Złoto Czerwonych Skał - Antoni Ferdynand Ossendowski

Kup ebooka

5.00 zł
4.29 zł (5,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Złoto czerwonych skał

Mróz tężał. W jego śmiertelnym uścisku pękała lodowa powierzchnia jeziorka, co leżało pod grubą pokrywą śnieżną, znacząc się ciemnym otokiem żałosnych trzcin i szuwarów.

Dokoła stała milcząca, nasępiona puszcza - straszliwa, podstępna zawsze "tajga" syberyjska.

Świerki, koszlawe i pokraczne, opuściły szerokie łapy, obciążone wysokiemi czapami śniegu. Olchy, osiki i brzozy wyciągały ku niebu nagie gałęzie, okryte srebrzystą sadzią, skrzącą się na słońcu miljonami djamentów. Blade niebo, jakgdyby zamarznięte, nie wchłaniało słabych promieni światła, odrzucając je na biel ziemi - uśpionej lub umarłej.

W puszczy panowała cisza, przygnębiająca i beznadziejna.

Odczuwał ją człowiek, stojący nad wyrąbaną przeręblą i oglądający dopiero co wyciągnięty wieńcierz, w którym uwikłało się kilka dużych ryb.

Człowiek ten, o młodej twarzy i miękkim zaroście na chudych policzkach, zwracał niebiesko-szare oczy ku tajdze, a wtedy w źrenicach jego miotało się przerażenie i rozpacz.

Z niewysłowioną radością pochwytywał on najsłabszy dźwięk, zrzadka dobiegający z mateczników leśnych. Gdzieś daleko z suchym trzaskiem rozpękł się stary pień świerkowy, na kamień zmarznięty; z innej strony echo przyniosło urwany skrzek sójki. To i - wszystko. Poza tem - cisza bezbrzeżna, otchłanna i martwa.

Wydobywszy ryby i opuściwszy sieć pod lód, człowiek zaczął wchodzić na wysoki brzeg. Tam, wśród brzóz stała chatka, a raczej barłog, sklecony z okrąglaków i okryty nieheblowanemi szczapami. Niziutkie drzwi i jedyne okienko, zaklejone przetłuszczonym papierem, widniały od strony południowej.

Człowiek pchnął drzwi nogą i wszedł do półciemnej izdebki.

Mały, bury piesek, kosmaty i ponury, wstał na jego spotkanie i, przechyliwszy głowę nabok, strzygł śpiczastemi uszkami i z ciekawością przyglądał się zdobyczy.

Położywszy ryby na stole, człowiek ogarnął wzrokiem swoją siedzibę.

Znał ją dobrze, bo trzeci to już rok mieszkał na tem odludziu, w obcej ziemi, w nędznej norze, skazany na niechybną śmierć, która tylu innych porwała w swe zimne objęcia.

Tuż koło ogromnego, niezgrabnego pieca rosyjskiego, stała szeroka prycza z siennikiem, poduszką i czarnym kożuchem baranim. Na ścianie nad posłaniem wisiała skóra niedźwiedzia, a na niej obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, jakaś fotografja i strzelba.

Pod okienkiem mieścił się stół, a na nim - kilka książek polskich, blaszanki z prochem i przyrządy do wiązania sieci. Na przypiecku leżała siekiera, duży nóż; na półce stał kociołek, kilka garnków glinianych i trzy kubki blaszane.

Mieszkaniec chatki westchnął głośno.

Przypomniał sobie, że jeszcze w 1905 r. studjował w Akademji Górniczej w Krakowie, lecz podczas pobytu w Warszawie porwała go fala rewolucji, zmusiła spoliczkować moskiewskiego żandarma i podzielić los tysięcy wygnańców polskich, rzuconych przez dzikiego najeźdźcę na poniewierkę i śmierć w niedostępnych uroczyskach tajgi syberyjskiej.

Nie miał już imienia i nazwiska, figurując na liście zesłańców politycznych, jako Nr. 817. Nikt tu nie wiedział, że nazywano go niegdyś Henrykiem Łoskim. Wiedziały zato władze syberyjskie, że nie przetrzyma dziesięciu lat wygnania i że nigdy nie powróci już do dawnego życia. Pozwolono mu umierać powolnie, lub w szale rozpaczy rozsadzić sobie głowę wystrzałem ze strzelby, usłużnie podsuwanej przez policję najdalej osiedlonym zesłańcom.

Henryk Łoski miał zaledwie 27 lat, posiadał dobre zdrowie i niewyczerpany zasób sił. O śmierci więc nie myślał, a z samotnością, mrozem i głodem walczył zacięcie i zwycięsko. Zawdzięczał to nieprzerwanej pracy. Opatrzył i tak naprawił chatę i piec, że najostrzejsze mrozy i szalone śnieżyce nie miały już nad nim mocy. Wymyślił pułapki i sidła niezawodne na sobole, kuny i przeróżne ptactwo. Za drogie futerka nabył w dalekiej wsi worek żyta, piłę, dłuta, rydle i kilof, sporządził sobie sochę drewnianą, wypalił szmat lasu i założył pole.

Nie zaznał ani razu zimna i głodu. Dokuczała mu tylko i truła go samotność. Odpędzał ją, czytając przywiezione ze sobą książki. Znał je na pamięć, lecz, przeczytując je po raz setny, znajdował zawsze coś nowego i coraz bardziej porywającego go i krzepiącego na duchu.

Łoski spostrzegł, że papier, zastępujący szyby, zarumienił się nagle.

Zimowe dni na Syberji krótkie są straszliwie i, chociaż dobiegała dopiero godzina 4-ta, słońce zapadać już zaczęło za puszczę.

Zmierzch zgęszczał się coraz szybciej.

Łoski zapalił lampkę łojową i postawił ją na stole. Dorzuciwszy kilka drzazg na jarzące się w piecu węgle, wziął ryby i wyszedł na dwór.

Już skończył z tem i zawrócił ku domowi, gdy łososiowate, najbardziej poszukiwane na Syberji ryby, powiesił na gałęzi brzozy, a czwartą jął skrobać i patroszyć.

Już skończył z tem i zawrócił ku domowi, gdy nagle drgnął i stanął, jak wryty.

Po puszczy, odbijając się od drzewa do drzewa, biegło nagle spłoszone echo, aż zamarło na przeciwległej stronie jeziorka, gdzie w lecie ciągnęły się bagna i rozlewiska głębokiej, rdzawej rzeczki.

Łoski zmarszczył brwi i zacisnął zęby.

- Do djabła! - zamruczał do siebie. - To zapewne ten drab Ratimow zawitał w moje strony.

Istotnie, była to nader przykra okoliczność. Kozacki setnik Iwan Ratimow - brutalny, złośliwy gbur - miał pod swym dozorem wszystkich zesłańców obwodu i w zimie, raz do roku odwiedzał ich, aby się przekonać, czy żyją jeszcze i czy nie zdradzają objawów szaleństwa, co go zwykle cieszyło niezmiernie, gdyż mógł już nie dostarczać im prochu, mąki, soli i ołowiu.

Odwiedziny setnika stawały się nieszczęściem dla rzuconych na pustkowie ludzi, zależnych całkowicie od wstrętnego i okrutnego ciemiężcy. Znęcał się nad nimi, straszył, grożąc przeniesieniem do innej, jeszcze bardziej bezludnej miejscowości, lub wtrąceniem do więzienia, zawsze czegoś nie dodał, coś urwał, a nawet zabierał nieraz upolowaną zwierzynę, jeżeli tylko przedstawiała dla niego jakąś wartość.

- Ratimow... - szepnął młodzieniec, gdy echo umilkło nad zamarzniętym moczarem.

Szybkim krokiem powrócił do chaty, zgarnął ze stołu książki, wyciągnął z pod pryczy kilka skórek soboli, popielic i kun i, wybiegłszy z domu, ukrył wszystko w lesie.

Gdy powrócił, zapadła już noc. Ratimow nie przyjeżdżał jednak.

- Czyżby miał mnie ominąć?! - mignęła Łoskiemu radosna myśl.

Pokrajawszy rybę na kawałki, wrzucił ją do kociołka, posolił i dodał jakichś suchych ziół, w lecie uzbieranych w puszczy.

Setnik nie przybywał.

Łoski wyszedł przed chatę i nadsłuchiwał.

Zaciekawiony jego niepokojem piesek wybiegł za nim i stanął obok, poruszając uszami i węsząc.