Złoto Pilicy - Jarosław Bogusiak

Kup ebooka

4.25 zł
3.53 zł (3,61 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Polska centralna. Luty 1584

Po długotrwałych mrozach i zamieciach po gościńcach hulających, nastała odwilż i deszcze ulewne padać zaczęły. Gościńce rozmiękły i wozy grzęzły w rzadkim błocie. W nocy przymrozek ścinał po wierzchu, to co w dzień rozmiękło.

Karawana pojazdów wiozących Anglików z rodzinami i sługami posuwała się niemrawo.

Koła łamały kruchy lód i zapadały się po osie. Podróż stała się nużąca i beznadziejnie powolna. Jedynym wyjściem, by przyspieszyć tempo, zaproponowanym przez przewodników, było wykorzystanie rzek pokrytych jeszcze grubym lodem, jako gościńców. Ale trzeba się było spieszyć, by odwilż nie osłabiła kruchej pokrywy.

Posuwali się odtąd szybciej, ale niepokój na stałe zagościł w ich sercach. Żona mistrza Dee, Jane, tuliła do obfitej piersi dzieci, modliła się nieustannie i trwożliwie podskakiwała za każdym głośniejszym skrzypnięciem koła wozu. Podobnie zachowywała się żona Kelleya, ale nie tuliła dzieci, bo po pierwsze ich nie miała, a po drugie nie miała do czego, co mąż jej często wypominał.

Sam Kelley kołysał się na koźle, zobojętniały na wszystko. Przyczyną tego było częste pociąganie z kamionkowej flaszy, wypełnionej niedawno w Łasku czarodziejskim napojem, który wprowadzał w szarą polską rzeczywistość elementy baśniowe.

Natomiast Mistrz Dee był zachwycony. Z ciekawością obserwował mijany krajobraz, rosochate wierzby ciągnące się rzędami wzdłuż rzeki, kępy suchych traw zwarzonych przez mróz, teraz oblepionych kroplami wody, błyszczącymi jak ...kryształy, które tak kochał. Minęli rozwaloną, szopę w której szparach wiatr wygrywał melancholijne tony, przypominające kujawiaki grane przez wiejską kapelę, jakby przetworzone przez francuskiego pianistę.

Pod koniem mistrza lód zatrzeszczał złowieszczo. Koń zastrzygł uszami i stanął jak wmurowany.

Jane spojrzała z niepokojem na męża. On uspokajająco pokiwał na boki głową, uśmiechnął się do niej szeroko i... w tym momencie lód się załamał.

Pilica to rzeka niosąca w swym nurcie wiele piasku. Potrafi jednego dnia nanieść go tyle, że w miejscu głębokim wczoraj, dziś chodzi się po płyciźnie do kostek.

W takim miejscu trzasnął lód i Dee z koniem stanęli na dnie zaledwie pół metra niżej.

Jane odetchnęła z ulgą, a uśmiechnięty mąż zeskoczył z konia prosto w miejsce, gdzie kończyła się łacha piachu i zaczynała głębia. W jednej chwili zniknął pod lodem wciągnięty przez mokre futro i bystry nurt.

- Już po nim - rzekł Kelley, z trudem maskując zadowolenie. Od dawna ciążyła mu zależność od Mistrza, a doszła do tego skrywana żądza, by posiąść jego ponętną żonkę. Mistrz stał na drodze jego nieczystym zamiarom, tym bardziej, że Jane autentycznie kochała i podziwiała swego dziwacznego uczonego męża.

- Panie, niedaleko jest klasztor braci Cystersów - odezwał się przewodnik - nie odmówią gościny tak szlachetnym osobom, a za duszę świętej pamięci Mistrza Dee, mszę odprawią.

- Prowadź - zdecydował Kelley, a sam wsiadł na wóz domniemanej świeżej wdowy, by pocieszyć ją po śmierci Mistrza.

- Eeedek - zaskrzeczała jego własna, czujna jak Inkwizycja, żona - chodź tu do mnie. Przymocuj mocniej kufry, bo się obluzowały i obijają mi nogi. Zobacz, jakie mam sińce.

Podkasała spódnicę i pokazała rzeczywiście sine, chude nogi. Kelley wzdrygnął się niechcący, ale posłusznie wrócił na wóz ślubnej połowicy.

Na brzegu rzeki ukazały się białe mury klasztoru, opasane słusznymi murami, z wieżami obronnymi.

Nikt z podróżnych nie spodziewał się takiej fortecy wśród lichych wiosek i zapyziałych miasteczek mijanych po drodze. Przewodnik pociągnął za sznurek dzwonka przy furcie klasztornej i wnet uchyliło się okienko.

- A kogóż tam wszyscy święci prowadzą? - zapytał furtian.

- Chrześcijanie w potrzebie, uczciwi ludzie, jako i wy. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, wpuśćcie.