2
Take a look around me
Taking pages from a magazine
Been looking for the answers
Ever since we were seventeen.
- Welshly Arms, Legendary
Dwa tygodnie później
Pewnie większości się wydaje, że największe interesy gangsterzy robią w wielkich hotelach albo podczas wystawnych imprez. Tak postępuje tylko dno półświatka. Prawdziwy biznes od zawsze prowadzony jest w spelunach i miejscach, w których normalnie żaden z nas nie postawiłby kroku.
Hotel Róża jest oddalony jakieś trzydzieści kilometrów od Wrocławia w kierunku Opola, przy zjeździe z A4. Parkuję na tyłach, tak jak zostałem poinstruowany. Mam nie wysiadać, dopóki ktoś po mnie nie przyjdzie. To zrozumiałe, każdy chce się upewnić co do bezpieczeństwa.
Otwieram portfel i spoglądam na zdjęcie. Jedyne, które mamy zrobione razem. Zapis z monitoringu jest dla mnie jedyną pamiątką. Kilka następujących po sobie uderzeń w szybę wyrywa mnie z zadumy. Podnoszę wzrok, jednocześnie składając zdjęcie.
Wysiadam z samochodu, zapinam górny guzik marynarki i ruszam za nieznajomym. Nie wymieniamy ze sobą żadnych uprzejmości. Jest to kompletnie zbędne. Otwiera przede mną drzwi dla obsługi i wpuszcza mnie do środka. Pokonując kolejne metry korytarza, rozglądam się po suficie. Nie widzę na nim żadnego monitoringu. Tak jak się umawialiśmy. Na końcu znajdują się drzwi, przez które wchodzę na kuchnię. Czuję unoszący się smród, jakby coś tutaj zdechło. Zasłaniam nos ręką. Jak ludzie mogą, kurwa, jadać w takich miejscach?
Staje przede mną znajoma postać. Spotkania po latach powinny należeć do przyjemnych, ale czy to właśnie takie będzie? Nadal próbuję się odnaleźć w nowej dla siebie sytuacji. Chociaż znam to życie od podszewki, to na razie wydaje mi się całkowicie obce.
- Kopę lat. - Uśmiecha się do mnie barczysty mężczyzna z tatuażem na szyi. - Punktualny jak zawsze - dodaje, podając mi dłoń.
Uścisk standardowo jest pewny i długi. Nie puszczam, dopóki on tego nie zrobi. To szczegół, ale cholernie istotny. Tutaj najmniejsza słabość wyczuwana jest od razu, a ja nie jestem słaby. Dłużej nie mogę okazywać emocji, bo to one prowadzą mnie po ścieżce do dawnego znajomego - śmierci. Kiedy kostucha czeka na ciebie za rogiem, nie możesz odczuwać strachu. Oczekiwanie na jej przyjście jest gorsze od samego aktu.
Wchodzimy do kolejnego pokoju. Na środku stoi stół przypominający poprzednie stulecie, a nakryty jest obrusem nawiązującym do komuny. Na blacie stoi dzbanek wypełniony - chyba - kompotem. Smród z kuchni unosi się też tutaj. Ciężko mi złapać oddech w takich warunkach. Zajmuję jedno z trzech krzeseł przy stole.
- Myślałem, że wypadłeś z obiegu - mówi do mnie Czarny, siadając naprzeciwko.
- Nie ufałbym plotkom - odpowiadam spokojnie.
Drugie krzesło zajmuje jego wspólnik, Ryba. Jak to w życiu bywa, jeden z nich jest silny, bezwzględny i przerażający, ale to tego drugiego należy się tak naprawdę bać. Ryba należy do myślicieli, ludzi zapatrzonych na cel. Potrafi godzinami odtwarzać w głowie scenariusze jednej akcji, tak żeby doprowadzić ją do perfekcji.
W tej branży nie można nikomu ufać. Nie istnieje honor pomiędzy gangsterami. Przekonałem się o tym niejednokrotnie. Dlatego do każdej roboty podchodzę w ten sam sposób. Dopóki będę komuś potrzebny, to nic mi nie grozi. W momencie, kiedy sytuacja ulegnie zmianie, muszę dbać tylko o swój interes i bezpieczeństwo.
- Podobno ostatnimi czasy prowadzasz się z kurwą... - zaczyna Ryba, nawet na mnie nie patrząc. Zaciskam pięści pod stołem. - Skąd mogę mieć pewność, że sam się nie zeszmaciłeś?
- Kurwą? - parskam. - Nie przypominam sobie, żebym spotykał się z twoją matką... Dobrze wiesz, że na mnie to nie zadziała, więc albo przechodzimy do interesów, albo nadal smyramy się po kutasach.
- Stary dobry Śnieg - rzuca Czarny, kręcąc głową.
- Nie taki stary, a tym bardziej dobry - odpowiadam bez zastanowienia. - Panowie... - Wstaję z krzesła i kątem oka widzę, jak Ryba sięga pod marynarkę. - Jeżeli mamy ze sobą cokolwiek zrobić... to nie może to wyglądać w ten sposób. Ryba. - Spoglądam mu w oczy. - Czy kiedykolwiek ktoś ze środowiska mógł powiedzieć o mnie, że jestem kurwą? Czy kiedykolwiek widziałeś jakieś białko na mnie?
- Czyli plotki nie były prawdziwe? - dopytuje.
- W każdej miejskiej legendzie jest ziarnko prawdy, ale to, co powinno cię interesować, to nie to, czy ruchałem policjantkę. Może po prostu wziąłem sobie za bardzo do serca to nasze stare stwierdzenie "jebać psy". W każdym razie najważniejsze dla ciebie powinno być to, czy możesz mi zaufać...
- Mogę?
- Nie - odpowiadam spokojnie. - Tak samo jak ja nie mogę zaufać tobie, ale to normalny układ w naszych stosunkach. Jesteśmy tutaj po to, żeby ubić interes, a nie trzymać się za ręce, idąc w kierunku zachodzącego słońca. Więc albo przechodzimy do konkretów, albo wychodzę stąd i zapominam o tej rozmowie.
- Poczekaj - mówi Ryba. - Potrzebujemy chemika - stwierdza w końcu.
- I do tego wam jestem potrzebny? - parskam. - Takich lata sobie po mieście na pęczki. Nie wiedziałem, że zaczęliście się bawić w drobnicę.
- Daj mi dokończyć. - Opiera łokcie na stole i podpiera brodę na dłoniach. Wzrokiem wskazuje krzesło, na którym ponownie siadam. - Chemik to tylko początek naszych problemów. Gdyby chodziło o kogoś zwykłego, to nie rozmawiałbym o tym z tobą.
- A więc o co chodzi? - pytam zaciekawiony.
Ryba szturcha ręką Czarnego. Ten wychodzi na chwilę, a za moment wraca. Kładzie na stół dwa czarne zawiniątka i nóż. Obaj spoglądają na mnie. Nie mam zamiaru zostawić swoich łapek na paczkach.
- Rękawiczki - mówię do Czarnego, a on patrzy zdezorientowany. - Chyba rozumiecie, nawiązuję właśnie do zaufania.
- Na co czekasz? Zapierdalaj do kuchni! - odzywa się donośnie Ryba do Czarnego.
- Zabawnie jest patrzeć, jak tak wielki chłop zapierdala na każde twoje słowo - mówię do niego. - Ale nie ma się co dziwić. Wszyscy wiemy, że to nie on stanowi prawdziwe zagrożenie. To ty jesteś socjopatą, bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia, bez resztek ludzkich odruchów...
- Dziękuję za komplement - odpowiada uprzejmie.
- Co jest w cegłach? Koks, feta, helupa...?
- Poczekaj, aż sam zobaczysz.
Czarny wraca do pokoju, trzymając w dłoniach dwie czarne rękawiczki. Podaje mi je, a ja zaciągam je po same nadgarstki. Chwytam za nóż i rozcinam wzdłuż obie paczki. Wysypuję odrobinę z każdej z nich na stół i zaczynam kreślić, nie mieszając ze sobą towarów.
- Piko - zauważam.
- Jesteś pewny? - odpowiada Ryba z szyderczym uśmiechem na ustach.
Nachylam się i oglądam z bliska. Wygląda idealnie, czysta postać metamfetaminy. Nie praktykuję i nie praktykowałem nigdy tego gówna. Najlepiej trzymać się od tego z daleka. Jest obecnie jedną z najbardziej poszukiwanych substancji. Ciężko uzyskać ustabilizowaną formę, taką jak ta na stole. O wiele częściej spotyka się odpad w kolorze brązowym, przypominający oszczany śnieg.
- Jestem.
- Poniekąd masz rację. - Ryba wstaje od stołu, wyciąga z kieszeni banknot, zwija go i wtyka sobie do nosa. - Ale czy gdyby naprawdę tak było, to mógłbym zrobić to? - pyta i zaczyna wciągać wszystko z prawej kupki usypanej przede mną.
Taka ilość powinna go wprawić w psychozę i drgawki. Konsekwencją takiej ilości kryształu przyjętego w jednej chwili jest śmierć. On jednak stoi przede mną i się uśmiecha. Jedyne, co mu dolega, to krwawiący nos, ale to mnie nie dziwi. To gówno jest jak pokruszone szkło.
- Widzisz, jedno i drugie powinno być piko i teoretycznie tak jest. Problem w tym, że jedno działa, a drugie tylko wygląda.
- Różnice produkcyjne? - pytam.
- Technologia ta sama, jedyne, co się różni, to dostawca substratu. Czyli doskonale wiesz, o co chodzi.
- Powiedzmy, że coś mi się obiło o uszy. Efedrynę do tej działającej macie gdzieś stąd, pewnie ze Słowacji, a ta druga daleki wschód?
- Dokładnie. Kiedy pokazywali nam proces produkcji, wszystko wychodziło idealnie. Towar był o wiele lepszy niż ten, który lata w Europie. Ale...
- Kiedy wróciliście na miejsce i próbowaliście go powtórzyć, to kończyło się na tworzeniu bezużytecznego kawałka szkła. Nikt stąd nie jest w stanie wam pomóc i to dlatego odzywacie się do mnie.
- Tak. Chyba sam rozumiesz dlaczego.
- Od dawna nie mam kontaktu z Amirem.
- Ale możesz mieć.
- Problem w tym, że nie jestem pewny, czy chcę.
- Potrzebujemy rozwiązania, jeśli nam w tym pomożesz...
- To co? Ozłocisz mnie? - parskam. - Myślisz, że pieniądze mają dla mnie znaczenie?
- Tego nie wiem, ale jednego jestem pewny. Tak samo jak my ciebie, tak ty nas potrzebujesz. - Uśmiecha się. - Nie pytam dlaczego, choć mam na to pewną teorię. Pieniądze będą dla ciebie tylko dodatkiem. No i będziemy ci winni przysługę.
- Dużo tego macie?
- Kilka ton.
- Kilkadziesiąt milionów euro wyjebanych na efedrynę z neutralizatorem.
- Czyli miałem rację...
- Miałeś, dlatego nie wspomniałeś na początku o podłożu problemu. Jest jedna zajebiście, ale to zajebiście ważna kwestia, o której nie pomyślałeś. Chemik, który jest w stanie to ogarnąć, to osoba z grona twojego dostawcy, a on nie odda ci go ot tak. Pewnie proponowali inną cenę za materiał, a inną za produkt, prawda?
- Nie chcieli sobie zniszczyć łańcucha dostaw.
- Skoro wiedziałeś o tym od początku, to po co wszedłeś z nimi w jakiekolwiek interesy?
- Nie wiedziałem.
- To oznacza, że jesteś głupszy, niż myślałem - mówię, patrząc mu prosto w oczy.
- A kto powiedział, że zapłaciłem za to, co leży przed tobą?
Widzę, jak w jego oczach pojawia się ta cholerna furia, którą znam z przeszłości.
- Chemik zapadł się pod ziemię? A ja mam go znaleźć?
- Chyba rozumiesz, że nie jestem mile widziany na terenie Kabulu.
- To będzie cię kosztować o wiele więcej niż tylko przysługę i pieniądze - odpowiadam i wstaję od stołu.
- To oznacza zgodę?
Zatrzymuję się przy drzwiach i spoglądam na jego dłoń na moim barku. Przenoszę wzrok na jego oczy, a on zabiera rękę. Klepię go delikatnie po ramieniu.
- To oznacza, że jestem w stanie przemyśleć twoją propozycję.