­liła się wszyst­kim, zwłasz­cza że oka­zy­wa­nie obaw i naj­mniej­szych na­wet oznak braku wiary w zwy­cię­stwo na roz­kaz su­ro­wego gau­le­itera ka­rano śmier­cią. Oskar­że­nie o sia­nie de­fe­ty­zmu pro­wa­dziło naj­krót­szą drogą wprost przed plu­ton eg­ze­ku­cyjny, jak po­ka­zy­wał ja­skrawo przy­kład bur­mi­strza Spiel­ha­gena i wielu in­nych. Już od kilku ty­go­dni po ką­tach nie mó­wiono o naj­wier­niej­szym dy­gni­ta­rzu Hi­tlera ina­czej jak "kat Bre­slau", a jesz­cze nie do końca po­ka­zał, na co go stać.

Idąc dłu­gim ko­ry­ta­rzem, Sorn po­pra­wił chwyt dłoni na czar­nej, skó­rza­nej teczce, którą niósł ze sobą. Były w niej do­ku­menty sta­no­wiące owoc dwu­ty­go­dnio­wej wy­prawy po oko­licy wraz z na­prędce skle­coną ekipą. Na po­le­ce­nie Karla Han­kego zna­lazł się w niej haupt­sturm­füh­rer[11] SS Kurt Rit­ter i z miej­sca usi­ło­wał grać pierw­sze skrzypce. Za­da­nie było zbyt ważne, aby ci w czar­nych i bru­nat­nych mun­du­rach nie wściu­bili swo­jego par­szy­wego nosa. Im bli­żej końca wojny, tym bar­dziej in­te­re­so­wali się tym, co na­stąpi po niej. Ma­jąc pew­ność, że nie zo­staną za­pro­szeni do stołu ro­ko­wań, o wła­sny los mu­sieli za­dbać sami. Do ze­społu do­łą­czył także obe­rleut­nant Bruno Ebert. Choć w Abweh­rze był od po­czątku wojny, to po 1944 roku, kiedy wrzu­cili ich do jed­nego worka pod na­zwą RSHA[12], a SS[13] prze­jęło kon­trolę nad wszyst­kim i wszyst­kimi, z dnia na dzień co­raz bar­dziej wiel­bił no­wego szefa, czyli He­in­ri­cha Him­m­lera. Zda­niem Sorna bez­przy­kład­nie li­zał dupę Rit­te­rowi. I nie było to dziwne, gdyż po wy­ro­kach śmierci na człon­ków Czar­nej Or­kie­stry i aresz­to­wa­niu Ca­na­risa[14] wszy­scy na wszelki wy­pa­dek po­cho­wali ogony pod sie­bie. Nikt też nie chciał się nie­po­trzeb­nie wy­chy­lać. Każdy ma­rzył w za­sa­dzie o tym sa­mym: żeby prze­żyć. Jedno wszak można było o Eber­cie po­wie­dzieć na pewno - był ślepo od­dany III Rze­szy. O ile był trzeźwy. Mło­dziutki leut­nant[15], Her­man Me­ier, sa­per, uzu­peł­niał ich czte­ro­oso­bowy ze­spół. Jego rola miała ogra­ni­czyć się do przy­go­to­wa­nia, o ile będą po­trzebne, ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych. Te­raz Sorn zmie­rzał wprost do ga­bi­netu swo­jego prze­ło­żo­nego, szefa Abwehr­stelle[16] Bre­slau, sturm­ban­n­füh­rera[17] SS Otto Berg­mana, kie­ru­ją­cego ob­ję­tym klau­zulą naj­wyż­szej taj­no­ści przed­się­wzię­ciem, gdzie miała się spo­tkać cała ekipa.

Se­kre­tarka ma­jora, Ewa, jak zwy­kle uśmiech­nęła się za­lot­nie i ko­kie­te­ryj­nie od­gar­nęła znad czoła blond lo­czek. Ze­rwała się zza sto­lika, na któ­rym stała ma­szyna do pi­sa­nia, zo­sta­wia­jąc pi­smo wkrę­cone na wa­łek. Ad­re­so­wane było do cen­trali w Ber­li­nie. Tak przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka oce­nił Sorn.

- Szef już o pana py­tał, po­rucz­niku - za­szcze­bio­tała, od­bie­ra­jąc z jego rąk płaszcz i czapkę; po­wie­siła je na wie­szaku tuż przy drzwiach.

Sorn rzu­cił okiem na ze­ga­rek - był kilka mi­nut przed cza­sem. "Dla­czego Sta­remu tak pilno?" - za­sta­no­wił się. Ob­cią­gnął poły mun­duru i po­pra­wił pa­sek. Mu­siał go za­piąć o jedną dziurkę da­lej. Tłu­kąc się po tych pi­pi­dów­kach ra­zem z Eber­tem i Me­ie­rem, żarli co po­pad­nie albo i wcale, więc schudł ze dwa, trzy kilo. Rit­ter, oczy­wi­ście, wi­zy­to­wał je­dy­nie Krum­m­hübel[18], aby przy oka­zji po­jeź­dzić na nar­tach i za­li­czyć kilka prze­ra­żo­nych wy­da­rze­niami miej­sco­wych pięk­no­ści. Pła­ski, pra­wie wklę­sły brzuch Sorna jesz­cze bar­dziej uwy­pu­klił jego sze­ro­kie ra­miona, umię­śnione jak u drwala. Wska­zy­wały na nad­ludzką siłę ofi­cera. Ewa otak­so­wała go ła­ko­mym wzro­kiem, sta­ran­nie omi­ja­jąc sze­roką szramę na po­liczku, tuż pod pra­wym okiem. Zde­cy­do­wa­nie psuła wi­ze­ru­nek tego dość przy­stoj­nego po­rucz­nika. Może jak na jej gust zbyt wy­so­kiego, bo ona nie lu­biła za­dzie­rać głowy do góry, aby ob­da­rzyć męż­czy­znę po­ca­łun­kiem. Stu­ka­jąc ob­ca­si­kami brą­zo­wych czó­łe­nek po sta­ran­nie wy­fro­te­ro­wa­nym par­kie­cie, po­de­szła drob­nym kro­kiem do drzwi ga­bi­netu swo­jego szefa i otwo­rzyła je sze­roko przed Sor­nem. Georg szyb­kim ru­chem ręki prze­cze­sał gę­ste, ciemne włosy, lekko skrę­cone na koń­cach. Już po­winny wi­dzieć się z fry­zje­rem, ale aku­rat na to Sorn nie miał w tych ostat­nich, tak go­rą­cych, choć prze­raź­li­wie mroź­nych dniach, czasu.

Kie­ru­jący Abwehr­stelle Bre­slau sturm­ban­n­füh­rer SS Otto Berg­man sie­dział za biur­kiem za­wa­lo­nym toną do­ku­men­tów. Nie­które luźno wa­lały się po bla­cie, inne grzecz­nie spo­czy­wały w tek­tu­ro­wych tecz­kach, sta­ran­nie opi­sa­nych ka­li­gra­ficz­nym pi­smem se­kre­ta­rek i ad­iu­tan­tów. Wszyst­kie za­opa­trzone w li­tery RSHA i pie­czątkę przed­sta­wia­jącą czar­nego orła z roz­po­star­tymi skrzy­dłami, z nie­wiel­kim wień­cem w szpo­nach i swa­styką w środku. Nad tą stertą uno­sił się aro­ma­tyczny za­pach dro­giego cy­gara, które ma­jor trzy­mał w krót­kich i gru­bych pa­lu­chach po­tomka pru­skich chło­pów. Spoj­rzał je­dy­nym okiem, które po­sia­dał, na wcho­dzą­cego do ga­bi­netu męż­czy­znę. Dru­gie oko, a wła­ści­wie miej­sce po nim, za­sła­niała czarna skó­rzana opa­ska. Ten de­fekt był po­wo­dem zmar­twie­nia, ale jed­no­cze­śnie i dumy ma­jora Berg­mana, choć nikt przy zdro­wych zmy­słach nie cie­szy się z braku oka. Ale on je utra­cił w ar­cy­waż­nej ope­ra­cji o kryp­to­ni­mie "Wald", prze­pro­wa­dzo­nej w 1942 roku, jesz­cze za rzą­dów Ca­na­risa, któ­rego Berg­man po pro­stu uwiel­biał. Po ka­ta­stro­fal­nym fia­sku Pa­sto­riusa Otto Berg­man pod­jął się po­dob­nego za­da­nia. Dzięki jego de­ter­mi­na­cji i bez­przy­kład­nej od­wa­dze ak­cja, pod­czas któ­rej, wów­czas jesz­cze jako ka­pi­tan, o mały włos nie utra­cił ży­cia, za­koń­czyła się peł­nym suk­ce­sem. W po­dzię­ko­wa­niu za dziel­ność awan­so­wał do stop­nia ma­jora, a kilka mie­sięcy póź­niej prze­nie­siono go do Bre­slau na sta­no­wi­sko szefa Abwehry. Strata oka w tej sy­tu­acji wy­da­wała się nie­zbyt wy­gó­ro­waną ceną. Gdy Berg­man uj­rzał wcho­dzą­cego do ga­bi­netu po­rucz­nika Sorna, wy­da­rze­nia te jak żywe sta­nęły mu w pa­mięci. W ope­ra­cji uczest­ni­czyli ra­zem i od tego czasu da­to­wała się ich przy­jaźń. Ło­dzią pod­wodną do­wie­ziono ich oraz dwóch in­nych agen­tów w po­bliże Do­ver. Pod osłoną nocy do­pły­nęli pon­to­nem do brzegu. Pon­ton wraz z ra­dio­sta­cją za­ko­pali w pia­sku na plaży i prze­brani za an­giel­skich ro­bot­ni­ków od sa­mego rana wto­pili się w tłum. Wszy­scy mó­wili po an­giel­sku, a pro­win­cjo­nalne po­cho­dze­nie i brak wy­kształ­ce­nia tłu­ma­czyły nie­do­sko­na­ło­ści ję­zy­kowe. Za­opa­trzeni w ma­te­riały wy­bu­chowe przy­po­mi­na­jące bryłki wę­gla oraz za­pal­niki cza­sowe w kształ­cie ołów­ków czy piór, mieli za za­da­nie wy­sa­dzić w po­wie­trze bry­tyj­ski krą­żow­nik "Bel­fast" i sio­strzany "Edyn­burg". O ile sprawa z tym dru­gim po­to­czyła się bez pro­ble­mów i za­koń­czyła suk­ce­sem, o tyle w przy­padku "Bel­fa­stu" nie wszystko po­szło po ich my­śli. Nie­spo­dzie­wa­nie, za­nim pod­ło­żyli ła­du­nek wy­bu­chowy, zo­stali za­trzy­mani i do­szło do szar­pa­niny. Pod­czas gdy Sorn usi­ło­wał obez­wład­nić dwóch an­giel­skich ma­ry­na­rzy, Berg­man wpadł do ma­szy­nowni i umie­ścił tam bombę z za­pal­ni­kiem cza­so­wym na­sta­wio­nym na kil­ka­na­ście se­kund. Zdą­żył je­dy­nie wy­sko­czyć na po­kład, gdy na­stą­piła eks­plo­zja i siła wy­bu­chu zmio­tła dy­wer­san­tów do mo­rza. Berg­mana, któ­remu ka­wa­łek ja­kie­goś że­la­stwa wy­bił oko, do­ho­lo­wał do brzegu Sorn. Jemu odła­mek roz­orał pół po­liczka, ale ko­ści nie na­ru­szył. Po­zo­stali po­szli na dno wraz z jed­nostką. Georg i Otto wy­ko­pali ra­dio­sta­cję i po­ro­zu­mieli się z cen­tralą. Resztę dnia i pół nocy prze­sie­dzieli w gę­stych za­ro­ślach. Gdy wy­słany po nich okręt pod­wodny po­ja­wił się nad ra­nem, na­dmu­chali pon­ton i pu­ścili się w jego kie­runku. Wów­czas do­strze­gła ich straż na­brzeżna i jedna z kul ra­niła Sorna w klatkę pier­siową. Prze­żył tylko dzięki temu, że prze­szła bo­kiem, nie uszka­dza­jąc ko­ści ani płuca. Na pa­miątkę po ope­ra­cji "Wald" po­zo­stała mu jed­nak głę­boka bli­zna na pra­wym po­liczku i druga, tuż pod oboj­czy­kiem. Na po­cie­sze­nie awan­so­wał na po­rucz­nika, a Berg­man za­ła­twił dla niego przy­dział do Abwehr­stelle Bre­slau. Lu­bił tego by­strego i ener­gicz­nego mło­dego czło­wieka, try­ska­ją­cego zdro­wym pa­trio­ty­zmem na ki­lo­metr, z sym­pa­tycz­nym do­łecz­kiem w bro­dzie.

- Do­brze, że je­steś parę mi­nut wcze­śniej - oświad­czył bez zbęd­nych ce­re­gieli i na­zi­stow­skich ćwi­czeń gim­na­stycz­nych, jak na­zy­wał zwy­cza­jowe po­zdro­wie­nia, któ­rych nie zno­sił. - Mu­simy coś usta­lić, za­nim ten przy­stojny rzeź­nik z ge­stapo, Rit­ter, za­szczyci nas swoją obec­no­ścią.

Ma­jor sze­roką dło­nią, po­krytą licz­nymi plam­kami pie­gów roz­sia­nych na bia­łej ni­czym mleko skó­rze, wska­zał Sor­nowi krze­sło za sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym i pod­niósł się zza biurka. Oszczęd­nym ru­chem po­pra­wił mun­dur, nieco za­dzie­ra­jący się ku gó­rze na za­okrą­glo­nym brzu­chu, i przy­gła­dził ryże jak fu­terko wie­wiórki, zmierz­wione włosy. Choćby nie wia­domo ile bry­lan­tyny na nie wy­lał, i tak wy­krę­cały się na wszyst­kie strony ni­czym na­stro­szone piórka świeżo wy­klu­tego pi­sklę­cia. Gdy obaj roz­sie­dli się wy­god­nie, Berg­man pod­su­nął po­rucz­ni­kowi srebrną pa­pie­ro­śnicę wy­peł­nioną dro­gimi pa­pie­ro­sami o bia­lut­kiej bi­bułce.

- Po­czę­stuj się. Resztki z fran­cu­skich cza­sów - oznaj­mił jakby z ża­lem w gło­sie.

Z kie­szeni mun­duru wy­cią­gnął za­pal­niczkę i po­dał ko­le­dze ogień. Chwilę obaj mil­czeli, de­lek­tu­jąc się sma­kiem ga­tun­ko­wego ty­to­niu. Błę­kitne ob­łoki dymu wraz ze słod­kim aro­ma­tem roz­pły­wały się le­ni­wie nad sto­łem, uno­siły się pod su­fit, wę­dro­wały w stronę drzwi. Przy­po­mi­nały przej­rzy­sty we­lon z tiulu po­ru­szany de­li­kat­nym ze­fir­kiem.

- Słu­chaj, Georg. - Ma­jor prze­rwał ci­szę, z lekka za­kłó­caną do­cho­dzą­cymi z ze­wnątrz od­gło­sami su­ną­cych jezd­nią sa­mo­cho­dów. - Na­sze dzi­siej­sze usta­le­nia będą ka­mu­fla­żem. Rit­ter nie ma prawa do­wie­dzieć się, gdzie na­prawdę pój­dzie trans­port.

- Na­wet do­my­ślam się dla­czego - od­parł Sorn, nie kry­jąc uśmie­chu za­do­wo­le­nia, który wy­kwitł na jego sta­ran­nie, mimo braku czasu, wy­go­lo­nej twa­rzy; ta kon­cep­cja bar­dzo mu od­po­wia­dała, choć ze skraj­nie in­nych po­wo­dów niż ma­jo­rowi.

- Po­dej­rze­wam, że ta ka­na­lia pro­wa­dzi ja­kąś wła­sną grę. Być może do spółki z kimś z sa­mej góry. - Berg­man zni­żył głos i od­ru­chowo zer­k­nął na drzwi, choć nie było moż­li­wo­ści, aby ktoś pod­słu­chi­wał. Ewa była wierna swo­jemu sze­fowi ni­czym pies.

- Mam po­dobne od­czu­cia... - przy­znał Sorn i za­cią­gnął się głę­boko. - I na­wet do­my­ślam się, kto za tym stoi... - do­dał, wy­pusz­cza­jąc dym no­sem.

- Otóż to. - Berg­man strzą­snął do krysz­ta­ło­wej po­piel­nicy gruby słu­pek po­piołu z cy­gara. - Nie będę za­tem tra­cił czasu, aby wy­ja­śniać ci szcze­góły. Po­wiem tylko, że mamy ci­che po­par­cie sa­mego Schel­len­berga[19]. Oni w Ber­li­nie ro­bią do­kład­nie to samo. Ten trans­port jest zbyt cenny, aby taki Rit­ter i jego wy­soko po­sta­wieni kom­pani w bru­nat­nych mun­du­rach po­ło­żyli na nim swoje brudne łapy. Za­war­tość skrzyń za­pewni Rze­szy dal­sze funk­cjo­no­wa­nie. Być może już pod no­wym kie­row­nic­twem. Jak wiesz, na te­mat tych rzeź­ni­ków z ge­stapo Schel­len­berg ma po­dobne zda­nie jak ty czy ja: tylko psują nam opi­nię.

- Na czym ma po­le­gać moje za­da­nie? - Sorn zmie­nił te­mat. Dla niego całe SS to rzeź­nicy, ale wszem wo­bec wo­lał tego nie roz­gła­szać.

- Rit­ter nie może wziąć bez­po­śred­niego udziału w ak­cji ani się do­wie­dzieć, gdzie scho­wasz skrzy­nie. Nie wni­kam, jak to zro­bisz. Twoja w tym głowa. - Berg­man za­to­pił w po­rucz­niku czujne spoj­rze­nie. - A ja, kiedy bę­dzie już po wszyst­kim, na­pro­wa­dzę go na fał­szywy trop. Praw­dziwy scho­wek bę­dziemy znać tylko my trzej. Ten trans­port musi zo­stać w na­szych rę­kach, Georg.

- O nic się nie martw, Otto - przy­tak­nął Sorn. - Wy­ko­le­go­wać Kurta nie jest po­waż­nym pro­ble­mem. Znam sła­bostki Rit­tera i wiem, jak je wy­ko­rzy­stać. - Sorn uśmiech­nął się pod no­sem. Wy­jąt­kowo w tym wy­padku zga­dzał się z po­my­słami swo­jego prze­ło­żo­nego nie tylko jako obe­rleut­nant Abwehry. Po­my­sły Berg­mana da­wały mu bo­wiem swo­bodę dzia­ła­nia także na in­nym polu.

Pa­no­wie zdą­żyli usta­lić jesz­cze kilka istot­nych szcze­gó­łów, gdy se­kre­tarka uchy­liła drzwi i do ga­bi­netu ma­jora Berg­mana wkro­czył ubrany w czarny mun­dur haupt­sturm­füh­rer SS Kurt Rit­ter. Ob­rzu­cił po­miesz­cze­nie zim­nym spoj­rze­niem piw­nych oczu oko­lo­nych gę­stymi, czar­nymi rzę­sami. Na dłu­żej za­trzy­mał wzrok na po­rucz­niku, swo­bod­nie roz­par­tym za sto­łem, z pa­pie­ro­sem w ustach. Ta za­ży­łość mię­dzy sze­fem ko­mórki a tym ofi­cer­kiem, jak w my­ślach na­zy­wał Sorna, do­pro­wa­dzała go do szew­skiej pa­sji, ale jak do­tąd żad­nej skazy na nim nie udało się zna­leźć ani Rit­te­rowi, ani jego lu­dziom.

- Heil Hi­tler! - wrza­snął nie tyle prze­pi­sowo, ile z kpiną. Do­sko­nale wie­dział, że to za­wo­ła­nie prze­szło już do hi­sto­rii, ale uwiel­biał dro­czyć się z ma­jo­rem.

- Niech pan siada, ka­pi­ta­nie - ode­zwał się Berg­man, po­sy­ła­jąc w jego stronę lo­do­wate spoj­rze­nie swo­jego je­dy­nego oka, przy­po­mi­na­ją­cego w ko­lo­rze błę­kit zi­mo­wego nieba. - Znowu kie­row­nic­two pana od­zna­czyło? - spy­tał, wy­mow­nie spo­glą­da­jąc na jego ga­lowy mun­dur.

- Po­świę­ce­nie dla oj­czy­zny i wierna służba w tak cięż­kich cza­sach są szcze­gól­nie do­ce­niane - od­parł z dumą, lecz Sorn wy­ło­wił tkwiącą na dnie tych słów iro­nię.

- Pa­pie­rosa? - Berg­man, pusz­cza­jąc mimo uszu te prze­chwałki, pod­su­nął w jego kie­runku pa­pie­ro­śnicę. - A może cy­garo?

- Dzię­kuję, jesz­cze mam wła­sne - od­rzekł Rit­ter z le­d­wie do­strze­galną wyż­szo­ścią i się­gnął do kie­szeni czar­nego mun­duru po pa­pie­rosy.

Sorn po­dał mu ogień i na chwilę za­pa­dła ci­sza. Rit­ter za­cią­gnął się głę­boko, za­chłan­nie, jakby nie pa­lił od dłuż­szego czasu. Uwal­nia­jąc dym z płuc, z uwagą spoj­rzał na swoje pa­znok­cie. Były sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wane i sta­no­wiły praw­dziwą ozdobę jego pięk­nych dłoni, któ­rych nie po­wsty­dziłby się na­wet świa­to­wej klasy pia­ni­sta. Ten dość młody, bo za­le­d­wie trzy­dzie­sto­letni ofi­cer SS za­li­czał się do męż­czyzn, któ­rych ko­biety okre­ślały mia­nem "za­bój­czo przy­stojny". Wy­soki, ale nie tak zwa­li­sty i kan­cia­sty jak Sorn, pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wany, o bar­dzo ciem­nych wło­sach, które na skro­niach zdą­żyły przy­stroić się pa­roma srebr­nymi nit­kami. Ładna, pra­wie ko­bieca oprawa oczu, sze­roki pod­bró­dek i zmy­słowe usta wzbu­dzały u pań tę­skne spoj­rze­nia i czułe wes­tchnie­nia. Wy­ko­rzy­sty­wał to bez opa­mię­ta­nia i bez żad­nych skru­pu­łów. Sorn w my­ślach na­zy­wał go żi­go­la­kiem spod znaku tru­piej czaszki. Gło­śno jed­nak nie po­dej­mo­wał kry­tyki swo­jego to­wa­rzy­sza od mi­sji spe­cjal­nej. Raz, że Rit­ter pra­co­wał, gdzie pra­co­wał, a dwa, że był wyż­szy stop­niem. Było też i trzy: w sy­tu­acji Sorna wszel­kie zbędne ry­zy­kanc­two mo­gło skoń­czyć się źle. To dzięki swemu opa­no­wa­niu, trzy­ma­niu ner­wów na wo­dzy, chłod­nej kal­ku­la­cji i nie­ule­ga­niu emo­cjom nie tylko prze­żył lata wojny, lecz był w tym wła­śnie miej­scu i wy­ko­ny­wał cho­ler­nie ważne za­da­nie. A cu­dze pod­boje łóż­kowe po­śród rze­szy se­kre­ta­rek, kel­ne­rek czy in­nych spra­gnio­nych ja­kiej­kol­wiek mi­ło­ści pa­nie­nek miał gdzieś.

- Ten sta­lin­gradzki mróz na­dal trzyma - ode­zwał się w końcu Rit­ter i spoj­rzał na ze­ga­rek. - Cze­kamy na Eberta czy za­czy­namy bez niego?

Jakby wy­wo­łany tymi sło­wami, obe­rleut­nant Bruno Ebert otwo­rzył drzwi i za­mel­do­wał się prze­pi­sowo, stu­ka­jąc gło­śno ob­ca­sami ofi­cer­skich bu­tów. Nie­po­zorny i zbyt drobny jak na męż­czy­znę w wieku trzy­dzie­stu paru lat, nie pa­so­wał do swo­ich do­brze zbu­do­wa­nych ko­le­gów po fa­chu. Na­stro­szone bure włosy, mocno od­sta­jące uszy i małe, roz­bie­gane oczka czy­niły go po­dob­nym do chy­trej małpki za­mknię­tej w klatce w zoo, roz­glą­da­ją­cej się, gdzie by tu coś zwę­dzić. Gdyby nie mun­dur ofi­cera Abwehry, nikt nie za­szczy­ciłby Eberta jed­nym mar­nym na­wet spoj­rze­niem. Ka­rierę ro­bił dzięki do­no­si­ciel­stwu. Zmie­niał fronty i po­plecz­ni­ków, raz wróg, raz przy­ja­ciel. Fama gło­siła, że zbie­rał in­for­ma­cje na wszyst­kich: kto ma ko­chankę, kto długi, a nie daj Bóg, aby wy­wą­chał, że ktoś jest ho­mo­sek­su­ali­stą. W za­ufa­nych krę­gach mó­wiło się, że miał już ze­brane do­wody na pe­de­ra­stię Ca­na­risa, ale nie zdą­żył zro­bić z nich użytku. Zda­niem Eberta ta­kie rze­czy nie ucho­dziły praw­dzi­wemu Aryj­czy­kowi.

- Niech pan siada, po­rucz­niku - wark­nął znie­cier­pli­wiony Berg­man. - Jest pan spóź­niony o pięć mi­nut. - Spoj­rzał wy­mow­nie na ze­ga­rek.

- Przez ten mróz są cią­głe kło­poty z ko­mu­ni­ka­cją - tłu­ma­czył się spe­szony, strze­la­jąc spoj­rze­niem po ką­tach. - I jesz­cze te stada krów...

- Niech pan już da spo­kój, Ebert. - Ma­jor prze­rwał mu w pół zda­nia i lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką. - Przejdźmy do me­ri­tum, bo czas na­gli. Lada mo­ment Ro­sja­nie mogą od­ciąć nam szlaki ko­mu­ni­ka­cyjne i zo­sta­niemy, za prze­pro­sze­niem, z ręką w noc­niku na ku­pie złota.

Ebert po­słusz­nie za­jął miej­sce tuż obok Sorna i dys­kret­nie szep­nął mu do ucha:

- Masz ja­kieś pa­pie­rosy? Swoje zo­sta­wi­łem u He­leny...

Sorn wy­raź­nie wy­czuł do­la­tu­jący od niego za­pach al­ko­holu, ale nie miał za­miaru tego ko­men­to­wać. W ostat­nich cza­sach moc­niej­szych trun­ków nad­uży­wali wszy­scy, na­wet ko­biety, a roz­luź­nie­nie oby­cza­jów sta­wało się po­wszechne. Jak ni­gdy do­tąd me­mento "nie znasz dnia ani go­dziny" po­ja­wiało się na wielu ustach, sta­jąc się obo­wiąz­kową de­wizą miesz­kań­ców Bre­slau. Każdy, za­nim umrze, chciał skosz­to­wać wszyst­kich po­kus, ja­kie nio­sło ze sobą kru­che ży­cie, które w każ­dej chwili mo­gło zo­stać prze­rwane. Po­czę­sto­wał Eberta pa­pie­ro­sami szefa le­żą­cymi na stole i po­dał ogień. W tym cza­sie ma­jor zga­sił w po­piel­niczce nie­do­pa­łek gru­bego cy­gara, a ka­pi­tan Rit­ter strzep­nął nie­wi­doczny py­łek z bry­cze­sów i zlu­stro­wał wzro­kiem czubki sta­ran­nie wy­glan­so­wa­nych bu­tów. Or­dy­nans wy­fro­te­ro­wał je z rana szczotką ni­czym he­ba­nową po­sadzkę w pa­ła­co­wym holu. Lśniły czar­nym bla­skiem jak nowe.

- Który z pa­nów bę­dzie re­fe­ro­wał? - spy­tał ma­jor, prze­no­sząc wzrok od jed­nego do dru­giego ofi­cera, choć do­brze wie­dział, że zrobi to Georg.

- Je­żeli pan ka­pi­tan po­zwoli, to może ja - oświad­czył Sorn, wy­cią­ga­jąc plik pa­pie­rów z teczki, którą po­sta­wił tuż obok swo­jego krze­sła.

- Ależ pro­szę bar­dzo, pro­szę, po­rucz­niku Sorn - kry­go­wał się Rit­ter, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi.

On stał na sta­no­wi­sku, aby do­ku­men­ta­cję RSHA pu­ścić z dy­mem i nie ba­wić się w cho­wa­nego. Je­śli, nie daj Bóg, wpad­nie Ro­sja­nom w łapy, to głowy wielu nie­miec­kich dy­gni­ta­rzy, i nie tylko, po­sy­pią się ni­czym ulę­gałki po pierw­szych upa­łach. Ale ci u góry byli in­nego zda­nia. Trwali w swym upo­rze, że to jesz­cze nie ko­niec, że wun­der­waffe, no­men omen, uczyni cuda i losy wojny się od­wrócą. On tak idio­tycz­nych złu­dzeń już nie miał. Na­to­miast za­war­to­ścią po­zo­sta­łych skrzyń po­winni się po­dzie­lić i pry­snąć jak naj­da­lej stąd. Nie miał naj­mniej­szego za­miaru bro­nić Fe­stung Bre­slau do ostat­niej kro­pli krwi, jak z upo­rem ma­niaka na­wo­ły­wał Hanke. Ale gło­śno tego oznaj­mić nie mógł. Ma­jor Berg­man ucho­dził za praw­dzi­wego pa­triotę i ca­łym swoim ży­cio­ry­sem to po­twier­dzał. Po­czy­na­jąc od Ver­dun, a na ope­ra­cji "Wald" koń­cząc. Go­tów do­nieść, gdzie po­trzeba, i plu­ton eg­ze­ku­cyjny go­towy. Ka­pi­tan Kurt Rit­ter opra­co­wał za­tem swoje wła­sne za­sady za­bawy w cho­wa­nego i nie po­in­for­mo­wał o nich reszty ze­społu od mi­sji spe­cjal­nej.

Po­rucz­nik Sorn sta­ran­nie uło­żył na stole, tuż przed ma­jo­rem, kilka sfa­ty­go­wa­nych map szta­bo­wych Nie­der­schle­sien. Ob­rzu­cił je krót­kim spoj­rze­niem, aby spraw­dzić, czy przy­niósł wszyst­kie. Tuż obok roz­ło­żył ni­czym wa­chlarz plik gę­sto za­pi­sa­nych kar­te­czek. Się­gnął po pierw­szą z brzegu.

- W ostat­nim cza­sie spe­ne­tro­wa­li­śmy kilka miej­sco­wo­ści - za­czął swój wy­wód ze wzro­kiem utkwio­nym w kartce. - Za­czę­li­śmy od zba­da­nia nie­czyn­nych już ko­palni chro­mitu na wzgó­rzu Ge­iers­berg[20]. To na po­łu­dnie od Bre­slau, nie­da­leko, około trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów. - Roz­ło­żył jedną z map i trzy­ma­nym w ręce ołów­kiem wska­zał wspo­mniany punkt. - Znaj­du­jący się w są­siedz­twie ma­syw góry Si­ling[21] też speł­nia na­sze ocze­ki­wa­nia. - Po raz ko­lejny stuk­nął ołów­kiem w mapę. - Skrzy­nie można ukryć albo w sztol­niach, albo w pod­zie­miach ko­ściółka sto­ją­cego na sa­mym szczy­cie wzgó­rza. Jest tylko jedno ale... - za­wie­sił na mo­ment głos - nie wiem, czy zdą­żymy.

- A to dla­czego? - za­in­te­re­so­wał się Berg­man, za­kła­da­jąc nogę na nogę.

- Na dniach mają tam wejść, o ile już nie we­szły, od­działy 21. Kor­pusu Strze­lec­kiego ma­jora Ha­xmana i któ­ryś z dy­wi­zjo­nów prze­ciw­lot­ni­czych - wy­ja­śnił Sorn. - We­dług mnie nie damy rady za­cho­wać bez­względ­nej ta­jem­nicy. A ci z We­hr­machtu za nic mają na­szą ko­ron­kową ro­botę. We­dług nich w tej grze li­czą się tylko ar­maty, czołgi i tony wszel­kiego że­la­stwa. Roz­mowy o moż­li­wo­ści prze­gra­nej nie wcho­dzą w grę...

- Ra­cja - przy­tak­nął ma­jor. - Poza tym mam po­ważne po­dej­rze­nia, że za na­szymi ple­cami mo­gliby opróż­nić skrytki, za­nim wró­ci­li­by­śmy do Bre­slau. Wie­cie prze­cież, co się wy­pra­wia w do­mach opusz­czo­nych przez lo­ka­to­rów? - spy­tał na ko­niec re­to­rycz­nie.

Po­wszechny ra­bu­nek mie­nia był zda­niem Berg­mana plamą na ho­no­rze żoł­nie­rza nie­miec­kiego, ale na­wet su­rowe kary, ze śmier­cią włącz­nie, nie mo­gły temu za­po­biec.

Sorn rzu­cił ukrad­kowe spoj­rze­nie na Rit­tera, ale ten na­dal za­jęty był wy­łącz­nie sobą i swoim wy­glą­dem. Sku­bał ta­jem­ni­czy, nie­wi­doczny py­łek na rę­ka­wie mun­duru. Spra­wiał wra­że­nie mało za­in­te­re­so­wa­nego te­ma­tem, ale po­rucz­nik po tylu la­tach służby w wy­wia­dzie nie dał się na­brać na te jego miny.

- Kurt, a co pan o tym my­śli? - spy­tał obo­jęt­nym to­nem, przy­wo­łu­jąc go tym sa­mym do po­rządku. W końcu cała czwórka po­no­siła od­po­wie­dzial­ność za ope­ra­cję "Fel­sen[22]".

Ka­pi­tan wy­trą­cony z ot­chłani wła­snych my­śli bąk­nął enig­ma­tycz­nie:

- No cóż. Ja może bym za­ry­zy­ko­wał... Po jaką cho­lerę tłuc się dzie­siątki ki­lo­me­trów po mro­zie, z ru­skimi dep­czą­cymi po pię­tach?

Berg­man spoj­rzał na niego kry­tycz­nie i ge­stem za­chę­cił Sorna, aby kon­ty­nu­ował. Ebert z pa­pie­ro­sem w ustach prze­rzu­cał wzrok od jed­nego do dru­giego ofi­cera, lecz my­ślami był w zu­peł­nie in­nym miej­scu. Aku­rat w tym dniu, kiedy pe­ne­tro­wali Si­ling i Ge­iers­berg, miał hor­ren­dal­nego kaca i nic do niego nie do­cie­rało, nie mógł więc się wy­po­wie­dzieć.

- Do­sko­nałe wra­że­nie zro­biły na nas po­miesz­cze­nia fi­lii fa­bryki Te­le­fun­kena w Leu­bus[23], w pod­zie­miach daw­nego opac­twa cy­ster­sów - re­la­cjo­no­wał da­lej Sorn, wska­zu­jąc ma­jo­rowi na ma­pie po­ło­że­nie wspo­mnia­nej miej­sco­wo­ści. - Pod­ziemne hale zo­stały umoc­nione na wy­pa­dek bom­bar­do­wań, są windy, któ­rymi można bez pro­blemu prze­trans­por­to­wać ła­du­nek do wnę­trza, no i ro­bot­nicy, któ­rzy roz­ła­dują cię­ża­rówki i wniosą skrzy­nie do piw­nic.

- To tylko pięć­dzie­siąt parę ki­lo­me­trów od Bre­slau - wtrą­cił Ebert, aby Berg­man nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że on także ciężko się na­pra­co­wał. - Drogą na Lüben[24], od zjazdu z głów­nej szosy ja­kieś sześć do ośmiu ki­lo­me­trów. Trasa nie jest tak za­tło­czona jak na kie­runku po­łu­dniowo-za­chod­nim...

- Brzmi bar­dzo in­te­re­su­jąco - zgo­dził się ma­jor, śle­dząc pa­lec Sorna wę­dru­jący po ma­pie szta­bo­wej.

- Zwłasz­cza że na zle­ce­nie Mi­ni­ster­stwa Lot­nic­twa pro­wa­dzone są tam od ja­kie­goś czasu tajne prace nad ra­dio­lo­ka­cją, za­cho­wują więc da­leko idącą kon­spi­ra­cję i byle łajzy nie mają tam wstępu - mruk­nął pod no­sem mil­czący do tej pory Rit­ter.

- I to jest wła­śnie mi­nus tego miej­sca. - Sorn prze­rwał jego wy­wód i ner­wo­wym ru­chem od­gar­nął włosy z czoła. - Ro­sja­nie z miej­sca się o tym do­wie­dzą i prze­wrócą cały te­ren do góry no­gami, aby od­na­leźć prze­my­słową pla­tynę. Przez przy­pa­dek mogą na­tra­fić na na­sze skrzy­nie.

Ka­pi­tan po­słał mu spoj­rze­nie ba­zy­liszka, lecz nie ode­zwał się ani sło­wem. W du­chu mu­siał jed­nak przy­znać mu ra­cję.

Sorn się­gnął po ko­lejną gę­sto za­pi­saną kar­teczkę. Ro­zej­rzał się po ga­bi­ne­cie swo­jego szefa w po­szu­ki­wa­niu cze­goś do pi­cia. Od ga­da­nia cał­kiem za­schło mu w gar­dle. Jakby tego było mało, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie go su­szyło. Po­przed­niego wie­czoru wy­pił sporo wódki z ta­kim jed­nym, aby wy­cią­gnąć od niego po­trzebne in­for­ma­cje ob­jęte klau­zulą taj­no­ści. Krysz­ta­łowa ka­rafka z wodą stała na biurku. Berg­man pod­chwy­cił jego spoj­rze­nie i ski­nął głową. Po­rucz­nik od­szedł od stołu i po chwili wró­cił z ka­rafką w jed­nej ręce i dwiema szklan­kami w dru­giej. Na­lał do każ­dej wody i jedną po­dał ma­jo­rowi. Sam wy­chy­lił ze dwa, trzy łyki, ob­li­zał wargi i do­piero po tym kon­ty­nu­ował:

- W re­jo­nie Hir­sch­berg[25] mamy kilka wy­ty­po­wa­nych miejsc. Po pierw­sze: w Warm­brunn[26] w pa­łacu Schaf­fgot­schów. Choć nie je­stem tym po­my­słem za­chwy­cony. Po­noć Grund­mann już zwozi tam dzieła sztuki. Moim zda­niem tłok nie służy kon­spi­ra­cji.

- Co pan o tym są­dzi, Kurt? - spy­tał Berg­man, po­pi­ja­jąc wodę ma­łymi łycz­kami.

- Może Georg ma ra­cję - od­parł ka­pi­tan to­nem znawcy i od­chy­lił się w tył na krze­śle. - O dzia­łal­no­ści Grund­manna już wró­ble ćwier­kają na da­chu i wy­wiad ra­dziecki może bły­ska­wicz­nie wpaść na ten trop. Po­noć wy­kazy tych jego skry­tek zo­stały za­szy­fro­wane, ale dla ru­skich to ża­den pro­blem. - Wy­dął po­gar­dli­wie wargi i lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką. - Ale mówi się, że pod la­tar­nią naj­ciem­niej...

- Też prawda - mruk­nął Berg­man. - Pod­zie­mia pa­łacu to przy­zwo­ity scho­wek... I upil­no­wać ła­twiej niż gdzieś w le­sie...

- Miej­sce dru­gie znaj­duje się w re­jo­nie Krum­m­hübel - kon­ty­nu­ował Sorn, nie­zra­żony opi­nią swo­ich ko­le­gów. - Mamy tam kilka moż­li­wo­ści. Albo w szcze­li­nie pod Schne­ekoppe[27]. - Ołów­kiem wska­zał so­bie tylko znany punkt na ma­pie. - Miej­scowi mó­wią na nią "por­fi­rowa dziura". Albo po po­łu­dnio­wej stro­nie góry, w oko­li­cach miej­sco­wo­ści Pet­zer[28]. Do­jazd dużo lep­szy niż do Krum­m­hübel, co przy obec­nych wa­run­kach po­go­do­wych jest sprawą nie­ba­ga­telną. A chyba wszy­scy zda­jemy so­bie sprawę, że do wio­sny nie mo­żemy już cze­kać. - Się­gnął po szklankę z wodą i prze­płu­kał usta. - Moim zda­niem je­śli zde­cy­du­jemy się na Schne­ekoppe, to tylko tam - cią­gnął da­lej swój wy­wód. - Ist­nieje jesz­cze moż­li­wość ukry­cia skrzyń w nie­czyn­nych sztol­niach He­in­rich i Gu­staw w Se­ifen­grube[29], tyle że po tych opa­dach śniegu trzeba by za­pę­dzić ze dwu­dzie­stu lu­dzi do od­ko­pa­nia wej­ścia. Trudno by­łoby za­cho­wać pełną ta­jem­nicę. Chyba że weź­miemy więź­niów, któ­rych się po­tem zli­kwi­duje.

Rit­ter i Berg­man do­brą chwilę pil­nie stu­dio­wali roz­ło­żoną przed ich oczami mapę. Dość gło­śno dzie­lili się uwa­gami, roz­wa­żali każde za i prze­ciw. Kiedy ma­jor uznał pro­blem za wy­czer­pany, za­wisł na po­rucz­niku wy­cze­ku­ją­cym spoj­rze­niem swo­jego je­dy­nego oka. Sorn chrząk­nął i z kartką w ręce in­for­mo­wał da­lej

- Spe­ne­tro­wa­li­śmy wzgó­rze Rat­sch­berg[30], nie­opo­dal miej­sco­wo­ści Mo­is­dorf[31], na po­łu­dnie od Jauer[32]. Do­słow­nie kilka ki­lo­me­trów. To re­jon Bo­ber-Kat­zbach-Vor­ge­birge[33]. Jest to miej­sce ze wszech miar bar­dzo in­te­re­su­jące...

- W tym te­ma­cie aku­rat, po­rucz­niku Sorn, po­zwolę się z pa­nem nie zgo­dzić - wtrą­cił nie­spo­dzie­wa­nie Rit­ter i nie­mal ze­rwał się z krze­sła. - Wzgó­rze, może i ow­szem, na­daje się. Jak naj­bar­dziej. Jest i na­tu­ralna ja­ski­nia, są i stare wy­ro­bi­ska, które ła­two można za­ma­sko­wać jed­nym ze­rwa­niem skały albo na­wet za po­mocą zwy­kłej ko­parki. Tylko jest zbyt stromo, aby cię­ża­rówki wje­chały po za­śnie­żo­nym zbo­czu na od­po­wied­nią wy­so­kość. Trzeba by skrzy­nie wno­sić, a do tego po­trzebni są lu­dzie. W Mo­is­dorf nie ma ani fa­bryki, ani obozu pracy. Chyba że ma pan za­miar wo­zić w tym celu ro­bot­ni­ków z Bre­slau, tylko py­tam czym, skoro każda cię­ża­rówka i każda para rąk jest na wagę, no­men omen, złota. A prze­cież miej­sco­wych nie za­pę­dzę do tej ro­boty, bo to sami Niemcy. Nie każe pan chyba, pa­nie ma­jo­rze, roz­strze­lać Niem­ców? - spy­tał na ko­niec swo­jej ty­rady z pre­ten­sją w gło­sie, jakby on sam ni­gdy pod­czas koń­czą­cej się wła­śnie wojny ani razu nie wy­dał ta­kiego roz­kazu.

Ma­jor Berg­man spoj­rzał swoim je­dy­nym okiem na ka­pi­tana tro­chę z ukosa. Ten aku­rat sie­dział od jego dru­giej strony, po­zba­wio­nej or­ganu wzroku. Ar­gu­ment, któ­rego użył Rit­ter, nie prze­ma­wiał do jego wy­obraźni.

- Co pan na­gle zro­bił się taki wraż­liwy, ka­pi­ta­nie Rit­ter? - spy­tał z kpiną w gło­sie i się­gnął po pa­pie­rosa. - Je­śli mnie pa­mięć nie myli, to wy, z ge­stapo, z ni­kim się nie cac­ka­li­ście, na­wet z lud­no­ścią nie­miecką.

Rit­ter już otwie­rał usta, aby ode­przeć atak, ale Sorn nie miał za­miaru do­pu­ścić do dys­ku­sji na te­maty ide­olo­giczne. Szkoda było czasu na co­kol­wiek, a tym bar­dziej na spory nie­warte na­wet świeczki. Nie­zra­żony au­to­ry­ta­tyw­nym to­nem Kurta i zło­śli­wo­ściami Sta­rego, kon­ty­nu­ował wy­po­wiedź:

- Fakt, że miej­sce od­ludne, ale to je­dy­nie plus. Nikt nie­po­wo­łany nie pod­pa­trzy, gdzie ukry­wamy skrzy­nie. Od­le­głość od Bre­slau nie­wielka i do­jazd bar­dzo do­godny. Od au­to­strady ze dwa­dzie­ścia parę ki­lo­me­trów. To istotne z uwagi na wa­runki at­mos­fe­ryczne. Do­je­chać dzi­siaj do Krum­m­hübel przy tym mro­zie i tej ilo­ści śniegu, a póź­niej wtar­gać to wszystko pod Schne­ekoppe jest wię­cej niż pro­ble­ma­tyczne. A je­śli cho­dzi o siłę ro­bo­czą, ka­pi­ta­nie Rit­ter - zwró­cił się do es­es­mana - to niech pan nie udaje idioty. Każde dziecko wie o ist­nie­niu obozu kon­cen­tra­cyj­nego w Gross-Ro­sen[34], za­le­d­wie w od­le­gło­ści kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów od Mo­is­dorf. Można po­wie­dzieć, że po dro­dze. Tam więź­niów do pracy nie bra­kuje i je­śli pan ma­jor wy­stawi sto­sowne pi­semko, z pew­no­ścią kilku nam od­stą­pią.

- Je­śli już, Sorn, upie­rasz się przy sta­rych ka­mie­nio­ło­mach, to we­dług mnie wzgó­rze Wil­len­berg[35] bę­dzie bar­dziej od­po­wied­nie. - Rit­ter za­ło­żył swo­bod­nym ru­chem nogę na nogę i za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. - To je­dy­nie dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów da­lej, a w po­bli­skim mia­steczku Schönau są przy­mu­sowi ro­bot­nicy. O ob­szer­nej ja­skini we­wnątrz sta­rego wy­ro­bi­ska już nie wspo­mi­nam...

- Zgoda, ale... - Sorn za­wie­sił głos i spoj­rzał ba­daw­czo Rit­te­rowi w oczy. - Ja­kim cu­dem prze­do­sta­nie się pan cię­ża­rów­kami przez tę cho­lerną rzeczkę opły­wa­jącą wy­ro­bi­sko nie­omal ze wszyst­kich stron? Te dwa mostki są li­che i nie uniosą sa­mo­chodu ob­cią­żo­nego kil­ku­to­no­wym ła­dun­kiem. Już na­wet nie mó­wię o tej wą­skiej dro­dze wio­dą­cej u pod­nóża góry wzdłuż rzeki. Cię­ża­rówka ze­śliź­nie się do ko­ryta i ugrzęź­nie. No­sze­nie skrzyń przez mo­stek może do­strzec któ­ryś z miesz­kań­ców wio­ski czy sie­dzący w jed­nej lub dru­giej karcz­mie ja­kiś ma­ru­der. Je­śli sam nie do­bie­rze się do skrytki, to wy­pa­ple, gdy ru­scy chwycą go za gar­dło.

- Rzeczka przy tym mro­zie nie sta­nowi pro­blemu. - Rit­ter wsu­nął do ust ko­lej­nego pa­pie­rosa i za­pa­lił. - A miesz­kań­ców jak zwy­kle za­pę­dzi się do cha­łup i za­broni wy­ściu­bia­nia nosa pod groźbą za­strze­le­nia. W końcu w tej wsi Rövers­dorf, czy jak tam się ona na­zywa, jest tylko kilka cha­łup na krzyż...

Wy­miana zdań spra­wiała wra­że­nie zwy­kłej sprzeczki ry­wa­li­zu­ją­cych ze sobą ofi­ce­rów dwóch róż­nych służb, lecz Sor­nowi cho­dziło o coś wię­cej. Chciał, aby Kurt na­brał prze­ko­na­nia, że skrzy­nie zo­staną zło­żone wła­śnie w Mo­is­dorf lub Rövers­dorf. A on miał dla nich cał­kiem inne miej­sce. Nie tak oczy­wi­ste jak wzgó­rze Rat­sch­berg, Wil­len­berg, stare sztol­nie czy pa­ła­cowe piw­nice. Rit­ter łyp­nął wście­kłym okiem na Geo­rga, ale po­zo­sta­wił jego ko­lejne ar­gu­menty bez ko­men­ta­rza. On miał wszystko opra­co­wane w szcze­gó­łach i wszel­kie spory były zbędne. Strata czasu i ener­gii. Je­śli do­brze pój­dzie, weź­mie ze dwóch sze­re­go­wych i za­ła­twi sprawę po swo­jemu. Sorn, nie sły­sząc już wię­cej żad­nych uwag, się­gnął po ko­lejną kar­teczkę za­wie­ra­jącą szcze­góły ak­cji.

- Wi­zy­to­wa­li­śmy Riese[36] w Eu­len­ge­birge[37], ale moim zda­niem to nie jest naj­lep­sze miej­sce - re­fe­ro­wał da­lej. - Je­den z obiek­tów już zo­stał wy­peł­niony skrzy­niami, a wej­ścia wy­sa­dzono w po­wie­trze i za­ma­sko­wano. Dwa grzyby w barszcz to za­wsze za dużo. - Zer­k­nął na Rit­tera, lecz ten znowu po­grą­żył się we wła­snych my­ślach lub chciał spra­wiać ta­kie wra­że­nie. - Poza tym kręci się tam zbyt wielu lu­dzi i nie mam tu na my­śli se­tek więź­niów, tylko per­so­nel i miej­sco­wych. Nie mogę za­gwa­ran­to­wać, że ja­kaś tchórz­liwa świ­nia nie do­nie­sie póź­niej komu trzeba, co wi­działa, aby tylko ura­to­wać swoje par­szywe ży­cie. Do­jazd krętą gór­ską drogą pełną ser­pen­tyn w tych wa­run­kach at­mos­fe­rycz­nych także po­zo­sta­wia wiele do ży­cze­nia. Na or­ga­ni­zo­wa­nie trans­portu ko­le­jo­wego nie mamy już czasu.

- Zga­dzam się. W na­szym przy­padku nie można po­zwo­lić so­bie na fu­szerkę - nie­spo­dzie­wa­nie po­parł go Rit­ter i wy­cią­gnął nogi przed sie­bie. Wzrok za­to­pił w czub­kach swo­ich bu­tów. Wy­jąt­kowo nie zno­sił Riese, i jako miej­sca, i jako pro­jektu mar­nu­ją­cego pie­nią­dze, ma­te­riały bu­dow­lane i ener­gię, bez szans na re­ali­za­cję. "Ko­lejna mrzonka tej bandy z NSDAP", prze­mknęło mu przez myśl.

- By­li­śmy także w Re­ichen­stein[38], ale miej­scowa jed­nostka SS już zdą­żyła wpu­ścić wodę do sztolni... - wtrą­cił Ebert z obawy, że za­po­mnieli o jego obec­no­ści. Nie to­le­ro­wał, kiedy zby­wano go mil­cze­niem.

- A Pe­ters­dorf[39]? - Berg­man spoj­rzał py­ta­jąco na Eberta i Sorna. - By­li­ście w tam­tej­szej fa­bryce? O ile mnie pa­mięć nie myli, wy­kuli pod­ziemne hale fa­bryczne, bo jak się zdaje, mają pro­duk­cję zbro­je­niową i oba­wiali się bom­bar­do­wań.

Sorn mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką i się­gnął po ko­lej­nego pa­pie­rosa z le­żą­cej na stole pa­pie­ro­śnicy swo­jego szefa. Za­nim od­po­wie­dział na py­ta­nie, ze­rwał się z krze­sła i pod­szedł do okna. Uchy­lił je sze­roko. W ga­bi­ne­cie Berg­mana od dymu wy­pa­lo­nych przez ofi­ce­rów pa­pie­ro­sów zro­biło się szaro. Georg pstryk­nął za­pal­niczką i za­cią­gnął się głę­boko.

- Tamte też już są za­jęte - wy­ja­śnił, wy­pusz­cza­jąc gło­śno dym. - Przy­wle­kli ja­kiś trans­port aż znad mo­rza. Lo­ko­mo­tywa we­pchnęła wa­gony po pro­wi­zo­rycz­nych to­rach do wnę­trza tu­nelu i za­rwali kilka ton skał, które za­ma­sko­wały wej­ście. My już się tam nie zmie­ścimy. Nie wiem, czy oni, tam, na gó­rze, wy­obra­żają so­bie, że pół Eu­ropy upchniemy w pod­zie­miach Dol­nego Ślą­ska?

Na tak po­sta­wione py­ta­nie ma­jor nie znał od­po­wie­dzi i nie miał naj­mniej­szego za­miaru drą­żyć tego te­matu. W ostat­nich ty­go­dniach wszy­scy stali się draż­liwi po­nad miarę, a Hanke za każde gówno sta­wiał przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym. Było to ostat­nie miej­sce, które Berg­man chciałby po­znać z bli­ska, i to pod sam ko­niec wojny.

- Poza tym ja oso­bi­ście mam po­ważne za­strze­że­nia do lo­ko­wa­nia skrzyń w piw­ni­cach fa­bryk - do­dał Sorn.

Za­równo Berg­man, jak i Kurt po­słali w jego stronę zdzi­wione spoj­rze­nia.

- Może pan ja­śniej, po­rucz­niku? - po­pro­sił ma­jor. - Z ja­kiego to po­wodu?

- Moim zda­niem ta­kie wła­śnie miej­sca jak fa­bryki, zwłasz­cza pro­du­ku­jące broń czy ma­szyny - tłu­ma­czył, wpa­tru­jąc się w mapę roz­ło­żoną na stole - zo­staną spe­ne­tro­wane przez Ro­sjan w pierw­szej ko­lej­no­ści. W celu za­gar­nię­cia jakże po­trzeb­nego im sprzętu i su­row­ców. Zwłasz­cza tych do pro­duk­cji wun­der­waffe. Po­noć sami też nad tym pra­cują. Przy oka­zji mogą zna­leźć skrzy­nie.

- Lo­giczne - przy­tak­nął Berg­man. - Pro­szę kon­ty­nu­ować, po­rucz­niku. Czy to już wszystko?

Sorn po­krę­cił prze­cząco głową, wziął do ręki jesz­cze jedną kar­teczkę z tych le­żą­cych na stole i szybko prze­biegł wzro­kiem jej treść.

- Mo­żemy skrzy­nie umie­ścić w pod­zie­miach zamku Kyns­burg[40], we wsi Ky­nau[41]. Za­mek na­leży do hra­biego von Ze­dlitz, go­rą­cego pa­trioty i za­ufa­nego czło­wieka Hi­tlera. Ja­kiś czas temu sam za­ofe­ro­wał nam do dys­po­zy­cji swoje do­bra. Po­noć z po­miesz­cze­nia piw­nicz­nego pro­wa­dzi tajne przej­ście wprost do ko­mory tuż pod dzie­dziń­cem zamku. Za­mek w znacz­nej czę­ści jest już ru­iną, a taka kupa ce­gieł za­wsze sta­no­wiła do­sko­nały ka­mu­flaż. Tylko do­jazd nie tak do­godny jak do wzgó­rza Rat­sch­berg czy na­wet Wil­len­berg.

Sorn zro­bił krótką pauzę dla zwięk­sze­nia efektu i aby na­pić się znowu wody. Po chwili kon­ty­nu­ował:

- Na­to­miast w pod­zie­miach pa­łacu w Alt Schönau[42], także na­le­żą­cym do von Ze­dlit­zów, urzą­dzono wzmoc­niony be­to­nem schron. W oba­wie przed bom­bar­do­wa­niami - uprze­dził py­ta­nie ci­snące się na usta ma­jo­rowi. - Do­jazd od au­to­strady tą samą trasą, na Jauer. Można tam zło­żyć skrzy­nie, wej­ście za­mu­ro­wać, za­tyn­ko­wać i przy uży­ciu po­piołu z pieca po­sta­rzyć. Dla nie­po­znaki. Ła­two za­cho­wać ta­jem­nicę, bo na­wet przez przy­pa­dek nikt cie­kaw­ski nie pod­pa­trzy... Więź­niów do pracy weź­mie się po dro­dze, z Gross-Ro­sen... A po ak­cji roz­strzela...

Na bia­lut­kiej jak mleko twa­rzy Berg­mana, okra­szo­nej pie­gami ni­czym in­dy­cze jajo, po­ja­wił się uśmiech za­do­wo­le­nia.

- Tak, to na­prawdę do­sko­nały wy­bór. - Po­ki­wał rudą głową. Za­mek, a jesz­cze le­piej pa­łac, bar­dziej prze­ma­wiał do jego wy­obraźni niż ja­kaś grota w gó­rach, gdzie na­wet przez przy­pa­dek byle łajza czy ma­ru­der może tra­fić.

Rit­ter tej pro­po­zy­cji nie sko­men­to­wał. Po­dob­nie jak Berg­man uwa­żał, że to świetny wy­bór, i miał ci­chą na­dzieję, że Stary wskaże to miej­sce.

- Na ko­niec zo­sta­wi­łem miej­sce, moim zda­niem, awa­ryjne - oznaj­mił Sorn, zer­ka­jąc czuj­nie na Rit­tera. - Coś w za­na­drzu trzeba mieć. Cho­dzi mi o ka­za­maty Fe­stung Glatz[43]. Po pierw­sze: do­bry do­jazd, na­wet te­raz, przy tym mro­zie. - Z kar­teczką w dłoni wy­li­czał za­lety tego wła­śnie miej­sca. - Po dru­gie: twier­dza dys­po­nuje do­sta­teczną liczbą lu­dzi do pracy, i to ta­kich, któ­rych bez zbęd­nych ce­re­gieli można zli­kwi­do­wać po wy­ko­na­niu za­da­nia. Mie­ści się tam fi­lia obozu kon­cen­tra­cyj­nego Gross-Ro­sen i za­kłady prze­my­słowe, w któ­rych za­trud­nieni są ro­bot­nicy przy­mu­sowi. Z uwagi na pro­wa­dzoną pro­duk­cję zbro­je­niową te­ren nie jest ła­two do­stępny. Poza tym roz­po­częli czę­ściową ewa­ku­ację swo­ich urzą­dzeń. Przy tym wno­sze­niu oraz wy­no­sze­niu skrzyń i pa­kun­ków na­sze de­po­zyty nie­zau­wa­żone prze­śli­zną się do wnę­trza bu­dowli. Można je za­mu­ro­wać w pod­zie­miach. Jest tylko je­den po­ważny mi­nus...

- Tak? - Berg­man za­wie­sił na po­rucz­niku wy­cze­ku­jące spoj­rze­nie. Z wolna do niego do­cie­rało, że za­da­nie tylko z po­zoru wy­da­wało się ła­twe.

- Mówi się o prze­su­nię­ciu gra­nicy z Pol­ską na Nysę Kłodzką, więc ro­zu­mie się samo przez się... - wy­ja­śnił Sorn i uło­żyw­szy równo kar­te­luszki, ocze­ki­wał ko­lej­nych dys­po­zy­cji swo­jego szefa.

Berg­man wstał zza stołu i z rę­kami w kie­sze­niach spodni pod­szedł do okna. Z wy­so­ko­ści dru­giego pię­tra mro­wie lu­dzi pły­nące w jedną i drugą stronę ro­biło przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Z to­boł­kami na ple­cach, z tymi wóz­kami i san­kami gnali gdzieś przed sie­bie w na­dziei, że umkną swemu prze­zna­cze­niu. Było mu ich po pro­stu żal. Gdy usły­szał za swo­imi ple­cami gło­śne roz­mowy ofi­ce­rów cze­ka­ją­cych na jego roz­strzy­gnię­cie, od­wró­cił się w ich stronę i oświad­czył:

- Dzię­kuję wam, pa­no­wie. - Spoj­rzał na ze­ga­rek na prze­gu­bie ręki. - Spo­ty­kamy się o osiem­na­stej u mnie w ga­bi­ne­cie. Za­po­znam was ze swoją de­cy­zją. Ja­ka­kol­wiek by ona była, ju­tro, skoro świt, skrzy­nie mu­szą opu­ścić nasz bu­dy­nek. Do­sta­li­śmy do dys­po­zy­cji trans­por­to­wego jun­kersa i część trasy można po­ko­nać drogą po­wietrzną. Bę­dzie szyb­ciej. Za­nosi się na ocie­ple­nie i wów­czas tak syp­nie śnie­giem, że się nie po­zbie­ramy, a wszel­kie wy­cieczki poza mia­sto po­zo­staną w sfe­rze ma­rzeń.

* * *

Do­cho­dziła czwarta w nocy, gdy grupka sze­re­go­wych żoł­nie­rzy We­hr­machtu w po­cie czoła wy­no­siła z piw­nic i ła­do­wała do wnę­trza dwóch cię­ża­ró­wek Opel Blitz 3t, sto­ją­cych na we­wnętrz­nym dzie­dzińcu bu­dynku Po­li­ze­ipre­si­dium, skrzy­nie wy­peł­nione bli­żej nie­znaną im za­war­to­ścią. Na­wet nie przy­szło im do głowy spy­tać pil­nu­ją­cego ich pod­ofi­cera, co za­wie­rają. Już oni do­brze wie­dzieli, że zbyt­nia do­cie­kli­wość w ta­kich spra­wach może za­koń­czyć się nie­spo­dzie­wa­nym strza­łem w tył głowy. Im bli­żej końca wojny, tym bar­dziej ner­wowa at­mos­fera. Szep­tana pro­pa­ganda o li­kwi­da­cji zbęd­nych świad­ków ta­jem­ni­czych trans­por­tów mi­giem do­tarła do naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­nych, czyli tych od czar­nej ro­boty, więc im nic do tego, co upchnęła w skrzy­niach wła­dza, ta czy tamta. A za­pewne upchnęła coś okrop­nie cięż­kiego, bo nie­które skrzy­nie mu­sieli tar­gać we czte­rech. Ina­czej nie da­wali rady. Mimo trza­ska­ją­cego mrozu pot lał im się ciur­kiem po ple­cach i ka­pał z nosa ni­czym smarki pod­czas grypy. Gdy skoń­czyli za­ła­du­nek, wsko­czyli do cię­ża­ró­wek, a te po­woli z dzie­dzińca wy­to­czyły się na ulicę. Ko­lumnę pro­wa­dził kübel­wa­gen[44] z kie­rowcą i trzema ofi­ce­rami z tru­dem miesz­czą­cymi się w jego cia­snym i nie­wy­god­nym wnę­trzu. Przez przy­sło­nięte re­flek­tory sa­mo­cho­dów prze­są­czała się je­dy­nie wą­ska smużka świa­tła w nie­wiel­kim stop­niu roz­ja­śnia­jąca drogę przed nimi. W miarę pu­stymi o tej po­rze uli­cami prze­my­kali się w ciem­no­ściach ota­cza­ją­cej ich dłu­giej, zi­mo­wej nocy, mi­ja­jąc ko­lumny po­jaz­dów woj­sko­wych i grupy Volks­sturmu. Lo­do­waty wiatr wci­skał się pod plan­deki, prze­ni­kał przez woj­skowe płasz­cze, które nie chro­niły przed zim­nem mro­żą­cym do szpiku ko­ści. Gdy do­tarli na lot­ni­sko Klein-Gan­dau[45], za­równo ofi­ce­ro­wie, jak i sze­re­gowcy szczę­kali zę­bami jak nie­mow­lęta grze­chot­kami.

- Wy­sia­dać, ga­mo­nie! Ru­szać się! Mi­giem! - wrzesz­czał Rit­ter, od­chy­la­jąc plan­dekę cię­ża­rówki.

Żoł­nie­rze wy­sy­pali się je­den po dru­gim i mo­men­tal­nie zro­biło się im go­rąco, gdy po raz ko­lejny zła­pali za cięż­kie skrzy­nie. Tar­gali je tym ra­zem z cię­ża­ró­wek do wnę­trza cze­ka­ją­cego na be­to­no­wym pa­sie star­to­wym nie­wiel­kiego sa­mo­lotu trans­por­to­wego. Niebo nad mia­stem ja­śniało i w bla­dej po­świa­cie wsta­ją­cego dnia dał się do­strzec sto­jący nie­opo­dal szary bu­dy­nek lot­ni­ska z wieżą kon­troli lo­tów. Na­wet je­śli kto­kol­wiek w nim urzę­do­wał, przez liczne, za­ciem­nione czar­nym pa­pie­rem okna na ze­wnątrz nie wy­do­stał się ani je­den pro­my­czek świa­tła. Sorn i Ebert dy­ry­go­wali żoł­nie­rzami, mimo woli pod­da­jąc się ner­wo­wej at­mos­fe­rze wpro­wa­dzo­nej przez Kurta. Darli się na cały głos:

- Szyb­ciej! Ru­szać się! Prze­bie­ra­cie no­gami jak te mu­chy w mazi!

Tu­pot twar­dych po­de­szew żoł­nier­skich bu­tów o sta­ran­nie oczysz­czony ze śniegu be­ton roz­le­gał się echem w ci­szy nad­cho­dzą­cego po­ranka. Białe ob­łoczki pary ula­ty­wały z ust za­równo do­zo­ru­ją­cych za­ła­du­nek ofi­ce­rów, jak i uwi­ja­ją­cych się w po­cie czoła sze­re­gow­ców. Po pół­go­dzi­nie praca do­bie­gła końca i pi­lot za­pu­ścił sil­niki. Ofi­ce­ro­wie wsko­czyli do wnę­trza sa­mo­lotu, który bły­ska­wicz­nie ru­szył przed sie­bie i po chwili wzbił się w po­wie­trze. Sze­re­gowcy zaś wdra­pali się na pakę pu­stej już cię­ża­rówki i wci­snęli tyłki na wą­skie ła­weczki umo­co­wane wzdłuż bo­ków. Dy­szeli ciężko i ocie­rali rę­ka­wami pot ka­piący z czoła i nosa. Nie­któ­rzy wy­cią­gnęli z kie­szeni spodni pa­pie­rosy i za­pa­lili ze sma­kiem. Nie zdą­żyli jesz­cze wy­pa­lić do końca, gdy do­tarł do nich roz­ry­wa­jący bę­benki w uszach huk wy­bu­cha­ją­cych nad ich gło­wami bomb.

Przy­pisy

[1] feld­grau (niem.) - po­lowa sza­rość
[2] obe­rleut­nant (niem.) - po­rucz­nik
[3] Schlos­splatz - dzi­siaj plac Wol­no­ści
[4] Po­li­ze­ipre­si­dium (niem.) - sie­dziba po­li­cji
[5] Schwe­id­nit­zer Stad­gra­ben - dzi­siaj ulica Pod­wale
[6] NSDAP - Na­ro­do­wo­so­cja­li­styczna Nie­miecka Par­tia Ro­bot­ni­ków
[7] Fe­stung Bre­slau - twier­dza Wro­cław
[8] gau­le­iter Nie­der­schle­sien - na­czel­nik Dol­nego Ślą­ska
[9] Volks­sturm (niem.) - szturm lu­dowy, for­ma­cja o cha­rak­te­rze po­spo­li­tego ru­sze­nia
[10] wun­der­waffe (niem.) - cu­downa broń
[11] haupt­sturm­füh­rer (niem.) - sto­pień pa­ra­mi­li­tarny od­po­wia­da­jący stop­niowi ka­pi­tana w si­łach zbroj­nych
[12] RSHA (niem.) - Główny Urząd Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy
[13] SS (niem.) - od­dział ochronny NSDAP
[14] Ca­na­ris - je­den z przy­wód­ców opo­zy­cji an­ty­hi­tle­row­skiej
[15] leut­nant (niem.) - pod­po­rucz­nik
[16] Abwehra - nie­miecki or­gan wy­wiadu i kontr­wy­wiadu
[17] sturm­ban­n­füh­rer (niem.) - sto­pień pa­ra­mi­li­tarny od­po­wia­da­jący stop­niowi ma­jora w si­łach zbroj­nych
[18] Krum­m­hübel - dzi­siaj Kar­pacz
[19] Schel­len­berg - szef wy­wiadu
[20] Ge­iers­berg - dzi­siaj wzgó­rze Ra­du­nia
[21] Si­ling - dzi­siaj góra Ślęża
[22] Fel­sen (niem.) - głaz
[23] Leu­bus - dzi­siaj Lu­biąż
[24] Lüben - dzi­siaj Lu­bin
[25] Hir­sch­berg - dzi­siaj Je­le­nia Góra
[26] Warm­brunn - dzi­siaj Cie­plice Ślą­skie
[27] Schne­ekoppe - dzi­siaj góra Śnieżka
[28] Pet­zer - dzi­siaj Pec Pod Śnieżką (Cze­chy)
[29] Se­ifen­grube - dzi­siaj Biały Jar (jar w Kar­ko­no­szach)
[30] Rat­sch­berg - dzi­siaj wzgó­rze Ra­taj
[31] Mo­is­dorf - dzi­siaj My­śli­bórz
[32] Jauer - dzi­siaj Ja­wor
[33] Bo­ber-Kat­zbach-Vor­ge­birge - dzi­siaj Po­gó­rze Ka­czaw­skie
[34] Gross-Ro­sen - dzi­siaj Ro­goź­nica
[35] Wil­len­berg - dzi­siaj wzgó­rze Wie­li­sławka
[36] Pro­jekt gór­ni­czo-bu­dow­lany III Rze­szy, do dziś nie wy­ja­śniono celu jego bu­dowy.
[37] Eu­len­ge­birge - dzi­siaj Góry So­wie
[38] Re­ichen­stein - dzi­siaj Złoty Stok
[39] Pe­ters­dorf - dzi­siaj Pie­cho­wice
[40] Kyns­burg - dzi­siaj za­mek Grodno
[41] Ky­nau - dzi­siaj Za­gó­rze Ślą­skie
[42] Alt Schönau - dzi­siaj Stara Kra­śnica
[43] Fe­stung Glatz - dzi­siaj twier­dza Kłodzko
[44] Kübel­wa­gen - sa­mo­chód oso­bowo-te­re­nowy kon­struk­cji nie­miec­kiej z okresu II wojny świa­to­wej. Była to woj­skowa wer­sja sa­mo­chodu oso­bo­wego Volks­wa­gen.
[45] Klein Gon­dau - dzi­siaj Gą­dów (dziel­nica Wro­cła­wia)